czwartek, 16 marca 2017

Rocky- kultowy film na randkę

                 
                     Zacznijmy od tego, że jak wspomniałam koleżance o tym, że właśnie odświeżam sobie serię o Rocky’m Balboa, odpowiedziała mi na to ze wzgardą „że nie lubi filmów o sporcie”. Wypowiedziała te słowa prawdopodobnie nie próbując nigdy obejrzeć choćby pierwszej części kultowej serii. Może kiedyś, w przeszłości, widziała kawałek którejś, zobaczyła boksujących się facetów i to jej wystarczyło, aby zaszufladkować ten film do kategorii filmów nie lubianych i zatrzasnąć za nim drzwi bez żadnego wzruszenia.
                  Ale ach, jakże się myliła. Bo ta seria wcale nie jest o sporcie. Kiedyś też tak myślałam, gdy jako nastolatka posiadająca dwóch starszych braci przechodziłam przez wszystkie te męskie filmy z lat 70-tych i 80-tych. Obejrzałam pobieżnie, było fajnie, jak to z braćmi i tyle. W mojej głowie pozostał tylko niejasny obraz Sylwestra Stallone obijającego na ringu mordy innych umięśnionych facetów. Gdy jednak jako trzydziestolatka zabrałam się za tę serię ponownie, doznałam kulturowego szoku.
                  Film o spoconych facetach lejących się do nieprzytomności zmienił się w film o walce o to, w co się wierzy, w walkę z przeciwnościami losu i dopięcia swoich celów, a przede wszystkim w najtrudniejszą walkę ze swoimi słabościami i środowiskiem, w jakim się wyrosło. Jest to film o sile nadziei i ludzkiej motywacji- o tym, co mi wcześniej całkowicie umknęło. Jest to też kawał cholernie dobrej muzyki, której nie tylko można słuchać codziennie, ale która powoduje, że ma się ochotę samemu założyć rękawice, by walczyć o samego siebie i swoje przekonania. Co więcej, w tym filmie nakręconym 40 lat temu nie ma ani grama patosu, są za to idee, które odczuwa się każdą komórką ciała. Dzisiejsi scenarzyści, jestem tego pewna, zniszczyli by cały pomysł kiepskimi przemowami, które porwałyby wyłącznie ich, muzyką nie przystającą zupełnie do idei i typowymi amerykańskimi efektami specjalnymi. Film z 1976 roku natomiast jest dziełem ponadczasowym, klasykiem, kulturową odskocznią od filmów kręconych na jedno kopyto i szeregiem piekielnie dobrych nut zdolnych wynosić serca w niebo.

                     Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości co do wielkości filmu, bo coś tam pamięta z przeszłości, to wystarczy zastanowić się, czy zwykły film o sporcie stałby się klasykiem? Czy sięgałyby po niego obie płci? Czy naparzanie się na ringu przyciągnęłoby takie tłumy dziewczyn? Czy kariera Stallone bez tej serii tak bardzo by się rozkręciła? Czy stałby się idolem rzeszy rozhisteryzowanych kobiecych tłumów? Czy ten film pozostałby tak długo w pamięci? Czy ktokolwiek pokusiłby się o nagranie kolejnych części, gdyby Rocky nie był czymś więcej niż zwykłym filmem o sporcie? Naprawdę Stallone spisał się świetnie tworząc swój scenariusz, a John Avildsen przeistoczył świetną historię w jeszcze świetniejszy film. Decyzja zaś, aby powierzyć Billy’emu Conti stworzenie muzyki do filmu, była najlepszą decyzją twórców. Takie trio musiało odnieść sukces.
                       Powiem Wam, że jest to jedyny film, który moim zdaniem nie może być w żaden sposób sklasyfikowany ani jako męski gatunek filmowy ani film dla kobiet. Jest to jedyna seria, która pasowała mi do każdego humoru. Nie wybrzydzałam przy tych filmach, zawsze miałam na nie ochotę, a nawet pierwsza zaproponowałam mężowi taki seans, a po obejrzeniu pięciu części naszła mnie straszna ochota na filmy z tego okresu, zwłaszcza z Sylvestrem Stallone. Zawsze ogarniał mnie dobry humor po każdym filmie z serii, w muzykę wsłuchiwałam się każdym porem na skórze, a przy następnej wolnej chwili jedyną opcją na wieczór był Rocky i kolejna część. Jako dziewczyna śmiało mogę powiedzieć, że ta produkcja wymyka się wszelkim kategoriom i zdecydowanie jest to film, który pogodzi wymagania męskie i kobiece. Jeśli macie już dość oglądania tego samego, nie zwlekajcie, Stallone stworzył ten scenariusz właśnie dla Was. Dla kobiet, które lubią dobre kino z przesłaniem i które lubią oglądać filmy ze swoimi facetami. Dla facetów, którzy chcą  miło spędzić czas ze swoimi kobietami, ale mają już dość filmów z Keirą Nightley i Judem Law, a nie chcą ich zanudzać kolejną sensacją. Ten film jest dla Was obojga.
Warto obejrzeć Rocky choćby ze względu na to ciacho ;)

