piątek, 17 lutego 2017

Mamma mia - najlepszy film na każdą niepogodę

                     
                    Ostatnio mam pewną obsesję, z której nie potrafię się wyleczyć. Jest to jednak zdrowa obsesja, więc postanowiłam się z Wami nią podzielić. Wiecie, że do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Tak najwidoczniej ja musiałam dorosnąć do tego filmu. Kiedyś go widziałam i podobał mi się, jak to dobry musical musi się podobać, ale dopiero po paru latach zakochałam się w tym filmie naprawdę i szczerze, dokładnie tak jak na to zasługuje. Pewnie większość z Was go oglądała na pewnym etapie swojego życia, reszta na pewno o nim słyszała. Ale być może jest tu parę osób, które właśnie dorastają, tak jak ja, do pełnego zrozumienia tego filmu. Tym wpisem chcę przekonać tę garstkę osób do ponownego obejrzenia owego musicalu i przyjrzenia mu się tak jak na to zasługuje.
                     Kiedyś, kiedy pierwszy raz usłyszałam o „Mamma Mia”, myślałam, że było o nim tak głośno wyłącznie dlatego, że reaktywowano w nim piosenki słynnego zespołu Abba. To przekonanie utrzymywało się we mnie także wtedy, gdy z głową pewną obaw zasiadałam do tego dzieła. Ach, jak ja nie cierpiałam Abby i piosenek lat 70! Tylko miłość do musicali wszelkiego rodzaju przekonała mnie, że i teraz powinnam spróbować. A kiedy już obejrzałam film, z lekkim sercem stwierdziłam, że ta Abba nie była wcale taka zła, a film bardzo mi się spodobał.
                     Jednak nie była to miłość tak silna, aby przetrwać wieki. Piosenki przebrzmiały, ja uśmiechnęłam się do siebie i wyłączyłam komputer, by wrócić do normalnego życia i obowiązków. W mojej głowie nie powstała żadna głębsza myśl. Nie stałam się miłośniczką lat 70 i największym fanem Abby. Ale zdobyłam się na to, aby skarcić siebie w duchu za uprzedzenia i przyznać kiedyś w rozmowie z przyjaciółmi, że film nie był taki zły jak myślałam, że będzie.
                     Możecie wieszać na mnie za to psy, ale taka już jest natura ludzka, a moja nie jest wyjątkiem. Natura zaś homo sapiens nie uwierzy, że coś jest takie, jak wszyscy mówią, że jest, póki tego sama nie sprawdzi. A mnie dodatkowo takie gromkie ogólne brawa zawsze odstręczają, bo ciągle udaję przed samą sobą, że jestem oryginalna i nie robię tego, co wszyscy. Jednak do filmów muzycznych miałam słabość od mojego pierwszego nastoletniego seansu z Patrickiem Swayze, gdy w rytm mambo i atmosferze wspaniałych lat 60-tych czarował mnie swoim ciałem ozdobionym czarnym podkoszulkiem i kurtką ze skóry, uśmiechem i przede wszystkim magicznym tańcem. Od tego czasu nawet Abba nie jest w stanie mnie odstręczyć od obejrzenia musicalu. Nie jest nawet w stanie zrobić tego polska produkcja, na którą zazwyczaj parskam jak niezadowolony kot. Gdy chodzi o polskie filmy reguła jest taka, że nie mam najmniejszej ochoty choćby zerknąć na taką produkcję. Gdy tylko widzę polskich aktorów, których spotykam w niezliczonych serialach o tym samym, od razu zaperzam się i nie chcę nawet spróbować obejrzeć kawałka polskiego filmu, bo z góry wiem, że to będzie klapa (chyba, że będzie to wyśmiewana przeze mnie zamerykanizowana produkcja, na którą czasem się skuszę, bo wówczas jedyną różnicą między polskim a amerykańskim filmem jest to, że nie muszę czytać napisów). Zatem tak, tym razem obejrzałam nawet „Kochaj i tańcz”, gdy tylko wszedł do kin i to bez żądnego kręcenia nosem, bo przecież ja kocham taniec, muzykę i piękne głosy. I tym właśnie była dla mnie „Mamma Mia”.
                   Nagle po latach stwierdziłam, że chcę obejrzeć sobie ten film jeszcze raz. Już nie pamiętam, czy chodziło mi o Meryl Streep, której grę aktorską uwielbiam, czy o Grecję, za którą tęskniłam i tym urywkiem z wyspy Kalokairi, którym mogłam nacieszyć oczy przed następnym planowanym urlopem. A może chciałam po prostu obejrzeć jakiś film muzyczny, który mi się dobrze kojarzył. Naprawdę nie pamiętam czym się wówczas kierowałam.
                  Ale właśnie tak pamiętam ten film. Jako dobrze kojarzący się kawałek zabawy przy dźwiękach nielubianej muzyki. Ale dziś urósł do rangi ulubionego filmu na każdą pogodę i każdy humor. Niesamowita odmiana dokonała się w trzy dni. Pierwszy to dzień obejrzenia filmu po raz drugi. Trzeci to dzień, w którym śpiewałam piosenki z filmu codziennie, w pracy, w domu, na spacerze. W środku natomiast można umieścić dzień, kiedy obejrzałam film po raz trzeci, dwa dni po pierwszym razie. Jakoś było mi tak nijako, pamiętałam jeszcze te słoneczne kolory i piękną Sophie z jeszcze piękniejszym głosem i pomyślałam, że czemu nie, nikt przecież nie musi wiedzieć, że oglądam ten sam film raz po raz (teraz wszyscy już to wiedzą).
                    Od tamtego pamiętnego tygodnia minęły kolejne dwa, a ja wciąż wracam do tego filmu, do ścieżki dźwiękowej i do nucenia „Slipping through my fingers…” Nie mogę przestać myśleć o filmie i o piosenkach, które tak świetnie zostały wciśnięte w może niezbyt wyszukaną historię, ale przepięknie odegraną. I skoro jest to obecnie mój film numer jeden, należy mu się całkiem osobny wpis.
                      Wiecie, nie znam się na sztuce filmowej, ale wydaje mi się, że ten film odniósł sukces (bo odniósł, prawda?) dzięki swojemu przesłaniu, że wszystko będzie dobrze, jeśli nie pozwolisz, aby smutek wygrał w Tobie. Czy takie przesłanie w ogóle istnieje? Możliwe, że sobie je tylko wymyśliłam, ale tak właśnie odczytałam ten film. Za każdym razem gdy go włączam, już na pierwsze dźwięki delikatnego głosu Sophie, płynącej łódką na pocztę pod osłoną nocy, czuję niewyobrażalną radość. Przepiękna wyspa na tle bezchmurnego nieba, wyłaniająca się w poświacie księżycowej i łagodne dźwięki „I have a dream” wprawiają mnie w taką lekkość ducha, której nie potrafię odwzorować przy czymkolwiek innym. Ten film napawa nadzieją już od pierwszych minut, a z każdymi następnymi jest coraz radośniej, przyjemniej i cudowniej.
                       Tyle w tym filmie jest pamiętnych scen, z których można się pośmiać jak w najlepszej komedii, mimo że nie jest to komedia a musical. Uśmiech sam wykwita na twarzy, gdy Sophie czyta koleżankom pamiętnik matki, a scena, w której mówi: „kropka, kropka, kropka, tak to wtedy robili” sprawia, że śmieję się do siebie na głos, nieważne ile razy oglądam ten urywek. A gdy Donna przyjeżdża po swoje chórzystki, aby zawieźć je do hotelu, od razu się w niej zakochuję, bo czuję od pierwszego momentu, że jest to bratnia dusza, która nie ugina się przed niczym, bo ma poczucie humoru, które pomaga jej w najtrudniejszych chwilach. Donna jest szalona i niepokonana, potrafi bawić się tak samo jak 30 lat wcześniej, gdy prowadziła zespół i nie miała jeszcze nieślubnego dziecka, które musiała sama wychować, jednocześnie prowadząc zrujnowany hotel. Nawet jeśli ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do tego, jakim człowiekiem jest Donna, pozbywa się ich w chwili, gdy w kobiecie pękają hamulce pod wpływem śpiewu koleżanek, które chcą ją zwrócić z drogi rozpaczy i skacze na łóżku jak rozbrykana nastolatka. Któż by nie chciał takiej matki, z którą można o wszystkim pogadać i która zawsze jest radosna, choćby wszystko się wokół niej waliło?
Myślę, że pokochałam ten film nie tylko z powodu przecudownych widoków, odnowionych (i dużo lepszych i weselszych) piosenek Abby oraz ogólnej radości, jaką reżyser starał się tchnąć w każdą z postaci, ale przede wszystkim dzięki kreacji Meryl Streep. Widziałam już wiele jej filmów, ale myślę, że właśnie w tym sięgnęła szczytu. Jest tak świetna, do tego piękna i radosna, że mam stuprocentową pewność, że podczas kręcenia tego filmu bawiła się tak doskonale jak my, gdy go oglądamy.                                       Wcześniej nie pamiętam też, abym się tak bardzo wsłuchiwała w piosenki z tego filmu, ale teraz widzę, że Meryl Streep ma też wspaniały głos i często jestem zszokowana, że tak dobrze potrafiła wykonać niejeden trudny utwór Abby. Meryl w tym filmie jest tak prawdziwa, jakby grała samą siebie. Nie znam jej, ale przez ten film mam wrażenie, że mogę poznać kawałek jej prawdziwej osobowości. Osobowości, która przyjmie każde wyzwanie (bo gra w takim filmie jest nie lada wyzwaniem) i będzie się cieszyć każdą jego chwilą.

                    Przez cały czas trwania tego filmu nie mogę się nadziwić, że Meryl Streep mogła mnie jeszcze tak bardzo zaskoczyć. Nie sądziłam, że jest aż tak bardzo utalentowana. Ze wszystkich osób, które występują w tym filmie, najbardziej lubię ją, taką nieskrępowaną, wolną i pełną swobody. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby przy następnym seansie wyskoczyła z mojego ekranu i porwała mnie w tę przygodę, do której się sama zgłosiła, tak bardzo wydaje się żywa i namacalna dzięki swojej mistrzowskiej grze aktorskiej. Nawet teraz, siedząc przed komputerem, uśmiecham się do siebie, bo widzę, jak skacze do wody na bombę zaraz po genialnym występie jako „Dancing Quinn”, jak śpiewa z radością „Super Trouper” wciśnięta w kostium z lat świetności swojego zespołu, czy jak odpowiada z urażoną miną na propozycję małżeństwa, twierdząc że nie jest bigamistką, chociaż całą swoją postacią mówi, że bardzo chce powiedzieć „tak” i chętnie by tą bigamistką została, byle tylko być z mężczyzną swoich marzeń. Naprawdę jest to najlepsza jej kreacja i dzięki niej zawsze, czy to gdy obejrzę cały film, czy tylko ulubione urywki, uśmiecham się do siebie jak lunatyczka jeszcze przez następna godzinę od wyłączenia „Mamma Mia”. A wewnętrzna radość ducha utrzymuje się przez parę następnych dni i mam wtedy wrażenie, że nic mnie nie może złamać, bo przecież jestem „Dancing Quinn”!
                     Jest to film przynoszący radość i nadzieję. Wszystkie smutki znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i zastanawiacie się nagle, o co się tak martwiliście, zanim obejrzeliście ten film. Nic nie wydaje się już tak straszne czy przytłaczające, macie wrażenie, że dacie sobie ze wszystkim radę, choćby nie wiadomo jak trudne było przedsięwzięcie, do którego się zabieracie. Ten film nada się na każdy humor, wesołych jeszcze bardziej rozweseli, smutnym powie, wstań i walcz, a wszystko będzie dobrze. Dzięki nim uwierzycie, że jest piękno na świecie i że nic nie jest takie straszne, dopóki na świecie istnieje muzyka.
                      „Mamma Mia” to doskonały poprawiacz humoru i idealnie się sprawdzi na każdą okazję, czy na samotny wieczór czy rodzinne spotkanie, czy piątkowe imprezy z przyjaciółmi. A jeśli nie wiecie jaki film wybrać na randkę, żeby nie zanudzić na śmierć potencjalnego przyszłego męża, zabierajcie go na „Mamma Mia”. Nikt się przy tym filmie nie będzie nudzić, a po skończonym seansie nawet najbardziej zażarta kłótnia stanie się błaha, a Wy ze swoim partnerem znowu będziecie sobie spoglądać łagodnie w oczy, z uśmiechem błąkającym się na ustach. Gwarantuję, że po tym sensie każda para wtuli się w siebie, żeby zachować jak najdłużej ten radosny nastrój, który tchnie z całego filmu.
                        Nawet jeśli widzieliście go już wcześniej, włączcie go ponownie, bo nawet jeśli nie odnajdziecie w nim żadnych nowych wartości, odegna on smutki i zostawi Was z niesamowitą lekkością serca. A nawet gdy znacie każdą minutę filmu na pamięć, dajcie się ponieść jego historii po raz kolejny, a muzyka uniesie Wasze serca tak jak za pierwszym razem, a może nawet wyżej. Z moim mężem zawsze śmiejemy się w tych samych momentach. On zawsze się do mnie dosiądzie, jak wraca z pracy i mnie przyłapuje na oglądaniu tego filmu.  A gdy się dosiądzie, dotrzymuje mi towarzystwa aż do końca i widzę, że jest autentycznie wciągnięty, więc nie wciskam Wam kitu. Ten film jest po prostu magiczny.

