piątek, 13 stycznia 2017

Kroniki Ferrinu, Cz. 5: Pani Ferrinu/ Katarzyna Michalak

Feri’ana po raz ostatni wzywa Anaelę del’Soll do walki z zagrożeniem, tym razem ze strony Lanorii. Bo oto rośnie w siłę nowy bóg, nieznany i silniejszy niż Primea i Saetin razem wzięci. W grę wchodzi najwyższa stawka, wolność ferrińskich kobiet i życie mężczyzn, a także ocalenie tych, których Anaela kochała najbardziej. Okrutny Lucciferin nie cofnie się przed niczym aby osiągnąć swój cel jakim jest przetrwanie. Czy Wielkiej Władczyni Ferrinu uda się ocalić Ferrin raz na zawsze i osiągnąć spokój, którego szukała od początku swego istnienia? Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna- ostatnia z Kronik Katarzyny Michalak- „Pani Ferrinu”.

Sama nie potrafię siebie zrozumieć. Wiem, jak kiepska jest ta seria, a mimo to, widząc ostatni tom Kronik Ferrinu, nie mogłam się powstrzymać i kupiłam go. Wiecie jak rzadko zdarza mi się kupić książkę na własność? Jest to dopiero trzeci taki przypadek. Pierwsze było „Serce Ferrinu”, potem trzy tomy serii Sue Limb, teraz „Pani Ferrinu”. Na szczęście książka kosztowała mnie jedyne 15 zł. Na nieszczęście, nie mogę przestać myśleć o kupnie poprzedniego tomu, którego nie czytałam: „Wojna o Ferrin”. Co gorsza, czytałam tom trzeci, „Serce Ferrinu”, tak dawno, że chętnie kupiłabym jeszcze raz tę książkę, bo tamtą, kupioną rok temu, odsprzedałam. Teraz tego żałuję. Ale wówczas myślałam, że gorączka Ferrinu już dawno mi minęła. Niestety widzę teraz, że tylko czekała w ukryciu. Czekała, aż Michalak wyda kolejne obiecane tomy. Teraz trwam w ogromnym dylemacie. Kupować czy nie? Jeśli nie, to skąd wziąć te książki, gdy Biblioteka zawodzi? Mogę poczekać, aż gorączka znowu się uciszy, ale tak naprawdę wcale tego nie chcę. Chcę wrócić do Ferrinu, do krainy bólu i cierpienia, a także wielkiej miłości, której nie da się znaleźć w świecie rzeczywistym. Chcę jeszcze raz zamknąć się w nierealnym świecie Katarzyny Michalak.
Wiecie, potrafię rozpoznać dobrą książkę i wiem, że Kroniki Ferrinu dalekie są temu określeniu. Zdaję sobie sprawę, że książka jest nieprzemyślana, dużo w niej męczących powtórzeń i kiepskich dialogów, nie pasujących do opowieści a chaos zdaje się królować pomiędzy rozdziałam, a i tak czytając tę serię potrafię się zapomnieć w ciągu jednej chwili. I co gorsza, nie potrafię się wyrwać z tej iluzji. Zawsze miałam słabość do fantasy, do obcych światów i reguł, panujących w wymyślonych światach. Zawsze kochałam wczytywać się w coś, co nie istnieje, bo wtedy życie wydawało mi się pełniejsze.
Dlatego myślę, że to właśnie jest największym powodem, dlaczego oddaję się Ferrinowi całym sercem. I nieważne staje się to, że autorka nie ma pojęcie o fantasy, robi błąd na błędzie i zdaje się nie zwracać uwagi na czytelników, którym pewne rzeczy należałoby wytłumaczyć, zamiast zapominać się w pisanej przez siebie i jakoby dla siebie historii. Ważne, że kraina staje mi przed oczami jak żywa, a ja znikam w tym świecie, jakbym sama potrafiła przechodzić przez portale. Zawsze fascynowała mnie moc, która pozwala władać światem, czasem śniła mi się magia, czasem o niej marzyłam. W książce Michalak dostaję to wszystko, czym tak uwielbia się karmić moja wyobraźnia. Za sprawą tej książki odchodzę w świat magii i nieważne jest to, że świat ten jest tak słabo wykreowany, że nie dba się w nim o szczegóły i że poszczególne małe historie nie są ze sobą powiązane tak jak powinny, a tłumaczenia autorki dlaczego coś się dzieje, powodują jeszcze więcej pytań i powiększają ogólny chaos. Najważniejsze jest to, że odnajduję w Ferrinie uczucie zwane miłością, które jest najwyższą magią zdolną zwalczyć nawet największą ciemność. I nawet jeśli giną moi ukochani bohaterowie, cały czas towarzyszy mi to uczucie pewności, że na końcu wszystko będzie dobrze.
Tak naprawdę nie potrafię wytłumaczyć, dlatego tak lubię książki o Ferrinie. Przecież nieraz łapałam się za głowę za kolokwializmy, którymi ta książka jest wypełniona, za złe dobranie języka i płaskie tłumaczenia wydarzeń, za słabe dialogi i przemieszanie języków, gdzie raz Anaela przemawiała jak władczyni, by innym razem stać się prostaczką, która przemawia językiem tabloidów. Przecież zdaję sobie sprawę, że książka budowana jest na akcji, która ma się toczyć szybko i wartko, bez zwracania uwagi, czy wszystko trzyma się kupy. Przecież wiem, że to nie jest prawdziwe fantasy, a przekonanie wydawców, że autorka porusza się swobodnie między stylami literackimi jest tylko ich pobożnym życzeniem. Widzę wszystkie nieścisłości i niedociągnięcia w łączeniu wydarzeń ze sobą. Nie mogę przymknąć oczu na natłok wydarzeń, których nie da się wytłumaczyć lub które nie mają żadnego uzasadnienia, a dzieją się tylko po to, aby akcja była szybka i dynamiczna. Często zadawałam sobie pytania dlaczego coś się działo i wracałam do przeczytanego przed chwilą rozdziału, aby poszukać w nim odpowiedzi, których nigdy nie znalazłam. Wielokrotnie się zdarzało, że nie rozumiałam zamysłów autorki, gdzie najzwyczajniej w świecie nie rozumiałam o co chodzi. Widziałam, że Michalak ze wszystkim rozprawia się szybko i bez poświęcenia temu drugiej myśli, nie bacząc na sens wydarzeń, skupiając się tylko na akcji, pomijając zbędne według niej opisy. Wiem, że nie jest to epicka opowieść i nigdy nie będzie.
A mimo wszystko daję się porwać tej akcji, nawet nie wiedząc kiedy staję w samym środku wydarzeń, jakby jakaś niewidzialna siła przenosiła mnie do Ferriany mimo rozsądkowi i temu, że jako blogerka wydająca opinie o książkach powinnam mieć bardziej wygórowane potrzeby. Jednak mój rozum przegrywa z sercem za każdym razem i przenosi się do Ferrinu razem z Anaelą pomimo wszystkich niedoskonałości tego zmyslonego świata jak i kunsztu pisarskiego jego autorki. Chyba po prostu nie zasługuję na to, aby prowadzić blog z recenzjami książek, skoro tak łatwo obdarzam miłością książki słabe. Bo muszę się do tego przyznać na głos. Kocham Fer’ianę i zawsze będę do niej wracać z sentymentem. Nie wiem czy dzieje się tak dlatego, że akcja toczy się szybko i nie ma czasu na przemyślenia, czy dlatego, że występują tam bardzo silne emocje i można doświadczyć prawdziwej miłości? Czy dlatego, że wiem, że dobro zawsze zwycięży, w przeciwieństwie do szarego świata szarej rzeczywistości? Czy może dlatego, że Anaela jest tak silna jak ja zawsze chciałam być? Że jej siła sprawia, że gotowa jest ona poświęcić siebie dla swojego ludu, nawet gdyby miała za to umrzeć w cierpieniach? Przyznacie, że taka wewnętrzna siła i przekonanie o swoich racjach to całkiem silny środek uzależniający… A może to ta magia, której nie umiem się oprzeć, a która wypełnia świat stworzony przez Michalak, decyduje, że gdy czytam opowieści o Ferrinie przestaje się liczyć dla mnie wszystko inne? Ach, naprawdę ciężko znaleźć źródło mojego uwielbienia dla tej serii. A jednak muszę to tak nazwać. Uwielbiam być wciągana przez Michalak w ten jej wydumany i nie perfekcyjny świat.
 Pamiętacie jak kiedyś pisałam Wam o tym, czego szukam w książkach? Jest to ta gorączka, którą odczuwacie na samą myśl o zanurzeniu się w historię serwowaną nam przez autora. Jest to owo całkowite zapomnienie się, które sprawia, że przez dwa dni możecie się do nikogo nie odzywać, nie włączając telewizji, nie wychodząc z domu, a nawet nie pamiętając, że trzeba wyjść do pracy tylko dlatego, że zapomnieliście, gdzie jesteście i że książka którą czytacie jest tylko książką, a nie realnym światem. Dawno, bardzo dawno nie odczuwałam takiej gorączki. I to właśnie ta sponiewierana przez wielu seria Katarzyny Michalak przywróciła to dawno zapomniane uczucie, tę gorączkę powodującą, że nie byłam nawet w stanie wrócić do wysławianej przeze mnie serii Sue Limb, bo w moim sercu nadal szalała walka o władzę między bogami Świata Światów. A naprawdę próbowałam. Skończyłam czytać wczoraj „Panią Ferrinu”, po paru godzinach wyciągnęłam książkę o Jess Jordan i po prostu wpatrywałam się w nią pięć minut, niezdolna jej otworzyć. Bo czułam, że byłaby to profanacja zaczynać tak szybko z inną autorką, gdy w moim sercu rozgrywały się jeszcze wydarzenia z Feri’any. Po prostu nie mogłam opuścić Sarisa, Sirdena, Anaeli ani Sellinarisa, ani całej tej wspaniałej, wydumanej i niedoskonałej krainy. Gorączka, która ciągle mnie trawi nie pozwoliła mi na to. Ona też sprawiła, że zaraz po przeczytaniu „Pani Ferrinu” musiałam od razu zasiąść do pisania postu. Ona prowadziła moje palce po klawiaturze w tempie, w jakim już dawno nie pisałam i ona kazała mi potem gnać do księgarni w poszukiwaniu „Wojny o Ferrin”. Dawno nie odczuwałam takiej gorączki wyobraźni, dlatego cenię Kroniki Ferrinu wyżej niż inni, bo to uczucie pozytywnego zniecierpliwienia, które wywołała u mnie seria Katarzyny Michalak, jest dla mnie najcenniejszym uczuciem jeśli chodzi o książki. Takiego efektu oczekuję od powieści i to właśnie  od autorki Kronik otrzymałam to wszystko, czego szukam w książkach.
Wiecie, gdybym miała na to czas, mogłabym trzystustronicowy tom przeczytać w jeden dzień, nie odrywając się od niego nawet na chwilę. Tak się działo z każdą z części, nawet z „Sercem Ferrinu”, gdzie Anaela została zastąpiona jej słabszą wersją, Gabrielą, córka Anaeli. Na szczęście autorka szybko odeszła od tego pomysłu, zapewne reagując na prośby czytelnicze i oddała nam Anaelę (w dość ceremonialny sposób, nie dbając o żadne wytłumaczenia, jak to na Michalak przystało), a także Sellinarisa, jej Dopełnienie. I do końca możemy się nimi cieszyć, mimo iż z każdym tomem Sellinaris traci swój urok, gdyż jego uczucie zdaje się być tak nietrwałe, jak to bywa na Ziemi. A ja lubię, jak książka trzyma mnie w przekonaniu, że chociaż w wymyślonych światach miłość jest zdolna przetrwać wszystko i nie jest zdolna do zdrady. Tymczasem Sellinaris ogląda się za innymi kobietami nawet w chwili gdy Anaela walczy o życie. Cóż, jest to jedyna słaba strona tej serii i właściwie nie wiem dlaczego Michalak uparła się, aby stworzyć Sellinarisa tak ludzkiego. Być może aby przypominać mi tym samym, że nie da się żyć w Ferrianie na stałe i czasem trzeba zejść na ziemię : )
Ostatni tom Kronik, jak to przystało na ostatnie tomy serii, jest końcem wszystkiego. Wojen panujących w Feri’anie i Anaeli del’Soll, Wielkiej Władczyni Ferrinu. Czy można nazwać zakończenie happy endem, sami musicie to rozstrzygnąć, bo ja tego nie wiem. I nie mam pojęcia czy to dlatego, że w Ferrinie nic nie jest ostateczne i jednoznaczne, czy to dlatego, że autorka nie potrafiła tego zakończyć tak stuprocentowo. Na dobrą sprawę każda z części niesie swoje własne zwycięstwo i zawsze na drodze do szczęścia mieszkańców Ferrinu stawało jakieś nowe niebezpieczeństwo, które Anaela musiała zwalczyć. Przez tworzenie coraz to nowych zagrożeń te książki można byłoby na siłę czytać oddzielnie, mimo iż są ze sobą połączone pewnymi wydarzeniami (zwłaszcza część pierwsza i druga). Nie wiem czy dobrze to zrozumiałam, ale ostateczne zwycięstwo dobra nad złem nie miało się odbywać między śmiertelnikami, bo czy tak naprawdę Lanoria została pokonana, nie zostało tak naprawdę rozwikłane według mojego mniemania. Dlatego wydaje mi się, że bardziej chodziło tu o odwieczną walkę między bogami Świata Światów i przełamanie tradycji, na którą zdecydowała się tylko Anaela. A co z tego wynikło, musimy sobie sami dopowiedzieć, bo autorka dała nam tu ogromne pole do popisu, nie trudząc się, jak to ona, odpowiadaniem na zadawane w duchu przez czytelników pytania.
Jedyna rzecz, którą uważam w całej tej powieści bez skazy, jest pomysł Dopełnienia. Wydaje się być on całkowicie pomysłem autorki (mimo iż wielokrotnie miałam wrażenie, że pomysły autorka lubi ściągać z innych książek) i jest bardzo ciekawy i przemyślany. Każdy w Feri’anie ma swoje dopełnienie, bez którego umiera. Tak właśnie Feri’ana dba o swoją ciągłość- wrogowie są swoimi dopełnieniami i zabijając wroga, zabijają samych siebie. Nie mogą żyć razem, ale i giną bez siebie, bo przeznaczenie na zawsze ich ze sobą połączyło. Naprawdę świetny pomysł i nie ma się do czego przyczepić. Bardzo mi się spodobał i jest to najlepszy pomysł od dawna, jaki przeczytałam w książkach typu fantasy.

