wtorek, 22 listopada 2016

Sekretne życie Evie Hamilton/ Catherine Alliott


Książka „Sekretne życie Evie Hamilton” Catherine Alliott nie wyglądała jakoś szczególnie obiecująco. Różowo białe barwy zapowiadały, że jest to literatura dla kobiet, czym się ucieszyłam, ale spodziewałam się czegoś raczej typowego, niewyróżniającego się, takie tam lekkie czytadło. Nawet miałam wrażenie, że może być to całkiem nudne czytadło, a to dlatego, że książka była gruba. Wiecie, niewielu pisarzy potrafi utrzymać uwagę czytelnika tak długo, większość zazwyczaj wypisuje co mu ślina na język przyniesie, nie zauważając nawet, kiedy zaczęli iść na ilość, a nie na jakość. Nie widzą, że w pewnym momencie stracili zainteresowanie czytelnika i dalej brną w tą swoją paplaninę. Takie właśnie przeczucia i generalizowanie towarzyszyły mojemu wyborowi. Niezbyt zachęcająco, prawda? Ale właściwie słowo „wybór” jest tu trochę wzięte na wyrost. Bo czy złapanie w pospiechu książki, tylko dlatego, że okłada wyglądała wesoło. a tytuł podjudzał ciekawość, są właściwymi kryteriami gdy chodzi o wybór? Nawet nie miałam czasu przeczytać dokładnie streszczenia z tyłu okładki. Po prostu potrzebowałam czegoś na wakacje. „Wybrałam” więc książkę Catherine Alliott raczej na chybił trafił i jak tylko dotarłam do domu, odłożyłam ją gdzieś na półkę. Lato przeminęło, a ja wciąż wolałam czytać co innego, bo czułam to, w nawet wiedziałam, że Evie Hamilton na pewno będzie nudna. A to tego ta ilość stron.  Nie zachęcało to chociażby do tego, żeby zabrać Evie gdzieś na spacer, wrzucając ją na szybko do torebki.
Tak minęły trzy miesiące, podczas których książka leżała odłogiem, a mój wzrok mijał ją obojętnie. Aż wreszcie nadszedł czas, aż zabrakło mi tzw. książki do autobusu. Nienawidzę czekać bezczynnie, czy czekam w kolejce do lekarza czy na przystanku autobusowym, więc jedynym wyjściem dla mnie jest zabieranie ze sobą jakiegoś czytadła, które pomaga mi to czekanie uprzyjemniać. W domu czytałam już inną książkę i nie chciałam jej wszędzie targać ze sobą, ponieważ istniało ryzyko, że czasem moją autobusową książkę będę musiała zostawić w pracy czy u mamy, gdy będę obładowana zakupami. A zdarzyło się akurat, że w tym czasie zaczęłam czytać w domu bardzo ciekawą serię, z którą po prostu nie mogłam się rozstać. Nie, do autobusu potrzebowałam czegoś zupełnie innego, coś, co z lekkością serca będę mogła zostawiać gdzie tylko będę miała ochotę czy potrzebę i za czym nie będę tęsknić, nawet jak nie będziemy się widzieć kilka dni. Padło na Catherine Alliott.
Pamiętajcie, że byłam przekonana, że ta książka to nic niezwykłego, dlatego zdecydowałam, że właśnie ją będę targać ze sobą, nawet jeśli znaczyło to pół kilo żywej wagi i aż 519 stron do przeczytania. Dawałam sobie miesiąc na je przeczytanie. Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia na myśl o przerwach w czytaniu tej pozycji, bo przecież i tak miała to być letnia opowieść bez specjalnego wyrazu.
Wszystkie te plany, na szczęście, popsuła moja choroba. Chociaż, był to raczej katalizator czegoś, co zaczęło się już wcześniej. Bo zauważyłam po jakichś dwustu stronach (przyznacie, że niezbyt dobrze świadczy to o książce…) zaczęłam czuć zainteresowanie, któremu nie potrafiłam się oprzeć. Wcześniej historia opowiadana przez Alliott była faktycznie letniawa, ale dało się ją czytać z pewnym stopniem zainteresowania. Myślę, że największym problemem autorki było to, że zawarła w książce zbyt dużo informacji o rodzinie Evie. A raczej zbyt rozciągnęła w czasie tę część, jakby nie patrzeć, poboczną. I jak to w życiu rodzinnym bywa, także u rodziny Evie Hamilton, jej macochy, brata i matki, czas płynął sobie wolno z mniejszymi lub większymi (raczej mniejszymi) dramacikami. Jednak nie było to nic, co warte byłoby dłuższego opisywania. Owszem, był gdzieś tam główny wątek dramatu Evie i jej męża, wątek bardzo interesujący, ale oplatało go tyle dodatkowych, mało ciekawych wątków, że zaburzało to efekt i spychało główną historię do rangi umiarkowanie ciekawych.
Gdy wreszcie pojawił się On (rycerz w lśniącej zbroi przybyły prosto z bajki aby uratować księżniczkę z opresji), zmienił się charakter opowieści. Nabrała ona jakiegoś konkretniejszego kształtu i podniosła temperaturę wokół Evie o parę stopni. Na początku tylko o parę, ale ja wiedziałam (cóż, spore doświadczenie w czytaniu romansów się kłania), że On jest kimś więcej niż tylko mężczyzną, w którego w gniewie wjechała samochodem główna bohaterka. A skąd to wiem? Cóż, czy Wy, kiedy się kłócicie z kimś obcym, gdy właśnie doznaliście głębokiego szoku z powodu spowiedzi partnera i do tego wjeżdżacie komuś autem w tyłek, to czy zauważacie kolor jego oczu? Także od razu wiedziałam co się święci, tylko nie wiedziałam, jakie miejsce Jemu (Ludo, Ludovic) zostało przeznaczone w całej tej pogmatwanej historii. Bo z pewnością nie uważam za happy end tego, że kobietę zostawia mąż, bo ma słabość do innej, a ona na pocieszenie znajduje zastępcę. A już na pewno nie wtedy, gdy ten mąż wydaje się być dobrym człowiekiem, a na dodatek zdawał się nie tylko kochać swoją żonę, ale być prawdziwie w niej zakochany, gdy się poznali po raz pierwszy. Do teraz nie wiem, po co Ludo się w książce pojawił, dlatego wydaje mi się, myślę, że mogę śmiało to powiedzieć, aby podkręcić temperaturę letniej powieści. I muszę przyznać, że zamysł się udał, chociaż jednocześnie zaburzył jednolitość opowieści.