                     Za każdym razem chce mi się śmiać na głos, krzyczeć z radości, tańczyć szaleńczo po pokoju, śpiewać w głos, budząc sąsiadów, tak w trakcie seansu jak i po. Jestem szczęśliwa do granic możliwości, nic mnie nie może dotknąć, moje serce przepełnia radość, która przestaje się w nim mieścić i wylewa się fałszowanymi piosenkami lub skromnym nuceniem w obecności męża, który nawet sobie nie wyobraża, jaką śpiewaczkę ma w domu. Po tym filmie mogłabym się pogodzić nawet z kaktusem, który mnie ukłuł bez żadnego powodu.
                    Film może kiczowaty (naprawdę taki jest? Nie znam się na tym, ale dużo ludzi tak mówi, więc i ja chciałam sprawiać wrażenie znawczyni tematu. W końcu jako dziecko chciałam zostać recenzentem filmowym, żeby mieć w ten sposób możliwość oglądania filmów za darmo) ale przynoszący pokój i radość i można go oglądać bez znudzenia wiele razy. Odczuwam głęboki szacunek do osób, które nad nim pracowały, które wymyśliły cały koncept i tak wspaniale go przeprowadzili. Z kiczu zrobili arcydzieło i musical wszechczasów, przebijający nawet „Chicago”, mimo o wiele uboższej choreografii.
                    Wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania, nie da się przy tym filmie siedzieć spokojnie, ani nie pokochać od razu każdego z osobna. Zaś nad nimi wszystkimi króluje Donna, zatroskana matka, która potrafi czerpać z życia wszystko, co w nim najlepsze, mimo wielu niepowodzeń, jakie przeżyła i ograniczonej poglądach matki, która wyrzuciła ją na bruk z ciążą. Genialna kreacja, chylę czoła przed nią i przed scenarzystą, który wymyślił dla niej tę postać. Doprawdy, jest to majstersztyk. Nic dziwnego, że próbowano wskrzesić tamtego ducha w filmie „Ricky and the Flash” (nie oglądałam, ale z pewnością to zrobię! Nie przepuszczę żadnego filmu z tą genialną aktorką).

                     Jednak myślę, że nic nie jest w stanie powtórzyć tamtego sukcesu, zbyt wiele czynników się na niego złożyło. Muzyka, świetnie unowocześniona głosami zwyczajnych aktorów, biel i błękit Grecji, świetna gra aktorska wszystkich po kolei, klimat radości i ogólnego szczęścia, wolność drzemiąca w duszy Donny, uśpiona trudnościami codziennego życia, niemożliwa do znienawidzenia Sophie ze swoim pięknym uśmiechem, która byłaby w stanie pogodzić największych wrogów i ta prosta historia przedstawiona w tak niezwykły sposób.
                    Ach, mam ochotę rzucić wszystko i znowu obejrzeć ten film, ale muszę się trzymać resztek zdrowego rozsądku, przecież obejrzałam go zaledwie dwa dni temu. Na mojej twarzy błąka się uśmieszek ilekroć wspomnę te wszystkie najbardziej radosne sceny: Donnę skaczącą po łóżku, obudzoną wreszcie ze swojego snu, Greczynkę, która odrzuca niesione na plecach gałęzie, aby poczuć się znowu jak Dancing Quinn (genialna scena!), Donnę opowiadającą śpiewem jak ciężko pracuje na utrzymanie swoje i córki czy ta scena na dachu domku dla kóz, kiedy ta stateczna matka próbuje się oprzeć pokusie zajrzenia do środka, gdzie czekali na nią jej mężczyźni z przeszłości, z przeszłości która wydawała się już tylko przeszłością, a tak naprawdę drzemała w niej czekając na przebudzenie. Tych niepowtarzalnych scen jest całe mnóstwo! Przypomnijcie sobie tylko Sophie czytającą pamiętnik matki, Donnę bawiącą się w najlepsze na wieczorze panieńskim córki, mimo to wciąż czujną na najmniejszą oznakę smutku na twarzy Sophie, matkę i córkę żegnającą się ze sobą na chwilę przed ślubem i ta niepowtarzalna scena, w której Sam oświadcza się Donnie. I robi to w tak doskonały sposób, że każda powiedziałaby „I do”.
                    Ach, mogłabym oglądać tę scenę w kościele raz po raz, tak jest radosna i piękna! Pomimo wszystkich złych recenzji na temat jego śpiewania (które wg mnie wcale nie było takie złe, poza tym trzeba mieć ogromne jaja, żeby zdecydować się zagrać w filmie muzycznym, wiedząc, że nie posiada się talentu!), widać od razu, że tylko Sam mógł wygrać serce Donny. Tylko on ją naprawdę rozumiał i on jeden pasował do niej charakterem, bo był spontaniczny i miał otwarty umysł. Kolejna genialna kreacja. W tym filmie zupełnie zapomina się o tym, że Pierce Brosnan był kiedyś Jamesem Bondem. Tego aktora nie można zaszufladkować, wydaje mi się, że jest on na to zbyt różnorodny. I to właśnie było widać wyraźnie w jego kreacji jako Sam Carmichael.
Wydaje mi się, że ten film wyciągnął ze wszystkich aktorów wszystko to, co w nich najlepsze. Czy to zasługa reżysera czy historii, nie potrafię powiedzieć. Dość, że uwielbiam ich wszystkich (no, może oprócz tej małej chórzystki Donny, nawet nie chce mi się sprawdzać jej nazwiska ), a śpiew Donny, którym uzewnętrznia swoje uczucia, postawiłby na nogi nawet umarłego.

                      Jest to doprawdy coś wspaniałego. Żaden z aktorów nie potrafi tak dobrze przekazywać swoich uczuć za pomocą śpiewów. Meryl Streep zdecydowanie umie wyrazić każde uczucie nie tylko słowami, ale ciałem i głosem. Kiedy śpiewa o ogniu w duszy, nie ma wątpliwości, jakie targają nią emocje, a kiedy śpiewa do Sama, że nie chce rozmawiać o tym co było, czujemy ogrom jej rozpaczy i nie dziwimy się, że zaraz po tym występie ucieka od Sama, wspinając się na obcasach po stromych schodach prowadzących do kościoła, gdzie miała oddać swoją córkę w ramiona przyszłego męża, żegnając na zawsze to, co było dla niej najważniejsze w życiu, namacalny dowód miłości do Sama.
Przepiękne uczucia towarzyszą całej historii, a najważniejsze z nich zawsze były wyśpiewane w tak radosny sposób, że stawały się prawdziwą częścią historii, a nie tylko muzyką towarzyszącą scenariuszowi. Chwała i za to wszystkim, którzy pracowali przy tym filmie. Wszystko krąży wokół muzyki, nie da się tego oddzielić, tak jak w przypadku wielu musicali.
                     Koniecznie trzeba się wsłuchać w słowa, ponieważ opowiadają one kolejny kawałek historii, nie da się tylko słuchać miłej muzyki, bo na tych słowach opiera się cała historia. Nie zapomnijcie o tym i słuchajcie uważnie, a jeśli nie znacie angielskiego, zadbajcie o napisy, nie urońcie ani słowa. Dzięki temu najpiękniejsze sceny tego filmu zyskają dla Was znaczenie dokładnie takie, jakie było zamiarem twórców filmu.
                     Scena, w której Sophie spędza czas ze swoimi potencjalnymi ojcami na łódce, kiedy każdy z nich opowiada swoją historię sprzed lat, pokazując jak ważna dla każdego z nich była Donna, będzie przez Was silniej przeżywana i dzięki muzyce wyraźniej zobaczycie, jak tej małej osóbce udaje się stworzyć silną więź między czterema obcymi sobie do tej pory osobami. Dzięki tekstom piosenek zrozumiecie, jak bardzo Donna obawia się, że straci córkę na zawsze jak tylko ślub dobiegnie końca. Albo moment, w którym Sophie za pomocą piosenki „Honey Honey” zdradza jak wielką nadzieję pokłada w spotkaniu z ojcem.
                     To wszystko, te wszystkie uczucia, nadzieje i obawy ukrywają się w piosenkach i trzeba ich dokładnie wysłuchać, aby zrozumieć bohaterów. Nie wystarczy tylko czytać języka ich ciała, który, trzeba tu zaznaczyć, jest znakomity.
                      W ogóle kto by pomyślał, że tak wielu z aktorów, zatrudnionych przy tej produkcji, będzie miało tak wspaniałe głosy. Mała Amanda Seyfried ze swoim wybijającym się ponad inne głosem, gdy gra Sophie i jej delikatnie drżące nuty, gdy śpiewa. Silny głos Donny śpiewającej o tym, co by mogła zrobić, gdyby miała dużo pieniędzy, nie da się przy niej zachować spokoju, trzeba śpiewać razem z nią. W mojej duszy zaczyna płonąć niemożliwy do ugaszenia ogień, gdy odczuwam podniecenie, jakie odczuwa Donna na widok mężczyzn, których myślała, że już nigdy nie zobaczy. Wtedy mamy pewność, że mimo zapewnień Donny, że skończyła już z „tymi” rzeczami, tak naprawdę tęskniła za nimi tak, jak każdy zdrowy człowiek by tęsknił, nawet taki, zakopany od lat na małej greckiej wyspie. Ta scena pokazuje nam, że nie da się uciec przed światem, ani tym bardziej przed samym sobą, i nigdy, przenigdy nie nauczymy się na własnych błędach, gdy w grę wchodzą uczucia.
                    Cóż, ten film jest prawdziwym dziełem dzięki ciężkiej pracy i poświęceniu wielu osób. Myślę, że niewiele takich filmów powstanie, bo trzeba mieć prawdziwą wizję i wyczucie, aby stworzyć tak spójny twór.
                     Jeśli mi nie wierzycie, sprawdźcie sami. Tylko potem nie miejcie do mnie pretensji, że się wygłupiliście przed znajomymi, bo nagle zaczęliście śpiewać w głos i tańczyć po całym pokoju w przypływie szalonego uniesienia. Przecież ostrzegałam, że ten film wyniesie Was na wyżyny. Tak moi drodzy mężczyźni, Was też. „Mamma Mia” to nie jakaś tam ckliwa produkcja, wyciskacz łez, ani typowy film taneczno-muzyczny. To radość sama w sobie, świetna gra aktorska, szalona historia i zabawna, przykuwająca od pierwszych nut „I have a dream” do ostatniej piosenki.


                       Przy tym filmie nie da się siedzieć naburmuszonym, smutnym czy złym. Każdy będzie przeżywał przy nim „the time of your life” i każdy będzie chciał „Get the Chance”, a już na pewno każdy będzie uśmiechał się do siebie, gdy zobaczy jak mała Sophie jednoczy wszystkich dookoła przy wtórze piosenki „Our Last Summer”. A całej historii będzie towarzyszyło absolutnie doskonałe wykonanie każdej piosenki Abby. Ich nowe wykonanie poderwie każdego z fotela, a zwłaszcza te śpiewane w chórze. Ach, coś niesamowitego, musicie tego spróbować. Nie na darmo tyle się o tym filmie mówiło, gdy wyszedł na ekrany kin. Jeśli Wy jeszcze go nie znacie, umawiajcie się z przyjaciółmi, Waszymi facetami, przyjaciółkami i dajcie się porwać produkcji Phyllidy Lloyd. A jeśli znacie ten film jak zawartość własnej torebki, zagubcie się w nim ponownie, bo zbliża się weekend i trzeba go dobrze rozpocząć!

P.S. Jeśli potrzebujecie listy filmów na każdą okazję to znajdziecie ją po prawej stronie, na stronie głównej, pod archiwum bloga. Aktualizuję ją co jakiś czas, jak znajdę coś, co spodoba się każdemu. Mało tego, ale ciężko znaleźć dobry film na każdą niepogodę.

czwartek, 9 lutego 2017

Najlepszy i najgorszy zakup roku 2017

Rok ten dopiero się zaczął, a my już mamy pewnych wygranych. Niepodzielnie królują tu dwie rzeczy kupione na wyprzedaży styczniowej. Jedną chwyciłam w ostatniej chwili, będąc już przy kasie, skuszona niewielką cenę i przepięknym kolorem, drugą wyszperałam w tk max i długo się nią zachwycałam, zanudzając znajomych opowieściami, jak bardzo mi się poszczęściło... do momentu pierwszego użycia. Rzecz ta nabrała nowego znaczenia i od dzisiaj nosi miano mojej największej wpadki zakupowej roku.