                               Nie obawiajcie się, ta seria naprawdę nie jest skupiona wyłącznie na sporcie, sport gra raczej rolę mechanizmu uwiarygodniającą historię Rocky’ego. Co więcej, w pierwszej części tak naprawdę niewiele było boksu. Nie taki był zamysł filmu, którego scenariusz napisał Stallone. Ten film jest o nadziei, o przeszkodach, o walce o przetrwanie w ciężkich czasach, o walce ze swoimi korzeniami i o skorzystaniu z szansy, mimo że nikt w Ciebie nie wierzy i cały świat jest przeciwko Tobie. Są w nim proste prawdy przekazane prostym językiem, są przemowy, ale nie na piedestale wśród wsłuchanych tłumów oczekujących przewodnictwa, ale na ulicy, gdzie nikt nie spodziewa się niczego dobrego. I są to przemowy, które trafiają głębiej i zakorzeniają się silniej, bo nie są wciskane nikomu na siłę, a tylko uwydatniają ważne prawdy, o których czasem się zapomina walcząc przeciwko życiu. Wystarczy choćby przypomnieć sobie naukę, którą Rocky udziela dziewczynce z sąsiedztwa, aby nawrócić ją na właściwą drogę. Bardzo znacząca jest scena, kiedy dziewczyna nazywa Rocky’ego głupkiem, nie przejmując się zupełnie jego radami.
                            Pierwsza część serii jest przede wszystkim tym, co chcieli przekazać reżyser, scenarzysta i aktorzy. Jest mowa o środowisku, w którym się urodziliśmy, a które chce nas przytłoczyć i nie pozwolić się z niego wyrwać. Jest o tym, że nawet jeśli nikt w nas nie wierzy i jesteśmy jedynymi, którzy tę wiarę posiadają, to dzięki wysiłkowi zdobędziemy wszystko, co jest nam drogie wyłącznie wtedy, gdy nie damy  sobie ugiąć kolan. Ten film pokazuje, że już samo skorzystanie z szansy i walka przeciwko światu jest wygraną, nawet jeśli wydaje się, że przegraliśmy.
Ale gdyby Rocky wygrał wówczas walkę o tytuł mistrza świata z Apollo Creedem, byłoby to zbyt oczywiste (wybaczcie spoiler, ale ten film ma już zbyt wiele lat, aby coś jeszcze przed nami ukrywać). Jednak to, że przystąpił do walki, mimo iż z góry był skazany na niepowodzenie, świadczyło o sile jego ducha, a zapał z jakim walczył zaskoczył nawet samego Apollo. I nawet przegrana na punkty i nie zdobycie pasa mistrza świata nie pokonało Rocky’ego, bo wszyscy na widowni wiedzieli, że Rocky wygrał tę walkę swoim sercem. Wygrał podwójnie, bo wygrał ze swoimi słabościami i losem, który kazał mu żyć w slumsach jako jeden z wielu, ale też wygrał uznanie wszystkich, którzy tego dnia obserwowali walkę.
                                Również Apollo wiedział, że tę walkę przegrał. Znamienna jest tu scena, gdy Apollo mówi do Rocky’ego, że rewanżu nie będzie, bo czuł, że następne starcie odbierze mu tytuł. Nikt zaś nie lubi przegrywać, a już najmniej mistrz świata, który zaaranżował całą walkę, aby uświetnić swoje dotychczasowe zwycięstwa i pokazać się z najlepszej strony, jako człowiek który daje szansę amatorowi ze slumsów, by ten mógł zmierzyć się z mistrzem.
                             Tak naprawdę ten film jest trochę smutny. Rocky jest niewykształcony, mieszka w małym mieszkaniu w najgorszej dzielnicy, aby utrzymać siebie musi pracować, zamiast ćwiczyć na ringu, choć boks jest jedyną rzeczą, która pozwala mu przetrwać. Wszyscy się z niego naśmiewają z powodu tego, że jest niewykształcony, wywalają z szafki jego ubrania do ćwiczeń, aby zrobić miejsce dla kogoś bardziej obiecującego, a gdy decyduje się wziąć udział w z góry przegranej walce i staje po raz pierwszy przed prasą, jego niewykształcenie daje się mocno we znaki.
                           Mimo to hart ducha Rocky’ego nie pozwala mu się poddawać i zawsze walczy do końca o wszystko. O kobietę swoich marzeń, w której oczach tylko on widział kogoś wartościowego, o swoją duszę, litując się nad tymi, od których miał odebrać dług za swojego szefa, bossa mafijnego. Gdy wszyscy się od niego odwracają, jest mi go tak bardzo żal, on natomiast nie poddaje się i wstaje za każdym razem, gdy próbują go przygnieść do ziemi. Decyduje się na walkę mimo że nie ma trenera, wstaje o świcie, żeby biegać w starym poszarpanym dresie, bo wreszcie widzi cel w swoim marnym życiu i nic już nie jest w stanie go od tego celu odciągnąć. Nawet jego były trener, który wreszcie daje mu szansę, bo zauważa niepokonany hart ducha, którego nie da się zwyciężyć. A hart ducha więcej jest wart niż doświadczenie, siła mięśni i dobrzy trenerzy.
                          Ten film jest jedną wielką walką o siebie. Wystarczy spojrzeć na wszystko czego dokonał Rocky Balboa, włoski ogier ze slumsów. Żył jak szczur na ulicy, aby wreszcie się podnieść, tylko dlatego, że wreszcie ktoś dał mu szansę. Zdobył kobietę swojego życia, mimo iż nawet jej brat odradzał Rocky’emu ten związek. Przekonał do siebie Micky’ego, swojego trenera, który wcześniej spisał go na straty za zawód, jakim się parał. Przetrwał wszystkie rundy z mistrzem świata, mimo iż nie posiadał tak dobrego warsztatu jak Creed i podczas walki zawsze się podnosił, mimo iż miał ochotę zostać na kolanach, bo tak było łatwiej. Najsmutniejsza była dla mnie ta scena, w której Micky przyszedł do Rocky’ego, bo chciał zostać jego trenerem, po tym jak wyrzucił jego rzeczy z szafki. Gdy Rocky przypomniał mu, że wcześniej trener nie dał mu wsparcia i oskarżył, że przyszedł do niego dopiero po tym, jak wyzwał go mistrz, po czym wyrzucił z mieszkania, a Micky zaczął schodzić ze schodów, pokonany. Jak to dobrze, że Rocky go z tych schodów zawrócił! Było mi żal zarówno Rocky’ego i tego, że w samotności musiał się zmagać ze wszystkim przeciwnościami, które niejednego zwaliłyby z nóg, jak i Micky’ego, którym powodowały dobre motywy, a jednak słowa Rocky’ego zraniły go tak bardzo, że jego stare i zmęczone plecy pochyliły się jak u stuletniego starca. Obaj byli skrzywdzeni przez życie i obaj potrzebowali siebie tak samo mocno. Całe szczęście, że to dostrzegli.
                         W tej scenie poznajemy Rocky’ego najbardziej. Tu opowiada nam przez co przeszedł i jak bardzo czuł się samotny. Jak bardzo potrzebował wiary w siebie i pomocnej ręki. Jest to jedna z tych przemów, które na długo pozostają w pamięci, mimo że nie ma w niej wielkich słów i patosu. Ale taki jest właśnie głupek Rocky, jego słowa zawsze wyrażają głębokie prawdy, mimo iż Rocky sam sobie odmawia inteligencji. Mimo to wiedział, że szansa walki z Apollo Creedem jest jego ostatnią szansą na pokonanie samego siebie, swojej słabszej strony, która dawno temu została pokonana przez życie i na podniesienie się z kolan.
                       Sport gra w tej części raczej poboczną rolę, ma znaczenie tylko z całą resztą historii. Bez niej byłoby to tylko zwykłe chlastanie się w bokserskich rękawicach, z historią zaś w tle stała się heroiczną walką z samym sobą. Dlatego tak bardzo ściskamy kciuki za Rocky’ego, gdy ten raz po raz upada na kolana podczas walki z Apollo Creedem. Zapominamy  w tym momencie, że nie lubimy sportu, bo wiemy, jakie znaczenie ma dla Rocky’ego a walka, jak bardzo chce utrzymać się na nogach przez wszystkie rundy, mimo iż wie, że nie ma szans na wygraną. Jego siła charakteru nie pozwala mu się poddać, nawet gdy nie ma siły, a muzyka, która leci w tle, zmienia nasze serca w rydwany ognia. Przyznam, że miałam wtedy ochotę zerwać się z łóżka i krzyczeć raz po raz: „Rocky, Rocky!” razem z reszta tłumu.
                     Zapomniałam na chwilę, że to tylko film, naprawdę. A po ostatniej rundzie, gdy zostały ogłoszone wyniki i poleciał kolejny genialny kawałek, oczy mi się zaszkliły ze szczęścia. I teraz, za każdym razem jak słyszę te piosenki, przypomina mi się Rocky na ringu, gdy jak Dawid walczy z Goliatem o swoją przyszłość i szacunek do samego siebie, wiem, że już nic nie jest w stanie mnie złamać, bo skoro Rocky’emu się udało, człowiekowi, który miał znacznie gorszy start ode mnie, to i mnie musi się udać.
                         Ach i ta pełna napięcia chwila przed samą walką z mistrzem. Daje się wyraźnie odczuć jak wielkie znaczenie ma ona dla Rocky’ego. Bardzo chcemy mu wówczas pomóc, powiedzieć jakieś budujące słowa, ale wiemy, że tylko on sam może sobie pomóc. I przez cały czas trwania walki bieleją nam kłykcie od trzymania kciuków za to, żeby mu się udało. To napięcie wyczuwalne jest tylko w pierwszej części, kiedy wiemy, że ważą się szale przyszłości Rocky’ego, że później już będzie dobrze, ale że od tej jednej walki zależy właściwie wszystko. Ta zdolność Stallone do grania na emocjach powoduje, że film staje się czymś więcej od filmu o boksie.
                     Ten film podnosi na duchu, pomaga odzyskać wiarę w siebie, dodaje pewności siebie i hartu ducha, daje nadzieję, że wszystko będzie dobrze, tylko musimy zawalczyć o swoje. Tak jak w tej pamiętnej scenie, gdy Rocky wbiega ostatkiem sił na schody po wcześniejszym morderczym biegu, aby na szczycie poczuć się jak mistrz świata, bo wygrał ze swoimi słabościami. Jak mówi piosenka „it’s you against you”, i tylko Ty możesz sprawić, że wygrana będzie po Twojej stronie, nawet jeśli wszyscy są po przeciwnej. Naprawdę, obejrzycie ten film, posłuchajcie tej wspaniałej muzyki, a już zawsze gdy ją usłyszycie będziecie mieli ochotę przeciwstawić się światu, mimo iż wcześniej wydawało się Wam, że nie macie już na to siły. Nagle znajdziecie w sobie tyle siły, aby wstać z kolan, a w ślad za tym przyjdą kolejna ukryte pokłady siły, które dodadzą Wam skrzydeł i sprawią, że nie tylko zaczniecie biec, ale uda Wam się bez problemu wspiąć na każdy szczyt, który wcześniej wydawał się nieosiągalny.
                  Druga część filmu, która powstała trzy lata później, jest utrzymana w podobnej konwencji i to mnie niezmiernie cieszy. Tak łatwo było zepsuć ten pomysł. Na szczęście wszyscy stanęli na wysokości zadania. Jest tu trochę więcej znienawidzonego przez moją koleżankę sportu, ale idea przyświeca ta sama. Nie jest to film o boksie, ale o walce przeciwko sobie, swojemu największemu wrogowi. Gdy Rocky’ego napadają wątpliwości czy uczciwie wygrał swoje następne walki i tytuł profesjonalnego boksera wie, że nic nie będzie go w stanie powstrzymać przed ponownym stanięciem w szranki z Apollo Creedem, który z kolei musi walczyć z oskarżeniami, że ledwie wygrał z Rockym, bokserem amatorem. Ta walka będzie jeszcze ciekawsza i bardziej trzymająca w napięciu niż poprzednia, a otoczka filmu równie głęboka, bo wciąż mocno skupiona na środowisku, które pomimo wszystkich przeciwności, wydało na świat mistrza.
                         Dwie następne części nie są tak doniosłe i można by poprzestać na dwóch pierwszych, ale i tamte kolejne obejrzałam i nie żałuję, bo też były całkiem ciekawe. Piąta część jest trochę powrotem do pierwszej, co daje jej pewną przewagę nad dwiema poprzednimi, mimo iż boksu w niej niewiele. Natomiast po szóstą nie sięgnę, bo zbyt wiele lat upłynęło i czas ten odbija się nie tylko na twarzy Stallone, ale i, mocno podejrzewam, na scenariuszu. Dla mnie istnieje tylko tych pięć części, bo uważam, że nie da się wskrzesić ducha tamtych lat. I lepiej nie próbować tego robić, bo nigdy nie będzie to taki sam film, a tylko słaba kopia. Jestem o tym tak przekonana, że nie zamierzam tego sprawdzać. Tak jak Rocky przeszedł na emeryturę, tak zrobiłam to i ja i jedyne, co mogę zrobić, to ponownie obejrzeć te wszystkie wcześniejsze części i jestem pewna, że znowu będę się świetnie bawiła, jak to na klasyki przystało.
                      I myślę, że będę te filmy jeszcze mocniej przezywać, bo jak sobie teraz przypomnę, jakie Rocky miał smutne życie, to od razu łzy mi w oczach stają. I chętnie bym zobaczyła ponownie, jak ten prostolinijny chłopak wywalcza sobie lepszą przyszłość, na którą tak bardzo zasłużył. Ta seria jest jak najbardziej warta rekomendacji. Koniecznie ją obejrzyjcie, nawet po raz kolejny. Może, tak jak to było w moim przypadku, odnajdziecie w niej coś, czego wcześniej nie dostrzegliście i będziecie mogli ją polecić swoim znajomym. Nie można przecież pozwolić, aby genialna kreacja Sylvestra Stallone została kiedykolwiek zapomniana, prawda? Jest to jego najlepsza rola i każdy ją doceni, nawet ci nie lubiący sportów. Gwarantuję Wam, że będziecie uśmiechać się do siebie ze szczęścia, gdy poleci końcowa melodia, oznajmiająca koniec walki bokserskiej. Mimo, że nie lubicie sportów!



niedziela, 5 marca 2017

Sukienki dla małych i grubych- gdzie szukać

                 Czy znacie to uczucie? Chodzicie po sklepach, w rękach dziesiątki wieszaków z sukienkami różnych materiałów i krojów, wiele godzin krążenia po sklepach i nic? Nieważne, czy sukienka jest za 50 zł czy 150 zł? Nieważne czy jest zwiewna, czy w kształcie tuby, w każdej wyglądacie jak dojna krowa, pod warunkiem, że jesteście w stanie przełożyć ją przez głowę? A na końcu tego koszmaru wychodzicie sfrustrowane, zmęczone i załamane? Obiecujecie sobie nawet, że na zawsze już rezygnujecie z sukienek, bo już nigdy w żadnej nie będziecie wyglądać tak, żeby nie oglądało się za Wami  zniesmaczone społeczeństwo?

                 Cóż, jeszcze parę dni temu myślałam, że sukienki będę oglądać już tylko na zdjęciach. Połowa fatałaszków wiszących na wieszakach wyglądała na mnie jak starodawne koszule nocne sięgające do ziemi, inne jak podkradane córce sukienki z liceum. Jedne opinały jak parówkę, inne wisiały jak sprane piżamy zakrywające kolana, a w każdej wyglądałam koszmarnie. Już po minucie, jak tylko widziałam swoje odbicie w lustrze, zdejmowałam kieckę i ze wstrętem odwieszałam na wieszak, po czym obiecywałam sobie, że raz na zawsze kończę z sukienkami, skoro nie uszyto jeszcze takiej, która by na mnie pasowała.

                  Aż zdarzył się cud. Weszłam na stronę zalando, którą odwiedzałam tylko wtedy, gdy potrzebowałam butów i tam znalazłam miliony sukienek, które sięgały przed kolana, były zwiewne i na tyle duże, żeby zmieścić 20 kilo dodatkowej, wyhodowanej pieczołowicie, wagi. Co więcej, wszystkie były w przyzwoitych cenach, wahały się od 59 zł do 150 zł. Wiele z nich można było kupić po cenach wyprzedażowych. Były też i takie, na które nie zarobiłabym przez dwa miesiące, ale te od razu wykluczyłam, obniżając cenę do 199 zł.

                  Fakt, wybranie tych, które podobały mi się najbardziej i odpowiadały mi pod każdym względem, zajęło mi parę dobrych godzin, ale z pięciu zamówionych na oko, bez mierzenia i męczenia się w sklepach, wszystkie 5 było jakby szyte na mnie. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy zaczęłam je wyjmować z opakowań. Już na pierwszy rzut oka wydawały się idealne, po przymierzeniu nie zmieniłam o nich zdania.

                  O ironio, okazało się to prawdziwym problemem, ponieważ zamówiłam aż tyle od razu, bo byłam przekonana, że żadna z nich nie będzie na mnie pasowała i będę musiała je odesłać. Znalazłam się więc w prawdziwej kropce, bo musiałam zrezygnować z połowy zamówienia jeśli nie chciałam się żywić przez następny miesiąc tynkiem ze ścian.