Ale nie tylko postać Ludo sprawiła, że powieść mnie wreszcie zaciekawiła. I to tak, że przeczytałam ją ostatecznie w ciągu dwóch dni (zawdzięczając to chorobie i weekendowi). Okazało się bowiem, że autorka ma naprawdę ciekawy sposób opowiadania, nie mówiąc już o bardzo ciekawym wątku, o którym wspomniała na samym początku, na zachętę. Był to fajny zabieg, od razu wyczułam że będzie to coś niezwykłego. Jedyny błąd autorki w tej sprawie to fakt, że ujawnienie tego wątku w całości zajęło jej tak dużo czasu. Kazać czekać czytelnikowi na coś takiego ponad dwieście stron było bardzo ryzykowne. Mogło się zakończyć odłożeniem książki na półkę już po stu. A naprawdę byłoby szkoda. Bo pomimo całkiem słabego wstępu, wmieszania być może niepotrzebnej osoby Ludo (zbyt to trąci typowym romansidłem, a to na pewno nie jest tego typu książka) i słabym zakończeniem, które było zbiegiem samych szczęśliwych zakończeń dla każdego z pobocznych bohaterów (po raz kolejny trąci słabym romansidłem), książka była zupełnie czymś innym niż to, co do tej pory czytałam. Gdyby nie to, że autorka zmieszała tu różne style i dorzuciła parę zbędnych rzeczy, przez co jej książka zbyt przypomina zwykłą komedyjkę pomieszaną z romansem i to takim z niższej półki, opowieść o Evie Hamilton mogłaby być czymś więcej niż popularnym czytadłem. Mogłaby z łatwością wyskoczyć z tej szufladki na wyższą półkę, gdyż zawierała ciekawy wątek i diabelsko dobry styl odkrycia tajemnicy tamtej zagadki z początku książki.
Mam mieszane uczucia co do tej książki. Boję się pisać, że była naprawdę dobra, bo zawierała kilka słabszych momentów, nosi znamię pomieszania stylów i jakby tego było mało, jest wciśnięta w szufladkę romansu. Jednocześnie nie mogę przymykać oczu na to, że wątek o Nevillu był świetnym przełamaniem opowieści i wyznacznikiem tego, że Alliott ma zadatki na bardzo dobrą pisarkę. Wydaje mi się, że gdyby chciała, gdyby skoncentrowała się na jednej książce i nie starała się sprostać terminom wydawców, mogłaby napisać coś naprawdę fajnego i wyjątkowego, coś, co nie nosiłoby piętna romansidła. Nie mówię tu od razu o „Dumie i Uprzedzeniu” czy o „Przeminęło z wiatrem”, ale mogłoby z tej książki wyjść dzieło, a nie tylko powieść. Droga Pani Alliott, jeśli mnie Pani czyta, proszę się nad tym poważnie zastanowić, bo tkwi w Pani potencjał, którego boi się Pani wykorzystać, albo poszła Pani po prostu na łatwiznę. Tu lepiej zamilknę, na wypadek gdyby jednak Catherine Alliott naprawdę mnie przeczytała ;)
Mimo, że nie mogę nagrodzić tej autorki bezgraniczną, bezkompromisową rekomendacją, muszę ją odrobinę wyróżnić, bo naprawdę nie jest to typowa pisarka romansideł. Spod jej pióra mógłby wyjść naprawdę dobry kawał jakiegoś ponadczasowego romansu, może dramatu, gdyby tylko zechciała się zmierzyć z takim wyzwaniem. Tymczasem Evie Hamiltomn nosi w sobie piętno walki stylów, jakiejś bitwy, która rozegrała się w umyśle autorki. Jakby wiedziała ona, że ma większe możliwości w sobie, ale wolała zamiast tego odpowiedzieć na oczekiwania wydawców i dać im prostą, acz poczytną książkę o miłości. Dla wydawców bardziej liczy się pieniądz niż dobra historia, dlatego pozwolili Allott na zejście poniżej jej możliwości, byle tylko zaspokoić potrzeby prostej, niewymagającej publiczności i tym samym pozwolić im samym zarobić więcej pieniędzy. Był to łatwy zysk, na podjęcie ryzyka, które mogłoby im się w tym przypadku opłacić, nie było ich stać. Należy zrozumieć tu autorkę, bo czasem ciężko jest rzucić się na głęboką wodę gdy wszyscy wokół Ciebie oczekują czegoś innego, czegoś miernego, ale przynoszącego pewny zysk. Czasem łatwiej się ugiąć do czyjejś woli niż podążać za własnymi marzeniami.
Być może się mylę widząc w Catherine Alliott zadatki na kogoś więcej niż pisarkę poczytnej damskiej literatury kobiecej, ale sądząc z tego, jak fajnie prowadzi narrację, jak sympatyczne i spójne stworzyła postacie, jak pozytywnie zabawna jest jej główna bohaterka i jak dobrze autorka manipuluje emocjami, myślę, że nie mylę się co do niej. Wszyscy główni bohaterowie są ciekawi i niejednoznaczni. Nawet gdy wściekamy się na męża Evie, Anthony’ego, czujemy zdziwienie, jak taki dobry człowiek mógł zdradzić swoją dziewczynę. Gdy złościmy się na Caro, przyjaciółkę Evie, za to, że czasem potrafi być taką czepialską, widzimy jednak drugie oblicze tej kobiety, która walczy codziennie z biedą zaglądającą w oczy. Poza tym nie możemy nie zauważyć, że Evie czasem naprawdę zasługuje na wściekłe reakcje Caro za swoją ślepotę i oczekiwanie, że rodzina zawsze przyjdzie jej na pomoc, podczas gdy sama niewiele z siebie daje innym. Nic w tej książce nie jest tak do końca jednoznaczne, wszystko ma swoje drugie dno. I autorka zadbała o to, żebyśmy to dostrzegli.