1. Ulubieniec Roku- Szalik z New Yorker



Zakup zainspirowany tym zdjęciem cajmel. Nigdy jeszcze inspiracja nie okazała się tak trafna, Do tej pory wszystkie ubrania, które kupiłam pod wpływem sugestii okazały się fiaskiem i kończyły na olx. Ten jeden szmaragdowo-butelkowo-zielony szal zajął szczególne miejsce w moim sercu, a skoro zima zrobiła swój wielki come back, jest okazja, żeby o nim wspomnieć,. Prawdopodobnie już go nie ma na półkach sklepowych, ale możliwe, że pod koniec tego roku szalik będzie miał swoją reaktywację w nowej odsłonie i będziecie mieli okazję zdobyć to cudo i cieszyć się nim tak jak ja.
Oto powody, dla których jest mi to teraz rzecz najbliższa sercu:

a) jest długi, gruby i cieplusi. Można się nim owinąć tak szczelnie, że najgorsze wiatry z Arktyki nie będą mieć do nas dostępu. Przy tym wygląda się szalenie dobrze w tych narzuconych nonszalancko warstwach. Nigdy nie zrozumiałam i nie zrozumiem, dlaczego kobiety zakładają szale tylko po to, żeby dobrze wyglądać, co oznacza, że wystaje im połowa dekoltu lub cała szyja, którą się szczycą jak łabędzie na granicy śmierci z wyziębienia. Z tym szalem problem brzydkiego kaczątka (wszyscy dobrze pamiętamy ważące się losy naszego brzydkiego kaczątka, gdy jako młody łabędź niemal pożegnał się z życiem na zamarzniętym stawie; ja wylewałam gorzkie łzy, a Wy?) znika, bo łączy on w sobie użytkowość i piękno.
b) ma przepiękny odcień ciemnej zieleni, dzięki czemu pasuje do każdego płaszcza i kurtki, nie tylko krojem i stylem, ale także kolorem. Żeby tego było mało pasuje do każdej karnacji i koloru włosów. Czy to nie wspaniale? Można go pożyczać siostrze, matce, koleżance, a nawet babci, bo wszystkie będziecie w nim wyglądać stylowo.
c) wyglądem przypomina wełnę i jest tak samo ciepły, ale nie gryzie, Wszystkiemu winien jest poliakryl.
d) ten to materiał odpowiedzialny jest również za trwałość szala. Założę się o moją łabędzią szyję, że nawet piorąc go w pralce będę mogła cieszyć się nim przez wiele sezonów, aż wreszcie mi się znudzi (nie ma szans :)). Noszę go już dobry miesiąc, dzień w dzień i nie zaciągnęła się w nim ani jedna nitka.
e) bo doskonale służy do tego, do czego ma służyć, Za dużo już w moim życiu było nietrafionych inspiracji, których nie dało sie nosić ze względu na całkowity brak wyobraźni jego stwórców (bo na przykład po co komu gruby ciepły dziergany golf z wielkimi dziurami na przebiegającymi przez cały przód, pomiędzy którymi hula wiatr i widać bieliznę?). Ja nie noszę rzeczy niewygodnych i takich, które nie wiadomo jak używać i które nie sprawdzą się na żadną pogodę, bo albo są za ciepłe, albo w ogóle nie grzeją, albo człowiek poci się w nich jak lokomotywa. No, przynajmniej już teraz nie noszę, bo historia moja bywała różna. Jednak w pewnym wieku człowiek po prostu musi zmądrzeć.
f) bo jest zupełnie inny od tych kraciastych kwadratowo ciętych szali, które obecnie nosi cała Polska (nawiasem mówiąc też mam taki w szafie, bo nieopatrznie go kupiłam, nie wiedząc jak bardzo jest modny. Obecnie czekam aż wyjdzie z mody, bo jest mi wstyd, gdy go zakładam, gdyż widzę w oczach mijających mnie mężczyzn oskarżenie, że nie mam własnego stylu. A ja nie chcę iść w stadzie za baranami, bo mam swój mózg i swój styl, naprawdę mam! (tak, a inspiracja cajmel to niby co, jak nie kopiowanie stylu?)
g) bo mogę go zakładać i pod kurtkę i na i w obu wydaniach wyglądam bosko i jest mi do tego ciepło. Czy może być lepsze połączenie zimą?

h) bo jest tak wielki, że mogę osłonić nim nos i policzki i nie wyglądać podejrzanie, gdy próbuję się skryć przed smrodem papierosów, które ktoś pali obok mnie jak bezczelnik roku (a robię to często), czy też gdy uciekam nosem od zapachów podchmielonych mężczyzn robotników wracających z nocek (co robię jeszcze częściej). A gdy mróz szczypie w policzki, szczypie wszystkich oprócz mnie.

i) bo był tani i kosztował tylko 30 zł. Gdyby jeszcze nie miał aż tylu frędzli, byłby mistrzem świata.

j) do tej pory nie mogę zrozumieć, jak mogłam żyć bez tego szala? Owijałam się dotąd jakimś skrawkiem materiału udającego szal i wydawało mi się, że było mi dobrze. Dziś śmiech mnie pusty ogarnia, gdy patrzę na stare szaliki (i zastanawiam się czy nie byłoby im lepiej na olx…)

2. Koszmar roku- Skórzane buty TOMS


Ochów i achów nie było końca. Zrobiłam im więcej zdjęć niż sobie. Gratulowałam sobie w duchu tak wspaniałego zakupu. Przecież kto to widział, żeby botki marzeń kosztowały tylko 53 zł, były skórzane i do tego tak wygodne jakby chodziło się w kapciach? Mówiłam sobie, że nawet gdyby miały tylko stać na półce i ładnie wyglądać, to i tak są warte tego, żeby je kupić.
Słowa te wypowiedziane zostały w złą godzinę. Buty od miesiąca leżą nieużywane w szafie, śmiejąc mi się diabelsko w twarz. Czuję się oszukana zupełnie jak ten chłopiec od kwiatu paproci. Tak jak on skusił się obietnicą spełnienia każdej myśli, tak ja dałam się namówić ogromnej obniżce. Buty przecenione z 460 zł na 53 zł brzmią jak wygrana w totka, prawda?
Właściwie nie mam sobie czego wyrzucać. Buty były śliczne, dokładnie takie jakich szukałam i wygodne, Niestety zostałam haniebnie oszukana tą pozorną wygodą i od czterech tygodni walczę z bólem kręgosłupa, a pieniądze, jakie straciłam na tabletki i wizytę u fizjoterapeuty, dwukrotnie przekroczyły koszt zakupu botków. A to jeszcze nie koniec. Czekają mnie jeszcze dwie takie wizyty, zanim całkiem dojdę do siebie, a każda z nich kosztuje 80 zł. Cóż, złoto głupców niejednego skusiło.


Właściwie nie znam marki Toms, ale cena kazała mi przypuszczać, że marka ta zna się na produkcji obuwia, skoro tyle każe sobie za nie płacić. Ale może są oni ekspertami wyłącznie od espadryli (wygooglałam tę firmę jak tylko zaczęły się moje kłopoty ze zdrowiem- istne zatrzęsienie espadryli i ani jednej pary botków), a nie mają pojęcia jak robić botki? Ciężko stwierdzić co się stało, czy to wina mojego ogólnego stanu zdrowia (od wielu lat cierpię na bóle odcinka lędźwiowego) czy złego wyprofilowania butów? Jedno jest pewne, botki nie są dla mnie stworzone.

Dałam im dwie szanse, ale dwukrotnie bóle zaczynały się już po dwóch spacerach, a za drugim razem przyczepiły się do mnie jak rzep i nie chcą odpuścić. Trzeci raz botków tych nie założę.

Niejeden się pewnie popuka w głowę i powie, że zrzucam winę na biedne buty, mając tę swoją chorobę od wieków. Owszem, ja też tak początkowo myślałam, ale jednak fakty przemawiają przeciwko tej teorii. Bo już przy pierwszym spacerze czułam, że jakoś źle chodzę w tych butach, że wymuszają one na mnie przyjmowanie złej pozycji ciała. Ale nie chciałam wierzyć, botki uśmiechały się do mnie tak pięknie i kusząco, że nie raz lądowały na instagramie w towarzystwie jesiennych liści i zmarzniętego śniegu. Jednak po drugim wybryku, którego wciąż nie mogę wyleczyć, skazałam je bez dalszego procesu na zgnicie w lochu szafki na buty (no dobra, wylądowały na olx, może znajdą sobie nowego przyjaciela z całkiem zdrowym kręgosłupem, które to wydarzenie będzie mogło zaprzeczyć całkowicie mojej głupiej teorii o złym wyprofilowaniu butów znanej marki TOMS, którą w ostatecznym rozrachunku będę musiała przeprosić za te wszystkie bezpodstawne oskarżenia. Ach, moja duma umrze wówczas razem z moją opinią :)).

***

Korzystając z tego, że na książkowo-podróżniczym blogu pojawił się tenże wpis tak niskich lotów (nazwijmy go wręcz - szafiarskim) i tego, że arktyczny wiatr hula nam po goleniach od dobrych paru dni, wspomnę o zakupie roku 2015, który to zakup doskonale współgra z zielonym szaliczkiem roku 2017 i zimową aurą.
Jest to kurtka zimowa z C&A, którą kupiłam sobie na prośbę zmartwionej mamy (i za jej pieniądze :)), która nie mogła już patrzeć na moją cienką i starą parkę, wyszarzałą ze starości i zupełnie nie nadającą się na nadchodzącą zimę, a którą uparcie nosiłam jeszcze w listopadzie, z tuzinem swetrów narzuconych na zmarznięte ciało.
Zmuszona przez okoliczności do zakupu zimowej kurtalki, "przeleciałam" wszystkie sklepy w najbliższych galeriach handlowych, z których wybiegałam z obrzydzeniem i krzykiem na ustach po pół godziny. Dwadzieścia kilo dodatkowej żywej tuszy naprawdę nie pomaga w zakupach, gwarantuję. Nie wspomnę o niskiej jakości kurtek, które udało mi się przymierzyć, zanim wybiegłam ze sklepu.

Na ratunek przyszedł mi sklep z C&A ze swoimi kurtkami po 200 zł sztuka. Było ich całe mnóstwo, wszystkie tak samo fajne i ciepłe i, cud nad cudy, dobrze leżące na moich opuchniętym ciele. Pamiętam, że spędziłam wtedy półtorej godziny przymierzając wszystkie fasony, zanim zdecydowałam się na najładniejszy i najbardziej odpowiadający moim potrzebom i stylowi życia. A także mojemu mottu życiowemu, które od wielu lat noszą ze sobą na każde zakupy, po ostatnim fiasku ze spódnicą skórzaną (kolejna i ostatnia inspiracja- oprócz szaliczka oczywiście)- dana rzecz ma służyć celowi, dla jakiego powstała, a nie wyłącznie dobrze wyglądać (zwłaszcza na wieszaku). Dodam, że musi pasować do wszystkich moich rzeczy i do ogólnego stylu, jaki panuje w mojej szafie. Kurtka z C&A zaliczyła pozytywnie każdy test.

1. Użytkowość.
Jest idealnie ciepła. Nie przepuszcza wiatru, nawet arktycznego. Przy tym jest oddychająca. Nadaje się na plusowe jak i minusowe temperatury, Mogę ją nosić ze swetrem przy arktycznej pogodzie lub z krótkim rękawem pod spodem, gdy pogoda bardziej przypomina polską. Zakrywa tyłek, aczkolwiek przy bardzo zimowej aurze żałuję, że nie kupiłam trochę dłuższej, ale to tylko i wyłącznie moja wina, a nie wina mojej wspaniałej kurtki. Ma genialny kaptur (czy kaptur może być genialny? Ach te kolokwializmy), który służy swoim celom doskonale (chyba nie muszę znowu wspominać Arktyki?). Kaptur jest podbity futrem, przez który nie przedostanie się nawet największy wicher (z wiadomo jakiego kontynentu). Gdy go zakładam, zapominam, że cokolwiek wieje, czuję się jak w kasku- bezpieczna i otulona miłością. Kaptur nie jest ani za płytki ani za głęboki, dzięki czemu nie ogranicza widoczności, ani nie spada z głowy przy najlżejszym wietrze. Do tego wygląda się w nim  fantastycznie, ponieważ futerko okalające twarz dodaje jej blasku, a kształt kaptura zapobiega efektowi przyklapnięcia grzywki, który to efekt zabrania mi nosić czapki. Ciężar kaptura pomaga mu zostać na miejscu, gdy wieje lub gdy biegniemy na autobus i nie musimy zawiązywać dyndających pod kapturem sznurków 9Mówię o statystycznym kapturze, mój nie posiada takich, zupełnie mu zbędnych, wynalazków) lub używać ściągaczy, aby zmusić go do zostania na miejscu. I całe szczęście, bo wszyscy wiemy jak wyglądają dziecięce twarze ściśnięte kapturami zimowych kombinezonów. Moja twarz i bez tego wygląda jak księżyc w pełni, nie muszę jej dodatkowo torturować. Kaptur chroni dodatkowo przed deszczem i śniegiem. Jest idealnym kapturem i wygrałby wszystkie konkursy kapturowe, gdyby się takowe odbywały.

