piątek, 23 lutego 2018

Streets of Crete



Z małym (paromiesięcznym) opóźnieniem publikuję film z wycieczki na Kretę zorganizowanej całkowicie na własną rękę. Był łączony czarter na trzy tygodnie, był samochód z odbiorem i zostawieniem na lotnisku, były wreszcie greckie chaty wynajęte od prywatnych właścicieli. Były też niezapomniane przeżycia. A to wszystko zebrane w trzy filmy pełne wspomnień i widoków. Zapraszam.

wtorek, 20 lutego 2018

Between Males/ Fiona Walker





Długo się zbierałam do przeczytania tej książki. Nawet nie wiem jak to się stało, że w ogóle ją kupiłam. Tomisko opasłe, tytuł taki sobie, opis z tyłu okładki mało zachęcający, a i sama okładka nie miała wiele do powiedzenia. Teraz nawet myślę, że jest raczej odpychająca niż zachęcająca. W zamyśle miała być wyluzowana, nowoczesna i kobieca, a stała się w moich oczach strachem na wróble, podczas gdy ja byłam wróblem.
Jednak nawet najbardziej strachliwy ptak wreszcie przyzwyczaja się do widoku stojącego w polu stracha i zaczyna siadać mu na rozpostartych ramionach, trochę lękliwie, trochę eksperymentując, aż wreszcie robiąc z niego miejsce odpoczynku, punkt rozpoznawczy w pustce pola, dom.
Tak samo ja przywykłam do tej fioletowej, pustej okładki, która w ogóle do mnie nie przemawiała w jakikolwiek pozytywny sposób. I w końcu i ja postanowiłam spróbować poznać się z tą książką, jak samotny ptak ze strachem na wróble.
Nie była to łatwa znajomość, długo musieliśmy się do siebie przekonywać. I powiem szczerze, że nigdy ta znajomość nie przerodziła się w nic głębszego. Do ostatniej strony pozostaliśmy obcymi, którzy spotkali się gdzieś tam na rozdrożu przecinających się dróg życia. Rozstałam się z tą książką bez żalu i do dzisiaj borykam się z mieszanymi uczuciami, gdy tylko wracam do niej pamięcią. Nawet do opisania jej zbierałam się bardzo długo. Minęło dobre parę miesięcy między chwilą, gdy skończyłam ją czytać, a chwilą, w której zaczął powstawać ten post.
Dlaczego tak się stało? Po prostu, nie wiedziałam co o tej książce napisać. Nadal nie wiem. Zaczęłam ten post z nadzieją, że słowa same mnie odnajdą, ale widzę, że wciąż walczę o każde słowo i zawieszam się na każdym akapicie, nie wiedząc jak przełożyć strzępki myśli na spójne zdania.
Już samo to, że nie czuję weny pisząc o książce jest najlepszą recenzją. Dobre książki same piszą swoją historię, te średnie zaś są najtrudniejsze. Nie można ich zniszczyć słowami niechęci, bo przecież coś tam w nich było, co sprawiło, że przeczytało się je do końca. Ale ciężko jest znaleźć słowa na opisanie, co się działo w duszy, gdy oczy chłonęły akapit za akapitem z pewną dozą obojętności.
Chociaż ciężko w takim przypadku mówić o chłonięciu, bo kojarzy się to z szybkością i nawet z lubością. A przecież pamiętam, że początki były bardzo trudne. Że nieomal nie zmuszałam się do przeczytania akapitów, które składały się na rozdział pierwszy. Że między pierwszym a drugim rozdziałem minął miesiąc pustki, w którym to czasie wolałam robić wszystko inne niż powrócić do owej książki.
Wiem, że nie tak powinno to wyglądać, ale w końcu powiedziałam sobie, że skoro już mam tę książkę u siebie, to jedyną przyzwoitą rzeczą będzie ją po prostu przeczytać. Po prostu dać jej szansę mimo słabych i nieokreślonych początków.
Piszę „nieokreślonych” bo po pierwszym rozdziale, góra drugim, powinniśmy już mieć niejakie pojęcie o zamysłach autora. Natomiast ja przez większą część „Between Males” Fiony Walker nie wiedziałam, w którym kierunku postanowiła pójść autorka. Serio, przez większą część książki byłam przekonana, że jest to słabo podkreślony dramat, bo nie znałam innych pozycji autorki i nigdy nie czytam informacji o autorze, gdyż na ogół jestem zainteresowana bardziej fikcją niż rzeczywistością, gdy chodzi o książki. Dopiero na kilkanaście rozdziałów przed końcem zorientowałam się, że to romans! I od tamtego momentu straciłam serce do tej książki jeszcze bardziej, mimo że lubię ten rodzaj powieści.
Jednak w tym przypadku, gdy już wszystko stało się jasne w którym kierunku biegnie opowieść, książka stała się płytka, przewidywalna i jedynym bohaterem, którego lubiłam od samego początku był Jimmy. Człowiek, który pojawił się najpóźniej i najrzadziej wstępował na scenę, trochę ją swoją obecnością rozjaśniając.
Czy tak powinno to wyglądać? Że główni bohaterowie irytują nas od samego początku do samego końca? Że wcale nie chcemy o nich czytać, czekając na tę jedyną postać, która coś do książki wnosi, a która jednocześnie jest tak oczywista jak w typowym, klasycznym romansidle?