Najbardziej cenię w autorce to, w jaki sposób kreuje swoje postacie, w jak świetny sposób wplotła wątek śmierci Nevilla Cartera i to, jak ciekawie poprowadziła akcję, odsłaniając tajemnicę Anthony’ego krok po kroku, pozwalając nam, kobietom, wściekać się razem z Evie za jego obecne i przeszłe postępowanie, jednocześnie czując, że mimo wszystko nie jest to zły człowiek, co powodowało jeszcze większą wewnętrzną złość. Główni bohaterowie książki nie są czarno-biali, co utrudnia odgadnięcie, jaki będzie koniec opowieści. Wszyscy wiemy, że tego typu książki przynoszą szczęśliwe zakończenia, ale mimo wszystko nie potrafimy tego rozpracować w tym przypadku, zwłaszcza, że jest jeszcze Ludo i Isabella. Co i dla kogo będzie oznaczać szczęśliwe zakończenie? Jak to w życiu bywa, bardzo trudno jest to określić. A Catherine Alliott wcale nam tego nie ułatwia.
I to mi się podoba w autorce. Celowo utrudnia rozwiązanie i tak trudnych ludzkich dylematów, jednocześnie pozwalając nam w tym wszystkim odnaleźć dużo dobrej zabawy, zafundowanej nam przez Evie Hamilton. Jej osoba jest połączeniem Rebeki Bloomwood  z „Wyznań zakupoholiczki” i Bridget Jones z „Dziennika Bridget Jones”, ale podanym bardziej subtelnie, z dodatkiem dramatu, jakim dla każdej kobiety jest zdrada. Evie popełnia czasem głupie błędy, zwłaszcza gdy nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie, nie rozumie, przez co popada w tarapaty. Jednak w obliczu dramatu jej rodziny potrafi zachować się dorośle, mimo iż targają nią sprzeczne emocje. To ją odróżnia od tych dwóch kobiet, które wcześniej wymieniłam. Evie Hamilton zachowuje się czasem głupio, ale głupia nie jest. Jej sposób myślenia i zachowania może wydawać się trochę głupiutki, ale niestety, kobiety tak się właśnie zachowują, zwłaszcza gdy tracą kontrolę nad swoim życiem. Sama mam koleżankę, która wykonała podobny manewr jak Evie, gdy zobaczyła, jak jej mąż, Ant, z uczuciem odgarnia kosmyk włosów z twarzy innej kobiety, kobiety, z którą ma nieślubne dziecko. Ten kawałek, mimo iż wyrósł na podłożu dramatu, był najzabawniejszy ze wszystkich momentów w książce i naprawdę śmiałam się w głos, gdy sobie wyobraziłam tę scenę. Oczywiście nie chodzi o moment, w którym Ant wykonywał ten gest, tylko o to, co później zrobiła Evie.
Ogólnie książka jest bardzo zabawna, ale w taki delikatny, subtelny sposób. Dwukrotnie przyłapałam się na głośnym śmiechu, którego nie potrafiłam opanować, a wierzcie mi, dzisiaj to naprawdę rzadkość. Wielokrotnie też wściekałam się jak osa na Athony’ego i miałam ochotę go czymś rzucić, albo nawet wyrzucić go z domu, jakbym to ja była główną bohaterką. Na szczęście Evie zachowała się jak dorosła osoba i poddała wszystko przemyśleniom, mimo iż jej pierwsze reakcje zawsze były takie jak moje. To też podobało mi się w Evie, ta jej dorosłość, to, że potrafiła sprostać wszystkim problemom mimo tego, iż była to osoba, która reagowała intuicyjnie i pod wpływem emocji. Jednak potrafiła zapanować nad emocjami i przemyśleć wszystko i dzięki temu dostrzec, że każda rzecz ma dwa oblicza i to, jak będzie wyglądała nasza przyszłość zależy tylko od nas.
Mimo iż książka zaczęła się bardzo powoli, rozkręcała się powoli, uważam, że jest bardzo ciekawa i należy się jej szansa. Uwierzcie mi, że potem akcja nabierze tempa i zostaniecie wrzucone w dwa wymiary, typowego romansu, gdzie akcja jest wartka, prosta i zabawna oraz wymiaru głębszego, dramatycznego. Książkę tę można było napisać na dwa różne sposoby, przy czym dramat byłby bardziej udaną wersją, a romans być może poczytniejszą. Autorka zdecydowała się połączyć te dwie wersje w jedno. Czy słusznie? Raczej nie. Mimo to powstała z tego bardzo dobra książka i ciekawa historia, choć może się czasem wydawać, że jest lekko niespójna. Ale pamiętajcie, że wina leży w walce talentu pisarskiego autorki z oczekiwaniami publiki. Wygrało to drugie, stąd mamy na końcu cały szereg szczęśliwych zakończeń dla (prawie) każdego, jak z jakiegoś disnejowskiego filmu. Dorzucono też parę niepotrzebnych całej historii, ale podgrzewających atmosferę, faktów, żeby było ciekawiej i przyjemniej, ale naprawdę nic by się nie stało, gdyby tego tłoku tam na końcu nie było. Byłoby to znacznie bardziej pozytywne dla ogólnego odbioru książki. Ale wybaczcie autorce, ugięła się pod presją oczekiwań stałych czytelników.
