czwartek, 29 września 2016

Random thoughts about health.



 I'm on a training now and we're having a coffee break right now, involving sweeets and since I am no longer that mind of a person (I hope) I run away from that sinister room, just grabbing quickly two chocolate cookies and an orange juice (sadly not fresh squized). I'm still vulnerable and not self confident enough so I really have to usethis mind of techniques of avoiding chocolate opportunities. Now I'm standing in front of the building, enjoying the autumny weather and decided to share with you some thoughts about eating well and healthy or more accurate how to break up your relationship with sugar addiction.

It's not easy to do it. Only you can motivate yourself but still it won't be easy. Each person has his own way to do things. It was the same with me. I've been trying to cut down on amount of sugary things I've been eating. since I started working in an office. You know this, repitition at work, boredom and nothing ahead of us worth waiting for. Classic reasons to start eating unhealthy snacks. After seven years of treating my body so bad I changed into some chocolate monster. I could eat even two bars a day. I was far (still am), sleepy and with less energy than I used to have. It was high time for changes.

I can't count how many times I tried and how many days I used to achieve this difficult task. It was useless. Then I found the gratest way. I simply had to change my surrounding for a while. I needed a threrapy in completely different enviroment. I knew I would come back to my office. But I had to start somewhere. Luckily my holidays were about to start so I seized the chance. It was perfect time to do something crazy. My therapy cost me 2000 euros plus a smaller payment but it was totally worth it. Besides, it was my holiday so this therapy was a great fun.

My new background turner to be in Spain. I went to Lanzarote for a month, to learn english and spanish, but at the same time work on mywillpower. It was the best opportunity. I planned swimming, walking and many activities. Without spare time it was a great chance I could avoid temptations. Moreover the perfect weather was to help me to succeeded. I had to take a two weeks of unosić pracę but sometimes you have to be a little crazy when it comes to life.

My greatest weaknesses were chocolate and coca cola. First days were difficult. I bought a can of coca cola on my sixth day, right after climbing a very high mountain. I nearly have up the gost. I had not enough water and I craved for a bottle of coca cola. . We rea reached the peak after dark so I wasn't able to buy myself a nice bottle of my favourite drink but I promised myself i had had to do it the very next day. When this day happend I immidiately run to a shop. And after that went for a trio. And even if I really didn't need coca cola,because I wasn't thirsty, but I simply santer to be on a safe side. How stupid I was. But it was all so me.


The same was with chocolate. I always bought some bars just in case, even if I didn't crave for one. It was a bad start, I know. But it was berger day by day. I was too busy to think of chocolate, besides it was too hot to buy it during the trip on a beach or somewhere. Ot would mały straight away. And I like to enjoy Every piece, not to eat it in a hurry. I think that helped me the most.

One day I noticed that it wasn't me whate all that chocolate I bought. It was my husband! The one who always shouted at me for buying too many bars. And When he emptied my stock of food I had to supply firm again. Just in case, again. You are it? A vicious circle. It was time to break that habit.

The first step was small, I couldn't just stop like that. This habitlmaster for seven years! It would be miracle if I just stopped one day. So I just bought two identical bars of chocolate, one for me, one for my husband. I wanted to have my "just in case" bar, without no one to areał it. And you know What? It was it! My husband ate. His bar in two days and głuchy another one (all by himself) but I have mine for a week. It would be longer but in the end I share my with my man. But finally I felt safe. When I have that feeling in me I finally dorn't have to buy next bars. Moreover I found that chocolates I loved before suddenly became too Sweet. In the middle of my trip I found myself sticking only to dark chocolates. And I ate less and less.. Now it's only a piece or two during the day.

Furthermore I completely forgot about coca cola and started to drink juices instead of it. I had to change cola to something more healthy but cointains sugar. In the beginning I drank any juices but then went into dresu ones. When I came back from my trip I was a new person. My eyes didn't spark at the sight of a can of coca cola or a bar of sweet chocolate. When I was in a shop my janda weren't trembling When I thought about chocolate I was going to buy or I didn't rush for milka bar but just passed by indifferently (well, almost).

Now I feel much better. My migrenes.are visiting me less often, I don't have to nap every day and generally I'm more active. i didn'lose much weight but I still like myself better. I think I have to wait some more and I will manage to lose some more. When I came back to my normal life I started to eat slightly more sugar but I am not a sugar dream anymore. I have many hopes for the future. I don't want to go back to my old life, that's for sure. I don't want to change into anti sugar dream either. I'm not going to look for sugar in every food but I'm going to stop eating so much sweets. We don't know What future brings but I have high hopes. I just watch myself, especially at work, but it should be fine. Wish me luck!

P.S. Sorry for all mistakes but I'm writing from my phone. I will correct them some days later.

środa, 28 września 2016

Tracy Beaker Gra w wyzwania/ Jacqueline Wilson



Nie wiem, jak mogłam tak długo patrzeć na tę książkę nieprzychylnym wzrokiem. Kupiłam ją całkiem przypadkiem, w sklepie z używaną odzieżą. Nie wiem nawet jak to się stało. Okładka przecież była niezachęcająca, a nie przypominam sobie, abym czytała opis umieszczony z tyłu. Bo gdybym tak zrobiła, na pewno bym tej książki nie zabrała do domu. Możliwe że był to akurat ostatni dzień wyprzedaży i nic innego nie było w koszu z książkami, a ja koniecznie chciałam coś kupić. Naprawdę nie pamiętam, co się wtedy stało. Cała historia z tą książką była naprawdę dziwna. Przeleżała pół roku na półce pod ławą, gdzie wrzucam różne papierowe śmieci, które czekają na segregację (czasem parę miesięcy) by ostatecznie osiąść na stałe w pudle przeznaczonym na książki. Pudło to kupiłam po przeprowadzce do mieszkania męża, gdy nie wiedziałam gdzie pomieścić tomy zakupione swego czasu w  sklepie second-hand.
Zaraz po zakupie pudła miałam okazję przejrzeć wszystkie używane książki, które kupiłam kiedyś niemal hurtowo i porzuciłam. I właśnie wtedy przyjrzałam się tej konkretnej książce uważniej. To, co ujrzały moje oczy, gdy patrzyłam na okładkę, wreszcie trzeźwym okiem, zniechęciło mnie do tej pozycji kompletnie. Okazało się bowiem, że przez przypadek kupiłam tytuł dla dzieci! Musiałam naprawdę być w amoku, gdy wchodziłam do tamtego sklepu. Kolejne trzy lata książka przeleżała w swoim pudle, ciągle przekładana, gdy otwierało się wieko. Jakoś nie miałam serca, żeby choćby do niej zajrzeć i sprawdzić, co w sobie skrywa. Przecież miałam już 30 lat i nie dla mnie były bajki dla dzieciaków. Byłam przekonana w duszy, że ta książka dokona żywotu w swoim pudle, dopóki jej komuś nie wydam.
 I nagle zdarzył się cud. Znowu pośpiech, potrzeba szybkiej decyzji, planowany na szybko wyjazd, potrzebna książka do samolotu. Nie chciałam się wczytywać w żadną nową książkę, gdyż akurat czytałam jakiś inny opasły tom, a koniecznie chciałam mieć towarzystwo w samolocie i pociągu. „Tracy Beaker” miała być lekka i nieciekawa- idealne towarzystwo na parę godzin podróży. Mogłam bez obaw poczytać trochę, żeby zabić nudę podróżowania, bez obaw, że wczytam się w coś nowego, gdy w domu czekała inna, zaczęta książka.
I nagle szok- parę pierwszych stron i już byłam stracona. Bajka dla dzieciaków okazała się żywą i zabawną opowieścią o życiowych problemach z punktu widzenia dziecka. Coś w stylu „Zwierzeń Georgii Nicolson”, tylko dla trochę młodszych ludzi. Po kilku rozdziałach nie mogłam się sobie nadziwić, że tak długo ta książka musiała czekać na moją uwagę. Była przecież doskonała- szybka, pełna humoru, zabawna w swój oryginalny sposób, niesamowicie wciągająca. I tak naprawdę wcale nie jestem przekonana, czy jest to typowa książka dla dzieci, pomimo licznych nagród dla książek dziecięcych, które otrzymała. Uważam, że śmiało można ją polecić także dla rodziców lub nastolatków. Myślę, że problemy dzieci i nastolatków niewiele się różnią i ta niewielkich rozmiarów książka zabawi nie tylko dzieci, ale i dorosłych, a także tych „prawie dorosłych”. Problemy dziecięce przedstawione są tu naprawdę żywo, aż się nie chce odkładać książki, tak ciekawie Tracy opowiada o swoim życiu. Przemyślenia są pokazane w zabawny sposób, a to, jak Tracy patrzy na świat, jest tak prawdziwe, że wiele rodziców może się nauczyć od tej dziewczynki, jak mają postępować ze swoimi własnymi pociechami, aby w rodzinie panowała harmonia. Oczywiście do pewnych zasad wymyślanych przez dzieci nie można się nagiąć, bo inaczej szybko byśmy zbankrutowali, nie zyskując wcale tym samym miłości dzieci, jak wydawało się Tracy. Ale od tego właśnie jesteśmy my- dorośli, aby umieć oddzielić ziarna od plew, rzeczy istotne z punktu wychowania dziecka i te, które mogą nam tylko pomóc w rozpuszczeniu pociechy, która stanie się źródłem utrapień. Jednak mimo tych wszystkich mądrych i jakże dorosłych spostrzeżeń miło było choć raz ujrzeć te sprawy w krzywym zwierciadle oczu dziecięcych. Jakaż to była cudowna odmiana po latach życia w kręgu sztywnego i rozsądnego dorosłego myślenia!
Jeśli ktoś lubi czytać Georgię Nicolson i tęskni za jej szalonymi pomysłami, śmiało może ją zastąpić Tracy Beaker. Nie będzie tam wprawdzie problemów z chłopakami, gdyż Tracy nie dorosła jeszcze do wieku, w którym się myśli o płci przeciwnej, ale jest niewiele mniej zabawna niż Georgia. Inne są ich problemy z racji wieku, jednak pomysłowość podobna. Naprawdę nie wiem, jak mogłam przez tyle lat sądzić, że książka jest nudna i nie dla mnie. Jest bardzo dla mnie, bo odpowiada mojemu poczuciu humoru, a może nawet przyda mi się w przyszłości, gdy zostanę matką i nie będę potrafiła zrozumieć swojego dziecka. Lub gdy będę chciała zarekomendować mojemu dziecku jego pierwszą książkę, zaraz po bajkach o misiach i księżniczkach.
Jest to doskonała pozycja dla większych dzieci, jak i dla rodziców. Można się uśmiać z małej Tracy i poznać świat dzieci trochę bardziej. Zabawne, jak Jacquelin Wilson trafnie zobrazowała małe i duże problemy dzieci i ich sposób widzenia świata. Książkę czyta się jednym ciągiem. I jednym tchem. I wcale nie przeszkadza trochę dziecięcy język, bardzo szybko można się do niego przyzwyczaić. Nie sposób nie polubić Tracy od pierwszych linijek. I choć trafiłam na drugą część przygód Tracy, nie mogę się już doczekać, aż wpadnie mi w ręce pierwsza część- „Historia Tracy Beaker”. Mam nadzieję, że znajdę ją w Internecie, bo bardzo chcę ją przeczytać i poczuć się znowu trochę w klimatach Georgii, za którą tęsknię już od paru lat. A jeśli nie możesz mieć jednego, musisz sobie znaleźć zastępstwo, prawda? Tracy zaś idealnie się do tego nadaje. Nawet jeśli książka jest zilustrowana typowo dla dzieci, nawet taka trzydziestolatka uśmieje się przy tym żywym dzieciaku, jakim jest Tracy. I nawet jeśli wiem, jak skończy się jej historia, chcę wrócić do jej początków, do momentu, w którym pisała swój dziennik z domu dziecka. Musiało to być jeszcze zabawniejsze niż druga część. Wiadomo jakie dzieci potrafią być okrutne i wygrać z tym okrucieństwem może tylko ktoś obdarzony taką wyobraźnią i odwagą jak mała Tracy.
Doprawdy nie mogę się doczekać tamtej pierwszej części. Gorąco rekomenduję nie tylko drugą część, którą miałam przyjemność czytać, ale i pierwszą, której mogę się tylko domyślać. Ale poznałam już trochę styl Wilson i bardzo chcę poznać wszystkie jej książki, także te dla dorosłych. Chociaż tych ostatnich trochę się obawiam, bo mogą nie być tak obrazowe i żywe jak te, pisane dla dzieci. No ale jak się nie spróbuje… Nie chcę zmarnować kolejnych lat czytając książki, które nie są nawet w połowie tak ciekawe, jak historia Tracy. Już dość zmarnowałam czasu, każąc czekać Tracy Beaker tyle lat w ciemnym pudle. Mój plan na najbliższe tygodnie to przeczytać tyle książek Jacquelin Wilson, ile tylko znajdę. Mówię tak, jak kiedyś, gdy miałam naście lat i gdy umiłowałam sobie jakiegoś autora, czytałam wszystko, co napisał i co leżało na półkach w bibliotece. Czy to nie wspaniałe? Znowu czuję się jak dziecko! I to jest bardzo ekscytujące! Wilson jest cudowną powieściopisarką, jeśli potrafiła mnie cofnąć w czasie do najlepszego etapu mojego życia. Dzisiaj po pracy biegnę do mojej szkoły języka angielskiego. Ostatnio mignęła mi tam jakaś inna książka Wilson. Nie mogę się doczekać, aż wpadnie w moje ręce! Wy też nie czekajcie dłużej i biegnijcie do biblioteki w poszukiwaniu jej książek. Wilson jest tego warta. Już dawno tak gorąco nie rekomendowałam współczesnej i to angielskiej książki! Mam nadzieję, że jest ona też dostępna w polskim przekładzie, dla tych, którzy nie znają angielskiego. Szkoda byłoby przegapić tak świetne książki.

