Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura męska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura męska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lipca 2017

Miłosna układanka/ David Nicholls

Dawno w moim kufrze z używanymi książkami nie ukrywał się tak dobry i ambitny tytuł. Mam tam pełno pośrednich i słabych autorów, romansidła i obyczajówki, słabsze i gorsze i czasem sama się zastanawiam, dlaczego panuje tam taka różnorodność i jednocześnie jednakowość? Wygląda na to, że instynktownie sięgam po te same historie, zwabiona kolorowymi okładkami i obietnicą miłości, do której ciągnę jak mucha na lep. Przez to często książki, o których piszę, są na pewnym poziomie, ale nie są wyjątkowe i czasem ciężko jest o nich opowiedzieć, bo są do siebie bardzo podobne.
Jednak czasami trafiam na coś wyjątkowego lub głębszego od reszty i wówczas cieszę się jak dziecko, które znalazło lizaka ukrytego w plecaku i dawno zapomnianego. Bardzo lubię te wyjątkowe chwile spędzane z książkami i każda perełka sprawia, że ten czas jest jeszcze milszy.
Ciekawe jest to, że książka o której chcę napisać, w pierwszej chwili nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych uczuć. Próbowałam przeczytać jeden rozdział i nie mogłam, bo wydawał mi się nudny i pełen chaosu. Nie wiem co się wówczas stało, ale myślę, że nie byłam odpowiednio skupiona i nie rozumiałam o czym tak naprawdę czytam, język wydawał mi się za trudny (czytałam w oryginale).
Za drugim podejściem wszystko zmieniło się diametralnie. Wcześniejszy bełkot zmienił się w wyważony dobór słów i od pierwszej strony zrozumiałam, że to nie będzie zwykła lekka książka o perypetiach miłosnych jakiejś pary, coś na kształt komedii romantycznej, pomieszanej z obyczajówką. Styl opowiadania Davida Nichollsa, autora książki, zapowiadał od pierwszych stron coś głębszego, nad czym trzeba będzie się zastanowić. Nie było w tej książce zwykłych zabawnych dialogów cechujących komedie romantyczno-obyczajowe, za to wszędzie czyhał inteligentny i głęboki męski humor. Pisany w pierwszej osobie przypominał nieco „Chłopców z ferajny” i tym podobne historie, które czyta się lub ogląda wielokrotnie, nawet po latach. Nicholls nie zawiódł mnie na żadnym etapie swojego opowiadania, a jego styl bardzo przypadł mi do gustu, mimo iż jego bohater już nie tak bardzo. Ale to zwykłe rozdarcie między światem mężczyzn i kobiet sprawia, że Brian Jackson nigdy nie będzie moim idolem, gdyż zachowuje się jak typowy facet. Jak widać wszyscy są tacy sami niezależnie od wieku i tego czy istnieją czy też są wytworem czyjejś wyobraźni (męskiej w tym wypadku, co pozwala wiele zrozumieć J).
Do końca nie wiedziałam czym tak naprawdę była ta historia- obyczajówką, dramatem, romansem? Myślę, że wszystkim po trochu. Może dlatego tak mi się ją dobrze czytało, bo nie dało się jej zaszufladkować? Bo była głębsza niż parę poprzednich książek wyłowionych z kufra? Wiecie, ja bardzo lubię historie o nastolatkach, bo nie są one tak płaskie jak historie opowiadające o dorosłym życiu. Wydaje się, że dużo łatwiej napisać dobrą książkę o ludziach, którzy dopiero kształtują swoje osobowości w miarę pogłębiania wiedzy o życiu. Takie książki częściej są ciekawe, a tematyka w nich poruszana jest głębsza i bardziej zróżnicowana. A przynajmniej taka była książka „Miłosna układanka” („Starter for ten” w oryginale) Davida Nichollsa.
Tematem książki są perypetie Briana Jacksona, chłopaka z klasy robotniczej, który opuszcza małe rodzinne miasto i kolegów, z którymi spędził młodość, aby studiować na prestiżowym uniwersytecie. Według Briana w życiu najbardziej liczy się wiedza, więc studia były dla niego naturalną koleją rzeczy, mimo że jego koledzy nie podzielali jego entuzjazmu.
Brian zamierza porządnie przyłożyć się do studiów, jednak gdy przybywa na uniwersytet, wszystkie jego plany spełzają na panewce za sprawą pochodzącej ze średniej klasy Alice Harbinson, w której zakochuje się bez pamięci. Piękna Alice jest odzwierciedleniem marzeń Briana o miłości, mimo iż prócz swego piękna zewnętrznego dziewczyna jest głupia jak but i skupiona wyłącznie na sobie i swoich potrzebach. Do tego prowadzi bogate życie seksualne i ma bardzo dziwne podejście do życia (jak i cała jej rodzina). Jednak to wszystko Brianowi wcale nie przeszkadza i ugania się za nią jak pies, mimo iż na pierwszy rzut oka widać, że nie ma żadnych szans i że dziewczyna bawi się nim jak każdym innym facetem.
Niestety mężczyźni są ślepi i nie widzą co jest dla nich dobre i Brian jest doskonałym tego przykładem. Zaślepienie pięknem Alice nie pozwala mu spostrzec prawdziwego piękna wrażliwej intelektualistki Rebecci Epstein. I mimo iż Brian stara się zasłużyć na względy Rebecci, tak jakby czuł, że oboje do siebie pasują, to jednak niszczy wszystko swoją pogonią za niedoścignionym, psując  nie tylko swoje stosunki z Rebeccą, ale także wszelkie swoje szanse na ukończenie studiów.
Ogólnie książka jest bardzo interesująca i dobrze się ją czyta. Charaktery wszystkich bohaterów są ostre i wyraźne, widać, że autor ma w sobie talent, a jego książki mają to głębokie coś, co odróżnia je od chłamu pisanego pod publikę. Jednak będąc dziewczyną, nie da się nie czuć rozdrażnienia skierowanego w stronę Briana. Jego postępowanie wobec Rebecci oraz niesamowita ślepota sprawiają, że chce się nim wstrząsnąć i krzyknąć- „Obudź się!”. I mimo iż wiem, że to dobrze świadczy o autorze i książce, to jednak wolałabym mieć możliwość aby bardziej polubić głównego bohatera. Tymczasem mogłam czuć wyłącznie irytację na cały męski rodzaj za to, jak faceci potrafią być niesamowicie głupi. Jeśli o to chodziło autorowi- udało się, gratulacje J
Myślę, że książka nada się dla obu płci i każdego wieku powyżej dwudziestki. Młodsza część naszego społeczeństwa może nie zrozumieć przesłania książki i widzieć w niej tylko dobrą i zabawną historię o nastolatkach. Tymczasem jest to coś więcej niż umilacz czasu i tak należy tę książkę odbierać. Jest to jakby nie patrzeć dramat i cały czas myślę o filmie „American Beauty” gdy myślę o książce Davida Nichollsa. To jest ten sam poziom, tylko historia nieco inna. Ale tak samo hipnotyzująca i tak samo nie możemy się od niej oderwać, ciekawi co będzie dalej. Myślę, że na odbiór książki znacząco wpłynęło to, że jest pisana w pierwszej osobie. Możemy dzięki niej poznać wszystkie, nawet te najbardziej płytkie, myśli głównego bohatera. Dzięki temu poznajemy kunszt autora, jak i lepiej widzimy to, kim naprawdę jest Brian Jackson- chłopakiem z klasy robotniczej, którego nie zmieni nawet najlepszy uniwersytet.

Jestem ciekawa następnego tytułu Davida Nichollsa i jeśli przyjdzie mi jeszcze się z tym autorem spotkać, nie zawaham się i z radością sięgnę po kolejne jego dzieła. I Wam polecam zrobić to samo.