2. Wygląd.
Nie tylko kryje mankamenty mojej sylwetki, ale i pięknie współgra ze wszystkimi kolorami, gdyż ma idealny odcień granatu. Do tego pasuje do spodni, botków, spódnic, elegancji francji jak i sportowego nieładu. Nie ma w mojej szafie rzeczy, z którą by się owa kurtka nie dogadała.

3. Ciepłota.
Jak już wspomniałam, jest idealna na plusowe jak i minusowe temperatury, dzięki czemu mogę z tą kurtką przekraczać strefy czasowe, gdy zachce mi się w lutym wyskoczyć na tydzień do Włoch lub Hiszpanii. Wiadomo, że latając z Ryanair, liczy się każdy dodatkowy kilogram w bagażu. Kurtka z C&A jest w tym przypadku bezcenna.

Ach, gdyby tylko z kieszeni nie wylatywały przedmioty, gdy przypadkowo zapomnę ją zamknąć na zatrzask. I żeby nie pękał materiał przy rękawach (przy dłoniach). I gdyby kurtki z C&A nie miały tendencji do wyświechtania się materiałów w miejscach, gdzie stykają się z torebkami czy plecakami (mówię o statystycznej kurtce z C&A- moja jeszcze tego nie doświadczyła- statystyki zostały przeprowadzone na trzech kurtkach mojego męża), uznałabym je za kurtki idealne.

Ale mimo to i tak pobiegnę do tego sklepu w pierwszej kolejności, gdy zapragnę nowej odzieży wierzchniej.
     Może i zdjęcie zadaje kłam słowom, że wyglądam świetnie w tej kurtce, ale to pewnie wina ustawienia się, światła, tego że na pewno rozrosłam od codziennego jedzenia czekolady. Ale nie widzieliście mnie w innych kurtkach. I powinniście się z tego niezmiernie cieszyć. Nie moglibyście już spać normalnie.


P.S. Dzisiaj widziałam w kawiarni dwa męskie klony z Mcbookami przed nosami. Jabłuszko Apple połyskiwało w jednakowym kolorze brudnego błękitu, podczas gdy siedzący obok siebie (bliskość logistyczna sugeruje bliskość socjologiczną, zwaną przyjaźnią) panowie wpatrywali się w monitory, nie wymieniając ze sobą ani jednego słowa. Musiałam się wpatrywać w nich wyjątkowo intensywnie, podczas gdy na mojej twarzy błąkał się ironiczny uśmieszek, bo w pewnym momencie jeden z panów spojrzał mi prosto w twarz, jakby czuł na sobie moje spojrzenie, choć dzieliła nas gruba szklana ściana, zmazując tym samym lekceważenie z mojej twarzy, i zmuszając mnie do panicznej ucieczki.

Wspominam o tym, ponieważ to wydarzenie zmusiło mnie do przemyśleń, a ich tematyka z grubsza pasuje do tematyki tego postu i inspiracji innymi ludźmi. A to dlatego, że zrozumiałam, że nie chcę być jak inni, chcę być oryginalna i robić to, co chcę, a nie to, co innym przyniosło sławę. Nie chcę, aby na moim instagramie pojawiały się zdjęcia jedzenia, bo inni tak robią i to jest fajne. Bo gdyby nie było fajne, to inni by tego nie robili, prawda? Ja jednak mam nadzieję, że nigdy nie zdziwaczeję na tyle, abym zaczęła robić w miejscach publicznych to, co równie dobrze mogę robić w domu, tylko po to, żeby zadać szyku. Bo chyba słusznie oskarżyłam ich o bycie blogerami/vlogerami czy innymi logerami. I mam nadzieję, że prędzej uschnie mi ręka, niż wstawię na instagram zdjęcie z kubkiem ze Starbucksa, żeby pokazać, jaka jestem trendy. Oby moje szare komórki nigdy nie wyjechały na wakacje tylko dlatego, że prowadzę bloga. I bez tego przecież jestem fajna, prawda? Poza tym i tak nie piję kawy.

piątek, 3 lutego 2017

Girl nearly 16: Absolute Torture/ Sue Limb


Zdobycie chłopaka to nie wszystko. Utrzymanie go i wiara w jego uczucie to dla kobiety prawdziwa tortura. Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwe życie i o tym powinny być romantyczne filmy, a nie o drodze, jaką musimy przejść, by zdobyć prawdziwą miłość. To jest pryszcz w porównaniu ze znojem wprowadzania w życie słów „I żyli długo i szczęśliwie”. I o tym właśnie jest kolejna część serii o Jess Jordan pt. „Girl nearly 16: Absolute Torture”. To właśnie tu Jess na własnej skórze dowiaduje się, jak ciężko przenieść w prawdziwe życie ów wspomniany wyżej tekst z baśni. Zwłaszcza gdy trzeba zostawić zdobytego w trudzie Rycerza w srebrnej zbroi samemu sobie, pośród czających się wszędzie pokus i Flory, która przecież zagięła na niego parol, by pojechać z mamą i babcią na wakacje, których ostatecznym celem jest uroczystość pogrzebowa dla prochów dziadka. Zaufanie, gdy dzielą nas kilometry, to ciężka sprawa, zwłaszcza dla kogoś takiego jak Jess, osoby z bujną wyobraźnią, która to wyobraźnia ochoczo podsuwa pod nos nieprzyjemne obrazy, a jedynym sposobem kontaktu z Rycerzem jest telefon, źródło jakże wielu nieporozumień.
Ta część jest dużo lepsza od „Flirting for England”, gdyż była typową  kontynuacją „Girl 15”, z jej błyskotliwymi żartami i epickimi wręcz tekstami, z których można się głośno pośmiać. Poczucie humor Sue Limb oceniam na najwyższym poziomie, jest inteligentny i zabawny. Nie znajdziemy w tej książce ani jednego słabego dialogu, ani jednego słownego zgrzytu. Sama chciałabym prowadzić narrację tak żywo jak Sue. Wówczas nie musiałabym rezygnować z wymarzonej za młodu kariery pisarskiej. Dodatkowo z szacunkiem patrzę na zdolności autorki do posługiwania się językiem nastolatków, który chłonie od swojej nastoletniej córki. Dzięki temu książka jest bardzo spójna i prawdziwa. Gdy czytam o przygodach Jess czuję się sama jak prawdziwa nastolatka. I jest to bardzo fajne uczucie. Bo w końcu któż nie chciałby być znowu młody? Seria Sue Limb odmładza nie tylko mnie, ale i moje spojrzenie na świat. Myślę, że dlatego, że mam otwarty umysł, lepiej czuję się w świecie nastolatków i dwudziestoparolatków niż w sztywnym, nudnym, irytującym i niezrozumiałym dla mnie świecie dorosłych.
Bardzo lubię książki, które są w stanie przenieść mnie w przeszłość i cenię wysoko autorów, którzy posiadają zdolności rodem z wehikułu czasu. I wygląda na to, że jest to rzadka cecha u osoby dorosłej, wnioskując ze zdziwionej miny mojej koleżanki, która dojrzała książkę Sue Limb podczas jednej z wizyt. Była prawdziwie zaskoczona, że czytam książkę o nastolatkach, natomiast ja była głęboko i szczerze zdumiona, że ktoś mógł zdobyć się na taki komentarz. Wydawało się jej niezrozumiałe, że taki stary koń jak ja lubi czytać młodzieżową literaturę. Cóż, wygląda na to, że jednak są na tym świecie ludzie, którzy nie pragną być znowu młodzi.
Ale myślę, że wynikło to także z tego, że ona sama nie sięga po książki nie dopasowane do jej rozwoju intelektualnego, a co za tym idzie, nie wie, że są wśród nas autorzy, którzy potrafią odwzorować naszą przeszłość tak doskonale, że nagle zaczynamy za nią tęsknić, mimo iż wcześniej nie uświadamialiśmy sobie, że kryjemy w sobie takie potrzeby. Widocznie nie ma pojęcia, że są autorzy, którzy są tak zabawni, że nie ma znaczenia, czy piszą książki dla dzieci czy dla naszych dziadków, skoro potrafią zabawić jednych i drugich. Sue Limb jest jedną z takich autorów. Potrafi ona włożyć rozsądne i jednocześnie zabawne słowa w usta nastolatki, babci czy matki, czyli praktycznie w całe pokolenie. Myślę, że to właśnie dlatego tak dobrze się czyta jej książki. Są wielopokoleniowe, noszą sporą dawkę inteligentnego humoru, który doceni każdy, bez względu na wiek, do tego są ciekawie oraz spójnie napisane. Nic nie wydaje się włożone na siłę, zdarzenia świetnie się ze sobą przenikają, a bohaterowie nie są płascy i ciągle mamy wrażenie, jakbyśmy byli wśród nich. Jedyna rzecz, która mnie razi w tej serii, jest to uparte przestrzeganie czytelnika, że za chwilę coś się wydarzy, a także czasem występujące złe (lub po prostu niepotrzebne) przedzielenie jednego wątku na dwa rozdziały. Pierwsze psuje spójność książki i wydaje mi się zbędne dla tego rodzaju literatury, drugie sprawia, że zaczynam myśleć, iż autorka robi coś na siłę. A nie lubię tak myśleć o swoich ulubionych autorach. Jednak obie te rzeczy są do zniesienia, a ich ważkość blednie na tle dowcipu Sue.
Jak pamiętacie, porównywałam kiedyś Sue Limb do Louise Renninson pod względem dowcipu. Jednak po trzeciej części „Girl 15” muszę szczerze przyznać, że Louise jest dużo lepsza niż Sue. Jej dowcip jest bardziej szalony, jej bohaterka, Georgia Nicolson, bardziej zwariowana, a jej książki czyta się jednym tchem, podczas gdy Sue można odłożyć na kilka dni i nie tęsknić, gdy w tym samym czasie po przeczytaniu Georgii zawsze odczuwałam ogromny niedosyt. I mimo iż podchodząc ponownie do serii Sue Limb po kilkudniowej przerwie dajemy się wciągnąć w problemy Jess bez najmniejszych trudności, to jednak z Georgią czujemy dużo większą więź, która wywołuje tęsknotę gdy tylko musimy odłożyć książkę choćby na chwilę. Ale mimo iż Renninson bezwzględnie wygrywa ten wyścig, to pamiętajcie, że Limb jest godną jej następczynią i słusznie zasłużyła sobie na miejsce zaraz po mistrzyni tego gatunku.
 Myślę, że większość tych, którzy mieli do czynienia z obiema autorkami, przyznają mi rację. Jednak po namyśle stwierdzam, że ci czytelnicy, którzy są prawdziwie dorośli (czasem mam wrażenie, że mimo moich trzydziestu paru lat nie zmieniłam się w środku ani na jotę i wciąż jestem takim samym dzieciakiem, jakim byłam dwadzieścia lat temu) i lubią spędzać czas wyłącznie z równolatkami, mogą bardziej docenić Sue Limb. Jej dowcip jest bardziej subtelny, przez co może bardziej przypaść do gustu dorosłym. Natomiast osobom bardziej zwariowanym polecam Louise na pierwszym miejscu.
Co do samej książki, ubawicie się z Jess stuprocentowo. Jeśli byłyście już w związku, odnajdziecie się w problemach Jess doskonale, jeśli zaś jeszcze tego nie przeżyłyście, dowiecie się od bohaterki Sue Limb co Was czeka. Niepewność, poczucie zagubienia, zazdrość, potrzebę kontroli, miłość, radość i zazdrość. Tak, zdecydowanie to uczucie wygrywa w związku, zwłaszcza na jego początku, kiedy związek dopiero kwitnie. A z zazdrości wynikają nieporozumienia, a w tym Jess jest przecież najlepsza. W kreowaniu problemów, które istnieją tylko w jej wyobraźni.
W tej części Jess dowie się, że posiadanie chłopaka to istna tortura, zwłaszcza gdy dowiaduje się znienacka, że tenże chłopak pojechał bez niej na kilkudniowy festiwal, na który wybrała się również Flora. Przetrwanie wakacji z matką, która nie tylko fascynuje się ogrodami i nieżyjącymi ludźmi i ich starymi zamczyskami, lecz dodatkowo na oczach Jess flirtuje beztrosko i żenująco z napotkanymi na swojej drodze mężczyznami oraz w towarzystwie babci, targającej wszędzie prochy dziadka, podczas gdy Fred ma ciągle wyłączony telefon, będzie największą męczarnią. Jedynym światełkiem nadziei w tym ciemnym tunelu udręk jest długo wyczekiwana wizyta u ojca w jego domu w St Ives. Tylko dlaczego jej rozwiedzeni rodzice zachowują się tak dziwnie, jakby ukrywali przed nią jakiś mroczny sekret? Czyżby ojciec stworzył nową rodzinę, z nową kobietą i nowym dzieckiem? I jak powiedzieć feministycznie nastawionej matce o tym, że Fred jest jej chłopakiem? Tak, zdecydowanie te wakacje będą godne zapamiętania.
Tak, jak w „Flirting for England” nie działo się praktycznie nic, tak „Absolute Torture” będzie obfitował w wydarzenia, nawet jeśli będzie opowiadał o nudnej i niechcianej wycieczce śladem umarłych poetów. Tej wycieczki Jess nigdy nie zapomni. A nam dane będzie jej w tej przygodzie towarzyszyć. Będzie zabawnie, obiecuję.
P.S. Tych, którzy są już zmęczeni moim ciągłym wspominaniem Georgii Nicolson podczas pisania postów o Jess Jordan szczerze przepraszam, ale te porównania towarzyszyły mi niekontrolowanie od pierwszych rozdziałów serii Sue Limb, ponieważ obie książki są bardzo podobne i niosą te same wartości przeszmuglowane między dowcipnym słownictwem. I mimo iż jedna jest lepsza od drugiej, obie panie są według mojej oceny przodownikami gatunku, jeśli mogę się tak wyrazić wzorem epickich tekstów z PRL-u. Pozdrawiam.