To chyba wszystko, co chciałam powiedzieć o Kronikach Ferrinu. Uwielbiam je. I możecie mnie za to zlinczować. Uwielbiam się zapominać, gdy je czytam, uwielbiam płakać nad ukochanymi bohaterami i uwielbiam to nieodparte uczucie, że muszę je mieć, nawet za cenę kupna. Takie uczucie nie zdarza się codziennie. Dlatego szanuję i lubię autorkę, która potrafiła we mnie to uczucie wyzwolić. Po jej obyczajowe książki nie sięgnę. Ferr’iana jest jedyną serią, której tak naprawdę potrzebuję. I niech sobie nawet będzie niedoskonała. Niech nosi w sobie znamię nieścisłości, jak choćby to, że raz liczy się dla Anaeli tylko Ferrin, by innym razem przeskoczyć na miłość. Niech sobie będą te wszystkie niedomówienia i nieprzemyślana akcja. Jeśli tylko Michalak potrafi tak mnie wciągnąć swoją żywą narracją, mnie to wystarcza. Nie będę Wam polecać Kronik, sami musicie podjąć Waszą własną decyzję, czy jest to książka dla Was. I żyjcie z tą decyzją do końca. Ja dziś będę kontynuować szukanie „Wojny o Ferrin”, aby spotkać się z ukochanymi bohaterami po raz ostatni, a gdy mi się to nie uda, przeczytam serię od początku, bo na dzień dzisiejszy nie mogę się bez niej obejść. A tych, którzy przestali we mnie wierzyć po tym poście serdecznie przepraszam, ale ja po prostu kocham magię, jednorożce i tę książkę : )