P.S. W poszukiwaniu informacji o autorce dowiedziałam się, że seria o Tracy Beaker jest bardzo znana i na jej podstawie nakręcono film (serial?). Pomyśleć, że tak długo byłam nieświadoma skarbu, jaki trzymałam w swoim pudle z zapomnianymi książkami! Cieszę się, że wreszcie tam zajrzałam!

niedziela, 18 września 2016

Tata rządzi czyli 63 zasady szczęśliwego ojca/ Andrew Clover


„Tata rządzi czyli 63 zasady szczęśliwego ojca” Andrew Clovera jest jedną z najdziwniejszych książek, jakie w swoim życiu przeczytałam. Mam bardzo mieszane uczucie co do tej książki. Co więcej tak szczerze mówiąc to nie wiem o czym tak naprawdę jest i w jakim celu powstała. Czy jest to antyporadnik dla rodziców? Tytuł brzmi jak poradnik, natomiast nie ma w nim żadnych porad, jak wychowywać dzieci. Są jakieś zasady zawarte w tytułach krótkich rozdzialików, ale w większości nie miały one odzwierciedlenia w pokrótce skreślonej opowieści, która prawdopodobnie miała tłumaczyć tę zasadę. Na samym początku Andrew lekko ironizując wyśmiewa te wszystkie poradniki dla rodziców, czasem pisane przez ludzi którzy nie mają własnych dzieci, zatem mniemam, że jego własna książka miała być czymś bardziej pomocnym, co prawdziwie zgłębiłoby tajniki bycia rodzicem i może w jakiś sposób podpowiedziało skonfundowanym rodzicom, co zrobić, żeby z ich latorośli wyrośli dobrzy ludzie. I jak sobie ulżyć w rodzicielstwie. I jak zrozumieć swoje własne dzieci. Miały to być zasady, jakich nauczyły autora jego własne córki. Lecz stwierdzam po przebrnięciu dzielnie przez wszystkie zasady, że albo ja tej książki w ogóle nie zrozumiałam (nie jestem rodzicem), albo jest ona tak chaotyczna i niezrozumiała jak dziecięcy świat.
Ale wiecie co? Ja też kiedyś byłam dzieckiem i całkiem dobrze pamiętam ten etap w moim życiu, ponieważ był najszczęśliwszym okresem mojego istnienia. Dobra, nie pamiętam nic z tego, kiedy byłam małym brzdącem, który dopiero uczył się mówić, ale za to pamiętam doskonale co było później. Co więcej wiele z tego dziecka jeszcze we mnie zostało, więc tym bardziej wydaje mi się, że nie jest trudne zrozumienie dzieci. Trudne jest za to przebywanie z nim 24 godziny na dobę, kiedy nie ma się czasu dla siebie samego, a każdą minutę trzeba poświęcać na zabawę w gry, które każdego dorosłego człowieka zanudziłyby na śmierć. Więc stwierdzam, że chyba bardziej jest to książka o tym, jak to jest być rodzicem, skierowana dla osób, które jeszcze tego nie doświadczyły. I nie znają tego świata chaosu, w jakim żyją dzieci, kiedy wszystko, co znajduje się wokół Ciebie może służyć do zabawy. Są to raczej wspominki ojca i człowieka, który nie chciał być ojcem, niż choćby cień poradnika. Zatem jeśli szukacie złotych zasad jak wychowywać swoje dzieci, nie znajdziecie ich tutaj na pewno, mimo że autor przekonuje, że przekazuje w swojej książce zasady ojcostwa, wszystkie te, o których ojciec powinien wiedzieć. I że ta książka może nauczyć paru ważnych rzeczy. Ale wiecie co? Tych rzeczy nie można nauczyć się z książki, bo każdy inaczej przeżywa wydarzenia i inne nauki z nich pobiera. A przede wszystkim żadna książka nie pomoże człowiekowi wyciągnąć z drobnych spraw, które go otaczają, poczucia szczęścia, bo do tego trzeba mieć otwarty umysł i umiejętność wyciągania z życia tego, co najlepsze. Bez takiej umiejętności zmienimy się w narzekających i zirytowanych ludzi, nawet jeśli przeczytamy tysiąc wspomnień innych ludzi, którzy w rodzicielstwie odnaleźli szczęście.
Książka Andrew Clovera wydaje się właśnie takim zbiorem wspomnień. Ale wspomnień człowieka zirytowanego i niespełnionego w swojej karierze (przynajmniej w tym etapie, o którym pisze). Przez całą książkę przewija się zły humor naszego narratora, od czasu do czasu przeplatany zapewnieniami o szczęściu, jakie odnalazł dzięki temu, że pozwolił się zmusić do bycia ojcem. Są też zapewnienia o miłości, jaką obdarzył swoją partnerkę, matkę swoich dzieci, a jednak wielokrotnie ma się wrażenie, że Andrew wini ją za to, że jego kariera zwolniła tempo (mimo iż światło jego kariery było w tych latach tak nikłe jak poświata słoneczna chowającego się za horyzontem słońca). Szczerze mówiąc dla mnie ta książka jest zobrazowaniem tego, jakie życie staje się nie do zniesienia, gdy pojawiają się w nim dzieci. One kładą kres karierze, znajomym, przyjaciołom, miłości do kobiety, z którą się te dzieci ma i mimo usilnych prób, książka wcale nie pomaga tego zmienić. Ja z tych 63 złotych zasad nie wyczytałam jak to zrobić, aby zmienić swoje nastawienie do nagle zmieniających się warunków życia (chyba, że palenie trawki ma być odpowiedzią na wszystkie problemy). Jedynie znalazłam narzekanie na ciągłe zmuszanie do zabaw, na które nie ma się ochoty i ciągłą irytację, że nie można robić tego, co się chce. Jak dla mnie jest to obraz negatywny i zniechęcający do bycia rodzicem. Ale może właśnie o to chodziło? Żeby pokazać przyszłym rodzicom, na co się decydują i żeby uświadomić im, jak ważny jest to krok, zanim będzie za późno?
Owszem, są tam słowa o miłości, różne zapewnienia, które potem stają się zaprzeczeniem tego, o czym Andrew dalej pisze. Najpierw czytamy o tym, że Grace i Cassady uświadomiły Andrew co jest w życiu najważniejsze, by za chwile przeczytać o tym, jak autor ciągle popala zioło, żeby przetrwać w trudnym życiu codziennych obowiązków, do których zmusiła go żona. W jednym rozdziale czytamy, jak to Andrew kocha swoją Livy, by za chwilę przyłapać go na całowaniu się z koleżanką po fachu czy myśleniem o tym, jak to podnieca go jego sąsiadka. Powiem szczerze, że jeśli tak wygląda umysł każdego faceta, to ja od tej pory wyrzekam się ciekawości tego, o czym i jak myślą faceci. Andrew pokazuje nam jak chaotyczny i pełen sprzeczności jest umysł mężczyzny. Być może także ukazuje nam codzienną walkę męską między prawdziwymi pragnieniami, a tym, co mężczyzna może pragnąć. Andrew Clover pokazał mi, że facet ciągle musi się przywoływać do porządku, bo gdyby nie to, już dawno by zwiał od swojej kobiety, która zmusza go do rzeczy, których on nie chce i od obowiązków narzucanych mu przez życie. Także tych związanych z wychowywaniem dzieci. Być może dlatego tylu facetów miga się od zajmowania się własnymi latoroślami, od uciekania do kolegów, aby tylko nie sprzątać, nie przewijać i nie bawić się z dziećmi, po ucieczkę całkowitą włącznie. Andrew oczywiście został i stanął na wysokości zadania, ale przez całą książką mam nieodparte wrażenie, że ma o to żal do swojej partnerki i że napisał tę książkę właśnie dla niej, żeby pokazać jej, jaką ciężką walkę ze sobą stoczył i jak bardzo powinna mu być za to wdzięczna, że z nią został.
Przez te ciągłe żale człowieka, który musiał zostać w domu i zajmować się dziećmi, bo nie zarabiał na byciu komikiem wystarczających pieniędzy, by utrzymać rodzinę (mimo to uparcie odmawiającym zmiany profesji,) przez wieczne zirytowanie, zmęczenie i upalania się, nie spodobała mi się ani książka, ani bohater. Andrew sprawił, że nawet Livy zmieniła się w wiedźmę, przez co jej też nie mogłam obdarzyć sympatią, mimo iż wiem, że musiała być twarda wobec swojego partnera, jeśli chciała osiągnąć swoje cele. Każda z nas codziennie walczy ze swoim facetem o wpływy i przez to, że są oni uparci jak osły, wszystkie wychodzimy na czarownice z Eastwick. Mimo tej świadomości i tej wiedzy, że kobieta po prostu musi zmuszać faceta do różnych rzeczy, bo inaczej ten kompletnie by się na nią wypiął, nie byłam w stanie polubić Livy za to, jaką stworzył ją autor. Nie wiem czy ta kobieta naprawdę była taką egoistką i demoniczną głową rodziny, ale tak właśnie Andrew ją nam pokazał, co jakiś czas starając się złagodzić ten obraz zapewnieniami o swoim głębokim uczuciu do niej. Ale ja niestety tej miłości nie czułam i jeśli tak wygląda miłość według mężczyzny, to wszystkie jesteśmy stracone.
Zatem dla mnie jest to książka o byciu facetem, o jego problemach, o niezrozumieniu z każdej strony, z jakim mężczyzna musi się zmagać, o wygórowanych wymaganiach, jakie każdy mu rzuca. Jest to książka o przetrwaniu w świecie kobiet (wymagających kobiet). O tym, jak pracuje rozum mężczyzny (jest to obraz niezbyt pochlebny). Jest to także w jakiejś mierze książka o dzieciach, bo dzięki historyjkom z życia wziętym możemy zobaczyć, ile posiadanie dzieci wymaga od nas cierpliwości i poświęcenia. Ci, którzy mają dzieci, prawdopodobnie sami już się tego nauczyli, także ta książka może się jedynie przydać tym, którzy dopiero stoją u progu decyzji, czy mieć dzieci czy nie. Dzięki książce Clovera możemy zajrzeć w sekretny świat dzieci, podpatrzeć w co się bawią i co ich raduje. Zobaczyć ile uwagi wymagają od swoich rodziców i jak bardzo chcą ich wciągnąć w swój kolorowy świat. Ale jednocześnie jest to ostrzeżenie dla osób, które lubią mieć swój wolny czas a myślą o posiadaniu dziecka. Andrew podpowiada im jak ich życie diametralnie się zmieni gdy do rodziny wkroczy nowy członek. Zatem ta książka pomoże nam podjąć tę trudną decyzję i podpowie, byśmy zastanowili się 10 razy zanim tę decyzję podejmiemy.
Oprócz tego jest to książka o narzekaniu na swój los i o paleniu trawki. O zamianie ról w rodzinie i destrukcyjnemu wpływowi tej zamiany na rodzinę. O kłóceniu się o pieniądze i wolność. Innymi słowy- o zakładaniu rodziny i trudnościach, jakie na pewno napotkamy na swej drodze, gdy decydujemy się z kimś zamieszkać i mieć z nim/nią dzieci.
Na początku, gdy czytałam pierwsze rozdziały, które mówiły o tym jak Livy namawia Andrew na dziecko, myślałam, że polecę tę książkę swojemu facetowi. Chciał przeczytać coś ciekawego i wydawało mi się, że ta książka może się sprawdzić w jego przypadku. Uznałam, że „Tata rządzi” jest zabawna i pokazuje prawdziwe życie z punktu widzenia mężczyzny. Jednak w połowie, kiedy Andrew urodziły się już dzieci, stwierdziłam stanowczo, że ten tytuł nie jest dla mojego męża. Po prostu przestała być zabawna w swój początkowy, ironiczny sposób, a stała się chaotyczna i ogólnie nudnawa. Być może winę za to ponosi tłumacz, ale jeśli Andrew Clover jest takim samym komikiem, jaki objawia się między spisanymi jego ręką słowami, to nie dziwię się, że nie zrobił zawrotnej kariery. Książka być może śmieszyłaby dzieci, zwłaszcza gdy autor opisuje obrazki namalowane przez jego dziewczynki lub gdy się z nimi bawi w wymyślone postaci, ale dorosła osoba mogłaby się wyłącznie znużyć. Zwłaszcza taka, która w książce szuka małej ucieczki przed życiem rodzinnym. Bo jeśli sięgnie po „Tata rządzi”, trafi dokładnie do takiego samego świata, przed jakim chciała uciec.

