piątek, 14 lipca 2017

Miłosna układanka/ David Nicholls

Dawno w moim kufrze z używanymi książkami nie ukrywał się tak dobry i ambitny tytuł. Mam tam pełno pośrednich i słabych autorów, romansidła i obyczajówki, słabsze i gorsze i czasem sama się zastanawiam, dlaczego panuje tam taka różnorodność i jednocześnie jednakowość? Wygląda na to, że instynktownie sięgam po te same historie, zwabiona kolorowymi okładkami i obietnicą miłości, do której ciągnę jak mucha na lep. Przez to często książki, o których piszę, są na pewnym poziomie, ale nie są wyjątkowe i czasem ciężko jest o nich opowiedzieć, bo są do siebie bardzo podobne.
Jednak czasami trafiam na coś wyjątkowego lub głębszego od reszty i wówczas cieszę się jak dziecko, które znalazło lizaka ukrytego w plecaku i dawno zapomnianego. Bardzo lubię te wyjątkowe chwile spędzane z książkami i każda perełka sprawia, że ten czas jest jeszcze milszy.
Ciekawe jest to, że książka o której chcę napisać, w pierwszej chwili nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych uczuć. Próbowałam przeczytać jeden rozdział i nie mogłam, bo wydawał mi się nudny i pełen chaosu. Nie wiem co się wówczas stało, ale myślę, że nie byłam odpowiednio skupiona i nie rozumiałam o czym tak naprawdę czytam, język wydawał mi się za trudny (czytałam w oryginale).
Za drugim podejściem wszystko zmieniło się diametralnie. Wcześniejszy bełkot zmienił się w wyważony dobór słów i od pierwszej strony zrozumiałam, że to nie będzie zwykła lekka książka o perypetiach miłosnych jakiejś pary, coś na kształt komedii romantycznej, pomieszanej z obyczajówką. Styl opowiadania Davida Nichollsa, autora książki, zapowiadał od pierwszych stron coś głębszego, nad czym trzeba będzie się zastanowić. Nie było w tej książce zwykłych zabawnych dialogów cechujących komedie romantyczno-obyczajowe, za to wszędzie czyhał inteligentny i głęboki męski humor. Pisany w pierwszej osobie przypominał nieco „Chłopców z ferajny” i tym podobne historie, które czyta się lub ogląda wielokrotnie, nawet po latach. Nicholls nie zawiódł mnie na żadnym etapie swojego opowiadania, a jego styl bardzo przypadł mi do gustu, mimo iż jego bohater już nie tak bardzo. Ale to zwykłe rozdarcie między światem mężczyzn i kobiet sprawia, że Brian Jackson nigdy nie będzie moim idolem, gdyż zachowuje się jak typowy facet. Jak widać wszyscy są tacy sami niezależnie od wieku i tego czy istnieją czy też są wytworem czyjejś wyobraźni (męskiej w tym wypadku, co pozwala wiele zrozumieć J).
Do końca nie wiedziałam czym tak naprawdę była ta historia- obyczajówką, dramatem, romansem? Myślę, że wszystkim po trochu. Może dlatego tak mi się ją dobrze czytało, bo nie dało się jej zaszufladkować? Bo była głębsza niż parę poprzednich książek wyłowionych z kufra? Wiecie, ja bardzo lubię historie o nastolatkach, bo nie są one tak płaskie jak historie opowiadające o dorosłym życiu. Wydaje się, że dużo łatwiej napisać dobrą książkę o ludziach, którzy dopiero kształtują swoje osobowości w miarę pogłębiania wiedzy o życiu. Takie książki częściej są ciekawe, a tematyka w nich poruszana jest głębsza i bardziej zróżnicowana. A przynajmniej taka była książka „Miłosna układanka” („Starter for ten” w oryginale) Davida Nichollsa.
Tematem książki są perypetie Briana Jacksona, chłopaka z klasy robotniczej, który opuszcza małe rodzinne miasto i kolegów, z którymi spędził młodość, aby studiować na prestiżowym uniwersytecie. Według Briana w życiu najbardziej liczy się wiedza, więc studia były dla niego naturalną koleją rzeczy, mimo że jego koledzy nie podzielali jego entuzjazmu.
Brian zamierza porządnie przyłożyć się do studiów, jednak gdy przybywa na uniwersytet, wszystkie jego plany spełzają na panewce za sprawą pochodzącej ze średniej klasy Alice Harbinson, w której zakochuje się bez pamięci. Piękna Alice jest odzwierciedleniem marzeń Briana o miłości, mimo iż prócz swego piękna zewnętrznego dziewczyna jest głupia jak but i skupiona wyłącznie na sobie i swoich potrzebach. Do tego prowadzi bogate życie seksualne i ma bardzo dziwne podejście do życia (jak i cała jej rodzina). Jednak to wszystko Brianowi wcale nie przeszkadza i ugania się za nią jak pies, mimo iż na pierwszy rzut oka widać, że nie ma żadnych szans i że dziewczyna bawi się nim jak każdym innym facetem.
Niestety mężczyźni są ślepi i nie widzą co jest dla nich dobre i Brian jest doskonałym tego przykładem. Zaślepienie pięknem Alice nie pozwala mu spostrzec prawdziwego piękna wrażliwej intelektualistki Rebecci Epstein. I mimo iż Brian stara się zasłużyć na względy Rebecci, tak jakby czuł, że oboje do siebie pasują, to jednak niszczy wszystko swoją pogonią za niedoścignionym, psując  nie tylko swoje stosunki z Rebeccą, ale także wszelkie swoje szanse na ukończenie studiów.
Ogólnie książka jest bardzo interesująca i dobrze się ją czyta. Charaktery wszystkich bohaterów są ostre i wyraźne, widać, że autor ma w sobie talent, a jego książki mają to głębokie coś, co odróżnia je od chłamu pisanego pod publikę. Jednak będąc dziewczyną, nie da się nie czuć rozdrażnienia skierowanego w stronę Briana. Jego postępowanie wobec Rebecci oraz niesamowita ślepota sprawiają, że chce się nim wstrząsnąć i krzyknąć- „Obudź się!”. I mimo iż wiem, że to dobrze świadczy o autorze i książce, to jednak wolałabym mieć możliwość aby bardziej polubić głównego bohatera. Tymczasem mogłam czuć wyłącznie irytację na cały męski rodzaj za to, jak faceci potrafią być niesamowicie głupi. Jeśli o to chodziło autorowi- udało się, gratulacje J
Myślę, że książka nada się dla obu płci i każdego wieku powyżej dwudziestki. Młodsza część naszego społeczeństwa może nie zrozumieć przesłania książki i widzieć w niej tylko dobrą i zabawną historię o nastolatkach. Tymczasem jest to coś więcej niż umilacz czasu i tak należy tę książkę odbierać. Jest to jakby nie patrzeć dramat i cały czas myślę o filmie „American Beauty” gdy myślę o książce Davida Nichollsa. To jest ten sam poziom, tylko historia nieco inna. Ale tak samo hipnotyzująca i tak samo nie możemy się od niej oderwać, ciekawi co będzie dalej. Myślę, że na odbiór książki znacząco wpłynęło to, że jest pisana w pierwszej osobie. Możemy dzięki niej poznać wszystkie, nawet te najbardziej płytkie, myśli głównego bohatera. Dzięki temu poznajemy kunszt autora, jak i lepiej widzimy to, kim naprawdę jest Brian Jackson- chłopakiem z klasy robotniczej, którego nie zmieni nawet najlepszy uniwersytet.

Jestem ciekawa następnego tytułu Davida Nichollsa i jeśli przyjdzie mi jeszcze się z tym autorem spotkać, nie zawaham się i z radością sięgnę po kolejne jego dzieła. I Wam polecam zrobić to samo.

wtorek, 6 czerwca 2017

Debbie Macomber/ A mother's gift

         

