wtorek, 20 lutego 2018

Between Males/ Fiona Walker





Długo się zbierałam do przeczytania tej książki. Nawet nie wiem jak to się stało, że w ogóle ją kupiłam. Tomisko opasłe, tytuł taki sobie, opis z tyłu okładki mało zachęcający, a i sama okładka nie miała wiele do powiedzenia. Teraz nawet myślę, że jest raczej odpychająca niż zachęcająca. W zamyśle miała być wyluzowana, nowoczesna i kobieca, a stała się w moich oczach strachem na wróble, podczas gdy ja byłam wróblem.
Jednak nawet najbardziej strachliwy ptak wreszcie przyzwyczaja się do widoku stojącego w polu stracha i zaczyna siadać mu na rozpostartych ramionach, trochę lękliwie, trochę eksperymentując, aż wreszcie robiąc z niego miejsce odpoczynku, punkt rozpoznawczy w pustce pola, dom.
Tak samo ja przywykłam do tej fioletowej, pustej okładki, która w ogóle do mnie nie przemawiała w jakikolwiek pozytywny sposób. I w końcu i ja postanowiłam spróbować poznać się z tą książką, jak samotny ptak ze strachem na wróble.
Nie była to łatwa znajomość, długo musieliśmy się do siebie przekonywać. I powiem szczerze, że nigdy ta znajomość nie przerodziła się w nic głębszego. Do ostatniej strony pozostaliśmy obcymi, którzy spotkali się gdzieś tam na rozdrożu przecinających się dróg życia. Rozstałam się z tą książką bez żalu i do dzisiaj borykam się z mieszanymi uczuciami, gdy tylko wracam do niej pamięcią. Nawet do opisania jej zbierałam się bardzo długo. Minęło dobre parę miesięcy między chwilą, gdy skończyłam ją czytać, a chwilą, w której zaczął powstawać ten post.
Dlaczego tak się stało? Po prostu, nie wiedziałam co o tej książce napisać. Nadal nie wiem. Zaczęłam ten post z nadzieją, że słowa same mnie odnajdą, ale widzę, że wciąż walczę o każde słowo i zawieszam się na każdym akapicie, nie wiedząc jak przełożyć strzępki myśli na spójne zdania.
Już samo to, że nie czuję weny pisząc o książce jest najlepszą recenzją. Dobre książki same piszą swoją historię, te średnie zaś są najtrudniejsze. Nie można ich zniszczyć słowami niechęci, bo przecież coś tam w nich było, co sprawiło, że przeczytało się je do końca. Ale ciężko jest znaleźć słowa na opisanie, co się działo w duszy, gdy oczy chłonęły akapit za akapitem z pewną dozą obojętności.
Chociaż ciężko w takim przypadku mówić o chłonięciu, bo kojarzy się to z szybkością i nawet z lubością. A przecież pamiętam, że początki były bardzo trudne. Że nieomal nie zmuszałam się do przeczytania akapitów, które składały się na rozdział pierwszy. Że między pierwszym a drugim rozdziałem minął miesiąc pustki, w którym to czasie wolałam robić wszystko inne niż powrócić do owej książki.
Wiem, że nie tak powinno to wyglądać, ale w końcu powiedziałam sobie, że skoro już mam tę książkę u siebie, to jedyną przyzwoitą rzeczą będzie ją po prostu przeczytać. Po prostu dać jej szansę mimo słabych i nieokreślonych początków.
Piszę „nieokreślonych” bo po pierwszym rozdziale, góra drugim, powinniśmy już mieć niejakie pojęcie o zamysłach autora. Natomiast ja przez większą część „Between Males” Fiony Walker nie wiedziałam, w którym kierunku postanowiła pójść autorka. Serio, przez większą część książki byłam przekonana, że jest to słabo podkreślony dramat, bo nie znałam innych pozycji autorki i nigdy nie czytam informacji o autorze, gdyż na ogół jestem zainteresowana bardziej fikcją niż rzeczywistością, gdy chodzi o książki. Dopiero na kilkanaście rozdziałów przed końcem zorientowałam się, że to romans! I od tamtego momentu straciłam serce do tej książki jeszcze bardziej, mimo że lubię ten rodzaj powieści.
Jednak w tym przypadku, gdy już wszystko stało się jasne w którym kierunku biegnie opowieść, książka stała się płytka, przewidywalna i jedynym bohaterem, którego lubiłam od samego początku był Jimmy. Człowiek, który pojawił się najpóźniej i najrzadziej wstępował na scenę, trochę ją swoją obecnością rozjaśniając.
Czy tak powinno to wyglądać? Że główni bohaterowie irytują nas od samego początku do samego końca? Że wcale nie chcemy o nich czytać, czekając na tę jedyną postać, która coś do książki wnosi, a która jednocześnie jest tak oczywista jak w typowym, klasycznym romansidle?
Można powiedzieć, że to nieoczekiwany zwrot wydarzeń, ten moment w którym zorientowałam się z jakiego typu literaturą mam do czynienia. Powinno mnie to niejako pobudzić. Jednak trzymanie mnie w tej dziwnej i niejako nudnej i irytującej niepewności przez 80% książki, na którą składa się prawie 700 stron, wydaje się być najstraszniejszym strachem na wróble wszechczasów.
Owszem, na koniec całkiem zaprzyjaźniłam się ze znajomą i przerabianą tysiące razy fabułą, ale reszta bohaterów nie przestała mnie irytować ponad miarę a co gorsza, od tego momentu książka stała się przewidywalna jak rutynowy poniedziałek w biurze. I właściwie nie było już o czym czytać, bo zakończenie było nie tylko łatwe do przewidzenia, ale i po prostu nudne.
I muszę szczerze przyznać, że wolałam myśl, że jest to nowoczesny dramat o stosunkach między kobietą a mężczyzną i o tym jak bardzo może nas zwieść nasza własna imaginacja, gdy  uprzemy się na coś, co z daleka pachnie kłopotami. I mimo, że główna bohaterka była zwykłą głupią i denerwującą gęsią, a jej wyobrażenie o miłości w postaci Caluma, (którego jak przypadło na czarny charakter, po prostu nie dało się lubić) irytowało mnie ponad miarę, to jednak wolałam tę wersję książki. Myśl, że jest to nowoczesne potraktowanie trudnej (i głupiej) miłości była mi milsza, niż myśl, że czytam książkę romantyczną z dawna wyznaczoną fabułą. Stąd tak olbrzymi zawód na końcu. Myślę, że gdyby od początku wszystko pisane było językiem komedii romantycznej, byłoby mi łatwiej to przetrawić. Ale taki nagły zwrot akcji był po prostu całkowicie dla mnie niezrozumiały.
Jasne, że dramat z Odette Fielding w roli nadętej i zadufanej w sobie głównej bohaterki i takim samym pod względem charakteru sukinsynem Calumem w roli rycerza w srebrnej zbroi był od samego początku trudny do czytania, ale widziałam w tej zagmatwanej historii jakiś głębszy przekaz i czekałam, aż autorka ten przekaz wyciągnie na światło dzienne. Niestety przez nagłą zmianę zamysłu książka całkowicie straciła polor, bo to, co wydawało się na początku tylko otoczką do przekazania czegoś głębszego, mocniejszego, okazało się dokładnie tym, czym się wydawało.
Tak więc Odette do końca pozostała w moich oczach głupią gęsią, a Calum idiotą, który z niewiadomych powodów lubił ranić ludzi i był po prostu pustym człowiekiem. A to jednocześnie stawiało Odette w jeszcze gorszym świetle, bo z niewiadomych powodów zakochała się w człowieku, który nie wart był funta kłaków i ciągnęła tę słabość tak długo, że mnie zirytowała ponad wszelkie wyobrażenie. A gdy do tego okraszała każdą niemal wypowiedź słowem „babes”, nie było po prostu możliwości, abym ją polubiła. A po co w takim razie czytać książkę o kimś, kogo się nawet nie lubi?
Dlaczego w takim razie ją przeczytałam? Właśnie dlatego, że zostałam przez autorkę oszukana niejasną, nigdy nie wyrażoną obietnicą jakiegoś głębokiego zwrotu akcji. Nie spodziewałam się tylko, że ten zwrot będzie o 180 stopni, w kierunku zupełnie innego rodzaju literatury. A gdy już się to stało dla mnie jasne, pozostało mi tak niewiele do przeczytania, że stwierdziłam po prostu: „A co mi tam, i tak nie mam nic innego do roboty”.
I wydaje mi się, że to jest po prostu najlepszy sposób opisania tej książki jako rekomendacji. Jeśli nie macie nic innego do roboty, możecie przeczytać „Between Males”. Ale uzbrójcie się w ogromne pokłady cierpliwości, bo na pewno zostanie ona wystawiona na próbę. Zwłaszcza gdy dojrzycie tę niespójność w stworzeniu głównej postaci, która z jednej strony jest twardą negocjatorką i nowoczesną businesswoman, a z drugiej strony kruchą istotką, która jest tak niepewna siebie jak młoda dziewczyna dopiero wkraczająca w dorosłość i świat mężczyzn. Coś mi tu naprawdę podpada. Oczywiście można tu powiedzieć, że to się zdarza, że na zewnątrz człowiek udaje pewnego siebie i przebojowego tylko po to, aby chronić swoją wrażliwą stronę. Ale gdy przeczytacie tę książkę, sami zrozumiecie o co mi chodzi, bo ciężko to opisać słowami. W każdym razie z daleka „pachnie” to niespójnością i nieprzemyśleniem tematu.
Nie wiem która to książka Fiony Walker, ale odnoszę wrażenie, że nie jest to najlepsza z jej pozycji. Wydaje się być nieco nieprzemyślana, jakby autorka sama błądziła w labiryncie swoich myśli. Książkę można przeczytać, ale w moich oczach pozostała tym, czym wydawała mi się od początku- czymś obcym, co nigdy nie zagnieździ się w moim sercu na stałe i przeminie wkrótce jak przelotne wspomnienie, do którego się nie wraca.