niedziela, 29 stycznia 2017

Girl 15 Flirting for England/ Sue Limb


Pamiętacie jak wychwalałam pod niebiosa nową Georgię Nicolson stworzoną przez Sue Limb w postaci Jess Jordan? Przypominacie sobie, jak byłam nią zachwycona? Ten zachwyt doprowadził mnie do szaleńczego zakupu trzech kolejnych książek z serii. Dzięki Bogu znalazłam te książki przez Internet, więc kupiłam je niemalże za grosze. Kocham książki, ale kiedy muszę jakąś kupić na własność, moje serce krwawi. Z powodu wydanych pieniędzy, które mogłam odłożyć na ważniejszy cel (jak np. zakup czekolady) oraz przez brak miejsca w mojej kawalerce. Nie wiem gdzie mam składować moje książki, nie mam doprawdy miejsca na ich upchnięcie, więc wolę ich w ogóle nie mieć. Życie bez książek jest dużo łatwiejsze, jeśli wiecie co mam na myśli. To tak jak z posiadaniem psa. Kochacie psy, ale najlepiej cudze. A za wszystkim stoi słowo- wolność. Ja uwielbiam być wolna, a bałagan sprawia, że czuję się jakbym miała nałożone kajdany, bo nie mogę przestać o tym myśleć, bo ciągle kombinuję jak znaleźć czas na posprzątanie wszystkiego, bo nie mam tak naprawdę jak sprzątnąć tego, co zalega na półce pod stolikiem, gdyż nie mam mojej upragnionej komody, którą kupujemy z mężem od 3 lat. Także widzicie, jakie to było z mojej strony poświęcenie, kupno owych trzech książek. Ale po prostu nie mogłam wytrzymać z ciekawości, co znowu wymyśli Jess w następnej części.
Gdy przeglądałam Internet w poszukiwaniu informacji o książkach, które aktualnie miałam na tapecie, dowiedziałam się, jaka jest właściwa kolejność czytania przygód Jess Jordan. I okazało się, że jak zwykle zaczęłam od złej strony. A mówiąc bardziej szczegółowo, od części drugiej. A że zakupiłam sobie część pierwszą, trzecią i czwartą, więc zdecydowałam się cofnąć, mimo iż wiedziałam już jaka będzie przyszłość głównych bohaterów. Okazało się, że ta mała pomyłka nie wpłynęła w ogóle na odbiór książki, bo wygląda na to, że tą serię można czytać osobno, gdyż dzięki urokowi i szaleństwie Jess będziemy się z nią dobrze bawić nawet bez chronologicznej ciągłości, tym bardziej, że tak naprawdę nie jestem tej kolejności wcale taka pewna.
Skąd ta niepewność. Ano stąd, że część „Girl 15: Flirting for England” na jednej ze stron internetowych opisana jest jako część 0,5, co każe mniemać, iż została napisana w innej kolejności, niejako dodana na początek jak pismo przewodnie w urzędowym liście. Daje się to także trochę wyczuć z konceptu, gdyż cała historia zaczyna się ni z gruszki, niż z pietruszki, zupełnie jak w części „Charming but Insane”. W związku z tym tak naprawdę nie wiem, która z części była pierwsza (przyjmijmy więc dla ułatwienia recenzji kolejność, którą opisałam pod pierwszym postem dotyczącym Sue Limb), ale zdecydowanie wiem, która była lepsza. Bezapelacyjnie wyznaczam na królową balu część „Charming but Insane”.
A dlaczego? Bo była zabawniejsza, bardziej szalona, lepiej przemyślana i… zabawniejsza. Powtarzam się? No cóż, piszę tylko szczerą prawdę. W „Flirting for England” też mamy kawał dobrego humoru i całkiem niezły misz masz spowodowany kombinacjami Jess, ale tak naprawdę prawdziwa Jess Jordan zaczyna się dopiero od drugiej połowy książki, pierwsza zaś jest trochę zbyt niewinna jak na mój gust i cały koncept. I jak już wspomniałam, jest jakby lekko wstawiona na siłę, a co za tym idzie, wydaje się być trochę nieprzemyślana. Myślałam, że ta część będzie prologiem do następnej, tymczasem była zupełnie odrębną historią, która dopiero w ostatnim rozdziale zazębiła się z „Charming but Insane”. Jednak sądząc z tego, że pozostałe rozdziały są o zupełnie innej parze kaloszy, śmiem twierdzić, że moja teoria z początku, jakoby ta część wcale nie powstała pierwsza, może nosić spore ziarenko prawdy. A nawet ziarno, jeśli nie cały kłos. Cóż, nic się złego nie stało, wszystko wygląda w miarę spójnie, ale mimo wszystko ciut zwątpiłam w Sue. Ale tylko ciut.
Już niedługo sięgnę po następną część, czuję już nawet lekkie mrowienie w wyobraźni, a nawet maleńką ekscytację na myśl o tym, że niedługo wrócę do Jess. Bo wydaje mi się, że ta kolejna część będzie lepsza. Znając główną bohaterkę, teraz, kiedy jest w prawdziwym związku, będzie jeszcze więcej okazji, by namieszać wszędzie dookoła. Mam naprawdę dobre przeczucia co do „Girl, nearly 16: Absolute Torture”. Czujecie to? Nawet tytuł brzmi niesamowicie zachęcająco. Tak, zdecydowanie czuję pozytywne wibracje!
A co do „Flirting for England” mamy tu Eduarda, który przybywa wraz z grupą francuskich dzieciaków na dwutygodniową wymianę, w celu przebywania z żywym angielskim. Najwidoczniej w Anglii takie wymiany są na porządku dziennym, zwłaszcza z dzieleniem mieszkania z angielskimi rodzinami w pakiecie. Tym sposobem Jess otrzymuje jako swojego prywatnego ucznia tajemniczego Eduarda, który wyglądał dobrze na zdjęciach, podczas gdy prawda okazała się lekko odbiegająca od rzeczywistości. A gdy do tego dochodzi jeszcze kompletny brak umiejętności językowych po obu stronach, katastrofa wisi w powietrzu. Ale katastrofa to przecież drugie imię Jess. Gdyby jej krąg zainteresowań poszerzył się kiedykolwiek o coś więcej niż randki, być może skończyłaby z jakąś miłą angielskojęzyczną Francuzką, tak jak stało się to udziałem Flory.
Koszmar spędzania czasu z hobbitem niemową staje się coraz trudniejszy do zniesienia, zwłaszcza gdy okazuje się, że Eduard skrywa romantyczne uczucia co do swojej gospodyni. Ale nie ma się co martwić, pomysłowa Jess z każdej opresji wybrnie z twarzą. Od czego są przyjaciele, a zwłaszcza Fred? Nie jest to chyba zbyt wielkie poświęcenie udawać w ramach przyjacielskiej pomocy chłopaka Jess? Cały sprytny plan układa się jak po maśle dopóki na horyzoncie nie pojawia się charyzmatyczny Gerard, który zdaje się mieć chrapkę na Jess. I znów pojawiają się kłopoty. Jak pozbyć się Freda, którego wciągnęło się na siłę w mistyfikację? I jak dać się uwieść Gerarda pod okiem jego wiernego strażnika i gospodyni zarazem, Jodie, oraz kręcącego się pod nogami Eduarda? Z tego potrafi wybrnąć tylko Jess. Wpadając z jednych kłopotów w drugie.
Tak naprawdę prawdziwa akcja zaczyna się dopiero od tego momentu. Trochę szkoda, ale ma nadzieję, że w następnych częściach Sue poradzi sobie lepiej. Właściwie jestem o tym przekonana. Odezwę się jak tylko to sprawdzę. A tymczasem uciekam do Katarzyny Michalak i jej Ferrinu. Tak, wróciłam po latach do tej książki i co więcej, wstyd się przyznać, zakupiłam ostatnią część Kronik o Ferrninie. Na moją obronę dodam, że książka kosztowała tylko 15 zł i wcale jej nie szukałam, a znalazłam ją przypadkiem w koszu z książkami, gdy szłam do półek z czekoladami. Leżała na samym wierzchu stosu. To było przeznaczenie, mówię Wam. A z przeznaczeniem się nie walczy, prawda? :)

Zatem do zobaczenia moi drodzy już niedługo, bo już prawie kończę Ferrin i aż palce mi się palą do recenzji :)

piątek, 13 stycznia 2017

Kroniki Ferrinu, Cz. 5: Pani Ferrinu/ Katarzyna Michalak

Feri’ana po raz ostatni wzywa Anaelę del’Soll do walki z zagrożeniem, tym razem ze strony Lanorii. Bo oto rośnie w siłę nowy bóg, nieznany i silniejszy niż Primea i Saetin razem wzięci. W grę wchodzi najwyższa stawka, wolność ferrińskich kobiet i życie mężczyzn, a także ocalenie tych, których Anaela kochała najbardziej. Okrutny Lucciferin nie cofnie się przed niczym aby osiągnąć swój cel jakim jest przetrwanie. Czy Wielkiej Władczyni Ferrinu uda się ocalić Ferrin raz na zawsze i osiągnąć spokój, którego szukała od początku swego istnienia? Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna- ostatnia z Kronik Katarzyny Michalak- „Pani Ferrinu”.