          Ostatnio zaczęłam grzebać w kufrze z książkami i wyciągnęłam jedną na chybił trafił. Autorka nieznana, tytuł nic nie mówił, krótkie streszczenie wspominało o miłości, okładka była radosna, miła dla oka i z różowymi akcentami. Cóż więcej chcieć od książki dla kobiety, która marzyła o odrobinie relaksu? Zresztą wszystkie książki z kufra i tak kiedyś zostaną przeczytane, więc dlaczego by nie wybrać właśnie tej, właśnie tego dnia?
          Cóż, książka, a raczej pisarka, nie zawiodła mnie, ale szczerze mówiąc liczyłam na coś zupełnie innego. Widocznie zwiódł mnie opis na okładce. Spodziewałam się lekkiej obyczajówki, z miłością w tle, otrzymałam zbiór opowieści (jeśli zbiorem można nazwać dwie historie) rodem z harlequin.
Wiecie, kiedyś czytałam taki rodzaj książek całkiem namiętnie, przez co zapewne mam nieco wypaczony pogląd na świat i miłość. Ale teraz dorosłam nieco i taki rodzaj literatury nie jest mi już bliski. Jest zbyt fantastyczny, aby mógł być chociaż zbliżony do życia. Lubię czasem zapomnieć jak okrutny jest świat, ale romanse pod egidą harlequina przedstawiają świat tak wymyślny, że aż nieprawdopodobny. A gdy chcę poczytać o czymś nieprawdopodobnym, obecnie wolę sięgnąć po sci-fi niż po typowy romans, w którym wszyscy żyją szczęśliwie po kres swoich dni. Oczywiście przedtem przechodząc jakąś gehennę, straszliwe przeżycie, które sprawia, że na nowo muszą nauczyć się kochać, by na końcu odnaleźć miłość swojego życia. No cóż, już z tego wyrosłam i świadomie omijam taki rodzaj literatury, bo szczerze mówiąc- nudzi mnie niemiłosiernie.
             Dwie opowieści, które znalazłam w książce „A mother’s gift” (niestety nie udało mi się znaleźć polskiego tytułu, ale książki tej pisarki są dostępne w polskich tłumaczeniach), były dokładnie takie, jak opisałam wyżej, czyli miały dokładnie taki sam szkielet jak wszystkie opowieści harlequin. Gdy to stwierdziłam, poczułam się troszkę zawiedziona. Ale ja zawsze, daję szansę każdej książce, dopóki mnie nie zacznie zanudzać na śmierć.
             Debbie Macomber nie zamordowała mnie swoimi opowieściami, ale też nie zachwyciła. Fakt, pierwszą z opowieści, „Ślub z ogłoszenia” (widzicie to? Nawet tytuł brzmi jak wyjęty z harlequinowych opowieści), czytało mi się lekko i nawet wyczuwałam napięcie między bohaterami, ale mimo to nad opowieścią cały czas krążyła, niczym sęp nad padłym zwierzęciem, stygma typowego romansu harlequin. I mimo że przeczytałam ją jednym haustem, musicie pamiętać, że wychowałam się na romansach i dlatego „Ślub z ogłoszenia” mi się całkiem spodobał. Ktoś z wyższym stopniem inteligencji emocjonalnej może te książki odrzucić z niechęcią już po pierwszym rozdziale. Ja powiem, że „Ślub z ogłoszenia” nadaje się na książkę, którą wrzucamy do koszyka rowerowego, udając się na piknik, czy do torby plażowej, zmierzając z ręcznikiem pod pachą nad morze. Umili Wam też podróż w autobusie, pod warunkiem, że nie wstydzicie się, że jesteście czytelnikami literatury niższych lotów. Jeśli jednak lubicie czytać o idealnej miłości i nie macie nic przeciwko temu, że otaczają Was ludzie z Times pod ręką (choć w polskich warunkach byłaby to pewnie Gazeta Wyborcza), to akurat ta opowieść uprzyjemni Wam te cenne chwile, które czasem kradniemy dla siebie.

            Druga z powieści, „Zdobyć serce Carol”, niestety była dużo słabsza. Stworzona na tej samej zasadzie, była jednak nudniejsza i szczerze mówiąc nic się w niej nie działo. Tak jak w pierwszej historii między bohaterami dało się wyczuć iskry (typowo harlequinowe, ale jednak), tak tu nie było niczego. Byłam znudzona od początku do końca, ale nie tak straszliwie, żeby odłożyć książkę, nie kończąc jej. Jednak nie miałam większej przyjemności w jej czytaniu i właśnie wtedy stwierdziłam, że Debbie Macomber nie jest pisarką dla mnie. Może kiedyś byłoby inaczej. Dziś jestem już zbyt dojrzała na taką literaturę i nie zamierzam z wypiekami na twarzy szukać kolejnych tytułów tej autorki. Tym bardziej, że zraziła mnie do siebie budowaniem swoich książek na tej samej podstawie, przez co miałam wrażenie, że czytam jedną i tą samą książkę (mimo iż podejście bohaterów się różniło i jedna była ciekawa, a druga nudna). No ale czasem już się tak w życiu zdarza, że to, co wybieramy przypadkiem, staje się sukcesem, a to, co poddajemy procesowi starannej selekcji- klapą. Nie ma co się zrażać i trzeba próbować po raz kolejny. Ja czuję, że następna książka wyciągnięta z kufra spotka się z bardziej przychylną recenzją. Przecież nie można ciągle źle wybierać, prawda?