sobota, 3 lutego 2018

5 days in Scotland



             Miało nie być Szkocji part 2, wiem. Już kiedyś pisałam, że nie mam ochoty tam wracać, bo pogoda brzydka, bo wszędzie leżą śmieci, a Szkoci wydają się być puści jak skorupy i niemili. Ale ostatecznie stwierdziłam, że lepiej wyskoczyć tam, gdzie nam się nie podobało, niż siedzieć w domu. Zawsze to przecież jakaś zagranica i możliwość spotkania z obcą kulturą. No i jest to znakomita okazja, aby skonfrontować swój punkt widzenia z tym, co się czuło podczas pierwszej wizyty.
             I wiecie co? Nawet dobrze się bawiłam. Pogoda miło mnie zaskoczyła (choć było wietrznie, padało dwa dni pod rząd i wróciłam przeziębiona) słonecznymi dniami, ludzie się do mnie uśmiechali gdy spotykali mnie na spacerze a i sam Edynburg ze swoimi tłumami pokazał mi się ze swojej pięknej strony. I choć nie zmieniła się sytuacja ze śmieciami, lenistwem i zostawianiem wózków sklepowych gdzie się dało oraz z wewnętrzną pustką i ciągłym oglądaniem telewizji wieczorami, połączonym z niezdrowym jedzeniem, myślę, że Szkocja ma  mi jeszcze wiele do zaoferowania i myślę, że odkryję jeszcze niejedno jej oblicze, które przypadnie mi do gustu. Muszę tylko dać jej szansę.