Można powiedzieć, że to nieoczekiwany zwrot wydarzeń, ten moment w którym zorientowałam się z jakiego typu literaturą mam do czynienia. Powinno mnie to niejako pobudzić. Jednak trzymanie mnie w tej dziwnej i niejako nudnej i irytującej niepewności przez 80% książki, na którą składa się prawie 700 stron, wydaje się być najstraszniejszym strachem na wróble wszechczasów.
Owszem, na koniec całkiem zaprzyjaźniłam się ze znajomą i przerabianą tysiące razy fabułą, ale reszta bohaterów nie przestała mnie irytować ponad miarę a co gorsza, od tego momentu książka stała się przewidywalna jak rutynowy poniedziałek w biurze. I właściwie nie było już o czym czytać, bo zakończenie było nie tylko łatwe do przewidzenia, ale i po prostu nudne.
I muszę szczerze przyznać, że wolałam myśl, że jest to nowoczesny dramat o stosunkach między kobietą a mężczyzną i o tym jak bardzo może nas zwieść nasza własna imaginacja, gdy  uprzemy się na coś, co z daleka pachnie kłopotami. I mimo, że główna bohaterka była zwykłą głupią i denerwującą gęsią, a jej wyobrażenie o miłości w postaci Caluma, (którego jak przypadło na czarny charakter, po prostu nie dało się lubić) irytowało mnie ponad miarę, to jednak wolałam tę wersję książki. Myśl, że jest to nowoczesne potraktowanie trudnej (i głupiej) miłości była mi milsza, niż myśl, że czytam książkę romantyczną z dawna wyznaczoną fabułą. Stąd tak olbrzymi zawód na końcu. Myślę, że gdyby od początku wszystko pisane było językiem komedii romantycznej, byłoby mi łatwiej to przetrawić. Ale taki nagły zwrot akcji był po prostu całkowicie dla mnie niezrozumiały.
Jasne, że dramat z Odette Fielding w roli nadętej i zadufanej w sobie głównej bohaterki i takim samym pod względem charakteru sukinsynem Calumem w roli rycerza w srebrnej zbroi był od samego początku trudny do czytania, ale widziałam w tej zagmatwanej historii jakiś głębszy przekaz i czekałam, aż autorka ten przekaz wyciągnie na światło dzienne. Niestety przez nagłą zmianę zamysłu książka całkowicie straciła polor, bo to, co wydawało się na początku tylko otoczką do przekazania czegoś głębszego, mocniejszego, okazało się dokładnie tym, czym się wydawało.
Tak więc Odette do końca pozostała w moich oczach głupią gęsią, a Calum idiotą, który z niewiadomych powodów lubił ranić ludzi i był po prostu pustym człowiekiem. A to jednocześnie stawiało Odette w jeszcze gorszym świetle, bo z niewiadomych powodów zakochała się w człowieku, który nie wart był funta kłaków i ciągnęła tę słabość tak długo, że mnie zirytowała ponad wszelkie wyobrażenie. A gdy do tego okraszała każdą niemal wypowiedź słowem „babes”, nie było po prostu możliwości, abym ją polubiła. A po co w takim razie czytać książkę o kimś, kogo się nawet nie lubi?
Dlaczego w takim razie ją przeczytałam? Właśnie dlatego, że zostałam przez autorkę oszukana niejasną, nigdy nie wyrażoną obietnicą jakiegoś głębokiego zwrotu akcji. Nie spodziewałam się tylko, że ten zwrot będzie o 180 stopni, w kierunku zupełnie innego rodzaju literatury. A gdy już się to stało dla mnie jasne, pozostało mi tak niewiele do przeczytania, że stwierdziłam po prostu: „A co mi tam, i tak nie mam nic innego do roboty”.
I wydaje mi się, że to jest po prostu najlepszy sposób opisania tej książki jako rekomendacji. Jeśli nie macie nic innego do roboty, możecie przeczytać „Between Males”. Ale uzbrójcie się w ogromne pokłady cierpliwości, bo na pewno zostanie ona wystawiona na próbę. Zwłaszcza gdy dojrzycie tę niespójność w stworzeniu głównej postaci, która z jednej strony jest twardą negocjatorką i nowoczesną businesswoman, a z drugiej strony kruchą istotką, która jest tak niepewna siebie jak młoda dziewczyna dopiero wkraczająca w dorosłość i świat mężczyzn. Coś mi tu naprawdę podpada. Oczywiście można tu powiedzieć, że to się zdarza, że na zewnątrz człowiek udaje pewnego siebie i przebojowego tylko po to, aby chronić swoją wrażliwą stronę. Ale gdy przeczytacie tę książkę, sami zrozumiecie o co mi chodzi, bo ciężko to opisać słowami. W każdym razie z daleka „pachnie” to niespójnością i nieprzemyśleniem tematu.
Nie wiem która to książka Fiony Walker, ale odnoszę wrażenie, że nie jest to najlepsza z jej pozycji. Wydaje się być nieco nieprzemyślana, jakby autorka sama błądziła w labiryncie swoich myśli. Książkę można przeczytać, ale w moich oczach pozostała tym, czym wydawała mi się od początku- czymś obcym, co nigdy nie zagnieździ się w moim sercu na stałe i przeminie wkrótce jak przelotne wspomnienie, do którego się nie wraca.

