piątek, 19 sierpnia 2016

Promises, Promises: Be Careful What You Wish For/ Erica James


Nie wierzcie we wszystko, co jest napisane na odwrocie okładek książek. Te wycinki recenzji z gazet często są przesadzone, do tego wklejane są tylko te najbardziej pozytywne. One mogą Was skłonić do zakupu książki, która nie spełni Waszych oczekiwań, ponadto Wasze zdanie będzie się różnić od tego z recenzji. Lepiej opierać się na własnym rozsądku i na streszczeniu, które również znajdziecie na okładce. Jeśli ono Was nie przekona do wyboru, odłóżcie książkę na miejsce, gdyż jest duża szansa, że tytuł nie znajdzie Waszego uznania. Na świecie jest tyle książek do przeczytania, że naprawdę jest w czym wybierać i nie trzeba decydować się na pierwszą lepszą książkę, która wpadnie nam w ręce.
Ja swoje książki kupuję tylko w sklepach z używanymi rzeczami. Szkoda mi wydawać pieniędzy na coś, co zostanie przeze mnie użyte tylko raz. Biblioteki i sieć są skarbnicami dla takich pożeraczy książek jak ja i to mi wystarczy. Nie mam ani środków na kupowanie kolejnych tytułów, ani miejsca na ich składowanie. Jeśli zaś kupuję książkę to tylko dlatego, że jest bardzo ciekawa, zależy mi na jej przeczytaniu, a nigdzie indziej jak na półce w księgarni nie mogę jej odnaleźć. Tak zdarzyło mi się tylko raz i to w dodatku w przypadku książki, która odbierała skrajne recenzje (jedna z części Kronik Ferrinu Katarzyny Michalak).
Innym powodem, dla którego wydaję pieniądze na książki jest nauka angielskiego. I tu przychodzi mi na pomoc sklep z odzieżą używaną. Mogę tam kupić opasłe tomiszcza jak i lekkie, podręczne książki za niewielkie pieniądze. Dlatego nigdy, nawet w przypadku kiepskiego autora, nie żałuję takiego zakupu. Tak było również w przypadku autorki Ericy (Eriki?) James i jej książki „Promises, Promises: Be Careful What You Wish For”. Nie wydałam na nią więcej jak 10 zł I bardzo się cieszę, że była to tak niewielka kwota, bo nie jest to typ literatury, którym bym się zaczytywała.
Wiem, że Erica James jest cenioną brytyjską autorką i powinnam wyżej wycenić jej książkę, jednak po prostu nie potrafię. „Promises, promises” nudziła mnie niemiłosiernie, wielokrotnie odkładałam tę książkę na później, przeczytałam w międzyczasie dwie książki Jaqcueline Wilson i wciąż ciężko mi było wracać do tej obyczajówki.

„Promises, Promises” jest ciepła i zbliżona do życia, ale tak naprawdę była zbyt wyidealizowana jak na kopię rzeczywistości. W tej książce wszystko układa się tak, jak w prawdziwym życiu nigdy by się nie ułożyło. Ciężko więc porównywać ją do realności. Do tego nudni bohaterowie, wszyscy trzej i przeciągająca się historia niezadowolonego z małżeństwa Ethana i skrzywdzonej przez byłego kochanka Elli oraz denerwujące narzekania Maggie, która nie potrafiła postawić do pionu ani dorosłego syna, kopię własnego ojca ani swojego męża, którego uporczywie (i irytująco) nazywała Mr Blobby. Osoby te całe życie chowały głowę w piasek i nagle pod wpływem impulsu zrywają z całym swoim życiem i występują przeciwko tym, wobec których do tej pory nie potrafili podjąć właściwych kroków. I nagle- bach! Dążą do własnego szczęścia nie patrząc na innych i wreszcie odnajdując prawdziwych siebie. Nie, nie przekonuje mnie to. Lubię happy endy, ale ten był usłany zbyt długim wyczekiwaniem, zerową akcją, nudną fabułą i takimi samymi bohaterami.
Szukając informacji o autorce gdzieś wyczytałam, że o książkach James mówi się, że „są jak para wygodnych kapci”. Ale trzeba pamiętać, że kapciom nie poświęca się zbyt wielu myśli. Są, bo są. Służą swojemu celowi, są wygodne i dobrze się kojarzą, ale to wszystko. Tak samo jest z „Promises, Promises”. Ta książka jest, bo jest, ale nie da się jej poświęcić więcej niż jednej myśli. Fajnie, że ją przeczytałam, ale nie mam specjalnych przemyśleń po jej przeczytaniu i właściwie bez żadnych emocji odłożyłam ją na półkę. Na dobrą sprawę ledwo pamiętam bohaterów. Za to pamiętam towarzyszące mi uczucie irytacji, gdy próbowano mi wcisnąć anielski charakter Elli, która do końca broniła się przed uczuciami do Ethana (dość słabo jej to szło, zważając na jej zasady moralne), czy próbę wytłumaczenia postępowania niewiernego męża. Jedynie Maggie była do przełknięcia, kiedy tylko przestała używać tego irytującego przezwiska.
Także przyjaźń między kobietami była ciężka do zniesienia. Zaczęła się nudno, a skończyła mało prawdopodobnie. Przemyślenia Maggie drażniły, a Elli nudziły. Dokładny opis jej pracy doprowadzał mnie do szewskiej pasji, a dokładne podawanie nazw ulubionych utworów bohaterów przypominały mi pierwsze próby pisarskie mojej koleżanki i moje (żadna z nas nie wydała ani jednej książki i świat nic na tym nie stracił). Być może nie potrafię docenić dobrej literatury, w której opisane jest zwykłe życie, ale naprawdę, mimo usilnych starań, nie mogę powiedzieć, abym czuła tę ciepłą atmosferę, która jakoby wpleciona jest w książki James. Jest to książka, o której bardzo szybko zapomnę, a gdy spotkam inny tytuł tej autorki, zastanowię się dwa razy, zanim zdecyduję czy go przeczytać czy nie.
Nie zaiskrzyło między nami i tak już chyba zostanie. Ja potrzebuję od książki większej akcji, czegoś, co by przykuło moją uwagę. Niestety „Promises, Promises” byłaby dla mnie tak samo ciekawa jak opisywanie dzień po dniu moich posiłków. Wydaje mi się, że autorce zabrakło pomysłu na tę książkę i dlatego słaba jest zarówno jako powieść obyczajowa jak i romans. Zawieszenie jej pomiędzy tymi dwiema tematykami niepotrzebnie rozszczepiło historię i tak naprawdę nie było w niej nic wartego przekazania. Jeśli swoją recenzją uraziłam talent pisarski na pocieszenie dodam, że nie jestem profesjonalnym krytykiem i mogę się całkowicie mylić co do jakości książek. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego moje recenzje są tak naprawdę tylko podpowiedziami, co warto przeczytać, a co można pominąć na swojej liście tytułów do przeczytania. Natomiast to Wy musicie podjąć swoje własne decyzje i żyć z ich konsekwencjami. Dlatego pozostawiam Wam decyzję, czy warto poświęcić czas na tę książkę. Ja jestem na nie. Nic się nie stanie, jeśli po nią sięgniecie, jednak ja nie mogę jej polecić. Jeśli w ten sposób stracicie okazję do poznania wspaniałej książki, miejcie pretensje tylko do siebie za to, że słuchacie się nieprofesjonalnego krytyka. I to takiego, który kupił na własność wyśmiewaną przez innych Kronikę Ferrinu J

Pozdrawiam i do następnej nieprofesjonalnej recenzji.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Dziewczyna z pociągu/ Paula Hawkins