 







piątek, 19 stycznia 2018

Working Wonders/ Jenny Colgan





Jakiś czas temu czytałam bardzo dziwną książkę. Do dzisiaj, jak o niej pomyślę, to mam mieszane uczucia. Nie wiem co o niej sądzić, ani jak ją zaklasyfikować. Gdy szukałam w Internecie informacji o autorce, dowiedziałam się, że jest ona twórczynią komedii romantycznych. Tak więc i moja książka musiała być w założeniu taką komedią.
Ale wiecie co, nie miała ona elementów komediowych. Czy był romantyzm? Raczej romans. Nie lubię romantyzmu opartego na cierpieniu innych. Do tego dołożona została dziwna dawka normalności, takiej bliskiej poziomowi dramatu, przemieszanej z fantasy i w efekcie otrzymaliśmy mieszankę czegoś trudnego do opisania, sklasyfikowania, zrozumienia, a także czucia.
Bo to, co czułam czytając „Working wonders” Jenny Colgan oscylowało między nudą, złością na bohaterów na ich zachowania, a zdziwieniem. Dziwiłam się prostotą tej książki, miksowaniem stylów, brakiem zakończenia i przesłania, ogólnym brakiem pomysłu i dziwnymi zwrotami akcji. Nie mam pojęcia co kierowało autorką, gdy pisała tę powieść, co chciała nam w niej przekazać i jaki styl obrała dla swojej zagmatwanej historii. I po tych wszystkich przemyśleniach musiałam dojść do wniosku, przed którym zawsze się bronię. A jednak czasami nie potrafię przymknąć oczu naprawdę. A tą prawdą jest stwierdzenie, że Jenny Colgan jest autorką niższych lotów. Gdzieś przeczytałam, że dorównuje swoim piśmiennictwem książkom typu „Dziennik Bridget Jones” czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Jeśli to prawda, to „Working Wonders” musiało być jedną z jej pierwszych książek, takich, w których dopiero kształtuje się styl artysty, w którym poszukuje on siebie i czasami rodzi nieudane prace.
Niestety to jest właśnie główna moja myśl. Książka jest po prostu nieudana. Jest zbyt chaotyczna, aby zaciekawić i nic tak naprawdę nie próbuje przekazać. To tak jakby postanowić, że zrobi się sałatkę i wrzuca się do niej przypadkowe składniki, mimo że w tym samym czasie czując, że do siebie nie pasują. Ale nie potrafimy przestać, bo nie chcemy zmarnować użytych składników, a i przecież miała być sałatka, to będzie i koniec, bo tak postanowiliśmy. A w efekcie wychodzi na to, że zmarnowaliśmy nie tylko czas, ale i jeszcze więcej składników, a i tak produkt końcowy nadaje się do wyrzucenia lub zjedzenia na siłę w samotności, bo kompletnie nie da się tym nakarmić gości.
Tak właśnie myślę. „Working wonders” nie nadaje się, aby polecać ją dalej. Nie znalazłam w niej żadnych wartości godnych posmakowania. Książka przez większą część czasu jest nudna, chaotyczna, niezrozumiała i pomieszana. Miota się między dramatem, obyczajówką, książką romantyczną a fantastyką. Zwidy głównego bohatera, w których nazywa się on następcą Króla Artura, nie przynoszą niczego, prócz zastanawiania się, czy człowiek ten miał równo pod sufitem i czy te jego wyobrażenia (czy też urojenia) nie były zwykłym następstwem niespełnienia w życiu osobistym jak i pracowniczym. Drugą opcją na wytłumaczenie tych wymysłów jest myśl, że człowiek ten po prostu  potrzebował takich bodźców, aby wyrwać się z marazmu, lenistwa i wygody, aby wreszcie zacząć działać i przestać myśleć tylko o sobie.
Niestety bohater ten nie zmienił się według mnie na jotę. Cały czas był sfrustrowany, bo nie wychodziło mu z nową kobietą, w pracy ciągle musiał walczyć z przeciwnościami a i ostatecznie robił wszystko dla siebie, a nie dla społeczeństwa, bo chciał wygrać konkurs i udowodnić sobie, że ma jaja, a swojej partnerce, że nie jest zwykłym obibokiem, a to wszystko, aby zaciągnąć ją do łózka.
Niestety gdy główny bohater nie da się lubić, nie da się lubić także książki. Jak można pochwalać kogoś, kto całe życie prześlizguje się przez życie, zwodzi swoją wieloletnią partnerkę, aby ostatecznie dać jej kosza, bo na horyzoncie pojawia się ktoś, kto wydaje się lepszy i kto wreszcie na końcu nie potrafi się zdeklarować, bo to oznacza odpowiedzialność, od której uciekał całe życie. No cóż, daleko padło jabłko od jabłoni, jeśli faktycznie miał być on potomkiem Króla Artura.
A samo zakończenie książki? Czy nasz bohater wreszcie się obudził ze swojego snu? Tego nie da się powiedzieć. Kompletnie nie potrafię zrozumieć, co autorka chciała mi powiedzieć przez to zakończenie. Oprócz tego, że facet tak jak był dupkiem, tak nim pozostał do końca książki.
Jeśli miała być to książka dla kobiet, to raczej nie będzie to dobra lektura. Prędzej nasz bohater spodobałby się bardziej facetom, bo kozak z niego straszny. Dwie kobiety na raz, próba zaimponowania każdemu dookoła, wpadanie w gniew z powodu nagromadzonych przez lata frustracji, których sam był twórcą, no po prostu idealny obiekt westchnień i wymarzony bohater każdego romansu. Nie, zdecydowanie autorka pogubiła się w swoim pomyśle, dając nam chaos, który ciężko przełknąć.
Moja znajomość z Jenny Colgan źle się zaczęła i myślę, że raczej będę unikać książek tej autorki. Nie lubię, gdy wychodzi ze mnie najgorsze w postaci feministki, a właśnie to wydobyła ze mnie ta książka. Wprawdzie daję każdemu drugą szansę, ale w tym przypadku jeśli życie mnie do tego nie zmusi (na przykład wtedy, gdy będzie to jedyna książka w promieniu kilku kilometrów a ja akurat będę umierać z nudów), to sięgnę jednak po książki innych autorów.
Bo powiem Wam, że mam już dość wciskania nam książek i filmów pisanych i kręconych na odwal, bez pomysłu i polotu, byle tylko było i byle sprzedać i zarobić. Dość mam nudnych piosenek, przy których nogi same nie wyrywają się do tańca, powtarzanych codziennie po kilka razy w radiu przez pół roku, wciskając je tym sposobem na siłę na listy przebojów. Dość mam wadliwych produktów sprzedawanych po normalnych cenach. Dość mam oszukiwania na każdym koku i wciskania mi książek z wielkimi napisami jakoby pochodziły od bestsellerowych autorów.
Tęsknię za czasami, kiedy każda książka, którą się wzięło do ręki, przynosiła historię, której nie dało się zapomnieć przez lata, mimo że autor nie był uznawany za twórcę bestsellerów, bo po prostu dawniej nikt takich list nie tworzył. Marzę o powrocie czasów, gdy pisało się nie dla zarobku, a dlatego, że miało się coś do przekazania. Czy te czasy jeszcze wrócą? Mam ogromną nadzieję, a jednocześnie w to nie wierzę. Taki życiowy paradoks, a jednak podyktowany doświadczeniem. Ale wiecie co? Będę dalej wierzyć. Bo nadzieja na lepsze jutro trzyma przy życiu, nawet jeśli następna recenzja, którą mam zamiar napisać, też nie będzie zbyt pochwalna. A jednak wierzę, że znowu natrafię na jakąś fajną książkę, którą później z wielką przyjemnością tutaj opiszę.
A może Wy macie jakieś pomysły? Może Wy podsuniecie mi jakiś tytuł, dzięki któremu odzyskam wiarę w piśmiennictwo?