              Po dokładnym przestudiowaniu odbicia w lustrze oraz metek, odesłałam dwie uszyte z najgrubszych materiałów i najbardziej przylegające do ciała. Za 5 sukienek zapłaciłam 470 zł. Odzyskałam 200, mimo  że chętnie zostawiłabym sobie wszystkie. Teraz wiem, że zalando będzie moim jedynym wyborem gdy będę szukać kolejnych sukienek. Czas spędzony na takich zakupach, bez ruszania się z domu, był prawdziwą, choć odrobinę męczącą, przyjemnością. Sugeruję zakupy rozłożyć sobie na parę dni, nikt Wam przecież nie wykupi wszystkich sukienek z magazynów zalando. A jeśli sprzątnie Wam ktoś sprzed nosa ulubioną kieckę, znajdą się ich całe dziesiątki w zastępstwie.

             Selekcja sukienek, gdy już wpadniemy w szał zakupów, nie jest łatwa. Trzeba być twardym wobec siebie i przede wszystkim szczerym. To, że wszystkie 5 sukienek zamówionych przeze mnie okazało się sukcesem, wynikało tylko i wyłącznie z ciężkiej pracy. Ale szczerze przyznam, obyło się bez sprawdzania wymiarów. Niesamowite, prawda?

             Jak tego dokonałam? Nie było łatwo. Pierwszym krokiem jest filtrowanie. Ja wybrałam sukienki z wyprzedaży i ograniczyłam cenę do 199 zł. Nie ograniczałam się materiałowo, choć wiedziałam, że ostatecznie najważniejszym dla mnie czynnikiem będzie oddychalność materiałów. Z 12 stron przepięknych sukienek wybrałam wstępnie 80 (!). Podczas przeglądania stron poddałam sukienki procesowi wstępnej selekcji, czyli próbowałam sobie wyobrazić, patrząc jak sukienka leży na modelce, jak ja będę w niej wyglądać. Obserwowałam zwłaszcza okolice biustu, pupy i pasa. Wybierałam te luźniejsze. Odrzucałam te, co do których miałam wątpliwości i były wykonane z poliestru. Nie da się w tym chodzić latem, a moje sukienki miały być całoroczne.

             Po wybraniu 80 potencjalnych sukienek, następnego dnia przyjrzałam się im uważniej. Myślałam trzeźwiej, miałam też w pamięci to, że nie mogę przecież kupować i odsyłać 80 kiecek, bo zabrałoby mi to parę miesięcy. Wyrzucałam z ulubionych te, które w drugim etapie selekcji wydawały się za ciasne. Gdy sukienka wydawała się za krótka, sprawdzałam wymiary modelek, wiedząc, że jestem od wszystkich niższa o jakieś paręnaście cm. Pamiętajcie, modelki, które prezentują ciuchy mają Wam służyć tylko do ogólnego sprawdzenia jak układają się na ciele, jak leżą w okolicach problematycznych i jak długie mogą być. Nie dajcie się omamić wyglądem modelek, my nigdy nie będziemy wyglądać w prezentowanych przez nich ciuchach tak samo!

                   Ostatnim etapem było odrzucenie tych, które nie mogły być całoroczne, czyli nie służyły moim oczekiwaniom. Czytałam też opinie, gdy nie wiedziałam, co zrobić, zostawić czy odrzucić. Opinie te okazały się bardzo pomocne. Każda sukienka pokazana jest także bez modelki, tym zdjęciom przypatrywałam się najuważniej, bo dzięki nim od razu mogłam zauważyć, czy wyglądałabym w kiecce grubo. To ostatnie zdjęcie jest dla Was drogowskazem. Dzięki niemu obędzie się bez nerwów, sprawdzania wymiarów i stresu.
                  Ja nie stroniłam też od sukienek dla kobiet w ciąży. Niestety wszystkie firmy oferujące ekstra duże rozmiary zaczynały się od rozmiarówki 50, a ja szukałam rozmiaru 40, w którym wyglądałabym przyzwoicie. Wiecie, nawet z zalando nie spodziewajcie się cudów. Żadna sukienka Was nie odchudzi, ale wiele z nich sprawi, że będziecie w stanie patrzeć na swoje odbicie w lustrze z przyjemnością, której dawno nie odczuwałyście.

                 Gdy z 80 kiecek zostało mi 15, zamówiłam te, co do których miałam największe nadzieje- niekoniecznie były to te, które najbardziej mi się podobały. Były to raczej te, które spełniały najwięcej moich potrzeb. Okazało się, że z każdą trafiłam w dziesiątkę. Było to niesamowite przeżycie po wszystkich tych poszukiwaniach w sklepach stacjonarnych.

                 Po wybraniu trzech z pięciu i odesłaniu dwóch najmniej odpowiadających moim potrzebom, całym wysiłkiem woli oparłam się pokusie posłania po kolejne. Myślę, że będzie na to czas w przyszłości, bo wiem, że magazyny zalando pełne są sukienek uszytych specjalnie dla mnie.

            Oto moje wybory:
1. TWINTIP- sukienka letnia off white/red/black

             Sukienka z wiskozy (konieczne ręczne pranie, dosłownie ręczne) w piękną stonowaną kratę, na grubych ramiączkach. Można nosić na luźno, tak jak jest skrojona, lub z wąskim paskiem wygrzebanym gdzieś w szafie, ot tak, dla podkreślenia talii. Pięknie leży, delikatne falbany ślicznie się układają, chowając całkowicie mankamenty figury w okolicy brzucha i do tego nie sprawia, że wyglądam jak w ciąży (lub jak mleczna krowa). Będę nosić wiosną i jesienią oraz zimą z grubymi rajstopami i golfem ukrytym pod sukienką. Na upały raczej się nie nada ze względu na wiskozę, która nie należy do najbardziej oddychających materiałów, jednak na niższe letnie temperatury będzie jak znalazł. Nada się do pracy przez swój skromny krój, a także na imprezę, dzięki fikuśnej kratce. Nadaje dziewczęcości w nienachalny sposób, dzięki czemu 30-tka nadal będzie wyglądać jak 30-tka, tylko lekko podrasowana.

            Rozmiar L (mój standardowy), cena 54,50 zł (Uważajcie na ceny na zalando, jednego dnia kiecka kosztuje 54 zł, innego 65 zł, w zależności od zainteresowania; tak samo jest widzę z innymi kupionymi przeze mnie sukienkami; dlatego czasem nie należy się zastanawiać, gdy cena jest niska, z nadzieją, że będzie jeszcze niższa, bo można się niemiło zdziwić)

2. Vila- VIFUNDA sukienka letnia pristine/cashmere blue

            Przepiękna sukienka z klasą, nieco w stylu Pocahontas ze względu na szerokie rękawki zakończone drobniutkimi frędzelkami. Sukienka z delikatnej bawełny, także wymaga ręcznego prania, jeśli nie chcemy jej pozaciągać. Wygląda klasycznie i jednocześnie świeżo i odmładzająco, dzięki czemu będzie idealna tak do pracy jak i na każdą rodzinną imprezę, a także na niedzielny spacer czy tańce w klubie, wszystko zależy od dodatków, jakie zastosujecie. Układa się naprawdę fajnie, można nosić na luźno lub związać się doszytym paskiem. Świetna na każdą porę roku, także na upały, dzięki cienkiemu, jakby dzierganemu, materiałowi. Oddychająca. Dorzucicie grube rajstopy, botki i płaszcz i już macie propozycję na zimę. Zmienicie płaszcz na kamelową kurtkę lub zamszową ramoneskę i macie stylizację na jesień i wiosnę. Zakładacie sandały i kapelusz słomkowy i można się tak pokazać na greckich wyspach.

            Bawełna za 113,40 zł, rozmiar L (mój standardowy, choć waham się między M a L, zależnie od firmy i kroju- dla pewności wzięłam opcję maksimum).

3. Benetton- sukienka letnia offwhite.

            Typowo letnia sukienka z bawełny, bardzo luźna, na grubych ramiączkach i o dziurkowanej górze. Raczej nie do noszenia na okazje inne niż letnie wypady do Grecji czy do biura, kiedy nie da się żyć przez upały. Zatrzymałam, bo bardzo potrzebuję sukienek na lato, tak do biura jak i na wakacje, a ta fajnie leży i skromnością swoją uspokoi najostrzejszego szefa. Można nosić na luźno lub skromnie spiąć paskiem aby pokazać, że mimo swoich rozmiarów ma się talię.

              Bawełna, koszt 99,50 zł, rozmiar M (wzięłam mniejszy ze względu na komentarze).

              Koniecznie wziąć rozmiar mniejszy, może nawet dwa, ponieważ sukienka jest bardzo luźna. Mi się to podoba, więc zamówiłam tylko jeden rozmiar mniej (często noszę rozmiar M, ale jeszcze częściej L) i leży świetnie.

4. Espirit- sukienka z dżerseju, black.

              Sukienka o kształcie tuby w czarno-białe drobne paseczki, z wszytym paskiem. Gruba bawełna, ubrana na luźno wygląda trochę zbyt piżamowo, lepiej wygląda spięta paskiem. Założona luźno trochę się źle układa na plecach, jest zbyt luźna. To oraz grubość materiału zdecydowała o tym, że właśnie ją wybrałam na odesłanie. Gdyby nie potrzeba odzyskania pieniędzy i nieco inny zamysł na noszenie sukienek (wolę luźne i zwiewne, żeby pasowały do każdej pory roku), zapewne bym ją zatrzymała.

              Koszt 84,50 zł, rozmiar L

5. edc by Espirit- sukienka z dżerseju old pink.

              Przepiękna elegancka sukienka w kolorze pudrowego różu. Bardzo elegancka, ładnie układająca się tuba. Odesłałam ze względu na pieniądze (naprawdę nie oczekiwałam, że wszystkie kiecki będą ładnie na mnie wyglądać, spotkała mnie zatem miła niespodzianka) i materiał (polyester kompletnie nie nadaje się na lato). Trochę widać brzuszek, ale i tak ślicznie się układa. Mini rękawki dodają uroku. Można dorzucić pasek dla zaznaczenia talii. Minusem jest inny materiał z tyły sukienki, przez co za bardzo odznacza się linia bielizny. Ale zapewne pomaga to w elastyczności i ułożeniu się sukienki na plecach. Delikatne rękawki, drobne rozcięcia na dole sukienki i dwie duże kieszenie przełamują klasykę sukienki, dzięki czemu możemy ją nosić zarówno do botków i kurtki zamszowej, niejako do stylu boho, jak i do szpilek na rozmowę o pracę.