sobota, 3 lutego 2018

5 days in Scotland



             Miało nie być Szkocji part 2, wiem. Już kiedyś pisałam, że nie mam ochoty tam wracać, bo pogoda brzydka, bo wszędzie leżą śmieci, a Szkoci wydają się być puści jak skorupy i niemili. Ale ostatecznie stwierdziłam, że lepiej wyskoczyć tam, gdzie nam się nie podobało, niż siedzieć w domu. Zawsze to przecież jakaś zagranica i możliwość spotkania z obcą kulturą. No i jest to znakomita okazja, aby skonfrontować swój punkt widzenia z tym, co się czuło podczas pierwszej wizyty.
             I wiecie co? Nawet dobrze się bawiłam. Pogoda miło mnie zaskoczyła (choć było wietrznie, padało dwa dni pod rząd i wróciłam przeziębiona) słonecznymi dniami, ludzie się do mnie uśmiechali gdy spotykali mnie na spacerze a i sam Edynburg ze swoimi tłumami pokazał mi się ze swojej pięknej strony. I choć nie zmieniła się sytuacja ze śmieciami, lenistwem i zostawianiem wózków sklepowych gdzie się dało oraz z wewnętrzną pustką i ciągłym oglądaniem telewizji wieczorami, połączonym z niezdrowym jedzeniem, myślę, że Szkocja ma  mi jeszcze wiele do zaoferowania i myślę, że odkryję jeszcze niejedno jej oblicze, które przypadnie mi do gustu. Muszę tylko dać jej szansę.