Pod tą sama presją powstała zapewne postać Ludo. Mężczyzny, który spadł Evie jak gwiazdka z nieba wtedy, kiedy do najbardziej potrzebowała. Pomógł jej przetrwać kryzys i dodał pewności siebie w trudnych chwilach. Jednak minusem tej postaci jest jej lekka niespójność (jedyna postać, która nie była do końca przemyślana) i to, że był trochę nie na miejscu, Niespójność, bo ze statecznego sprzedawcy książek nagle zmienił się pod wpływem Evie w niesfornego chłopca (taaa, oczywiście, takie rzeczy się zdarzają…). A nie na miejscu, bo wierzcie mi, rycerze z bajki nie stoją na każdym rogu czekając na ujawnienie, gdy ich potrzebujemy. Owszem, posłużył do zmącenia wody wokół postaci Evie i zmanipulowania historii tak, abyśmy nie mogli domyślić się zakończenia, ale jednocześnie stworzył podstawy do zakończenia powieści rodem z „Dziennika Bridget Jones”, który naprawdę nie pasował do całej koncepcji i do głównego zakończenia. Myślę, że Catherine znacznie lepiej mogłaby rozwiązać potrzebę stworzenia tego czegoś, co sprowadziłoby nas na manowce podczas próby przewidzenia zakończenia. A tak postać Ludo zmusiła mnie do ustawienia tej książki na niższą półkę niż zasługuje na to autorka. Przez jego obecność i przez skuszenie się przez autorkę na zadowolenie szerszej publiki jestem zmuszona wystawić tej książce czwórkę z dużym minusem, choć ma zadatki na piątkowego ucznia.
Mimo pewnych uchybień bardzo cenię tę książkę (nawet jeśli nie mogłam jej dać piątki). Zaskoczyła mnie pozytywnie, bardzo pozytywnie. Doceniłam drzemiący w niej potencjał, który pokazał mi do czego zdolna jest autorka, gdyby zechciała podjąć ryzyko i napisać coś dla siebie, a nie dla swojego wydawcy. Jest to pierwsza książka od dawna, która spowodowała, że czytałam parę razy ten sam urywek, aby go dobrze zrozumieć lub przeżyć ponownie emocje w nim zawarte. Nie zdarza mi się to obecnie wcale, współczesna literatura jest na to za słaba i nie daje mi tego, czego potrzebuję. Dzięki Catherine Alliott dojrzałam światełko w tunelu. Wielka szkoda, że poszła ostatecznie w kierunku romansu, bo zmarnowała poniekąd świetny pomysł. Mogła główną historię dramatu zostawić dla innych bohaterów, a dla Evie stworzyć coś innego, bo tak zabawnej kobiety, w swój dorosły sposób, dawno nie poznałam. Zabawnej i postępującej głupiutko, ale powodującej u mnie spazmy śmiechu. Do tego historia, która mogłaby być doskonałą pożywką dla twórcy programów typu „Dlaczego ja?” przedstawiona została w sposób dorosły i emocjonalny, powodując, że coś, co mogło być zwykłą ludzką historią przedstawioną w szmirowaty sposób, zostało nam podane z elegancją, przemyśleniem i dużą dozą humoru (oraz z paroma zbędnymi dodatkami ). Duży ukłon w kierunku autorki za tak fajne podejście do problemu. I duży minus za niewykorzystanie potencjału, który drzemał zarówno w niej, jak i w historii.
Cóż, co tu dużo pisać, książka jest godna polecenia. Zgrabnie przetworzona historia dawnej zdrady, która może zrujnować szczęście rodziny i walka o to, żeby zdradzone zaufanie nie zniszczyło czegoś cennego, nad czym bohaterowie pracowali całe życie. Świetni bohaterowie, różne charaktery i udane połączenie historii dwóch rodzin i drobnych niesnasek i wzajemnych roszczeń, zakłócających codzienne życie z pozoru zgranej rodziny. Podobało mi się także to, jak autorka rozebrała na części każdy element osobowości Evie, odsłaniając nam całą prawdę o niej, oraz jak fajnie przemyciła i zdradziła nam jej główny sekret, mianowicie brak poczucia pewności siebie, który tyle lat maskowała pod osłoną zadowolonej z życia żony, matki i mieszkanki Oxfordu. To, że poznałam ją tak dobrze spowodowało, że zaczęłam patrzeć na nią inaczej i głębiej odczuwać jej strach przed utraceniem wszystkiego, co dla niej drogie. Dzięki talentowi Catherine Alliott niemal stałam się Evie i razem z nią musiałam stawić czoła dramatowi, jaki się jej przytrafił. I obawiam się, że Evie postąpiła rozsądniej i doroślej niż ja byłabym zdolna.
Po przeczytaniu tej jednej książki Catherine Alliott mam ochotę na następne. Chcę zobaczyć, czy to głębokie spojrzenie, fajna narracja i ciekawe ujęcie tej prostej z pozoru historii to był jednorazowy przypadek, czy też drzemiący jeszcze talent, który dojrzałam przez kartki tej książki, ukryty jest także między kartami innych, a zwłaszcza pierwszej jej książki. Mam też nieodparte wrażenie, że będziecie mieli dokładnie taki sam stopień ciekawości i nieodpartej chęci, by dotrzeć do innych jej książek, jaki stał się moim udziałem.
Niestety wygląda na to, że będzie to dane tylko tym, którzy lubią i potrafią czytać po angielsku, gdyż nie znalazłam w Internecie polskich przekładów. Jeśli nie macie nic przeciwko, koniecznie zajrzyjcie do księgozbioru Alliott, a już na pewno poznajcie Evie Hamilton i jej dylematy, bo jest to warta poznania osoba, mimo iż tylko fikcyjna. Polubicie ją od pierwszych stron, a im bardziej zagłębicie się w książkę, tym sympatia ta będzie rosła, aż wreszcie zaczniecie jej kibicować i nawet nie wiedzieć kiedy, spostrzeżecie, że trzymacie za nią kciuki, metaforycznie oczywiście. Jednak ostrzegam, jeśli jesteście facetami, możecie nie zrozumieć tej książki, tak jak nigdy nie zrozumiecie kobiet, nawet przy pomocy zaawansowanej technologii. Jest to książka typowo dla kobiet, o problemach kobiet i ich sposobie myślenia. Jeśli jesteście kobietami, w tej książce odnajdziecie siebie. I będzie to naprawdę fajna przygoda. Szczerze Wam tę książkę polecam moje drogie i życzę dobrej zabawy.