              Cena 119,40 zł, rozmiar L

***

              Jak już wspomniałam zakupy na zalando to niebezpieczna sprawa. Zalando uzależnia, zwłaszcza gdy wszystko co zamówimy pasuje nam idealnie. Radzę zachować ostrożność i trzeźwość umysłu. Pamiętajcie, jak nie teraz, to zamówicie coś przy okazji następnej wypłaty. Nie ma potrzeby się spieszyć. A wyprzedaże są praktycznie co sezon, więc na pewno coś ładnego znajdziecie i dla siebie. Cóż, zakupy z zalando to prawdziwa przyjemność. Nawet dla małych i grubych :)

             P.S. Pamiętajcie, że na zwrot pieniędzy czekacie z zalando nawet do dwóch tygodni. Taki mały zawór bezpieczeństwa ;)

niedziela, 26 lutego 2017

Girl 16: Pants on fire/ Sue Limb


Ostatnia książka z serii o Jess Jordan, którą udało mi się nabyć, jest zdecydowanie najlepsza. Jest to czwarta część serii i nosi tytuł „Pants on fire”. Już sam tytuł świadczy, że będzie się działo. I faktycznie tak jest. Na Sue Limb można polegać jeśli chodzi o dobry i wyważony humor, a także o liczne nieporozumienia i zabawne sytuacje. A wiele z nich wydaje się być sytuacjami, które mógłby przeżyć każdy z nas, gdybyśmy mieli tak jak Jess tendencję do wpadania w kłopoty i brnięcia w nie coraz głębiej podczas prób wykaraskania się z owych kłopotów. Życie Jess Jordan jest jak ruchome piaski, im bardziej walczy o przetrwanie, tym głębiej zakopuje się w problemach, aż wreszcie wystaje jej tylko szyja. I w tym momencie, gdy wydaje się, że już wszystko się rozpadło, Jess zawsze udaje się wykaraskać nawet z największego bagna, dzięki swojej pomysłowości.
Bardzo mi się spodobało to jak zgrabnie Sue Limb napisała tę część. Oprócz okropnego rozdziału pierwszego – wydaje się, że Sue pomimo swojego talentu kompletnie nie potrafi rozpocząć swojej intrygi, czym zdecydowanie przegrywa z Louise Rennison (przepraszam, znowu ją wspominam) – cała reszta pięknie się ze sobą zazębia. Jess przez swoją lekkomyślność i żywiołowość wpada w pierwsze tarapaty, przypadkowo zadzierając z nową osobistością w szkole, Panną Thorn, sztywną i nieprzejednaną nauczycielką języka angielskiego. W wyniku zbiegu okoliczności (i wielu spraw, które są dla dziewczyny stokroć ważniejsze niż punktualne przybywanie na lekcje) Jess coraz bardziej podpada Pannie Thorn i obie szybko zostają największymi wrogami. Tak wielkimi, iż Jess odmawia wzięcia udziału w przesłuchaniach do sztuki Szekspira, którą szkoła ma w planach wystawić przed świętami Bożego Narodzenia. Duma i obrażona godność każe jej przeciwstawić się Pannie Thorn za wszelką cenę, nawet za cenę tego, że zostaje sama ze swoimi problemami, gdyż cała reszta przyjaciół zaangażowana zostaje w przedstawienie. Zostaje jej tylko nieśmiały Ben Jones, który w swój słodki sposób wkracza ponownie na arenę, stając się jedyną opoką w życiu Jess. Życiu, które zdaje się iść całkiem na opak. Tak bardzo, że jedno małe nieporozumienie prowadzi do kolejnego, aż wreszcie zbiera się ich tyle, że nawet sama Jess nie wie, jak sobie poradzić z tą lawiną zdarzeń. Jedno jest pewne, jej życie legło w gruzach. I tylko ona sama może naprawić to, co się stało, mimo iż kolejne próby kończą się jeszcze większymi nieporozumieniami. Jednak pomysłowość Jess nie zna granic, więc możemy być pewni, że i tym razem sprosta ona zadaniu i przywróci ład w swoim zagmatwanym życiu nastolatki.
Jak już wspomniałam, ta część jest najzabawniejsza ze wszystkich. Sue Limb wzniosła się na szczyty swojego talentu, bawiąc nas praktycznie od samego początku (pomijając ten nieszczęsny pierwszy rozdział). Pojawienie się na scenie Bena Jonesa, dawną miłość Jess, sprawia, że sytuacje gmatwają się jeszcze bardziej, a atmosfera między Jess i Fredem zagęszcza się z rozdziału na rozdział. Przez całą książkę Sue Limb częstuje nas swoim inteligentnym i subtelnym humorem, jednocześnie sprawiając, że Jess wydaje się być jeszcze bardziej szalona i jednocześnie jeszcze zabawniejsza (jak to w ogóle możliwe?). Wszystkie rozdziały są ze sobą zgrane niezwykle precyzyjnie, a wszystkie postacie idealnie opisane. Zwłaszcza osoba Panny Thorn jest tak żywa, że cały czas widziałam ją przed oczami. I bałam się oraz nienawidziłam jej tak samo jak Jess i reszta klasy. Z kolei większa obecność ekscentrycznej babci Jess budowała dodatkową sielską i rodzinną atmosferę, dorzucając jednocześnie szczypty dodatkowego osobliwego humoru we wszystkie sytuacje, jako, że babcia Jess, w odróżnieniu od sztywnej matki dziewczyny, jest osobą, którą kocha się od samego początku, za jej niezwykłe zainteresowania, mądre rady i zabawne teksty. Każdy chciałby mieć taką babcię jak Jess, to jest pewne. A przynajmniej każdy nastolatek.
Co do matki Jess, jest ona także odmalowana w sposób idealny. Jest to typowy przedstawiciel swojego gatunku- matka zamartwiająca się o swoją córkę i jednocześnie kompletnie jej nie rozumiejąca. Typowa nudna matka żyjąca swoim życiem, w którym trzeba gdzieś upchnąć krnąbrne dziecko. W tej części Sue Limb udoskonaliła ten typ przez włączenie do życia matki Jess mężczyzny, przez co dodała smaczku do życia nastolatki, jak i dodatkowego humoru. Jest on zwłaszcza widoczny gdy matka Jess zaczyna okłamywać swoją córkę  z obawy przed jej reakcją na wieść o tym, że w jej życiu pojawił się mężczyzna. Jak można się domyślać, sytuacja staje się coraz gęstsza i daje dodatkowe możliwości do wykazania się doskonałym wyczuciem i świetnym dowcipem.
Czwarta część serii o Jess Jordan uświadomiła mi jak bardzo nie jestem jeszcze gotowa na rozstanie z Jess. Kunszt pisarski Sue Limb z każdą częścią wydaje się być coraz lepszy, a dowcip zdaje się wyostrzać. Przez co jestem coraz bardziej ciekawa co jeszcze się wydarzy, zwłaszcza po tej pierwszej poważnej kłótni Jess z Fredem.
Bo właśnie od tego się wszystko zaczęło. Pomimo wspaniałych wakacji (pełnych nieporozumień, a jakże) Jess nie może się doczekać, aby wrócić do szkoły w celu pochwalenia się swoją zdobyczą, Fredem. Jednak w przeddzień powrotu do szkoły spotyka ją niemiła niespodzianka, Fred wcale nie chce się przyznawać do tego związku. Jak można się było spodziewać, takie wyznanie ze strony Freda przesłania Jess resztki rozsądku. Wściekła i zraniona Jess rzuca parę przykrych słów w stronę Freda i ucieka z płaczem. Następnego dnia, gdy chce wszystko naprawić, sprawy komplikują się za sprawą nieobecności Freda jak i obecności nowego nauczyciela, wspomnianej Panny Thorn. Zaślepiona swoim bólem i zamartwiając się o Freda i swoje z nim stosunki, Jess coraz bardziej podpada nauczycielce, aż wreszcie sprawy wymykają się spod kontroli. I nie tylko w związku ze szkołą. Także z Fredem, gdzie jedno nieporozumienie goni drugie, a kłopoty z matką dolewają oliwy do ognia. Robi się naprawdę gęsto, a wynikiem tego jest spacer do przychodni z babcią, ale bez majtek. Tylko Jess mogła wpaść w takie kłopoty. Choć patrząc na całą sytuację, z czego ona wynikła, jestem prawie pewna, że mogłabym skończyć dokładnie tak samo. I za to cenię Sue Limb tak bardzo. Jej gmatwanie sytuacji jest tak subtelne i idealne, że naprawdę jest możliwe, aby podobne sytuacje mogły zdarzyć się w prawdziwym życiu, gdy ma się podobny charakter do Jess. A ja w pewnym sensie utożsamiam się z nią, jako że też mam problemy do przyznawania się do swoich błędów i wolę brnąć w nie jeszcze bardziej, niż przyznać się do czegoś żenującego. Jess jest dla mnie jak najbardziej prawdziwa i dlatego od samego początku stałyśmy się nierozerwalnymi przyjaciółkami. W literackim sensie oczywiście, choć nie miałabym absolutnie nic przeciwko, aby poznać kogoś takiego, szalonego i inspirującego, aby cieszyć się jego obecnością na co dzień i zmieniać się pod jej wpływem na lepsze.
Ta książka, choć na pierwszy rzut oka głupkowata (mimo iż jednocześnie prawdziwa, o czym pisałam wyżej), jest w rzeczywistości inspirująca, dzięki obecności Jess Jordan. Ta pomysłowa nastolatka poprawia mi humor, uświadamia co jest w życiu ważne i potrafi tchnąć w nie kolor i sprawić, że wszystko odczuwam mocniej, wyraźniej. Do tego jest diabelnie inteligentna i jednocześnie prosta w swojej inteligencji. A także najzwyczajniej w świecie zabawna w swój rozumny i subtelny sposób. Podczas czytania tej części śmiałam się najczęściej. I najbardziej wyraźnie zdawałam sobie sprawę jak świetną pisarką jest Sue. Wprawdzie nie potrafi napisać wprowadzenia (nie tylko pierwszy rozdział był wyrwany z kontekstu, ale i przemowa Freda nie miała większego sensu, ponieważ tak naprawdę nie można z niej zrozumieć, skąd wziął się u Freda strach przed związkiem z Jess), ale za to genialnie wplątuje Jess w śmieszne i nieomal prawdziwe sytuacje. Natomiast jej spostrzeżenia na temat relacji rodziców i nastolatków są godne Oskara. Z każdego gagu przebłyskuje ironiczna inteligencja. Jedyne, co mnie prawie wcale nie śmieszy są skecze Jess. Przemyślenia nastolatki na temat miłości, dorosłych i jedzenia są godne oprawienia w ramki (przy tym naprawdę zabawne), natomiast gdy autorka opisuje próby Jess aby zostać mistrzynią kabaretów, ja nie odnajduję jej skeczów jako śmieszne. Na szczęście jest tego tak mało, że jestem w stanie wybaczyć autorce jej brak kunsztu w zakresie komedii kabaretowej. Ponieważ gdy tylko Jess schodzi ze sceny, wraca przenikliwy humor i świetna atmosfera książki. Ach, zazdroszczę Sue Limb tego humoru. Gdybym miała go choć krztynę, zaraz rzuciłabym się do pisania książek. Niestety, będzie musiało mi wystarczyć tylko ich opisywanie.
Skończyły mi się już książki o Jess Jordan. Aczkolwiek mam już namiary na stronę, na której będę mogła kupić ostatnie trzy części. Niestety są one droższe niż pierwsze trzy, które udało mi się zakupić w promocji. Jednak są one warte każdej złotówki (no, może oprócz ”Flirting for England” : )), więc jak tylko znajdę jakąś niepotrzebną gotówkę, pobiegnę do sklepu (metaforycznie, ponieważ sklep jest internetowy : )). A jeśli Wy nie macie kompletnie pojęcia, co kupić na prezent (świąteczny, urodzinowy, imieninowy) swojej dorastającej córce, możecie jej podsunąć właśnie tę serię. Będzie to sprytny rodzicielski zabieg, aby zmusić ją do nauki języka angielskiego (plus jest to świetna okazja do uświadomienia dziecku ważności wartości rodzinnych, jak miłość do rodziców oraz dziadków oraz wyrozumienie dla słabości i niedoskonałości dorosłych, gdyż książka mimo swojego lekkiego tonu zawiera duży ładunek tych przesłań, zakamuflowanych w bardzo sprytny sposób i pochowanych gdzieś między akcjami Jess). Bo gdy Wasza córka zacznie czytać tę serię, nie będzie w stanie odpuścić. A może dzięki temu pokocha naukę tak jak ja. W końcu w znajomości angielskiego leży tyle możliwości, że nie da się ich wszystkich opisać. Niestety jeśli Wasza nastoletnia latorośl nie zna tego języka ni w ząb, chyba nie będzie to dobry prezent, ponieważ ta seria raczej nie została przetłumaczona na polski. Jednak jeśli Wasze dzieci są choć trochę obeznane z angielskim, możecie zaryzykować rzucenie ich na głęboka wodę, bo język tej serii jest bardzo przystępny i łatwo się go czyta, nawet bez większych umiejętności językowych. Zaryzykujcie, spróbujcie, macie aż 50% szans na sukces. Jeśli się nie uda, zawsze możecie sami po nią sięgnąć, aby nie kurzyła się na półkach. Wam też gwarantuję dobrą zabawę i naukę jednocześnie. Nie tylko języka angielskiego, ale i sposobu myślenia Waszego dziecka. A czy poznanie na nowo własnej latorośli nie jest warte wydania każdej złotówki? : )
Pozdrawiam i do usłyszenia przy kolejnej części serii o szalonej Jess Jordan.