Nie lubię, jak ktoś mi mówi, że książka jest bardzo poczytna i każdy ją czyta. Zaperzam się wówczas i staję okoniem, bo mam wrażenie, że ktoś próbuje dokonać gwałtu na mojej wolnej woli i zmusić mnie do przeczytania tego konkretnego tytułu, o którym się mówi. Bo skoro wszyscy go czytają, to i ja powinnam. Czy nie taki jest cel owego chwytu marketingowego? Tego całego pisania na okładkach, że jest to obecnie najbardziej poczytna książka na świecie? Skąd tak naprawdę możemy wiedzieć, że to szczera, niewinna prawda a nie zwykły, dobrze przemyślany i ukierunkowany chwyt marketingowy dokonujący napaści na moją decyzyjność? Wiadomo, nikt nie chce być ostatni, jedyny, który nie zrobił tego, co wszyscy. Gdy dowiadujemy się, że coś nas ominęło, czujemy, że jesteśmy wyrzutkami społeczeństwa, czy pewnej grupy społecznej. Nikt nie chce stać poza nawiasem społeczeństwa więc codziennie czujemy naciski, że musimy robić to, co wszyscy, bo za chwilę zaczną nas wytykać palcami jako odmieńców. Ta presja z zewnątrz powoduje, że szybko chwytamy książkę, którą absolutnie wszyscy już przeczytali (poza nami oczywiście), bo przecież nie możemy dopuścić, abyśmy zostali w tyle za całą resztą świata.
Nie wiem, czy moja teza socjologiczna jest właściwa, ale takie mam wrażenie. Że właśnie tak działają hasła typu: „bestseller”, „najbardziej znana książka”, „x-milionów wydanych egzemplarzy” czy „książka przetłumaczona na wszystkie języki świata”. Nie lubię presji, ani tym bardziej mówienia mi czy wskazywania, co mam robić. Nie cierpię, gdy mi się coś wciska i pcha ku czemuś, czego sama nie znalazłam, do czego sama nie czuję pociągu. Czy jest to próba zmuszenia mnie do zatańczenia z wujkiem na weselu, gdy nie mam nastroju do zabawy, czy też wciskanie mi w ręce poczytnych powieści, które wszyscy powinni (muszą) przeczytać, bo inaczej ominie ich najważniejsza rzecz w ich życiu, zawsze czuję się wtedy jak wciskana na siłę w szufladkę. Szufladkę osoby, która nie potrafi sama podjąć decyzji i poddającą się sugestiom ludzi, którzy wcale mnie nie znają. Uważam, że sama znam siebie najlepiej i żadnej pomocy przy codziennych wyborach nie potrzebuję, chyba że o nią poproszę.
Tak też było w przypadku „Dziewczyny z pociągu”. Zobaczyłam ją leżącą na biurku u koleżanki i zwyczajnie, bez emocji, z niskim stopniem zaciekawienia, charakteryzującym pytania o codzienne, mało istotne rzeczy, zapytałam: „a co to za książka?”. Znacie ten rodzaj pytań, prawda? Spotykamy je codziennie w życiu, gdy pytamy drugą osobę o samopoczucie, bo tak wypada, czy o cenę kilograma ziemniaków na targowisku ot tak, ze zwyczajnej ciekawości. W przypadku drugiego pytania nie zawsze to, co usłyszymy w odpowiedzi, decyduje o tym, czy kupimy towar, o który pytamy. Bo często najzwyczajniej w świecie przyłapujemy się na kupnie ziemniaków u konkretnego sprzedawcy tylko dlatego, że jest pod ręką, a nie z powodu atrakcyjnej ceny towarów, jakie sprzedaje. Po co zatem pytamy? Bo czemu nie? Mamy do tego prawo. A pytając, oczekujemy krótkiej zwięzłej odpowiedzi, a nie nachalnego wciskania towaru.
Znowu wchodzę na tematykę socjologii, ale mam czasem wrażenie, że jest ona ściśle związana z naszym codziennym życiem i wyborami, na czym jak sępy żerują działy marketingu we wszystkich szanujących się firmach. Tak też zapewne jest z domami wydawniczymi. Bo jak inaczej wyjaśnić porywające hasła wrzucane na okładkę i zachęcające do kupna? Owszem, część prawdy może być w listach bestsellerów, ale ja zawsze zakładam pewną dozę niewiary w to, co mi mówią. I bardziej wierzę słowu przekazywanemu pocztą pantoflową niż „faktom”, które wciskają mi wydawnictwa.
Mimo to, nawet jeśli zachęca mnie do przeczytania czegoś najlepsza przyjaciółka, ja zawsze biorę na tę rekomendację swoją osobistą poprawkę. Bo tylko ja wiem, jaka jestem tak naprawdę i czego mi potrzeba. Ja znam swoje wybory czytelnicze najbardziej. I zawsze się dwa razy zastanowię, nim rzucę się na jakąś polecaną książkę. A na pewno nie zaufam opinii drugiej osoby, dopóki nie przeczytam krótkiego streszczenia z okładki albo jednego albo dwóch pierwszych rozdziałów (dziwne to słowa w ustach osoby, która pisze bloga o książkach, wiem, ale ciągle powtarzam Wam, że wybór zawsze należy do Was i uczulam, żeby nie ufać do końca gustom innych ludzi). Dlatego, kiedy w odpowiedzi na pytanie o „Dziewczynę z pociągu” usłyszałam, że KAŻDY ją teraz czyta i że podobno jest dobra, odpowiedziałam zaczepnie „Zobaczymy, sama to sprawdzę”.
Cóż mogę powiedzieć po tym przydługawym wstępie… Nie wierzcie do końca w opinie innych, bo każda z nich będzie subiektywna, ale też nie odrzucajcie od razu możliwości, że ta opinia znajdzie odzwierciedlenie w Waszym własnym umyśle. Bo może się okazać, że polecający ma taki sam gust jak Wasz i właśnie poleca Wam książkę, w której zakochacie się na zabój.
Jednocześnie pamiętajcie, że może się również zdarzyć, że Wasza opinia o książce będzie się nieznacznie lub trochę bardziej różnić od tego, co Wam ktoś powiedział. Nie lękajcie się tego. Macie prawo myśleć to, co się Wam podoba i nie obawiajcie się własnych spostrzeżeń, nawet jeśli macie jakieś wątpliwości co do książki, którą nazywa się bestsellerem. Macie prawo sądzić inaczej niż nakazuje Wam nurt narzucany przez domy wydawnicze. Każdy marketing zawiera w sobie szczyptę manipulacji a Wy macie prawo robić uniki przed tą manipulacją. Po to właśnie zostaliście obdarzeni inteligencją. Zatem jeśli macie swoje własne zdanie o poczytnej książce i macie ochotę je wyrazić, pozwólcie sobie na to. Wasza opinia może pomóc innym spojrzeć na książkę Waszymi oczami i ujrzeć to, czego by w pierwszej chwili nie zauważyli. Wasza opinia może być prawdziwsza i tym samym bardziej pomocna, bo mimo, że subiektywna, jak każda opinia, to jednocześnie bardziej obiektywna niż ta pisana za pieniądze. A zderzające się ze sobą opinie o przeciwnych ogniwach pomogą wyciągnąć średnią z prawd i półprawd i pokazać światu tak plusy jak i minusy poszczególnych tytułów.
Opowiadam o tym, ponieważ to mnie spotkało podczas czytania „Dziewczyny z pociągu” Pauli Hawkins. Mimo sceptycyzmu dałam jej szansę i dostrzegłam pozytywy, które inni w niej widzieli, ale też moje oczy pozostały otwarte na różne aspekty tej prawdy. Na własnej skórze poczułam, dlaczego ta książka jest taka poczytna, ale i nie zamknęłam oczu na socjologiczne podłoże, z powodu którego ten tytuł jest przekazywany z rąk do rąk. Ujrzałam jej mocne i słabe strony i postanowiłam o nich opowiedzieć, aby każdy, kto szuka pomocy i o nią pyta, znalazł odpowiedzi na zadawane pytania, nie czując jednocześnie przymusu i widząc zarówno rzeczy, które mogą go do tej książki przyciągnąć, jak i te, które mogą go odpychać.
Stąd też mój długi wstęp. Nie jest to zwykłe lanie wody, aby stworzyć długiego posta. Ludzie nie tego oczekują, gdy szukają na szybko odpowiedzi. Jednak ja czułam się w obowiązku odkryć parę technik socjologicznych, jakie zastosowano wobec nas w przypadku tej książki. Chcę, żebyście podeszli do tego tytułu z pełną świadomością, że zostaliście w pewien sposób zmanipulowani, bo zasiadając z tą wiedzą do czytania, nic Wam już nie przeszkodzi w odbiorze książka Pauli Hawkins.
Zatem przede wszystkim chciałam zauważyć, że choć niekiedy jestem prosta i daję się ponieść równie prostym żądzom, to uważam, że czasem człowiek potrzebuje takich bodźców, żeby poczuć, że żyje. Nasza szara egzystencja musi być poprzetykana emocjami, a dla mnie jedną z najbardziej ekscytujących rzeczy w życiu (uwaga, zaraz się dowiecie jaka jestem nudna!) jest to, kiedy nie mogę się oderwać od książki i wprost pożeram ją, słowo za słowem. Nawet jeśli powodem do tego są jeszcze prostsze ułomności ludzkiego umysłu, jak chociażby gotowość do popełnienia zbrodni, aby ukryć kłamstwa i uciec od odpowiedzialności. Dlatego pozwoliłam sobie wczytać się w powieść Pauli Hawkins bez wyrzutów sumienia i szybko poczułam tę ekscytację, która cechuje najwyższy stopień ciekawości. Nie byłam w stanie przerwać czytania, a moje policzki pokryły się wypiekami. Nie mogłam skupić się na rozmowie i odsyłałam wszystkich, którzy chcieli ze mną porozmawiać, bo tak bardzo pragnęłam się dowiedzieć, co znajdę na następnej stronie. I choć wiedziałam, że ta książka nie jest fenomenem, a tylko dobrze opowiedzianą prostą historią; mimo świadomości że ulegam manipulacji związanej z zaspokajaniem najprostszych ludzkich żądz, to jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia. Najważniejsza była ekscytacja, jaką czułam podczas czytania. Ale myślę, że najlepiej to zrozumiecie, gdy wrócę do początku mojej historii związanej z książką Hawkins.
Zacznę więc od tego, że nie wiedziałam o czym jest „Dziewczyna z pociągu” (gdybym wiedziała, że jest to thriller, prawdopodobnie bym jej nie pożyczyła, gdyż nie lubię czegoś, co z fikcji łatwo może stać się rzeczywistością; nie lubię, kiedy książki przypominają mi, jaki świat jest zły), nie nastawiałam się na nic (oprócz nieodpartej chęci odarcia z niej mitu niesamowitej poczytności, aby potem móc wcisnąć wydawcom z powrotem w kłamliwe, nastawione na zysk usta ich własne manipulujące deklaracje, których jedynym celem miało być napełnianie im kabzy) i nie mogę powiedzieć, aby sam początek był wchłaniający niczym trąba powietrzna, zabierająca po drodze wszystko, do czego się zbliży. Nie, nie było tak. A jednak było w tej książce od początku coś niepokojącego, jakieś dziwne, krążące nad główną bohaterką widmo jakiegoś zła. Które się wydarzyło, lub miało się wydarzyć. Może dlatego od pierwszego rozdziału, mimo spokojnego toru myśli autorki, nie byłam w stanie odłożyć tej książki.
Otumanione alkoholem i zmęczeniem życiem spostrzeżenia Rachel Watson, głównej bohaterki, która nie potrafiła pogodzić się z rozstaniem z mężem, miały w sobie jakiś taki magnetyzujący, przyciągający mrok. To one, mimo iż niektórym mogą się wydawać męczące i nużące, utrzymały mnie na tyle długo, aby dotrwać do momentu, kiedy naprawdę coś się dzieje. Niby czytamy tylko niekończące się żale Rachel, zastanawiając się w duchu kiedy kobieta wreszcie przestanie oglądać się na przeszłość i weźmie się w garść, to jednak cały czas towarzyszy nam dziwne napięcie, jakbyśmy czuli w powietrzu, że coś złego się wydarzy.
I myślę, że tym głównym elementem przemyśleń głównej bohaterki, który zatrzymał mnie przy książce, była kupka ubrań, leżąca przy torach. Wówczas moja wyobraźnia zaczęła działać i wiedziałam już, że bardzo chcę się dowiedzieć, co się stało w książce. Przetrawiłam więc Jess i Jasona, parę nieznajomych, których Rachel widywała z okna przemykającego pociągu oraz rozmyślania na temat domu, w którym kiedyś zamieszkiwała ze swoim mężem, a teraz był siedzibą kogoś innego. Zniosłam jej spostrzeżenia na temat współpasażerów, owiane poalkoholowym otumanieniem. Bo wiedziałam, że coś się czai w mroku, że ta kupka ubrań coś sugeruje, że coś się za tym wszystkim kryje. I to tajemnicze coś, ta niedopowiedziana obietnica sprawiła, że musiałam zostać wierna książce Pauli Hawkins, mimo iż początek nie był do końca tak pasjonujący, jak powinien być początek najpoczytniejszej książki ostatniego roku.
Pomimo tych uwag lekko naszprycowanych ironią muszę przyznać, że nawet moja inteligencja i nakierunkowany wieloletnimi wyborami czytelniczymi smak nie obroniły mnie przed czerpaniem przyjemności z prostych ludzkich żądz, zaspokajanych przez bestsellery i poczytne tytuły, które codziennie wciska się nam za pomocą Internetu. Wiem, że pomysł miał swoje źródło w jakiejś tam żądzy przebicia się i późniejszego zysku, że próbowano wcisnąć w tę książce wiele zagadek mających budować napięcie. Zdaję sobie sprawę, że nie ma w niej głębszych przemyśleń a jedynie korzystanie z ludzkich przywar, będących studnią bez dna dla pisarzy bestsellerów, a jednak pozwoliłam się tej prostej rozrywce serwowanej w thrillerach wciągnąć. Nic mnie przed tym nie obroniło, choć wiedziałam, że jako smakosz książek nie powinnam dać się ponieść tej nowej fali czytelnictwa wyprodukowanej przez książki pisane dla mas.
Ale prawda jest taka, że ja dam szansę każdej książce, nawet takiej służącej wyłącznie rozrywce. Bo chyba właśnie taka jest „Dziewczyna z pociągu”. Wprawdzie pod koniec oddajemy się krótkim rozmyślaniom na temat zwyrodnienia ludzkiego umysłu, ale tak naprawdę ta książka nie przynosi nam żadnej wiedzy, której już byśmy nie posiadali i nie uczy niczego. Nie jest to książka głęboka, a jedynie opowieść oparta na ludzkich słabościach, poszukiwaniu czegoś lepszego, co z oddali zawsze wydaje się nam bardziej atrakcyjne. Na zachowaniach ludzkich w obliczu odkrycia, że porzuciło się coś, co kulało, by ostatecznie zyskać dokładnie to samo za cenę zniszczenia czyjegoś życia.
I myślę, że właśnie bazowanie na ludzkich słabostkach powoduje, że książki, które o tym traktują, cieszą się ogromną popularnością. Lubimy czytać o tym, że inni są źli, bo to sprawia, że czujemy się lepsi i zapominamy o własnych ułomnościach. Dodatkowo daje to nam dreszczyk emocji, który jest cieniem tego, co musi odczuwać zbrodniarz w momencie dokonywania zbrodni. Dzięki temu możemy poczuć adrenalinę, nie robiąc niczego złego. A wszyscy lubimy czuć adrenalinę, bo daje nam to poczucie korzystania z życia pełną parą. Dlatego ciągnie nas do krzykliwych tytułów w gazetach, które opisują przeróżne zbrodnie, bo dzięki temu możemy być na miejscu wydarzeń i czuć najwyższe emocje, jednocześnie stojąc na tyle daleko od nich, żeby czuć się bezpiecznie. Jakże więc oprzeć się pokusie przeczytania „Dziewczyny z pociągu”, kiedy za drobne 30-40 zł możemy sobie kupić zastrzyk adrenaliny, którego tak potrzebujemy w życiu?
Ja też nie jestem ideałem. To prawda, że cenię sobie książki, które mają coś głębszego do przekazania, jakąś naukę czy wartościowe przemyślenia. Ale jednocześnie wiem, że mnie również cechują te same słabości, którymi obdarzeni są inni otaczający mnie ludzie i również ulegam prostym podnietom. Zatem sięgam również po książki proste, masowe, współczesne. Dlatego przeczytałam książkę Pauli Hawkins jednym tchem, w jednym dniu i muszę polecić ją dalej właśnie ze względu na to, jak dobrze się ją czyta. Nie uświadczycie tam zbrodni doskonałej w stylu kryminałów Agathy Christie, ale znajdziecie wystarczająco dużo napięcia , aby wypić jednym haustem ten trunek z emocji, który przygotowała dla nas Hawkins. Nie znajdziecie tam tajemnic nie do rozwiązania, ale pozwolicie się trochę zakręcić zmianom czasu i planu, którą zastosowała autorka, aby zmylić swoich czytelników i budować stopień podniety. Zbyt szybko domyślicie się paru ważnych faktów, mimo wielu uników, którymi posługiwała się Paula, żeby zmylić ślad pogoni, ale na końcu dostaniecie małą niespodziankę w postaci niespodziewanego wahania, rodem z syndromu sztokholmskiego. I pomimo, że zbyt szybko odgadniecie całą prawdę, to ta końcówka doda smaczku rozwiązanej tajemnicy, bo do końca nie będziemy wiedzieli, jak zachowają się poszczególni bohaterowie, odsłaniając w ten sposób głębię ludzkiego mózgu, którego decyzji nie da się przewidzieć, dopóki nie nastąpi coś, co stanie się katalizatorem tych decyzji i poczynań.
Podsumowując- jest to książka warta przeczytania, bo tempo jest dość szybkie i natrafimy na parę ciekawych fałszywych tropów, które na chwilę zawiodą nas na manowce. Będą nam towarzyszyć różne emocje, czasem także brak sympatii do Rachel oraz brak cierpliwości w stosunku do jej ciągłego rozpamiętywania przeszłości i niemożności pogodzenia się z faktami, by kontynuować swoje życie w nowych warunkach. Będzie dreszczyk, snucie przypuszczeń i adrenalina. Temu wszystkiemu towarzyszyć będzie mrok związany z pustkowiem, jakie ciągnie się wokół  torów kolejowych i możliwościami, jakie to pustkowie niesie, a także dziwne uczucie, że umknęło nam coś ważnego, jakaś wskazówka, która natychmiast rozwiązałaby całą zagadkę. Dlatego kartkujemy książkę w poszukiwaniu tej wskazówki, która nam ciągle ucieka. I to jest w tej książce fajne.
Jednocześnie trzeba pamiętać, że choć zastosowana przez autorkę kombinacja zmiany czasu i opisywania wydarzeń z punktu widzenia różnych osób dodała historii pikanterii i nieraz pomogła zmylić czytelnika, to nie jest niczym nowym w literaturze. Dodatkowo, jak już wspomniałam, ta książka przynosi tylko proste emocje i podstawowe przemyślenia, więc nie doszukujmy się tu żadnej głębi. Jest to tytuł na szybkie przeczytanie, przekazanie dalej i przeznaczenie go do zapomnienia. Nie da się tej książki przeczytać ponownie, bo kiedy znamy zakończenie, nie ma sensu przechodzić przez wszystko ponownie, bowiem jest tam tylko historia, w gruncie rzeczy bez bohaterów. Nie pokazuje nam się, jak i dlaczego doszło do wydarzeń, nie widzimy wnętrza zbrodniarza, mamy tylko szybkie i płaskie wyjaśnienie powodu, dla którego zbrodnia została dokonana, bez psychologicznego podejścia. Zwykłe, parominutowe wystąpienie zbrodniarza na scenie.