środa, 9 listopada 2016

Śmierć Bunnego Munroe/ Nick Cave


Miałam pisać o czym innym, ale zmieniłam zdanie za sprawą książki „Śmierć Bunnego Munroe” napisanej przez muzyka Nicka Cave. Książki, której nie jestem w stanie skończyć. Książki, która jest tak depresyjna i ponura, że miała głęboki wpływ na mój dzisiejszy humor. Negatywny oczywiście.
Naprawdę bardzo rzadko zdarza się, że odkładam książkę nie przeczytawszy jej do końca. Nawet mało ciekawym lub całkiem nudnym daję szansę. Przeczytam nawet takie, które wydają mi się stratą czasu lub takie, z których nie czerpię przyjemności, które mnie denerwują lub usypiają. Jednak gdy książka ma posmak depresyjny lub okrutny, nawet nie staram się za bardzo zwalczyć w sobie uczuć negatywnych. Wiecie, w życiu jest tak dużo smutnych i dołujących sytuacji, że naprawdę nie trzeba sięgać po fikcję, aby szukać tego typu atrakcji.
Oczywiście wiedziałam, że nie będzie to żadna komedia czy romans. W końcu tytuł musi coś znaczyć. Ale liczyłam bardziej na jakąś sensację, może kryminał z dużą dozą humoru. Albo przynajmniej coś oryginalnie ciekawego, sarkastycznego. Tak bynajmniej obiecywały mini recenzje umieszczone na okładce. Kolejny przykład na to, że nie warto czytać tego, co wydawca umieszcza w formie reklamy. Książka miała być zabawna w swój cyniczny sposób i poruszająca. Tymczasem jest depresyjna i obraca się tylko wokół męskich chuci. Nie ma w niej nic zabawnego. Nawet dowcipy opowiadane przez Bunnego i jego kolegów nie są zabawne. Jeśli taki jest świat mężczyzn, to ja go wolę nie poznawać.
Nie lubię książek, które tak negatywnie wpływają na mój humor. Już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów książka mnie odrzuciła. Po kilku następnych mam ochotę rzucić się pod pociąg. Nie zrobię tego tylko dlatego, że byłoby to naprawdę głupie, popełniać samobójstwo z powodu nietrafionej książki. Być może autor (w końcu muzyk, a to mówi samo za siebie) włożył w postać Bunnego Munroe trochę siebie i swoich doświadczeń. Jeśli tak jest, to wolę być biedną szarą mychą pracującą w bibliotece, niż kimś, kto zaznał pułapki sławy. Jeśli zaś nie było w tej książce ani jednego autobiograficznego słowa, to skąd w autorze taka pustka i ciemność, nic, z czego można byłoby się cieszyć na dłużej niż na parę chwil? Smutne jest to wszystko, a ja nie lubię się smucić. Dlatego książka jest nie dla mnie.
Być może jest w niej jakiś sens, jakiś przekaz, ale ja nie jestem ciekawa jaki. Przeczytawszy na szybko czyjąś recenzję znalezioną w Internecie zaraz przed tym, jak napisałam pierwsze słowo tego postu, zobaczyłam że są osoby, które cenią tę książkę wysoko. Okej, każdy ma swoje własne zdanie i swoje, tylko mu zrozumiałe potrzeby. Wiem też dzięki tamtej recenzji jaka jest puenta historii Bunnego. I wiecie co? Jednak jest w tej książce zawarta lekcja. Tylko że mnie nie chce się przez nią przechodzić, bo ja i bez tej książki wiem, że dzieciom czasem lepiej jest bez rodziców, jeśli ci mają na nie destrukcyjny wpływ. A Bunny Munroe na pewno ma destrukcyjny wpływ, nawet na swoich czytelników. Ja wypisuję się z tej grupy. Przeczytałam dziesięć rozdziałów i nie zniosę ani jednego więcej. Chyba że mam skończyć w wannie z pociętymi żyłami. Bunny Munroe jest nie dla mojej wrażliwej, szukającej pociechy w książkach osoby zbyt nudny, monotematyczny i depresyjny. Zostawiam go dla innych, mających mocniejsze nerwy.
Brzmi to tak, jakby książka była naprawdę mocna. Ale tak naprawdę  nie ma w niej nic specjalnego. Jest tylko egoistyczny facet, który dba tylko o siebie i ciągle myśli o seksie. Nie przeszkadza mu w tym nawet śmierć żony. Żyje w swoim świecie, gdzie wszędzie dookoła czają się cipki, które tylko proszą, aby Bunny po nie sięgnął. Nic nowatorskiego, połowa facetów na świecie tak myśli. Do tego Bunny Junior, który jest tak zagubiony po śmierci matki, że nawet wówczas nie potrafi dostrzec, jakiego kutasa ma za ojca. Być może jest za młody, żeby ujrzeć pewne prawdy, być może trwa w szoku, sprawiającym, że nie dociera do niego nic z tego, co się wokół niego dzieje. Ale na pewno on, jak i jego ojciec, zdają się być wyprani z emocji i tańczą po scenie Nicka Cave jak puste kukły.
Do tego dołóżmy jego matkę, Libby Munroe, która żyje w depresji przez swojego latającego za babami męża i woli trwać w tym chorym związku, zamiast ratować siebie i syna. Również nic nowego. Kobiety tak mają, są jak psy. Nawet bite wciąż wierzą, że ich Pan (czytaj partner) może się zmienić i dla tej głupiej myśli poświęcają swoje jestestwo. Smutna jest ta książka aż do szpiku kości. Kto by chciał czytać takie historie? Ja na pewno nie. Nie obchodzi mnie to, czy skończy się dobrze czy nie, ważne jest to, jak się zaczęła i co jest w środku. Ja widzę tylko seks i smutek, zagubienie i depresję. Po co mi to? Do tego Libby, która po śmierci odwiedza chłopca, jakby była prawdziwym duchem. To, że Bunny może mieć alkoholowe/narkotykowe urojenia jest ok, ale dorzucać do tego jeszcze przywidzenia Bunnego Juniora? Zaczyna się robić trochę zbyt fantastycznie jak na książkę z ukrytą (bardzo głęboko) lekcją i twardo stąpającym po ziemi autorem.
Wiem, wiem, ciągle narzekam na te książkę, ale zła na nią jestem, bo zepsuła mi całkowicie humor. Nic mi się nie chce, a już tym bardziej pisać posty na temat przeczytanych książek. A naprawdę bardzo to lubię. Tymczasem Bunny Munroe zepsuł mi cały dzień i jestem tak zła, na niego, na siebie, że dawałam tej książce szansę tak długo, no i na samego Nicka Cava, że napisał tę książkę. Nieźle zniszczony musi być umysł, który wymyśla takie historie. Do mnie ona nie trafiła, do Was może dotrzeć, kto wie. Jedno jest pewne, nie mogę jej nikomu polecić. I nie dlatego, że nie przeczytałam jej do końca (dzisiaj odnoszę ją tam, gdzie jej miejsce- na półkę), ale dlatego, że chcę Wam oszczędzić tego zmęczenia umysłu, do jakiego doprowadził mnie Cave. Dzięki niemu jestem zmęczona psychicznie i podenerwowana. Mam ochotę kogoś uderzyć i nawet nie wiem za co. Nie pomaga mi muzyka ani słońce które wyszło zza chmur godzinę temu. Zamiast cieszyć się tym faktem po dwóch  pochmurnych tygodniach, ja widzę tylko to, że światło słoneczne odbija się od monitora i świeci mi po oczach, uniemożliwiając pisanie. To nie jestem prawdziwa ja, czuję to wyraźnie, to tylko jakaś gorsza kopia mnie, podszywająca się pode mnie. Nawet nie wiedziałam, że ktoś taki we mnie drzemie. Nie lubię tej drugiej, nieznajomej siebie i mam nadzieję, że zniknie z mojego życia razem z książką o Bunnym Munroe. A raczej książce o seksie, alkoholu i bezsensie życia. Mam nadzieję, że już niedługo znowu będę sobą i przestane być taka podkurwiona, nie wiadomo na co. Że zaczną mnie znowu cieszyć małe rzeczy, jak choćby ta czekolada, którą trzymam w biurku na czarną godzinę. Bo póki co mam ochotę wyrzucić ją za okno z brzydkim okrzykiem na ustach, z nadzieją, że to mi pomoże zapomnieć o Bunnym Munroe i jego delirycznym świecie. A kiedy to się stanie, znowu będę miłą osobą, nie używającą przekleństw i czerpiącą radość z pisania postów. Bo póki co używam klawiszy do wyżycia się na kimś, na czymś, obojętne, byle tylko pomogło mi to wrócić do normalności, którą zgubiłam gdzieś pomiędzy rozdziałami książki „Śmierć Bunnego Munroe”.

Do następnego!

poniedziałek, 14 września 2015

Mężczyzna i chłopiec- Tony Parsons / Man and Boy


Harry Silver w wieku 30 lat przeżywa kryzys wieku średniego. W wyniku jednego nierozważnego kroku traci wszystko, co posiada. Pracę, żonę i poczucie spełnienia. W zamian otrzymuje niezwykłą okazję zbudowania więzi z synkiem Patem, którego do tej pory umieszczał na drugim planie. Najpierw jednak będzie musiał poukładać swoje nowe, nieuporządkowane życie, aby wreszcie zrozumieć, co w nim jest najważniejsze.