 







piątek, 19 stycznia 2018

Working Wonders/ Jenny Colgan





Jakiś czas temu czytałam bardzo dziwną książkę. Do dzisiaj, jak o niej pomyślę, to mam mieszane uczucia. Nie wiem co o niej sądzić, ani jak ją zaklasyfikować. Gdy szukałam w Internecie informacji o autorce, dowiedziałam się, że jest ona twórczynią komedii romantycznych. Tak więc i moja książka musiała być w założeniu taką komedią.
Ale wiecie co, nie miała ona elementów komediowych. Czy był romantyzm? Raczej romans. Nie lubię romantyzmu opartego na cierpieniu innych. Do tego dołożona została dziwna dawka normalności, takiej bliskiej poziomowi dramatu, przemieszanej z fantasy i w efekcie otrzymaliśmy mieszankę czegoś trudnego do opisania, sklasyfikowania, zrozumienia, a także czucia.
Bo to, co czułam czytając „Working wonders” Jenny Colgan oscylowało między nudą, złością na bohaterów na ich zachowania, a zdziwieniem. Dziwiłam się prostotą tej książki, miksowaniem stylów, brakiem zakończenia i przesłania, ogólnym brakiem pomysłu i dziwnymi zwrotami akcji. Nie mam pojęcia co kierowało autorką, gdy pisała tę powieść, co chciała nam w niej przekazać i jaki styl obrała dla swojej zagmatwanej historii. I po tych wszystkich przemyśleniach musiałam dojść do wniosku, przed którym zawsze się bronię. A jednak czasami nie potrafię przymknąć oczu naprawdę. A tą prawdą jest stwierdzenie, że Jenny Colgan jest autorką niższych lotów. Gdzieś przeczytałam, że dorównuje swoim piśmiennictwem książkom typu „Dziennik Bridget Jones” czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Jeśli to prawda, to „Working Wonders” musiało być jedną z jej pierwszych książek, takich, w których dopiero kształtuje się styl artysty, w którym poszukuje on siebie i czasami rodzi nieudane prace.
Niestety to jest właśnie główna moja myśl. Książka jest po prostu nieudana. Jest zbyt chaotyczna, aby zaciekawić i nic tak naprawdę nie próbuje przekazać. To tak jakby postanowić, że zrobi się sałatkę i wrzuca się do niej przypadkowe składniki, mimo że w tym samym czasie czując, że do siebie nie pasują. Ale nie potrafimy przestać, bo nie chcemy zmarnować użytych składników, a i przecież miała być sałatka, to będzie i koniec, bo tak postanowiliśmy. A w efekcie wychodzi na to, że zmarnowaliśmy nie tylko czas, ale i jeszcze więcej składników, a i tak produkt końcowy nadaje się do wyrzucenia lub zjedzenia na siłę w samotności, bo kompletnie nie da się tym nakarmić gości.
Tak właśnie myślę. „Working wonders” nie nadaje się, aby polecać ją dalej. Nie znalazłam w niej żadnych wartości godnych posmakowania. Książka przez większą część czasu jest nudna, chaotyczna, niezrozumiała i pomieszana. Miota się między dramatem, obyczajówką, książką romantyczną a fantastyką. Zwidy głównego bohatera, w których nazywa się on następcą Króla Artura, nie przynoszą niczego, prócz zastanawiania się, czy człowiek ten miał równo pod sufitem i czy te jego wyobrażenia (czy też urojenia) nie były zwykłym następstwem niespełnienia w życiu osobistym jak i pracowniczym. Drugą opcją na wytłumaczenie tych wymysłów jest myśl, że człowiek ten po prostu  potrzebował takich bodźców, aby wyrwać się z marazmu, lenistwa i wygody, aby wreszcie zacząć działać i przestać myśleć tylko o sobie.