niedziela, 21 maja 2017

50 twarzy Greya/ Ciemniejsza strona Greya- film


Gdy pisałam recenzję głośnej książki „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, w podsumowaniu stwierdziłam, że jestem otwarta na film o tym samym tytule, nad którym właśnie pracowano. Byłam ciekawa jak udało się scenarzystom przenieść tak śmiały pomysł z kart książki na duży ekran. W końcu był to dość odważny erotyk, przeniesienie go do kin mogło wywołać sporo kontrowersji. Film był jednym z najbardziej oczekiwanych premier ostatnich kilku lat, jednak stanąć oko w oko z oryginałem i nie zepsuć go- to było ogromne wyzwanie. Adaptacja mogła być zarówno wielkim sukcesem jak i wielką klapą. Szczerze mówiąc obawiałam się tego filmu, tego, że gdy go obejrzę, zepsuje mi on sposób w jaki zapamiętałam bohaterów, jak i całą historię. Bałam się, że aktorzy wszystko zepsują swoją złą interpretacją obrazów, które miałam w głowie.
Powoli zaczęłam się zamykać na ten pomysł. Potem obejrzałam nieciekawie stworzony trailer, który nie zachęcał do obejrzenia filmu (ktoś powinien za to beknąć, naprawdę; tak złej reklamy filmu dawno nie widziałam). Zderzyło się to z recenzją znajomej, której film się nie spodobał. Usłyszałam to, co chciałam usłyszeć, potwierdziły się moje obawy i postanowiłam nie sprawdzać na własne oczy jak się sprawy mają. Uprzedzona od pewnego czasu do całego pomysłu zapomniałam o jednej ważnej rzeczy- o tym, że ile jest ludzi, tyle jest gustów. I zawsze, ale to zawsze, powinniśmy sami sprawdzić fakty, które ktoś nam podaje na tacy.
Minęły dwa lata, a ja wciąż czułam dziwną awersję do tego filmu. Ilekroć o nim słyszałam, cieszyłam się, że go nie obejrzałam. Teraz wiem, że wszystkiemu był winien strach. Nikt nie chce, żeby jego bohaterowie, których sobie wymarzył, obrócili się w proch. Nikt nie lubi, gdy świat, który stworzył w głowie, został im brutalnie zabrany.
Wiem, że to może dziwnie brzmieć, gdy mówi się o wymyślonych bohaterach, a nie o żywych ludziach i namacalnych sprawach, ale myślę, że ta teza dotyczy wszystkiego co nas otacza. A nasze wyobrażenia stanowią dużą cząstkę nas. Dlatego tak łatwo zakochujemy się w kimś, kogo nie widzieliśmy na oczy, a tylko z nim piszemy. To dlatego po paru miesiącach związku nagle czujemy się odarci ze wszystkiego, co ważne, bo pierwsze zauroczenie mija i nie potrafimy sobie poradzić z konfrontacją wyobrażeń z prawdziwym życiem.
Dla mnie książki są częścią życia, są czymś prawdziwym i namacalnym. Nigdy nie staram się przypominać sobie, że to, co właśnie czytam, to tylko książka. Nawet jak całkowicie daję się ponieść emocjom podczas czytania, zawsze w głębi duszy wiem, że to, co czytam, to nieprawda. I to mi wystarczy. Gdy czytam, czuję się szczęśliwa z moimi wyobrażeniami i to mi wystarcza. Życie wówczas staje się ciekawsze i łatwiejsze do zniesienia. Nie chcę, aby ktoś mi to zabierał, tylko dlatego, że jest to świat nierzeczywisty. Wiadomo, że kiedyś trzeba będzie się obudzić, ale chcę, aby była to moja decyzja. I obudzę się, kiedy będę na to gotowa, a nie wtedy, gdy ktoś włączy mi budzik bez mojej wiedzy i zgody.
Tak właśnie było z tym filmem. Spostrzegałam go jak taki niechciany budzik. Dlatego pogodziłam się z myślą, że nie obejrzę adaptacji książki E.L. James i za każdym razem, gdy o niej pomyślałam, czułam irracjonalną, ale silną niechęć.
Aż tu nagle obudziło się we mnie dawno pogrzebane zainteresowanie za sprawą gorącej i nabrzmiałej emocjami recenzji youtuberki Kasi z loveandgreatshoes. Jej relacja wzbudziła we mnie niesamowitą ciekawość i pewnego dnia zebrałam się na odwagę i stwierdziłam, że czas skonfrontować swoje obawy z rzeczywistością. I to było właśnie coś, czego potrzebowałam. Dzięki Kasi miałam okazję obejrzeć kawał naprawdę dobrej adaptacji i jestem jej za to wdzięczna. To będzie dla mnie nauczka, żeby nigdy nie zamykać się na nowe doświadczenia z powodu irracjonalnych lęków.
Zdaję sobie sprawę, że na temat tego filmu krążą skrajne opinie, ale mi naprawdę się spodobał. Do tego stopnia, że przewijałam dialogi i ważne dla historii sceny po kilka razy. Co więcej, obejrzałam pierwszą część dwa razy w ciągu tygodnia. Aż wstyd się do tego przyznawać, ale całkiem się w tym filmie zagubiłam. Zauroczył mnie Grey, co było całkiem oczywiste i oczekiwane, ale także Anastasia, co mnie już kompletnie zaskoczyło. Bo do książkowej Any musiałam się odrobinę dłużej przekonywać, podczas gdy filmowa Anastasia okazała się strzałem w dziesiątkę. Oboje bohaterowie wprowadzili historię wymyśloną przez E.L. James na całkiem inny poziom, wyższy poziom. Wprawdzie końcówka pierwszego tomu książki bardziej mną wstrząsnęła niż film, a moment, w którym Christian przestraszył się, że ponownie straci Anę był w drugim tomie bardziej chwytający za serce, to jednak myślę, że jest to wynik tego, że to, co sobie wyobrazimy zawsze działa na nas bardziej niż to, co widzimy.
Jednak pomimo tego uważam, że film, i to obie części, był lepszy niż książka. Rzadko się to zdarza w moim świecie wykreowanym przez wyobraźnię, dlatego jeszcze raz podkreślam, że nie należy się bać takich konfrontacji, bo może z nich wyniknąć coś dobrego. (Aczkolwiek pewnie sama sobie będę musiała przypomnieć te słowa, gdy trzeba będzie skonfrontować inną książkę ;)).
W tym filmie wszyscy stanęli na wysokości zadania, mimo iż poprzeczka było ustawiona wysoko. Scenariusz był świetny, pozostawiono w nim najważniejsze wątki i wycięto niepotrzebną gadaninę. Reżyseria trzymała w napięciu przez cały film, a aktorzy ani na moment nie zapomnieli z czym się mierzą. Do tego świetnie dobrana muzyka i wybrane sceny erotyczne spowodowały, że historia trudnej relacji między skrzywdzonym Christianem i niewinną Anastasią była jednocześnie podniecająca i głęboka. Od samego początku rodziło się oczekiwanie, że Ana całkowicie zmieni życie Greya i wyprowadzi go z ciemnej otchłani, w jakiej do tej pory żył. I mimo tej pewności, że Anastasia jest kimś niezwykłym, jednocześnie zaserwowana nam była pewność, że droga do serca Greya będzie niebywale trudna i pełna poświęceń. A kiedy zraniona Ana wyszła z fortecy Christiana, wierząc że już go nigdy więcej nie zobaczy, cała postać Greya mówiła nam jak wstrząśnięty jest Christian jej odejściem oraz wszystkim, co się między nimi wydarzyło.
Bardzo spodobało mi się samo zakończenie. Też czułam się wstrząśnięta, gdy drzwi windy zamknęły się za Aną, bo mimo iż znałam dobrze historię, nie mogłam uwierzyć, że zdobyła się ona na to, aby zostawić człowieka, którego pokochała tak mocno, aby dla niego zmierzyć się ze swoimi lękami. I jakże inne były ich emocje od czasu, gdy się pierwszy raz spotkali i gdy drzwi windy zamykały się za Anastasią, poruszoną do głębi swoją pierwszą rozmową z Christianem Greyem i napięciem, jakie się między nimi wytworzyło od podczas krótkiego wywiadu. Reżyser zadał sobie również spory trud, aby zachęcić do obejrzenia kolejnej części, pokazując na samym końcu krótkie urywki z życia osamotnionych bohaterów, by na końcu zwiększyć napięcie o 100%, gdy Christian nagle wstaje od stołu bez słowa wyjaśnienia i opuszcza firmowe spotkanie ze zdecydowanym spojrzeniem. Wówczas wiemy, do kogo się tak spieszy i nie ma już siły, abyśmy nie poszli do kina, aby zobaczyć, co z tego wyniknie.
Być może fani trylogii o Greyu będą mieli za złe reżyserowi skupienie się bardziej na relacji wewnętrznej między bohaterami, na tym, co działo się w ich głowach i na uczuciach, jakie nimi targały, niż na samym seksie, ale dla mnie to był strzał w dziesiątkę. Po pierwsze w kinie nie można pokazać wszystkiego, a po drugie, ta książka tak naprawdę była o miłości, a seks był tylko przykrywką i sposobem na przyciągnięcie czytelnika. W filmie pozostawiono najważniejsze erotyczne sceny i pokazano je ze smakiem, nie zabijając jednak w nich erotyzmu. Seksu było tyle, ile było trzeba, a skupienie się na relacji między bohaterami i trudnej walce o duszę Christiana spowodowało, że film był dużo lepszy, niż tego oczekiwałam. I ani przez minutę nie czułam się znudzona czy znużona, bo napięcie między bohaterami było tak wyczuwalne, że można by je było krajać nożem.
Doskonałe wyważenie seksu i uczuć sprawiło, że zakochałam się w tym filmie za zabój. I w tym Christianie, którego stworzył scenarzysta, reżyser i sam aktor. Zakochałam się w jego oddaniu do Any, jego gotowości do poświęceń dla niej i tego, że nie odpuścił, mimo iż ostatni jego błąd był tak brzemienny w skutkach. Zakochałam się w też w Anastasji, w jej upartym charakterze i otwartości jej umysłu. W tym, że nie dała się sprowadzić Christianowi do roli, której oboje tak naprawdę nie chcieli. Polubiłam ją za siłę i za to, że potrafiła odejść, gdy Christian przekroczył jej granice. I za to, że się nie poddawała, mimo że miała naprzeciw siebie trudnego przeciwnika. Ana z filmu była od początku pokazana jako osoba silna, co nieco odbiegało od książkowej wersji, ale taką ją bardziej wolałam. I Christian chyba też, mimo że nie potrafił tego przyznać przed samym sobą.
Film jest bardziej dramatem niż erotykiem, ale mi to jak najbardziej odpowiadało. Myślę, że to dlatego zakochałam się w nim od pierwszego spotkania bohaterów w nieskazitelnym biurze Christiana Greya. I pewnie dlatego nie mogłam się doczekać, aż znajdę czas, aby obejrzeć drugą część. I też pewnie dlatego oglądałam ją dwa razy dłużej, przewijając najważniejsze momenty, zwłaszcza te, gdzie bohaterowie zadają sobie nawzajem ból, który miał ich otworzyć na siebie nawzajem.
Druga część również trzymała mnie w napięciu, zwłaszcza że na scenę weszła Pani Robinson, do której Ana czuła prawdziwą odrazę i która próbowała przekonać ją, że Christian szybko się nią znudzi, bo nie zna jego prawdziwego oblicza. Lub po prostu nie chce go znać. Te momenty, w których Ana musi walczyć z Panią Robinson o Greya, były najciekawszymi momentami, przy których napięcie rosło, a szanse Any na zdobycie całego Christiana malały. Te przepychanki, których świadkiem był rozdarty Grey, świetnie budowały napięcie i pokazywały, jak bardzo Christian jest zagubiony w swoim szarym świecie i jak bardzo potrzebował on kogoś takiego jak Ana, kto mógł pokazać mu jak fałszywy był świat wykreowany dla niego przez Elenę Lincoln, czyli Panią Robinson. Sceny te uświadamiały nam, z jak trudną sprawą musi się zmierzyć Anastasia i nie pozwalały przysnąć ani na moment. Samo zakończenie nie było już tak ciekawe i właściwie w ogóle nie zachęcało do obejrzenia ostatniej części, ale ja myślę, że zmierzę się ze swoimi uprzedzeniami i znajdę jeszcze trochę czasu dla Greya i Any.
Ale to, co chciałam powiedzieć, to że mimo tego, iż druga część również bardzo mi się podobała, to jednak najbardziej dopracowana i znacząca była część pierwsza. Zapewne dlatego, że jest naładowana walką dwóch silnych osobowości i ta walka jest łatwo wyczuwalna. Człowiek od pierwszych minut zaczyna kibicować Anastasji, która od początku musi walczyć przeciwko potrzebie kontroli i dominacji Christiana, przeciwko czemuś, czego jej serce nie mogło znieść, mimo zapewnień Christiana, że rezygnacja z własnej woli uczyni ją wolną i szczęśliwą.

Ta walka, która może zakończyć się utratą Christiana jest kluczowym elementem pierwszej części i powoduje, że na własne oczy widzimy drobne zmiany, które zachodzą w zamkniętym w sobie Greyu i to nas wciąga powoli i nieustannie jak ruchome piaski. I myślę, że to jest kluczem sukcesu „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. W „Ciemniejszej stronie Greya” te zmiany są już znaczące i czujemy, że szala wygranej przechyla się na stronę Any i mimo iż Christian boi się, że Ana znowu od niego odejdzie, nie mogąc zaakceptować jego prawdziwego oblicza, my tak naprawdę czujemy, że to się nie stanie, że ci dwoje są sobie pisani. To powoduje, że napięcie nie jest aż tak silne jak w pierwszej części. Ale mimo to zachęcam do jej obejrzenia ze względu na piękno tego filmu i oczywiście ze względu na demoniczną Panią Robinson, zagraną w świetny sposób przez Kim Basinger. Ja na pewno obejrzę tę część jeszcze raz, jak tylko trochę ochłonę. Na razie potrzebuję dużej dawki snu, bo przez Greya nie spałam do 1 w nocy. Ale jak się ma Greya pod ręką, sen jest ostatnią rzeczą, która przychodzi do głowy ;)