Książkę tę czytałam trzy miesiące. Nie dlatego, że była okropnie gruba czy nudna. Po prostu zabrakło mi czasu w grafiku. Przez wakacje poświęciłam się nauce języka angielskiego i wszelkie inne sprawy zeszły na drugi plan. Są sprawy ważne i ważniejsze, priorytety gonią priorytety.
Jednakże w tym, że odłożyłam książkę na bok na tak długo, tkwi małe ziarenko prawdy. Bo dlaczego to zrobiłam? Myślę, że dlatego, iż było to niesamowicie łatwe. Pomimo tego, iż „Man and Boy” została okrzyknięta książką roku 2001 i otrzymała wiele pozytywnych opinii (można o nich poczytać na okładce książki), mimo iż miło się ją czytało i zdołała utrzymać moją uwagę, gdy już ją wzięłam do ręki, to jednak zbyt łatwo było mi ją odłożyć i zastąpić innymi obowiązkami. Książka Roku nie zasługuje na takie traktowanie. A przynajmniej nie powinna.
Nie potrafię ocenić, jaka była tego przyczyna. Na pewno nie niezrozumienie tekstu. Znam angielski na tyle dobrze, że poradziłam sobie z tekstem bez problemu, choć oczywiście nie każde słowo było dla mnie zrozumiałe. Lecz czytanie książek angielskich zawsze kończy się sukcesem, jeśli nie skupiamy się na pojedynczych słowach, tylko na całych zdaniach i akapitach. Kontekst zawsze pomoże nam odnaleźć się w gąszczu niezrozumiałych słów. Mój wybór był bardzo przemyślany- książka Tony’ego Parsons miała być w oryginale, bo oprócz przyjemności czytania, miała być również narzędziem nauki języka obcego. Takie połączenie przyjemnego z pożytecznym. Nauka nie przeszkodziła mi zupełnie na skoncentrowaniu się w pełni na powieści. Wszystko co Tony Parsons miał mi do przekazania, trafiło do mnie. Zrozumiałam jego przekaz. Dwa razy chlipnęłam sobie pod nosem, raz się uśmiałam. Było fajnie. Ale jednak odłożyłam książkę w połowie historii. Byłam ciekawa co będzie dalej, ale nie aż tak bardzo, żeby się trzymać tej opowieści jak tonący brzytwy, na czym tak bardzo mi zależy, kiedy czytam książki. Chcę być przywiązana do fotela niewidzialnym sznurem. Chcę dać się uwięzić czytanej historii i nie móc uciec, jak więzień, który dostaje dożywocie. A jednak w przypadku „Man and Boy” potrafiłam wyskoczyć z jeziora historii Harry’ego Silvera i nie czuć się jak ryba bez wody. Doprawdy przyszło mi to zbyt łatwo. Nie wiem dlaczego. Przecież to Książka Roku! Tak sobie myślę, że może najzwyczajniej w świecie nie potrafię ocenić książki tak wysoko, jak na to zasługuje? W końcu nie jestem krytykiem literackim.
Nie chodzi też o to, że nie było w niej żadnego przekazu, bo był. Było to męskie spojrzenie na rolę mężczyzny w świecie. Próba przełamanie stereotypu męskiego, gdzie facet nie interesuje się dziećmi i myśli tylko o swojej karierze i przyjemnościach. Niestety jak dla mnie była to próba nie do końca udana. Ponieważ przez połowę książki Harry ubolewa nad swoją nową rolą, kiedy nie ma nic innego do roboty niż czekanie na syna, gdy wróci ze szkoły, następnie zajmowanie się nim, nie zauważając w ogóle, że przez cztery lata na takie życie bez większego celu skazana była jego żona Gina. Przez drugą zaś połowę Harry zajmuje się swoim nowym związkiem z kobietą marzeń, gotów nawet przywiązać syna do łóżka, aby tylko nie przeszkadzał mu w nocnych igraszkach. Cóż, jak dla mnie brzmi to raczej jak potwierdzenie starej roli mężczyzny, z której nie może go wyciągnąć i zrehabilitować nawet inny mężczyzna (czyt. autor). Tym bardziej, że na końcu Parsons sam przyznaje, że dziecko jest bardziej związane z matką, niż kiedykolwiek będzie związane z ojcem. To pewnie wynika z tego, iż to raczej kobiety są skłonne zrezygnować ze wszystkiego dla swoich dzieci i oddają im każdą minutę swojego życia. To zaś jest przeszkoda nie do przeskoczenia dla męskiej części społeczeństwa.
W przekazie autora pojawia się też inne spojrzenie na kobietę, która zamienia się rolami z mężczyzną. A przynajmniej taką wizję próbował mi sprzedać Parsons. Niestety nie kupiłam jej. Gina, żona Harry’ego, poświęciła w życiu zbyt wiele, abym mogła ją ocenić tak negatywnie, jak chciał autor.
Mamy więc w książce przynajmniej dwa przesłania. Nie mogę więc powiedzieć, że przekazu nie było, bo był i to nawet silny. Więc to na pewno nie z tego powodu nie było między mną a książką iskry. A może przyczyna leży w tym, że dla mnie liczy się bardziej to, czy autor potrafi zainteresować czytelnika, niż to, co chce w swojej książce przekazać? W moim przypadku Tony nie podołał temu zadaniu w takim stopniu, w jakim oczekiwałam po przeczytaniu tych mini recenzji. A może to wina tego, że za dużo czytam książek w ogóle? Są przecież wśród nich tytuły niskich lotów. Może już nie potrafię rozróżnić, która z nich nadaje się do rekomendacji? A może po prostu nie wystarczają mi książki ambitne i preferuję takie, które potrafią mnie uwieść jak zdolny kochanek i porwać do swojego świata, z którego nie będę chciała się wyzwolić?
Możliwe też, że od samego początku nie spodobał mi się kierunek, w jakim zmierzała historia i czułam podświadomie, że jej zakończenie też nie trafi w mój gust. Ostatecznie muszę też stwierdzić, że autor troszeczkę pogubił się w swojej opowieści. Początkowo wydawało mi się, że to jedna z tych ambitnych książek, które aż ociekają przesłaniami. Jednak po przeczytaniu całości wydaje mi się, że gdzieś w połowie powieść przekształciła się w dość prostą książkę romantyczną. Zwłaszcza końcówka brzmiała jak typowy happy end, który spotykamy w komediach romantycznych. Autor poszedł nawet dalej, zapożyczając sobie zakończenie rodem z bajek, gdzie zło zostaje ukarane, a dobro nagrodzone czystym, niewinnym uczuciem. Problem jedynie w tym, że w tej książce tryumfuje szarość, bo czystego, nieskażonego dobra w Harrym Silverze nie mogłam się doszukać. Raczej było tak, że przez całą powieść dominowało we mnie uczucie żalu nad jego żoną, która nie tylko musiała wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za jego błędy, ale i końcową karę, godną złej czarownicy ze „Śpiącej Królewny”. Jakoś mi to nie pasowało i nie potrafiłam spojrzeć na problem relacji między Giną i Harym okiem mężczyzny.
Pewnie niejedno z Was pomyśli, że to dlatego, że jestem kobietą. Ale nie tu leży wina. Raczej można jej szukać w samym autorze. Ciężko jest solidaryzować się z mężczyzną, który popełnia straszny błąd, potem zgrywa ofiarę całej sytuacji, zwalając niejako winę na żonę, która, poświęcając wszystko dla tego małżeństwa nie potrafiła dać swojemu mężowi niekończącej się miłości z romansów, bo zgubiła ją rutyna. Żona Harry’ego, Gina, podejmuje całkiem zrozumiałe decyzje, za co oczywiście otrzymuje nagrodę w postaci nowego, lecz całkiem nieudanego związku. No naprawdę, pomimo chęci nie potrafiłam zżyć się z bohaterem i jego tragiczną sytuacją, za którą powinien winić tylko siebie. Zastanawiam się, czy Tony Parsons naprawdę w to wszystko wierzył, kiedy pisał swoją powieść? Mi jest bardzo ciężko w to uwierzyć. Ale czy kiedykolwiek kobieta zrozumie mężczyznę i to, co nim kieruje? Jest to chyba zbyt głęboka przepaść, której nie da się przeskoczyć.
Zastanawiam się, dlaczego tę książkę okrzyknięto tytułem roku. Czy naprawdę przesłanie, jakie wydaje się nieść Parsons było tak dobrze przeszmuglowane w jego romansie? Ja bym tak łatwo nie oddawała tytułu „Książki Roku”. Jakoś nie potrafię umieścić tego tytułu wśród klasyków, o których każdy słyszał i wielu powraca po latach, a o których pisałam także na moim blogu. Myślę, że ta książka tak szybko zniknie z mojego życia jak się w nim znalazła. Nie pozostanie po niej żaden ślad, prócz tego wpisu. Nie poświęcę tej książce drugiej myśli. Gdy zamknę dziś komputer, zamknę jednocześnie ten rozdział, w którym czytałam „Mężczyznę i chłopca”. Dla mnie ta książka była zbyt chaotyczna i tak naprawdę zastanawiam się, czy faktycznie było w niej jakieś przesłanie, czy tylko ja na siłę chciałam je zobaczyć, aby wytłumaczyć sobie, dlaczego ten tytuł został wyróżniony znakiem „Książki Roku”. Tak naprawdę dla mnie był to zwykły romans z domieszką życia rodzinnego i małego dramatu na końcu, który właściwie nic nie wniósł do książki, prócz tych paru łez, dla których prawdopodobnie był pomyślany.
Właściwie jedyne uczucie, które zapamiętam, a które mocno odczuwałam, była złość na autora za to, w jakim świetle starał się przedstawić swoich bohaterów: Harry’ego i jego żonę. Wydaje mi się, że jest to typowo męskie spojrzenie na tę skomplikowaną sprawę, jaką jest miłość. Po przeczytaniu tej książki utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że mężczyzna zawsze będzie myślał tylko o sobie i wszystkie swoje błędy zrzuci na kobietę, obarczając ją całą winą. Może i przemawiam jak jakaś stara feministka, ale nie potrafię inaczej spojrzeć na to, co stało się z rodziną Harry’ego. Nie można obwiniać kobiety za to, że prowadząc dom i mając wszystko na głowie przestaje być tą romantyczką, którą była na pierwszej randce. To już jest w naturze mężczyzn, aby nie doceniać tego, co mają i zawsze szukać czegoś lepszego. A gdy przyjdzie moment zdrady, zawsze znajdzie się to samo wytłumaczenie. Mężczyźni wierzą w nie całym sercem i z tego powodu potrafią rzucić wszystko, aby ponieść się nowemu nurtowi. Nurtowi nowości i ekscytacji. Bo przecież gdyby taki mężczyzna wiedział kilka lat wstecz, że dopiero teraz spotka kobietę swojego życia, nie wiązałby się z tą, która jest obecnie jego żoną. Gdy już zaś sobie to sprytnie wyjaśni, porzucą wszystko dla tej nowej kobiety, na którą czekali tyle lat. Całkiem fajne i niepodważalne to wyjaśnienie, prawda? I całkiem wygodne.