Ogólnie mówiąc Andrew Clover nie zaciekawił mnie. Wręcz irytował swoją postawą wobec żony, ciągłym zmęczeniem i rozdrażnieniem a także wiecznym narzekaniem i obwinianiem innych za to, że coś mu się nie udawało. Takie przyznanie się do swoich myśli, nawet tych najgorszych kiedy udawał przed żoną, że pracuje, a tak naprawdę grał w gry video, wymagała dużej odwagi, jednak ja wciąż nie wiem, po co ta książka powstała. Jakiemu celowi tak naprawdę służyło to obnażanie swojej duszy? Czy to była pamiątka dla dzieci? Tylko czy im by się spodobała wiedza, że ich tatuś tak często był nimi zmęczony i że ich nie chciał? Czy żona, przeczytawszy te wywody, byłaby zadowolona, wiedząc, jak źle ją czasem oceniał? Czy chciałaby wiedzieć, że jej mąż jest w gruncie rzeczy leniwym narzekającym facetem oglądającym się za innymi kobietami? Czy opisy zabaw z dziećmi potrafią ubawić dorosłego? Bo jeśli jest to książka dla dzieci, to za dużo w niej prawdy, by pokazywać ją formującemu się umysłowi. Jak dla mnie jest to tylko biografia spisana językiem innym niż inne biografie, ewentualnie ostrzeżenie dla osób niezdecydowanych przed zakładaniem rodziny. Czy poleciłabym tę książkę? Raczej nie. „Tata rządzi” spodobałaby się ewentualnie kobietom, które lubią mściwe myśli i które lubują się w powtarzaniu sobie: „A widzisz, my też tak mamy! My też nie mamy czasu dla siebie. I dobrze Ci tak, poczuj jak to jest żyć w skórze kobiety!” Tylko czy komuś tak naprawdę jest to potrzebne? Książka powinna służyć relaksowi, tymczasem przy „Tata rządzi” można się tylko denerwować. Zatem dla spokoju Waszej duszy możecie tę książkę pominąć na Waszej liście.

niedziela, 11 września 2016

What Katy did next/ Susan Coolidge

Pisałam niedawno o wyższości klasyków nad książkami współczesnymi, doszukując się w nich morałów i nauk, czyli czegoś, co nie zawsze zawierają nowoczesne książki. Wspominałam wówczas, że klasyki nigdy mnie nie zawiodły i zawsze będę po nie sięgać, bo dają mi nie tylko rozrywkę, ale to coś, o co obecnie trudno w literaturze. O to głębokie porozumienie z autorem, to przywiązanie do bohaterów, których całymi latami nosi się w sercu, te emocje, które wyciskają łzy smutku jak i radości. Zawsze sięgnę po klasyki bez zbędnego zastanawiania się, bo wiem, że są to książki wartościowe w każdym calu. Natomiast nad książką współczesną najpierw się zamyślę, przeczytam streszczenie na okładce, zajrzę do środka, pomiędzy kartki, a i tak nie zawsze taki przegląd wypadnie pozytywnie dla autora.
Jednak tytuł „What Katy did next”, ostatnia część trylogii Susan Coolidge, dziewiętnastowiecznej amerykańskiej pisarki, nie spełnił swojej zwyczajowej roli, którą zawsze przypisywałam tego typu książkom. Zabrakło w niej pomysłu i wydaje mi się, że autorka napisała ją na siłę. Nie wiem co zawierają dwie poprzednie części („What Katy did”- „Po prostu Katy” i „What Katy did at school”- „Co Kasia robiła w szkole”), ale mam wrażenie, że mogą być znacznie ciekawsze. W ostatniej części, bohaterka, Katy Carr stoi u progu dorosłości, ma 16 lat i jest to wiek, w którym mogłaby śmiało wyjść za mąż. Nawet poznajemy jedną z jej przyjaciółek z dzieciństwa, która ma już nie tylko męża, ale i dziecko, zatem łatwo sobie wyobrazić, że trzynastolatka z pierwszej części, w ostatniej zmienia się w stateczną matronę, opiekującą się młodszymi jak i starszymi. A stateczne matrony nie mogą być ciekawe, wierzcie mi.
Zatem poprzednie książki Susan mogłyby dać mi więcej, jako że Katy w ostatniej części trylogii, która to część przypadkowo wpadła w moje ręce, objawia resztki swojej prawdopodobnej, dawnej żywiołowości, obiecując tym samym wiele (a przynajmniej więcej niż dała mi 16-letnia młoda kobietka, choć nie przypuszczam, aby była nawet w połowie tak interesująca jak choćby Ania z Zielonego Wzgórza) jeśli tylko sięgnę po pierwszą część opowieści o Katy Carr. Możliwe, że jeśli się z nią jeszcze kiedyś zetknę, to dam jej szansę, ale nie będę specjalnie wyszukiwać tych dwóch pozostałych i ku wszelkiemu prawdopodobieństwu, ciekawszych części.
Mimo wszystko, bazując na tym, co przeczytałam w „What Katy did next”, nie sądzę, aby trylogia Coolidge była tak porywająca jak „Dzieci z Bullerbyn” czy tak piękna jak „Małe kobietki”. Porównuję te książki nie bez powodu. Mianowicie łączy je to, że były pisane dla dzieci, a nawet bardziej- dla dziewcząt (w przypadku „Małych kobietek” i przygód Katy Carr) oraz to, że zdają się być pisane w podobnym tonie. Mają uczyć przez zabawę. Jednak pisarstwo Susan Coolidge stoi daleko w tyle za Astrid Lindgren czy Luisy May Alcott, daje się to wyraźnie wyczuć. Nawet jeśli Susan ma wiele do przekazania swoim czytelniczkom, to nie potrafi ich zaciekawić na tyle, by jej słuchały.
Dlatego też w ostatniej części mamy ułożoną młodą kobietę, nie zepsutą wielkim światem, miłą i uczynną, a także głęboko związaną z rodziną. Jeśli wcześniej była energiczna i pełna wyobraźni, to obecnie zostało z niej niewiele. Co może spowodować głęboki zawód dziewczętom, które pokochały małą Kasię Carr. Dorastająca młoda kobieta nigdy nie będzie tym samym co dziecko, a przekaz kierowany do dorastających, ale jeszcze dzieci, wpleciony w słowa i czyny człowieka dorosłego, nigdy nie trafi w dziesiątkę. Dzieci nie obchodzą zamążpójście i rodzenie dzieci, czy opieka nad innymi. Dlatego niemal dorosła Katy Carr traci swój urok w ostatniej części i należy już do zupełnie innego świata. Zupełnie jakby była Alicją w Krainie Czarów, której wreszcie udaje się znaleźć wyjście. Po jego przekroczeniu traci prawa do świata, z którego uciekła. Tak samo Katy straciła swoje przywileje trafiania z moralnym przekazem do swoich małych fanek. A podróżowanie po świecie nie przywróci jej tych przywilejów, bo dzieci nie obchodzi Europa, tylko ich własne podwórko.
            Tak oto Susan Coolidge pozbyła się swojego wpływu, jeśli takowy miała, na swoje młode czytelniczki. Zabrała im Katy którą znały i dała w zamian kogoś, kogo nie potrafią rozpoznać. Mnie natomiast, świeżej i nie znającej jej pisarstwa czytelniczce zaprezentowała młodą, podróżująca po Europie ułożoną i miłą kobietę, która śle listy zza morza do rodziny pozostawionej w Ameryce, opowiada historie bez akcji swojej młodej podopiecznej Amy, córce Pani Ashe, która zabrała ją w tę podróż, a cała książka jest tak pozbawiona akcji, jak opowiadania Katy Carr, co do których sama w końcu traci cierpliwość i serce.
Co do współczesnej książki o podobnym charakterze napisałabym, że jest nudna jak flaki z olejem, ale że do klasyków czuję większy respekt, napiszę, że opowieść o Katy mnie nie wciągnęła. Jedyny aspekt godny zainteresowania pojawił się dopiero w środku książki wraz z wkroczeniem na scenę Pułkownika Neda Worringtona, brata Pani Ashe, ale nie sądzę, aby był to temat zdolny zainteresować dzieci, dla których książka była przeznaczona. Ja to zupełnie inny temat (miłośniczka romansów ze mnie). Ale mimo wszystko, powiem wam że to lekka przesada, aby tak długo trzymać swoich czytelników na dystans i kazać im czekać aż do połowy książki na cokolwiek, co przełamałoby nudny schemat grzecznej dziewczyny zwiedzającej kolejne europejskie stolice (a i tak dać im z tego zaledwie dwa czy trzy rozdziały). Uważam, że to naprawdę za dużo, nawet dla tak cierpliwej osoby jak ja.

        Tak naprawdę gdyby nie język charakterystyczny dla czasów, w których pisała Susan, odłożyłabym tę książkę po dwóch czy trzech obszernych rozdziałach. Niewiele się w niej działo i niewiele zostało po dawnym charakterze Katy, którego słaby cień ostał się w jej 16-letnim ciele. Opis podróży był monotonny (mimo, że kocham podróżować, to kiepska byłaby z tych opowieści broszura turystyczna), tak jak opis tego, jak dobrze Katy opiekowała się swoją patronka i jej małą córeczką. Zapewne Susan Coolidge chciała przekonać tym samym swoje czytelniczki, że bycie grzecznym popłaca, bo dzięki temu można zobaczyć świat, ale jeśli tylko temu służyła ta ostatnia część, to nie warto jej było w ogóle pisać. Ostatnie sceny, w których Katy udowadnia, jak dzielnie potrafi walczyć o swoich podopiecznych, czy jak swoją czystością charakteru potrafi podbić nadpsute i ślepe serce, dodaje trochę kolorytu książce, ale jest to wciąż za mało, aby polecić ten tytuł. Wydaje mi się, że odpowiedniejsze do przeczytania będą dwie pierwsze części, bo chociaż ich nie znam, to mam nieodparte wrażenie, że przyniosą znacznie więcej niż ostatnia, napisana bez charakteru część trylogii Susan Coolidge. Tą marną i nie sprawdzoną rekomendacją zakończę post i pozostawię Wam do samodzielnej decyzji czy warto samodzielnie poszukać sensu w „Po prostu Katy” i „Co Kasia robiła w szkole”.