piątek, 17 lutego 2017

Mamma mia - najlepszy film na każdą niepogodę

                     
                    Ostatnio mam pewną obsesję, z której nie potrafię się wyleczyć. Jest to jednak zdrowa obsesja, więc postanowiłam się z Wami nią podzielić. Wiecie, że do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Tak najwidoczniej ja musiałam dorosnąć do tego filmu. Kiedyś go widziałam i podobał mi się, jak to dobry musical musi się podobać, ale dopiero po paru latach zakochałam się w tym filmie naprawdę i szczerze, dokładnie tak jak na to zasługuje. Pewnie większość z Was go oglądała na pewnym etapie swojego życia, reszta na pewno o nim słyszała. Ale być może jest tu parę osób, które właśnie dorastają, tak jak ja, do pełnego zrozumienia tego filmu. Tym wpisem chcę przekonać tę garstkę osób do ponownego obejrzenia owego musicalu i przyjrzenia mu się tak jak na to zasługuje.
                     Kiedyś, kiedy pierwszy raz usłyszałam o „Mamma Mia”, myślałam, że było o nim tak głośno wyłącznie dlatego, że reaktywowano w nim piosenki słynnego zespołu Abba. To przekonanie utrzymywało się we mnie także wtedy, gdy z głową pewną obaw zasiadałam do tego dzieła. Ach, jak ja nie cierpiałam Abby i piosenek lat 70! Tylko miłość do musicali wszelkiego rodzaju przekonała mnie, że i teraz powinnam spróbować. A kiedy już obejrzałam film, z lekkim sercem stwierdziłam, że ta Abba nie była wcale taka zła, a film bardzo mi się spodobał.
                     Jednak nie była to miłość tak silna, aby przetrwać wieki. Piosenki przebrzmiały, ja uśmiechnęłam się do siebie i wyłączyłam komputer, by wrócić do normalnego życia i obowiązków. W mojej głowie nie powstała żadna głębsza myśl. Nie stałam się miłośniczką lat 70 i największym fanem Abby. Ale zdobyłam się na to, aby skarcić siebie w duchu za uprzedzenia i przyznać kiedyś w rozmowie z przyjaciółmi, że film nie był taki zły jak myślałam, że będzie.
                     Możecie wieszać na mnie za to psy, ale taka już jest natura ludzka, a moja nie jest wyjątkiem. Natura zaś homo sapiens nie uwierzy, że coś jest takie, jak wszyscy mówią, że jest, póki tego sama nie sprawdzi. A mnie dodatkowo takie gromkie ogólne brawa zawsze odstręczają, bo ciągle udaję przed samą sobą, że jestem oryginalna i nie robię tego, co wszyscy. Jednak do filmów muzycznych miałam słabość od mojego pierwszego nastoletniego seansu z Patrickiem Swayze, gdy w rytm mambo i atmosferze wspaniałych lat 60-tych czarował mnie swoim ciałem ozdobionym czarnym podkoszulkiem i kurtką ze skóry, uśmiechem i przede wszystkim magicznym tańcem. Od tego czasu nawet Abba nie jest w stanie mnie odstręczyć od obejrzenia musicalu. Nie jest nawet w stanie zrobić tego polska produkcja, na którą zazwyczaj parskam jak niezadowolony kot. Gdy chodzi o polskie filmy reguła jest taka, że nie mam najmniejszej ochoty choćby zerknąć na taką produkcję. Gdy tylko widzę polskich aktorów, których spotykam w niezliczonych serialach o tym samym, od razu zaperzam się i nie chcę nawet spróbować obejrzeć kawałka polskiego filmu, bo z góry wiem, że to będzie klapa (chyba, że będzie to wyśmiewana przeze mnie zamerykanizowana produkcja, na którą czasem się skuszę, bo wówczas jedyną różnicą między polskim a amerykańskim filmem jest to, że nie muszę czytać napisów). Zatem tak, tym razem obejrzałam nawet „Kochaj i tańcz”, gdy tylko wszedł do kin i to bez żądnego kręcenia nosem, bo przecież ja kocham taniec, muzykę i piękne głosy. I tym właśnie była dla mnie „Mamma Mia”.
                   Nagle po latach stwierdziłam, że chcę obejrzeć sobie ten film jeszcze raz. Już nie pamiętam, czy chodziło mi o Meryl Streep, której grę aktorską uwielbiam, czy o Grecję, za którą tęskniłam i tym urywkiem z wyspy Kalokairi, którym mogłam nacieszyć oczy przed następnym planowanym urlopem. A może chciałam po prostu obejrzeć jakiś film muzyczny, który mi się dobrze kojarzył. Naprawdę nie pamiętam czym się wówczas kierowałam.
                  Ale właśnie tak pamiętam ten film. Jako dobrze kojarzący się kawałek zabawy przy dźwiękach nielubianej muzyki. Ale dziś urósł do rangi ulubionego filmu na każdą pogodę i każdy humor. Niesamowita odmiana dokonała się w trzy dni. Pierwszy to dzień obejrzenia filmu po raz drugi. Trzeci to dzień, w którym śpiewałam piosenki z filmu codziennie, w pracy, w domu, na spacerze. W środku natomiast można umieścić dzień, kiedy obejrzałam film po raz trzeci, dwa dni po pierwszym razie. Jakoś było mi tak nijako, pamiętałam jeszcze te słoneczne kolory i piękną Sophie z jeszcze piękniejszym głosem i pomyślałam, że czemu nie, nikt przecież nie musi wiedzieć, że oglądam ten sam film raz po raz (teraz wszyscy już to wiedzą).
                    Od tamtego pamiętnego tygodnia minęły kolejne dwa, a ja wciąż wracam do tego filmu, do ścieżki dźwiękowej i do nucenia „Slipping through my fingers…” Nie mogę przestać myśleć o filmie i o piosenkach, które tak świetnie zostały wciśnięte w może niezbyt wyszukaną historię, ale przepięknie odegraną. I skoro jest to obecnie mój film numer jeden, należy mu się całkiem osobny wpis.
                      Wiecie, nie znam się na sztuce filmowej, ale wydaje mi się, że ten film odniósł sukces (bo odniósł, prawda?) dzięki swojemu przesłaniu, że wszystko będzie dobrze, jeśli nie pozwolisz, aby smutek wygrał w Tobie. Czy takie przesłanie w ogóle istnieje? Możliwe, że sobie je tylko wymyśliłam, ale tak właśnie odczytałam ten film. Za każdym razem gdy go włączam, już na pierwsze dźwięki delikatnego głosu Sophie, płynącej łódką na pocztę pod osłoną nocy, czuję niewyobrażalną radość. Przepiękna wyspa na tle bezchmurnego nieba, wyłaniająca się w poświacie księżycowej i łagodne dźwięki „I have a dream” wprawiają mnie w taką lekkość ducha, której nie potrafię odwzorować przy czymkolwiek innym. Ten film napawa nadzieją już od pierwszych minut, a z każdymi następnymi jest coraz radośniej, przyjemniej i cudowniej.
                       Tyle w tym filmie jest pamiętnych scen, z których można się pośmiać jak w najlepszej komedii, mimo że nie jest to komedia a musical. Uśmiech sam wykwita na twarzy, gdy Sophie czyta koleżankom pamiętnik matki, a scena, w której mówi: „kropka, kropka, kropka, tak to wtedy robili” sprawia, że śmieję się do siebie na głos, nieważne ile razy oglądam ten urywek. A gdy Donna przyjeżdża po swoje chórzystki, aby zawieźć je do hotelu, od razu się w niej zakochuję, bo czuję od pierwszego momentu, że jest to bratnia dusza, która nie ugina się przed niczym, bo ma poczucie humoru, które pomaga jej w najtrudniejszych chwilach. Donna jest szalona i niepokonana, potrafi bawić się tak samo jak 30 lat wcześniej, gdy prowadziła zespół i nie miała jeszcze nieślubnego dziecka, które musiała sama wychować, jednocześnie prowadząc zrujnowany hotel. Nawet jeśli ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do tego, jakim człowiekiem jest Donna, pozbywa się ich w chwili, gdy w kobiecie pękają hamulce pod wpływem śpiewu koleżanek, które chcą ją zwrócić z drogi rozpaczy i skacze na łóżku jak rozbrykana nastolatka. Któż by nie chciał takiej matki, z którą można o wszystkim pogadać i która zawsze jest radosna, choćby wszystko się wokół niej waliło?
Myślę, że pokochałam ten film nie tylko z powodu przecudownych widoków, odnowionych (i dużo lepszych i weselszych) piosenek Abby oraz ogólnej radości, jaką reżyser starał się tchnąć w każdą z postaci, ale przede wszystkim dzięki kreacji Meryl Streep. Widziałam już wiele jej filmów, ale myślę, że właśnie w tym sięgnęła szczytu. Jest tak świetna, do tego piękna i radosna, że mam stuprocentową pewność, że podczas kręcenia tego filmu bawiła się tak doskonale jak my, gdy go oglądamy.                                       Wcześniej nie pamiętam też, abym się tak bardzo wsłuchiwała w piosenki z tego filmu, ale teraz widzę, że Meryl Streep ma też wspaniały głos i często jestem zszokowana, że tak dobrze potrafiła wykonać niejeden trudny utwór Abby. Meryl w tym filmie jest tak prawdziwa, jakby grała samą siebie. Nie znam jej, ale przez ten film mam wrażenie, że mogę poznać kawałek jej prawdziwej osobowości. Osobowości, która przyjmie każde wyzwanie (bo gra w takim filmie jest nie lada wyzwaniem) i będzie się cieszyć każdą jego chwilą.