piątek, 29 grudnia 2017

Kreta okiem podróżnika Cz. 5 Kreta środkowa

Masyw górski Ida. Droga na jaskinię idajską. Ekklisia Analipsi



Już nieraz pisałam o Krecie i moich odczuciach z nią związanych na tle innych wysp, które odwiedziłam. W tym roku mogę wreszcie powiedzieć, że zjeździłam ją wzdłuż i wszerz i zobaczyłam wszystko, co było tam do zobaczenia. I jedna główna cecha tej wyspy wyłania się ze wszystkich jej charakterystyk na moim blogu. Mianowicie, że jest to wyspa ogromna, ale tak naprawdę jednostajna. Nie jest tak nudna jak Rodos, pewnie dlatego, że jest kilka razy większa, ale też nie ocieka oryginalnością, jak chociażby hiszpańska Lanzarote lub grecka Samos. Można na niej spędzić mile kilka tygodni, ale pod warunkiem, że mamy auto lub dużą grupę znajomych, z którymi możemy się szwendać po plażach i uliczkach miast. Dla podróżnika natomiast wyspa ta niewiele skrywa tajemnic.



Byłam już na Krecie trzeci raz i każda z tych wycieczek była zupełnie inna. Pierwsza, zapoznawcza i nieśmiała, toczyła się głównie wokół Agii Pelagii i naszego hotelu. Był też krótki epizod z Heraklionem i Rethymnonem oraz poszukiwaniem słynnej plaży Preveli. W drugiej zwiedziliśmy część zachodnią z poszukiwaniem oryginalnych plaż i wieczornym odpoczynkiem w Chani. Wtedy był już samochód i większy głód zobaczenia, co kryje w sobie wyspa. Były szczyty gór, były wąwozy i jednodniowa wycieczka na Balos. Było też szukanie hotelu przez booking.com, nasz pierwszy wysiłek w kierunku samodzielnie zorganizowanego wyjazdu, bez pomocy biura podróży. Były też pierwsze emocje z tym związane, a także pierwsze postanowienia dotyczące podróżowania na własną rękę. W tym roku natomiast przerodziło się to w kompletne szaleństwo w postaci wynajęcia dwóch greckich domów, z próbą wniknięcia w kulturę i styl życia, które nas otaczały.