Wprawdzie w przypadku Harry’ego nie było do końca tak, jak to przed chwilą opisałam, to jednak właśnie tak się skończyło. A jego decyzja, aby zdradzić żonę z koleżanką z pracy wypływała właśnie z tego znudzenia i utraty blasku pierwszej miłości i ekscytacji z nią związanej. Harry to typowy romantyk, dla którego życia ma sens tylko wtedy, gdy jest w nim romans rodem ze starego Hollywood. Przez to pokpił sprawę, mimo iż wiedział, że dla jego żony rodzina to wszystko, co się dla niej liczyło. To właśnie dla złudnej obietnicy wiecznego szczęścia u boku męża porzuciła wszystko inne. Zrezygnowała z dobrze zapowiadającej się kariery, zrezygnowała ze swojej osobowości, by stworzyć z Harrym rodzinę. A gdy ten pokpił sprawę, zrobiła rzecz całkiem zrozumiałą- powróciła do swoich marzeń sprzed czasów, gdy poznała mężczyznę, który obrócił cały jej świat do góry nogami. Postanowiła dać sobie jeszcze jedną szansę i na powrót stać się kobietą, którą była przed zamążpójściem i którą stłamsiła w sobie dla szansy posiadania rodziny. Każda kobieta potrafi się postawić w sytuacji Giny Silver. I wiele z nich postąpiłoby podobnie. Nie ma w tym nic złego. Gdy mężczyzna rezygnuje z kobiety, ona musi odnaleźć na nowo sens życia. Nie jest to żaden szalony krok, tylko próba przetrwania o zdrowych zmysłach. Niestety w oczach mężczyzny jest to coś złego i niezrozumiałego. Zwłaszcza, gdy kobieta robi to, co zazwyczaj czyni mężczyzna- porzuca własne dziecko, by gonić za własnymi marzeniami. Dla mężczyzny, gdy robi coś takiego kobieta, jest to grzech śmiertelny, zarezerwowany tylko dla nich. Tak też Tony Parsons patrzy na rolę mężczyzny i kobiety w świecie. Według niego kobieta powinna wychowywać swoje dzieci i zrezygnować dla nich ze wszystkiego, co dla niej ważne, mimo iż dzieci mają też ojca. A gdy kobieta robi to, co zazwyczaj robi mężczyzna, piętnuje ją nieudanym życiem osobistym, zaś z mężczyzny robi męczennika i bohatera jednocześnie. Mówiąc szczerze, niezbyt mi się to spodobało.
Nie podobało mi się też to, że zarówno Harry jak i jego żona tak szybko rzucili się w nowe związki. Jak tu dalej wierzyć w prawdziwość uczucia zwanego miłością? Rozumiem, że żona była zraniona i nowym związkiem starała się zapomnieć o swoim żalu. Ale nie da się zrozumieć, dlaczego Harry tak szybko znalazł sobie nowy obiekt westchnień. Można to wytłumaczyć jedynie tym, że nigdy tak naprawdę swojej żony nie kochał. Harry to mężczyzna, który żyje w wiecznej iluzji i potrzebuje w swoim życiu tej iskierki romantycznych westchnień, które charakteryzują pierwsze randki i bez niej nie może żyć. Gdy rutyna wypaliła tę iskierkę w jego małżeństwie, bez zastanowienia zastępuje żonę inną kandydatką, mimo iż Parsons starał się ten problem przedstawić jako coś głębszego. Ale tego nie da się głębiej wyjaśnić.
Mam do zarzucenia autorowi także niekonsekwencję w traktowaniu Cyd, kobiety nagrody za niecne postępki Harry’ego. Najpierw przedstawia  ją jako romantyczkę żyjącą pośród plakatów ze starych filmów o miłości, potem zaś szybko zmienia ją w trzeźwo myślącą kobietę, która przedkłada szczęście dziecka nad swoje szczęście i która woli wejść dwa razy do tej samej rzeki, niż spróbować czegoś nowego. Po to by na końcu dać się wreszcie skusić obietnicy romansu. Autor uparł się na happy end przypominający z lekka Pretty Woman i zakończenie jest jakie jest. No cóż, chyba właśnie za to dostaje się tytuł „Książki Roku”.
Właściwie nie wiem o czym naprawdę jest ta książka. O więzi między matką i dzieckiem? O więzi między ojcem a synem? Czy o kruchości więzów między dwojgiem ludzi? A może jest to zwykły romans ukryty pod otoczką miłości między rodzicami a dziećmi? Gdzieś tam przez całą powieść przewija się Pat, syn Harryego i Giny oraz jego tęsknota za matką i próba odnalezienia się w nowej sytuacji, jaką jest rozbita rodzina. Ale myślę, że tak naprawdę nie chodzi o niego. On jest tylko dodatkiem, całkiem niezłą kością niezgody pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy dawną miłość niemal zmienili w nienawiść. Chyba po prostu dobrze brzmiało, że matka zostawia syna pod opieką nieodpowiedzialnego dziadka. A jeszcze lepiej brzmiało, gdy ojciec, który dotychczas mało interesował się życiem swojego dziecka nagle zamienia go w centrum swego wszechświata. Ale tylko na chwilę, by za moment zastąpić go Cyd i romansem, za którym tak tęsknił, gdy był ze swoją żoną. Cóż, ta książka wyzwoliła we mnie raczej negatywne uczucia i nie potrafiłam dać się ponieść miłości Cyd i Harry’ego, ani w ogóle całej historii. Towarzyszyła mi też gorzka nuta, o której staram się zapomnieć w normalnym życiu. Jest to myśl, że miłość nie jest wieczna i może się skończyć. A o tym nie chcę myśleć. Chcę wierzyć w bajki. Tony Parsons próbował mnie ściągnąć na ziemię swoją powieścią i tego nie mogę mu wybaczyć. Pewnie dlatego nie było miedzy nami uczucia na miarę Książki Roku. Ale oczywiście nie zniechęcam nikogo do tej pozycji, a nawet zachęcam. Może Wy znajdziecie w niej to, czego ja nie umiałam dostrzec.