środa, 26 kwietnia 2017

Szkockie historie czyli o tym czy Szkocja jest fajna

W tym roku nieoczekiwanie znalazłam się w Szkocji. Szybka decyzja podjęta w minutę i już następnego dnia leciałam do Glasgow. Zainteresowanie
tym kierunkiem mogę zawdzięczać głównie Riennaherze, która żyła w Glasgow przez okres studiów i wreszcie przekonała mnie, że Szkocja też może być ciekawym kierunkiem, pomimo swojej niesławnej pogody. Po Włochach, Hiszpanii i Grecji, słonecznych i ciekawych kulturowo miejscach ostatecznie przekonałam się, że muszę sprawdzić na własne oczy, czy wietrzny i deszczowy kraj, który do tej pory znajdował się nisko na liście miejsc do zobaczenia, znajdzie jakieś miejsce w moim sercu.
Chciałam na własne oczy zobaczyć Glasgow, które do tej pory widywałam jedynie na zdjęciach. Zaczęłam marzyć o tym, żeby zagubić się w klimatycznych uliczkach z szarej i czerwone cegły, zobaczyć owce pasące się na zielonych pastwiskach i na własne oczy przekonać się, czy zieleń Szkocji naprawdę jest taka szmaragdowa. Przyciągały mnie widoki, nie kultura i ludzie. Zamierzałam zaglądać w oświetlone okna mieszkańców Szkocji- nie jestem w stanie oprzeć się takiej pokusie- ale tak naprawdę leciałam tam dla pejzaży.
Ostatecznie nie zobaczyłam Glasgow, przejechałam przez nie tylko obwodnicą. Zdążyłam jedynie zauważyć, że to miasto jest ogromne, ale bardziej przemysłowe i z wieloma brzydkimi budynkami, przypominającymi polskie bloki. Tylko, że szarość tych budynków była bardziej przygnębiająca niż w Polsce, bo nie okraszona słońcem. Szkocja przywitała nas mżawką i szarością, a to- jak ostrzegła mnie sąsiadka w samolocie- było dla Szkocji rzeczą normalną. Przemknęłam więc tylko przez to miasto, które sprawiło, że w ogóle tu przyleciałam. Ale szczerze mówiąc nie wyglądało zachwycająco, nawet z daleka.

Za to mogłam napawać oczy widokami szmaragdowego morza zieleni z białymi punkcikami owczej wełny i uroczymi drewnianymi i kamiennymi płotkami oddzielającymi poszczególne pola.
Zobaczyłam to wszystko z daleka, nie dane mi było hasać po tych polach z owcami, ani uchwycić choćby jednego klimatycznego zdjęcia. Jednak udało mi się pobiegać po sawannach rezerwatu Seafield, wdrapać się na najwyższe wzniesienie tego rezerwatu, aby z zachwytem w sercu, smaganym nieustającym szkockim wiatrem, spoglądać na połacie zieleni pode mną i majaczące w oddali miasteczka. Udało mi się przemykać nocą uliczkami miasteczka Blackburn, żeby jak tajniak zaglądać chyłkiem w nieosłonięte niczym okna szkockich rodzin. 
A okna te były naprawdę ogromne, więc doprawdy miałam co robić. Zapewne krótko po moim odlocie pojawiły się w gazetach wzmianki o tajemniczej zakapturzonej postaci biegającej wieczorem po ulicach i zaglądającej niczym złodziej w okna szanowanych obywateli Blackburn. Bo wierzcie mi, tylko mnie zdawało się ciekawić to, jak żyją miastowi Szkoci, nikt inny nie był zainteresowany, żeby sprawdzić, jak to się u sąsiadów żyje, mimo kuszących ogromnych okien.
Być może dlatego, że każdy zdaje się żyć tak samo, tym samym utartym tempem i kierunkiem. A kierunek ten jest bardzo prosty: praca-dom-telewizor, może jakiś spacer wieczorny z psem. Szkoci, przynajmniej ci zamieszkujący miasta, wyglądali dla mnie, jakby nie mieli głębszego życia, jakby to ich życie było płaskie i pozbawione radości, którą przynosi obcowanie z kulturą. Być może się mylę, bo nie rozmawiałam z nikim innym prócz mojej polskiej rodziny.
Ale z moich licznych spacerów o różnych porach dnia wynika, że jedynym elementem przełamującym tę utartą drogę, jest wyjście do baru, pubu czy innego miejsca, gdzie można się spotkać z innymi ludźmi. A i tak dotyczy to głównie młodych ludzi. Czy ci ludzie w ogóle czytają książki, chodzą do teatru, wyjeżdżają w podróże zagraniczne aby poznać inne kultury? Czy jak wyjeżdżają to tylko po to, żeby pobyć w innym miejscu, nie starając się nawet zatrzymać na chwilę, aby zastanowić się nad tym, jak żyją inni? Czy życie jest dla nich aż tak obojętne? Tak przynajmniej odczytałam to, co widziałam.

Ktoś z rodziny powiedział mi, że Szkoci zaraz po szkole idą do pracy i zarabiają pieniądze. Szybko dorabiają się rzeczy materialnych, domów, samochodów, wszechobecnych dużych telewizorów z płaskim ekranem, przed którym ślęczą codziennie, jeśli nie wychodzą do baru. Wydaje mi się, że to właśnie przez tę wyznaczoną przez pokolenia rutynę życie szkockie jest takie płaskie. Przez zrezygnowanie z kulturalnej części, na którą składa się życie w Polsce. Przez naturalną, praktykowaną przez pokolenie pogoń za pieniądzem.
To wyjaśniałoby dlaczego dzieciaki w ogóle nie dbają o swoje zabawki, które niszczeją rzucone od niechcenia na ogród, walające się wszędzie śmieci i potopione w rzekach wózki sklepowe. Te wózki wydają się być główną rozrywką młodzieży, na równi z wypadami na piwo. Podejrzewam, że większość z nich zapomina, jak wygląda książka, gdy tylko opuszcza szkołę, a jedynym słowem pisanym są tablice ogłoszeniowe, rachunki i gazety niskich lotów.
Znowu, być może krzywdzę tych ludzi swoimi opiniami. Jeśli tak, mam nadzieję, że mi wybaczą. Ale tygodniowy wypad wystarczył mi, aby z całym sercem powiedzieć, że to nie jest kraj dla mnie. Ludzie są mało interesujący, wydają się przewijać przez życie jak puste skorupy czy zombie. Sądzę, że nawet gdyby język szkocki nie był tak skomplikowany, że nie da się go zrozumieć uczęszczając na kursy języka angielskiego, to i tak nie miałabym o czym z tymi ludźmi porozmawiać. Tak jak w Grecji chętnie lgnę do ludzi i ich historii, tak w Szkocji wolałam być odludkiem, błąkającym się samotnie po ulicach i polach.
Patrząc na życie Szkotów z punktu widzenia mieszkańców Blackburn, muszę stwierdzić, że nie ma w Szkocji zbyt wiele zachwycających rzeczy. Na pewno są to rozległe wiejskie krajobrazy. Na pewno morze widziane z daleka z góry Artura w Edynburgu. Niezaprzeczalnie jest to stara część Edynburga i jego przepiękne budynki i pałace. Przyklejone do siebie małe wille i domki z ogródkami. Jednak więcej jest rzeczy odpychających.
 Jest to brak głębi życia i nieczułość na kulturę. Jest to pogoda, która oferuje tak niewiele słońca i taki ogrom wietrznych i zimnych dni. Jest to okropne jedzenie, które przywodzi połowę społeczeństwa (a może więcej?) do sporej otyłości i problemów z poruszaniem się.
Są to góry różnorodnych śmieci. Zdecydowanie Szkocja nie wie, jak radzić sobie ze śmieciami. Pod każdym krzakiem leży mnóstwo odpadów, które wyglądają jakby nie były sprzątane od lat. Śmieci walające się nawet w rezerwacie, woreczki z psimi odchodami porzucane nawet na górze Artura, jednej z najbardziej znanych atrakcji Edynburga. Są to śmieci w przydomowych ogródkach, porzucanych niefrasobliwie razem z hulajnogami i dziecięcymi rowerkami.
Jest to wreszcie brak smaku przy dekorowaniu mieszkań i ogródków. W wielu przypadkach ogrody wydawały się być miejscem jakiejś szalonej futurystycznej wystawy artysty zbieracza odpadów i niechcianych zabawek. Ściany w domach i mieszkaniach kojarzyły mi się z PRL-owską jednostajnością i brakiem wyobraźni (często widziałam ciemno pomalowane ściany, pomieszane kolory i szlaki rodem z korytarzy polskich blokowisk za czasów PRL-u). 
Wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale chcę tu tylko powiedzieć, że Szkoci najwyraźniej nie dbają o pozory i chętnie pokazują, że nic prócz pracy, jedzenia i picia się nie liczy.

Także pod względem ubierania się muszę stwierdzić, że Szkoci, a zwłaszcza Szkotki, nie mają smaku. Przerysowane dziewczyny w zbyt małych ubraniach, krótkich spódniczkach i sandałach nałożonych na gołe nogi przy
temperaturach bliskich zeru, grupki wałęsających się krzykliwych dziewczyn, powystrajanych w kiecki, które u nas wypada założyć tylko na specjalne okazje- to wszystko jest w Szkocji codziennością. Na tym wyjeździe usłyszałam, że w Edynburgu możesz być kim chcesz. Ja jednak wolałabym być nikim niż wielokrotną kopią tego samego, niezbyt atrakcyjnego „kogoś”. Mam wrażenie, że Szkoci nie mają w domach luster. Ale być może ten okropny krzykliwy gust jest winą braku wykształcenia (w Polsce studia często są źle zorganizowane, ale przynajmniej uczą obejścia i przebywania z ludźmi z różnych środowisk- w Szkocji mam wrażenie że istnieją tylko dwa środowiska- trochę biedniejszych i trochę bogatszych, ale oprócz pieniędzy nic ich od siebie nie różni).