Ida mountains

Somewhere in the mountains near Ekklisia Analipsi

            Przepiękne widoki, pustka dokoła, brzęczące dzwonki wielkich stad kóz i owiec. Okazja do kontemplowania wspaniałości świata i górskiego piękna. Wijące się wśród popękanych górskich ścian drogi, na których wylegują się mało strachliwe stada. Jaskinie czekające w ciszy na swoich zwiedzających, kompletny brak turystycznego zgiełku i sklepów z pamiątkami czy jedzeniem. Konieczność zabrania ze sobą prowiantu. Można spędzić w tych wysokich górach pół dnia na samym tylko jeżdżeniu i robieniu zdjęć. Po drodze możliwość zobaczenia od środka starych kamiennych okrągłych budowli służących do wyrobu sera. Nie dla tych, którzy lubią zgiełk i tłok. Idealne miejsce dla podróżnika.

Dzięki temu, że każdy z tych wyjazdów był inny, możemy powiedzieć, że Kreta nas nie zawiodła. Jednak już dzisiaj mogę powiedzieć, że czwarty raz to byłoby już za dużo. Znamy się z Kretą jak dwa wyliniałe konie, wiemy czego możemy się po sobie spodziewać, wszystkie tajemnice zostały odkryte. Czas ruszyć w dalszą drogę i nie oglądać się za siebie.

Still Ida mountains
Może jak nie będzie innego wyjścia to wrócimy na tę rajską wyspę, ale będziemy musieli znaleźć jeszcze inny sposób spędzania czasu, żeby nie odczuć zmęczenia tym całym pięknem. Może zejdziemy do tych wszystkich wąwozów, które widzieliśmy tylko z mostów lub z drogi? A może objedziemy wybrzeże wzdłuż, szukając nieodkrytych jeszcze plaż? A może został nam do zdobycia jeszcze jakiś masyw górski, który odłożyliśmy na później, bo jego zdobycie wymagałoby lepszego auta? A może skupimy się na nauce nurkowania, gdy snorkelling nie będzie nam już wystarczał? Albo wypożyczymy przyczepę kempingową, żeby móc mieszkać tam, gdzie akurat przyjdzie nam ochota? Nie wiem co jeszcze mogłabym na Krecie zobaczyć, ale jedno jest pewne- jak zatęsknię za ciepłą, krystalicznie czystą wodą oraz upalnym słońcem, przyjadę tu jeszcze, gdy nic innego nie będzie mnie kusiło lub gdy znowu trafią się nam bilety lotnicze za 150 zł.. Ale póki co odstawiam Kretę na boczny tor, na czas, gdy będzie mi jej brakować.


W tym roku, gdy wróciliśmy w rejon Krety środkowej, w okolice między Rethymnonem a Heraklionem i naszej ukochanej Agii Pelagii z pierwszego greckiego pobytu, skupiliśmy się najbardziej na zwiedzaniu gór. Może dlatego, że znaliśmy już trochę te rejony, a może dlatego, że w środkowej części wyspy nie ma tak naprawdę wielu fascynujących miejsc. Jest wspomniana wcześniej Agia Pelagia, jest Bali schowana między wzgórzami, są dwa większe miasta, ruchliwy i nowoczesny Heraklion ze swoim lotniskiem i bardziej turystyczny, urokliwy Rethymnon z długą plażą. Jest Plakias, Matala i Preveli, której ostatecznie nie zobaczyliśmy. Jest wiele małych miejscowości turystycznych i miasteczek rybackich. I są piękne góry.

Matala

Matala beach
Matala village

          Oblegana plaża Matali ze swoimi ciekawymi jaskiniami (wstęp na jaskinie płatny). Czasem spokojna, czasem wietrzna, tak, że piasek mamy wszędzie- w oczach, pod strojem kąpielowym, w torbie, na ręczniku. Plaża przyjemna do leżenia (gdy nie wieje), woda czyściutka, bez kamieni. Dno nieco monotonne, nie dla zwolenników nurkowania. Dużo ludzi, głośno i bardzo turystycznie. W miasteczku mnóstwo restauracji i stoisk z pamiątkami, nieco przypominającymi Lindos na Rodos. Spory problem z zaparkowaniem auta. Tuż przy plaży płatny parking, niestety w południe nie ma już na nim miejsca. Idealne miejsce dla rodzin z dziećmi. Dla podróżników miejsce na raz.

Matala beach


I właśnie one stały się główną atrakcją tegorocznego wypadu, gdy
wróciliśmy w rejony naszej pierwszej samochodowej wycieczki na Kretę. Wtedy pojechaliśmy w góry Kouroupa w południowo wschodniej części Krety, do przepięknego i robiącego wrażenie, zwłaszcza w późnych godzinach popołudniowych, gdy spływa tam cień zboczy chroniących przez greckim upałem, wąwozu kourtaliotiko, między górami (spolszczona nazwa) Kurupa i Ksiron (Kouroupa i Xsiri (?)), znanego również jako wąwóz Assomatos. Pamiętam uczucie całkowitego zdziwienia i radości, gdy go pierwszy raz ujrzałam. Nigdy nie widziałam czegoś tak pięknego. Był to prawdziwie spektakularny widok, tylko przyroda potrafi tak człowieka zadziwić aż do momentu, gdy
braknie nam słów, kiedy próbujemy opisać piękno, którego doświadczamy.  I mi zabrakło tych słów wtedy, a nawet teraz. Dlatego wstawiam tu zdjęcia sprzed trzech lat, bo są one lepszym dowodem niż najtrafniejszy opis.

Agia Pelagia

Agia Pelagia is a small touristic village with four beaches- the main Agia Pelagia Beach and Lygaria Beach on the right and on the left- Psaromoura and Mononaftis beach. When you seek peace and quiet you can also try small beaches on the cliff- Vlychada and Parasfoungario

Agia Pelagia Beach
Those magnificent sunsets...