sobota, 22 listopada 2014

Gra o tron T. 1 Pieśń Lodu i Ognia/ George R.R. Martin


Czas biegnie tak szybko, tak niezauważalnie, a ja nie umiem biec na tyle szybko, aby go dogonić. Tyle się dzieje wokół. Praca, obowiązki domowe, rodzinne i te, które każdy obiera wobec siebie. To wszystko zabiera czas książkom, które leżą cierpliwie na półce i czekają. Saga „Gra o tron” George’a R.R Martina, zatytułowana „Pieśń Lodu i Ognia”, spoglądała na mnie smętnie przez ponad miesiąc. Miałam ją zabrać ze sobą na Samos, ale nie znalazło się dla niej miejsca w bagażu. 838 strony to zdecydowanie za dużo na targanie przez pół świata. Zresztą teraz wiem, że i czasu by dla niej zabrakło. Czas upływał więc nieubłagalnie, a ja nawet nie wchodziłam na bloga, bo nie miałam z czym. Jednak wreszcie wracam, ze świeżym słowem w pamięci, które wycisnęło ostatnie łzy na moje policzki wczorajszego wieczoru. Nie napiszę dużo, bo odczuwam wewnętrzne drżenie. Jest to zew, z którym nie potrafię walczyć. Jest to ten rodzaj wołania, który kocham najbardziej, gdy czytam jakąś książkę. Jest to zew zniecierpliwienia, który ciągnie mnie na kanapę, każe mi zapalić świeczki, rzucić wszystko i czytać, czytać, czytać.
                Długo nie mogłam odnaleźć w sobie tego ukochanego uczucia, gdy zaczęłam czytać „Grę”. Miałam wobec tej książki oczekiwania wysokie jak  Burdż Chalifa w Dubaju, a nadzieje wielkie jak terytorium Rosji. W książce tej rozkochały się moje znajome, zaczytując się w niej po kryjomu w pracy, George Martin został okrzyknięty jednym z najbardziej cenionych pisarzy fantastyki, saga doczekała się ekranizacji serialowej, a sama książka przysporzyła autorowi wielu oddanych fanów. To musiał być strzał w dziesiątkę. Wiedziałam, że jak skończą mi się książki, które obrałam sobie za cel, ta będzie następna i na długo zabierze mnie w swój świat, gdzie nie istnieją inni bohaterowie i inne opowieści. Kiedy opowiedziałam koleżance, co zamierzam czytać, popatrzyła na mnie z zazdrością, bo ja byłam dopiero na etapie wkraczania w ten świat, który ona umiłowała, a który musiała opuścić wraz z zakończeniem ostatniego wydanego tomu sagi. Ja witałam się dopiero z jej ukochanym światem, ona nie mogła do niego wejść. Musiała czekać. Powiedziała mi, że chciałaby być na moim miejscu. I że obudziłam w niej chęć ponownego przeczytania sagi. To mnie dodatkowo upewniło, że dokonałam właściwego wyboru.
Poza tym ja kocham książki i filmy fantasy. Kocham krainy, o których nawet nie śniło się filozofom, postacie, które mogła stworzyć do życia tylko ogromna wyobraźnia, czasy nie leżące na linii czasu. Bo przecież krainy, w których rozpoczyna się krwawa gra o tron, nigdy nie istniały, choć opowieść przynosi wrażenie, że umieszczona jest w czasach średniowiecza, z rycerzami, królami i lordami. A jednak jest to tylko wrażenie, bo jak wiemy z kart historii, w czasach przeszłych nie istniały smoki, wilkory, olbrzymy i inne stworzenia, z których nazwami spotykamy się po raz pierwszy w życiu. Ja uwielbiam takie przemieszanie niby-faktów, pozorne osadzenie wydarzeń na historycznej linii czasu z wszystkim tym, co wywodzi się z wyobraźni. Zatem wiedziałam, że jak raz zacznę czytać „Grę o tron”, zginę dla świata.
                A jednak tak się nie stało. Byłam tak bardzo zaskoczona, że przez pierwszy moment nie umiałam sobie wyjaśnić, co się stało. Teraz już wiem i pragnę ostrzec wszystkich przed popełnieniem mojego błędu. Wyjaśnienie jest bardzo proste, a konkluzja bardzo ważna. Wszystko zaczyna się od czasu i na nim też się kończy. Książka jest bardzo wymagająca i nie zdzierży podziału uwagi. Można się w niej zakochać w jednej chwili lub pozostać wobec niej obojętnym, jeśli nie poświęci się jej całego swojego czasu. Pomiędzy jej kartami spotykamy tak wiele postaci, ogrom obco brzmiących imion i nazwisk, że bardzo łatwo można popaść w zobojętnienie lub nawet rezygnację. Nie należy się jednak poddawać. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest odłożyć książkę i czekać na moment, kiedy będzie się mogło podarować jej cały swój czas. Poczekajcie zatem na weekend, zamknijcie się w czterech ścianach swojego pokoju, wyłączcie telefon, zapalcie sobie świeczkę, przykryjcie się kocem, ułóżcie się wygodnie w miejscu, gdzie najbardziej lubicie czytać i zacznijcie tę przygodę jeszcze raz, od początku. Nie wytężajcie umysłów, żeby zapamiętać wszystkie ważne fakty i nazwiska. One w pewnym momencie same wrosną w Wasz umysł i ani się obejrzycie, a obudzicie się w tej krainie, jakby nic innego wokół Was nie istniało. Wydarzenia same zaczną się układać w Waszej głowie w uporządkowaną całość i zaczniecie widzieć jasno i wyraźnie, kojarzyć fakty i wypływające z nich skutki dla bohaterów. Zaczniecie rozumieć, skąd biorą się decyzje podejmowane przez bohaterów i skąd bierze się cała nieufność, którą odczuwają postacie pozytywne. Ja zrobiłam ten błąd, że nie oddałam książce całego swojego umysłu i starałam się dzielić czas wolny pomiędzy karty powieści a inne obowiązki. Czasem czytałam nawet po jednym tylko rozdziale dziennie, a to zbyt mało, aby umiejscowić wydarzenia w miejscu i czasie. Jednak gdy zorientowałam się, dlaczego nie potrafię pokochać „Gry” tak jak moje koleżanki, popełniłam błąd i czytałam dalej, starając się odnaleźć w tych wszystkich faktach i nazwiskach. Nie zaczęłam czytać od początku, tak jak Wam teraz radzę i dlatego nadal łapię się na tym, że nie rozumiem pewnych wydarzeń, nie potrafię umiejscowić nazwisk z konkretnymi faktami, a kiedy odkryta zostaje pewna tajemnica, jak nie za bardzo rozumiem, o co w niej chodzi. Dlatego właśnie z tego miejsca pragnę Was ostrzec, przyszli czytelnicy, żebyście nawet nie próbowali okradać tej książki z czasu, który jej się słusznie należy. Bo ja dopiero w połowie, po jakichś 400 stronach, oddałam jej całą siebie i dopiero od tego momentu, w którym zaszyłam się w czterech ścianach i wyłączyłam na wszystko inne, dałam się porwać nurtowi zdarzeń i wreszcie zrozumiałam, co pokochały tak bardzo moje koleżanki.
                Obecnie jestem na etapie przygotowywania się do kolejnego tomu. Pierwszy skończyłam wczoraj, otarłam ostatnie łzy i chciałam poćwiczyć dla zachowania kondycji fizycznej. Ale nie mogłam się skupić na niczym, ponieważ w moich żyłach płynęło już to uczucie niecierpliwości, które nakazuje mi chwycić następny tom i zanurzyć się po czubek głowy w historii opowiadanej przez Martina. Jednak wiedziałam, że nie mogę się poddać tej naglącej myśli, ponieważ mój mąż miał lada chwila wrócić z pracy, a ja nie chciałam ponownie popełniać tamtego błędu i usiłować podzielić się pomiędzy to, co pokochałam.
                Gdy czytałam „Grę o tron”, najbardziej lubiłam zanurzyć się w gorącej wodzie, zamknąć się w łazience i czytać przez godzinę, narażając skórę na przemoknięcie, a książkę na tragiczny los (bez obaw, jeszcze żadnej nie wypuściłam z rąk, leżąc w wannie). Uwielbiam to uczucie, kiedy woda robi się coraz zimniejsza, a ja czuję, że muszę przeczytać jeszcze ten jeden rozdział i jeszcze jeden i kolejny, bo przecież ciepłą wodę zawsze można dolać, a historii nie należy przerywać w połowie. Gdy książka naprawdę mnie wciągnie, czuję, że potrafię przezwyciężyć nawet największą ochotę na spanie, wiem, że mogłabym  w ogóle nie kłaść się spać i czytać do momentu, kiedy naprawdę trzeba już przestać, bo należy iść do pracy, ale jednocześnie jestem świadoma, że nie mogę zrobić takiego szaleństwa, bo nie byłabym zdolna do żadnej pracy bez odpoczynku. Ale kocham to uczucie gotowości do poświęceń, aby tylko dowiedzieć się, co znajdę na następnej stronie książki. Gdy już dałam się porwać „Grze o tron” tak całkowicie, totalnie, takich momentów było wiele, tak wiele, że nie wszystkim dałam radę się przeciwstawić i zostawiłam za sobą kilka niedospanych dni w pracy. Na szczęście teraz jest weekend, pogoda na zewnątrz nie wzywa do zabawy, a wręcz namawia na kubek gorącej herbaty, ciepły koc i ciastko i na wieczór z dobrą książką. Mnie nie trzeba nakłaniać, bo czuję, że jak tylko skończę ten post, wyciągnę czytnik i zanurzę się w dalsze losy bohaterów. Akurat zaczyna zmierzchać, zapalone świece rzucają coraz piękniejsze światło, próbując przedrzeć się przez zapadający mrok i wiecie co? Uważam, że jest to doskonała pora na „Grę”. Mroczne czasy i tacyż bohaterowie wymagają mrocznej oprawy. A co może być lepszego w takim przypadku od ciemności w pokoju i samotności? Od ciszy przerywanej miarowym tykaniem zegara w kuchni? Świeczek jarzących się w mroku gdzieś tam na stole? Świadomości, że możemy czytać książkę do świtu, bo przecież jest weekend?  Nie ma lepszego momentu jak jesienno-zimowy samotny wieczór, aby utulić się magią książki, która pomaga zapomnieć o wszystkich przykrych czy nudnych obowiązkach, o nieprzyjemnościach, które nas spotkały w pracy czy nudzie codziennego, pełnego rutyny dnia codziennego.
                Pewnie wielu z Was zastanawia się, kiedy napiszę, o czym właściwie jest saga George’a R.R. Martina. Obawiam się, że na tym blogu nie znajdziecie zbyt obszernej informacji. To znajdziecie na setkach innych stron, a zwłaszcza na stronach internetowych księgarni. Ja postawiłam sobie za cel przekonanie Was, że jest to idealna książka na ten nudny czas przedzimowy, kiedy nic się nie dzieje, kiedy jest buro i szaro na zewnątrz, gdy musicie pocieszać się wspomnieniem słońca, które uśmiechało się do nas jeszcze kilkadziesiąt dni temu. Jeśli lubicie fantasy, lub nie przeszkadza Wam, że ktoś puścił wodze wyobraźni, to dajcie się zabrać w tę przygodę, którą ja przeżyłam zaledwie wczoraj. Znajdziecie tam wprawdzie przemoc, intrygi, tyranię i wszelkie żądze, nieobce ludziom, ale na drugiej szali odnajdziecie honor, odwagę, śmiałość, przyjaźń i przywiązanie, a także nadzieję, która pozwoli utrzymać równowagę pomiędzy złem a dobrem. Pozwólcie sobie zanurzyć się w nieznany świat, którego nie znajdziecie za rogiem, spiesząc się do pracy. Aby przeżyć prawdziwą przygodę, trzeba zanurzyć się w nieprawdziwy świat, który jednak mistrzowsko opisany, sprawia wrażenie dziejącego się naprawdę. Jest to książka tak dobra, że śmiało dałabym ją do przeczytania mężczyźnie i kobiecie, bez obaw, że któreś z nich powie, że popełniłam błąd, przychodzą z tą książką do nich.
                Właściwie to wszystko, co mam do powiedzenia o „Grze o tron”. Zapadł już zmrok i czuję narastające wołanie. Tom drugi sagi, „Starcie Królów”, domaga się swojego czasu. Muszę już uciekać, nie potrafię się dłużej opierać wezwaniu. „No i nie powiedziała w końcu, o czym jest ta książka”- pomyślał niejeden z Was. Spokojnie, nadszedł  czas i na to. Jest to opowieść o żądzy władzy, o więzach rodzinnych, intrygach, truciznach i tajemniczych śmierciach. O istotach żyjących za Murem, o których istnieniu pamiętają i wierzą w ich prawdziwość tylko stare nianie. Jest to opowieść o nienawiści, żądzy zemsty, dobroci, zła i słabości. O małych chłopcach, którzy muszą być silni w obliczu strachu, swojej bezsilności i nadchodzącego zła. O innych chłopcach, okrutniejszych od swoich matek, niebezpiecznych w swojej głupocie. O zimie, która nadchodzi i może zmienić przebieg starannie dopracowanej intrygi, w której nagrodą ma być tron. O smokach, które giną w płomieniach i tych, które się z nich odradzają. O miłości, która nakłada bielmo na oczy i takiej, która nakłania do złego. O litości i honorze, który osłabia nawet najsilniejszego. Jest w tej opowieści o wiele więcej, niż mogę przytoczyć, więc nie ma co pisać dalej. Wy też już skończcie czytać i biegnijcie po książkę do biblioteki. Czas się skończył. Czas się zaczął. Czas dowiedzieć się, kto wygrał grę o tron. Tym bardziej, że do gry weszli nowi uczestnicy, a gra zatoczyła szersze kręgi, niż przewidzieli to ci, którzy ją rozpoczęli. Prawdziwa walka dopiero się rozpoczęła…
                Zatem do dzieła. Czas na „Starcie królów”!