Gdy wałęsałam się po Blackburn, niewielkim miasteczku położonym 20 km od Edynburga, nie miałam poczucia bezpieczeństwa. Mijani przechodnie nie wydawali się przyjaźni, raczej surowi w obejściu i lubiący się kisić wyłącznie w
swoim sosie. Gdy tak samo wałęsałam się po Lanzarote, czułam się jak u siebie w domu i bałam się tylko karaluchów. Obcy ludzie witali się ze mną na ulicy jakbym była jedną z nich. We Włoszech niemal zostałam zmuszona, żeby zobaczyć wnętrze makaroniarni przez samego właściciela, tylko dlatego, że spotkaliśmy się przypadkiem drugi raz i się z nim przywitałam. W Grecji otrzymałam zaproszenie do zamieszkania w domu sprzedawcy wina, tylko dlatego, że parę razy zajrzałam do niego z mężem i porozmawiałam o życiu. Tutaj natomiast były tylko puste twarze, nieznany język i napastliwe dzieciaki, które nie uszanowały nawet tego, że szłam z wózkiem, w którym spało małe dziecko.
Poczucie zagrożenia gubiłam gdzieś tylko w bogatszej dzielnicy Blackburn, bliżej Hathage. Nie wiem, czego się bałam, nie wiem czy miałam podstawy do tego, aby się bać. Jednak mimo wszystko irracjonalny strach towarzyszył mi na moich przechadzkach bardzo często. Miasteczko Blackburn nie wydawało się przyjaźnie do mnie nastawione, czułam się tam jak intruz, którym najpewniej byłam. Czy to wina jakichś historycznych zaszłości czy braku obycia kulturalnego, nie wiem. Wiem tylko tyle, że niechętnie tam wrócę, jeśli w ogóle.
Edynburg- widok z góry Artura


Być może zbyt wcześnie skazuję Szkocję na zapomnienie. W końcu co ja tam znowu widziałam? Glasgow w przelocie, Edynburg za dnia i w nocy i Blackburn, niewielkie miasteczko, które powstało, aby biedni robotnicy mieli gdzie mieszkać (stąd poczucie, które towarzyszyło mi podczas spacerów, że mieszkam w wiosce rybackiej, wszystkie domki zdawały się być takie same, opuszczone, nad którymi krążą tylko mewy i hulający wiatr) i Livingstone w przelocie, podczas zakupów.


Ale to, co zobaczyłam wystarczyło mi, aby na jakiś czas zapomnieć o podróżach do Szkocji. Obecnie nie pociąga mnie nawet Anglia. Nie pociąga mnie poczucie obcości, a właśnie to uczucie towarzyszyło mi przez cały szkocki tydzień. I cały ten czas tęskniłam za wolnością, jaką czułam w Grecji oraz za jej gościnnością. Myślę, że jeszcze długo nie będzie wpisu: Szkockie historie-part 2.

czwartek, 16 marca 2017

Rocky- kultowy film na randkę

                 
                     Zacznijmy od tego, że jak wspomniałam koleżance o tym, że właśnie odświeżam sobie serię o Rocky’m Balboa, odpowiedziała mi na to ze wzgardą „że nie lubi filmów o sporcie”. Wypowiedziała te słowa prawdopodobnie nie próbując nigdy obejrzeć choćby pierwszej części kultowej serii. Może kiedyś, w przeszłości, widziała kawałek którejś, zobaczyła boksujących się facetów i to jej wystarczyło, aby zaszufladkować ten film do kategorii filmów nie lubianych i zatrzasnąć za nim drzwi bez żadnego wzruszenia.
                  Ale ach, jakże się myliła. Bo ta seria wcale nie jest o sporcie. Kiedyś też tak myślałam, gdy jako nastolatka posiadająca dwóch starszych braci przechodziłam przez wszystkie te męskie filmy z lat 70-tych i 80-tych. Obejrzałam pobieżnie, było fajnie, jak to z braćmi i tyle. W mojej głowie pozostał tylko niejasny obraz Sylwestra Stallone obijającego na ringu mordy innych umięśnionych facetów. Gdy jednak jako trzydziestolatka zabrałam się za tę serię ponownie, doznałam kulturowego szoku.
                  Film o spoconych facetach lejących się do nieprzytomności zmienił się w film o walce o to, w co się wierzy, w walkę z przeciwnościami losu i dopięcia swoich celów, a przede wszystkim w najtrudniejszą walkę ze swoimi słabościami i środowiskiem, w jakim się wyrosło. Jest to film o sile nadziei i ludzkiej motywacji- o tym, co mi wcześniej całkowicie umknęło. Jest to też kawał cholernie dobrej muzyki, której nie tylko można słuchać codziennie, ale która powoduje, że ma się ochotę samemu założyć rękawice, by walczyć o samego siebie i swoje przekonania. Co więcej, w tym filmie nakręconym 40 lat temu nie ma ani grama patosu, są za to idee, które odczuwa się każdą komórką ciała. Dzisiejsi scenarzyści, jestem tego pewna, zniszczyli by cały pomysł kiepskimi przemowami, które porwałyby wyłącznie ich, muzyką nie przystającą zupełnie do idei i typowymi amerykańskimi efektami specjalnymi. Film z 1976 roku natomiast jest dziełem ponadczasowym, klasykiem, kulturową odskocznią od filmów kręconych na jedno kopyto i szeregiem piekielnie dobrych nut zdolnych wynosić serca w niebo.

                     Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości co do wielkości filmu, bo coś tam pamięta z przeszłości, to wystarczy zastanowić się, czy zwykły film o sporcie stałby się klasykiem? Czy sięgałyby po niego obie płci? Czy naparzanie się na ringu przyciągnęłoby takie tłumy dziewczyn? Czy kariera Stallone bez tej serii tak bardzo by się rozkręciła? Czy stałby się idolem rzeszy rozhisteryzowanych kobiecych tłumów? Czy ten film pozostałby tak długo w pamięci? Czy ktokolwiek pokusiłby się o nagranie kolejnych części, gdyby Rocky nie był czymś więcej niż zwykłym filmem o sporcie? Naprawdę Stallone spisał się świetnie tworząc swój scenariusz, a John Avildsen przeistoczył świetną historię w jeszcze świetniejszy film. Decyzja zaś, aby powierzyć Billy’emu Conti stworzenie muzyki do filmu, była najlepszą decyzją twórców. Takie trio musiało odnieść sukces.
                       Powiem Wam, że jest to jedyny film, który moim zdaniem nie może być w żaden sposób sklasyfikowany ani jako męski gatunek filmowy ani film dla kobiet. Jest to jedyna seria, która pasowała mi do każdego humoru. Nie wybrzydzałam przy tych filmach, zawsze miałam na nie ochotę, a nawet pierwsza zaproponowałam mężowi taki seans, a po obejrzeniu pięciu części naszła mnie straszna ochota na filmy z tego okresu, zwłaszcza z Sylvestrem Stallone. Zawsze ogarniał mnie dobry humor po każdym filmie z serii, w muzykę wsłuchiwałam się każdym porem na skórze, a przy następnej wolnej chwili jedyną opcją na wieczór był Rocky i kolejna część. Jako dziewczyna śmiało mogę powiedzieć, że ta produkcja wymyka się wszelkim kategoriom i zdecydowanie jest to film, który pogodzi wymagania męskie i kobiece. Jeśli macie już dość oglądania tego samego, nie zwlekajcie, Stallone stworzył ten scenariusz właśnie dla Was. Dla kobiet, które lubią dobre kino z przesłaniem i które lubią oglądać filmy ze swoimi facetami. Dla facetów, którzy chcą  miło spędzić czas ze swoimi kobietami, ale mają już dość filmów z Keirą Nightley i Judem Law, a nie chcą ich zanudzać kolejną sensacją. Ten film jest dla Was obojga.
Warto obejrzeć Rocky choćby ze względu na to ciacho ;)