To samo tyczy się aktorów pobocznych. To, co nimi kierowało, jest zaledwie muśnięte, tworząc tło historii i samej zbrodni. Nie da się z tego wszystkiego wyciągnąć żadnej nauki ani głębi. Nie ma więc sensu wracać do tej książki. Do szybkiego przeczytania w drodze na wakacje- świetna. Do dłuższej kontemplacji- niewystarczająca. Pomimo tego rekomenduję ją wszystkim, także tym o wyszukanym smaku, jako kolejny krok w wędrówce ku najważniejszym tytułom w historii literatury. Gdy ją spotkacie leżącą na drodze, podnieście ją, bo czeka Was pewna przygoda, małe zboczenie z kursu, na który potem spokojnie możecie wrócić bez wrażenia, że straciliście czas. Gdy zaś ją przeczytacie, odłóżcie ją na miejsce lub podajcie dalej i zmierzajcie śmiało ku wyznaczonemu wcześniej celowi, nie oglądając się za siebie, zadowoleni z tego, że ktoś dostarczył Wam odrobinę rozrywki w ambitnym kursie, który sami sobie wytyczyliście. Bo gdy poddacie się na moment tej fali, która zniesie Was z wyznaczonej trasy, to zyskacie chwilę potrzebnego w wędrówce odpoczynku. Dlatego pozwólcie się zmanipulować hasłom reklamowym otaczającym ten tytuł, dajcie się zmanipulować samej autorce, bo nie przyniesie Wam to żadnej szkody, a weźmiecie udział w ciekawej rozrywce. Potem pożegnajcie się z tą książką na zawsze i wracajcie na swój kurs.

piątek, 29 lipca 2016

Bitwa marek- obuwie i sklepy obuwnicze


Kiedyś pisałam, jak wyrzekłam się na zawsze butów kupowanych w sieciówkach. Omijam Deichmann i CCC z daleka, wzdragam się spoglądać na obuwie w sklepach, które główny nacisk kładą na ubrania, a buty traktują tylko jako dodatki. Omijam szerokim łukiem sklepy z tzw. tanim obuwiem. Ma na to wpływ wieloletnia przygoda z obuwiem kiepskiej jakości, ale za to w przystępnej cienie. Niestety nie była to przygoda, którą wspominałabym mile.

Po kilku latach zaopatrywania się w takich sklepach i ogromnej ilości niepowodzeń, gdzie buty musiałam odsprzedawać za połowę ceny, gdyż stopy niemiłosiernie cierpiały ściskane sztucznymi materiałami i imitacjami skóry, powiedziałam sobie dość. Dość miałam obuwia, które niszczyło się po miesiącu i które nie dopuszczało do cyrkulacji powietrza, powodując, że po dwóch czy trzech miesiącach (a bywało, że i po paru użyciach) wstydziłam się zdjąć buty w towarzystwie, tak niemiłosiernie przykry zapach rozsiewał się po pokoju.

Zawsze myślałam, że wina za te przygody leży po stronie moich nietypowych stóp. Obwiniałam ich kształt za wiele niepowodzeń, choć przykrego zapachu nie potrafiłam wytłumaczyć nawet swoja wybujałą wyobraźnią. Dopiero rok temu doszłam do wniosku, że moje stopy mają idealny kształt, a winy za to, że nie potrafię znaleźć dla nich wygodnego obuwia należy doszukiwać się w producentach, którzy zmuszają nas do chodzenia w spiczastych butach, gdzie nie ma miejsca na palce, bo taka jest moda. Ale wiecie co? Gdybym chciała łamać sobie palce i narażać je na halluksy, zamieszkałabym w starożytnej Japonii. Wreszcie się zbuntowałam i powiedziałam sobie dość. Po tamtym roku nieudanych zakupów obuwniczych i cierpieniach, jakie przynosiło obuwie wykonane ze sztucznych materiałów, postanowiłam wreszcie wyrwać się z tej matni. Matni mydlenia oczu przystępnymi cenami obuwia produkowanego z kiepskich materiałów, powodujących obtarcia, zniekształcenia stóp i nieprzyjemne zapachy. Niszczących się tak szybko, że co sezon byłam zmuszona kupować nową parę.

Tym razem postanowiłam być mądrzejsza i postawić na dobre, znane marki, produkujące swoje wyroby z materiałów najwyższej jakości. Wprawdzie kosztuje mnie to wiele miesięcy oszczędzania i chodzenie w tych samych butach przez kolejne 5 lat, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Nie jestem typem, który podążałby za modą lub człowiekiem, który po roku nie może już patrzeć na swoje ubrania, tak szybko mu się one nudzą. Ja jestem z tych, co przywiązują się do dobrego i nie porzucą tego pod wpływem głupich mód czy porywów serca. Kiedy coś się u mnie sprawdzi, mogę tego używać nawet do końca swojego życia.