środa, 9 listopada 2016

Śmierć Bunnego Munroe/ Nick Cave


Miałam pisać o czym innym, ale zmieniłam zdanie za sprawą książki „Śmierć Bunnego Munroe” napisanej przez muzyka Nicka Cave. Książki, której nie jestem w stanie skończyć. Książki, która jest tak depresyjna i ponura, że miała głęboki wpływ na mój dzisiejszy humor. Negatywny oczywiście.
Naprawdę bardzo rzadko zdarza się, że odkładam książkę nie przeczytawszy jej do końca. Nawet mało ciekawym lub całkiem nudnym daję szansę. Przeczytam nawet takie, które wydają mi się stratą czasu lub takie, z których nie czerpię przyjemności, które mnie denerwują lub usypiają. Jednak gdy książka ma posmak depresyjny lub okrutny, nawet nie staram się za bardzo zwalczyć w sobie uczuć negatywnych. Wiecie, w życiu jest tak dużo smutnych i dołujących sytuacji, że naprawdę nie trzeba sięgać po fikcję, aby szukać tego typu atrakcji.
Oczywiście wiedziałam, że nie będzie to żadna komedia czy romans. W końcu tytuł musi coś znaczyć. Ale liczyłam bardziej na jakąś sensację, może kryminał z dużą dozą humoru. Albo przynajmniej coś oryginalnie ciekawego, sarkastycznego. Tak bynajmniej obiecywały mini recenzje umieszczone na okładce. Kolejny przykład na to, że nie warto czytać tego, co wydawca umieszcza w formie reklamy. Książka miała być zabawna w swój cyniczny sposób i poruszająca. Tymczasem jest depresyjna i obraca się tylko wokół męskich chuci. Nie ma w niej nic zabawnego. Nawet dowcipy opowiadane przez Bunnego i jego kolegów nie są zabawne. Jeśli taki jest świat mężczyzn, to ja go wolę nie poznawać.
Nie lubię książek, które tak negatywnie wpływają na mój humor. Już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów książka mnie odrzuciła. Po kilku następnych mam ochotę rzucić się pod pociąg. Nie zrobię tego tylko dlatego, że byłoby to naprawdę głupie, popełniać samobójstwo z powodu nietrafionej książki. Być może autor (w końcu muzyk, a to mówi samo za siebie) włożył w postać Bunnego Munroe trochę siebie i swoich doświadczeń. Jeśli tak jest, to wolę być biedną szarą mychą pracującą w bibliotece, niż kimś, kto zaznał pułapki sławy. Jeśli zaś nie było w tej książce ani jednego autobiograficznego słowa, to skąd w autorze taka pustka i ciemność, nic, z czego można byłoby się cieszyć na dłużej niż na parę chwil? Smutne jest to wszystko, a ja nie lubię się smucić. Dlatego książka jest nie dla mnie.
Być może jest w niej jakiś sens, jakiś przekaz, ale ja nie jestem ciekawa jaki. Przeczytawszy na szybko czyjąś recenzję znalezioną w Internecie zaraz przed tym, jak napisałam pierwsze słowo tego postu, zobaczyłam że są osoby, które cenią tę książkę wysoko. Okej, każdy ma swoje własne zdanie i swoje, tylko mu zrozumiałe potrzeby. Wiem też dzięki tamtej recenzji jaka jest puenta historii Bunnego. I wiecie co? Jednak jest w tej książce zawarta lekcja. Tylko że mnie nie chce się przez nią przechodzić, bo ja i bez tej książki wiem, że dzieciom czasem lepiej jest bez rodziców, jeśli ci mają na nie destrukcyjny wpływ. A Bunny Munroe na pewno ma destrukcyjny wpływ, nawet na swoich czytelników. Ja wypisuję się z tej grupy. Przeczytałam dziesięć rozdziałów i nie zniosę ani jednego więcej. Chyba że mam skończyć w wannie z pociętymi żyłami. Bunny Munroe jest nie dla mojej wrażliwej, szukającej pociechy w książkach osoby zbyt nudny, monotematyczny i depresyjny. Zostawiam go dla innych, mających mocniejsze nerwy.
Brzmi to tak, jakby książka była naprawdę mocna. Ale tak naprawdę  nie ma w niej nic specjalnego. Jest tylko egoistyczny facet, który dba tylko o siebie i ciągle myśli o seksie. Nie przeszkadza mu w tym nawet śmierć żony. Żyje w swoim świecie, gdzie wszędzie dookoła czają się cipki, które tylko proszą, aby Bunny po nie sięgnął. Nic nowatorskiego, połowa facetów na świecie tak myśli. Do tego Bunny Junior, który jest tak zagubiony po śmierci matki, że nawet wówczas nie potrafi dostrzec, jakiego kutasa ma za ojca. Być może jest za młody, żeby ujrzeć pewne prawdy, być może trwa w szoku, sprawiającym, że nie dociera do niego nic z tego, co się wokół niego dzieje. Ale na pewno on, jak i jego ojciec, zdają się być wyprani z emocji i tańczą po scenie Nicka Cave jak puste kukły.
Do tego dołóżmy jego matkę, Libby Munroe, która żyje w depresji przez swojego latającego za babami męża i woli trwać w tym chorym związku, zamiast ratować siebie i syna. Również nic nowego. Kobiety tak mają, są jak psy. Nawet bite wciąż wierzą, że ich Pan (czytaj partner) może się zmienić i dla tej głupiej myśli poświęcają swoje jestestwo. Smutna jest ta książka aż do szpiku kości. Kto by chciał czytać takie historie? Ja na pewno nie. Nie obchodzi mnie to, czy skończy się dobrze czy nie, ważne jest to, jak się zaczęła i co jest w środku. Ja widzę tylko seks i smutek, zagubienie i depresję. Po co mi to? Do tego Libby, która po śmierci odwiedza chłopca, jakby była prawdziwym duchem. To, że Bunny może mieć alkoholowe/narkotykowe urojenia jest ok, ale dorzucać do tego jeszcze przywidzenia Bunnego Juniora? Zaczyna się robić trochę zbyt fantastycznie jak na książkę z ukrytą (bardzo głęboko) lekcją i twardo stąpającym po ziemi autorem.
Wiem, wiem, ciągle narzekam na te książkę, ale zła na nią jestem, bo zepsuła mi całkowicie humor. Nic mi się nie chce, a już tym bardziej pisać posty na temat przeczytanych książek. A naprawdę bardzo to lubię. Tymczasem Bunny Munroe zepsuł mi cały dzień i jestem tak zła, na niego, na siebie, że dawałam tej książce szansę tak długo, no i na samego Nicka Cava, że napisał tę książkę. Nieźle zniszczony musi być umysł, który wymyśla takie historie. Do mnie ona nie trafiła, do Was może dotrzeć, kto wie. Jedno jest pewne, nie mogę jej nikomu polecić. I nie dlatego, że nie przeczytałam jej do końca (dzisiaj odnoszę ją tam, gdzie jej miejsce- na półkę), ale dlatego, że chcę Wam oszczędzić tego zmęczenia umysłu, do jakiego doprowadził mnie Cave. Dzięki niemu jestem zmęczona psychicznie i podenerwowana. Mam ochotę kogoś uderzyć i nawet nie wiem za co. Nie pomaga mi muzyka ani słońce które wyszło zza chmur godzinę temu. Zamiast cieszyć się tym faktem po dwóch  pochmurnych tygodniach, ja widzę tylko to, że światło słoneczne odbija się od monitora i świeci mi po oczach, uniemożliwiając pisanie. To nie jestem prawdziwa ja, czuję to wyraźnie, to tylko jakaś gorsza kopia mnie, podszywająca się pode mnie. Nawet nie wiedziałam, że ktoś taki we mnie drzemie. Nie lubię tej drugiej, nieznajomej siebie i mam nadzieję, że zniknie z mojego życia razem z książką o Bunnym Munroe. A raczej książce o seksie, alkoholu i bezsensie życia. Mam nadzieję, że już niedługo znowu będę sobą i przestane być taka podkurwiona, nie wiadomo na co. Że zaczną mnie znowu cieszyć małe rzeczy, jak choćby ta czekolada, którą trzymam w biurku na czarną godzinę. Bo póki co mam ochotę wyrzucić ją za okno z brzydkim okrzykiem na ustach, z nadzieją, że to mi pomoże zapomnieć o Bunnym Munroe i jego delirycznym świecie. A kiedy to się stanie, znowu będę miłą osobą, nie używającą przekleństw i czerpiącą radość z pisania postów. Bo póki co używam klawiszy do wyżycia się na kimś, na czymś, obojętne, byle tylko pomogło mi to wrócić do normalności, którą zgubiłam gdzieś pomiędzy rozdziałami książki „Śmierć Bunnego Munroe”.