                    Przez cały czas trwania tego filmu nie mogę się nadziwić, że Meryl Streep mogła mnie jeszcze tak bardzo zaskoczyć. Nie sądziłam, że jest aż tak bardzo utalentowana. Ze wszystkich osób, które występują w tym filmie, najbardziej lubię ją, taką nieskrępowaną, wolną i pełną swobody. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby przy następnym seansie wyskoczyła z mojego ekranu i porwała mnie w tę przygodę, do której się sama zgłosiła, tak bardzo wydaje się żywa i namacalna dzięki swojej mistrzowskiej grze aktorskiej. Nawet teraz, siedząc przed komputerem, uśmiecham się do siebie, bo widzę, jak skacze do wody na bombę zaraz po genialnym występie jako „Dancing Quinn”, jak śpiewa z radością „Super Trouper” wciśnięta w kostium z lat świetności swojego zespołu, czy jak odpowiada z urażoną miną na propozycję małżeństwa, twierdząc że nie jest bigamistką, chociaż całą swoją postacią mówi, że bardzo chce powiedzieć „tak” i chętnie by tą bigamistką została, byle tylko być z mężczyzną swoich marzeń. Naprawdę jest to najlepsza jej kreacja i dzięki niej zawsze, czy to gdy obejrzę cały film, czy tylko ulubione urywki, uśmiecham się do siebie jak lunatyczka jeszcze przez następna godzinę od wyłączenia „Mamma Mia”. A wewnętrzna radość ducha utrzymuje się przez parę następnych dni i mam wtedy wrażenie, że nic mnie nie może złamać, bo przecież jestem „Dancing Quinn”!
                     Jest to film przynoszący radość i nadzieję. Wszystkie smutki znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i zastanawiacie się nagle, o co się tak martwiliście, zanim obejrzeliście ten film. Nic nie wydaje się już tak straszne czy przytłaczające, macie wrażenie, że dacie sobie ze wszystkim radę, choćby nie wiadomo jak trudne było przedsięwzięcie, do którego się zabieracie. Ten film nada się na każdy humor, wesołych jeszcze bardziej rozweseli, smutnym powie, wstań i walcz, a wszystko będzie dobrze. Dzięki nim uwierzycie, że jest piękno na świecie i że nic nie jest takie straszne, dopóki na świecie istnieje muzyka.
                      „Mamma Mia” to doskonały poprawiacz humoru i idealnie się sprawdzi na każdą okazję, czy na samotny wieczór czy rodzinne spotkanie, czy piątkowe imprezy z przyjaciółmi. A jeśli nie wiecie jaki film wybrać na randkę, żeby nie zanudzić na śmierć potencjalnego przyszłego męża, zabierajcie go na „Mamma Mia”. Nikt się przy tym filmie nie będzie nudzić, a po skończonym seansie nawet najbardziej zażarta kłótnia stanie się błaha, a Wy ze swoim partnerem znowu będziecie sobie spoglądać łagodnie w oczy, z uśmiechem błąkającym się na ustach. Gwarantuję, że po tym sensie każda para wtuli się w siebie, żeby zachować jak najdłużej ten radosny nastrój, który tchnie z całego filmu.
                        Nawet jeśli widzieliście go już wcześniej, włączcie go ponownie, bo nawet jeśli nie odnajdziecie w nim żadnych nowych wartości, odegna on smutki i zostawi Was z niesamowitą lekkością serca. A nawet gdy znacie każdą minutę filmu na pamięć, dajcie się ponieść jego historii po raz kolejny, a muzyka uniesie Wasze serca tak jak za pierwszym razem, a może nawet wyżej. Z moim mężem zawsze śmiejemy się w tych samych momentach. On zawsze się do mnie dosiądzie, jak wraca z pracy i mnie przyłapuje na oglądaniu tego filmu.  A gdy się dosiądzie, dotrzymuje mi towarzystwa aż do końca i widzę, że jest autentycznie wciągnięty, więc nie wciskam Wam kitu. Ten film jest po prostu magiczny.

                     Za każdym razem chce mi się śmiać na głos, krzyczeć z radości, tańczyć szaleńczo po pokoju, śpiewać w głos, budząc sąsiadów, tak w trakcie seansu jak i po. Jestem szczęśliwa do granic możliwości, nic mnie nie może dotknąć, moje serce przepełnia radość, która przestaje się w nim mieścić i wylewa się fałszowanymi piosenkami lub skromnym nuceniem w obecności męża, który nawet sobie nie wyobraża, jaką śpiewaczkę ma w domu. Po tym filmie mogłabym się pogodzić nawet z kaktusem, który mnie ukłuł bez żadnego powodu.
                    Film może kiczowaty (naprawdę taki jest? Nie znam się na tym, ale dużo ludzi tak mówi, więc i ja chciałam sprawiać wrażenie znawczyni tematu. W końcu jako dziecko chciałam zostać recenzentem filmowym, żeby mieć w ten sposób możliwość oglądania filmów za darmo) ale przynoszący pokój i radość i można go oglądać bez znudzenia wiele razy. Odczuwam głęboki szacunek do osób, które nad nim pracowały, które wymyśliły cały koncept i tak wspaniale go przeprowadzili. Z kiczu zrobili arcydzieło i musical wszechczasów, przebijający nawet „Chicago”, mimo o wiele uboższej choreografii.
                    Wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania, nie da się przy tym filmie siedzieć spokojnie, ani nie pokochać od razu każdego z osobna. Zaś nad nimi wszystkimi króluje Donna, zatroskana matka, która potrafi czerpać z życia wszystko, co w nim najlepsze, mimo wielu niepowodzeń, jakie przeżyła i ograniczonej poglądach matki, która wyrzuciła ją na bruk z ciążą. Genialna kreacja, chylę czoła przed nią i przed scenarzystą, który wymyślił dla niej tę postać. Doprawdy, jest to majstersztyk. Nic dziwnego, że próbowano wskrzesić tamtego ducha w filmie „Ricky and the Flash” (nie oglądałam, ale z pewnością to zrobię! Nie przepuszczę żadnego filmu z tą genialną aktorką).

                     Jednak myślę, że nic nie jest w stanie powtórzyć tamtego sukcesu, zbyt wiele czynników się na niego złożyło. Muzyka, świetnie unowocześniona głosami zwyczajnych aktorów, biel i błękit Grecji, świetna gra aktorska wszystkich po kolei, klimat radości i ogólnego szczęścia, wolność drzemiąca w duszy Donny, uśpiona trudnościami codziennego życia, niemożliwa do znienawidzenia Sophie ze swoim pięknym uśmiechem, która byłaby w stanie pogodzić największych wrogów i ta prosta historia przedstawiona w tak niezwykły sposób.
                    Ach, mam ochotę rzucić wszystko i znowu obejrzeć ten film, ale muszę się trzymać resztek zdrowego rozsądku, przecież obejrzałam go zaledwie dwa dni temu. Na mojej twarzy błąka się uśmieszek ilekroć wspomnę te wszystkie najbardziej radosne sceny: Donnę skaczącą po łóżku, obudzoną wreszcie ze swojego snu, Greczynkę, która odrzuca niesione na plecach gałęzie, aby poczuć się znowu jak Dancing Quinn (genialna scena!), Donnę opowiadającą śpiewem jak ciężko pracuje na utrzymanie swoje i córki czy ta scena na dachu domku dla kóz, kiedy ta stateczna matka próbuje się oprzeć pokusie zajrzenia do środka, gdzie czekali na nią jej mężczyźni z przeszłości, z przeszłości która wydawała się już tylko przeszłością, a tak naprawdę drzemała w niej czekając na przebudzenie. Tych niepowtarzalnych scen jest całe mnóstwo! Przypomnijcie sobie tylko Sophie czytającą pamiętnik matki, Donnę bawiącą się w najlepsze na wieczorze panieńskim córki, mimo to wciąż czujną na najmniejszą oznakę smutku na twarzy Sophie, matkę i córkę żegnającą się ze sobą na chwilę przed ślubem i ta niepowtarzalna scena, w której Sam oświadcza się Donnie. I robi to w tak doskonały sposób, że każda powiedziałaby „I do”.
                    Ach, mogłabym oglądać tę scenę w kościele raz po raz, tak jest radosna i piękna! Pomimo wszystkich złych recenzji na temat jego śpiewania (które wg mnie wcale nie było takie złe, poza tym trzeba mieć ogromne jaja, żeby zdecydować się zagrać w filmie muzycznym, wiedząc, że nie posiada się talentu!), widać od razu, że tylko Sam mógł wygrać serce Donny. Tylko on ją naprawdę rozumiał i on jeden pasował do niej charakterem, bo był spontaniczny i miał otwarty umysł. Kolejna genialna kreacja. W tym filmie zupełnie zapomina się o tym, że Pierce Brosnan był kiedyś Jamesem Bondem. Tego aktora nie można zaszufladkować, wydaje mi się, że jest on na to zbyt różnorodny. I to właśnie było widać wyraźnie w jego kreacji jako Sam Carmichael.
Wydaje mi się, że ten film wyciągnął ze wszystkich aktorów wszystko to, co w nich najlepsze. Czy to zasługa reżysera czy historii, nie potrafię powiedzieć. Dość, że uwielbiam ich wszystkich (no, może oprócz tej małej chórzystki Donny, nawet nie chce mi się sprawdzać jej nazwiska ), a śpiew Donny, którym uzewnętrznia swoje uczucia, postawiłby na nogi nawet umarłego.