A nice little church
Me in 2014 in Agia Pelagia. Sweet memories.
Agia Pelagia beach at night
A view from our hotel Panorama at the golden hour

           Agia Pelagia to nasze pierwsze miejsce, które zobaczyliśmy nie tylko na Krecie, ale i w całej Grecji. Tak właśnie rozpoczęła się nasza przygoda z Grecją, z tym małym miasteczkiem (wioską?) z czterema plażami  i wijącymi się drogami, schowana wśród niewysokich gór. W hotelu Panorama spędziliśmy dwa fajne tygodnie, zupełnie nieplanowane, wykupione pod wpływem impulsu, bez żadnej wiedzy o kulturze greckiej. Wspomnienia z tamtego miejsca były tak piękne, że wracamy do Grecji co roku, coraz bardziej bogatsi w doświadczenie i coraz bardziej głodni wyjazdów.

         Miasteczko to jest idealnym miejscem na spędzenie wakacji z rodziną, także z małymi dziećmi. Plaże są łatwo dostępne i choć kamieniste, to nie niebezpieczne. Jest gdzie popływać, pospacerować jak i zjeść. Nad główną plażą Agi Pelagi mamy mnóstwo restauracji umieszczonych tuż obok siebie. W mieście nie brakuje też hoteli, od trzygwiazdkowych do pięcio. Dla osób o większych wymaganiach poznawczych jest to miasteczko na kilka dni albo baza wypadkowa do innych miejsc, bo wieczorami jest tu spokojnie i można wybrać się w najwyższe miejsca w miasteczku na nocne obserwacje życia. Urocze miejsce godne polecenia. 

W samym środku wąwozu biegnie droga, dzięki czemu możemy go podziwiać z samochodu. I całe szczęście, bo wąwóz ma 8 km długości, ciężko byłoby to pokonać na nogach. A naprawdę warto się wybrać w te góry, bo widoki są niesamowite. Oczywiście nic nie zastąpi zejścia w dół wąwozu (np. jak choćby jest to możliwe w Samarii), ale taka samochodowa wycieczka może być małą namiastką owych przeżyć, jakie mogą na nas czekać, gdy zdecydujemy się założyć buty do hikingu.

 On the road

Pooh on the road. On top of the mountains near Kriti there is only you and sheep/goats


W miejscu, gdzie ściany wąwozu są najwyższe i rozpościera się najpiękniejszy widok, znajdziemy parę zatoczek, gdzie można bezpiecznie zaparkować i oddać się kontemplacji przyrody lub szaleństwu fotograficznemu. Jednak nawet najbardziej zapalonemu fotografowi polecam odłożyć na chwilę aparat i wsłuchać się w dzwonki owiec, które wędrują gdzieś po szczytach. Przy odrobinie szczęścia uda się nawet zobaczyć przyczynę tego delikatnego hałasu, zakłócającego ciszę tamtego miejsca.

Gdy przejedziemy już wąwóz, możemy udać się nad jezioro Preveli lub odbić nieco w prawo przed parkingiem prowadzącym nad jezioro, do klasztoru (Preveli Kloster), pod drodze mijając park pamięci. To tam przeżyłam moje pierwsze chwile grozy, gdy mknęliśmy szosą na zdawało się szczycie gór Kurupa, mając tuż obok siebie przepaść. Była to moja pierwsza podróż w tak wysokie góry i zostawiła we mnie niezatarte wrażenia.

Defenitely worth to climb with your car so high. Peace and harmony


Rocks at the roadside. Not many cars drive so high in the mountains
In October one might anticipate some amount of rain on Crete island


W tym roku również odwiedziliśmy to miejsce, jednak ograniczając się do samego wąwozu. I muszę przyznać szczerze, że miejsce to nie było już takie majestatyczne, jak je zapamiętałam. Nadal piękne, ale nie zatrzymywało już bicia serca. Możliwe, że dlatego, iż widzieliśmy je o innej porze dnia, mocniej nasłonecznione. A możliwe, że to wina wszystkich innych pięknych obrazów, które w międzyczasie zobaczyliśmy, w przeciągu tych trzech lat odstępu. Również duże znaczenie miało pewnie i to, że wszystko, co się zobaczy pierwszy raz, zawsze sprawia na nas inne, często mocniejsze wrażenie.
2014

Na naszej ścieżce wspomnień znalazła się też Agia Pelagia, miasteczko, w którym spędziliśmy pierwsze dwa greckie tygodnie. Miejsce, w którym poczęła się nasza miłość do tego kraju i do podróżowania. W tym roku była to tylko podróż wspomnień, parę godzin spędzonych w Agi Pelagii, pływanie na jej głównej plaży przy zachodzącym powoli słońcu i wspominanie tamtej pierwszej wycieczki sprzed 3 lat. Odwiedziłam nawet uliczkę Marikas Kapsi przy hotelu Out of the Blue, gdzie zrobiłam sobie wspominkowe zdjęcie przy kaskadzie różowych hotelowych kwiatów spływających z muru, aby w domu porównać jak wyglądałam parę lat temu wstecz w tym samym miejscu. Było to ciekawe doświadczenie.
2017


Do samej Agi Pelagii wróciliśmy po paru dniach, na wieczór, żeby zafundować sobie szybką i zimną nocną kąpiel na plaży Ligaria, gdzie parę dni wcześniej zjedliśmy pyszny obiad okraszony deserem, którego nie zamawialiśmy i za który nie musieliśmy płacić. Miłe wspomnienia z tym miejscem pozostaną w naszych sercach.