Sama nie potrafię siebie zrozumieć. Wiem, jak kiepska jest ta seria, a mimo to, widząc ostatni tom Kronik Ferrinu, nie mogłam się powstrzymać i kupiłam go. Wiecie jak rzadko zdarza mi się kupić książkę na własność? Jest to dopiero trzeci taki przypadek. Pierwsze było „Serce Ferrinu”, potem trzy tomy serii Sue Limb, teraz „Pani Ferrinu”. Na szczęście książka kosztowała mnie jedyne 15 zł. Na nieszczęście, nie mogę przestać myśleć o kupnie poprzedniego tomu, którego nie czytałam: „Wojna o Ferrin”. Co gorsza, czytałam tom trzeci, „Serce Ferrinu”, tak dawno, że chętnie kupiłabym jeszcze raz tę książkę, bo tamtą, kupioną rok temu, odsprzedałam. Teraz tego żałuję. Ale wówczas myślałam, że gorączka Ferrinu już dawno mi minęła. Niestety widzę teraz, że tylko czekała w ukryciu. Czekała, aż Michalak wyda kolejne obiecane tomy. Teraz trwam w ogromnym dylemacie. Kupować czy nie? Jeśli nie, to skąd wziąć te książki, gdy Biblioteka zawodzi? Mogę poczekać, aż gorączka znowu się uciszy, ale tak naprawdę wcale tego nie chcę. Chcę wrócić do Ferrinu, do krainy bólu i cierpienia, a także wielkiej miłości, której nie da się znaleźć w świecie rzeczywistym. Chcę jeszcze raz zamknąć się w nierealnym świecie Katarzyny Michalak.
Wiecie, potrafię rozpoznać dobrą książkę i wiem, że Kroniki Ferrinu dalekie są temu określeniu. Zdaję sobie sprawę, że książka jest nieprzemyślana, dużo w niej męczących powtórzeń i kiepskich dialogów, nie pasujących do opowieści a chaos zdaje się królować pomiędzy rozdziałam, a i tak czytając tę serię potrafię się zapomnieć w ciągu jednej chwili. I co gorsza, nie potrafię się wyrwać z tej iluzji. Zawsze miałam słabość do fantasy, do obcych światów i reguł, panujących w wymyślonych światach. Zawsze kochałam wczytywać się w coś, co nie istnieje, bo wtedy życie wydawało mi się pełniejsze.
Dlatego myślę, że to właśnie jest największym powodem, dlaczego oddaję się Ferrinowi całym sercem. I nieważne staje się to, że autorka nie ma pojęcie o fantasy, robi błąd na błędzie i zdaje się nie zwracać uwagi na czytelników, którym pewne rzeczy należałoby wytłumaczyć, zamiast zapominać się w pisanej przez siebie i jakoby dla siebie historii. Ważne, że kraina staje mi przed oczami jak żywa, a ja znikam w tym świecie, jakbym sama potrafiła przechodzić przez portale. Zawsze fascynowała mnie moc, która pozwala władać światem, czasem śniła mi się magia, czasem o niej marzyłam. W książce Michalak dostaję to wszystko, czym tak uwielbia się karmić moja wyobraźnia. Za sprawą tej książki odchodzę w świat magii i nieważne jest to, że świat ten jest tak słabo wykreowany, że nie dba się w nim o szczegóły i że poszczególne małe historie nie są ze sobą powiązane tak jak powinny, a tłumaczenia autorki dlaczego coś się dzieje, powodują jeszcze więcej pytań i powiększają ogólny chaos. Najważniejsze jest to, że odnajduję w Ferrinie uczucie zwane miłością, które jest najwyższą magią zdolną zwalczyć nawet największą ciemność. I nawet jeśli giną moi ukochani bohaterowie, cały czas towarzyszy mi to uczucie pewności, że na końcu wszystko będzie dobrze.
Tak naprawdę nie potrafię wytłumaczyć, dlatego tak lubię książki o Ferrinie. Przecież nieraz łapałam się za głowę za kolokwializmy, którymi ta książka jest wypełniona, za złe dobranie języka i płaskie tłumaczenia wydarzeń, za słabe dialogi i przemieszanie języków, gdzie raz Anaela przemawiała jak władczyni, by innym razem stać się prostaczką, która przemawia językiem tabloidów. Przecież zdaję sobie sprawę, że książka budowana jest na akcji, która ma się toczyć szybko i wartko, bez zwracania uwagi, czy wszystko trzyma się kupy. Przecież wiem, że to nie jest prawdziwe fantasy, a przekonanie wydawców, że autorka porusza się swobodnie między stylami literackimi jest tylko ich pobożnym życzeniem. Widzę wszystkie nieścisłości i niedociągnięcia w łączeniu wydarzeń ze sobą. Nie mogę przymknąć oczu na natłok wydarzeń, których nie da się wytłumaczyć lub które nie mają żadnego uzasadnienia, a dzieją się tylko po to, aby akcja była szybka i dynamiczna. Często zadawałam sobie pytania dlaczego coś się działo i wracałam do przeczytanego przed chwilą rozdziału, aby poszukać w nim odpowiedzi, których nigdy nie znalazłam. Wielokrotnie się zdarzało, że nie rozumiałam zamysłów autorki, gdzie najzwyczajniej w świecie nie rozumiałam o co chodzi. Widziałam, że Michalak ze wszystkim rozprawia się szybko i bez poświęcenia temu drugiej myśli, nie bacząc na sens wydarzeń, skupiając się tylko na akcji, pomijając zbędne według niej opisy. Wiem, że nie jest to epicka opowieść i nigdy nie będzie.
A mimo wszystko daję się porwać tej akcji, nawet nie wiedząc kiedy staję w samym środku wydarzeń, jakby jakaś niewidzialna siła przenosiła mnie do Ferriany mimo rozsądkowi i temu, że jako blogerka wydająca opinie o książkach powinnam mieć bardziej wygórowane potrzeby. Jednak mój rozum przegrywa z sercem za każdym razem i przenosi się do Ferrinu razem z Anaelą pomimo wszystkich niedoskonałości tego zmyslonego świata jak i kunsztu pisarskiego jego autorki. Chyba po prostu nie zasługuję na to, aby prowadzić blog z recenzjami książek, skoro tak łatwo obdarzam miłością książki słabe. Bo muszę się do tego przyznać na głos. Kocham Fer’ianę i zawsze będę do niej wracać z sentymentem. Nie wiem czy dzieje się tak dlatego, że akcja toczy się szybko i nie ma czasu na przemyślenia, czy dlatego, że występują tam bardzo silne emocje i można doświadczyć prawdziwej miłości? Czy dlatego, że wiem, że dobro zawsze zwycięży, w przeciwieństwie do szarego świata szarej rzeczywistości? Czy może dlatego, że Anaela jest tak silna jak ja zawsze chciałam być? Że jej siła sprawia, że gotowa jest ona poświęcić siebie dla swojego ludu, nawet gdyby miała za to umrzeć w cierpieniach? Przyznacie, że taka wewnętrzna siła i przekonanie o swoich racjach to całkiem silny środek uzależniający… A może to ta magia, której nie umiem się oprzeć, a która wypełnia świat stworzony przez Michalak, decyduje, że gdy czytam opowieści o Ferrinie przestaje się liczyć dla mnie wszystko inne? Ach, naprawdę ciężko znaleźć źródło mojego uwielbienia dla tej serii. A jednak muszę to tak nazwać. Uwielbiam być wciągana przez Michalak w ten jej wydumany i nie perfekcyjny świat.
 Pamiętacie jak kiedyś pisałam Wam o tym, czego szukam w książkach? Jest to ta gorączka, którą odczuwacie na samą myśl o zanurzeniu się w historię serwowaną nam przez autora. Jest to owo całkowite zapomnienie się, które sprawia, że przez dwa dni możecie się do nikogo nie odzywać, nie włączając telewizji, nie wychodząc z domu, a nawet nie pamiętając, że trzeba wyjść do pracy tylko dlatego, że zapomnieliście, gdzie jesteście i że książka którą czytacie jest tylko książką, a nie realnym światem. Dawno, bardzo dawno nie odczuwałam takiej gorączki. I to właśnie ta sponiewierana przez wielu seria Katarzyny Michalak przywróciła to dawno zapomniane uczucie, tę gorączkę powodującą, że nie byłam nawet w stanie wrócić do wysławianej przeze mnie serii Sue Limb, bo w moim sercu nadal szalała walka o władzę między bogami Świata Światów. A naprawdę próbowałam. Skończyłam czytać wczoraj „Panią Ferrinu”, po paru godzinach wyciągnęłam książkę o Jess Jordan i po prostu wpatrywałam się w nią pięć minut, niezdolna jej otworzyć. Bo czułam, że byłaby to profanacja zaczynać tak szybko z inną autorką, gdy w moim sercu rozgrywały się jeszcze wydarzenia z Feri’any. Po prostu nie mogłam opuścić Sarisa, Sirdena, Anaeli ani Sellinarisa, ani całej tej wspaniałej, wydumanej i niedoskonałej krainy. Gorączka, która ciągle mnie trawi nie pozwoliła mi na to. Ona też sprawiła, że zaraz po przeczytaniu „Pani Ferrinu” musiałam od razu zasiąść do pisania postu. Ona prowadziła moje palce po klawiaturze w tempie, w jakim już dawno nie pisałam i ona kazała mi potem gnać do księgarni w poszukiwaniu „Wojny o Ferrin”. Dawno nie odczuwałam takiej gorączki wyobraźni, dlatego cenię Kroniki Ferrinu wyżej niż inni, bo to uczucie pozytywnego zniecierpliwienia, które wywołała u mnie seria Katarzyny Michalak, jest dla mnie najcenniejszym uczuciem jeśli chodzi o książki. Takiego efektu oczekuję od powieści i to właśnie  od autorki Kronik otrzymałam to wszystko, czego szukam w książkach.
Wiecie, gdybym miała na to czas, mogłabym trzystustronicowy tom przeczytać w jeden dzień, nie odrywając się od niego nawet na chwilę. Tak się działo z każdą z części, nawet z „Sercem Ferrinu”, gdzie Anaela została zastąpiona jej słabszą wersją, Gabrielą, córka Anaeli. Na szczęście autorka szybko odeszła od tego pomysłu, zapewne reagując na prośby czytelnicze i oddała nam Anaelę (w dość ceremonialny sposób, nie dbając o żadne wytłumaczenia, jak to na Michalak przystało), a także Sellinarisa, jej Dopełnienie. I do końca możemy się nimi cieszyć, mimo iż z każdym tomem Sellinaris traci swój urok, gdyż jego uczucie zdaje się być tak nietrwałe, jak to bywa na Ziemi. A ja lubię, jak książka trzyma mnie w przekonaniu, że chociaż w wymyślonych światach miłość jest zdolna przetrwać wszystko i nie jest zdolna do zdrady. Tymczasem Sellinaris ogląda się za innymi kobietami nawet w chwili gdy Anaela walczy o życie. Cóż, jest to jedyna słaba strona tej serii i właściwie nie wiem dlaczego Michalak uparła się, aby stworzyć Sellinarisa tak ludzkiego. Być może aby przypominać mi tym samym, że nie da się żyć w Ferrianie na stałe i czasem trzeba zejść na ziemię : )
Ostatni tom Kronik, jak to przystało na ostatnie tomy serii, jest końcem wszystkiego. Wojen panujących w Feri’anie i Anaeli del’Soll, Wielkiej Władczyni Ferrinu. Czy można nazwać zakończenie happy endem, sami musicie to rozstrzygnąć, bo ja tego nie wiem. I nie mam pojęcia czy to dlatego, że w Ferrinie nic nie jest ostateczne i jednoznaczne, czy to dlatego, że autorka nie potrafiła tego zakończyć tak stuprocentowo. Na dobrą sprawę każda z części niesie swoje własne zwycięstwo i zawsze na drodze do szczęścia mieszkańców Ferrinu stawało jakieś nowe niebezpieczeństwo, które Anaela musiała zwalczyć. Przez tworzenie coraz to nowych zagrożeń te książki można byłoby na siłę czytać oddzielnie, mimo iż są ze sobą połączone pewnymi wydarzeniami (zwłaszcza część pierwsza i druga). Nie wiem czy dobrze to zrozumiałam, ale ostateczne zwycięstwo dobra nad złem nie miało się odbywać między śmiertelnikami, bo czy tak naprawdę Lanoria została pokonana, nie zostało tak naprawdę rozwikłane według mojego mniemania. Dlatego wydaje mi się, że bardziej chodziło tu o odwieczną walkę między bogami Świata Światów i przełamanie tradycji, na którą zdecydowała się tylko Anaela. A co z tego wynikło, musimy sobie sami dopowiedzieć, bo autorka dała nam tu ogromne pole do popisu, nie trudząc się, jak to ona, odpowiadaniem na zadawane w duchu przez czytelników pytania.
Jedyna rzecz, którą uważam w całej tej powieści bez skazy, jest pomysł Dopełnienia. Wydaje się być on całkowicie pomysłem autorki (mimo iż wielokrotnie miałam wrażenie, że pomysły autorka lubi ściągać z innych książek) i jest bardzo ciekawy i przemyślany. Każdy w Feri’anie ma swoje dopełnienie, bez którego umiera. Tak właśnie Feri’ana dba o swoją ciągłość- wrogowie są swoimi dopełnieniami i zabijając wroga, zabijają samych siebie. Nie mogą żyć razem, ale i giną bez siebie, bo przeznaczenie na zawsze ich ze sobą połączyło. Naprawdę świetny pomysł i nie ma się do czego przyczepić. Bardzo mi się spodobał i jest to najlepszy pomysł od dawna, jaki przeczytałam w książkach typu fantasy.