                      Jest to doprawdy coś wspaniałego. Żaden z aktorów nie potrafi tak dobrze przekazywać swoich uczuć za pomocą śpiewów. Meryl Streep zdecydowanie umie wyrazić każde uczucie nie tylko słowami, ale ciałem i głosem. Kiedy śpiewa o ogniu w duszy, nie ma wątpliwości, jakie targają nią emocje, a kiedy śpiewa do Sama, że nie chce rozmawiać o tym co było, czujemy ogrom jej rozpaczy i nie dziwimy się, że zaraz po tym występie ucieka od Sama, wspinając się na obcasach po stromych schodach prowadzących do kościoła, gdzie miała oddać swoją córkę w ramiona przyszłego męża, żegnając na zawsze to, co było dla niej najważniejsze w życiu, namacalny dowód miłości do Sama.
Przepiękne uczucia towarzyszą całej historii, a najważniejsze z nich zawsze były wyśpiewane w tak radosny sposób, że stawały się prawdziwą częścią historii, a nie tylko muzyką towarzyszącą scenariuszowi. Chwała i za to wszystkim, którzy pracowali przy tym filmie. Wszystko krąży wokół muzyki, nie da się tego oddzielić, tak jak w przypadku wielu musicali.
                     Koniecznie trzeba się wsłuchać w słowa, ponieważ opowiadają one kolejny kawałek historii, nie da się tylko słuchać miłej muzyki, bo na tych słowach opiera się cała historia. Nie zapomnijcie o tym i słuchajcie uważnie, a jeśli nie znacie angielskiego, zadbajcie o napisy, nie urońcie ani słowa. Dzięki temu najpiękniejsze sceny tego filmu zyskają dla Was znaczenie dokładnie takie, jakie było zamiarem twórców filmu.
                     Scena, w której Sophie spędza czas ze swoimi potencjalnymi ojcami na łódce, kiedy każdy z nich opowiada swoją historię sprzed lat, pokazując jak ważna dla każdego z nich była Donna, będzie przez Was silniej przeżywana i dzięki muzyce wyraźniej zobaczycie, jak tej małej osóbce udaje się stworzyć silną więź między czterema obcymi sobie do tej pory osobami. Dzięki tekstom piosenek zrozumiecie, jak bardzo Donna obawia się, że straci córkę na zawsze jak tylko ślub dobiegnie końca. Albo moment, w którym Sophie za pomocą piosenki „Honey Honey” zdradza jak wielką nadzieję pokłada w spotkaniu z ojcem.
                     To wszystko, te wszystkie uczucia, nadzieje i obawy ukrywają się w piosenkach i trzeba ich dokładnie wysłuchać, aby zrozumieć bohaterów. Nie wystarczy tylko czytać języka ich ciała, który, trzeba tu zaznaczyć, jest znakomity.
                      W ogóle kto by pomyślał, że tak wielu z aktorów, zatrudnionych przy tej produkcji, będzie miało tak wspaniałe głosy. Mała Amanda Seyfried ze swoim wybijającym się ponad inne głosem, gdy gra Sophie i jej delikatnie drżące nuty, gdy śpiewa. Silny głos Donny śpiewającej o tym, co by mogła zrobić, gdyby miała dużo pieniędzy, nie da się przy niej zachować spokoju, trzeba śpiewać razem z nią. W mojej duszy zaczyna płonąć niemożliwy do ugaszenia ogień, gdy odczuwam podniecenie, jakie odczuwa Donna na widok mężczyzn, których myślała, że już nigdy nie zobaczy. Wtedy mamy pewność, że mimo zapewnień Donny, że skończyła już z „tymi” rzeczami, tak naprawdę tęskniła za nimi tak, jak każdy zdrowy człowiek by tęsknił, nawet taki, zakopany od lat na małej greckiej wyspie. Ta scena pokazuje nam, że nie da się uciec przed światem, ani tym bardziej przed samym sobą, i nigdy, przenigdy nie nauczymy się na własnych błędach, gdy w grę wchodzą uczucia.
                    Cóż, ten film jest prawdziwym dziełem dzięki ciężkiej pracy i poświęceniu wielu osób. Myślę, że niewiele takich filmów powstanie, bo trzeba mieć prawdziwą wizję i wyczucie, aby stworzyć tak spójny twór.
                     Jeśli mi nie wierzycie, sprawdźcie sami. Tylko potem nie miejcie do mnie pretensji, że się wygłupiliście przed znajomymi, bo nagle zaczęliście śpiewać w głos i tańczyć po całym pokoju w przypływie szalonego uniesienia. Przecież ostrzegałam, że ten film wyniesie Was na wyżyny. Tak moi drodzy mężczyźni, Was też. „Mamma Mia” to nie jakaś tam ckliwa produkcja, wyciskacz łez, ani typowy film taneczno-muzyczny. To radość sama w sobie, świetna gra aktorska, szalona historia i zabawna, przykuwająca od pierwszych nut „I have a dream” do ostatniej piosenki.


                       Przy tym filmie nie da się siedzieć naburmuszonym, smutnym czy złym. Każdy będzie przeżywał przy nim „the time of your life” i każdy będzie chciał „Get the Chance”, a już na pewno każdy będzie uśmiechał się do siebie, gdy zobaczy jak mała Sophie jednoczy wszystkich dookoła przy wtórze piosenki „Our Last Summer”. A całej historii będzie towarzyszyło absolutnie doskonałe wykonanie każdej piosenki Abby. Ich nowe wykonanie poderwie każdego z fotela, a zwłaszcza te śpiewane w chórze. Ach, coś niesamowitego, musicie tego spróbować. Nie na darmo tyle się o tym filmie mówiło, gdy wyszedł na ekrany kin. Jeśli Wy jeszcze go nie znacie, umawiajcie się z przyjaciółmi, Waszymi facetami, przyjaciółkami i dajcie się porwać produkcji Phyllidy Lloyd. A jeśli znacie ten film jak zawartość własnej torebki, zagubcie się w nim ponownie, bo zbliża się weekend i trzeba go dobrze rozpocząć!

P.S. Jeśli potrzebujecie listy filmów na każdą okazję to znajdziecie ją po prawej stronie, na stronie głównej, pod archiwum bloga. Aktualizuję ją co jakiś czas, jak znajdę coś, co spodoba się każdemu. Mało tego, ale ciężko znaleźć dobry film na każdą niepogodę.

czwartek, 9 lutego 2017

Najlepszy i najgorszy zakup roku 2017

Rok ten dopiero się zaczął, a my już mamy pewnych wygranych. Niepodzielnie królują tu dwie rzeczy kupione na wyprzedaży styczniowej. Jedną chwyciłam w ostatniej chwili, będąc już przy kasie, skuszona niewielką cenę i przepięknym kolorem, drugą wyszperałam w tk max i długo się nią zachwycałam, zanudzając znajomych opowieściami, jak bardzo mi się poszczęściło... do momentu pierwszego użycia. Rzecz ta nabrała nowego znaczenia i od dzisiaj nosi miano mojej największej wpadki zakupowej roku.

1. Ulubieniec Roku- Szalik z New Yorker



Zakup zainspirowany tym zdjęciem cajmel. Nigdy jeszcze inspiracja nie okazała się tak trafna, Do tej pory wszystkie ubrania, które kupiłam pod wpływem sugestii okazały się fiaskiem i kończyły na olx. Ten jeden szmaragdowo-butelkowo-zielony szal zajął szczególne miejsce w moim sercu, a skoro zima zrobiła swój wielki come back, jest okazja, żeby o nim wspomnieć,. Prawdopodobnie już go nie ma na półkach sklepowych, ale możliwe, że pod koniec tego roku szalik będzie miał swoją reaktywację w nowej odsłonie i będziecie mieli okazję zdobyć to cudo i cieszyć się nim tak jak ja.
Oto powody, dla których jest mi to teraz rzecz najbliższa sercu:

a) jest długi, gruby i cieplusi. Można się nim owinąć tak szczelnie, że najgorsze wiatry z Arktyki nie będą mieć do nas dostępu. Przy tym wygląda się szalenie dobrze w tych narzuconych nonszalancko warstwach. Nigdy nie zrozumiałam i nie zrozumiem, dlaczego kobiety zakładają szale tylko po to, żeby dobrze wyglądać, co oznacza, że wystaje im połowa dekoltu lub cała szyja, którą się szczycą jak łabędzie na granicy śmierci z wyziębienia. Z tym szalem problem brzydkiego kaczątka (wszyscy dobrze pamiętamy ważące się losy naszego brzydkiego kaczątka, gdy jako młody łabędź niemal pożegnał się z życiem na zamarzniętym stawie; ja wylewałam gorzkie łzy, a Wy?) znika, bo łączy on w sobie użytkowość i piękno.
b) ma przepiękny odcień ciemnej zieleni, dzięki czemu pasuje do każdego płaszcza i kurtki, nie tylko krojem i stylem, ale także kolorem. Żeby tego było mało pasuje do każdej karnacji i koloru włosów. Czy to nie wspaniale? Można go pożyczać siostrze, matce, koleżance, a nawet babci, bo wszystkie będziecie w nim wyglądać stylowo.
c) wyglądem przypomina wełnę i jest tak samo ciepły, ale nie gryzie, Wszystkiemu winien jest poliakryl.
d) ten to materiał odpowiedzialny jest również za trwałość szala. Założę się o moją łabędzią szyję, że nawet piorąc go w pralce będę mogła cieszyć się nim przez wiele sezonów, aż wreszcie mi się znudzi (nie ma szans :)). Noszę go już dobry miesiąc, dzień w dzień i nie zaciągnęła się w nim ani jedna nitka.
e) bo doskonale służy do tego, do czego ma służyć, Za dużo już w moim życiu było nietrafionych inspiracji, których nie dało sie nosić ze względu na całkowity brak wyobraźni jego stwórców (bo na przykład po co komu gruby ciepły dziergany golf z wielkimi dziurami na przebiegającymi przez cały przód, pomiędzy którymi hula wiatr i widać bieliznę?). Ja nie noszę rzeczy niewygodnych i takich, które nie wiadomo jak używać i które nie sprawdzą się na żadną pogodę, bo albo są za ciepłe, albo w ogóle nie grzeją, albo człowiek poci się w nich jak lokomotywa. No, przynajmniej już teraz nie noszę, bo historia moja bywała różna. Jednak w pewnym wieku człowiek po prostu musi zmądrzeć.
f) bo jest zupełnie inny od tych kraciastych kwadratowo ciętych szali, które obecnie nosi cała Polska (nawiasem mówiąc też mam taki w szafie, bo nieopatrznie go kupiłam, nie wiedząc jak bardzo jest modny. Obecnie czekam aż wyjdzie z mody, bo jest mi wstyd, gdy go zakładam, gdyż widzę w oczach mijających mnie mężczyzn oskarżenie, że nie mam własnego stylu. A ja nie chcę iść w stadzie za baranami, bo mam swój mózg i swój styl, naprawdę mam! (tak, a inspiracja cajmel to niby co, jak nie kopiowanie stylu?)
g) bo mogę go zakładać i pod kurtkę i na i w obu wydaniach wyglądam bosko i jest mi do tego ciepło. Czy może być lepsze połączenie zimą?

h) bo jest tak wielki, że mogę osłonić nim nos i policzki i nie wyglądać podejrzanie, gdy próbuję się skryć przed smrodem papierosów, które ktoś pali obok mnie jak bezczelnik roku (a robię to często), czy też gdy uciekam nosem od zapachów podchmielonych mężczyzn robotników wracających z nocek (co robię jeszcze częściej). A gdy mróz szczypie w policzki, szczypie wszystkich oprócz mnie.

i) bo był tani i kosztował tylko 30 zł. Gdyby jeszcze nie miał aż tylu frędzli, byłby mistrzem świata.

j) do tej pory nie mogę zrozumieć, jak mogłam żyć bez tego szala? Owijałam się dotąd jakimś skrawkiem materiału udającego szal i wydawało mi się, że było mi dobrze. Dziś śmiech mnie pusty ogarnia, gdy patrzę na stare szaliki (i zastanawiam się czy nie byłoby im lepiej na olx…)

2. Koszmar roku- Skórzane buty TOMS


Ochów i achów nie było końca. Zrobiłam im więcej zdjęć niż sobie. Gratulowałam sobie w duchu tak wspaniałego zakupu. Przecież kto to widział, żeby botki marzeń kosztowały tylko 53 zł, były skórzane i do tego tak wygodne jakby chodziło się w kapciach? Mówiłam sobie, że nawet gdyby miały tylko stać na półce i ładnie wyglądać, to i tak są warte tego, żeby je kupić.
Słowa te wypowiedziane zostały w złą godzinę. Buty od miesiąca leżą nieużywane w szafie, śmiejąc mi się diabelsko w twarz. Czuję się oszukana zupełnie jak ten chłopiec od kwiatu paproci. Tak jak on skusił się obietnicą spełnienia każdej myśli, tak ja dałam się namówić ogromnej obniżce. Buty przecenione z 460 zł na 53 zł brzmią jak wygrana w totka, prawda?
Właściwie nie mam sobie czego wyrzucać. Buty były śliczne, dokładnie takie jakich szukałam i wygodne, Niestety zostałam haniebnie oszukana tą pozorną wygodą i od czterech tygodni walczę z bólem kręgosłupa, a pieniądze, jakie straciłam na tabletki i wizytę u fizjoterapeuty, dwukrotnie przekroczyły koszt zakupu botków. A to jeszcze nie koniec. Czekają mnie jeszcze dwie takie wizyty, zanim całkiem dojdę do siebie, a każda z nich kosztuje 80 zł. Cóż, złoto głupców niejednego skusiło.