Little villages hiden in mountains


Przede wszystkim zaś w tym roku zwiedziliśmy góry idajskie, pełne kóz, kozich bobków i przepięknych widoków. Szczyty wystające ponad 2 tysiące km ponad poziom morza robią wrażenie. Także spokój na drogach i cisza po wyjściu z samochodu. Porzucone gdzieś przy drodze maszyny budowlane porośnięte roślinnością, odważne stada, które nie płoszą się na widok człowieka, okrągłe kamienne budowle używane niegdyś (może wciąż? Tyle ich spotykamy po drodze) do wyrobu owczego i koziego sera przez greckich rolników, obecnie opuszczone i wypełnione resztkami zwierzęcych kości, przypominające nieco kamienne igloo lub kurhany, pustki dookoła, przerywane od czasu do czasu przemykającym samochodem wynajętym przez jakiegoś turystę lub przez łamiące wszystkie przepisy drogowe miejscowe samochody terenowe marki Toyota, przewożące wodę dla zwierząt w plastikowych baniakach- wszystko to świadczy o rolniczym charakterze tej części wyspy. Jest to też idealne miejsce na odpoczynek i zwiedzanie trudniej dostępnych miejsc bez tłumu turystów.

Bali

         Bali to urokliwe turystyczne miasteczko w połowie drogi między Heraklionem a Rethymno, mieszczące się na cyplu, otoczone górami, z piaszczystymi i kamienistymi plażami, restauracjami i cudownymi widokami. Fajna baza wypadowa na inne części wyspy, ze względu na swoje umiejscowienie w samym centrum Krety, ale nad linią brzegową. Miejsce spokojne, a jednocześnie turystyczne. Idealne na rodzinny urlop z dziećmi, a nawet z przyjaciółmi. Wystarczy wynająć auto i za dnia wylegiwać się na plażach Bali, by wieczorem robić wycieczki do Heraklionu lub Retimno.






This picture was taken in 2014


Gdy zaś stęsknimy się za zgiełkiem i biciem serca miasta, możemy wyskoczyć do Heraklionu lub Rethymno. To pierwsze bardziej nowoczesne, w drugim czas płynie nieco wolniej, choć nie jest to miasto całkowicie pozbawione turystycznego klimatu. Możliwe nawet, że jest go więcej. Heraklion żyje swoim życiem i obojętne mu jest, czy turyści je odwiedzą, czy nie. Każdy zajmuje się swoimi sprawami i tylko w sklepikach z turystycznymi badziewiami i tanimi kosmetykami w okolicy portu, Greków obchodzi ilość turystów odwiedzających ich wyspę. Natomiast Rethymno ściąga ich do siebie uroczymi uliczkami z pięknie ustrojonymi oknami restauracji, sklepikami z pamiątkami, alkoholem i oliwkowymi pachnidłami oraz najdłuższą plażą na wyspie. Tam można spędzić pół dnia na bezcelowych spacerach i pogawędkach ze sprzedawcami lub cały wieczór, wydając pieniądze w greckich knajpach. Można też zwiedzić zamek na szczycie za dopłatą paru euro lub wylegiwać cały dzień na plaży, aby wieczorami napawać się atmosferą dużego miasta i jego ślicznych zakątków w centrum, nie wydając ani grosza na atrakcje a mimo to nie czując się znużonym.




Z innych miast, do których wróciłam po latach jest podobne do Agi Pelagii w rozmiarach i atrakcjach, Bali. Znajdziemy tu dwie plaże, nudną choć długą Livadi Beach i małą, urokliwą Karavostasi Beach, tuż obok udostępnionego do zwiedzania cyplu. Jest tu więcej plaż, ale tylko te dwie odwiedziłam. Pierwszą, trzy lata temu, drugą w październiku tego roku. Pierwsza piaszczysta, idealna do brodzenia lub rodzinnych wypadów, druga nadająca się do snorkellingu. Z przepięknymi widokami dookoła, malowniczo ułożona w dolinie sprawia, że życie staje się piękniejsze. W Bali warto wspiąć się na najwyższy punkt miasteczka, tam, gdzie roztacza się widok na całą dolinę. Tam wychodzą magiczne zdjęcia, gdy słońce tworzy niesamowitą aurę, wyglądając nieśmiało zza wzgórz. Myślę, że można tam spędzić tydzień pięknych wakacji bez krzty uczucia znudzenia.

Heraklion

Harbour in Irakleo

Nice buildings in the city center

              Miasto ruchliwe, położone nad morzem, nowoczesne i tętniące życiem. Gdy wyjdzie się poza ścisłe centrum, wchodzi się do normalnego miasta, które nie zwraca uwagi na turystów i ich potrzeby. Dobre miejsce na kosmetyczne i pamiątkowe zakupy. Ulice pełne samochodów i skuterów, zaparkowanych w każdym możliwym miejscu. Więcej spokoju znajdziemy z dala od centrum, ale też nie mamy tam za bardzo czego szukać. Znajdziemy tam tylko domy mieszkalne i zapewne wiele kotów, zwłaszcza o zmierzchu. Mimo to warto zapuścić się tam, żeby choć przez chwilę przyjrzeć się normalnemu greckiemu życiu, bez turystycznej otoczki. Na pewno wielu z Was zdziwi się, że to ta sama społeczność, która jeszcze przed chwilą wydawała się taka znajoma w centrum. Pamiętajcie, korzystajcie z każdej okazji, by zobaczyć, jakie życie naprawdę prowadzą ludzie, których spotykacie w restauracjach i sklepach. Zajrzyjcie w okna ich mieszkań, spójrzcie na dzieci wracające ze szkoły, przypatrzcie się jak przywozi się zakupy ze sklepów, gdzie wyrzuca się śmieci i jak rozmawia się z sąsiadami. Bo przez te mało z pozoru ciekawe rzeczy ujrzycie prawdziwą rzeczywistość, która może się okazać bardziej interesująca, niż się spodziewaliście. I być może dowiecie się w jeden dzień więcej o kulturze kraju, do jakiego jeździcie co roku niż przez wszystkie podróże razem wzięte.