                Jest jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się w oczy podczas czytania. Mianowicie to, że poprzednia saga, którą czytałam, napisana przez polską autorkę, Katarzynę Michalak, jest próbą odzwierciedlenia klimatu Gry o tron. „Gra o Ferrin” wzorowana była na sadze Martina, jestem tego pewna. Podobny tytuł, ten sam sposób tytułowania rozdziałów, wprowadzenie dużej ilości przemocy i zabijanie kogo tylko się da przywodzi na myśl „Grę o tron”. Oczywiście przepaść między Michalak a Martinem jest zbyt ogromna, aby porównywać obu autorów, niemniej jednak próba odwzorowania klimatu sagi Martina jest zauważalna. Uznałam, że warto o tym napisać, jako mała ciekawostka. Może kogoś ona faktycznie zaciekawi :)

czwartek, 28 marca 2013

Rącze konie - Cormac McCarthy


        Myślałam, że nie przeczytam tej książki. Chyba zły moment wybrałam na jej czytanie. Ciężki temat okrutnego świata Pogranicza Texasu i Meksyku chyba nie jest chyba dobrym wyborem po lekkiej i zabawnej Georgii Nicolson i wizycie na Zielonym Wzgórzu. Zdaje mi się, że ciężka proza McCarthy'ego powinna poczekać na lepsze czasy. Na szczęście dałam książce szansę i to tylko dlatego, że miałam w zanadrzu kilka ekstra godzin wolnych na czytanie. A już miałam ją odnieść do biblioteki, po miesiącu ślizgania się mojego wzroku po jej grzbiecie i po kilku stronach męczenia się nad stylem pisarskim McCarthy'ego, gdzie można się pogubić w dialogach, jeśli nie odda się książce maksimum uwagi. Leżała więc ona spokojnie na półce i czekała na mój ruch. Teraz mam wrażenie, że książka celowo została napisana takim stylem, że nie wiadomo czasem, kto z kim rozmawia, lub kogo autor akurat opisuje, jeśli się czytelnik maksymalnie nie skupi. Tak jakby autor chciał powiedzieć: "Jeśli nie masz czasu na moją książkę, daruj sobie!". Musiałam więc posłuchać tego niemego nakazu, w przeciwnym wypadku książka nie miała żadnych szans, aby do mnie dotrzeć. Tak się złożyło, że przez dwa dni nie miałam nic innego i lepszego do roboty, więc postanowiłam dać książce szansę. Stwierdziłam, że niczego nie tracę i jak okaże się, że po kilkudziesięciu stronach nadal nie odnajdę więzi z autorem i bohaterami powieści, to poddam się bez dalszej walki. I tak oto przyłapałam się na stronie 115 i z uczuciem wielkiego zaciekawienia. Jej bohaterowie wrośli już w moją głowę i musiałam, po prostu musiałam wiedzieć, co się z nimi stanie. A gdy już dotarłam do największych brudów Meksyku, schowanych za dziecinnymi wyobrażeniami Johna Grady, wiedziałam już, że tej historii nigdy nie zapomnę. Tak właśnie rozpoznaję dobre pisarstwo. Kiedy nie mogę zapomnieć historii i osób przez nią się przewijających, nawet gdy bardzo tego chcę. Gdy historia na dobre zagości, wręcz zakorzeni się w moich wspomnieniach, jest to dla mnie podpowiedź, że przeczytałam wartą mojego czasu książkę.