niedziela, 4 września 2016

Rozważna i Romantyczna plus porównanie książek Jane Austen


Dobrze jest od czasu do czasu wrócić do klasyków, starych, sprawdzonych książek, które kiedyś przyniosły nam radość. Niemal pewne jest to, że ponownie znajdziemy w nich ten czar, jaki był naszym udziałem wiele lat wstecz. Autorzy, którzy w przeszłości byli naszymi największymi bohaterami, dzisiaj mogą nam dać tak samo wiele jak kiedyś, wystarczy ich na nowo odkryć. Gdy jesteśmy już znużeni miernotą dzisiejszych artystów, warto sobie od czasu do czasu odświeżyć pamięć i przypomnieć, za co ceniliśmy tamte książki, które towarzyszyły naszemu rozwojowi, gdy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Ja nigdy nie jestem zmęczona dobrą literaturą i nawet gdy znam książkę prawie na pamięć i tak czasem odnajduję w sobie potrzebę powrotu do tych znanych mi doskonale tytułów. Bo gdy znam każdą linijkę dialogu, w którym bohaterowie w swojej dumie i zaślepieniu obrzucają się wzajemnymi oskarżeniami (Duma i Uprzedzenie) lub pamiętam każdy moment, w którym doskonałą w każdym calu książkę rozświetla postać Rhetta Butlera, rycerza i awanturnika w jednym (Przeminęło z wiatrem) to znaczy, że książka zasłużyła sobie na to, abym ją pamiętała. I na pewno na to, aby do niej wracać milion razy.
Tak jest też z powieściami pióra Jane Austen. Są ponadczasowe i zawsze tak samo bawią. Jednak nie należy jej książek mierzyć tą samą miarą, gdyż są nieporównywalne. Niektóre noszą znamiona genialnego talentu, według mojej subiektywnej oceny, inne zaś wydają się być narodzone pod wpływem impulsu lub zwykłej potrzeby napisania kolejnego tytułu, żeby zarobić. Lub po prostu przelać na papier myśli narodzone podczas pisarskiej weny, takie nie do końca przemyślane, nie obrobione późniejszym, dokładnym ich przestudiowaniem. Z tego powodu jedne jej książki są lepsze, inne gorsze, ale każda z nich spisana jest pięknym językiem i dzięki temu bardziej interesująca.
Można się dzięki Jane Austen poduczyć kultury języka i kultury ogólnie, a co za tym idzie- dobrego wychowania. Wszystkie jej tytuły zawierają większą lub mniejszą dozę satyry na morale tamtych czasów (XIX w.) a każda krąży wokół zamążpójścia i korzyści, jakie można wyciągnąć z tego biznesu. I co nas może dziwić w dzisiejszych czasach- często to właśnie mężczyźni, pochodzący ze znakomitszych rodów lecz z jakiegoś powodu cierpiących na niedostatek pieniędzy, patrzyli przyjaźniej na panny z wysokim posagiem, nawet jeśli brakowało wybrankom rozumu. Jane Austen w swoich powieściach bardzo podkreślała wyższą rolę pieniędzy nad rozumem i wychodziła z tego całkiem zgrabna satyra, okraszona dużą dozą miłości, gdy spotykały się dwa równe sobie charaktery.
Już od dawna jestem zakochana w stylu Jane Austen. Po części dzięki temu, że pisze o miłości, moim ulubionym temacie, po części z powodu tej umiejętności opisywania w lekki i zabawny sposób ludzkich przywar. Do tego kwiecisty język czasów, z których autorka pochodzi, dodaje uroku każdej powieści.
Mimo to mam swoich ulubieńców, bo widzę, że mimo ogromnego talentu, Jane napisała tylko jedną powieść, która znacznie przekracza genialnością wszystko inne, co napisała. Mowa tu oczywiście o jej najbardziej znanej powieści, „Dumie i Uprzedzeniu”. Pozostałe jej tytuły nie dorastają do pięt tej pięknej historii i dziwię się czasem, dlaczego ta książka jest tak inna od pozostałych powieści, mimo iż pisana w tym samym stylu, co wszystkie inne i dotykająca tej samej tematyki. Ta książka jest bardziej dorosła, bardziej spostrzegawcza i bardziej romantyczna, a dawka ironii w niej zawarta lżejsza i zabawniejsza od wszystkiego innego, czego tknęła się Jane.
Dzisiaj, kiedy przypomniałam sobie treść dwóch z jej książek, zastanawiam się skąd ta przepaść między „Dumą i Uprzedzeniem” a pozostałymi pozycjami, które wyszły spod jej ręki? Czy była bardziej przemyślana? Czy był to wynik poprawek, jakie wniosła do pierwszej wersji, do szkicu zwanego „Pierwszymi wrażeniami”? Czy bardziej Jane Austen się na niej skupiła? Czy poświęciła jej więcej czasu niż innym? A może fakt, że książka powstała, jak mi się zdaje, na bazie „Rozważnej i Romantycznej”? Z takimi podwalinami „Duma i Uprzedzenie” musiała być sukcesem i to niepodważalnym aż po dziś dzień.
Według mojego uznania tylko „Emma” nosi widoczne ślady talentu, który stworzył „Dumę”. I tylko „Rozważna i Romantyczna”- gdyby tylko włożyć w serce Elinor trochę więcej życia, a ująć to Mariannie i w zamian dać jej choć cząstkę rozsądku Elinor- miałaby szansę naprawdę powtórzyć sukces „Dumy i Uprzedzenia”. A tak pozostały obie tylko tymi młodszymi, mniej utalentowanymi siostrami „Dumy”, mimo iż „Rozważna i Romantyczna” powstała pierwsza. I właśnie tę ostatnią mogę chociaż odważyć się porównać do Dumy, bo chociaż „Emma” również odstawała od pozostałych książek autorki, to jednak w stylu i stopniu dorosłości przemyśleń i spostrzeżeń, włożonych w usta Elżbiety i Jane, nie dorównywała swoim znakomitszym siostrom.
Pozostałe książki Jane, równie miłe i kwieciste, trzeba ułożyć na nieco niższej półce. Są słabsze, mniej przemyślane i mniej dorosłe. Uważam, że nie były podyktowane podszeptami geniuszu, a jedynie potrzebą napisania kolejnych książek. Możliwe też, że na jakości części z nich zaważył brak czasu lub słabe doświadczenie początkującej pisarki. Są o niebo lepsze od tego, co się obecnie wydaje, mimo to są mniej urodziwymi siostrami „Dumy i Uprzedzenia”, „Emmy” oraz „Rozważnej i Romantycznej”. Zwłaszcza „Opactwo Northanger”, pisane, co dziwne, w tych samych latach co piękna „Duma i Uprzedzenie” jest trochę zbyt infantylne jak na pisarkę, która stworzyła czytaną do dziś z takim samym smakiem historię Elizabeth Bennet i Fitzwiliama Darcy’ego, zwanego Panem Darcym. Któż nie kojarzy nazwiska Darcego? Natomiast nikt nie pamięta o Katarzynie Morland i Henryku Tilney, bohaterów „Opactwa”. To dobitnie świadczy o jakości obu książek. Z kolei nawet nie pamiętam o czym były „Perswazje”, podczas gdy wydaje mi się, że pamiętam każdy wers z „Dumy”. Jak ktoś może pisać tak nierówno, raz dając popis niezwykłego talentu, innym zaś razem pisząc poprawnie, ale jednak bez tych emocji, bez tej iskry, bez mocy dotarcia do serca tego samego czytelnika, którego porwała swoją inną powieścią? Tego nie potrafię zrozumieć nawet po latach. Myślę, że to już na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą.
Wracając do sedna sprawy należy tu podkreślić jeszcze jedną ważną rzecz na obronę pewnie już częściowo zapomnianych przez współczesne społeczeństwo książek. Mianowicie to, że klasyki mają niezwykła moc rozwiązywania mojego języka. Tak jak przy innych, współczesnych książkach czasem nie wiem, co napisać, bo nie urodziły się we mnie żadne specjalne wrażenia po zapoznaniu się z ich treścią, tak w przypadku klasyków, nawet czytanych po raz kolejny, zawsze mam coś nowego do powiedzenia. Często bywa tak, że podczas piania postu nie nadążam za własnymi myślami, mimo iż piszę dość szybko. Klasyki zawsze polecę, bo wiem, że nie zawiodą. Za to właśnie je kocham, za tę stuprocentową pewność, że zadowolą każdego. I jak tu się oprzeć chęci czytania ich wciąż od nowa?
Ja nie mam takiej siły w sobie, dlatego, kiedy nadarzyła się okazja, aby przeczytać „Rozważną i Romantyczną” w oryginale, zdecydowałam się od razu. Mimo iż wiedziałam, że ciężko będzie mi przebrnąć przez staroangielszczyznę, to miałam przeczucie, że moja ukochana autorka z czasów dzieciństwa i tym razem mnie nie zawiedzie. Miałam oczywiście rację i spędziłam z Elinor i Marianną wiele wspaniałych chwil, zachwycając się po raz kolejny talentem oratorskim pisarki.
Mimo, że „Rozważna i Romantyczna” nie jest tak porywająca jak „Duma i Uprzedzenie” i nie ma w niej tyle akcji co w „Emmie” czy innych książkach Jane, to stoi ona wyżej na mojej własnej top liście książek tej autorki. Umieściłam ją ponad innymi tytułami (za wyjątkiem „Dumy i Uprzedzenia”), stoi nawet ponad „Emmą”, którą się tak zachwycałam podczas pisania pierwszego postu o Austen. Cenię „Rozważną i Romantyczną” za wyważony język i dorosłe spojrzenie na opisane wydarzenia. Za subtelność spostrzeżeń i stworzenie tak różnych kreacji dwóch sióstr. A nawet za spokojna i rozważną miłość Eleonory do Edwarda Ferrasa. Choć tak daleko im do Elżbiety Bennet i Pana Darcego, zasługują na uznanie za wierność i umiejętność pogodzenia się z losem, aby nie krzywdzić innych. „Emma” musiała przegrać z taką konkurencją.
Co więcej, wprawdzie dopiero po wielu latach i ponownym odczycie, ale zauważyłam wpływ „Dumy i Uprzedzenia” na „Rozważną i Romantyczną”. Może się mylę, może „Duma” powstała jako druga, ale patrząc na to, że „Duma” została wydana pierwsza, a do obu książek autorka wprowadziła poprawki (jak znaczne, tego się nie doczytałam), myślę, że moje podejrzenia mogą mieć w sobie dużo prawdy.
Wydaje mi się, że gdyby nie „Rozważna i Romantyczna”, „Duma” nigdy nie byłaby taka, jaką możemy ją obecnie czytać. Nie byłaby taka piękna, porywająca i doskonała, jaką jest dzisiaj. Te podejrzenia zrodziły się we mnie gdzieś w połowie książki, aby pod koniec stać się niemal pewnością. Zbyt dużo jest zbieżności w obu tych książkach i jestem przekonana, że bohaterowie „Rozważnej i Romantycznej” byli pierwowzorami postaci w „Dumie i Uprzedzeniu”, dojrzewając w umyśle autorki i uzyskując obecne oblicze podczas wnoszenia poprawek do pierwotnego tytułu „Pierwsze wrażenia”.
Jakie to są zbieżności? Otóż na przykład w obu książkach mamy dwie siostry, na których skupia się uwaga autorki, mimo iż rodziny Bennetów i Dashwoodów składają się z większej ilości członków. W obu książkach siostry są bardzo ze sobą związane, mimo że tak różne charakterem. Jeśli tchnąć w Eleonorę trochę więcej życia, mamy Elżbietę. Jane Bennet zdaje się być uosobieniem Marianny, tylko delikatniejszą jej wersją, przeżywającą wszystko w skrytości ducha, pozwalając jedynie Elżbiecie zajrzeć czasem w zakamarki swojej duszy. George Wickham, bezduszny uwodziciel o nienagannych manierach, wyrósł ze swojego młodszego, bardziej niewinnego brata z resztkami skrupułów, Johna Wiloughbyego. W Pułkowniku Brandonie i jego podopiecznej łatwo zauważyć Pana Darcyego i jego nieletnią siostrę Georgianę, uwiedzioną w przeszłości przez Wickhama. Lucy Steel brzmi jak Karolina Bingley, obie zaś mają chrapkę na mężczyzn, którzy byli przeznaczeni dla Eleonory i Elżbiety. Jest tu wiele powiązań między charakterami bohaterów jak i ich historiami, z tym że w „Dumie” wszystko było lepiej i głębiej „narysowane”.
Kiedyś napisałam, że zaraz po „Dumie i Uprzedzeniu” plasuje się „Emma”. Dzisiaj jednak muszę oddać sprawiedliwość Eleonorze i Mariannie. Ich historia była doroślejsza niż historia Emmy Woodhouse. Uważałam kiedyś opowieść o Emmie za lepszą, bo wydawała mi się ciekawsza. Więcej się w niej działo i to mnie przekonało o wyższości tej powieści nad „Rozważną i Romantyczną”. Dzisiaj jednak muszę przyznać z pewną dozą niechęci (nie lubię zmieniać zdania o książkach, które przeczytałam jako dziecko, bo uważałam siebie wtedy za nieomylną jeśli chodzi o utwory i autorów), że ta druga pozycja bardziej zasługuje na miano lepszej, jako że jest lepsza pod każdym względem, bardziej przemyślana, podczas gdy „Emma” służyła prostszej rozrywce i była po prostu ciekawą książką napisaną przez Jane Austen, z jej pięknym językiem.
Jednak postacie w niej zawarte nie były tak przemyślnie wykreowane i nie miały tak głębokich charakterów jak Elżbieta, a zwłaszcza Eleonora. Ta druga przegrywa z tą pierwszą tylko dlatego, że wszystkie inne postacie w „Dumie i Uprzedzeniu” są ciekawsze niż te, które spotykamy w kręgu znajomych Eleonory, jednak ona sama wznosi się nad charakterem Elżbiety Bennet. Eleonora potrafiła na wszystko spojrzeć rozsądnie i widzieć wszystkie odcienie szarości. Mimo iż sama cierpiała za siebie i swoją siostrę, potrafiła wybaczać, nie proszona nawet o to wybaczenie. Natomiast Elżbieta żyła tylko swoimi uprzedzeniami i miłością do siostry, obie zaś te sprawy zaślepiały ją, sprawiając, że była bardziej ludzka i żywa, mniej doskonała ze swoimi wadami. Mimo jednak wyższości Eleonory nad Elżbietą, pokochałam ją bardziej niż Eleonorę, właśnie przez tę niedoskonałość. Była mniej wyidealizowana i dzięki temu bliższa mi, podczas gdy Eleonora ze swoim stoickim spokojem i zrozumieniem mogłaby być aniołem, gdyby dodać jej skrzydła.
Zrobiło się z tego tematu porównanie twórczości Jane Austen, a miało być o „Rozważnej i Romantycznej”. Trzeba tu przyznać, że doceniłam tę książkę tak, jak na to zasługuje, dopiero po latach. W przeszłości działałam bardziej impulsywnie, umieszczając książki na półkach mojej pamięci na świeżo, zaraz po ich przeczytaniu, segregując je bezlitośnie na książki do większej i mniejszej adoracji i takie, po które więcej nie zamierzałam sięgać z powodu braku tego czegoś, tej iskry rozpalającej moją wyobraźnię. Nie sadziłam, że kiedykolwiek w moim życiu zdarzy się taki moment, że będę musiała zrobić inwentaryzację w swojej pamięci i poprzestawiać umieszczone tam lata temu książki na inne półki. Ale Eleonora i Marianna sprawiły, że czuję się do tego zobowiązana. Co więcej, sprawiły one, że nie tylko przeczytam ponownie „Rozważną i Romantyczną” w przekładzie polskim, ale i sięgnę po pozostałe książki Jane. Jestem ciekawa efektu. Zwłaszcza wobec tych tytułów, których prawie w ogóle nie pamiętam. Być może okaże się, że poznam Jane Austen od nowa.
Gdyby nie spokój i opanowanie oraz wyczucie smaku Eleonory oraz prowadzenie narracji z jej punktu widzenia, mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że zbyt mało się w „Rozważnej i Romantycznej” dzieje, aby oddać hołd należny tej książce. Zwłaszcza początek, gdy rodzina Dashwoodów zmuszona jest opuścić na zawsze dom, z którym wiązało się tyle pięknych wspomnień i trafia do Park Cottage pod opiekę Sir Johna Middletona, właściciela majątku. Zanim na scenę wkracza Wiloughby, nie dzieje się nic ważnego, autorka skupia się głównie na rodzinie Middletonów i kręgu ich znajomych, wyśmiewając brak rozumu i zdolności poprowadzenia inteligentnej konwersacji przez kobiety z pozycją i majątkiem oraz brak manier i wyczucia niektórych z nich. Opisywanie sylwetek ludzi tłoczących się wokół głównych bohaterek zawsze dawał ogromne pole do popisu dla sarkazmu Jane Austen.
Również na samym początku daje się odczuć ważność sylwetki Pułkownika Brandona, mimo że znika chwilę po tym, jak go poznajemy. Potem znowu robi się monotematycznie, gdyż cała uwaga autorki skupia się na przeżyciach Marianny związanych z przeżywaniem swojej pierwszej romantycznej miłości. Ratuje tę sytuację Eleonora i jej głębia, opanowanie i przemyślenia na temat sytuacji rodziny oraz nieokiełznany temperament Marianny jako kontrast. Marianna zadziwia swoją żywiołowością, która czasem ją zaślepia, powodując, że nie liczy się ona ze słowami, podczas gdy Eleonora zawsze gotowa jest stać na straży moralności i dobrego wychowania swojej siostry oraz dbać o dobre imię rodziny. Dlatego jej charakter oceniam wyżej niż Marianny, która czasem się zapominała i nie zważała na to, co dyktowało dobre wychowanie, tylko dlatego, że zachłystywała się życiem i każdego zachęcała do tego samego. Łagodność tym razem zwyciężyła w moich oczach z żywotnością.
Jednak to właśnie Mariannie możemy podziękować za to, że akcja wreszcie potoczyła się szybszym tempem, gdy Wiloughby zniknął nagle z pola widzenia, nie wyjaśniając nikomu powodów swojego dziwnego zachowania. Wówczas nie możemy opanować niepokoju,  który wzbudziło w nas jego pożegnanie z rodziną Dashwoodów, zwłaszcza że Marianna nie chciała nikomu wyjaśnić, co ich tak naprawdę łączyło i dlaczego jego wyjazd miał na nią tak mocny wpływ.
Gdy zaś siostry wyjeżdżają do Londynu na zaproszenie Pani Jennings, a Wiloughby nie odpowiada na listy, zaczynamy przeczuwać, że Mariannę czeka lekcja życia, której ta się nie spodziewała, uważając, że życie jest jedną wielką i piękną przygodą, którą mamy obowiązek przeżyć jednym tchem. Gdy na scenę ponownie wkracza Porucznik Brandon, ze swoją sekretną opowieścią, która rzuca nieco światła na dziwne zachowanie się Wiloughbiego wobec młodszej Dashwoodówny, przyłapujemy się na tym, że ciężko nam się oderwać od książki, mimo że jeszcze w Barton, gdy życie Dashwoodów biegło spokojnym, wiejskim rytmem, nie sądziliśmy, że z tej książki da się jeszcze wykrzesać jakąś iskrę.
Jak już wspomniałam akcja nie toczy się tak żywo jak w „Dumie” czy „Emmie”, a nawet „Opactwie”, jednak swoją głębią przykuwa. A także uczy. Uczy tego, że żywiołowość nie zawsze jest cechą pozytywną, gdy serce panuje nad rozsądkiem i nad słowami oraz czynami, których nie potrafimy potem cofnąć. Pokazuje nam, że trzeba nad sobą panować i nie ujawniać światu wszystkich zakątków swojej duszy, ponieważ w razie niepowodzenia, gdy będziemy się chcieli schować w swojej skorupie, wszyscy dookoła będą komentować ten ból, który chcielibyśmy zachować dla siebie, potęgując jeszcze nasze cierpienie. Łatwiej zachować przytomność umysłu w negatywnych sytuacjach, kiedy nikt się nie domyśla, co się dzieje w naszej duszy. Łatwiej utrzymać uśmiech na twarzy, gdy świat nie widzi, jak cierpimy. Tego wszystkiego uczy nas Eleonora.
Jak widać można się z tej książki paru rzeczy nauczyć, jednocześnie relaksując się przy niej dzięki dobrze poprowadzonej narracji i wyszukanemu słownictwu. Dzięki tym dwóm cechom daję książce bardzo wysokie noty mimo braku porywającej fabuły. Jednak fabuła to nie wszystko, potrzebna jest jeszcze klasa, aby mnie pozytywnie zaskoczyć i zapisać się na trwałe na liście moich tytułów godnych poklecenia. A klasy Jane Austen nie można odmówić.