Tak oto moje przemyślenia i doświadczenie życiowe zaprowadziły mnie do obuwia z wyższej półki. Mój próg, którego jeszcze nie potrafię przekroczyć, to suma 500 zł. Na widok takiej kwoty ręce mi drżą, a przez głowę przelatuje tysiąc myśli, rozważań i porównań. Jest to cena powyżej której nie będę rozważała kupna butów. Najlepiej się czuję w rejonach 200-300 zł, bo mam wtedy uczucie, że kupuję dobre obuwie w cenie w granicach rozsądku. Oczywiście zależy, jaki jest to rodzaj buta, bo o dziwo za sandały jestem w stanie zapłacić 250 zł, ale za baleriny już nie. Zapewne u podstaw tego leżą lata poszukiwania wygodnych sandałów, które to poszukiwania póki co spełzły na niczym. Jedno wiem- wolę chodzić w 10-letnich rozwalających się klapkach, niż kupić kolejne sandały w Deichmannie czy CCC, które będą zalegały w kartonach, nieużywane przez lata. Więcej nie popełnię tego błędu.


Czy stopę, która potrzebuje wygody można nazwać wymagającą? Jeśli tak to mam wymagającą stopę. Mam na niej wszystkie 5 palców, które o dziwo nie mieszczą się w 60% produkowanego dzisiaj obuwia. Czy ludzie rodzą się teraz tylko z 4 palcami u stopy? Czy ludzkie stopy przeszły jakąś tajemniczą ewolucję, która spowodowała ich zmniejszenie się o 1/5? Jeśli nie, to dlaczego producenci wymyślają obuwie, w którym nie mieści się standardowa stopa?

Niestety tak się dzieje. Bardzo ciężko mi znaleźć buty na moją biedną pięciopalczastą stopę. W zapewnienia, że but się rozciągnie, nie wierzę, odkąd kilkanaście par z rzędu postanowiło sprzeciwić się tym zapewnieniom. Gdy but uwiera mnie choćby odrobinę, jeszcze w sklepie, nie wezmę go. Moje doświadczenie pokazało mi, że nie ma co wierzyć w bajki- but jaki jest, taki będzie. Jedynie buty z prawdziwej skóry mogą się rozciągnąć, dopasować do kształtu stopy, ale to i tak będzie co najwyżej kilkanaście milimetrów. Nie ma co wierzyć w cuda, że z 37 zrobi się nam 38. Że podeszwa nagle rozciągnie się nam do szerokości stopy, mimo że ledwo wkładamy ją do środka. Gdy but jest niewygodny na samym początku, najpewniej już taki zostanie do samego końca.

Wiedząc to, muszę być naprawdę wybredna. Kupione 3 lata temu botki New Look nie tylko się nie rozciągnęły, ale nadal pachną sztucznością wyprodukowaną w Chinach. Owszem, większość ubrań i obuwia, nawet drogich i znanych marek, produkuje sie obecnie w Bangladeszu, Tajwanie czy Chinach, ale jeśli używa się do tego porządnych materiałów, jestem w stanie wybaczyć metkę „Made In China”. Byle tylko but był wygodny i oddychał. Jeśli moja stopa powie „TAK” w chwili założenia buta, ja też mówię „tak”.

Oczywiście zdarzały się różne przygody, jak w przypadku sandałów z Deichmanna, które odparzyły mi stopę podczas pierwszego spaceru, ale była to wyłącznie moja wina, gdyż nie doczytałam, że skóra jest tylko na wierzchu buta, który nie ma styczności z moją własną skórą. Nigdy więcej nie popełnię już takiego błędu. Od tamtego nieszczęsnego wyboru dokładnie studiuję metki. Tak samo nie skuszę się na obuwie, które zachwalają inni, bo są modne, jeśli nie są wykonane z naturalnych materiałów. Mówię tutaj o skórze, płótnie czy bawełnie. Nie pogardziłabym również lnem, jako najlepiej oddychającym materiałem. Byłoby to idealne lekarstwo na 30-sto stopniowe upały. Obecnie liczy się dla mnie nie metka, tylko materiał.


Kierując się wygodą i stopniem oddychalności materiału, a także wytrzymałości podeszwy i całości obuwia, stworzyłam listę najlepszych marek obuwniczych w mojej szafie. Większość z nich jest dobrze znana, mimo to pamiętajcie, że do każdej z nich podchodziłam z ograniczonym zaufaniem, za wyjątkiem Ecco, którą wielokrotnie wypróbował wcześniej mój mąż. To właśnie za jego namową przerzuciłam się z tanich sezonówek na drogie obuwie wieloletnie. Jak dotąd nie żałuję. (Również on namówił mnie na kupno okularów solano, które kosztowały swoje, ale idealnie chronią moje oczy nawet w największe upały).


1.   Vagabond- botki sznurowane ABERDEEN- kolor Cognac (Zalando.pl)


Nie bez powodu znajduje się ta marka na pierwszym miejscu mojej listy. Po długich rozważaniach stwierdzam, że botki marki Vagabond są najlepszym obuwniczym łupem w mojej szafie. Kosztowały 279 zł w przecenie, zakupione na stronie Zalando.pl, noszone przeze mnie najczęściej i do wszelkiego rodzaju ubrań- spodni i spódnic, zima i jesienią, a nawet w przedwiośniu.

Na początku nasza wspólna przygoda stała pod znakiem zapytania. Wszystko z powodu ciasnoty w okolicy palców i obcierania na pięcie w lewym bucie. Zupełnie jakby nici były źle zszyte i nierówność powodowała nieprzyjemne ocieranie. Wbrew zasadzie, aby słuchać podpowiedzi dawanych przez stopy zdecydowałam się nie oddawać butów. Były zbyt piękne, z prawdziwej skóry i do tego marka Vagabond. Jakoś zaufałam szwedzkiej jakości, pomimo pierwszych niesnasek z moimi nowymi botkami.

Okazało się, że buty faktycznie się rozchodzą, ale tylko wtedy, gdy są zrobione ze skóry. Prawdziwej, nie ekologicznej. Bardzo szybko, bo już po tygodniu chodzenia, skóra ładnie się dostosowała do kształtu stopy i wrażenie ciasności zniknęło. Pozostało jedynie to nierówne szycie, które spędzało mi sen z powiek. Oddać butów już nie mogłam, bo czasem chodzę koślawo i ocieram czubkiem jednego buta o drugi, dzięki czemu powstała mała, ale widoczna szrama, a raczej otarcie na powierzchni botka. Z tego powodu nie były to już nowe, nieużywane buty. Mogłam spróbować je zareklamować, ale szczerze mówiąc nie miałam do tego głowy. No i chciałam już chodzić w moich ślicznych botkach. Zakupiłam więc zamiast tego zapiętki, które wprawdzie pomogły z obcieraniem, ale jednak spowodowały zmniejszenie przestrzeni na stopy i buty znowu wydawały się za ciasne. Jednak przecierpiałam to z tego samego powodu, o którym pisałam przed chwilą. Po trzech miesiącach chodzenia w zapiętkach zdecydowałam się je wyjąć i stał się cud! Nici się wyrównały i otarcie było prawie niewyczuwalne.

Czasem nadal je odczuwam gdy mam cieńszą skarpetkę, jednak są to buty zimowo-jesienne, więc nie jest to dla mnie duży problem. Najważniejsze, że buty są wygodne i porządnie wykonane. Podeszwa nie tylko sprawia wrażenie niezniszczalnej, ale i taka jest. Mimo, że gruba, to jednak nie jest sztywna i nie utrudnia chodzenia. Skóra jest dobrze naciągnięta i gruba, dzięki czemu nie muszę się obawiać otarć gałęzi, gdy swoim zwyczajem buszuję po lasach i łąkach oraz innych niezbadanych powierzchniach. Środek obuwia jest ocieplany, dzięki czemu na lekkie mrozy buty są idealne. Dopiero przy temperaturze -7 i mniej zaczynam odczuwać zimno. Ale szczerze mówiąc na taką temperaturę nawet najgrubszy but czy skarpeta nie pomoże.

Jedyny minus- ślizgająca się podeszwa. Przy szklanej pogodzie zając murowany. Mogę w nich chodzić po największym śniegu, ale gdy tylko pojawi się lód, pojawia się również obawa o życie. Wówczas wskakuję w inne buty, których opis znajdziecie pod numerem 2.

Botki Vagabond są najlepszym moim zakupem. Tak jak wspominałam nie muszę bać się zadrapań i mogę je założyć na wszelkie wyprawy w dzicz (lasy, pola, łąki, w deszcz i pogodę), gdzie nie chodzi się po chodniku i można zahaczyć się obuwiem o wystające gałęzie. Również sprawdzone jako doskonałe buty na rower, gdy nadchodzi zima i zwykłe buty już nie trzymają ciepła podczas jazdy. Dodatkowo chronią kostki przed zimnem. Buty bardzo wygodne i mimo iż czasem odzywa się tamta nierówność w lewym bucie, dyskomfort mija, gdy ubieram skarpetkę z naturalnego materiału lub skarpetkę zakładam na grube rajstopy. Wzięłabym je na każdą dłuższą wyprawę i bardzo żałuję, że nie miałam ich w Turynie. Nie musiałabym się wówczas obawiać zimnych wieczorów i wędrowania po skałach. Są to buty, które przekonały mnie do marki Vagabond na lata.


-Vagabond baleriny FIMI- kolor apricot- 139 zł. (Zalando.pl)


Niestety, zakup nieudany. Jak już wspomniałam, buty mogą się trochę rozejść, ale jeśli są wykonane z prawdziwej skóry. Moje śliczne balerinki wykonano z materiału i nie dało się ich rozciągnąć. Standardowy rozmiar 37 okazał się za mały. Winię za to rodzaj buta. Baleriny są z reguły butami ściśle przylegającymi do stopy i nie ma tu miejsca na niedobrany rozmiar. Marki Vagabond nie skreślam z powodu tych balerinek, ponieważ moją winą było to, że wybrałam buty z nieznanego mi materiału. Nadal jest to moja marka numer 1.

Buty mogłam odesłać w każdej chwili, mając na zalando 100 dni na zwrot, niestety z powodu ich piękna zastanawiałam się zbyt długo, w związku z czym przeoczyłam termin zwrotu. Balerinki są dobrze wyprofilowane, dzięki czemu dobrze się w nich chodzi, mimo iż są płaskie.


2.   Clarks- botki Minx Judy- kolor taupe lea- 229 zł (Zalando.pl)


Najwygodniejsze buty jakie miałam od wielu, wielu lat. Już przy pierwszym włożeniu wiedziałam, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Jedna z niewielu par butów w moim dorosłych, świadomym życiu, która mnie nie obtarła, bo była idealnie dopasowana do mojej stopy i mojego rozstawu palców. Ta para butów kupiła moją dozgonną wdzięczność i zaufanie do marki Clarks. Obecnie, gdy szukam obuwia dla siebie, zawsze krążę wokół swoich trzech ulubionych marek- Vagabond, Clarks i Ecco. Ostateczną alternatywą jest Wojas. Ostateczną z racji tego, iż producent ten robi twarde obuwie, które najpierw trzeba rozchodzić, a ja wzdragam się przed wybieraniem odcisków i cierpienia za cenę posiadania markowego obuwia.