         Nie znałam wcześniej pisarstwa tego autora, zainteresował mnie tytuł książki, wziętej przypadkowo z półki bibliotecznej. I chociaż początkowo było mi ciężko przestawić się na nowy typ literatury, którego wcześniej nie poznałam, w końcu dałam się wciągnąć w ten mroczny świat, który kołacze mi się teraz w głowie. Zastanawiam się, czy nie sięgnąć po inne książki tego autora, a to już coś znaczy :) Kiedyś więcej czytałam literatury, którą nazywam mroczną, gdzie nie ma szczęśliwych zakończeń, gdzie do głowy wdzierają się różne czarne wizje, a po zakończeniu książki nie można odpędzić się od przemyśleń. Obecnie przerzuciłam się na literaturę lekką, przyjemną, zabawną. Myślę, że chcę w ten sposób rozjaśnić swoje szare dni, kiedy obowiązki i praca przesłaniają mi przyjemność życia.

         Nie żałuję, że otworzyłam się na tą powieść. Historia, choć na początku nieco zagmatwana z powodu przeskakiwania z miejsca na miejsce i z osoby na osobę, wreszcie pozwoliła się ujarzmić mojej głowie. Poskładałam wszystko jak puzzle i dałam się wciągnąć w życie dwójki przyjaciół. Surowe opisy, bez zbędnych wyjaśnień, początkowo trudne do opanowania, stworzyły nieco mroczny klimat, ukazały problemy, wśród których przyszło żyć Johnowi Grady’emu i wyciągnęły na światło dzienne powody jego ucieczki z domu. Gdy John podejmował tę decyzję, miał dopiero 16 lat, prawie 17, tak jak jego przyjaciel Lacey Rawlins. John uciekał z domu, ponieważ nie wyobrażał sobie innego życia niż życie ranczera, a tymczasem matka podjęła decyzję o sprzedaży od lat należącej do rodziny, obecnie podupadłej, farmy. John postanawia szukać szczęścia i lepszej przyszłości dla siebie za granicą Meksyku, oczarowany swoją własną wizją tego surowego kraju. Swoją decyzją wymusił konieczność stawienia czoła przedwczesnej dorosłości, która pozbawiona była tej czystości i niewinności, charakteryzującej życie dziecka. Wypadki losowe spowodowały, że chłopak szybko i brutalnie został odarty z idei i marzeń i nawet miłość, która go spotkała, okazała się niczym w zderzeniu z szarą rzeczywistością, gdzie brak majątku odbierał szansę na szczęście, a szalone i nieprzemyślane ruchy rujnują życie dwojga ludzi, ojca i córki. O tym wszystkim John Grady nie wiedział, gdy wybierał się z Lecayem Rawlinsem na poszukiwanie przygody życia. W końcu obaj byli tylko dwoma młodymi chłopakami, z głowami pełnymi idei, nie zweryfikowanych jeszcze przez życie. Kiedy Rawlins, w którymś dniu podróży, podczas spania na gołej ziemi, mycia się w strumieniu, polowania na dziczyznę i życia wśród natury, powiedział, że mógłby tak żyć do końca życia, żaden z nich nie zdawał sobie wtedy jeszcze sprawy, że dawni kowboje już dawno wyginęli, a obcy kraj wcale nie musi być przyjazny. Obaj chłopcy zafascynowani byli kowbojskim życiem, myśleli że taki styl życia pełen jest swobody i wolności, nieświadomi byli niebezpieczeństw takiego życia z daleka od domu. John już od dawna tęsknił za takim stylem życia, dlatego nie wyobrażał sobie siebie w mieście, przy matce. Powiedział, że woli umrzeć jadąc, niż żyć stojąc w miejscu. Ten zew natury wołał go nawet wtedy, gdy „przygoda” chłopców dobiegła końca. Nie był w stanie wrócić do domu, tym bardziej że tego domu już nie było. Dręczony wspomnieniami tego wszystkiego, co się stało i co widziały jego oczy, a nie chciał zapomnieć umysł, dręczony wyrzutami sumienia za to, że zabił i chciał zabić, dorosły w ciele dziecka, pognał naprzód przed siebie, bez celu. Jedynym jego celem było to, aby jechać.

        Tak jak John Grady, wciąż nie mogę zapomnieć Jimmiego Blevinsa. Mimo, że chłopak był narwany i nie słuchał się nikogo, mimo że ściągnął na wszystkich niebezpieczeństwo, wciąż był tylko dzieckiem, trzynastoletnim chłopcem, który za swoje nieprzemyślane, podyktowane gorącym charakterem, czyny musiał zapłacić wysoką cenę. Wciąż myślę o tym, jaki musiał być przerażony, gdy kapitan policji prowadził go w asyście brata człowieka, którego zabił, w odludne miejsce, nie wiedząc co się z nim stanie, nie rozumiejąc co się do niego mów, a mimo to czując w głębi duszy to, co za chwilę miało się stać. Nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, co tam się stało, w tym groźnym, bezprawnym Meksyku, gdzie stróże prawa pozwalają to prawo naginać, zależnie od własnych potrzeb i od tego, kto za tę potrzebę zapłaci. Wciąż myślę o tym miejscu, gdzie dzieci traktowani są jak dorośli i nawet za brak winy muszą zapłacić swoją część kary. Przykro mi, gdy pomyślę, że te zdarzenia wcisnęły dwóch chłopców na siłę w dorosłość, karząc im żyć z poczuciem winy i chęcią zabicia. Myślę, że po tym wszystkim życie chłopców nie mogło już wrócić do dawnego biegu, na zawsze stracili swoją niewinność, mimo że wcale na to nie zasłużyli.

       Rawlins był słabszy psychicznie od Johna Grady.  Załamał się, kiedy zaczęły się kłopoty, podczas gdy John do samego końca panował nad sobą. To John zdawał się być przywódcą, mimo że wcale nie aplikował do bycia liderem. Jednak to właśnie on był bardziej opanowany, to on uspokajał Rawlinsa, gdy obaj patrzyli jak kapitan odchodzi z Blevinsem, mimo że sam musiał sobie poradzić z bezsilnością, która potem obróciła się w gniew i żądzę zemsty. Także Blevins wyczuł silniejszego, i to do Johny’ego zwracał się o pomoc, czy o rozsądzenie jakiejś kłótni z Rawlinsem. I to John mimowolnie wymógł na swoim przyjacielu, aby zabrać Blevinsa ze sobą. To także on zdecydował się pomóc Jimmiemu odzyskać straconego konia i z tego powodu to na nim ciąży po części wina za kolejne wypadki. Rawlins od samego początku sprzeciwiał się pomaganiu chłopakowi i mówił przyjacielowi, że jeszcze będą kłopoty z dzieciakiem. Myślę, że John też musiał tak myśleć, musiał czuć się odpowiedzialny za to, co przydarzyło się jemu i Rawlinsowi i zapewne właśnie to poczucie winy pchnęło go do powrotu do miasteczka La Encantada, by odebrać skradzione konie kapitanowi. W głębi umysłu na pewno zalęgła się w nim myśl o zemście i wydaje mi się, że właśnie to nim powodowało, a nie próba odzyskania koni, by wrócić do miejsca, gdzie wszystko co złe się zaczęło. Potem zaś nie mógł sobie wybaczyć uczucia, że chciał zabić człowieka z zimną krwią, nawet jeśli ten człowiek zasługiwał na śmierć.

       Początek historii wcale nie daje wyobrażenia o okrucieństwie ludzkim, jakie ze sobą nosi. Zdaje się być ona zwykła westernową historią. Dwaj chłopcy postanawiają uciec z domu, ze swojego kraju, gdzie zdaje im się, że nic ich nie czeka. Podczas upragnionej podróży do Meksyku czują się jak prawdziwi kowboje. Niczym nie ograniczeni, mogą żyć tak, jak chcą. Sami zaspokajają swoje potrzeby. Śpią pod gołym niebem, strumień daje im życiodajną wodę, natura pożywienie. Wreszcie znajdują się po drugiej stronie granicy, w Meksyku, u celu swojej podróży. Tam zaczepiają się na hacjendzie, gdzie pracują dla bogatego ranczera. John przeżywa swoje pierwsze prawdziwe uczucie do córki ranczera, z którą spotyka się po kryjomu i dzieli nie tylko łóżko, ale i miłość. Do tego zajmuje się układaniem dzikich koni, a jest to rzecz, którą lubi najbardziej. Całe jego życie obracało się wokół koni i teraz wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Także Rawlins odnalazł to, czego szukał- prostego życia ranczera. Niestety wkrótce sielanka legnie w gruzach za sprawą wcześniejszych wydarzeń, które wymknęły się spod kontroli. Wobec brutalnej siły, chłopcy wchodzą w dojrzałość o wiele za szybko, a ta odsłania przed nimi prawdziwe oblicze Meksyku i na zawsze odbiera im niewinność i naiwność dziecięcą. Johnowi otwierają się oczy na prawdziwy świat, gdzie uczucie nic nie znaczy w obliczu tradycji i historii.