To chyba wszystko, co chciałam powiedzieć o Kronikach Ferrinu. Uwielbiam je. I możecie mnie za to zlinczować. Uwielbiam się zapominać, gdy je czytam, uwielbiam płakać nad ukochanymi bohaterami i uwielbiam to nieodparte uczucie, że muszę je mieć, nawet za cenę kupna. Takie uczucie nie zdarza się codziennie. Dlatego szanuję i lubię autorkę, która potrafiła we mnie to uczucie wyzwolić. Po jej obyczajowe książki nie sięgnę. Ferr’iana jest jedyną serią, której tak naprawdę potrzebuję. I niech sobie nawet będzie niedoskonała. Niech nosi w sobie znamię nieścisłości, jak choćby to, że raz liczy się dla Anaeli tylko Ferrin, by innym razem przeskoczyć na miłość. Niech sobie będą te wszystkie niedomówienia i nieprzemyślana akcja. Jeśli tylko Michalak potrafi tak mnie wciągnąć swoją żywą narracją, mnie to wystarcza. Nie będę Wam polecać Kronik, sami musicie podjąć Waszą własną decyzję, czy jest to książka dla Was. I żyjcie z tą decyzją do końca. Ja dziś będę kontynuować szukanie „Wojny o Ferrin”, aby spotkać się z ukochanymi bohaterami po raz ostatni, a gdy mi się to nie uda, przeczytam serię od początku, bo na dzień dzisiejszy nie mogę się bez niej obejść. A tych, którzy przestali we mnie wierzyć po tym poście serdecznie przepraszam, ale ja po prostu kocham magię, jednorożce i tę książkę : )