                               Nie obawiajcie się, ta seria naprawdę nie jest skupiona wyłącznie na sporcie, sport gra raczej rolę mechanizmu uwiarygodniającą historię Rocky’ego. Co więcej, w pierwszej części tak naprawdę niewiele było boksu. Nie taki był zamysł filmu, którego scenariusz napisał Stallone. Ten film jest o nadziei, o przeszkodach, o walce o przetrwanie w ciężkich czasach, o walce ze swoimi korzeniami i o skorzystaniu z szansy, mimo że nikt w Ciebie nie wierzy i cały świat jest przeciwko Tobie. Są w nim proste prawdy przekazane prostym językiem, są przemowy, ale nie na piedestale wśród wsłuchanych tłumów oczekujących przewodnictwa, ale na ulicy, gdzie nikt nie spodziewa się niczego dobrego. I są to przemowy, które trafiają głębiej i zakorzeniają się silniej, bo nie są wciskane nikomu na siłę, a tylko uwydatniają ważne prawdy, o których czasem się zapomina walcząc przeciwko życiu. Wystarczy choćby przypomnieć sobie naukę, którą Rocky udziela dziewczynce z sąsiedztwa, aby nawrócić ją na właściwą drogę. Bardzo znacząca jest scena, kiedy dziewczyna nazywa Rocky’ego głupkiem, nie przejmując się zupełnie jego radami.
                            Pierwsza część serii jest przede wszystkim tym, co chcieli przekazać reżyser, scenarzysta i aktorzy. Jest mowa o środowisku, w którym się urodziliśmy, a które chce nas przytłoczyć i nie pozwolić się z niego wyrwać. Jest o tym, że nawet jeśli nikt w nas nie wierzy i jesteśmy jedynymi, którzy tę wiarę posiadają, to dzięki wysiłkowi zdobędziemy wszystko, co jest nam drogie wyłącznie wtedy, gdy nie damy  sobie ugiąć kolan. Ten film pokazuje, że już samo skorzystanie z szansy i walka przeciwko światu jest wygraną, nawet jeśli wydaje się, że przegraliśmy.
Ale gdyby Rocky wygrał wówczas walkę o tytuł mistrza świata z Apollo Creedem, byłoby to zbyt oczywiste (wybaczcie spoiler, ale ten film ma już zbyt wiele lat, aby coś jeszcze przed nami ukrywać). Jednak to, że przystąpił do walki, mimo iż z góry był skazany na niepowodzenie, świadczyło o sile jego ducha, a zapał z jakim walczył zaskoczył nawet samego Apollo. I nawet przegrana na punkty i nie zdobycie pasa mistrza świata nie pokonało Rocky’ego, bo wszyscy na widowni wiedzieli, że Rocky wygrał tę walkę swoim sercem. Wygrał podwójnie, bo wygrał ze swoimi słabościami i losem, który kazał mu żyć w slumsach jako jeden z wielu, ale też wygrał uznanie wszystkich, którzy tego dnia obserwowali walkę.
                                Również Apollo wiedział, że tę walkę przegrał. Znamienna jest tu scena, gdy Apollo mówi do Rocky’ego, że rewanżu nie będzie, bo czuł, że następne starcie odbierze mu tytuł. Nikt zaś nie lubi przegrywać, a już najmniej mistrz świata, który zaaranżował całą walkę, aby uświetnić swoje dotychczasowe zwycięstwa i pokazać się z najlepszej strony, jako człowiek który daje szansę amatorowi ze slumsów, by ten mógł zmierzyć się z mistrzem.
                             Tak naprawdę ten film jest trochę smutny. Rocky jest niewykształcony, mieszka w małym mieszkaniu w najgorszej dzielnicy, aby utrzymać siebie musi pracować, zamiast ćwiczyć na ringu, choć boks jest jedyną rzeczą, która pozwala mu przetrwać. Wszyscy się z niego naśmiewają z powodu tego, że jest niewykształcony, wywalają z szafki jego ubrania do ćwiczeń, aby zrobić miejsce dla kogoś bardziej obiecującego, a gdy decyduje się wziąć udział w z góry przegranej walce i staje po raz pierwszy przed prasą, jego niewykształcenie daje się mocno we znaki.
                           Mimo to hart ducha Rocky’ego nie pozwala mu się poddawać i zawsze walczy do końca o wszystko. O kobietę swoich marzeń, w której oczach tylko on widział kogoś wartościowego, o swoją duszę, litując się nad tymi, od których miał odebrać dług za swojego szefa, bossa mafijnego. Gdy wszyscy się od niego odwracają, jest mi go tak bardzo żal, on natomiast nie poddaje się i wstaje za każdym razem, gdy próbują go przygnieść do ziemi. Decyduje się na walkę mimo że nie ma trenera, wstaje o świcie, żeby biegać w starym poszarpanym dresie, bo wreszcie widzi cel w swoim marnym życiu i nic już nie jest w stanie go od tego celu odciągnąć. Nawet jego były trener, który wreszcie daje mu szansę, bo zauważa niepokonany hart ducha, którego nie da się zwyciężyć. A hart ducha więcej jest wart niż doświadczenie, siła mięśni i dobrzy trenerzy.
                          Ten film jest jedną wielką walką o siebie. Wystarczy spojrzeć na wszystko czego dokonał Rocky Balboa, włoski ogier ze slumsów. Żył jak szczur na ulicy, aby wreszcie się podnieść, tylko dlatego, że wreszcie ktoś dał mu szansę. Zdobył kobietę swojego życia, mimo iż nawet jej brat odradzał Rocky’emu ten związek. Przekonał do siebie Micky’ego, swojego trenera, który wcześniej spisał go na straty za zawód, jakim się parał. Przetrwał wszystkie rundy z mistrzem świata, mimo iż nie posiadał tak dobrego warsztatu jak Creed i podczas walki zawsze się podnosił, mimo iż miał ochotę zostać na kolanach, bo tak było łatwiej. Najsmutniejsza była dla mnie ta scena, w której Micky przyszedł do Rocky’ego, bo chciał zostać jego trenerem, po tym jak wyrzucił jego rzeczy z szafki. Gdy Rocky przypomniał mu, że wcześniej trener nie dał mu wsparcia i oskarżył, że przyszedł do niego dopiero po tym, jak wyzwał go mistrz, po czym wyrzucił z mieszkania, a Micky zaczął schodzić ze schodów, pokonany. Jak to dobrze, że Rocky go z tych schodów zawrócił! Było mi żal zarówno Rocky’ego i tego, że w samotności musiał się zmagać ze wszystkim przeciwnościami, które niejednego zwaliłyby z nóg, jak i Micky’ego, którym powodowały dobre motywy, a jednak słowa Rocky’ego zraniły go tak bardzo, że jego stare i zmęczone plecy pochyliły się jak u stuletniego starca. Obaj byli skrzywdzeni przez życie i obaj potrzebowali siebie tak samo mocno. Całe szczęście, że to dostrzegli.
                         W tej scenie poznajemy Rocky’ego najbardziej. Tu opowiada nam przez co przeszedł i jak bardzo czuł się samotny. Jak bardzo potrzebował wiary w siebie i pomocnej ręki. Jest to jedna z tych przemów, które na długo pozostają w pamięci, mimo że nie ma w niej wielkich słów i patosu. Ale taki jest właśnie głupek Rocky, jego słowa zawsze wyrażają głębokie prawdy, mimo iż Rocky sam sobie odmawia inteligencji. Mimo to wiedział, że szansa walki z Apollo Creedem jest jego ostatnią szansą na pokonanie samego siebie, swojej słabszej strony, która dawno temu została pokonana przez życie i na podniesienie się z kolan.
                       Sport gra w tej części raczej poboczną rolę, ma znaczenie tylko z całą resztą historii. Bez niej byłoby to tylko zwykłe chlastanie się w bokserskich rękawicach, z historią zaś w tle stała się heroiczną walką z samym sobą. Dlatego tak bardzo ściskamy kciuki za Rocky’ego, gdy ten raz po raz upada na kolana podczas walki z Apollo Creedem. Zapominamy  w tym momencie, że nie lubimy sportu, bo wiemy, jakie znaczenie ma dla Rocky’ego a walka, jak bardzo chce utrzymać się na nogach przez wszystkie rundy, mimo iż wie, że nie ma szans na wygraną. Jego siła charakteru nie pozwala mu się poddać, nawet gdy nie ma siły, a muzyka, która leci w tle, zmienia nasze serca w rydwany ognia. Przyznam, że miałam wtedy ochotę zerwać się z łóżka i krzyczeć raz po raz: „Rocky, Rocky!” razem z reszta tłumu.
                     Zapomniałam na chwilę, że to tylko film, naprawdę. A po ostatniej rundzie, gdy zostały ogłoszone wyniki i poleciał kolejny genialny kawałek, oczy mi się zaszkliły ze szczęścia. I teraz, za każdym razem jak słyszę te piosenki, przypomina mi się Rocky na ringu, gdy jak Dawid walczy z Goliatem o swoją przyszłość i szacunek do samego siebie, wiem, że już nic nie jest w stanie mnie złamać, bo skoro Rocky’emu się udało, człowiekowi, który miał znacznie gorszy start ode mnie, to i mnie musi się udać.
                         Ach i ta pełna napięcia chwila przed samą walką z mistrzem. Daje się wyraźnie odczuć jak wielkie znaczenie ma ona dla Rocky’ego. Bardzo chcemy mu wówczas pomóc, powiedzieć jakieś budujące słowa, ale wiemy, że tylko on sam może sobie pomóc. I przez cały czas trwania walki bieleją nam kłykcie od trzymania kciuków za to, żeby mu się udało. To napięcie wyczuwalne jest tylko w pierwszej części, kiedy wiemy, że ważą się szale przyszłości Rocky’ego, że później już będzie dobrze, ale że od tej jednej walki zależy właściwie wszystko. Ta zdolność Stallone do grania na emocjach powoduje, że film staje się czymś więcej od filmu o boksie.
                     Ten film podnosi na duchu, pomaga odzyskać wiarę w siebie, dodaje pewności siebie i hartu ducha, daje nadzieję, że wszystko będzie dobrze, tylko musimy zawalczyć o swoje. Tak jak w tej pamiętnej scenie, gdy Rocky wbiega ostatkiem sił na schody po wcześniejszym morderczym biegu, aby na szczycie poczuć się jak mistrz świata, bo wygrał ze swoimi słabościami. Jak mówi piosenka „it’s you against you”, i tylko Ty możesz sprawić, że wygrana będzie po Twojej stronie, nawet jeśli wszyscy są po przeciwnej. Naprawdę, obejrzycie ten film, posłuchajcie tej wspaniałej muzyki, a już zawsze gdy ją usłyszycie będziecie mieli ochotę przeciwstawić się światu, mimo iż wcześniej wydawało się Wam, że nie macie już na to siły. Nagle znajdziecie w sobie tyle siły, aby wstać z kolan, a w ślad za tym przyjdą kolejna ukryte pokłady siły, które dodadzą Wam skrzydeł i sprawią, że nie tylko zaczniecie biec, ale uda Wam się bez problemu wspiąć na każdy szczyt, który wcześniej wydawał się nieosiągalny.
                  Druga część filmu, która powstała trzy lata później, jest utrzymana w podobnej konwencji i to mnie niezmiernie cieszy. Tak łatwo było zepsuć ten pomysł. Na szczęście wszyscy stanęli na wysokości zadania. Jest tu trochę więcej znienawidzonego przez moją koleżankę sportu, ale idea przyświeca ta sama. Nie jest to film o boksie, ale o walce przeciwko sobie, swojemu największemu wrogowi. Gdy Rocky’ego napadają wątpliwości czy uczciwie wygrał swoje następne walki i tytuł profesjonalnego boksera wie, że nic nie będzie go w stanie powstrzymać przed ponownym stanięciem w szranki z Apollo Creedem, który z kolei musi walczyć z oskarżeniami, że ledwie wygrał z Rockym, bokserem amatorem. Ta walka będzie jeszcze ciekawsza i bardziej trzymająca w napięciu niż poprzednia, a otoczka filmu równie głęboka, bo wciąż mocno skupiona na środowisku, które pomimo wszystkich przeciwności, wydało na świat mistrza.
                         Dwie następne części nie są tak doniosłe i można by poprzestać na dwóch pierwszych, ale i tamte kolejne obejrzałam i nie żałuję, bo też były całkiem ciekawe. Piąta część jest trochę powrotem do pierwszej, co daje jej pewną przewagę nad dwiema poprzednimi, mimo iż boksu w niej niewiele. Natomiast po szóstą nie sięgnę, bo zbyt wiele lat upłynęło i czas ten odbija się nie tylko na twarzy Stallone, ale i, mocno podejrzewam, na scenariuszu. Dla mnie istnieje tylko tych pięć części, bo uważam, że nie da się wskrzesić ducha tamtych lat. I lepiej nie próbować tego robić, bo nigdy nie będzie to taki sam film, a tylko słaba kopia. Jestem o tym tak przekonana, że nie zamierzam tego sprawdzać. Tak jak Rocky przeszedł na emeryturę, tak zrobiłam to i ja i jedyne, co mogę zrobić, to ponownie obejrzeć te wszystkie wcześniejsze części i jestem pewna, że znowu będę się świetnie bawiła, jak to na klasyki przystało.
                      I myślę, że będę te filmy jeszcze mocniej przezywać, bo jak sobie teraz przypomnę, jakie Rocky miał smutne życie, to od razu łzy mi w oczach stają. I chętnie bym zobaczyła ponownie, jak ten prostolinijny chłopak wywalcza sobie lepszą przyszłość, na którą tak bardzo zasłużył. Ta seria jest jak najbardziej warta rekomendacji. Koniecznie ją obejrzyjcie, nawet po raz kolejny. Może, tak jak to było w moim przypadku, odnajdziecie w niej coś, czego wcześniej nie dostrzegliście i będziecie mogli ją polecić swoim znajomym. Nie można przecież pozwolić, aby genialna kreacja Sylvestra Stallone została kiedykolwiek zapomniana, prawda? Jest to jego najlepsza rola i każdy ją doceni, nawet ci nie lubiący sportów. Gwarantuję Wam, że będziecie uśmiechać się do siebie ze szczęścia, gdy poleci końcowa melodia, oznajmiająca koniec walki bokserskiej. Mimo, że nie lubicie sportów!