So many mopeds on the street

Rethymno

         Bardzo urokliwe miasteczko z pięknym centrum, z częściowo pozamykanymi sklepikami po zakończeniu sezonu turystycznego, mimo to nie tracącego uroku. Mnóstwo restauracji i barów z różnym rodzajem muzyki, jest się nawet gdzie pobawić w rytmy salsy. Ciekawe do zwiedzania za dnia i wieczorem. Ciągnąca się kilometrami plaża sprawia, że jest to miasto turystyczne, aczkolwiek potrafi sobie poradzić także poza sezonem, skierowując swoją ofertę do studentów i lokalnych mieszkańców. Warte odwiedzenia.

Streets of Rethymno/ 2014




Gdy myślę o tych wszystkich wyjazdach, to zastanawiam się za czym tak najbardziej tęsknię. Czy za błękitną wodą i urokliwymi plażami czy też za tymi ludźmi, do których zbliżam się każdego roku coraz bardziej? I gdy przeanalizuję swoje wspomnienia, widzę, że najlepiej bawiłam się, gdy spędzałam czas z lokalną społecznością. To oni zarażali mnie pozytywnym podejściem do życia, czymś, co u nas w kraju odchodzi do lamusa. I wszędzie, gdzie jeżdżę, bez względu na kraj, zawsze czuję się najlepiej, gdy spotykam się z serdecznością ludzi, którzy niczego ode mnie nie chcą, niczego oprócz paru chwil rozmowy i wymiany uśmiechów oraz przeżyć I to jest najwspanialsze w podróżowaniu. 



Gdy poczytacie wszystkie moje podróżnicze wpisy, zauważycie, że najlepiej mi się pisało nie o miejscach, które zobaczyłam, ale o ludziach, których spotykałam. Była Lyuba we Włoszech, która zajęła się mną jak własną córką, był Jannis na Korfu, wołający do mnie ze skutera i specjalnie dla mnie zatrzymujący się w drodze po sprawunki na małą pogawędkę. Na Rodos był Stavros,
sprzedawca miodu, zwierzający się nam ze swoich kłopotów małżeńskich, a na Krecie sprzedawca ze sklepiku z Rethymno. Miło wspominam też Georga z hotelu Panorama, który codziennie podchodził do nas do stolika, aby opowiedzieć nam kilka anegdotek lub spytać o nasze samopoczucie. Natomiast na Samos był kierowca hotelowego busa, wożący nas codziennie do Pythagorio, nucący piosenkę „Taxi”, przedstawiający nam swoje psy po imieniu  i pytający się nas o nasz wynajęty samochód, gdy zniknął z parkingu. To właśnie ci ludzie sprawiali, że czułam się doskonale w ich towarzystwie, że czułam się jak wśród swoich, jak w domu.


I tego szukajcie na wakacjach. Nie strońcie od ludzi, wychodźcie do nich. Bo to oni opowiedzą Wam najciekawsze historie związane z miejscem, w którym przebywacie. To oni będą w waszych wspomnieniach, które będziecie wymieniać ze swoimi znajomymi. To oni pokażą Wam magię miejsc, do których przybywacie i pozwolą Wam zobaczyć więcej niż inni. I nieważne, czy będzie to rolnik pasący kozy czy sklepikarz spotkany na byle jakim stoisku przy drodze. Gdy ktoś zagada do Was „my friend”, uwierzcie, że jest on Wami naprawdę zainteresowany, nawet jeśli mówi tak do każdego z napotkanych ludzi. Skorzystajcie z wyciągniętej do Was ręki, bo wówczas nawet zwykły pobyt w restauracji czy sklepie zmieni się w wizytę u przyjaciół.

 


W Rhetymno poznałam trzy różne historie i trzy różne osoby, pochodzące z różnych środowisk i to, że zadawałam im pytania dotyczące ich samych sprawiło, że stałam się wyjątkowym klientem. I gdy wracałam do tych ludzi następnego i następnego dnia, wołano mnie już z daleka i zapraszano na kieliszeczek i parę chwil rozmowy, tylko dlatego, że zainteresowałam się tym, co mnie otacza. I właśnie te wspomnienia są najpiękniejsze. Wychodźcie do ludzi, wychodźcie poza utarte szlaki, a każdy wyjazd, choćby najkrótszy, stanie się wyjątkowy. Życzę Wam, abyście przeżyli tyle wyjątkowych chwil, które były moim udziałem i poznali tylu wspaniałych ludzi. Życzę Wam, abyście poczuli się tak wspaniale jak ja i mogli pokochać kraj, w którym spędzacie wakacje, tak prawdziwie i bezkompromisowo jak mi udało się pokochać Grecję. Życzę Wam uczucia bezgranicznego szczęścia i wolności podczas wyjazdów. Trzymam za Was kciuki, abyście za granicą poczuli się jak u siebie. Życzę Wam tego wszystkiego.