Jeśli więc poszukujecie dobrych klasyków o miłości, polecam Wam każdą z książek Jane, z naciskiem na „Rozważną i Romantyczną”. Zobaczycie, że można ją czytać wielokrotnie bez znudzenia, a po jej przeczytaniu człowiek czuje się jakby trochę tej klasy uszczknął dla siebie. Jest to książka bardzo dojrzała i myślę, że przetrwa następne pokolenia, przekazywana z rąk do rąk. Jeśli więc chcecie mieć w tym swój chwalebny udział, a nie znacie jeszcze tej autorki, biegnijcie do biblioteki, bo gwarantuję Wam, że każda szanująca się biblioteka posiada egzemplarz tej świetnej książki. A gdy już ją przeczytacie, polećcie swojej córce, gdy osiągnie już wiek, w którym będzie potrafiła cieszyć się tą książką jak i całą wspaniałą epoką. Epoką dam i dżentelmenów, epoką, w której żyła i kochała Jane Austen.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Ostatnia szansa/ Marian Keyes


„Lucky me”- pomyślałam sobie, zobaczywszy na półce kolejną książkę Marian Keyes. „Ostatnia szansa” (Last Chance saloon) brzmiała ciekawie i dopiero co skończyłam czytać inną książkę tej autorki pt. „Trzecia strona medalu”. I mimo, iż tamten tytuł nie rzucił mnie na kolana, to jednak stwierdziłam, że całkiem miło spędziłam czas z Marian, więc zasługiwała ona na to, abym sięgnęła po kolejny napisany przez nią tytuł. Poza tym i tak nie wiedziałam na co mam ochotę, więc „Ostatnia szansa” jawiła mi się jako znak- że to właśnie z tą autorką powinnam spędzić kolejny tydzień.
Dlatego przeżyłam szok, gdy już po pierwszym rozdziale mojej świeżo upolowanej książki chciałam ją z płaczem odnieść na miejsce. Tak nudnego rozdziału nie czytałam już dawno. Nawet nie rozumiałam, o czym autorka pisze (Może za słabe były moje umiejętności językowe? Albo autorka naprawdę dała tutaj plamę. Wybierzcie sobie, które wytłumaczenie bardziej Wam odpowiada). To była tragedia- odpychający rozdział naprawdę nie wróży dobrze. Tym bardziej byłam zdziwiona, bo początek „Trzeciej strony medalu” był najciekawszy i obiecywał wiele. Tymczasem tutaj taka klapa. Nie mogłam w to uwierzyć.
Gdyby to ode mnie zależało, odniosłabym książkę natychmiast. Za stara już jestem na to, żeby tracić czas na rzeczy, które nie są tego warte. Jednak byłam już w domu, a angielski miałam mieć dopiero za dwa dni, a właśnie ze szkoły tę książkę przyniosłam. Mimo tej oczywistej złośliwości przeznaczenia, nie zamierzałam się uginać- książka miała wrócić tam, skąd przybyła, nietknięta.
Jednak minął dzień i trzeba było coś robić, a tylko Marian Keyes była pod ręką. Nie uwierzycie, ale ten jeden rozdział zmienia wszystko. Trzeba go po prostu ominąć i tyle. Tak samo należy zrobić z ostatnim. Te dwa rozdziały są jakby wycięte z innej książki i wrzucone nie wiadomo po co. Oczywiście wiem w jakim celu się one znalazły- aby podkreślić przyjaźń trójki przyjaciół, o których jest ta opowieść. Jednak prawda jest taka, że bez tych dwóch rozdziałów, trzeba to szczerze przyznać, książka może się bez problemu obyć.
Bo już od drugiego rozdziału, zaraz po tym dziwnym, nic nie wnoszącym i niesamowicie nudnym wstępie, autorka bierze się za właściwą robotę, czyli opowiadanie historii Katherine, Tary i Fintana. Poznajemy ich bardzo dobrze z opisów, które następują po tym fatalnym wstępie, jak i z ich przygód. Dlaczego więc autorka czuła się w obowiązku, żeby podkreślać na siłę ich stopień ich przyjaźni w tym pierwszych horrendalnie nudnym rozdziale? A gdy powstał już wstęp, musiało być i zakończenie, równie dziwaczne i nudne, jak wstęp.
Te dwa rozdziały, pierwszy i ostatni, brzmią tak samo nie na miejscu i wymuszenie jak w przypadku pracy dyplomowej, spójnej całości, która wynika z badań i obserwacji, które potem okrasza się oderwanymi od rzeczywistości wstępem i zakończeniem, bo tak wypada, bo taka jest formuła pracy dyplomowej. Jednak nie ma sensu podążać za czymś tylko dlatego, że tak wypada. Zawsze trzeba podchodzić z rozsądkiem do reguł ustanawianych przez innych.
Tak samo jak konieczności istnienia owych wstępu i zakończenia w  książce Marian Keyes, nie mogę zrozumieć potrzeby wprowadzania przerysowanej figury Lorcana Larkina, który na dobrą sprawę niepotrzebnie przewija się przez całą książkę, jakby był jakąś znaczącą postacią i niemal do połowy książki zastanawiamy się, co ten człowiek w tej opowieści tak naprawdę robi. Może uciekł z jakiejś innej książki i tymczasowo się ukrywa u Marian Keyes? Potem przestajemy w ogóle zwracać na niego uwagę i dopiero na sam koniec znajdujemy wyjaśnienie jego tajemniczej obecności. I trzeba tu znowu powiedzieć, że jest to obecność nudna, wrysowana na siłę. Nawet jeśli autorka chciała wnieść tę postać po to, abyśmy zrozumieli, jak ogromny wpływ miała na życie jednego z bohaterów, to wystarczyło tylko o Lorcanie wspomnieć, pokazać jego egoizm krótko i zwięźle i wstawić na końcu, tam, gdzie jego miejsce i to na jeden krótki rozdział,. Ciąganie jego postaci po całej książce było bez sensu, tym bardziej, że autorka już dawno dała do zrozumienia, że jeden z bohaterów przeżył w przeszłości dramat, który go ukształtował. Czy trzeba było z tego powodu wciskać na siłę pustą postać Lorcana? Nie sądzę.
Oprócz irytującego Lorcana Larkina i kiepskiego wstępu, porównywalnego na równi z ostatnim, nic nie znaczącym rozdziałem, będącym niemal identyczną kopią pierwszego, książka jest miła. Wiem, że to nieodpowiednie słowo na opisanie rzeczy materialnej, ale jest to chyba najlepsze określenie na tę powieść. Nie ma w niej nic specjalnego, jednak nie jest też nudna czy zła. Ona po prostu jest. Została stworzona dla nas, na umilenie czasu i zrelaksowanie. Opowiada trochę o życiowych błędach, trochę o przyjaźni w obliczu dramatu, a w pewnej części jest to również romans. Wszystkiego po trochu, aby wszystkich zadowolić. Trzeba pamiętać, że historie opisane w tego typu książkach brzmią bardzo podobnie, a to dlatego, że ich cel jest tak samo prosty jak zawartość- służą one dobrej zabawie. I tylko temu. Zapomnijmy więc o głębokich przemyśleniach i życiowych sentencjach. Nie oszukujmy się, powieść współczesna tworzona jest tylko po to, aby zapomnieć choć na chwilę o szarej rzeczywistości i w tej roli sprawdza się znakomicie.
Książka „Ostatnia szansa” jest typem książki na podróż, czy na prezent dla osoby płci żeńskiej. Jest dobra na samotny wieczór jak i podróże autobusem do pracy. Idealna na przeczekanie kolejki u lekarza czy nudnej konferencji, gdy usiądziemy gdzieś z tyłu, gdzie szef nas nie zobaczy. Jest to typowy umilacz czasu. Nic więcej od niej nie oczekujcie.
Książki tego typu, współczesne powieści o wszystkim i o niczym są niemal identyczne. Różni je tylko dawka poczucia humoru. Humor Marian Keyes jest dobrze wyważony, ale i spokojny. Nie znajdziecie tu sarkazmu ani ironii, tylko lekki, opisowy dowcip, którym autorka stara się nikogo nie zranić, a zadowolić wszystkich. Za to znajdziecie tu parę typowych zagrań dla tego rodzaju literatury – paru bohaterów, wokół których toczy się życie w książce, nieudany związek, królewicz z bajki oraz przyjaciel gej. Czasem się zastanawiam czy w obecnym świecie nie da się żyć szczęśliwie, jeśli nie zaliczy się przyjaźni z gejem? Czy może jest to tylko taka angielska rutyna? Ostatecznie dochodzę do wniosku, że w dzisiejszych książkach to norma, wszyscy bowiem chcemy uchodzić za tolerancyjnych. A jak inaczej pokazać to światu, jeśli nie w masowej publikacji?
Na szczęście Marian poradziła sobie doskonale z rozdrobnieniem bohatera i podziałem go na trzy różne postacie jak i z przyjacielem gejem. Życie trójki przyjaciół dobrze się zazębiało i nie brzmiało jak stworzone na siłę. Co więcej życie każdego z nich kręciło się wokół życia dwójki pozostałych i może dlatego tak dobrze się wszystko czytało. Co do przyjaciela geja nie był on standardowym przyjacielem gejem, którego znamy z amerykańskich filmów lub książek, ze zbyt wystudiowanymi manierami, tylko dobrym, zabawnym chłopakiem. Jedyne co go stawiało w świetle typowego spojrzenia na gejów w literaturze i filmie, było zamiłowanie do mody, szybkie zmiany nastrojów (choć było to całkiem zrozumiałe, zważywszy na okoliczności) oraz życiowy partner, Sandro. Empatyczny, kochający, prawie heteroseksualista z zachowania, gdyby nie to, że autorka wyraźnie określiła go homoseksualistą. Dlatego bardzo szybko polubiłam Fintana i wybaczyłam autorce, że koniecznie musiała go stworzyć gejem aby wpasować się w trendy.
Jednak jednego nie mogę jej wybaczyć, mianowicie tak rażącego inspirowania się książką „Przeminęło z wiatrem”. „Ostatnia szansa” nie ma nic wspólnego z dziełem Margaret Mitchell. Po co więc tak kurczowo trzymać się imion znanych z tej pięknej książki? Bo przecież nieprzypadkowo jedna z bohaterek ma na imię Tara, ojciec drugiej nazywa się Butler, a i raz przewija się też Rhett? Cóż, ja też kiedyś chciałam napisać coś równie pięknego jak „Przeminęło z wiatrem”. Nawet mam gdzieś szkic, który stworzyłam naprędce w głowie zaraz po przeczytaniu dzieła Mitchell (nie wiem jak to się stało, ale bardzo przypomina historię Rhetta i Scarlett, tyle że w ujęciu współczesnym), jednak dość szybko zdecydowałam, że brak mi talentu, by zmierzyć się z czymś tak wielkim i ponadczasowym. A „Ostatnia szansa” w niczym nie przypomina powieści Margaret Mitchell. Nie sądzę, aby komukolwiek udało się opisać tak idealnie proces zmieniania się rozpuszczonej dobrobytem kobiety i kształtowania jej na silną pod wpływem wojny. Nie ma więc sensu wtrącać tych wielkich nazwisk w książkę mającą jedynie zabawić.
Jest jeszcze jedna rzecz z kategorii negatywnych, o których chciałabym wspomnieć. Mianowicie przez pół książki towarzyszyło mi bardzo silne odczucie, które kazało mi podejrzewać, że „Ostatnia szansa” była pierwszą lub jedną z pierwszych książek, jakie napisała Keyes. Moje podejrzenia wzięły się nie tylko z opisanej wyżej widocznej inspiracji i wpływu Margaret Mitchell (szkoda, że tylko w nazwiskach), ale i z doboru pozostałych imion. Nie wiem, czy w Irlandii, skąd pochodzi autorka, faktycznie używa się takich imion na co dzień, ale miałam wrażenie, że Marian specjalnie używa wymyślnych nazwisk (Fintan. Lorcan, Tara), żeby podnieść swoją książkę na wyższy poziom. Niestety samymi nazwiskami nie da się osiągnąć sukcesu. Taki wybieg raczej każe nam doszukiwać się piętna początkującego pisarza. Każdy, kto chociaż raz marzył o karierze pisarskiej przechodził na pewno przez gehennę wymyślania imion dla swoich bohaterów. Tych, którzy jeszcze nie zauważyli, że prostota jest kluczem do sukcesu, gorąco namawiam na szukanie innego hobby niż zabawa w pisarza.

Co do samej autorki, myślę, że nasza przygoda skończy się zaraz po „Lucy Sullivan wychodzi za mąż”. Ten tytuł brzmi całkiem interesująco i wabi mnie od chwili, gdy o nim przeczytałam. Myślę, że ma na to wpływ film „Peggy Sue wyszła za mąż”, który to do dzisiaj miło wspominam za to, że tak bezboleśnie przeniósł mnie w moje ukochane lata 60. Czy to naiwność oczekiwać podobnych uniesień od podobnie brzmiącego tytułu? Cóż, mam nadzieję się o tym przekonać. Po Lucy Sullivan nie będę już specjalnie wyszukiwać książek Marian Keyes, ale też nie odrzucę innych, gdy wpadną mi w rękę. Marian nie zasługuje na taki los, ponieważ swoimi książkami zabawiła mnie wystarczająco, aby wypracować sobie u mnie dobre zdanie. Mam nadzieje, że i u Was spotka się z dobrym przyjęciem. Naprawdę sobie na to zasłużyła. 

piątek, 19 sierpnia 2016

Promises, Promises: Be Careful What You Wish For/ Erica James


Nie wierzcie we wszystko, co jest napisane na odwrocie okładek książek. Te wycinki recenzji z gazet często są przesadzone, do tego wklejane są tylko te najbardziej pozytywne. One mogą Was skłonić do zakupu książki, która nie spełni Waszych oczekiwań, ponadto Wasze zdanie będzie się różnić od tego z recenzji. Lepiej opierać się na własnym rozsądku i na streszczeniu, które również znajdziecie na okładce. Jeśli ono Was nie przekona do wyboru, odłóżcie książkę na miejsce, gdyż jest duża szansa, że tytuł nie znajdzie Waszego uznania. Na świecie jest tyle książek do przeczytania, że naprawdę jest w czym wybierać i nie trzeba decydować się na pierwszą lepszą książkę, która wpadnie nam w ręce.
Ja swoje książki kupuję tylko w sklepach z używanymi rzeczami. Szkoda mi wydawać pieniędzy na coś, co zostanie przeze mnie użyte tylko raz. Biblioteki i sieć są skarbnicami dla takich pożeraczy książek jak ja i to mi wystarczy. Nie mam ani środków na kupowanie kolejnych tytułów, ani miejsca na ich składowanie. Jeśli zaś kupuję książkę to tylko dlatego, że jest bardzo ciekawa, zależy mi na jej przeczytaniu, a nigdzie indziej jak na półce w księgarni nie mogę jej odnaleźć. Tak zdarzyło mi się tylko raz i to w dodatku w przypadku książki, która odbierała skrajne recenzje (jedna z części Kronik Ferrinu Katarzyny Michalak).
Innym powodem, dla którego wydaję pieniądze na książki jest nauka angielskiego. I tu przychodzi mi na pomoc sklep z odzieżą używaną. Mogę tam kupić opasłe tomiszcza jak i lekkie, podręczne książki za niewielkie pieniądze. Dlatego nigdy, nawet w przypadku kiepskiego autora, nie żałuję takiego zakupu. Tak było również w przypadku autorki Ericy (Eriki?) James i jej książki „Promises, Promises: Be Careful What You Wish For”. Nie wydałam na nią więcej jak 10 zł I bardzo się cieszę, że była to tak niewielka kwota, bo nie jest to typ literatury, którym bym się zaczytywała.
Wiem, że Erica James jest cenioną brytyjską autorką i powinnam wyżej wycenić jej książkę, jednak po prostu nie potrafię. „Promises, promises” nudziła mnie niemiłosiernie, wielokrotnie odkładałam tę książkę na później, przeczytałam w międzyczasie dwie książki Jaqcueline Wilson i wciąż ciężko mi było wracać do tej obyczajówki.