piątek, 6 stycznia 2017

Girl 15 Charming but Insane/ Sue Limb


Przypadkowe zdarzenia czasami przynoszą nieoczekiwane i miłe rezultaty. Tak było w przypadku książki „Girl 15, Charming but Insane” napisanej przez Sue Limb. Pamiętacie jak ględziłam ostatnio o książkach Jacqueline Wilson? Jak byłam zachwycona jej pisarstwem? Dzisiaj z radością mogę powiedzieć, ze znalazłam jej godną następczynię. Jest nią właśnie Sue Limb. Jak na razie znalazłam tylko jedną jej książkę, ale z miejsca zakochałam się w jej luzackim stylu. I powiem Wam, że ta pisarka nie tylko jest w stanie zastąpić mi Wilson, ale także pomóc otrzeć łzy po niezapomnianej Louise Rennison i jej wspaniałej Georgi Nicolson, której do dzisiaj nie mogę odżałować. Nasza przygoda z Georgią skończyła się zdecydowanie zbyt szybko i wciąż nie mogę się pozbierać po tym rozstaniu, a na każde wspomnienie uśmiecham się czule do tej starej przyjaciółki. Ale dzisiaj jest mi łatwiej, bo zupełnie przypadkiem natrafiłam na „Charming but Insane”. Jess Jordan, jej główna, zwariowana bohaterka, jest wprawdzie tylko cieniem Georgii, ale dużym i znaczącym cieniem. Piszę, że Jess jest zaledwie cieniem, bo drugiej takiej osoby jak Georgia Nicolson nie ma na całym świecie i choćby Jess i jej zwariowany sposób myślenia bawił mnie do łez, to wciąż nie jest to to samo. Jednak będzie musiała mi ona musiała wystarczyć, dopóki Rennison nie wymyśli nowej bohaterki na miarę Geoorgii Nicolson.
Książka Sue Limb trafiła w moje ręce jak zwykle przypadkowo, ale już wiem, że będzie to jedna z moich ulubionych pozycji, rozświetlających monotonię jesiennych, burych dni. Książka niepozorna, z różowo-srebrną okładką, nie zapowiadającą nic większego od zwykłego umilacza czasu, nagle stała się moim hitem. Mogę ją polecić z całego serca już teraz, w drugim akapicie tej recenzji. Będzie idealna dla wszystkich wariatów, którzy lubią żyć niestandardowo, jak i dla tych, uwielbiających zwariowanych bohaterów, z własnymi regułami i patrzących na świat inaczej niż inni. Książka Sue Limb ucieszy wszystkich fanów Georgii Nicolson, Mii Thermopolis z „Pamiętników Księżniczki” i Tracy Beaker razem wziętych. Jest to książka energiczna i całkiem szalona, więc myślę, że nie zrobię błędu, polecając ją wszystkim nastolatkom, także chłopakom. A zwłaszcza chłopakom, którzy myślą, że dziewczyny są sztywne i nie ma o czym z nimi rozmawiać. Przeczytajcie „Charming but Insane” to nie tylko zobaczycie, że dziewczyny mogą być fajne, ale i dowiecie się paru prawd o sobie. Będziecie zdziwieni, jak fantastycznymi mówcami potraficie czasem być ;)
Wiecie, szalonej Georgii nie da się nikim zastąpić, to jest pewne. Louise Rennison wykonała kawał dobrej roboty i stworzyła niepowtarzalną, wyjątkową postać, o której mogą czytać nastolatkowe, jak i dorośli, jeśli tylko mają choć trochę wyobraźni i otwartości umysłu. Nie wiem, czy Louise potrafiłaby powołać do życia następną Georgię, nie wpadając jednocześnie w pułapkę kopiowania bohaterów, ale wiem na pewno, że Georgia stanie się na zawsze moją nastoletnią ulubienicą, za swoją żywość, pomysłowość i to, w jak zabawny sposób potrafiła przeżywać swoje problemy, nawet jeśli część z jej fanów uważa te problemy za przerysowane. Ale tak naprawdę kto potrafi przewidzieć zachowania dzieciaków i ich pomysły? Myślę, że nawet oni sami nie są w stanie określić swoich zdolności pakowania się w tarapaty. Zatem nie chcę tu słuchać, ani mówić o przerysowaniu bohaterki, ponieważ uważam, że taka Georgia z łatwością może istnieć wśród nas. I marzę o tym, żeby taką osobowość spotkać kiedyś na swojej drodze, ponieważ może być bardzo inspirująca, mimo iż na pierwszy rzut oka może się wydawać głupkowata. Ale mi nigdy nie przeszło przez myśl, że Gergia Nicolson jest głupkowata. Ona była po prostu żywiołowa i ta żywiołowość czasem przeszkadzała jej w przewidzeniu skutków swoich pomysłów. A to przecież nic złego, prawda? Na takiej znajomości można tylko zyskać, gwarantuję Wam.
Tak samo można zyskać na spotkaniu z Jess. Napisałam, że bohaterka Sue Limb jest tylko cieniem Georgii, ale nie dlatego, że jest płaska czy mało interesująca, a jedynie dlatego, że Georgii nie da się skopiować. I nie sądzę, aby Sue starała się to osiągnąć. Może nawet nigdy nie miała w ręku książek Louise Rennison. Jeśli tak faktycznie się sprawy miały, tym bardziej będę ją wynosić ponad inne pisarki, gdyż udało jej się stworzyć kolejną ciekawą osobowość i na tyle szaloną, że obdarzyłam ją ogromną sympatią już od pierwszych stron, a nawet zdań. Powiem Wam, że ja swoich przyjaciół dobieram bardzo starannie, a właściwie sami się dobierają, dzieje się to niemal bez mojej obecności. Moim przyjacielem może zostać tylko osoba, która niczego nie udaje i jest sobą oraz nie zamierza się wstydzić tego kim jest. Dodatkowo musi mieć to coś, co będzie ją wyróżniało spośród innych i po prostu musi przypaść mi do gustu. Muszę mieć z nią milion tematów do obgadania, a jeśli połowa z nich będzie wspólna, to tym lepiej. Muszę się z nią dobrze czuć nawet jak będziemy milczeć godzinami. Nie może się obrażać na mnie tylko dlatego, że mam swoje zdanie. Reszta sama się ułoży. Gdy nawiąże się nić porozumienia, nie zerwie jej nic, ani czas ani przestrzeń między nami. Wiedzcie, że nie wyszukuję przez lornetkę takiej przyjaźni. Ona sama mnie znajduje, a ja nawet nie wiem, kiedy się to dzieje, ani w jaki sposób. Jest chwila, szybka jak mgnienie oka, krótka rozmowa, jedno spojrzenie i uśmiech i nagle okazuje się, że ta osoba wpasowuje się w miejsce, które dla niej trzymałam od wieków, tylko nawet o tym nie wiedziałam.
Na Jess czekałam bardzo długo. Właściwie od dzieciństwa, jak tylko zaczęłam czytać książki. A tęsknić za nią zaczęłam po utracie Georgii. Ta szalona dziewczyna z książki Sue Limb była moim przeciwieństwem, którego potrzebowałam, żeby moje życie stało się bogatsze i ciekawsze. Gdy ją znalazłam, poraziło mnie to. Bo do tej pory nie wiedziałam, że jest we mnie aż taka pustka. Czy osoba, która jest tak odmienna ode mnie może się stać tak bliskim przyjacielem? Brzmi prawie jak fantasy, ale to rzecz namacalna, prawdziwa, kawałek mojego życia. Jak to się stało? Nie mam pojęcia. Pamiętam tylko jak się spotkałyśmy, gdy na szybko wybierałam książki na weekend. Pamiętam dobrze gdy, już w domu, otworzyłam okładkę po dłuższej chwili obracania jej z namysłem w  dłoniach. Nie zapomnę tego uczucie pozytywnego oczekiwania, jakbym czuła jakieś wibracje przepływające przez moje palce. Pamiętam dokładnie pewność, że ta książka jest tym, czego potrzebuję.