Do następnego!

niedziela, 30 października 2016

Za co kocham/ nienawidzę Lanzarote


Kocham:
1.   Za wieczna piękną pogodę i słońce, od którego tak łatwo się spalić. Za potrzebę nakładania olejków do opalania i całodobowego noszenia okularów przeciwsłonecznych (za wyjątkiem pory nocnej, oczywiście) oraz kapeluszy. Za chłodzący wiatr i ciepłe wieczory. Za możliwość przesiedzenia całą noc pod gołym niebem, przy grillu, wsłuchując się w milknące rozmowy dopływające z sąsiadujących domków. Za cudowne poranki i kąpiel w oceanie w promieniach wschodzącego słońca. Za cudowną poświatę towarzyszącą każdemu zachodowi słońca. Za klimatyczne zdjęcia o zmierzchu. Za poświatę słoneczną, która rozjarza taflę oceanu barwą roztopionego złota.

2.   Za niepowtarzalne krajobrazy, majestatyczne łańcuchy górskie utworzone z wulkanów oraz wszechobecną, kojącą pustkę, która staje się ostoją piękna.
3.   Za tę ciszę towarzyszącą porankom, nocom i dniom, spędzonym na kontemplowaniu przyrody w odległych rejonach wyspy.
4.   Za te wieczory na ławce spędzone na śledzeniu świateł mknących w oddali samochodów.
5.   Za hiszpański, przepiękny język przenikający ulice, dodający uroku samotnym wieczornym spacerom i podgrzewający atmosferę nocy.
6.   Za energię krążącą ulicami, która przeistaczała zwykłe ulice w nocny karnawał barw i postaci.
7.   Za różnorodność plaż. Za czarny piasek i wulkaniczne kamieniste plaże w okolicy El Golfo. Za plaże Papagayo, otoczone milczącą pustką gór spalonych słońcem. Za wędrówki na mniej dostępne plaże, za pozytywne zmęczenie towarzyszące tym wędrówką. Za możliwość zanurzenia się w błękitnych wodach Playa Dorada. Za to, że każda plaża jest inna mimo bliskiego sąsiedztwa. Za niedostępność najpiękniejszych plaż, do których trzeba dojść/zejść/wdrapać się.


8.   Za majestatyczną pustkę dookoła.
9.   Za wielorakość kolorów i odcieni w zdającej się jednostajnej wyspie.

10.    Za poczucie przygody czającej się na każdym rogu.
11.  Za cudowne małe miasteczka ukryte pośród wulkanicznej pustki.
12.  Za słodkie winogrona rosnące pod górskimi zboczami.
13.  Za to, że wszyscy mówią tam także po angielsku.
14.   Za poczucie bezpieczeństwa pozwalające szwendać się samotnie po ulicach w środku nocy.
15.   Za to, że kierowcy zatrzymują się przed pasami, jak tylko się do nich zbliżasz.
16.   Za tanie paliwo.

17.   Za nienaruszoną biało-zieloną architekturę miast strzeżoną przez władze wyspy. Za brak biurowców i ogromnych hotelisk psujących pejzaż.

18.   Za najsłodsze egzotyczne owoce i za Lidla, który sprzedaje je w niewysokich cenach. Za możliwość spróbowania najsłodszego ananasa w moim życiu. Za najsmaczniejszego melona i soczystą papaję.

19.   Za czarną ziemię i mieniące się wszystkimi odcieniami czerwieni góry.
20.   Za jedzenie smaczniejsze niż w Grecji.
21. Za cudowny dżem truskawkowy przypominający dom.
22. Za milion miejsc, które można zwiedzić, gdy ma się samochód i za miasta, które nie powszednieją, nawet gdy codziennie chodzimy tą samą drogą.
23. Za Mirador del Rìo i wspinaczkę górską, którą trzeba odbyć, by znaleźć się na tej rajskiej plaży. Za możliwość przystanięcia na szlaku, spojrzenia w dal, szarpane wiatrem ubranie i nieład na włosach. Za wszechogarniająca radość na widok roztaczającej się przed oczami przygody. Za brak tchu w płucach podczas wspinaczki powrotnej. Za tamten płaski kamień w połowie drogi w górę, na którym można było odpocząć przed kolejnym etapem mozolnej wspinaczki. 