Ale wróćmy do firmy Clarks. Nie jest to najtańsza marka obuwnicza, która działa w Polsce, jednak wysoko oceniam jakość jej produktów, dlatego wolę poczekać z kupnem butów na zebranie odpowiedniej kwoty, niż iść na kompromis i wybrać choćby Lasockiego. Dodatkowo obuwie Clarks wykonywane jest głównie z naturalnych materiałów, a to jest podstawowe kryterium mojego doboru w przypadku butów. Nieoddychające materiały krzywdzą stopę, a ja nie mogę sobie na to pozwolić.

Co do samego modelu moich pierwszych butów tej marki, mam dwa małe zastrzeżenia. Są to buty zimowe, tzw. śniegowce, ale w bardziej eleganckim stylu. Podeszwa miała być antypoślizgowa, jednak w przypadku oblodzonych chodników nie daje sobie rady. Ubity śnieg tak, choć i w takim przypadku bywało, że noga mi uciekała.

Druga sprawa- buciki wiązane są sznurowadłami, które otaczają całą cholewkę i spotykają się na środku. Obawiam się, że taki sposób wiązania spowoduje ścieranie się skóry podczas zaciskania sznurowadeł. Jest to raczej nieuniknione, gdyż widać gołym okiem, że skóra jest bardziej delikatna, niż w wypadku botków Vagabond i w związku z tym nieodporna na ścieranie. Łatwiej jest więc przerwać skórę zahaczając o patyk, czy właśnie poddając ją systematycznemu obcieraniu.

Botki są ocieplane, podeszwa jest grubsza, nieco przypominająca koturn, dlatego dość dobrze izoluje od podłoża, dzięki czemu utrzymuje ciepło do temperatury – 10 °C. Do tego bardzo wygodne, w związku z czym są idealne na bardzo długie spacery. Zabrałabym je bez żadnych wątpliwości do walizki, gdyby była to jedyna para butów, którą mogłabym wziąć na zimową wycieczkę.


- Sandały Peri Dunes- kolor Black Snake- cena oryginalna 279 zł.


        Nowy nabytek. Odpowiednich sandałów szukałam dobre 10 lat, wciąż zaliczając jakieś wpadki. Albo niewygodne, albo chwiejne, albo obcierające każdą możliwą cześć stopy. Jak wiadomo, latem, gdy panują wysokie temperatury, stopa szybciej się poci i nosząc niewłaściwe obuwie, z nieoddychających materiałów, narażamy ją na różnego rodzaju otarcia. W mojej pamięci pozostało wspomnienie sandałków z czasów, gdy byłam jeszcze nastolatką. Tak wygodnych nie miałam nigdy w życiu. Nosiłam je tak długo, jak pozwoliło na to ich życie. Mogłam w nich przejść najdłuższy maraton i nic się ze stopami nie działo. Mimo iż były z niższej półki cenowej (choć kiedyś nie było tak naprawdę tego rodzaju podziałów- każdy producent szanował swoje imię i produkował naprawdę dobre buty), były prawie niezniszczalne i oddychające. Niestety czasy dobrze wykonanych butów już się skończyły. Teraz trzeba zapłacić krocie za porządny but.

Mam w szafie mnóstwo klapek i sandałów, które okazały się nieudanym wyborem. Część sprzedałam, inne trzymam, choć nie wiem po co. Nadzieja pojawiła się dopiero niedawno, gdy zakupiłam sandałki ze sklepu Clarks. Dostałam na nie 10% zniżki zapisując się do Klubu Premium. Dnia następnego okazało się, że na stronie obuwie.pl mogłabym te sandałki kupić 40 zł taniej, ale pomyślałam, że już trudno, stało się. Wciąż nie mam tupetu, aby przymierzać w salonie, a kupować w Internecie przez pośredników. Może kiedyś J Poza tym szybkość transakcji też się dla mnie liczy, a nie ma chyba szybszego sposobu niż kupowanie w sklepie stacjonarnym.

Moje nowe sandały-klapki może nie są najpiękniejsze na świecie, ale od początku sprawiały wrażenie wygodnych. I przede wszystkim materiał użyty do produkcji tych butów to oddychająca skóra. Jest to dla mnie niezmiernie ważne, ponieważ buty mają mi służyć nie tylko na polskie lato, ale i grecką spiekotę. Nie mogę sobie pozwolić na żadne błędy.

Czy mi się udało tym razem- nie jestem w 100% pewna. Niby wszystko jest w porządku, kiedy idę normalnym tempem, a temperatura utrzymuje się na poziomie 20°C. Jednak gdy wyjeżdżam do Grecji, lub Polskę zalewa fala upałów, czasami czuję lekki dyskomfort, jakby skóra pod stopą nie do końca radziła sobie z odprowadzaniem powietrza.


Jednak znowu winę widzę w sobie. Raczej słusznie- niestety. Myślę, że nie do końca dobrze dobrałam rozmiar. Zaślepiona odpowiednią szerokością obuwia (kiedy wsuwam stopę w sandały, czuję się jak w raju, tak wielki stopień wygody odczuwam)- wreszcie znalazłam wystarczająco szerokie sandały na moje 5 palców- zapomniałam spojrzeć na wysokość w części śródstopia. Pamiętam, że musiałam już raz odesłać buty Clarks, ponieważ sandały były tak niskie, że ledwo wcisnęłam stopę.

W moich nowych wężowych sandałkach przydałoby dołożyć parę milimetrów, abym mogła porządnie wsunąć stopy i żeby idealnie w ten sposób dopasować je do wnętrza podeszwy. A to wszystko dlatego, że wkładka sandałów jest wyprofilowana. Ma to służyć idealnemu dopasowaniu buta do stopy. Niestety przez to, że nie mogę wsunąć stóp odpowiednio głęboko, wzgórki tej wyprofilowanej części układają się nie tam, gdzie trzeba, przez co czasem czuję dyskomfort bliski uczucia obcierania, idąc w upale albo idąc pośpieszenie. Nie pomogło nawet zakupienie rozmiaru pół większego od mojego standardowego. Przy zakupie butów tej marki proszę zwróćcie uwagę nie tylko na szerokość podeszwy, ale i to, jak głęboko możecie bez wysiłku włożyć stopę. Jeśli rozważacie zakup dokładnie tego modelu, który opisuję, zwróćcie uwagę właśnie na to, jak głęboko możecie wsunąć stopę. Jeśli nie dopasujecie stopy do tej wyprofilowanej wkładki, wówczas będziecie narażeni również na uczucie dyskomfortu na pięcie. Innych wad nie widzę. Sandały dobrze trzymają się stopy, nie zsuwają się, nie pieką, nie ślizgają się na płytkach (przydatne w centrach handlowych). Także stopa nie ślizga się po całej powierzchni podeszwy dzięki chropowatej skórze. Chodzi się w nich prawie jak w domowych kapciach. Są leciutko podwyższone, a podeszwa na pięcie lekko zaokrąglona, co ułatwia chodzenie. Po prostu sandały godne polecenia (dla niewysokiej stopy). Nadadzą się idealnie do jazdy rowerowej, bo można je porównać trochę do butów trekkingowych- stopa się w nich nie spoci, nie będzie się ślizgać, paski przytrzymają ją podczas jazdy a porządna podeszwa ułatwi hamowanie i używanie pedałów.
            Sandałki na każdą okazję, moi drodzy :)

 ***************************************************

Wiadomo, że nie każdy but naszej ulubionej marki będzie nam pasował. Każdy but trzeba przymierzyć, a nie ufać ślepo marce, nawet jeśli dobrze ją znamy. Dlatego kupujcie obuwie w salonach lub ze stron internetowych z możliwością darmowego zwrotu. Mi również zdarzyło się odrzucić dwie pary sandałów moich ulubionych, sprawdzonych marek (Ecco i CLarks) z powodu wąskiej partii śródstopia. Musicie pamiętać, że to jest normalne. Kupujecie buty szyte na rozmiar standardowy. Nie zamawiacie ich u szewca po dokładnej przymiarce. Nie skreślajcie sprawdzonego sklepu tylko dlatego, że nie wszystkie rodzaje butów odpowiadają Waszym wymaganiom, ale też pozostawcie w sobie odrobinę nieufności.

Ja obecnie zawsze zabezpieczam się na kilku frontach. Kupuję w Internecie tam, gdzie mogę buty zwrócić, chodzę w nowej parze po mieszkaniu parę dni, zanim zdecyduję się wyjść na dwór, przymierzam w salonie godzinami, kręcąc nosem i przymierzając wszystkie pary na stanie, sprawdzam dokładnie metki, pytam o możliwość zwrotu bądź wymiany i dokładnie przepytuję o warunki zwrotu. Wszystko po to, aby być zadowolona i nie tracić zaufania do ulubionych producentów. Bo dla mnie wystarczające jest, jeśli z każdego typu obuwia, np. botki, czy sandałki, znajdę w swoim ulubionym sklepie choć jedną parę, która będzie idealna (lub prawie idealna), wówczas to świadczy dla mnie o tym, że powierzyłam kondycję swoich stóp właściwemu producentowi. Już mam na oku następne buciki marki Clarks, prześliczne, choć niepraktyczne „balerinki” Evie Buzz http://clarksonline.pl/damskie/buty/clarks-evie-buzz/26117589/Product.aspx

Już sobie wyobrażam, jak będą wyglądały po deszczu. Jednak były wygodne od pierwszego wsunięcia stopy, dobrze się w nich chodziło i do tego są piękne. Potrzebuję tylko znaleźć gdzieś niepotrzebne 279 zł. To jest mój następny cel zakupowy, jako że do szczęścia moich stóp brakuje mi właśnie balerinek. Nie wiem w czym będę chodzić, gdy skończy się lato. Oby trwało jak najdłużej!


3.   Ecco – półbuty – 199 zł


Kolejna marka, do której mam zaufanie. Wierzę, że wykonują swoje obuwie z dobrej jakości skóry, dzięki czemu mam pewność, że moja stopa będzie oddychać. Mój mąż wierzy marce Ecco jeszcze bardziej niż ja, gdyż on dłużej z nią współpracuje. Moje półbuty są pierwszym nabytkiem tej marki, ale już widzę, że będzie to miłość na dłużej. 

Kupione w sklepie stacjonarnym w czasie wyprzedaży półbuty pojechały ze mną do Turynu, chociaż były to buty niesprawdzone. Miałam je na sobie zaledwie dwa razy na krótkich spacerach, więc nie wiedziałam czego się spodziewać na miejscu. Dlatego wzięłam ze sobą na wszelki wypadek sprawdzone botki Wojas. Na szczęście Ecco dały sobie radę ze spacerami tak po mieście, jak i parkach, więc mogę szczerze powiedzieć, że są wygodne. Wprawdzie na tyle delikatne, że widać na nich każde otarcie, jakieś tajemnicze kreski nie wiadomo skąd, ale trzeba pamiętać, że buty służą głównie do chodzenia, a nie do tego, aby ładnie wyglądały.