Nie wiem dlaczego takie uczucie się we mnie zrodziło od pierwszej sekundy znajomości z dziełem stworzonym przez Sue Limb. Właściwie poczułam to już od pierwszej chwili, gdy tylko wyłuskałam tę niewielką książkę spośród innych, ściśniętych obok tej jedynej, próbujących schować ją między sobą i skraść moją uwagę. Jednak ta srebra okładka wyzierała spomiędzy większych tomów, usilnie starając się spojrzeć mi prosto w oczy. Ona też to czuła, tę niepowtarzalną więź, która nas połączyła, gdy tylko weszłam do pokoju z książkami. A gdy moje oczy spoczęły na tytule, ta piętnastka na różowej koszulce powiedziała mi, że właśnie tego teraz potrzebuję. Jakiejś zwariowanej osobowości kryjącej się w nastolatce. I że ta nastolatka zmieni moje zwykłe dni w coś niesamowitego, podniecającego i pełnego nadziei na wspaniałą przyszłość. I to naprawdę się sprawdziło. Czuję się tak rześko i mam w sobie takie pokłady wiary w siebie, że mogłabym je wypożyczać na godziny. I to wszystko za sprawą jednej książki. Wyobrażacie sobie takie coś?
Pamiętam również ten pierwszy uśmiech, który wykwitł na mojej twarzy, gdy Jess musiała zostać w kozie za jakieś drobne przewinienie. Jej sposób postrzegania świata był tym, czego potrzebowałam. Gdy jest się dorosłym i ma się pracę, która nie spełnia oczekiwań, ktoś taki jak Jess jest potrzebny, aby świat stanął na nogach, a życie znowu stał się przygodą, a nie czymś, co trzeba przeżyć. Wiele razy pisałam, jak tęsknię za wolnością tamtych czasów, kiedy trzeba było chodzić do szkoły i ta świadomość była najgorszą rzeczą, z którą trzeba było się wówczas uporać. To, że każdego dnia o 8 trzeba było siedzieć na lekcjach i modlić się o to, żeby nauczyciel nie zrobił kartkówki lub nie zaczął przepytywać uczniów, zaczynając od pierwszej ławki, podczas gdy my siedzieliśmy w środku i liczyliśmy na to, że nauczycielowi zabraknie czasu lub sił zanim do nas dotrze, było największym koszmarem, jaki mógł się wtedy wydarzyć. Ach, jak śmieszne wydają się dzisiaj te problemy, które dawno temu spędzały mi sen z powiek. Pamiętam jak bardzo wyczekiwałam dorosłości i życia na własnych zasadach. Nie miałam wówczas pojęcia, że zasady nałożone przez rodziców są niczym w porównaniu do zasad, jakimi rządzi się świat dorosłych. Dzisiaj nie mogę wrócić już do tych wspaniałych, bezproblemowych czasów, bo nikt jeszcze nie wymyślił maszyny przenoszącej w czasie. Ale mogę chociaż zamknąć się w świecie czyjejś wyobraźni i chociaż w ten doraźny sposób wrócić do czasów, które były najlepszym czasem w moim życiu.
Wiecie, gdy zaczęłam chodzić do szkoły, spotkała mnie najwspanialsza rzecz w życiu. Spotkałam moją najlepszą przyjaciółkę. Nikt mi jej nie zastąpi, bo ona jest niezastąpiona. Do dzisiaj w głowie są jej szaleństwa. Także do dzisiaj się przyjaźnimy i nigdy bym z tej przyjaźni nie zrezygnowała. Nie tylko dlatego, że gdy jestem z nią, to staję się tak samo szalona jak ona i czuje się zdolna góry przenosić, ale tez dlatego, że uratowała mnie gdy byłam jeszcze dzieciakiem i kształtowała się moja osobowość. Gdyby nie ona, czuję to w kościach, stałabym się sztywniarą i bibliotekarką ze stereotypowymi szarymi ciuchami i musztardowymi okularami. Ale jej pozytywne podejście do życia i do wszystkiego co się wydarzyło, jej silna wola i niestandardowy umysł sprawił, że stałam się silniejsza, niż gdybym wychowywała się sama. Bo stałyśmy się  nierozłączne i praktycznie wychowywałyśmy się razem. Wyobraźnia zawsze była moja mocną stroną, ale z nią, z jej pozytywnym wpływem i inspirująca osobowością stała się jeszcze silniejsza i obecnie jest moim znakiem drogowym, który pomaga wybrać mi właściwą drogę.
Dzięki mojej przyjaciółce stałam się tym, kim teraz jestem i będę jej za to wdzięczna do końca życia. I myślę, że tylko ja potrafię ją zrozumieć tak naprawdę i do końca. Niektórzy powiedzieliby, że jest bezmyślna, nie potrafiąca zagrzać miejsca lub skupić się na jednej rzeczy na dłużej, może nawet pomyśleliby, że jest głupiutka. Ale ja wiem, że ona jest mądra, życiowo i praktycznie, do tego jest inspirująca i wszyscy, którzy ją dobrze znają, chętnie poddają się jej pozytywnemu wpływowi. Dzięki niej życie jest kolorowe, a przykre zdarzenia przestają mieć znaczenie. A to, że popełnia śmieszne błędy nie wynika z jej poziomu IQ, ale z tego, że jej mózg skupia się na innych, ważniejszych dla niej sprawach. To, że idzie do kina bez biletów, bo jest święcie przekonana o tym, że ma je w kieszeni i nie sprawdzi tego faktu przed wyjściem z domu, mimo iż mąż prosi ją o to trzy razy pod rząd świadczy tylko o tym, że jest nieco roztrzepana, bo jej głowę zaprzątają pomysły, które w niej ciągle kiełkują. A gdy bierze ze sobą torbę staników na imprezę sylwestrową, zamiast świeżo zakupionej na ten cel kiecki, w którą miała się przebrać przed imprezą z wygodnych i porozciąganych dresów i nie ma znaczenia, bo ona potrafi wybrnąć z każdej sytuacji i niczym nie przejmuje się dłużej niż parę chwil, bo zbyt wiele się w jej życiu dzieje, aby skupiać się na negatywach. Każdemu życzę takiej przyjaciółki, takiej żywiołowości obok Was, pomagającej zobaczyć problemy z właściwej perspektywy. Gdyby nie ona, moje życie w szkole byłoby smętne w porównaniu z tym, jakie było dzięki niej. Byłam i jestem szczęściarą, że przydarzyła mi się taka przyjaźń.
Jeśli Wy byliście mniej szczęśliwi i nie natrafiliście na taką osobę w swoim życiu, polecam Wam Jess Jordan. Ona jest jak moja przyjaciółka z dzieciństwa. Pełna życia i pomysłów, nie zawsze szczęśliwych, a często pakujących ją w tarapaty. Myśląca inaczej niż reszta ludzi, skupiająca się na ważnych dla niej rzeczach, zamiast na nauce. Myśląca niekonwencjonalnie, zabawna i tętniąca życiem. Jest osobą, która prze do obranego przez siebie celu bez względu na przeszkody i która poświęca wszystkie siły i myśli temu celowi. Jest dziewczyną, która kiedy dąży do czegoś, co sobie wymyśli, wówczas ta rzecz staje się najcenniejszą w jej życiu. Jess jest odważna i dokładnie wie, czego chce od życia i od innych. I potrafi o to zawalczyć. Jest osobą bardzo żywiołową i to mi się w niej najbardziej podoba.
Mimo iż Jess Jordan jest pewna siebie, ma jak każdy swoje kompleksy, które stają się cieniem na jej istnieniu. Nie pomaga fakt, że jej najlepsza przyjaciółka Flora jest nie tylko piękna, ale i popularna. Do tego ma bogatych rodziców i idzie jej świetnie w szkole. Do każdego testu czy zadania szkolnego podchodzi z zapałem, który denerwuje Jess, mającą problemy także na tym polu. Nasza bohaterka nie rozumie, jak można być zainteresowanym czymkolwiek, co jest związane z życiem szkolnym, prócz oczywiście chłopaków. A gdy nie może zostać dziewczyną Bradta Pitta, szuka jego zastępcy pośród szkolnych kolegów. Najbliższym jej ideałowi jest Ben Jones, zatem Jess marzy o nim dniami i nocami, nawet jeśli ten w ogóle nie zauważa jej istnienia. Aż wreszcie staje się cud. Kiedy Flora zaczyna chodzić z przyjacielem Bena Jonesa, McKenziem, Jess dostaje swoją szansę, na którą tak bardzo czekała.