niedziela, 5 marca 2017

Sukienki dla małych i grubych- gdzie szukać

                 Czy znacie to uczucie? Chodzicie po sklepach, w rękach dziesiątki wieszaków z sukienkami różnych materiałów i krojów, wiele godzin krążenia po sklepach i nic? Nieważne, czy sukienka jest za 50 zł czy 150 zł? Nieważne czy jest zwiewna, czy w kształcie tuby, w każdej wyglądacie jak dojna krowa, pod warunkiem, że jesteście w stanie przełożyć ją przez głowę? A na końcu tego koszmaru wychodzicie sfrustrowane, zmęczone i załamane? Obiecujecie sobie nawet, że na zawsze już rezygnujecie z sukienek, bo już nigdy w żadnej nie będziecie wyglądać tak, żeby nie oglądało się za Wami  zniesmaczone społeczeństwo?

                 Cóż, jeszcze parę dni temu myślałam, że sukienki będę oglądać już tylko na zdjęciach. Połowa fatałaszków wiszących na wieszakach wyglądała na mnie jak starodawne koszule nocne sięgające do ziemi, inne jak podkradane córce sukienki z liceum. Jedne opinały jak parówkę, inne wisiały jak sprane piżamy zakrywające kolana, a w każdej wyglądałam koszmarnie. Już po minucie, jak tylko widziałam swoje odbicie w lustrze, zdejmowałam kieckę i ze wstrętem odwieszałam na wieszak, po czym obiecywałam sobie, że raz na zawsze kończę z sukienkami, skoro nie uszyto jeszcze takiej, która by na mnie pasowała.

                  Aż zdarzył się cud. Weszłam na stronę zalando, którą odwiedzałam tylko wtedy, gdy potrzebowałam butów i tam znalazłam miliony sukienek, które sięgały przed kolana, były zwiewne i na tyle duże, żeby zmieścić 20 kilo dodatkowej, wyhodowanej pieczołowicie, wagi. Co więcej, wszystkie były w przyzwoitych cenach, wahały się od 59 zł do 150 zł. Wiele z nich można było kupić po cenach wyprzedażowych. Były też i takie, na które nie zarobiłabym przez dwa miesiące, ale te od razu wykluczyłam, obniżając cenę do 199 zł.

                  Fakt, wybranie tych, które podobały mi się najbardziej i odpowiadały mi pod każdym względem, zajęło mi parę dobrych godzin, ale z pięciu zamówionych na oko, bez mierzenia i męczenia się w sklepach, wszystkie 5 było jakby szyte na mnie. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy zaczęłam je wyjmować z opakowań. Już na pierwszy rzut oka wydawały się idealne, po przymierzeniu nie zmieniłam o nich zdania.

                  O ironio, okazało się to prawdziwym problemem, ponieważ zamówiłam aż tyle od razu, bo byłam przekonana, że żadna z nich nie będzie na mnie pasowała i będę musiała je odesłać. Znalazłam się więc w prawdziwej kropce, bo musiałam zrezygnować z połowy zamówienia jeśli nie chciałam się żywić przez następny miesiąc tynkiem ze ścian.

              Po dokładnym przestudiowaniu odbicia w lustrze oraz metek, odesłałam dwie uszyte z najgrubszych materiałów i najbardziej przylegające do ciała. Za 5 sukienek zapłaciłam 470 zł. Odzyskałam 200, mimo  że chętnie zostawiłabym sobie wszystkie. Teraz wiem, że zalando będzie moim jedynym wyborem gdy będę szukać kolejnych sukienek. Czas spędzony na takich zakupach, bez ruszania się z domu, był prawdziwą, choć odrobinę męczącą, przyjemnością. Sugeruję zakupy rozłożyć sobie na parę dni, nikt Wam przecież nie wykupi wszystkich sukienek z magazynów zalando. A jeśli sprzątnie Wam ktoś sprzed nosa ulubioną kieckę, znajdą się ich całe dziesiątki w zastępstwie.

             Selekcja sukienek, gdy już wpadniemy w szał zakupów, nie jest łatwa. Trzeba być twardym wobec siebie i przede wszystkim szczerym. To, że wszystkie 5 sukienek zamówionych przeze mnie okazało się sukcesem, wynikało tylko i wyłącznie z ciężkiej pracy. Ale szczerze przyznam, obyło się bez sprawdzania wymiarów. Niesamowite, prawda?

             Jak tego dokonałam? Nie było łatwo. Pierwszym krokiem jest filtrowanie. Ja wybrałam sukienki z wyprzedaży i ograniczyłam cenę do 199 zł. Nie ograniczałam się materiałowo, choć wiedziałam, że ostatecznie najważniejszym dla mnie czynnikiem będzie oddychalność materiałów. Z 12 stron przepięknych sukienek wybrałam wstępnie 80 (!). Podczas przeglądania stron poddałam sukienki procesowi wstępnej selekcji, czyli próbowałam sobie wyobrazić, patrząc jak sukienka leży na modelce, jak ja będę w niej wyglądać. Obserwowałam zwłaszcza okolice biustu, pupy i pasa. Wybierałam te luźniejsze. Odrzucałam te, co do których miałam wątpliwości i były wykonane z poliestru. Nie da się w tym chodzić latem, a moje sukienki miały być całoroczne.