Podobnie jak to było w przypadku marki Clarks, nie wszystkie buty tej firmy sprawdzą się na moje stopy. Niezbędne jest przymierzanie. Jedna para butów już została odesłana do producenta. Tak bywa nawet z najbardziej znanymi markami. Tego lata w poszukiwaniach sandałek zaszłam i do tego sklepu i owszem, znalazłam wygodną klasyczną parę, jednak cena 449 zł była dla mnie za wysoka. Jednak marka Clarks bardziej odpowiada moim możliwościom finansowym.

Jednak podczas wyprzedaży będzie to jeden ze sklepów, do których zajrzę na pewno w poszukiwaniu bucików, gdy będę w potrzebie. A nawet, gdy nie będę niczego potrzebować. Ecco robi naprawdę przyzwoite wyprzedaże!


4.   Wojas – botki- 249 zł


Po super trójce przychodzi czas na czwarte miejsce. Jest to mój sklep opcjonalny, na wszelki wypadek. Gdy nie znajdę niczego w top-trójce, idę do Wojasa. Nie jest to tak oczywisty wybór jak w przypadku pierwszych trzech marek dlatego, że większość obuwia w tym sklepie jest dla mnie za twarda. Ja nie lubię marnować czasu na rozchodzenie obuwia, a tym bardziej nie lubię cierpieć od odcisków. Dlatego moje buty muszą być miękkie w środku i porządnie wykonane na zewnątrz, aby odporne były na przypadkowe zadrapania i otarcia.

Jeśli jednak moje pozostałe sklepy mnie zawiodą, lub w Wojasie są wyprzedaże, wówczas lubię tam zachodzić, a to z powodu moich botków jesienno-wiosennych. Są nie tylko piękne i wygodne, ale również trwałe. Mają wyższą podeszwę i mały obcasik, dzięki czemu zapewniają wygodę chodzenia i izolację przed zimnem od spodu. Do tego są porządnie wykonane i nie tak łatwo je zarysować. Dlatego pokazuję się w nich i na mieście i na spacerze w lesie, ponieważ się o nie nie boję. Pasują do wszelkich stylizacji i dlatego są bardzo praktyczne. Dodatkowo mają lekko wysuniętą podeszwę przed czubek buta, dzięki czemu chronią go przed uderzeniami i przypadkowymi zarysowaniami. Nie wiem czy Wy też tak macie, ale ja, mijając te wszystkie krawężniki, zawsze w jakiś niechcący uderzę. Mam niezwykły talent do obijania czubków butów, dlatego taka opcja jest dla mnie niezbędna. Dopiero gdy czubek buta jest zabezpieczony, jestem w stanie wydać ponad 200 zł na buty. (Botki Vagabond mają tak samo zabezpieczone czubki). Zwykła płaska balerina nie przetrwa u mnie dłużej niż pół roku. Po tym czasie wstyd mi w takim poobijanym obuwiu chodzić.

Minusem moich botków jest ich wnętrze. Mają lekko zaokrągloną podeszwę od wewnątrz, tuż przy brzegach, dlatego musiałam je rozejść, aby moje skrajne palce (Paluch i mały palec) dobrze się w tych butach czuły. Teraz jest już dobrze i obyło się bez odcisków, jednak w pierwszych tygodniach musiałam te buty nosić na zmianę z innymi. Obecnie mogę w nich chodzić cały miesiąc bez zmęczenia stopy, tak do skarpetki jak i najcieńszej rajstopki. Drugim minusem jest to, że buty farbują od środka. Wszystkie skarpetki mam brązowe na czubkach palców, trochę więc głupio nosić je idąc w gości. Chyba, że macie pewność, że będziecie mogli szybko ukryć stopy w laczkach lub lubicie nosić ciemne skarpetki.

Innych obiekcji nie mam i póki znajdę miękki but w sklepie Wojas w odpowiedniej (pomniejszonej przez wyprzedaż) cenie, kupię taki but bez wahania. Oceniam, że botki zachowają się w świetnej formie nawet 3-4 lata, a może nawet dłużej. Wszystko zależy ode mnie i od pielęgnacji, jaką będę stosować.


5.   Inblu- klapki


Uwielbiam tę markę za klapki, które kiedyś kupiłam. Mają już 10 lat, a ja wciąż w nich chodzę, choć są już okropnie zniszczone i myślę, że w tym roku odleci mi podeszwa. Jednak nie byłam w stanie ich wyrzucić, bo tak dobrze służyły mi na każdym zagranicznym wyjeździe, czy chodziłam po mieście, czy po skałach lub wzdłuż plaży po piasku. Były niesamowicie wytrzymałe i bardzo wygodne. Przeszły ze mną miliony kilometrów przy największej spiekocie. Nawet jeździłam w nich rowerem. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak samo stało się z moimi klapkami. W tym roku kończy się ich życie i nastał czas, abym wreszcie znalazła dla nich zastępcę.

Niestety nie jest to takie proste. Od jakichś 5 lat poszukuję intensywnie sandałków lub klapek o podobnej wygodzie i wytrzymałości i niestety przytrafiały mi się same niewypały. W zeszłym roku kupiłam kolejne klapki firmy Inblu, niestety obcas był tak skrojony, że wystarczyło źle stąpnąć na krzywych płytach chodnikowych, żeby omal nie zwichnąć sobie kostki. (Obecnie noszę je w pracy, chodząc po równiusieńkim linoleum- są bardzo wygodne). W tym roku podjęłam drugą próbę znalezienia klapek Inblu, bo jednak firma ta jest dużo tańsza niż Clarks czy Ecco, nie mówiąc już o Vagabond. Jest to jedyna firma z niższej półki, której byłabym w stanie zaufać.

Jednak tym razem nie znalazłam nic odpowiedniego, bo większość sandałów była na obcasach, a stan mojego kręgosłupa wymaga płaskiego obuwia. A z płaskich modeli spodobał mi się tylko jeden, taki pół elegancki,  jednak zabrakło mi odwagi, aby znów zaryzykować. Miałam tylko jeden strzał z powodu braków finansowych i postanowiłam postawić w tym roku na Clarks. Myślę, że jeszcze wrócę do tych Inblu, które przykuły moją uwagę, gdy tylko znajdę niepotrzebne fundusze.


6.   Converse- sneakersy- 99 zł (Heavy Duty)



Mój nowy wybór dla butów sportowych. Kiedyś zaopatrywałam się w tego typu obuwie w Deichmann, ponieważ miałam ten sklep najbliżej i cieszył mnie duży wybór, a do tego ceny były przystępne, zwłaszcza podczas wyprzedaży. Niestety buty z Deichmanna nie wytrzymały dłużej niż sezon zwykłej, codziennej eksploatacji. A po tym okresie wyglądały tak, że nadawały się do śmietnika. Najczęściej kończyło się to popękanym materiałem, obdartymi czubkami, rozklejeniem podeszwy i nieprzyjemnym zapachem. Niestety z racji braku funduszy musiałam takie zniszczone obuwie nosić dwa sezony, dopóki wstyd było się w nich pokazywać, a stopa mokła przy najlżejszym deszczu.

Obecnie darowałam sobie zaglądanie do tego sklepu. Musiałam więc znaleźć alternatywę. Myślałam o czymś lepszym, trwalszym i wykonanym ze skóry a nie dermy. Początkowo stawiałam na Adidas lub Reebok, jednak w sklepie Adidasa nic nie pasowało na moją wymagającą stopę (za wysoka cholewka na pięcie, wciskająca się w ścięgno), a Reebok odradziła mi koleżanka, gdy po dwóch miesiącach używania puścił szew w podeszwie, a reklamacja nie przyniosła skutku. Zależało mi na dobrych butach, a nie na wykłócaniu się ze sklepem, musiałam więc znaleźć coś innego, może niestandardowego.

Z pomocą przyszedł mi, zupełnie przypadkowo, sklep Heavy Duty, dostarczający obuwia znanych marek. Tak przypadkowo natrafiłam na sneakersy Converse. Nie wiedziałam, że firma Converse produkuje coś więcej niż trampki, więc byłam początkowo nieufna, jednak mój wybór okazał się więcej niż trafny.

Buty wytrzymały 3 sezony nieustającej eksploatacji i dopiero pod koniec życia zaczęły trochę nieprzyjemnie pachnieć (po tym jak je wyprałam) i popękały delikatnie na czubkach. Były bardzo lekkie (idealne na wakacje) i wytrzymałe, wykonane ze skóry. Mogłam w nich chodzić od wiosny, poprzez gorące lato, aż po późną jesień. Brałam je ze sobą na wyjazdy zagraniczne i wszystkie „chodzone” wyjazdy ze względu na wygodę. Przejeździłam w nich niezliczone kilometry, sprawdziły się idealnie na rowerze. Do największych zalet zaliczam niską cholewkę na pięcie, dzięki czemu nie musiałam się bać o swoje ścięgna, nawet gdy w nich biegałam oraz podwyższoną podeszwę, która ułatwiała chodzenie i utrzymanie naturalnej postawy kręgosłupa podczas poruszania. Dzięki temu, że nie były całkiem płaskie, stały się świetnym kompanem na szybkie marsze i wspomniane biegi. Były to moje ulubione buty, a pęknięcie w zeszłym roku na palcu spowodowało ogromny smutek. Tyle razem przeżyliśmy, aż wreszcie przyszedł czas się pożegnać. Choć wciąż mam je w szafie i zakładam je na rower czy spacer po lesie, gdzie nikt mnie nie widzi, to jednak wiem, że to już koniec.


Nigdy nie miałam tak wygodnych butów sportowych (wyczytałam, ze są robione na model butów koszykarskich), dlatego cieszę się, że tydzień po tamtym zakupie wróciłam do sklepu i zakupiłam drugą parę! Sprytna ja! Buty kosztowały niewiele, bo załapałam się na ostateczną wyprzedaż, nie mogłam więc z niej nie skorzystać. Niestety moja druga para jest o pół rozmiaru mniejsza i boję się, że nie znajdzie się miejsca na mały palec, z racji tego, że czubek jest lekko ścięty. Ale mam nadzieję, że mimo wszystko buty będą pasować, bo nie wiedziałabym czym tej marki zastąpić. Nigdy nie nosiłam osławionych trampek All Stars (mój mąż zakupił je niedawno z przeznaczeniem na greckie upały, niestety okazało się, że bliżej im do butów jesiennych niż letnich), ale wiem to, co dla mnie najważniejsze- firma Converse robi świetne buty sportowe. Mała rada- weźcie sobie parę o pół rozmiaru większą, niż zwykle nosicie.

I wiecie co? Przymierzałam ostatnio- tak na wszelki wypadek- buty New Ballance, gdyż słyszałam wiele o ich wygodzie. Niestety, przekonałam się, że każdy ma swoje wymagania, a moich firma New Ballance na pewno nie spełniła. Za wysoka cholewka, jakieś takie krótkie, czułam, że górna część palucha ocierał się o obniżony (lub po prostu za krótki) czubek buta. Szczerze mówiąc po takim pierwszym wrażeniu nie miałam już ochoty prosić o większy rozmiar. Zostanę wierna firmie Converse, jeśli chodzi o sportowe obuwie. Myślę, że to najlepsza decyzja.