Książka jest bardzo zabawna, a wszyscy bohaterowie interesujący. Dzięki talentowi pisarskiemu Sue czujemy to samo, co Jess- irytację na wiecznie  miłą i pomocną Florę, której wszystko się udaje, zainteresowanie Benem, gdyż przez Jess wydaje nam się, że jest on lepszy niż wszyscy inni, staje się niemalże ósmym cudem świata. A gdy Jess tworzy swoje listy, zamiast pracować nad zadaniem narzuconym przez nauczyciela, wydaje się nam, że nie ma nic bardziej interesującego, niż te listy i nic bardziej nudnego, niż zadanie, nad którym pracuje reszta klasy. Tym samym Jess Jordan zyskuje nasze odkupienie i zrozumienie, za którymi idzie w ślad sympatia, którą obdarzamy ją za każdym razem, gdy „niesłusznie” zostaje skazana na siedzenie po lekcjach w kozie. Bo wiemy w głębi serca, że to nie Jess jest winna, tylko nauczyciele nie potrafiący jej zrozumieć i tak poprowadzić lekcje, aby nie były tak bardzo nużące.
Właściwie to obdarzyłam bohaterkę powieści Sue Limb tak wielką sympatią, że potrafię ją zrozumieć całkowicie, a co za tym idzie, rozgrzeszyć z każdego przewinienia. Dlatego wiem, że gdy Jess narzeka w duchu na Florę, tylko wydaje się, że to wcale nie jest przyjaźń, że Jess włóczy się z Florą dla jej sobie tylko znanych powodów. Ale ja, mając taką samą przyjaciółkę jak Jess wiem, że bycie dobrym w każdej dziedzinie potrafi denerwować kogoś, kto ma inne podejście do życia. Podejrzewam, że byłam trochę taką Florą dla mojej koleżanki, ponieważ zawsze osiągałam dobre wyniki w nauce, podczas gdy jej rodzice ciągle wracali z wywiadówek z kiepskimi nowinami. Ale i tak to ona miała ciekawsze życie niż ja, więc naprawdę nie było czego zazdrościć. Lecz osoby takie jak Jess czy moja przyjaciółka nie zdają sobie z tego sprawy i starają się dążyć do czegoś, co wcale im w życiu nie jest potrzebne, a dążą do tego tylko dlatego, że tego oczekuje od nich cały świat. A przez to, że takim osobom zależy tak naprawdę na innych rzeczach niż reszcie świata, ich starania zawsze kończą się niepowodzeniem. Moja „mądrość” w tej kwestii opiera się na życiowych doświadczeniach, dlatego rozumiem doskonale dziewczynę wymyśloną przez Sue Limb i bardzo ją polubiłam, pomimo jej psioczenia na Florę. Jest mi ona bliska nie tylko z powodu przeszłości, ale także dlatego, że jest taka inna niż ja, dzięki czemu wprowadza radość i kolory do mojego ustabilizowanego i czasem nudnego życia.
Jeśli jesteście tacy jak ja, ustabilizowani, ale w głębi duszy marzący o jakimś szaleństwie raz na jakiś czas i potrzebujecie w swoim otoczeniu kogoś, kto Was rozweseli, sięgnijcie po książkę Sue Limb. Ja mam szczere nadzieje, że uda mi się dorwać kolejną część, „Girl, 16” bo to naprawdę jest kawał dobrej książki. Jedyne co mogę zarzucić autorce to fakt, że osoba taka jak Jess, która nie potrafi się skupić na niczym związanym ze szkołą, jest jednocześnie obeznana z książkami Jane Austen. Jess, która nie potrafi przeczytać jednego rozdziału Szekspira na zajęcia, nagle zna się na dawnych romansach. Osoba, która wyśmiewa w duchu dorosłych, nagle wzoruje się na bohaterkach romansów. Coś mi tu nie pasuje. Moja kumpelka nigdy nie sięgnęłaby po powieść z własnej, nieprzymuszonej woli. Nawet zmuszana do tego miałaby opory. Co więcej Jess, która ciągle siedzi w kozie za brak zainteresowania tym, co dzieje się na lekcjach, staje się wzorem dobrego wychowania, ponieważ matka ją tego nauczyła. Znowu coś mi tu nie gra. Moja przyjaciółka raczej puszczała mimo uszu wszystkie matczyne kazania, a tymczasem Jess, która nie ma żadnych autorytetów prócz siebie nagle staje się ambasadorką kulturalnego zachowania. Te dwie cechy charakteru całkowicie mijają się z tym, jak została stworzona cała postać. Dodatkowo tak jak charakter Jess wyzierał z jej zachowania, tak to, że dziewczyna jest dobrze wychowana zostało nam chamsko wciśnięte słowem pisanym przez autorkę, która dwa razy wyraźnie to podkreśliła. Złamało to nieco spójność książki i moją radość ze znalezienia nowej pisarki, którą mogłabym wychwalać pod niebiosa, ale na szczęście było to tylko niewielkim zgrzytem i resztą książki mogłam się cieszyć w nieograniczony sposób.
Ta radość może się stać także Waszym udziałem, wystarczy sięgnąć po „Girl 15 Charming but Insane”. A jeśli dodatkowo jesteście fanami Georgii Nicolson, nie wahajcie się ani chwili. Ta książka nie będzie tak płynna i przezabawna jak książki Louise Rennison, ale z powodzeniem zastąpi Wam Waszą ulubioną bohaterkę. Uśmiejecie się z Jess Jordan nie raz, a gdy skończycie jedną książkę, zaraz będziecie chcieli sięgnąć po następną. Ja miałam dokładnie tak samo. Tutaj podzielę się z Wami od razu moją radością. Przeszukałam trochę Internet i okazało się, że Jess Jordan jest bohaterką całej serii! Nie mogło być piękniej, prawda? A jednak może, ha ha! Udało mi się wczoraj znaleźć kolejne trzy części tej serii i to za niewielkie pieniądze i już je zamówiłam. Lada dzień będą u mnie w domu, a jak tylko dotrą, rzucę się na nie wygłodniała, bo polubiłam Jess Jordan niesamowicie i tęsknię już za nią jak za dawno nie widzianą przyjaciółką. Tak się cieszę, że nie mogę się skupić na aktualnej książce, którą właśnie czytam. Prawdopodobnie ją porzucę dla Jess i wrócę do niej gdy tylko skończę czytać te trzy zamówione książeczki. Zaznaczę tutaj, że to, iż je w ogóle kupiłam, dodatkowo świadczy o tym, jak dobra jest ta seria, bo ja nie kupuję książek, tylko je wypożyczam, bo po prostu szkoda mi pieniędzy. No i nie mam miejsca w mojej kawalerce na przechowywanie tomów przez lata. Jednak w tym przypadku nie mogłam się oprzeć pokusie, a do tego nie byłam w stanie przeżyć tego, że nie przeczytam całej serii (wciąż brakuje mi 3 tomów, ale o tym problemie pomyślę później), więc tym razem musiałam po prostu te książki kupić. Zdarzyło mi się to dopiero drugi raz w życiu (mówię tu o nowych książkach, bo mam też paręnaście kupionych lata temu w sklepie z angielską odzieżą używaną, ale one kosztowały grosze i służyły mi kiedyś za okazję do nauki języka angielskiego bardziej niż jako książki do relaksu) i to również może być świadectwem tego, jak ciekawa jest seria stworzona przez Sue Limb. Zatem polecam polecam i jeszcze raz polecam.