Właściwie nie znam marki Toms, ale cena kazała mi przypuszczać, że marka ta zna się na produkcji obuwia, skoro tyle każe sobie za nie płacić. Ale może są oni ekspertami wyłącznie od espadryli (wygooglałam tę firmę jak tylko zaczęły się moje kłopoty ze zdrowiem- istne zatrzęsienie espadryli i ani jednej pary botków), a nie mają pojęcia jak robić botki? Ciężko stwierdzić co się stało, czy to wina mojego ogólnego stanu zdrowia (od wielu lat cierpię na bóle odcinka lędźwiowego) czy złego wyprofilowania butów? Jedno jest pewne, botki nie są dla mnie stworzone.

Dałam im dwie szanse, ale dwukrotnie bóle zaczynały się już po dwóch spacerach, a za drugim razem przyczepiły się do mnie jak rzep i nie chcą odpuścić. Trzeci raz botków tych nie założę.

Niejeden się pewnie popuka w głowę i powie, że zrzucam winę na biedne buty, mając tę swoją chorobę od wieków. Owszem, ja też tak początkowo myślałam, ale jednak fakty przemawiają przeciwko tej teorii. Bo już przy pierwszym spacerze czułam, że jakoś źle chodzę w tych butach, że wymuszają one na mnie przyjmowanie złej pozycji ciała. Ale nie chciałam wierzyć, botki uśmiechały się do mnie tak pięknie i kusząco, że nie raz lądowały na instagramie w towarzystwie jesiennych liści i zmarzniętego śniegu. Jednak po drugim wybryku, którego wciąż nie mogę wyleczyć, skazałam je bez dalszego procesu na zgnicie w lochu szafki na buty (no dobra, wylądowały na olx, może znajdą sobie nowego przyjaciela z całkiem zdrowym kręgosłupem, które to wydarzenie będzie mogło zaprzeczyć całkowicie mojej głupiej teorii o złym wyprofilowaniu butów znanej marki TOMS, którą w ostatecznym rozrachunku będę musiała przeprosić za te wszystkie bezpodstawne oskarżenia. Ach, moja duma umrze wówczas razem z moją opinią :)).

***

Korzystając z tego, że na książkowo-podróżniczym blogu pojawił się tenże wpis tak niskich lotów (nazwijmy go wręcz - szafiarskim) i tego, że arktyczny wiatr hula nam po goleniach od dobrych paru dni, wspomnę o zakupie roku 2015, który to zakup doskonale współgra z zielonym szaliczkiem roku 2017 i zimową aurą.
Jest to kurtka zimowa z C&A, którą kupiłam sobie na prośbę zmartwionej mamy (i za jej pieniądze :)), która nie mogła już patrzeć na moją cienką i starą parkę, wyszarzałą ze starości i zupełnie nie nadającą się na nadchodzącą zimę, a którą uparcie nosiłam jeszcze w listopadzie, z tuzinem swetrów narzuconych na zmarznięte ciało.
Zmuszona przez okoliczności do zakupu zimowej kurtalki, "przeleciałam" wszystkie sklepy w najbliższych galeriach handlowych, z których wybiegałam z obrzydzeniem i krzykiem na ustach po pół godziny. Dwadzieścia kilo dodatkowej żywej tuszy naprawdę nie pomaga w zakupach, gwarantuję. Nie wspomnę o niskiej jakości kurtek, które udało mi się przymierzyć, zanim wybiegłam ze sklepu.

Na ratunek przyszedł mi sklep z C&A ze swoimi kurtkami po 200 zł sztuka. Było ich całe mnóstwo, wszystkie tak samo fajne i ciepłe i, cud nad cudy, dobrze leżące na moich opuchniętym ciele. Pamiętam, że spędziłam wtedy półtorej godziny przymierzając wszystkie fasony, zanim zdecydowałam się na najładniejszy i najbardziej odpowiadający moim potrzebom i stylowi życia. A także mojemu mottu życiowemu, które od wielu lat noszą ze sobą na każde zakupy, po ostatnim fiasku ze spódnicą skórzaną (kolejna i ostatnia inspiracja- oprócz szaliczka oczywiście)- dana rzecz ma służyć celowi, dla jakiego powstała, a nie wyłącznie dobrze wyglądać (zwłaszcza na wieszaku). Dodam, że musi pasować do wszystkich moich rzeczy i do ogólnego stylu, jaki panuje w mojej szafie. Kurtka z C&A zaliczyła pozytywnie każdy test.

1. Użytkowość.
Jest idealnie ciepła. Nie przepuszcza wiatru, nawet arktycznego. Przy tym jest oddychająca. Nadaje się na plusowe jak i minusowe temperatury, Mogę ją nosić ze swetrem przy arktycznej pogodzie lub z krótkim rękawem pod spodem, gdy pogoda bardziej przypomina polską. Zakrywa tyłek, aczkolwiek przy bardzo zimowej aurze żałuję, że nie kupiłam trochę dłuższej, ale to tylko i wyłącznie moja wina, a nie wina mojej wspaniałej kurtki. Ma genialny kaptur (czy kaptur może być genialny? Ach te kolokwializmy), który służy swoim celom doskonale (chyba nie muszę znowu wspominać Arktyki?). Kaptur jest podbity futrem, przez który nie przedostanie się nawet największy wicher (z wiadomo jakiego kontynentu). Gdy go zakładam, zapominam, że cokolwiek wieje, czuję się jak w kasku- bezpieczna i otulona miłością. Kaptur nie jest ani za płytki ani za głęboki, dzięki czemu nie ogranicza widoczności, ani nie spada z głowy przy najlżejszym wietrze. Do tego wygląda się w nim  fantastycznie, ponieważ futerko okalające twarz dodaje jej blasku, a kształt kaptura zapobiega efektowi przyklapnięcia grzywki, który to efekt zabrania mi nosić czapki. Ciężar kaptura pomaga mu zostać na miejscu, gdy wieje lub gdy biegniemy na autobus i nie musimy zawiązywać dyndających pod kapturem sznurków 9Mówię o statystycznym kapturze, mój nie posiada takich, zupełnie mu zbędnych, wynalazków) lub używać ściągaczy, aby zmusić go do zostania na miejscu. I całe szczęście, bo wszyscy wiemy jak wyglądają dziecięce twarze ściśnięte kapturami zimowych kombinezonów. Moja twarz i bez tego wygląda jak księżyc w pełni, nie muszę jej dodatkowo torturować. Kaptur chroni dodatkowo przed deszczem i śniegiem. Jest idealnym kapturem i wygrałby wszystkie konkursy kapturowe, gdyby się takowe odbywały.

2. Wygląd.
Nie tylko kryje mankamenty mojej sylwetki, ale i pięknie współgra ze wszystkimi kolorami, gdyż ma idealny odcień granatu. Do tego pasuje do spodni, botków, spódnic, elegancji francji jak i sportowego nieładu. Nie ma w mojej szafie rzeczy, z którą by się owa kurtka nie dogadała.

3. Ciepłota.
Jak już wspomniałam, jest idealna na plusowe jak i minusowe temperatury, dzięki czemu mogę z tą kurtką przekraczać strefy czasowe, gdy zachce mi się w lutym wyskoczyć na tydzień do Włoch lub Hiszpanii. Wiadomo, że latając z Ryanair, liczy się każdy dodatkowy kilogram w bagażu. Kurtka z C&A jest w tym przypadku bezcenna.

Ach, gdyby tylko z kieszeni nie wylatywały przedmioty, gdy przypadkowo zapomnę ją zamknąć na zatrzask. I żeby nie pękał materiał przy rękawach (przy dłoniach). I gdyby kurtki z C&A nie miały tendencji do wyświechtania się materiałów w miejscach, gdzie stykają się z torebkami czy plecakami (mówię o statystycznej kurtce z C&A- moja jeszcze tego nie doświadczyła- statystyki zostały przeprowadzone na trzech kurtkach mojego męża), uznałabym je za kurtki idealne.

Ale mimo to i tak pobiegnę do tego sklepu w pierwszej kolejności, gdy zapragnę nowej odzieży wierzchniej.
     Może i zdjęcie zadaje kłam słowom, że wyglądam świetnie w tej kurtce, ale to pewnie wina ustawienia się, światła, tego że na pewno rozrosłam od codziennego jedzenia czekolady. Ale nie widzieliście mnie w innych kurtkach. I powinniście się z tego niezmiernie cieszyć. Nie moglibyście już spać normalnie.


P.S. Dzisiaj widziałam w kawiarni dwa męskie klony z Mcbookami przed nosami. Jabłuszko Apple połyskiwało w jednakowym kolorze brudnego błękitu, podczas gdy siedzący obok siebie (bliskość logistyczna sugeruje bliskość socjologiczną, zwaną przyjaźnią) panowie wpatrywali się w monitory, nie wymieniając ze sobą ani jednego słowa. Musiałam się wpatrywać w nich wyjątkowo intensywnie, podczas gdy na mojej twarzy błąkał się ironiczny uśmieszek, bo w pewnym momencie jeden z panów spojrzał mi prosto w twarz, jakby czuł na sobie moje spojrzenie, choć dzieliła nas gruba szklana ściana, zmazując tym samym lekceważenie z mojej twarzy, i zmuszając mnie do panicznej ucieczki.

Wspominam o tym, ponieważ to wydarzenie zmusiło mnie do przemyśleń, a ich tematyka z grubsza pasuje do tematyki tego postu i inspiracji innymi ludźmi. A to dlatego, że zrozumiałam, że nie chcę być jak inni, chcę być oryginalna i robić to, co chcę, a nie to, co innym przyniosło sławę. Nie chcę, aby na moim instagramie pojawiały się zdjęcia jedzenia, bo inni tak robią i to jest fajne. Bo gdyby nie było fajne, to inni by tego nie robili, prawda? Ja jednak mam nadzieję, że nigdy nie zdziwaczeję na tyle, abym zaczęła robić w miejscach publicznych to, co równie dobrze mogę robić w domu, tylko po to, żeby zadać szyku. Bo chyba słusznie oskarżyłam ich o bycie blogerami/vlogerami czy innymi logerami. I mam nadzieję, że prędzej uschnie mi ręka, niż wstawię na instagram zdjęcie z kubkiem ze Starbucksa, żeby pokazać, jaka jestem trendy. Oby moje szare komórki nigdy nie wyjechały na wakacje tylko dlatego, że prowadzę bloga. I bez tego przecież jestem fajna, prawda? Poza tym i tak nie piję kawy.