      Johna Grady Cole’a poznajemy w chwili śmierci dziadka, właściciela niegdyś pięknego, a dziś podupadającego rancza. Z dniem śmierci tego pełnej krwi ranczera zmienia się życie Johna, którego świat obraca się wokół koni i życia na ranczo. Nagle dowiaduje się, że matka, w wyniku rozwodu, o którym nie wiedział, stała się właścicielką ziemi i pragnie ją sprzedać. Nie chce też oddać synowi rancza i dalej je prowadzić, ponieważ nigdy nie miała serca do takiego życia. Zawsze ciągnęło ją do miasta, a w małżeństwie z ojcem Johna nie była szczęśliwa. Gdy chłopiec był mały, opuściła swoją rodzinę i wyjechała do Kalifornii, ściągając tam na chwilę swojego męża. Jednak tak jak ona nie mogła mieszkać na wsi, tak ojciec Johna nie mógł ścierpieć życia w mieście. W pewnym momencie matka chłopca wróciła na ranczo dla swojego syna, ale nie odnalazła szczęścia. Prawdopodobnie wtedy, lub po wojnie,  z której ojciec chłopca wyszedł okaleczony psychicznie i stracił serce do prowadzenia rancza, podpisał dokument zrzekający się praw własności rancza na żonę. Ta zaś po śmierci dziadka, w  wieku 36 lat postanowiła pozbyć się kłopotliwej ziemi, nie zważając na protesty syna, bowiem chciała wreszcie zaznać prawdziwego życia, z którego mogła czerpać zadowolenie. Pewnego dnia chłopiec wyśledził ją jak wychodziła z hotelu z obcym mężczyzną, podając w recepcji inne nazwisko, co dało Johny’emu jasność co do tego, że matka związała już swoje życie z innym. Mimo namów ojca, nie był w stanie przebaczyć jej win i postanowił uciec z domu, nie mówiąc nic ojcu i matce, zabierając ze sobą tylko konia Redbo i kuzyna Lacey’a Rawlinsa, który był jego najlepszym przyjacielem. Z chwilą podjęcia przez matkę decyzji o sprzedaży ziemi, jego życie w Ameryce się skończyło. Nie mógł żyć poza ranczem, nie związany z ziemią.

       W pewnym momencie, jeszcze po stronie amerykańskiej, spotykają na swojej drodze młodego chłopaka na pięknym gniadym koniu. Jako znawcy, John Grady i Rawlins od razu poznali, że zwierzę jest sporo warte, uznali więc, że chłopiec musiał konia ukraść. W związku z tym, aby nie napędzić sobie kłopotów, odmawiają chłopcu swojego towarzystwa i odjeżdżają, mimo że chłopiec zaklina się, że koń jest jego i nie dopuścił się kradzieży. Jednak coś w jego zachowaniu niepokoi, zwłaszcza że chłopak najwyraźniej kłamie, podając wiek, na jaki nie wygląda i nazywając się imieniem pastora, który w radio wygłasza swoje kazania. Nie chce też opowiedzieć przyjaciołom swojej historii, czym skazuje się na banicję. Jednak to chłopcu nie przeszkadza jechać za nimi, aż w końcu przed samą granicą dogania ich i przekonuje Johna, aby mógł się do nich przyłączyć. Decyzja Johna Grady wkrótce miała się położyć cieniem na życiu jego i Rawlinsa, ale kto zna wyroki boskie? Tak wiele zła można by uniknąć w życiu, gdybyśmy zdolni byli przewidzieć przyszłość.

        We trójkę przeprawiają się przez rzekę wraz z końmi do Meksyku. Tam spotyka ich burza, w wyniku której młody chłopiec, nazywający siebie Jimmym Blevinsem, traci swojego konia, broń i cały swój dobytek, łącznie z ubraniem. Trzech chłopców, z których jeden ubrany jest tylko w koszulę i majtki, na dwóch koniach udają do najbliższego miasteczka La Encantada, gdzie natrafiają na mężczyznę, z którego kieszeni wystawał rewolwer Blevinsa. Gdy dzieciak zaczyna się odgrażać, że odbierze natychmiast swoje rzeczy, John Grady i Rawlins dla własnego bezpieczeństwa postanawiają zostawić chłopaka na granicy miasteczka. Sami ponownie udają się do La Encantady na zwiady. Tam odnajdują konia Blevinsa. Gdy wracają do chłopca, ten wymusza na Johnym obietnicę, że pomogą mu w odzyskaniu jego konia. Blevins upiera się, aby odzyskać też broń, siodło i wszystkie rzeczy, jednak John pozostaje nieugięty i zgadza się tylko na zwierzę. O świcie podkradają się do miejsca, gdzie trzymano zwierzę. Blevins wykrada swojego konia, jednak wszyscy trzej muszą uciekać, gdyż miasteczko się obudziło i puszczono się za nimi w pogoń. Powagę sytuacji podkreśliły strzały za uciekającym Blevinsem. Wkrótce chłopcy rozdzielają się. Blevins jedzie w swoją stronę, a John i Rawlins w swoją. Mieli się spotkać gdzieś na drodze, jednak do spotkania nigdy nie doszło. Chłopak zniknął i słuch o nim zaginął. 
      Po jakimś czasie, gdy pewnym już było, że pogoń zgubiła ich ślad, John Grady i Lacey Rawlins znaleźli pracę na meksykańskiej Hacjendzie. Spędzili na niej cztery miesiące na dobrym wiejskim życiu. Żaden z nich nie miał pojęcia, że po dwóch miesiącach ukrywania się w meksykańskim miasteczku Palau, gdzie pracował dla niemieckiej rodziny, Blevins wrócił do la Encantada po swoją broń, ściągając na wszystkich nie tylko prawdziwe kłopoty, ale i całkowitą zmianę światopoglądu młodzieńców.

        Zauważyłam, że dałam się wciągnąć w tym miejscu, gdzie przyjaciele spotykają trzynastolatka, udającego kogoś innego, niż był. Czułam w nim jakąś tajemnicę, która bardzo chciałam odkryć. Myślę, że to właśnie w tym momencie nastąpił przełom. Nie byłam już w stanie się cofnąć, odłożyć książkę na miejsce. Coś w tym chłopaku, w tym Jimmym Blevinsie, sprawiło, że uległam historii, bo czułam, że coś przełomowego się wydarzy. Autor chwycił moją ciekawość, która wcześniej zręcznie mu umykała. Od tego momentu żyłam tylko dlatego, aby dowiedzieć się, co się stanie za chwilę, na kolejnej stronie. Potem zaś wciągałam się coraz bardziej i bardziej, zupełnie jakby trzej chłopcy złapali mnie za rękę, tonąc w swoich kłopotach, i próbując się uratować, a ja nie mogę się od nich oderwać. Jakbym miała jakąś moc, aby ich z tych kłopotów wyratować tylko dlatego, że będę czytać dalej. Teraz widzę, że cały czas oczekiwałam jakiegoś happy endu, jakiejś pomocy z niebios, a kiedy ona nie nadeszła, byłam w szoku, i dalej nie mogłam się oderwać od powieści, brnęłam w historię, wciąż mając tą złudną nadzieję, że będzie dobrze. Wpadłam w jakieś zaczarowane koło, z którego nie mogłam, a może nawet nie chciałam się wyrwać. Teraz w moich myślach krąży jakiś smutek, gdy pomyślę o tych chłopcach. Nie tak miało być. Chciałam ich chronić przed dorosłością, ale oni byli głusi na moje myśli, brnąc coraz głębiej w bagno okrucieństwa i bezprawia. Nie udało mi się ich uratować, ochronić, pozwoliłam im otworzyć oczy na szarą rzeczywistość. I to mi leży do tej pory na sercu.

        Oczywiście wiem, historia była wymyślona, bohaterowie nie istnieli, to co się zdarzyło, nie zdarzyło się naprawdę. Ale ja czuję inaczej. Dlatego wysoko cenię tę książkę, bo tak dalece mnie ona wciągnęła, że postacie, takie jakie poznałam w książce, ożyły w mojej głowie i wciąż żyją. I myślę, że nigdy o nich nie zapomnę, nawet jeśli dwoje z nich dziś powinno już być dorosłe. Nawet jeśli w ogóle nie istnieli…
Wschód słońca