             Po wybraniu 80 potencjalnych sukienek, następnego dnia przyjrzałam się im uważniej. Myślałam trzeźwiej, miałam też w pamięci to, że nie mogę przecież kupować i odsyłać 80 kiecek, bo zabrałoby mi to parę miesięcy. Wyrzucałam z ulubionych te, które w drugim etapie selekcji wydawały się za ciasne. Gdy sukienka wydawała się za krótka, sprawdzałam wymiary modelek, wiedząc, że jestem od wszystkich niższa o jakieś paręnaście cm. Pamiętajcie, modelki, które prezentują ciuchy mają Wam służyć tylko do ogólnego sprawdzenia jak układają się na ciele, jak leżą w okolicach problematycznych i jak długie mogą być. Nie dajcie się omamić wyglądem modelek, my nigdy nie będziemy wyglądać w prezentowanych przez nich ciuchach tak samo!

                   Ostatnim etapem było odrzucenie tych, które nie mogły być całoroczne, czyli nie służyły moim oczekiwaniom. Czytałam też opinie, gdy nie wiedziałam, co zrobić, zostawić czy odrzucić. Opinie te okazały się bardzo pomocne. Każda sukienka pokazana jest także bez modelki, tym zdjęciom przypatrywałam się najuważniej, bo dzięki nim od razu mogłam zauważyć, czy wyglądałabym w kiecce grubo. To ostatnie zdjęcie jest dla Was drogowskazem. Dzięki niemu obędzie się bez nerwów, sprawdzania wymiarów i stresu.
                  Ja nie stroniłam też od sukienek dla kobiet w ciąży. Niestety wszystkie firmy oferujące ekstra duże rozmiary zaczynały się od rozmiarówki 50, a ja szukałam rozmiaru 40, w którym wyglądałabym przyzwoicie. Wiecie, nawet z zalando nie spodziewajcie się cudów. Żadna sukienka Was nie odchudzi, ale wiele z nich sprawi, że będziecie w stanie patrzeć na swoje odbicie w lustrze z przyjemnością, której dawno nie odczuwałyście.

                 Gdy z 80 kiecek zostało mi 15, zamówiłam te, co do których miałam największe nadzieje- niekoniecznie były to te, które najbardziej mi się podobały. Były to raczej te, które spełniały najwięcej moich potrzeb. Okazało się, że z każdą trafiłam w dziesiątkę. Było to niesamowite przeżycie po wszystkich tych poszukiwaniach w sklepach stacjonarnych.

                 Po wybraniu trzech z pięciu i odesłaniu dwóch najmniej odpowiadających moim potrzebom, całym wysiłkiem woli oparłam się pokusie posłania po kolejne. Myślę, że będzie na to czas w przyszłości, bo wiem, że magazyny zalando pełne są sukienek uszytych specjalnie dla mnie.

            Oto moje wybory:
1. TWINTIP- sukienka letnia off white/red/black

             Sukienka z wiskozy (konieczne ręczne pranie, dosłownie ręczne) w piękną stonowaną kratę, na grubych ramiączkach. Można nosić na luźno, tak jak jest skrojona, lub z wąskim paskiem wygrzebanym gdzieś w szafie, ot tak, dla podkreślenia talii. Pięknie leży, delikatne falbany ślicznie się układają, chowając całkowicie mankamenty figury w okolicy brzucha i do tego nie sprawia, że wyglądam jak w ciąży (lub jak mleczna krowa). Będę nosić wiosną i jesienią oraz zimą z grubymi rajstopami i golfem ukrytym pod sukienką. Na upały raczej się nie nada ze względu na wiskozę, która nie należy do najbardziej oddychających materiałów, jednak na niższe letnie temperatury będzie jak znalazł. Nada się do pracy przez swój skromny krój, a także na imprezę, dzięki fikuśnej kratce. Nadaje dziewczęcości w nienachalny sposób, dzięki czemu 30-tka nadal będzie wyglądać jak 30-tka, tylko lekko podrasowana.

            Rozmiar L (mój standardowy), cena 54,50 zł (Uważajcie na ceny na zalando, jednego dnia kiecka kosztuje 54 zł, innego 65 zł, w zależności od zainteresowania; tak samo jest widzę z innymi kupionymi przeze mnie sukienkami; dlatego czasem nie należy się zastanawiać, gdy cena jest niska, z nadzieją, że będzie jeszcze niższa, bo można się niemiło zdziwić)

2. Vila- VIFUNDA sukienka letnia pristine/cashmere blue

            Przepiękna sukienka z klasą, nieco w stylu Pocahontas ze względu na szerokie rękawki zakończone drobniutkimi frędzelkami. Sukienka z delikatnej bawełny, także wymaga ręcznego prania, jeśli nie chcemy jej pozaciągać. Wygląda klasycznie i jednocześnie świeżo i odmładzająco, dzięki czemu będzie idealna tak do pracy jak i na każdą rodzinną imprezę, a także na niedzielny spacer czy tańce w klubie, wszystko zależy od dodatków, jakie zastosujecie. Układa się naprawdę fajnie, można nosić na luźno lub związać się doszytym paskiem. Świetna na każdą porę roku, także na upały, dzięki cienkiemu, jakby dzierganemu, materiałowi. Oddychająca. Dorzucicie grube rajstopy, botki i płaszcz i już macie propozycję na zimę. Zmienicie płaszcz na kamelową kurtkę lub zamszową ramoneskę i macie stylizację na jesień i wiosnę. Zakładacie sandały i kapelusz słomkowy i można się tak pokazać na greckich wyspach.

            Bawełna za 113,40 zł, rozmiar L (mój standardowy, choć waham się między M a L, zależnie od firmy i kroju- dla pewności wzięłam opcję maksimum).

3. Benetton- sukienka letnia offwhite.

            Typowo letnia sukienka z bawełny, bardzo luźna, na grubych ramiączkach i o dziurkowanej górze. Raczej nie do noszenia na okazje inne niż letnie wypady do Grecji czy do biura, kiedy nie da się żyć przez upały. Zatrzymałam, bo bardzo potrzebuję sukienek na lato, tak do biura jak i na wakacje, a ta fajnie leży i skromnością swoją uspokoi najostrzejszego szefa. Można nosić na luźno lub skromnie spiąć paskiem aby pokazać, że mimo swoich rozmiarów ma się talię.

              Bawełna, koszt 99,50 zł, rozmiar M (wzięłam mniejszy ze względu na komentarze).

              Koniecznie wziąć rozmiar mniejszy, może nawet dwa, ponieważ sukienka jest bardzo luźna. Mi się to podoba, więc zamówiłam tylko jeden rozmiar mniej (często noszę rozmiar M, ale jeszcze częściej L) i leży świetnie.

4. Espirit- sukienka z dżerseju, black.

              Sukienka o kształcie tuby w czarno-białe drobne paseczki, z wszytym paskiem. Gruba bawełna, ubrana na luźno wygląda trochę zbyt piżamowo, lepiej wygląda spięta paskiem. Założona luźno trochę się źle układa na plecach, jest zbyt luźna. To oraz grubość materiału zdecydowała o tym, że właśnie ją wybrałam na odesłanie. Gdyby nie potrzeba odzyskania pieniędzy i nieco inny zamysł na noszenie sukienek (wolę luźne i zwiewne, żeby pasowały do każdej pory roku), zapewne bym ją zatrzymała.

              Koszt 84,50 zł, rozmiar L

5. edc by Espirit- sukienka z dżerseju old pink.

              Przepiękna elegancka sukienka w kolorze pudrowego różu. Bardzo elegancka, ładnie układająca się tuba. Odesłałam ze względu na pieniądze (naprawdę nie oczekiwałam, że wszystkie kiecki będą ładnie na mnie wyglądać, spotkała mnie zatem miła niespodzianka) i materiał (polyester kompletnie nie nadaje się na lato). Trochę widać brzuszek, ale i tak ślicznie się układa. Mini rękawki dodają uroku. Można dorzucić pasek dla zaznaczenia talii. Minusem jest inny materiał z tyły sukienki, przez co za bardzo odznacza się linia bielizny. Ale zapewne pomaga to w elastyczności i ułożeniu się sukienki na plecach. Delikatne rękawki, drobne rozcięcia na dole sukienki i dwie duże kieszenie przełamują klasykę sukienki, dzięki czemu możemy ją nosić zarówno do botków i kurtki zamszowej, niejako do stylu boho, jak i do szpilek na rozmowę o pracę.

              Cena 119,40 zł, rozmiar L

***

              Jak już wspomniałam zakupy na zalando to niebezpieczna sprawa. Zalando uzależnia, zwłaszcza gdy wszystko co zamówimy pasuje nam idealnie. Radzę zachować ostrożność i trzeźwość umysłu. Pamiętajcie, jak nie teraz, to zamówicie coś przy okazji następnej wypłaty. Nie ma potrzeby się spieszyć. A wyprzedaże są praktycznie co sezon, więc na pewno coś ładnego znajdziecie i dla siebie. Cóż, zakupy z zalando to prawdziwa przyjemność. Nawet dla małych i grubych :)

             P.S. Pamiętajcie, że na zwrot pieniędzy czekacie z zalando nawet do dwóch tygodni. Taki mały zawór bezpieczeństwa ;)