Poniżej prezentuję całą serię w kolejności części (okazało się, że ja zaczęłam dopiero od drugiej części):
1.   Girl Barely 15, Flirting for England
2.   Girl 15, Charming but Insane
3.   Girl nearly 16, Absolute Torture
4.   Girl Going on 17, Pants on fire
5.   Girl 16, Five-Star Fiasco
6.   Chocolate SOS

7.   Party Disaster

sobota, 31 grudnia 2016

Lanzarote a Kreta- porównanie wysp


          Gdy wybierałam się na moją łączoną podróż Lanzarote-Kreta, myślałam, że po powrocie napiszę tekst porównujący te dwie wyspy. Miał to być ciąg dalszy postu o greckich wyspach. Jednak już podczas drugiego dnia spędzonego na eksplorowaniu pierwszej z wysp, okazało się, że nie jest ona podobna do Krety, ani do żadnej z odwiedzonych przeze mnie greckich wysp, dlatego porównywanie tu czegokolwiek nie miałoby większego sensu, bo porównuje się coś, co jest podobne, a nie tak odmienne jak Lanzarote.

Wyspa ta nie przypominała nawet Teneryfy, kolejnej z hiszpańskich kanaryjskich klejnotów, mimo iż obie miały swoje początki w erupcji wulkanu. Być może tak dobrze widoczne gołym okiem różnice między Lanzarote a Teneryfą wynikają z ilości wulkanów, których Lanzarote ma wiele, podczas gdy Teneryfa może się pochwalić (o ile się nie mylę) jedynie Teide? Krajobraz Lanzarote składa się głównie z majestatycznych i ginących w niskich chmurach szczytów wulkanicznych, powulkanicznej roślinności i z wulkanicznej ziemi w przepięknych barwach, gdzieniegdzie upiększonej czernią pól uprawnych. Uboga, niska roślinność Lanzarote i gołe, acz mieniące się odcieniami brązu góry sprawiają, że krajobraz wyspy jest niespotykanym nigdzie połączeniem piękna, spokoju i majestatyczności.



Oprócz kilku większych turystycznych miast wyspa wydaje się być nietknięta ludzką ręką, a tam, gdzie napotykamy niewielkie miasteczka i wioski, wydaje się, że tamtejsza ludność posiadła wiedzę jak żyć zgodnie z naturą, by nie zniszczyć jej piękna. Prawdopodobnie przyczyną tej miłości do ziemi jest to, że jest to największe bogactwo, które karmi pokolenia i pozwala przeżyć w pewnej autonomii od świata zewnętrznego. Gdyby nie ta ciężka w uprawie ziemia i piękno wyspy przyciągające turystów od lat, jej mieszkańcy, nie posiadając innych źródeł dochodu, musieliby opuścić swoją sielankę (jeśli sielanką można nazwać uprawę czegokolwiek w tak trudnych warunkach czy poleganie na przewrotnej turystyce) w poszukiwaniu lepszego życia.


Jednak ja nie wyobrażam sobie lepszego życia nad to, jakie znalazłam na Lanzarote. To chyba wpływ  tych wszystkich kolorów w pustce bez drzew i spokoju przerywanego jedynie podmuchami ciepłego wiatru. W tej wyspie tkwi niesamowite piękno, sprawiające, że chce się wracać do tych wszystkich skarbów ukrytych wśród skalistej ziemi. Jeśli raz wytknie się nosa z własnego hotelowego podwórka i miejscowości, do której zawiózł nas autokar, odkryjemy setki możliwości przeżycia przygody i zrozumiemy potencjał kryjący się w tej wyspie. Naprawdę wystarczy poszperać trochę w Internecie, wsiąść w samochód i odszukać te wszystkie miejsca, o których usłyszeliśmy/przeczytaliśmy, czy być może odkryć coś, czego nikt wcześniej nie opisał.

Na Lanzarote odnajdziemy dziwną mieszankę spokoju, podziwu i ekscytacji, gdy przyjdzie nam pokonać zbocza kryjące plażę, którą możemy podziwiać z Mirador del Rio czy któryś z wulkanów, by na końcu tej drogi odnaleźć piękno zapierające dech w piersiach. I to piękno spowoduje, że nagle zapragniemy być prawdziwymi zdobywcami nie obawiającymi się absolutnie niczego. A gdy już zdobędziemy nasz cel, poczujemy się nad wyraz spokojni, szczęśliwi i spełnieni.

Tylko pamiętajcie, aby odnaleźć to wszystko, musimy zrezygnować z wygód. Musimy sami dojść do tego celu, który odnaleźliśmy w Internecie bądź na mapie, aby poczuć satysfakcję, o której mówię. Bo jeśli dacie się zawieźć wodną taksówką na plażę pod Mirador del Rio, nie przeżyjecie tego szczęścia, które towarzyszy wspinaczce. Jeśli nie pójdziecie pieszo na plaże Papagayo, nie ujrzycie piękna otaczającej ich niemal pustynnej pustki. Jeśli nie zwiedzicie wszystkich plaż wokół Órzola i to w różnych porach dnia, nie zobaczycie jak szybko zmienia się przybrzeże za sprawą przypływów i odpływów.

I nie będzie Wam dane zaznać przygody przedzierania się przez głęboką wodę w miejscach, w których rano było zaledwie kilka milimetrów czystej wody oceanu. Jeśli nie wyjedziecie z miasta, nie zobaczycie jak urokliwe są wioski i jak daleko roztaczają się widoki dzięki równinom, ani jak wspaniale wyglądają zatopione w chmurach szczyty wulkanów. Jeśli nie zjedziecie z głównych dróg lub nie pojedziecie tam, gdzie wydaje się, że nic nie ma, nie będzie Wam dane stwierdzić, że gdziekolwiek się nie pojedzie, tam odnajdzie się piękno i satysfakcjonującą, uspokajającą samotność i poczucie celu.

Nigdy nie sądziłam, że pustka może być tak pełna życia i… ciężko to inaczej nazwać- magii. Magii kolorów i wielorakości rzeczy do zrobienia czy miejsc do zobaczenia. Bo taka właśnie jest Lanzarote. Mimo iż na pierwszy rzut oka na mapy Google wydaje się pusta, jałowa, jednoraka i niezamieszkała, gdy już tam się znajdziemy, odkryjemy feerię kolorów (a właściwie odcieni dwóch kolorów- brązowego i czarnego z domieszką zieleni), błogą ciszę przerywaną szumem fal i wiatru oraz śpiewem ptaków (nie mówię o miejscowościach turystycznych, które są jednym wielkim 24-godzinnym karnawałem), a także uczucie, że możemy wszystko, jeśli tylko zdobędziemy się na odwagę, aby po to sięgnąć.

Gdy myślę o Lanzarote, jedno słowo zwłaszcza przychodzi mi na myśl i wybija się ponad wszystkie inne przymiotniki i rzeczowniki. Jest nim przygoda. Wielokrotnie już użyłam tego słowa w odniesieniu do Lanzarote (tu czy w poprzednich postach), ale jest to najlepsze określenie na tę wyspę. 

Tutaj wszystko wydaje się czekać, aby nas zaskoczyć. Wystarczy tylko zanurzyć się w tej otaczającej nas wielorodności w pozornej pustce czarnej ziemi i brązowych skał, gdzieniegdzie poprzetykanych wyhodowanymi sztucznie palmami. Jednak kiedy otworzymy oczy, zobaczymy, że ta pustka widoczna na mapie i po przylocie, to tylko pozory, a pod spodem kryje się esencja istnienia, o której, trzeba to sobie przyznać, czasem zapominamy w pogoni za życiem. 




        Tą esencją jest radość. Radość życia, radość z każdej przeżytej chwili. To wszystko, ten ogrom uczuć, znajdziemy na jednej wyspie. Wyspie niepodobnej do żadnej innej, jaką w życiu swoim odwiedziłam. I wyspę, co do której miałam tyle wątpliwości, gdy oglądałam jej zdjęcia satelitarne. Wyspę, na której przeżyłam wspaniałą przygodę i na którą koniecznie muszę wrócić.


Kreta

Natomiast gdy chodzi o Kretę, to tak naprawdę nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Jest to typowa grecka wyspa, z typową roślinnością śródziemnomorską, typową grecką pogodą i takąż linią brzegową. Wyspa jest tak duża, że nie da się jej objechać w jeden dzień, ani nawet w dwa tygodnie.
Chyba że zależy Wam na morderczym wypadzie, bo chcecie zaoszczędzić na samochodzie i nie macie ochoty tutaj wracać. Była to pierwsza grecka wyspa i właściwie drugie miejsce za granicą, które było mi dane zwiedzić. Za pierwszą swoją wizytą zobaczyłam parę miejsc w centralnej części wyspy, poznałam paru ludzi i poczułam bakcyla, z którego do dzisiaj nie mogę się wyleczyć.

 Dużo pływałam, mimo iż korzystałam prawie wyłącznie z dwóch plaż, jeśli nie liczyć tych, zaliczonych podczas dwudniowego tournee wypożyczonym samochodem. W związku z brakiem auta nie zobaczyłam wiele, ale czułam, że w
tej wyspie tkwi potencjał. Składam to na karb pierwszych wrażeń. W końcu dopiero w przyszłych latach miałam zobaczyć inne i piękniejsze wyspy Hellady. Wiedziałam, że kiedyś tu wrócę, bo dużo jeszcze było do zobaczenia na tak ogromnym terenie, którego eksplorowanie było utrudnione z powodu braku własnego środka lokomocji.