Niestety bohater ten nie zmienił się według mnie na jotę. Cały czas był sfrustrowany, bo nie wychodziło mu z nową kobietą, w pracy ciągle musiał walczyć z przeciwnościami a i ostatecznie robił wszystko dla siebie, a nie dla społeczeństwa, bo chciał wygrać konkurs i udowodnić sobie, że ma jaja, a swojej partnerce, że nie jest zwykłym obibokiem, a to wszystko, aby zaciągnąć ją do łózka.
Niestety gdy główny bohater nie da się lubić, nie da się lubić także książki. Jak można pochwalać kogoś, kto całe życie prześlizguje się przez życie, zwodzi swoją wieloletnią partnerkę, aby ostatecznie dać jej kosza, bo na horyzoncie pojawia się ktoś, kto wydaje się lepszy i kto wreszcie na końcu nie potrafi się zdeklarować, bo to oznacza odpowiedzialność, od której uciekał całe życie. No cóż, daleko padło jabłko od jabłoni, jeśli faktycznie miał być on potomkiem Króla Artura.
A samo zakończenie książki? Czy nasz bohater wreszcie się obudził ze swojego snu? Tego nie da się powiedzieć. Kompletnie nie potrafię zrozumieć, co autorka chciała mi powiedzieć przez to zakończenie. Oprócz tego, że facet tak jak był dupkiem, tak nim pozostał do końca książki.
Jeśli miała być to książka dla kobiet, to raczej nie będzie to dobra lektura. Prędzej nasz bohater spodobałby się bardziej facetom, bo kozak z niego straszny. Dwie kobiety na raz, próba zaimponowania każdemu dookoła, wpadanie w gniew z powodu nagromadzonych przez lata frustracji, których sam był twórcą, no po prostu idealny obiekt westchnień i wymarzony bohater każdego romansu. Nie, zdecydowanie autorka pogubiła się w swoim pomyśle, dając nam chaos, który ciężko przełknąć.
Moja znajomość z Jenny Colgan źle się zaczęła i myślę, że raczej będę unikać książek tej autorki. Nie lubię, gdy wychodzi ze mnie najgorsze w postaci feministki, a właśnie to wydobyła ze mnie ta książka. Wprawdzie daję każdemu drugą szansę, ale w tym przypadku jeśli życie mnie do tego nie zmusi (na przykład wtedy, gdy będzie to jedyna książka w promieniu kilku kilometrów a ja akurat będę umierać z nudów), to sięgnę jednak po książki innych autorów.
Bo powiem Wam, że mam już dość wciskania nam książek i filmów pisanych i kręconych na odwal, bez pomysłu i polotu, byle tylko było i byle sprzedać i zarobić. Dość mam nudnych piosenek, przy których nogi same nie wyrywają się do tańca, powtarzanych codziennie po kilka razy w radiu przez pół roku, wciskając je tym sposobem na siłę na listy przebojów. Dość mam wadliwych produktów sprzedawanych po normalnych cenach. Dość mam oszukiwania na każdym koku i wciskania mi książek z wielkimi napisami jakoby pochodziły od bestsellerowych autorów.
Tęsknię za czasami, kiedy każda książka, którą się wzięło do ręki, przynosiła historię, której nie dało się zapomnieć przez lata, mimo że autor nie był uznawany za twórcę bestsellerów, bo po prostu dawniej nikt takich list nie tworzył. Marzę o powrocie czasów, gdy pisało się nie dla zarobku, a dlatego, że miało się coś do przekazania. Czy te czasy jeszcze wrócą? Mam ogromną nadzieję, a jednocześnie w to nie wierzę. Taki życiowy paradoks, a jednak podyktowany doświadczeniem. Ale wiecie co? Będę dalej wierzyć. Bo nadzieja na lepsze jutro trzyma przy życiu, nawet jeśli następna recenzja, którą mam zamiar napisać, też nie będzie zbyt pochwalna. A jednak wierzę, że znowu natrafię na jakąś fajną książkę, którą później z wielką przyjemnością tutaj opiszę.
A może Wy macie jakieś pomysły? Może Wy podsuniecie mi jakiś tytuł, dzięki któremu odzyskam wiarę w piśmiennictwo?