piątek, 6 stycznia 2017

Girl 15 Charming but Insane/ Sue Limb


Przypadkowe zdarzenia czasami przynoszą nieoczekiwane i miłe rezultaty. Tak było w przypadku książki „Girl 15, Charming but Insane” napisanej przez Sue Limb. Pamiętacie jak ględziłam ostatnio o książkach Jacqueline Wilson? Jak byłam zachwycona jej pisarstwem? Dzisiaj z radością mogę powiedzieć, ze znalazłam jej godną następczynię. Jest nią właśnie Sue Limb. Jak na razie znalazłam tylko jedną jej książkę, ale z miejsca zakochałam się w jej luzackim stylu. I powiem Wam, że ta pisarka nie tylko jest w stanie zastąpić mi Wilson, ale także pomóc otrzeć łzy po niezapomnianej Louise Rennison i jej wspaniałej Georgi Nicolson, której do dzisiaj nie mogę odżałować. Nasza przygoda z Georgią skończyła się zdecydowanie zbyt szybko i wciąż nie mogę się pozbierać po tym rozstaniu, a na każde wspomnienie uśmiecham się czule do tej starej przyjaciółki. Ale dzisiaj jest mi łatwiej, bo zupełnie przypadkiem natrafiłam na „Charming but Insane”. Jess Jordan, jej główna, zwariowana bohaterka, jest wprawdzie tylko cieniem Georgii, ale dużym i znaczącym cieniem. Piszę, że Jess jest zaledwie cieniem, bo drugiej takiej osoby jak Georgia Nicolson nie ma na całym świecie i choćby Jess i jej zwariowany sposób myślenia bawił mnie do łez, to wciąż nie jest to to samo. Jednak będzie musiała mi ona musiała wystarczyć, dopóki Rennison nie wymyśli nowej bohaterki na miarę Geoorgii Nicolson.
Książka Sue Limb trafiła w moje ręce jak zwykle przypadkowo, ale już wiem, że będzie to jedna z moich ulubionych pozycji, rozświetlających monotonię jesiennych, burych dni. Książka niepozorna, z różowo-srebrną okładką, nie zapowiadającą nic większego od zwykłego umilacza czasu, nagle stała się moim hitem. Mogę ją polecić z całego serca już teraz, w drugim akapicie tej recenzji. Będzie idealna dla wszystkich wariatów, którzy lubią żyć niestandardowo, jak i dla tych, uwielbiających zwariowanych bohaterów, z własnymi regułami i patrzących na świat inaczej niż inni. Książka Sue Limb ucieszy wszystkich fanów Georgii Nicolson, Mii Thermopolis z „Pamiętników Księżniczki” i Tracy Beaker razem wziętych. Jest to książka energiczna i całkiem szalona, więc myślę, że nie zrobię błędu, polecając ją wszystkim nastolatkom, także chłopakom. A zwłaszcza chłopakom, którzy myślą, że dziewczyny są sztywne i nie ma o czym z nimi rozmawiać. Przeczytajcie „Charming but Insane” to nie tylko zobaczycie, że dziewczyny mogą być fajne, ale i dowiecie się paru prawd o sobie. Będziecie zdziwieni, jak fantastycznymi mówcami potraficie czasem być ;)
Wiecie, szalonej Georgii nie da się nikim zastąpić, to jest pewne. Louise Rennison wykonała kawał dobrej roboty i stworzyła niepowtarzalną, wyjątkową postać, o której mogą czytać nastolatkowe, jak i dorośli, jeśli tylko mają choć trochę wyobraźni i otwartości umysłu. Nie wiem, czy Louise potrafiłaby powołać do życia następną Georgię, nie wpadając jednocześnie w pułapkę kopiowania bohaterów, ale wiem na pewno, że Georgia stanie się na zawsze moją nastoletnią ulubienicą, za swoją żywość, pomysłowość i to, w jak zabawny sposób potrafiła przeżywać swoje problemy, nawet jeśli część z jej fanów uważa te problemy za przerysowane. Ale tak naprawdę kto potrafi przewidzieć zachowania dzieciaków i ich pomysły? Myślę, że nawet oni sami nie są w stanie określić swoich zdolności pakowania się w tarapaty. Zatem nie chcę tu słuchać, ani mówić o przerysowaniu bohaterki, ponieważ uważam, że taka Georgia z łatwością może istnieć wśród nas. I marzę o tym, żeby taką osobowość spotkać kiedyś na swojej drodze, ponieważ może być bardzo inspirująca, mimo iż na pierwszy rzut oka może się wydawać głupkowata. Ale mi nigdy nie przeszło przez myśl, że Gergia Nicolson jest głupkowata. Ona była po prostu żywiołowa i ta żywiołowość czasem przeszkadzała jej w przewidzeniu skutków swoich pomysłów. A to przecież nic złego, prawda? Na takiej znajomości można tylko zyskać, gwarantuję Wam.
Tak samo można zyskać na spotkaniu z Jess. Napisałam, że bohaterka Sue Limb jest tylko cieniem Georgii, ale nie dlatego, że jest płaska czy mało interesująca, a jedynie dlatego, że Georgii nie da się skopiować. I nie sądzę, aby Sue starała się to osiągnąć. Może nawet nigdy nie miała w ręku książek Louise Rennison. Jeśli tak faktycznie się sprawy miały, tym bardziej będę ją wynosić ponad inne pisarki, gdyż udało jej się stworzyć kolejną ciekawą osobowość i na tyle szaloną, że obdarzyłam ją ogromną sympatią już od pierwszych stron, a nawet zdań. Powiem Wam, że ja swoich przyjaciół dobieram bardzo starannie, a właściwie sami się dobierają, dzieje się to niemal bez mojej obecności. Moim przyjacielem może zostać tylko osoba, która niczego nie udaje i jest sobą oraz nie zamierza się wstydzić tego kim jest. Dodatkowo musi mieć to coś, co będzie ją wyróżniało spośród innych i po prostu musi przypaść mi do gustu. Muszę mieć z nią milion tematów do obgadania, a jeśli połowa z nich będzie wspólna, to tym lepiej. Muszę się z nią dobrze czuć nawet jak będziemy milczeć godzinami. Nie może się obrażać na mnie tylko dlatego, że mam swoje zdanie. Reszta sama się ułoży. Gdy nawiąże się nić porozumienia, nie zerwie jej nic, ani czas ani przestrzeń między nami. Wiedzcie, że nie wyszukuję przez lornetkę takiej przyjaźni. Ona sama mnie znajduje, a ja nawet nie wiem, kiedy się to dzieje, ani w jaki sposób. Jest chwila, szybka jak mgnienie oka, krótka rozmowa, jedno spojrzenie i uśmiech i nagle okazuje się, że ta osoba wpasowuje się w miejsce, które dla niej trzymałam od wieków, tylko nawet o tym nie wiedziałam.
Na Jess czekałam bardzo długo. Właściwie od dzieciństwa, jak tylko zaczęłam czytać książki. A tęsknić za nią zaczęłam po utracie Georgii. Ta szalona dziewczyna z książki Sue Limb była moim przeciwieństwem, którego potrzebowałam, żeby moje życie stało się bogatsze i ciekawsze. Gdy ją znalazłam, poraziło mnie to. Bo do tej pory nie wiedziałam, że jest we mnie aż taka pustka. Czy osoba, która jest tak odmienna ode mnie może się stać tak bliskim przyjacielem? Brzmi prawie jak fantasy, ale to rzecz namacalna, prawdziwa, kawałek mojego życia. Jak to się stało? Nie mam pojęcia. Pamiętam tylko jak się spotkałyśmy, gdy na szybko wybierałam książki na weekend. Pamiętam dobrze gdy, już w domu, otworzyłam okładkę po dłuższej chwili obracania jej z namysłem w  dłoniach. Nie zapomnę tego uczucie pozytywnego oczekiwania, jakbym czuła jakieś wibracje przepływające przez moje palce. Pamiętam dokładnie pewność, że ta książka jest tym, czego potrzebuję.
Nie wiem dlaczego takie uczucie się we mnie zrodziło od pierwszej sekundy znajomości z dziełem stworzonym przez Sue Limb. Właściwie poczułam to już od pierwszej chwili, gdy tylko wyłuskałam tę niewielką książkę spośród innych, ściśniętych obok tej jedynej, próbujących schować ją między sobą i skraść moją uwagę. Jednak ta srebra okładka wyzierała spomiędzy większych tomów, usilnie starając się spojrzeć mi prosto w oczy. Ona też to czuła, tę niepowtarzalną więź, która nas połączyła, gdy tylko weszłam do pokoju z książkami. A gdy moje oczy spoczęły na tytule, ta piętnastka na różowej koszulce powiedziała mi, że właśnie tego teraz potrzebuję. Jakiejś zwariowanej osobowości kryjącej się w nastolatce. I że ta nastolatka zmieni moje zwykłe dni w coś niesamowitego, podniecającego i pełnego nadziei na wspaniałą przyszłość. I to naprawdę się sprawdziło. Czuję się tak rześko i mam w sobie takie pokłady wiary w siebie, że mogłabym je wypożyczać na godziny. I to wszystko za sprawą jednej książki. Wyobrażacie sobie takie coś?
Pamiętam również ten pierwszy uśmiech, który wykwitł na mojej twarzy, gdy Jess musiała zostać w kozie za jakieś drobne przewinienie. Jej sposób postrzegania świata był tym, czego potrzebowałam. Gdy jest się dorosłym i ma się pracę, która nie spełnia oczekiwań, ktoś taki jak Jess jest potrzebny, aby świat stanął na nogach, a życie znowu stał się przygodą, a nie czymś, co trzeba przeżyć. Wiele razy pisałam, jak tęsknię za wolnością tamtych czasów, kiedy trzeba było chodzić do szkoły i ta świadomość była najgorszą rzeczą, z którą trzeba było się wówczas uporać. To, że każdego dnia o 8 trzeba było siedzieć na lekcjach i modlić się o to, żeby nauczyciel nie zrobił kartkówki lub nie zaczął przepytywać uczniów, zaczynając od pierwszej ławki, podczas gdy my siedzieliśmy w środku i liczyliśmy na to, że nauczycielowi zabraknie czasu lub sił zanim do nas dotrze, było największym koszmarem, jaki mógł się wtedy wydarzyć. Ach, jak śmieszne wydają się dzisiaj te problemy, które dawno temu spędzały mi sen z powiek. Pamiętam jak bardzo wyczekiwałam dorosłości i życia na własnych zasadach. Nie miałam wówczas pojęcia, że zasady nałożone przez rodziców są niczym w porównaniu do zasad, jakimi rządzi się świat dorosłych. Dzisiaj nie mogę wrócić już do tych wspaniałych, bezproblemowych czasów, bo nikt jeszcze nie wymyślił maszyny przenoszącej w czasie. Ale mogę chociaż zamknąć się w świecie czyjejś wyobraźni i chociaż w ten doraźny sposób wrócić do czasów, które były najlepszym czasem w moim życiu.
Wiecie, gdy zaczęłam chodzić do szkoły, spotkała mnie najwspanialsza rzecz w życiu. Spotkałam moją najlepszą przyjaciółkę. Nikt mi jej nie zastąpi, bo ona jest niezastąpiona. Do dzisiaj w głowie są jej szaleństwa. Także do dzisiaj się przyjaźnimy i nigdy bym z tej przyjaźni nie zrezygnowała. Nie tylko dlatego, że gdy jestem z nią, to staję się tak samo szalona jak ona i czuje się zdolna góry przenosić, ale tez dlatego, że uratowała mnie gdy byłam jeszcze dzieciakiem i kształtowała się moja osobowość. Gdyby nie ona, czuję to w kościach, stałabym się sztywniarą i bibliotekarką ze stereotypowymi szarymi ciuchami i musztardowymi okularami. Ale jej pozytywne podejście do życia i do wszystkiego co się wydarzyło, jej silna wola i niestandardowy umysł sprawił, że stałam się silniejsza, niż gdybym wychowywała się sama. Bo stałyśmy się  nierozłączne i praktycznie wychowywałyśmy się razem. Wyobraźnia zawsze była moja mocną stroną, ale z nią, z jej pozytywnym wpływem i inspirująca osobowością stała się jeszcze silniejsza i obecnie jest moim znakiem drogowym, który pomaga wybrać mi właściwą drogę.
Dzięki mojej przyjaciółce stałam się tym, kim teraz jestem i będę jej za to wdzięczna do końca życia. I myślę, że tylko ja potrafię ją zrozumieć tak naprawdę i do końca. Niektórzy powiedzieliby, że jest bezmyślna, nie potrafiąca zagrzać miejsca lub skupić się na jednej rzeczy na dłużej, może nawet pomyśleliby, że jest głupiutka. Ale ja wiem, że ona jest mądra, życiowo i praktycznie, do tego jest inspirująca i wszyscy, którzy ją dobrze znają, chętnie poddają się jej pozytywnemu wpływowi. Dzięki niej życie jest kolorowe, a przykre zdarzenia przestają mieć znaczenie. A to, że popełnia śmieszne błędy nie wynika z jej poziomu IQ, ale z tego, że jej mózg skupia się na innych, ważniejszych dla niej sprawach. To, że idzie do kina bez biletów, bo jest święcie przekonana o tym, że ma je w kieszeni i nie sprawdzi tego faktu przed wyjściem z domu, mimo iż mąż prosi ją o to trzy razy pod rząd świadczy tylko o tym, że jest nieco roztrzepana, bo jej głowę zaprzątają pomysły, które w niej ciągle kiełkują. A gdy bierze ze sobą torbę staników na imprezę sylwestrową, zamiast świeżo zakupionej na ten cel kiecki, w którą miała się przebrać przed imprezą z wygodnych i porozciąganych dresów i nie ma znaczenia, bo ona potrafi wybrnąć z każdej sytuacji i niczym nie przejmuje się dłużej niż parę chwil, bo zbyt wiele się w jej życiu dzieje, aby skupiać się na negatywach. Każdemu życzę takiej przyjaciółki, takiej żywiołowości obok Was, pomagającej zobaczyć problemy z właściwej perspektywy. Gdyby nie ona, moje życie w szkole byłoby smętne w porównaniu z tym, jakie było dzięki niej. Byłam i jestem szczęściarą, że przydarzyła mi się taka przyjaźń.
Jeśli Wy byliście mniej szczęśliwi i nie natrafiliście na taką osobę w swoim życiu, polecam Wam Jess Jordan. Ona jest jak moja przyjaciółka z dzieciństwa. Pełna życia i pomysłów, nie zawsze szczęśliwych, a często pakujących ją w tarapaty. Myśląca inaczej niż reszta ludzi, skupiająca się na ważnych dla niej rzeczach, zamiast na nauce. Myśląca niekonwencjonalnie, zabawna i tętniąca życiem. Jest osobą, która prze do obranego przez siebie celu bez względu na przeszkody i która poświęca wszystkie siły i myśli temu celowi. Jest dziewczyną, która kiedy dąży do czegoś, co sobie wymyśli, wówczas ta rzecz staje się najcenniejszą w jej życiu. Jess jest odważna i dokładnie wie, czego chce od życia i od innych. I potrafi o to zawalczyć. Jest osobą bardzo żywiołową i to mi się w niej najbardziej podoba.
Mimo iż Jess Jordan jest pewna siebie, ma jak każdy swoje kompleksy, które stają się cieniem na jej istnieniu. Nie pomaga fakt, że jej najlepsza przyjaciółka Flora jest nie tylko piękna, ale i popularna. Do tego ma bogatych rodziców i idzie jej świetnie w szkole. Do każdego testu czy zadania szkolnego podchodzi z zapałem, który denerwuje Jess, mającą problemy także na tym polu. Nasza bohaterka nie rozumie, jak można być zainteresowanym czymkolwiek, co jest związane z życiem szkolnym, prócz oczywiście chłopaków. A gdy nie może zostać dziewczyną Bradta Pitta, szuka jego zastępcy pośród szkolnych kolegów. Najbliższym jej ideałowi jest Ben Jones, zatem Jess marzy o nim dniami i nocami, nawet jeśli ten w ogóle nie zauważa jej istnienia. Aż wreszcie staje się cud. Kiedy Flora zaczyna chodzić z przyjacielem Bena Jonesa, McKenziem, Jess dostaje swoją szansę, na którą tak bardzo czekała.
Książka jest bardzo zabawna, a wszyscy bohaterowie interesujący. Dzięki talentowi pisarskiemu Sue czujemy to samo, co Jess- irytację na wiecznie  miłą i pomocną Florę, której wszystko się udaje, zainteresowanie Benem, gdyż przez Jess wydaje nam się, że jest on lepszy niż wszyscy inni, staje się niemalże ósmym cudem świata. A gdy Jess tworzy swoje listy, zamiast pracować nad zadaniem narzuconym przez nauczyciela, wydaje się nam, że nie ma nic bardziej interesującego, niż te listy i nic bardziej nudnego, niż zadanie, nad którym pracuje reszta klasy. Tym samym Jess Jordan zyskuje nasze odkupienie i zrozumienie, za którymi idzie w ślad sympatia, którą obdarzamy ją za każdym razem, gdy „niesłusznie” zostaje skazana na siedzenie po lekcjach w kozie. Bo wiemy w głębi serca, że to nie Jess jest winna, tylko nauczyciele nie potrafiący jej zrozumieć i tak poprowadzić lekcje, aby nie były tak bardzo nużące.
Właściwie to obdarzyłam bohaterkę powieści Sue Limb tak wielką sympatią, że potrafię ją zrozumieć całkowicie, a co za tym idzie, rozgrzeszyć z każdego przewinienia. Dlatego wiem, że gdy Jess narzeka w duchu na Florę, tylko wydaje się, że to wcale nie jest przyjaźń, że Jess włóczy się z Florą dla jej sobie tylko znanych powodów. Ale ja, mając taką samą przyjaciółkę jak Jess wiem, że bycie dobrym w każdej dziedzinie potrafi denerwować kogoś, kto ma inne podejście do życia. Podejrzewam, że byłam trochę taką Florą dla mojej koleżanki, ponieważ zawsze osiągałam dobre wyniki w nauce, podczas gdy jej rodzice ciągle wracali z wywiadówek z kiepskimi nowinami. Ale i tak to ona miała ciekawsze życie niż ja, więc naprawdę nie było czego zazdrościć. Lecz osoby takie jak Jess czy moja przyjaciółka nie zdają sobie z tego sprawy i starają się dążyć do czegoś, co wcale im w życiu nie jest potrzebne, a dążą do tego tylko dlatego, że tego oczekuje od nich cały świat. A przez to, że takim osobom zależy tak naprawdę na innych rzeczach niż reszcie świata, ich starania zawsze kończą się niepowodzeniem. Moja „mądrość” w tej kwestii opiera się na życiowych doświadczeniach, dlatego rozumiem doskonale dziewczynę wymyśloną przez Sue Limb i bardzo ją polubiłam, pomimo jej psioczenia na Florę. Jest mi ona bliska nie tylko z powodu przeszłości, ale także dlatego, że jest taka inna niż ja, dzięki czemu wprowadza radość i kolory do mojego ustabilizowanego i czasem nudnego życia.
Jeśli jesteście tacy jak ja, ustabilizowani, ale w głębi duszy marzący o jakimś szaleństwie raz na jakiś czas i potrzebujecie w swoim otoczeniu kogoś, kto Was rozweseli, sięgnijcie po książkę Sue Limb. Ja mam szczere nadzieje, że uda mi się dorwać kolejną część, „Girl, 16” bo to naprawdę jest kawał dobrej książki. Jedyne co mogę zarzucić autorce to fakt, że osoba taka jak Jess, która nie potrafi się skupić na niczym związanym ze szkołą, jest jednocześnie obeznana z książkami Jane Austen. Jess, która nie potrafi przeczytać jednego rozdziału Szekspira na zajęcia, nagle zna się na dawnych romansach. Osoba, która wyśmiewa w duchu dorosłych, nagle wzoruje się na bohaterkach romansów. Coś mi tu nie pasuje. Moja kumpelka nigdy nie sięgnęłaby po powieść z własnej, nieprzymuszonej woli. Nawet zmuszana do tego miałaby opory. Co więcej Jess, która ciągle siedzi w kozie za brak zainteresowania tym, co dzieje się na lekcjach, staje się wzorem dobrego wychowania, ponieważ matka ją tego nauczyła. Znowu coś mi tu nie gra. Moja przyjaciółka raczej puszczała mimo uszu wszystkie matczyne kazania, a tymczasem Jess, która nie ma żadnych autorytetów prócz siebie nagle staje się ambasadorką kulturalnego zachowania. Te dwie cechy charakteru całkowicie mijają się z tym, jak została stworzona cała postać. Dodatkowo tak jak charakter Jess wyzierał z jej zachowania, tak to, że dziewczyna jest dobrze wychowana zostało nam chamsko wciśnięte słowem pisanym przez autorkę, która dwa razy wyraźnie to podkreśliła. Złamało to nieco spójność książki i moją radość ze znalezienia nowej pisarki, którą mogłabym wychwalać pod niebiosa, ale na szczęście było to tylko niewielkim zgrzytem i resztą książki mogłam się cieszyć w nieograniczony sposób.
Ta radość może się stać także Waszym udziałem, wystarczy sięgnąć po „Girl 15 Charming but Insane”. A jeśli dodatkowo jesteście fanami Georgii Nicolson, nie wahajcie się ani chwili. Ta książka nie będzie tak płynna i przezabawna jak książki Louise Rennison, ale z powodzeniem zastąpi Wam Waszą ulubioną bohaterkę. Uśmiejecie się z Jess Jordan nie raz, a gdy skończycie jedną książkę, zaraz będziecie chcieli sięgnąć po następną. Ja miałam dokładnie tak samo. Tutaj podzielę się z Wami od razu moją radością. Przeszukałam trochę Internet i okazało się, że Jess Jordan jest bohaterką całej serii! Nie mogło być piękniej, prawda? A jednak może, ha ha! Udało mi się wczoraj znaleźć kolejne trzy części tej serii i to za niewielkie pieniądze i już je zamówiłam. Lada dzień będą u mnie w domu, a jak tylko dotrą, rzucę się na nie wygłodniała, bo polubiłam Jess Jordan niesamowicie i tęsknię już za nią jak za dawno nie widzianą przyjaciółką. Tak się cieszę, że nie mogę się skupić na aktualnej książce, którą właśnie czytam. Prawdopodobnie ją porzucę dla Jess i wrócę do niej gdy tylko skończę czytać te trzy zamówione książeczki. Zaznaczę tutaj, że to, iż je w ogóle kupiłam, dodatkowo świadczy o tym, jak dobra jest ta seria, bo ja nie kupuję książek, tylko je wypożyczam, bo po prostu szkoda mi pieniędzy. No i nie mam miejsca w mojej kawalerce na przechowywanie tomów przez lata. Jednak w tym przypadku nie mogłam się oprzeć pokusie, a do tego nie byłam w stanie przeżyć tego, że nie przeczytam całej serii (wciąż brakuje mi 3 tomów, ale o tym problemie pomyślę później), więc tym razem musiałam po prostu te książki kupić. Zdarzyło mi się to dopiero drugi raz w życiu (mówię tu o nowych książkach, bo mam też paręnaście kupionych lata temu w sklepie z angielską odzieżą używaną, ale one kosztowały grosze i służyły mi kiedyś za okazję do nauki języka angielskiego bardziej niż jako książki do relaksu) i to również może być świadectwem tego, jak ciekawa jest seria stworzona przez Sue Limb. Zatem polecam polecam i jeszcze raz polecam.

Poniżej prezentuję całą serię w kolejności części (okazało się, że ja zaczęłam dopiero od drugiej części):
1.   Girl Barely 15, Flirting for England
2.   Girl 15, Charming but Insane
3.   Girl nearly 16, Absolute Torture
4.   Girl Going on 17, Pants on fire
5.   Girl 16, Five-Star Fiasco
6.   Chocolate SOS

7.   Party Disaster