Ale prawdę mówiąc to, co zobaczyłam w tamtym pierwszym „greckim” roku, było idealnym podsumowaniem całej wyspy. Bo wszędzie indziej jest tak samo. W tym roku zobaczyłam zachodnią stronę wyspy, dość dobrze ją zjeździłam i muszę przyznać ze zdziwieniem, że niewiele mnie tu rzeczy
pozytywnie zaskoczyło. Plaże są do siebie bardzo podobne, tak samo jak miasteczka. Chania ma ładne stare miasto, ale reszta jest skupiskiem domów, odpowiednikiem naszych wieżowców (tylko dużo piękniejszych). Jest całkiem nowocześnie, a w związku z tym całkiem nudnawo. Roślinność jest wszędzie podobna i jedynie senne miasteczko Georgioupolis zapadło mi w pamięć. 

Może dlatego, że zobaczyłam je w środku nocy, kiedy wszystko już śpi, a cykady śpiewają najgłośniej. I dlatego, że gdy je opuszczałam po paru godzinach niespokojnej drzemki na tylnym siedzeniu samochodu, moje oczy ujrzały tę miejscowość położoną na wzgórzu o najpiękniejszej porze dnia, gdy słońce wschodziło nieśmiało wraz ze śpiewem ptaków w absolutnej ciszy
uśpionego miejsca, a na zboczach kładła się świeża mgła o lekko różowawym odcieniu. Czasem to, w jakich okolicznościach zetkniemy się z życiem wpływa na to, jak je odbieramy (tak było z  moim pierwszym wypadem na Kretę, co do którego noszę w sercu ogromny sentyment, mimo odczuwania lekkiej nudy po tygodniu wyeksplorowania najbliższej okolicy- czasami staram się na siłę zapomnieć o tym uczuciu, bo przecież stoi w ogromnej niezgodzie z ogólnym uczuciem radości i zachwytu nad tamtą pierwszą podróżą do Grecji).


Z plaż warto jedynie wspomnieć słynną Balos, ale prawdę powiedziawszy cały jej urok stanowi widok z góry. Z dołu miejsce to nie przedstawia się tak okazale, a poczucie przygody, które odczuwałam zdobywając Mirador del Rio (na co złożyły się kilometry pięcia się w górę i schodzenia w dół, prawie całkowity brak ludzi i majestatyczna pustka całej okolicy, a także powiew wiatru, który chłodził zgrzaną wspinaczką twarz i ta możliwość zatrzymania się na samej górze, gdy dopada nas już mrok i objęcia wszystkiego wzrokiem, gdy wiatr mierzwi nasze włosy… to uczucie wolności i satysfakcji, które nas wówczas opanowało jest bezcenne i niepowtarzalne), tutaj było tylko nikłym cieniem umiarkowanej radości z dzielenia z innymi ludźmi tej możliwości.

Może przez tłumy, które tam przyjeżdżają (po południu sznur aut zaparkowanych na poboczu drogi prowadzącej do laguny, nie mieszczących się na parkingu, sięga kilometrów) i przypływają (około południa przypływa ogromny statek, który w 15 minut wypluwa masę ludzi żądnych popluskania się w błękitnych wodach tej laguny; choć i tak większość z nich zamierza się tylko opalać i strzelać sobie selfie) mój zachwyt tym miejscem nie był tak wielki, jak powinien, patrząc na popularność jakim cieszy się to miejsce (chyba jestem nietypową turystką, która za cud uważa jedynie to, co trzeba zdobyć w pocie czoła i czego nie trzeba dzielić z tysiącami innych, w tym samym czasie)?
Może brak prywatności i unikalności, zdeptany przez wszystkich turystów, którzy zdają się przylatywać na wyspę tylko w celu zażywania słonecznych baloskich kąpieli, psuje wrażenie unikalności tego miejsca? A może to wina zbyt płytkiej wody, w której nie można ponurkować, aby odkryć nowe podwodne światy? A może jej gorzkiego smaku, nasiąkniętego gliniastą glebą? A może powodem mojej wybredności jest fakt, że biały piaseczek widoczny z góry okazuje się być ubitą gliniastą i szorstką ziemią, po której nie można chodzić gołymi stopami? A może to dlatego, że ciężko uznać za przygodę maszerowanie z deptającymi ci po piętach innymi turystami, proszącymi cię o zrobienia zdjęcia?

Jedynie pod koniec czułam się odrobinę jak zdobywca, gdy trzeba było wejść pod górę w spiekocie wczesnego popołudnia (nie da się tam siedzieć cały dzień, chyba że z książką- w innym wypadku jest tam zbyt monotonnie,
zwłaszcza bez możliwości nurkowania), ale i tak nie ma to porównania do odległości, które trzeba pokonać, by zdobyć zbocze kryjące Mirador del Rio (poczucie przygody jest tam tak wielkie, że ma się ochotę rozpalić ognisko i zostać na noc pod namiotem, czując się jak rozbitek Robinson).

Tak naprawdę jedynymi chwilami zapierającymi dech w piersiach na Balos są: pierwsze spojrzenie na plażę z góry, wspinaczka w górę, zobaczenie jak sportowe auto urywa sobie skrzynię biegów (czy cokolwiek to było) na pełnym dziur parkingu i widok na sznur aut zaparkowanych gdzieś w połowie drogi na
Balos. Co, patrząc na to, że od momentu gdzie płaci się za bilet wstępu zostaje nam jeszcze parę dobrych kilometrów do pokonania, zdaje się być nie lada osiągnięciem, gdy trzeba iść pieszo w upale, obładowani ręcznikami i jedzeniem (zawsze można bazować na sklepiku, który znajduje się na dole i leżakach z parasolkami… tak, zdecydowanie czuje się tam przygodę… ;)). 
P.S. Trzeba pamiętać, że przed wjazdem trzeba będzie zapłacić bilet wstępu czyli 1 euro za osobę, droga do plaży jest szutrowa ale przejezdna bez większego problemu, wystarczy tylko jechać z odpowiednią prędkością. Droga jest wystarczająco szeroka, aby dwa auta bez problemu się wyminęły i osoby, które piszą o niebezpiecznym urwisku nie wiedzą najwyraźniej co znaczy słowo "urwisko". Tylko osoba kompletnie pijana byłaby w stanie zjechać z tego "urwiska" prosto w "przepaść". Używam tutaj sarkazmu, ponieważ nie ma żadnego urwiska ani przepaści i osoba z najmniejszymi zdolnościami potrafiłaby przejechać tą drogą bez problemu. Jedynymi problemami jakie można spotkać to problem ze znalezieniem miejsca do zaparkowania, dziurawa nawierzchnia na samym terenie "parkingu" oraz konieczność spaceru w upale, najpierw z górki, co jest całkiem przyjemne, potem pod górę, co może sprawić trochę kłopotu osobom starszym, dzieciom i tym,co zapomnieli zabrać ze sobą wodę. Nie polecam zabierać ze sobą wózków, natomiast nie wolno zapomnieć o czapce.
Więcej przygody czuje się gdy trzeba zejść na plażę Seitan Limania (w Aghios Spyridhonas). Jest ona równie zatłoczona co Balos, ale dużo, dużo mniejsza i nie taka (wydawałoby się) efektowna, jednak lepsza do pływania, nurkowania i podziwiania widoków, gdyż ukryta jest między dwoma zboczami Półwyspu Akrotiri, na pierwszy rzut oka niemożliwymi do zdobycia. 

Jednak miejsce to jest dostępne, co bez problemu zobaczycie, gdy dojedziecie do parkingu (polecam wycieczkę bliżej rana, gdyż w przeciwnym wypadku przeżyjecie kawałek balosowego parkingu. 