7.   Ben Simon- trampki- 44 zł (OfficeShoes)


Kupione przypadkowo na wyprzedaży za niewielką kwotę stały się moim nieodłącznym przyjacielem na wyjazdach do Grecji. Idealne na lato z powodu naturalnego materiały, z jakiego są wykonane. Marka Ben Simon używa płótna do szycia swoich cudownych trampek, a kauczuk służący za podeszwę daje nam pewność, że nasze trampki nie złamią się w pół, gdy dużo w nich chodzimy. Podeszwa jest miękka, dzięki czemu chodzi się jak bez butów, a płótno na górze zapewnia stopom dostęp do powietrza. Jest to szczególnie przydatne gdy wędrujemy w 30 stopniowym upale. Stopy się nie pocą więc nie musimy się obawiać nieprzyjemnych zapachów i obtarć podczas użytkowania. Trampki te skutecznie zastąpiły mi koszmar, który zakupiłam w Deichmannie. O tamtych trampkach mogę jedynie powiedzieć, że strasznie grzały się w nich stopy więc nie nadawały się na lato, poza tym szybko zaczęły przykro pachnieć, więc wyrzuciłam je bez wyrzutów sumienia, mimo iż wyglądały jak nowe w momencie wyrzucania.

Tamta fatalna decyzja spowodowała, że stawiam na naturalne materiały także w przypadku tenisówek, zwłaszcza, że często nosimy je na gołą stopę, co ułatwia powstawanie otarć i odparzeń.

Trampki Ben Simon dodatkowo mają zabezpieczony czubek buta kauczukiem, więc nie muszę się obawiać, że obiję je tak, że będą wyglądały jakbym wyciągnęła je ze śmietnika. Moje trampeczki służą mi już 3 lata i oprócz kurzu wciąż wyglądają jak nowe.

Jednak i tutaj znajdzie się minus. Nie wiem czy jest to wada wszystkich butów tego typu, jednak całkiem płaska podeszwa sprawia, że czuję się jakbym chodziła gołą stopą po chodniku. Powoduje to niemożność szybkiego chodzenia, nie wspominając już o bieganiu. Te buty po prostu mnie spowalniają, stając jakby miały w środku niewidoczne hamulce. Idealne są na wolne spacery, podziwianie miasta, czy 8-godzinny dzień pracy, ale gdy muszę się szybko przemieszczać, wolę założyć moje antywstrząsowe Conversy, niż męczyć się w trampkach. Mogłyby być też ciut szersze, bo czasem czuję niewielki dyskomfort we wrażliwych rejonach, czyli tam, gdzie mogłoby być trochę więcej miejsca na małe palce.

Oprócz tego nie zgłaszam więcej obiekcji. Tenisówki są naprawdę świetne i martwi mnie jedynie to, że sklep Office Shoes zrezygnował z ich sprzedaży, więc nie wiem jak się w nie zaopatrzę, gdy będę potrzebowała nowych. Mała rada- jeśli zamawiacie przez Internet, zamówcie rozmiar większy niż Wasz standardowy. Będą wówczas jak ulał.


8.   HighlandCreek- Kozaki- 149 zł (Deichman)


Ostatnie buty z Deichmanna, jakie kupiłam i te jedne jedyne nie zawiodły mnie. Może dlatego, że ich oryginalna cena wynosiła aż 300 zł. Chociaż jak za kozaki to i tak nie jest to ogromna cena, co kazałoby domniemywać, że nie jest to najwyższa półka. Ale dla mnie najważniejsze jest tylko to, że się sprawdziły i gdybym skusiła się na odwiedzenie Deichmanna, to kupiłabym jedynie buty tego producenta (ale tylko skórzane, wszelkie inne się nie sprawdzą- wiem to z doświadczenia).

Moje kozaki mają porządną podeszwę i są traperami z długą cholewką. Doskonale sprawdziły się na brnięcie w śniegu i na oblodzone chodniki. Gdy było naprawdę ślisko, wyciągałam moje stare, bo chyba 5-letnie kozaki Highland Creek, bo jeszcze mnie nigdy nie zawiodły podczas prawdziwej polskiej zimy. Nie przepuszczają też deszczu. Do tego są wygodne i nienajgorzej wyglądają do spódnicy pomimo trapera. Ale najważniejsze, że dobrze się w nich chodzi, dają ciepło nawet do bardzo niskiej temperatury -15° bo ma gruby traper i ocieplenie wewnątrz. Niestety przy długich spacerach z kolanami w śniegu nawet w tych butach mogą marznąć stopy. Ale myślę, że na bardzo niskie temperatury tylko prawdziwe śniegowce się nadadzą.

Jestem zadowolona z tych butów i gdybym miała okazję kupić trapery HighlandCreek, zrobiłabym to. Buty pomimo lat nadal są w doskonałym stanie, a to moi drodzy należy doceniać. Oczywiście mam na myśli produkty tej firmy wyłącznie z naturalnych materiałów. Te ze sztucznych skór i zamszu będą się zachowywać tak samo jak najtańsze buty. Zatem nie warto przepłacać za inne buty tej marki, jeśli wykonano je najtańszym kosztem. Pamiętajcie o tym i zwracajcie na to uwagę podczas zakupów. Tyczy się to wszystkich marek, nie tylko HighlandCreek.


9.   Timberland- trapery- 6 IN WP SHEARLING BOOT 374 zł (OfficeShoes)


Powodowana panującą na Timberland modę postanowiłam zakupić model Shearling Boots. Miały mi zastąpić kozaki, o których pisałam powyżej i dodatkowo służyć za kalosze, ponieważ był to model nieprzemakalny. Uparłam się na tę firmę, bo usłyszałam gdzieś pozytywny komentarz i sugerując się wysoką ceną, która miała się przełożyć na wysoką jakość, udałam się do sklepu.


I tu zaczął się problem. Nie mogę nic powiedzieć o jakości buta, ponieważ go nie nosiłam. Pamiętajcie, gdy kupujecie cokolwiek, wybierajcie sklepy, które przyjmują zwroty. Office Shoes zgadzał się tylko na wymianę i dawał na to zaledwie 7 dni. 6 z nich myślałam, czy zostawić sobie rozmiar 37,5, czy też wziąć większy. 37,5 był za ciasny, 38 za duży. Mimo to ostatniego dnia pobiegłam do sklepu żeby wymienić rozmiar na większy i zanim się zastanowiłam, czy dobrze zrobiłam, moje prawo do wymiany wygasło. Tak oto zostałam z drogim obuwiem, którego nie mogę nosić, bo przez zbyt duży rozmiar, stopa się wysuwa podczas chodzenia, a to powoduje obtarcia pięt, których nie da się znieść. I pomyśleć, że mogłam wymienić moje nowe trapery na tańszą firmę Caterpillar! Przymierzałam fajne i bardzo wygodne półbuty tej firmy a i sporo dobrego słyszałam o jakości i wytrzymałości obuwia Caterpillar i zamiast zaufać własnemu instynktowi i podpowiedziom moich stóp wybrałam modę. Do dzisiaj tego żałuję.


10.   Lasocki- balerinki- 139 zł (CCC)


Mówiłam sobie wiele razy, że nie będę kupować kiepskiego obuwia z CCC, a mimo to wybrałam się do tego sklepu, bo potrzebowałam niedrogiego, skórzanego, oddychającego obuwia do pracy. Siedząc osiem bitych godzin w butach musimy zapewnić swoim stopom możliwość oddychania. Nie warto iść na ilość, a stawiać na jakość, gdy chodzi o zdrowie. Ta myśl pokierowała mnie do salonu CCC, ponieważ od dwóch osób usłyszałam, że Lasocki jest dobry.

Cóż, nie podzielam tego zdania. Uważam, że Lasocki to buty z niższej półki, za które trzeba płacić jak za półkę wyższą. Po pierwsze wszystkie baleriny jakie przymierzałam były niesamowicie niewygodne. Po drugie, gdy już się zdecydowałam na jedyne buty, które wydawały się wygodne, okazało się w pracy, że nie do końca takie są. Nawet teraz, po miesiącu używania, muszę sobie robić przerwy, ponieważ po paru godzinach (siedzenia!) bolą mnie już małe palce. Nie są to buty na chodzenie na zewnątrz właśnie z racji niewygody. Do tego ich źle wyprofilowana podeszwa utrudnia chodzenie.

Dodatkowo po paru dniach używania (i to nie przez pełne 8 godzin dziennie), środek buta wygląda, jakbym nosiła je przynajmniej pół roku. Niezbyt to dobrze świadczy o jakości buta. Skóra użyta do produkcji moich balerinek jest zbyt delikatna i byle draśnięcie powoduje zadrapania. Są to buty do chodzenia wewnątrz pomieszczeń lub po prostu do siedzenia. Gdy zechcę kupić balerinki do chodzenia po mieście zajrzę do sklepu Clarks. Jestem ciekawa, jak się moje Lasockie zachowają latem, gdy temperatura w pokoju przekroczy 20°C.

Ten jeden raz wystarczył mi, aby pożegnać się z marką Lasocki zanim jeszcze dobrze się poznaliśmy.


11.   Caterpillar- półbuty- ok. 130 zł (OfficeShoes)


Wspominam o nich tylko dlatego, że miałam okazję przymierzyć jedną parę półbutów tej firmy i od razu czułam niesamowitą wygodę. Czuję, że jest to marka dla mnie. Być może będziemy jeszcze mieli okazję się bliżej poznać. Na razie brak mi funduszy na zakup butów tej firmy, jako że jest to wyższa półka. Może podczas wyprzedaży się jeszcze spotkamy.

Oprócz komfortu noszenia ważne jest dla mnie to, żeby buty były bardzo wytrzymałe. A właśnie marka ta specjalizuje się w obuwiu roboczym, chroniącym stopy przed zgnieceniami i innymi niebezpieczeństwami, z którymi można się spotkać pracując na budowie lub przy maszynach, a ja lubię wytrzymałe buty. Gdy się w jakichś zakocham, mogę je nosić nawet 10 lat. Dla mnie nie liczy się moda tylko funkcjonalność. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła wypróbować buty tej marki na ulicy, a nie tyko w sklepie.


12.   Aldo- mokasyny- 80 zł na wyprzedaży


Nie dla wymagających stop. Oczywiście jeśli stopy, które potrzebują wygody można nazwać wymagającymi. Do zajrzenia do tego sklepu zachęciła mnie koleżanka, która kupiła sobie tam dwie pary  botków. Jednak ja wiem, że ona ma bardzo szczupłą stopę i pewne to zadecydowało o sukcesie jej wyboru.