„Promises, Promises” jest ciepła i zbliżona do życia, ale tak naprawdę była zbyt wyidealizowana jak na kopię rzeczywistości. W tej książce wszystko układa się tak, jak w prawdziwym życiu nigdy by się nie ułożyło. Ciężko więc porównywać ją do realności. Do tego nudni bohaterowie, wszyscy trzej i przeciągająca się historia niezadowolonego z małżeństwa Ethana i skrzywdzonej przez byłego kochanka Elli oraz denerwujące narzekania Maggie, która nie potrafiła postawić do pionu ani dorosłego syna, kopię własnego ojca ani swojego męża, którego uporczywie (i irytująco) nazywała Mr Blobby. Osoby te całe życie chowały głowę w piasek i nagle pod wpływem impulsu zrywają z całym swoim życiem i występują przeciwko tym, wobec których do tej pory nie potrafili podjąć właściwych kroków. I nagle- bach! Dążą do własnego szczęścia nie patrząc na innych i wreszcie odnajdując prawdziwych siebie. Nie, nie przekonuje mnie to. Lubię happy endy, ale ten był usłany zbyt długim wyczekiwaniem, zerową akcją, nudną fabułą i takimi samymi bohaterami.
Szukając informacji o autorce gdzieś wyczytałam, że o książkach James mówi się, że „są jak para wygodnych kapci”. Ale trzeba pamiętać, że kapciom nie poświęca się zbyt wielu myśli. Są, bo są. Służą swojemu celowi, są wygodne i dobrze się kojarzą, ale to wszystko. Tak samo jest z „Promises, Promises”. Ta książka jest, bo jest, ale nie da się jej poświęcić więcej niż jednej myśli. Fajnie, że ją przeczytałam, ale nie mam specjalnych przemyśleń po jej przeczytaniu i właściwie bez żadnych emocji odłożyłam ją na półkę. Na dobrą sprawę ledwo pamiętam bohaterów. Za to pamiętam towarzyszące mi uczucie irytacji, gdy próbowano mi wcisnąć anielski charakter Elli, która do końca broniła się przed uczuciami do Ethana (dość słabo jej to szło, zważając na jej zasady moralne), czy próbę wytłumaczenia postępowania niewiernego męża. Jedynie Maggie była do przełknięcia, kiedy tylko przestała używać tego irytującego przezwiska.
Także przyjaźń między kobietami była ciężka do zniesienia. Zaczęła się nudno, a skończyła mało prawdopodobnie. Przemyślenia Maggie drażniły, a Elli nudziły. Dokładny opis jej pracy doprowadzał mnie do szewskiej pasji, a dokładne podawanie nazw ulubionych utworów bohaterów przypominały mi pierwsze próby pisarskie mojej koleżanki i moje (żadna z nas nie wydała ani jednej książki i świat nic na tym nie stracił). Być może nie potrafię docenić dobrej literatury, w której opisane jest zwykłe życie, ale naprawdę, mimo usilnych starań, nie mogę powiedzieć, abym czuła tę ciepłą atmosferę, która jakoby wpleciona jest w książki James. Jest to książka, o której bardzo szybko zapomnę, a gdy spotkam inny tytuł tej autorki, zastanowię się dwa razy, zanim zdecyduję czy go przeczytać czy nie.
Nie zaiskrzyło między nami i tak już chyba zostanie. Ja potrzebuję od książki większej akcji, czegoś, co by przykuło moją uwagę. Niestety „Promises, Promises” byłaby dla mnie tak samo ciekawa jak opisywanie dzień po dniu moich posiłków. Wydaje mi się, że autorce zabrakło pomysłu na tę książkę i dlatego słaba jest zarówno jako powieść obyczajowa jak i romans. Zawieszenie jej pomiędzy tymi dwiema tematykami niepotrzebnie rozszczepiło historię i tak naprawdę nie było w niej nic wartego przekazania. Jeśli swoją recenzją uraziłam talent pisarski na pocieszenie dodam, że nie jestem profesjonalnym krytykiem i mogę się całkowicie mylić co do jakości książek. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego moje recenzje są tak naprawdę tylko podpowiedziami, co warto przeczytać, a co można pominąć na swojej liście tytułów do przeczytania. Natomiast to Wy musicie podjąć swoje własne decyzje i żyć z ich konsekwencjami. Dlatego pozostawiam Wam decyzję, czy warto poświęcić czas na tę książkę. Ja jestem na nie. Nic się nie stanie, jeśli po nią sięgniecie, jednak ja nie mogę jej polecić. Jeśli w ten sposób stracicie okazję do poznania wspaniałej książki, miejcie pretensje tylko do siebie za to, że słuchacie się nieprofesjonalnego krytyka. I to takiego, który kupił na własność wyśmiewaną przez innych Kronikę Ferrinu J

Pozdrawiam i do następnej nieprofesjonalnej recenzji.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Dziewczyna z pociągu/ Paula Hawkins