A patrząc na to, że wszędzie jest pod górkę, koniec końców lepiej jest wstać trochę wcześniej niż wdrapywać się potem do swojego samochodu). Plaża ta jest bardzo ciekawa ze względu na swoje położenia, na trudność zejścia/wejścia (nie polecam dla małych dzieci i posiadaczy wózków- lepiej już zejść na Balos, po kamiennych schodach, niż zjeżdżać na czterech literach po skalnych zboczach z usuwającymi się spod stóp kamykami, trzymając
dodatkowo w rękach dziecko; zejście z prawej strony jest mniej wymagające i niebezpieczne) jak i na piękną, czystą wodę. Jedynie nie należy się oddalać za bardzo od naturalnego falochronu utworzonego przez klify otaczające plażę, chyba że ktoś ufa całkowicie swoim zdolnościom pływackim i niestraszne mu pływanie pod prąd. Należy też zwracać uwagę na to, co dzieje się na klifach, zwłaszcza jeśli pływamy tuż przy nich, aby nie spotkała nas niespodzianka w postaci lądującego nam na plecach amatora skoków.
Oprócz tych dwóch plaż mamy jeszcze Elafonisi z ciekawym zjawiskiem podobnym do tego, które znamy z Prasonisi na Rodos (tutaj możemy przeżyć kawałek Lanzarote z jego przypływami i odpływami, choć nie są tak efektowne jak na hiszpańskiej Wyspie Kanaryjskiej),
piękna w swej prostocie choć niepozorna plaża w Platanias (a może to było w Gerani?), gdzie woda zawsze była ciepła, a zachody słońca najpiękniejsze, dzięki czemu wspaniale się tam walczyło z bezpiecznymi, choć całkiem bojowymi falami aż do samego zmierzchu (wspaniałe uczucie, takie kołysanie się na falach, gdy słońce nad naszymi głowami zachodzi, przez co nie wiadomo, czy pływać, czy wyskakiwać z wody, aby porobić setki fotek przepięknie formułujących się w chmurach kolorowych słonecznych kształtów), a także niby normalna, a jednak dająca namiastkę przygody plaża w Kato Daratso (Iguana Beach).

Na tej plaży możemy się poczuć jak prawdziwi zdobywcy, gdy weźmiemy sobie za cel odległą o jakiś kilometr ogromną skałę, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki, a której prawdziwą odległość jesteśmy w stanie oszacować dopiero, jak rozpoczniemy walkę z pierwszymi falami. Woda jest tam bardzo
ciepła, otaczają nas niewielkie klify chroniące przed uderzeniami silniejszych fal, a przed nami rysuje się ta niedościgniona skała, do której docierają najbardziej wytrwali. Większość rezygnuje w połowie drogi, nie z powodu trudności zdobycia celu (choć dopłynięcie do niej może być efektem godzinnej walki z żywiołem w jedną stronę), lecz z powodu braku ducha przygody. 

Ja ścigałam się z pewnym nieznajomym panem i było wspaniale, aż nagle zdałam sobie sprawę, że wyścig i powrót do plaży zajmą mi więcej czasu niż jestem w stanie poświecić. Nie chciałam wystawiać na próbę cierpliwości mojego czekającego na brzegu męża. Gdybyśmy zaś wspólnie wybrali się w tę wodną wycieczkę, byłoby naprawdę cudownie. Ze względu na poczucie przygody, celu,
walki o ten cel i ciekawych widoków, których dostarczają te dwa klify widziany od strony morza. Oraz cenne i niepowtarzalne uczucie satysfakcjonującego odosobnienia. Bo gdy miniemy pluskające się w cieplutkiej wodzie stada staruszków i spojrzymy na nich z daleka, z naszej wodnej samotni, poczucie wyjątkowości chwili staje się tak cenne, że na końcu tej przygody decydujemy się na wyróżnienie tego miejsca i stawienie go w pierwszej piątce przeżyć wartych wspomnienia.

To wyróżnienie może zdziwić niektóre osoby, które widziały plażę, ale jak wspomniałam wcześniej, to, jak odbieramy miejsca, w których byliśmy, zależy w dużym stopniu od okoliczności, jakie towarzyszyły owej wizycie. Ja tę plażę wspominam w wyjątkowy sposób, bo wypłynęłam jak Stary Człowiek i Morze w poszukiwaniu przygody i ją znalazłam. Bo dopiero jak znalazłam się daleko od ludzi, poczułam naprawdę klimat tego miejsca (trzeba przymknąć oczy na pływające na większej odległości śmieci- urok plaż schowanych w zatokach).

Warto jeszcze wspomnieć maleńką acz urokliwą i pełną ryb Koutalis Beach usytuowaną między Cape Drapano a Kokino Horio, ukrytą pomiędzy dwoma niskimi klifami tworzącymi wąskie gardło i formującymi naturalne falochrony.
I to by było tyle. Pozostały urok kryjący się w wyspie znajdziemy wysoko w górach. To tam widoki zapierają dech w piersi, a poczucie przygody odczujemy siedząc za kółkiem samochodu, gdy przyjdzie nam pokonywać kręte drogi wijące się pomiędzy wierzchołkami przepięknych, majestatycznych gór. Im dalej w głąb wyspy wjedziecie, tym więcej zobaczycie. Natomiast plaże Was
nie zaskoczą, a nurkując zobaczycie mniej ciekawych istot podwodnych niż na Lanzarote, która jest dużo bardziej różnorodna pod tym względem (i nie tylko tym).
Jeśli zastanawiacie się która część wyspy jest ciekawsza, powiedziałabym, że centralna. W górach centralnej części wyspy znajdziecie piękniejsze miejsca do zwiedzania, które są bardziej majestatyczne i bardziej opustoszałe, przez co odczujecie większą satysfakcję z ich odnalezienia.

Co do miast, Rethymno moim zdaniem ma ciekawszą starą część, mniej tłumną gdy postanowimy celowo zgubić się w wąskich uliczkach i ogólnie jest to piękniejsze miasto. Można się tu wałęsać dłużej niż w Chani i jest więcej rzeczy do zobaczenia. A w bliskim sąsiedztwie jest tzw. (przeze mnie ;)) mała Chania, czyli Heraklion- nowoczesne, tętniące życiem miasto dla młodych, żądnych zabawy po późne godziny wieczorne
(choć i w Chani, w starym mieście, znajdą oni trochę rozrywek, jednak po jednym dniu wałęsania się ulicami centrum znają je już na wylot, podczas gdy w Rethymnie czujemy, że to miasto ma duszę… jakby samo było miłośnikiem wielkich, niezapomnianych przygód, przez co musimy tam wrócić parę razy, by naprawdę je poznać). Tak więc mamy dwa miasta w zasięgu ręki, podczas gdy na zachodzie pozostaje jedynie Chania.
Jeśli chodzi o samą wyspę, to nie ma na niej żadnych specjalnych wyrobów, które można by zawieźć do domu jako pamiątki. Tak jak Rodos celuje w produkcji (najpyszniejszego jaki jadłam) miodu sosnowego, Samos ma najsłodsze winogrona, a do tego cała wyspa usiana jest granatami (i ciekawymi plażami), a na Korfu możecie do upadłego pić słodką nalewkę z kumkwatu, tak z Krety możemy przywieźć jedynie mydełka z oliwek i oliwę, które dostaniecie właściwie na każdej greckiej wyspie.

Podsumowując, Na Kretę można wracać co roku z powodu jej wielkości, ale nieważne na którą część wyspy pojedziecie, wszędzie będziecie się czuli podobnie, bo brak jest tam bogactwa kolorów i smaków, jakie znajdziecie na Lanzarote czy pozostałych greckich wyspach. Czyli niby wszystko co do szczęścia potrzebne (słońce, plaże, widoki) macie tam pod ręką, a jednak czegoś będzie Wam brakować. Poczucia spełnienia, przygody, energii, nie wiem. Jedyne co tam na pewno znajdziecie, będzie wspaniała, poprzerywana dźwiękiem kozich dzwonków, cisza o zmierzchu i po zmroku. 

W niej możecie się zatopić codziennie, wystarczy wyjść na rogatki miasta, w którym mieszkacie. Polecam to zrobić, ponieważ uczucie spokoju i celowości życia, jaki Was wówczas ogarnie, jest niespotykany nigdzie indziej. Ja w każdym razie znalazłam go tylko tu. Tylko Kreta jest na tyle rozległa, aby odnaleźć samotnię, którą każdy z nas czasem potrzebuje, bo tylko tam zaraz za miastem zaczynają się góry i wzgórza i sielankowe wiejskie życie, które każdy z nas,
mieszczuchów, wyobraża sobie przez lektury czytane kiedyś w dzieciństwie. Dla tego uczucia warto Kretę odwiedzać raz na jakiś czas. A resztę czasu poświęcić na inne wyspy greckie lub piękną, majestatyczną i niepowtarzalną hiszpańską Lanzarote. I taka jest puenta tego mini podsumowania, którego nie miało być, a które powstało w wyniku magii chwili : )

P.S. Należy pamiętać, że Kreta jest tak rozległa, że pewnie nie zobaczyliśmy nawet połowy rzeczy, które warto zobaczyć na zachodniej części wyspy. Jednak mi to, co ujrzałam, a także wspomnienia z poprzednich wysp greckich, wystarczyło do utwierdzenia się w moich dzisiejszych opiniach.