Ja zawiodłam się na moim wyborze, ponieważ buty bardzo obcierały piętę z powodu zbyt wysokiej cholewki w tym rejonie i nawet zapiętki i podpiętki nie pomogły. Dodatkowo cały czas czułam ucisk na górną część śródstopia i po dwóch godzinach siedzenia w nich w pracy musiałam je zzuwać, aby poczuć ulgę. Buty sprzedałam za pół ceny i więcej nie zajrzałam do tego sklepu.


13.   s. Oliver- kozaki- 79 zł (Cropp)


Najgorsze buty wszechczasów. To one przekreśliły ostatecznie sieciówki na mojej liście sklepów obuwniczych. Nie dość, że ścięte były tak okropnie, że palce nie mieściły się zupełnie i nawet mały spacer przyprawiał piąty palec o mdłości, to jeszcze po półtora roku przetrzymywania niemal nie noszonych butów w kartonie, materiał, z którego były wykonane, pokruszył się tak okropnie, jakby był z kartonu. I prawdopodobnie tak było- stwierdziłam to po lustracji pęknięć. Nigdy więcej butów s. Oliver, nawet gdyby kosztowały 20 zł. Chciałam je sprzedać, na szczęście nie było chętnych. Ale bym się najadła wstydu, gdyby komuś obcemu rozpadł się na nodze prawie nowy but!










14.   Zign- botki czarne- 189 zł


Zamówiłam je z zalando.pl i po kilku dniach zwróciłam. Mimo iż skórzane, były bardzo twarde i nie zanosiło się na „rozchodzenie”. Tej firmie mówię „nie”. But sprawiał wrażenie kupionego z sieciówki i wykonanego ze sztucznego materiału. Mimo wyglądu ocenionego przeze mnie na 10 punktów, wygoda zerowa. Ale pamiętajcie, to że jedne buty Was zawiodły, nie znaczy, że cała kolekcja Zign taka będzie. Jednak ja mam już spore doświadczenie w butach niższej kategorii i to doświadczenie podpowiedziało mi, że nie ma sensu próbować nawet drugi raz, nie mówiąc już o trzecim. Może Wy będziecie mieli większe szczęście, zwłaszcza jeśli już macie halluksy o potraficie wcisnąć stopę w nawet najbardziej ścięty czubek.


15.   Linen Mouse- trampki- 53 zł


Planuję kupić. Wykonane z lnu tenisówki, idealne na lato w Grecji. Powstrzymuje mnie tylko obawa przed niedopasowaniem szerokości buta do mojej szerokiej stopy. Sklep internetowy Linen Mouse może mieć małe doświadczenie w produkcji obuwia, jako, że specjalizują się raczej w sprzedaży materiałów, a nie gotowych wyrobów. Brak możliwości zwrotu jest dla mnie granicą ciężką do przejścia, gdy kupuję coś on-line.  Zwłaszcza, gdy chodzi o obuwie. Choć patrząc na moje przygody z timberlandami i wieloma innymi butami kupionymi w sklepie stacjonarnym, z możliwością przymierzenia na miejscu, gdy przy pierwszym prawdziwym spacerze okazywało się, że buty nadawały się raczej dla nic nie czującej lalki, niżeli dla prawdziwego człowieka, moje obawy mogą wydawać się śmieszne. Skoro nie potrafię kupić wygodnych butów w sklepie stacjonarnym , to na co jeszcze czekam? Myślę, że przy następnej wypłacie kwiatowe trampki z lnu wylądują w mojej szafie.

Oto ich strona w razie gdyby ktoś był zainteresowany: http://www.linenmouse.com/buty-i-kapcie-lniane-c-159_328.html

         Jak widzicie każda marka może Was zawieść, więc Wasze wybory zależą tylko od Was. Nie dajcie się omamić reklamom, ani opiniom innych ludzi, ponieważ każdy ma inne potrzeby, a wzorów obuwia jest taka masa, że na 100 % połowa z nich nie będzie dopasowana do kształtu Waszych stóp. Pozostaje próbowanie, korzystanie ze sklepów, które nie kręcą nosem na oddawanie zakupionych towarów (pamiętajcie jednak, że musicie bardzo uważać, bo nikt nie przyjmie od Was towaru, który wygląda na używany), zamawianie przez internet, gdzie możemy towar oddać jak i zamówić za darmo (sprawdzone przeze mnie i godne zaufania- zalando oraz eobuwie) i wybieranie naturalnych materiałów. Nie przekreślajcie marki tylko dlatego, że jeden rodzaj buta okazał się niewypałem, a macie czas i pieniądze, aby inwestować w ryzykowne przedsięwzięcia. Dajcie jej drugą szansę, ale nad trzecią się dobrze zastanówcie. Zawsze miejcie ograniczone zaufanie do nieznanej Wam marki, nawet jeśli 5 osób z rzędu ją Wam poleca. Tylko Wasze stopy powiedzą Wam szczerą prawdę a ich poszepty nigdy nie będą fałszywe. Przede wszystkim zaś- nie kupujcie butów w pospiechu. To najgorszy doradca. Jeśli będziecie podążać za tymi radami, na pewno się Wam powiedzie. Udanych łowów.

      AKTUALIZACJA! (10.08.2016)

      Korzystając z prawdopodobnie ostatnich dni/tygodni wyprzedaży zaopatrzyłam się w kolejne trzy pary butów dobrej jakości. W planach były również nowe Clarksy,na wiosnę, welurowe jasnoróżowe baleriny na płaskiej koturnie, na przecenę których czekałam prawie trzy miesiące i kiedy wreszcie ich cena spadła z 299 zł na 139 zł okazało się, że nie ma mojego numeru. Trzeba się z tym liczyć w przypadku wyprzedaży, bo przecież wiadomo, że taka okazja nie będzie wiecznie na nas czekać. Jeśli jednak Wy lubicie markę Clarks, albo dopiero chcecie ją poznać, lećcie do autoryzowanego sklepu bo teraz kupicie ich obuwie przecenione nawet do 70%. Sandały, które opisywałam wyżej, zakupione przeze mnie w maju, obecnie są do kupienia w cenie 139 zł! Teraz macie niepowtarzalną okazję, aby kupić zazwyczaj drogie obuwie w cenie pomniejszonej tak bardzo, że buty takie można spokojnie porównać do cen obuwia nieprzecenionego w Deichmannie czy CCC. To samo tyczy się innych dobrych marek, jak choćby wspomniane Ecco. Co więcej koniecznie trzeba sprawdzić cenę u producenta, zanim kupicie buty znanych marek na e-obuwie czy zalando, gdyż na e-obuwiu moje różowe/srebrne (wyprodukowane w dwóch opcjach kolorystycznych) Clarksy kosztują 199 zł, a w salonie 139 zł!
       Kolejnym sklepem do odwiedzenia na mojej liście był Ecco, ponieważ koniecznie musiałam sprawdzić czy upatrzone w maju sandałki, w cenie regularnej 459 zł (model TOUCH), zostały w końcu przecenione. 

Tak też się stało i na początku sierpnia, czyli zaledwie parę dni wcześniej niż piszę tę aktualizację, moje wymarzone sandałki zeszły do ceny 229 zł. Sami przyznacie, że to okazja, obok której nie przechodzi się obojętnie. Do tego była pełna rozmiarówka, co równało się niemal z cudem. Ostatecznie kupiłam inną parę, którą też przymierzałam w maju i która dzisiaj wydała mi się wygodniejsza. Sandały (model FLASH) kupione za 199 zł (co ciekawe na stronie internetowej sklepu są droższe, a także model w kolorze brązowym w sklepie stacjonarnym też był droższy), przecenione z 429 zł, wykonane są ze skóry, z dziurkami na pięcie pomagającymi stopie oddychać, są bardzo wygodne i dobrze trzymają się na nodze. Przyjemnie się chodzi spacerkiem, jak i w pośpiechu. Po paru próbach oceniam je już teraz na moje ulubione obuwie letnie.

       Następnym sklepem jaki odwiedziłam, zupełnie przypadkowo, był sklep OfficeShoes. Weszłam tam bez specjalnego celu, a wyszłam z parą materiałowych półbutów Timberland, zakupionych w cenie 129 zł (Hookset ox). 

Sklep ten każdego roku zmienia nieznacznie wariację marek, z którymi współpracuje, a pod koniec sezonu oferuje nam bardzo wysokie obniżki. Jedynym minusem jest brak możliwości zwrotu zakupionego towaru, a na wymianę mamy tylko 14 dni! Jednak obniżki do 70 % brzmią zachęcająco i tak właśnie moją uwagę przykuły wygodne półbuty, przecenione z 329 zł. Wprawdzie po wyjściu ze sklepu i dwóch próbach spacerowych czuję, że będę musiała je trochę rozchodzić ze względu na zbyt wąską okolicę palców, to jednak chodzi się w butach anielsko, zwłaszcza podczas szybkiego spaceru czy biegu, a to przez wzgląd na dobrze wyprofilowaną podeszwę. Małe palce uwierają mnie ledwie wyczuwalnie, co jednak przy długim chodzeniu może stać się uciążliwe, dopóki but się nie rozejdzie. A wiem, że się rozejdzie, bo czuję znaczną różnicę między prawym, przymierzanym butem, a lewym, przyniesionym z magazynu. Ogólnie nasza przygoda, moja i Timberlanda, jest zawsze okraszona jakimś problemem, ale myślę, że ten zniknie bardzo szybko i będę mogła cieszyć się tymi wygodnymi półbutami jeszcze wiele wiosen.

      Ostatnią parą, jaką kupiłam niedawno, była zupełnie niezamierzona para sandałów trekkingowych marki Keen. (Newport H2) Wodoodporne, z osłoną na palce i mocną, górską podeszwą, przydadzą się nie tylko na polskie góry, ale i wojaże zagraniczne, gdzie nie raz nie dwa, aby dojść do ukrytej plaży, trzeba przemierzyć trudne szlaki, gdzie dobrze trzymające się nawierzchni obuwie będzie niezmiernie przydatne. Również nie niszcząca się podeszwa przetrzyma taką wspinaczkę, czego nie można powiedzieć o zwykłych adidasach, które w takim przypadku lepiej zostawmy na poranny jogging lub wieczorny spacer po mieście. Cena sandałów (129 zł) była bardzo zachęcająca, przez co nie zastanawiając się długo, zakupiłam je chętnie i myślę, że nie będę żałować tego szaleństwa (kiedy ja ostatnio byłam w górach?). Sandałki są bardzo wygodne, solidne i porządnie wykonane. Na pewno będą idealną alternatywą dla moich starych butów trekkingowych firmy Garmont, które towarzyszyły mi w wielu wyprawach, nie tylko górskich (podczas zbierania grzybów przydadzą się nieprzemakające buty) i które w ogóle nie noszą śladów używania. Natomiast moje nowe Keeny jadą ze mną na wrześniowe zagraniczne wakacje. To będzie dla nich niespodzianka, także ciiii :)

     To by było na tyle szaleństw. Do zobaczenia na następnych obuwniczych wyprzedażach w następnym roku :)