Nie lubię, jak ktoś mi mówi, że książka jest bardzo poczytna i każdy ją czyta. Zaperzam się wówczas i staję okoniem, bo mam wrażenie, że ktoś próbuje dokonać gwałtu na mojej wolnej woli i zmusić mnie do przeczytania tego konkretnego tytułu, o którym się mówi. Bo skoro wszyscy go czytają, to i ja powinnam. Czy nie taki jest cel owego chwytu marketingowego? Tego całego pisania na okładkach, że jest to obecnie najbardziej poczytna książka na świecie? Skąd tak naprawdę możemy wiedzieć, że to szczera, niewinna prawda a nie zwykły, dobrze przemyślany i ukierunkowany chwyt marketingowy dokonujący napaści na moją decyzyjność? Wiadomo, nikt nie chce być ostatni, jedyny, który nie zrobił tego, co wszyscy. Gdy dowiadujemy się, że coś nas ominęło, czujemy, że jesteśmy wyrzutkami społeczeństwa, czy pewnej grupy społecznej. Nikt nie chce stać poza nawiasem społeczeństwa więc codziennie czujemy naciski, że musimy robić to, co wszyscy, bo za chwilę zaczną nas wytykać palcami jako odmieńców. Ta presja z zewnątrz powoduje, że szybko chwytamy książkę, którą absolutnie wszyscy już przeczytali (poza nami oczywiście), bo przecież nie możemy dopuścić, abyśmy zostali w tyle za całą resztą świata.
Nie wiem, czy moja teza socjologiczna jest właściwa, ale takie mam wrażenie. Że właśnie tak działają hasła typu: „bestseller”, „najbardziej znana książka”, „x-milionów wydanych egzemplarzy” czy „książka przetłumaczona na wszystkie języki świata”. Nie lubię presji, ani tym bardziej mówienia mi czy wskazywania, co mam robić. Nie cierpię, gdy mi się coś wciska i pcha ku czemuś, czego sama nie znalazłam, do czego sama nie czuję pociągu. Czy jest to próba zmuszenia mnie do zatańczenia z wujkiem na weselu, gdy nie mam nastroju do zabawy, czy też wciskanie mi w ręce poczytnych powieści, które wszyscy powinni (muszą) przeczytać, bo inaczej ominie ich najważniejsza rzecz w ich życiu, zawsze czuję się wtedy jak wciskana na siłę w szufladkę. Szufladkę osoby, która nie potrafi sama podjąć decyzji i poddającą się sugestiom ludzi, którzy wcale mnie nie znają. Uważam, że sama znam siebie najlepiej i żadnej pomocy przy codziennych wyborach nie potrzebuję, chyba że o nią poproszę.
Tak też było w przypadku „Dziewczyny z pociągu”. Zobaczyłam ją leżącą na biurku u koleżanki i zwyczajnie, bez emocji, z niskim stopniem zaciekawienia, charakteryzującym pytania o codzienne, mało istotne rzeczy, zapytałam: „a co to za książka?”. Znacie ten rodzaj pytań, prawda? Spotykamy je codziennie w życiu, gdy pytamy drugą osobę o samopoczucie, bo tak wypada, czy o cenę kilograma ziemniaków na targowisku ot tak, ze zwyczajnej ciekawości. W przypadku drugiego pytania nie zawsze to, co usłyszymy w odpowiedzi, decyduje o tym, czy kupimy towar, o który pytamy. Bo często najzwyczajniej w świecie przyłapujemy się na kupnie ziemniaków u konkretnego sprzedawcy tylko dlatego, że jest pod ręką, a nie z powodu atrakcyjnej ceny towarów, jakie sprzedaje. Po co zatem pytamy? Bo czemu nie? Mamy do tego prawo. A pytając, oczekujemy krótkiej zwięzłej odpowiedzi, a nie nachalnego wciskania towaru.
Znowu wchodzę na tematykę socjologii, ale mam czasem wrażenie, że jest ona ściśle związana z naszym codziennym życiem i wyborami, na czym jak sępy żerują działy marketingu we wszystkich szanujących się firmach. Tak też zapewne jest z domami wydawniczymi. Bo jak inaczej wyjaśnić porywające hasła wrzucane na okładkę i zachęcające do kupna? Owszem, część prawdy może być w listach bestsellerów, ale ja zawsze zakładam pewną dozę niewiary w to, co mi mówią. I bardziej wierzę słowu przekazywanemu pocztą pantoflową niż „faktom”, które wciskają mi wydawnictwa.
Mimo to, nawet jeśli zachęca mnie do przeczytania czegoś najlepsza przyjaciółka, ja zawsze biorę na tę rekomendację swoją osobistą poprawkę. Bo tylko ja wiem, jaka jestem tak naprawdę i czego mi potrzeba. Ja znam swoje wybory czytelnicze najbardziej. I zawsze się dwa razy zastanowię, nim rzucę się na jakąś polecaną książkę. A na pewno nie zaufam opinii drugiej osoby, dopóki nie przeczytam krótkiego streszczenia z okładki albo jednego albo dwóch pierwszych rozdziałów (dziwne to słowa w ustach osoby, która pisze bloga o książkach, wiem, ale ciągle powtarzam Wam, że wybór zawsze należy do Was i uczulam, żeby nie ufać do końca gustom innych ludzi). Dlatego, kiedy w odpowiedzi na pytanie o „Dziewczynę z pociągu” usłyszałam, że KAŻDY ją teraz czyta i że podobno jest dobra, odpowiedziałam zaczepnie „Zobaczymy, sama to sprawdzę”.
Cóż mogę powiedzieć po tym przydługawym wstępie… Nie wierzcie do końca w opinie innych, bo każda z nich będzie subiektywna, ale też nie odrzucajcie od razu możliwości, że ta opinia znajdzie odzwierciedlenie w Waszym własnym umyśle. Bo może się okazać, że polecający ma taki sam gust jak Wasz i właśnie poleca Wam książkę, w której zakochacie się na zabój.
Jednocześnie pamiętajcie, że może się również zdarzyć, że Wasza opinia o książce będzie się nieznacznie lub trochę bardziej różnić od tego, co Wam ktoś powiedział. Nie lękajcie się tego. Macie prawo myśleć to, co się Wam podoba i nie obawiajcie się własnych spostrzeżeń, nawet jeśli macie jakieś wątpliwości co do książki, którą nazywa się bestsellerem. Macie prawo sądzić inaczej niż nakazuje Wam nurt narzucany przez domy wydawnicze. Każdy marketing zawiera w sobie szczyptę manipulacji a Wy macie prawo robić uniki przed tą manipulacją. Po to właśnie zostaliście obdarzeni inteligencją. Zatem jeśli macie swoje własne zdanie o poczytnej książce i macie ochotę je wyrazić, pozwólcie sobie na to. Wasza opinia może pomóc innym spojrzeć na książkę Waszymi oczami i ujrzeć to, czego by w pierwszej chwili nie zauważyli. Wasza opinia może być prawdziwsza i tym samym bardziej pomocna, bo mimo, że subiektywna, jak każda opinia, to jednocześnie bardziej obiektywna niż ta pisana za pieniądze. A zderzające się ze sobą opinie o przeciwnych ogniwach pomogą wyciągnąć średnią z prawd i półprawd i pokazać światu tak plusy jak i minusy poszczególnych tytułów.
Opowiadam o tym, ponieważ to mnie spotkało podczas czytania „Dziewczyny z pociągu” Pauli Hawkins. Mimo sceptycyzmu dałam jej szansę i dostrzegłam pozytywy, które inni w niej widzieli, ale też moje oczy pozostały otwarte na różne aspekty tej prawdy. Na własnej skórze poczułam, dlaczego ta książka jest taka poczytna, ale i nie zamknęłam oczu na socjologiczne podłoże, z powodu którego ten tytuł jest przekazywany z rąk do rąk. Ujrzałam jej mocne i słabe strony i postanowiłam o nich opowiedzieć, aby każdy, kto szuka pomocy i o nią pyta, znalazł odpowiedzi na zadawane pytania, nie czując jednocześnie przymusu i widząc zarówno rzeczy, które mogą go do tej książki przyciągnąć, jak i te, które mogą go odpychać.
Stąd też mój długi wstęp. Nie jest to zwykłe lanie wody, aby stworzyć długiego posta. Ludzie nie tego oczekują, gdy szukają na szybko odpowiedzi. Jednak ja czułam się w obowiązku odkryć parę technik socjologicznych, jakie zastosowano wobec nas w przypadku tej książki. Chcę, żebyście podeszli do tego tytułu z pełną świadomością, że zostaliście w pewien sposób zmanipulowani, bo zasiadając z tą wiedzą do czytania, nic Wam już nie przeszkodzi w odbiorze książka Pauli Hawkins.
Zatem przede wszystkim chciałam zauważyć, że choć niekiedy jestem prosta i daję się ponieść równie prostym żądzom, to uważam, że czasem człowiek potrzebuje takich bodźców, żeby poczuć, że żyje. Nasza szara egzystencja musi być poprzetykana emocjami, a dla mnie jedną z najbardziej ekscytujących rzeczy w życiu (uwaga, zaraz się dowiecie jaka jestem nudna!) jest to, kiedy nie mogę się oderwać od książki i wprost pożeram ją, słowo za słowem. Nawet jeśli powodem do tego są jeszcze prostsze ułomności ludzkiego umysłu, jak chociażby gotowość do popełnienia zbrodni, aby ukryć kłamstwa i uciec od odpowiedzialności. Dlatego pozwoliłam sobie wczytać się w powieść Pauli Hawkins bez wyrzutów sumienia i szybko poczułam tę ekscytację, która cechuje najwyższy stopień ciekawości. Nie byłam w stanie przerwać czytania, a moje policzki pokryły się wypiekami. Nie mogłam skupić się na rozmowie i odsyłałam wszystkich, którzy chcieli ze mną porozmawiać, bo tak bardzo pragnęłam się dowiedzieć, co znajdę na następnej stronie. I choć wiedziałam, że ta książka nie jest fenomenem, a tylko dobrze opowiedzianą prostą historią; mimo świadomości że ulegam manipulacji związanej z zaspokajaniem najprostszych ludzkich żądz, to jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia. Najważniejsza była ekscytacja, jaką czułam podczas czytania. Ale myślę, że najlepiej to zrozumiecie, gdy wrócę do początku mojej historii związanej z książką Hawkins.