Za roztaczający się z tego miejsca widok. Za cudowne zdjęcia zrobione po drodze. Za poczucie, że możesz zdobyć świat, gdy już dotrzesz na sam szczyt, radując się otaczającym Cię mrokiem i ciszą wypełnioną wiatrem i Twoim ciężkim oddechem. Za możliwość oglądania zmierzchu zapadającego nad wyspą bez wszędobylskiej obecności turystów. Za poczucie przygody, które rośnie w sercu, gdy docierasz do parkingu i widzisz, że wszyscy już dawno odjechali, przez co nie mieli możliwości zobaczenia wszystkiego tego, co było Twoim udziałem. Za to, że nie chce się opuszczać tego miejsca. Za mokrą od potu koszulkę i
poczucie celu w życiu. Za ryzyko, towarzyszące wspinaczce, gdy widzisz, że wokół Ciebie robi się coraz ciemniej, a przed Tobą majaczy szczyt, oddalony o połowę przebytej przez Ciebie w trudzie i znoju trasy. Za obietnicę, że następnym razem wrócisz wcześniej, aby uniknąć ryzyka utknięcia na tej kamienistej trasie w środku nocy i radość ze złamanej obietnicy, gdy ten następny raz przychodzi, a Ty najpierw marudzisz przy zbieraniu się z plaży, a potem nie możesz przestać odwracać się i robić kolejne zdjęcia tych samych widoków, które robiłeś tydzień wcześniej, bo jesteś przekonany, że te są inne, bo przecież pogoda się zmieniła. Za poczucie przynależności do tego miejsca.
24. Za nieoczekiwane codzienne przypływy i odpływy (nieoczekiwane dla tych, którzy nie sprawdzają takich informacji w Internecie), które zmieniają każdy wypad na plażę w prawdziwą przygodę.
25. Za możliwość przebywania w chmurach, gdy wybierze się trasę LZ-10 na Harię (Mirador de Haria) wracając dookoła z plaż Órzola do Arrecife.
26.  Za północną część wyspy obfitującą w najpiękniejsze krajobrazy i najciekawsze plaże. Za niesforną zmienność tej strony, dzięki której te same plaże nigdy nie są takie same.
27. Za okolice wioski Órzola z najciekawszą laguną (Los Caletones) jaką widziały moje oczy. Ten rejon przynosi poczucie przygody z każdym przypływem, a początek dnia nigdy nie jest taki sam jak jego koniec.
28.  Za aktywność jaką wymusza wyspa na wszystkich ciekawskich. Za dzieci biegające po placach zabaw w środku nocy. Za poczucie, że czas nie ma znaczenia. Za kompletny relaks. Za niepowtarzalny klimat wąskich uliczek, sprawiających, że chciało się wstąpić do pierwszego napotkanego gdzieś w plątaninie uliczek małego baru, aby posłuchać muzyki na żywo i zrelaksowanego śmiechu tamtejszych mieszkańców. Za wszystkich miłych ludzi, którzy mnie pozdrawiali z uśmiechem, w ogóle mnie nie znając, tylko dlatego, że mijali mnie wieczorem na ulicy. Za ciepłe światła rozświetlające noc przez niezasłaniane okna. Za umiejętność mieszkańców Lanzarote do cieszenia się ciepłymi wieczorami, przesiadujących na balkonach i tarasach do północy.
29. Za piękne małe wille z urokliwymi ogródkami, stłoczone wzdłuż wąskich uliczek. Za duże okna, pozwalające zajrzeć ukradkiem do wewnątrz, aby skraść trochę prywatności, której nikt tak naprawdę nie zamierza strzec. Za możliwość poczucia choć przez chwilę, że jest się jednym z nich, mieszkańców Lanzarote.
30.  Za miłość do zwierząt, która sprawia, że wszędzie stoją miseczki dla wałęsających się ulicami kotów, a pośród uliczek Costa de Papagayo ukryte są domki dla bezpańskich kotów.
31.  Za wieczorne powroty z całodniowych wypadów. Za szybko mijane rozświetlone miasteczka, aby za chwile zanurzyć się w ciemność. Za pełne satysfakcji milczenie, gdy wracamy z kolejnej podróży, podczas której zastaje nas noc. Za nostalgię, która ogrania na widok ciągnących się wśród ciemności jasnych wstęg tras szybkiego ruchu.
32. Za brak komarów w nocy (jak to w ogóle możliwe?).
33. Za zielone (i czerwone) oliwiny ukryte w czarnej wulkanicznej skale, które można zbierać jak bursztyny, wystarczy tylko mieć oczy szeroko otwarte.
33.   Za to, że zakochałam się w Wyspach Kanaryjskich. Za to, że chcę je poznać jeszcze raz; że marzę, aby wrócić na Teneryfę i dać jej drugą szansę. Za pewność, że tym razem będzie całkowicie inaczej. Za sentymentalną radość, która ogarnia mnie za każdym razem, gdy wspominam ten nieplanowany wyjazd na Lanzarote. Za dzisiejszy uśmiech na wspomnienie uczuć i wątpliwości, jakie towarzyszyły mi, gdy tylko otrzymałam propozycję wyjazdu na tę przepiękną wyspę i za poczucie, wtedy, przed wyjazdem, że pustka Lanzarote jest nie dla mnie. Za to, że tak bardzo się myliłam. Za miłość, którą już do końca życia będę czuć do tej wyspy, na której zaznałam tyle szczęścia.

Nienawidzę:
1.   Za brak cykad w nocy.
2.   Za wysokie kary za najdrobniejsze przewinienia. Już wiem, skąd ta uprzejmość kierowców na pasach (nie przepuszczenie pieszego na pasach- 200 euro).
3.   Za zimną wodę w basenie i w oceanie. Była zimniejsza niż można było tego oczekiwać w drugiej połowie sierpnia.
4.   Za karaluchy wielkie jak pięści (oczywiście przesadzam, ale okazy te są zaiste ogromne) i ich upodobanie w wieczornych spacerach ulicami miast.
5.   Za to, że największe miasta składają się głównie z kurortów, a żeby doświadczyć zwykłego życia mieszkańców Lanzarote trzeba udać się do odległych i schowanych pośród czarnych piasków wyspy małych miasteczek i wsi (niezbędny własny środek lokomocji, gdyż turystyczne autobusy zawiozą Cię do najbardziej znanych, turystycznych atrakcji i innych kurortów).

Więcej przewinień Lanzarote nie znalazłam. Zaś to ostatnie można łatwo złagodzić, wystarczy tylko zanurzyć się w głąb miasta, między wąskie uliczki, z dala od głównych ulic okupowanych przez tłumy turystów stłoczonych wokół pubów, restauracji i sklepów. Tam, ukryte od wścibskich spojrzeń, toczy się normalne życie mieszkańców Lanzarote, którzy tu żyją, pracują i chodzą do szkoły. Tego szukajcie, a odnajdziecie prawdziwego ducha Lanzarote.