Zacznę więc od tego, że nie wiedziałam o czym jest „Dziewczyna z pociągu” (gdybym wiedziała, że jest to thriller, prawdopodobnie bym jej nie pożyczyła, gdyż nie lubię czegoś, co z fikcji łatwo może stać się rzeczywistością; nie lubię, kiedy książki przypominają mi, jaki świat jest zły), nie nastawiałam się na nic (oprócz nieodpartej chęci odarcia z niej mitu niesamowitej poczytności, aby potem móc wcisnąć wydawcom z powrotem w kłamliwe, nastawione na zysk usta ich własne manipulujące deklaracje, których jedynym celem miało być napełnianie im kabzy) i nie mogę powiedzieć, aby sam początek był wchłaniający niczym trąba powietrzna, zabierająca po drodze wszystko, do czego się zbliży. Nie, nie było tak. A jednak było w tej książce od początku coś niepokojącego, jakieś dziwne, krążące nad główną bohaterką widmo jakiegoś zła. Które się wydarzyło, lub miało się wydarzyć. Może dlatego od pierwszego rozdziału, mimo spokojnego toru myśli autorki, nie byłam w stanie odłożyć tej książki.
Otumanione alkoholem i zmęczeniem życiem spostrzeżenia Rachel Watson, głównej bohaterki, która nie potrafiła pogodzić się z rozstaniem z mężem, miały w sobie jakiś taki magnetyzujący, przyciągający mrok. To one, mimo iż niektórym mogą się wydawać męczące i nużące, utrzymały mnie na tyle długo, aby dotrwać do momentu, kiedy naprawdę coś się dzieje. Niby czytamy tylko niekończące się żale Rachel, zastanawiając się w duchu kiedy kobieta wreszcie przestanie oglądać się na przeszłość i weźmie się w garść, to jednak cały czas towarzyszy nam dziwne napięcie, jakbyśmy czuli w powietrzu, że coś złego się wydarzy.
I myślę, że tym głównym elementem przemyśleń głównej bohaterki, który zatrzymał mnie przy książce, była kupka ubrań, leżąca przy torach. Wówczas moja wyobraźnia zaczęła działać i wiedziałam już, że bardzo chcę się dowiedzieć, co się stało w książce. Przetrawiłam więc Jess i Jasona, parę nieznajomych, których Rachel widywała z okna przemykającego pociągu oraz rozmyślania na temat domu, w którym kiedyś zamieszkiwała ze swoim mężem, a teraz był siedzibą kogoś innego. Zniosłam jej spostrzeżenia na temat współpasażerów, owiane poalkoholowym otumanieniem. Bo wiedziałam, że coś się czai w mroku, że ta kupka ubrań coś sugeruje, że coś się za tym wszystkim kryje. I to tajemnicze coś, ta niedopowiedziana obietnica sprawiła, że musiałam zostać wierna książce Pauli Hawkins, mimo iż początek nie był do końca tak pasjonujący, jak powinien być początek najpoczytniejszej książki ostatniego roku.
Pomimo tych uwag lekko naszprycowanych ironią muszę przyznać, że nawet moja inteligencja i nakierunkowany wieloletnimi wyborami czytelniczymi smak nie obroniły mnie przed czerpaniem przyjemności z prostych ludzkich żądz, zaspokajanych przez bestsellery i poczytne tytuły, które codziennie wciska się nam za pomocą Internetu. Wiem, że pomysł miał swoje źródło w jakiejś tam żądzy przebicia się i późniejszego zysku, że próbowano wcisnąć w tę książce wiele zagadek mających budować napięcie. Zdaję sobie sprawę, że nie ma w niej głębszych przemyśleń a jedynie korzystanie z ludzkich przywar, będących studnią bez dna dla pisarzy bestsellerów, a jednak pozwoliłam się tej prostej rozrywce serwowanej w thrillerach wciągnąć. Nic mnie przed tym nie obroniło, choć wiedziałam, że jako smakosz książek nie powinnam dać się ponieść tej nowej fali czytelnictwa wyprodukowanej przez książki pisane dla mas.
Ale prawda jest taka, że ja dam szansę każdej książce, nawet takiej służącej wyłącznie rozrywce. Bo chyba właśnie taka jest „Dziewczyna z pociągu”. Wprawdzie pod koniec oddajemy się krótkim rozmyślaniom na temat zwyrodnienia ludzkiego umysłu, ale tak naprawdę ta książka nie przynosi nam żadnej wiedzy, której już byśmy nie posiadali i nie uczy niczego. Nie jest to książka głęboka, a jedynie opowieść oparta na ludzkich słabościach, poszukiwaniu czegoś lepszego, co z oddali zawsze wydaje się nam bardziej atrakcyjne. Na zachowaniach ludzkich w obliczu odkrycia, że porzuciło się coś, co kulało, by ostatecznie zyskać dokładnie to samo za cenę zniszczenia czyjegoś życia.
I myślę, że właśnie bazowanie na ludzkich słabostkach powoduje, że książki, które o tym traktują, cieszą się ogromną popularnością. Lubimy czytać o tym, że inni są źli, bo to sprawia, że czujemy się lepsi i zapominamy o własnych ułomnościach. Dodatkowo daje to nam dreszczyk emocji, który jest cieniem tego, co musi odczuwać zbrodniarz w momencie dokonywania zbrodni. Dzięki temu możemy poczuć adrenalinę, nie robiąc niczego złego. A wszyscy lubimy czuć adrenalinę, bo daje nam to poczucie korzystania z życia pełną parą. Dlatego ciągnie nas do krzykliwych tytułów w gazetach, które opisują przeróżne zbrodnie, bo dzięki temu możemy być na miejscu wydarzeń i czuć najwyższe emocje, jednocześnie stojąc na tyle daleko od nich, żeby czuć się bezpiecznie. Jakże więc oprzeć się pokusie przeczytania „Dziewczyny z pociągu”, kiedy za drobne 30-40 zł możemy sobie kupić zastrzyk adrenaliny, którego tak potrzebujemy w życiu?
Ja też nie jestem ideałem. To prawda, że cenię sobie książki, które mają coś głębszego do przekazania, jakąś naukę czy wartościowe przemyślenia. Ale jednocześnie wiem, że mnie również cechują te same słabości, którymi obdarzeni są inni otaczający mnie ludzie i również ulegam prostym podnietom. Zatem sięgam również po książki proste, masowe, współczesne. Dlatego przeczytałam książkę Pauli Hawkins jednym tchem, w jednym dniu i muszę polecić ją dalej właśnie ze względu na to, jak dobrze się ją czyta. Nie uświadczycie tam zbrodni doskonałej w stylu kryminałów Agathy Christie, ale znajdziecie wystarczająco dużo napięcia , aby wypić jednym haustem ten trunek z emocji, który przygotowała dla nas Hawkins. Nie znajdziecie tam tajemnic nie do rozwiązania, ale pozwolicie się trochę zakręcić zmianom czasu i planu, którą zastosowała autorka, aby zmylić swoich czytelników i budować stopień podniety. Zbyt szybko domyślicie się paru ważnych faktów, mimo wielu uników, którymi posługiwała się Paula, żeby zmylić ślad pogoni, ale na końcu dostaniecie małą niespodziankę w postaci niespodziewanego wahania, rodem z syndromu sztokholmskiego. I pomimo, że zbyt szybko odgadniecie całą prawdę, to ta końcówka doda smaczku rozwiązanej tajemnicy, bo do końca nie będziemy wiedzieli, jak zachowają się poszczególni bohaterowie, odsłaniając w ten sposób głębię ludzkiego mózgu, którego decyzji nie da się przewidzieć, dopóki nie nastąpi coś, co stanie się katalizatorem tych decyzji i poczynań.
Podsumowując- jest to książka warta przeczytania, bo tempo jest dość szybkie i natrafimy na parę ciekawych fałszywych tropów, które na chwilę zawiodą nas na manowce. Będą nam towarzyszyć różne emocje, czasem także brak sympatii do Rachel oraz brak cierpliwości w stosunku do jej ciągłego rozpamiętywania przeszłości i niemożności pogodzenia się z faktami, by kontynuować swoje życie w nowych warunkach. Będzie dreszczyk, snucie przypuszczeń i adrenalina. Temu wszystkiemu towarzyszyć będzie mrok związany z pustkowiem, jakie ciągnie się wokół  torów kolejowych i możliwościami, jakie to pustkowie niesie, a także dziwne uczucie, że umknęło nam coś ważnego, jakaś wskazówka, która natychmiast rozwiązałaby całą zagadkę. Dlatego kartkujemy książkę w poszukiwaniu tej wskazówki, która nam ciągle ucieka. I to jest w tej książce fajne.
Jednocześnie trzeba pamiętać, że choć zastosowana przez autorkę kombinacja zmiany czasu i opisywania wydarzeń z punktu widzenia różnych osób dodała historii pikanterii i nieraz pomogła zmylić czytelnika, to nie jest niczym nowym w literaturze. Dodatkowo, jak już wspomniałam, ta książka przynosi tylko proste emocje i podstawowe przemyślenia, więc nie doszukujmy się tu żadnej głębi. Jest to tytuł na szybkie przeczytanie, przekazanie dalej i przeznaczenie go do zapomnienia. Nie da się tej książki przeczytać ponownie, bo kiedy znamy zakończenie, nie ma sensu przechodzić przez wszystko ponownie, bowiem jest tam tylko historia, w gruncie rzeczy bez bohaterów. Nie pokazuje nam się, jak i dlaczego doszło do wydarzeń, nie widzimy wnętrza zbrodniarza, mamy tylko szybkie i płaskie wyjaśnienie powodu, dla którego zbrodnia została dokonana, bez psychologicznego podejścia. Zwykłe, parominutowe wystąpienie zbrodniarza na scenie.

To samo tyczy się aktorów pobocznych. To, co nimi kierowało, jest zaledwie muśnięte, tworząc tło historii i samej zbrodni. Nie da się z tego wszystkiego wyciągnąć żadnej nauki ani głębi. Nie ma więc sensu wracać do tej książki. Do szybkiego przeczytania w drodze na wakacje- świetna. Do dłuższej kontemplacji- niewystarczająca. Pomimo tego rekomenduję ją wszystkim, także tym o wyszukanym smaku, jako kolejny krok w wędrówce ku najważniejszym tytułom w historii literatury. Gdy ją spotkacie leżącą na drodze, podnieście ją, bo czeka Was pewna przygoda, małe zboczenie z kursu, na który potem spokojnie możecie wrócić bez wrażenia, że straciliście czas. Gdy zaś ją przeczytacie, odłóżcie ją na miejsce lub podajcie dalej i zmierzajcie śmiało ku wyznaczonemu wcześniej celowi, nie oglądając się za siebie, zadowoleni z tego, że ktoś dostarczył Wam odrobinę rozrywki w ambitnym kursie, który sami sobie wytyczyliście. Bo gdy poddacie się na moment tej fali, która zniesie Was z wyznaczonej trasy, to zyskacie chwilę potrzebnego w wędrówce odpoczynku. Dlatego pozwólcie się zmanipulować hasłom reklamowym otaczającym ten tytuł, dajcie się zmanipulować samej autorce, bo nie przyniesie Wam to żadnej szkody, a weźmiecie udział w ciekawej rozrywce. Potem pożegnajcie się z tą książką na zawsze i wracajcie na swój kurs.