                                                             ***

Był to drugi po Turynie wypad w tym roku, do którego będę mieć największy sentyment. Zdecydowanie przebił moją ukochaną Grecję, bo było to coś innego, całkiem nowe doświadczenie. Ale pamiętajcie, jeśli chcecie poznać Lanzarote tak naprawdę, jego prawdziwą głębie, siadajcie w samochód, kupcie dobrą mapę i ruszajcie na poszukiwanie niepowtarzalnej przygody, której nie znajdziecie nigdzie indziej, także na innej wyspie Kanaryjskiej, bo każda z nich jest inna i każda z nich przynosi inne emocje i inne przygody.

Powodzenia. Mam nadzieję, że zakochacie się w Kanarach tak jak ja.



poniedziałek, 24 października 2016

Podwójna rola/ Jacqueline Wilson


Ostatnia książka Jacqueline Wilson, która wpadła w moje ręce, jest przeznaczona dla dzieci. Typowe to dla tej autorki. Aczkolwiek ta opowiada o dziesięciolatkach, więc jest jeszcze bardziej dziecięca. Ale sięgając po książki Wilson trzeba się na to przygotować. Jednak nie martwcie się, jej styl jest tak wyluzowany, że z taką samą radością przeczyta jej książkę dziecko, jak i osoba dorosła. Wystarczy tylko odrobinę poczucia humoru i już stajemy się wiernymi czytelnikami Jacqueline.
Ja zakochałam się w jej stylu przez Tracy Beaker, a każda następna książka potwierdzała celność mojego wyboru. Nie inaczej jest z „Podwójną rolą”. Początkowo byłam nieco zaskoczona, jeśli nie powiedzieć zniechęcona, gdy zauważyłam, że książka napisana jest w formie dziennika/pamiętnika i że tylko jedna z bohaterek, Ruby, jest typową wilsonowską bohaterką- o ciętym języku i buńczucznej duszy. Jej bliźniacza siostra, Garnet, od pierwszych słów nie pasowała mi w tej książce, bo była spokojna i przygaszona gwiazdą pomysłowej Ruby. Była po prostu zwykłą dziewczynką, podczas gdy ja żądałam czegoś więcej od bohaterek Jacqueline. Tymczasem nieśmiałe wtrącenia Garnet pośród słowotoku Ruby były niczym małe zgrzyty, które psuły czar opowieści.
Jednak szybko dałam się wciągnąć w tę zabawę dwóch różnych charakterów i mimo iż uwielbiałam Ruby od pierwszych słów, a Garnet tylko lubiłam, a nawet zaledwie znosiłam, stwierdziłam, że jakoś to przeżyję, bo przecież w nadaniu tak różnych osobowości bliźniaczkom miało swój sens i było dobrze przemyślane. Poza tym na tle Garnet, Ruby stawała się jeszcze bardziej komiczna i świeciła jeszcze jaśniej, niż gdyby występowała na scenie sama. Poza tym nieśmiałość Garnet dodawała pasji przemowom Ruby i siły jej przywódczemu charakterowi i bez swojej młodszej o 20 minut siostry Ruby nie byłaby tą samą dziewczynką, to jest pewne.
Co więcej, obecność osobowości, którą można było kierować sprawiła, że bliźniaczki miały większą swobodę we wpadaniu w tarapaty, zwłaszcza, gdy działały na przekór ojcu i nowej osobie w rodzinie, znienawidzonej Rose. Dodatkowo gdyby nie obecność Garnet, zabrakłoby tej końcowej lekcji i tych paru łez, które pojawiły się pod koniec, gdy Ruby zapadła się w swoją złość i sprzeciw wobec wszystkich, swoją zawziętością i przekonaniem o własnej inteligencji oraz nieomylności powodując rozpad więzi między siostrami i pchając samą siebie w pułapkę samotności. Dlatego bardzo szybko pogodziłam się z obecnością tej nieśmiałej dziewczynki i nawet w połowie książki zaczęłam cieszyć się jej perypetiami tak samo, jak wpadkami Ruby.
Nie będę się rozpisywać, o czym jest ta książka, bo bez problemu znajdziecie miliony streszczeń w Internecie. Jednak chcę przy okazji tej krótkiej recenzji podkreślić talent Jacqueline Wilson i podpowiedzieć, że jeśli nie macie pomysłu, jaką literaturę podsunąć pod nos swojemu dziecku, sięgnijcie po książki tej autorki. Po trzech tytułach moje statystyki są tak wyraziste, jak smak gorzkiej czekolady Wedla. Są to książki zabawne i z przesłaniem i śmiało możecie je sami przeczytać. A jeśli przypadkowo jesteście nastolatkami, nie wahajcie się przed tym wyborem tylko dlatego, że nie jesteście już dziećmi. Gwarantuję Wam, że po książkach Wilson znowu zapragniecie nimi być.
Cóż więcej mogę powiedzieć, książka jest zabawna (powtarzam się, ale to najprawdziwsza prawda), chwilami wzruszająca i bardzo wciągająca. Tytuł na jeden wieczór, przeczytacie ją jednym tchem i nawet nie będziecie wiedzieli, kiedy to się stało. Tym, którzy biegle posługują się językiem angielskim zalecam czytanie w oryginale (Double act), bo dzięki temu nie uronicie ani odrobiny z żywego języka Wilson (każdy przekład bowiem nosi ślady czyjejś interpretacji, która czasami może zaburzyć całość narracji).
Jeśli macie ochotę sięgnąć po drugą część pt. „Dziewczyny się zakochują”, możecie to zrobić bez wahania, bo choć przeczytałam o istnieniu tej części dopiero dzisiaj, to jestem przekonana, że będzie ona tak samo dobra jak pierwsza. Bo mimo, iż Ruby otrzymała swoją lekcję, to na pewno nie spowodowała w dziewczynce zwrotu charakteru o 180 stopni i na sto procent znajdziecie ją w jeszcze większych tarapatach, niż te, w jakie się sama wkopała swoją „mądrością”. Życzę Wam wspaniałej zabawy z żywiołową i przezabawną, a także straszliwie upartą Ruby i jej słodką przeciwwagą Garnet. Bawcie się dobrze i do zobaczenia wkrótce, gdy wrócę z kolejnym odkryciem sezonu, od którego nie mogę się oderwać. Ciao!


piątek, 14 października 2016

Lanzarote stories


ORZOLA



VOLCAN DE LA CORONA + YÉ













HARIA - EL VALLE DE LAS MIL PALMERAS












PLAYA BLANCA





LOS HERVIDEROS

EL GOLFO






PAPAGAYO




MIRADOR DEL RIO