poniedziałek, 20 listopada 2017

Kreta okiem podróżnika Cz. 2 Jak zostać Grekiem. Kreta część wschodnia


Tegoroczny wypad na Kretę odbywał się pod patronatem Rainbow Tours, które
było tak miłe, że sprzedało nam bilety lotnicze w jedną stronę za 150 zł od osoby. Kupowanie biletu w jedną stronę jest wysoce ryzykowne, zwłaszcza pod koniec sezonu, ale gdy ma się w planach trzytygodniowy urlop, to niemal niemożliwe jest dopasowanie lotów w przyzwoitych cenach. Jak wysokie było ryzyko drogich biletów powrotnych lub niemożliwości kupienia żadnych, tego nie wie nikt. Ale kto nie ryzykuje, ten nie ma. Z tym hasłem na ustach i z nadzieją w oczach zakupiliśmy bilety do Chani 17 września.

Plany były sporządzone z rozmachem. Mieliśmy mieszkać w różnych miejscowościach, a przede wszystkich zwiedzić wschodnią część wyspy, której nigdy nie widzieliśmy. Okolice Chani były nam dobrze znane z poprzedniego wyjazdu, więc mieliśmy tam zostać na góra trzy dni. Gdy wyjeżdżaliśmy, nie tęskniłam. Zwłaszcza że przed nami roztaczała się wizja nowej przygody, której nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy- możliwość zamieszkania w niewielkiej górskiej wiosce w greckim domu, wśród lokalnych mieszkańców. Wizja, której nie mogłam się doczekać.
Dzięki tym niecodziennym planom zwiedziliśmy całą zachodnią stronę wyspy, a także jej centrum, bo po 10 dniach w uroczej Maronii przenieśliśmy się w okolice Rethymno, do kolejnej greckiej chaty. Po tych trzech tygodniach życia wśród Greków już nigdy nie będę chciała mieszkać w bezimiennym hotelu.
Zeszłoroczny wyjazd był
pod każdym względem szalony, organizowany na wariackich papierach, bo przenosząc się z Hiszpanii do Grecji nie mieliśmy pojęcia do ostatniego dnia pobytu na Lanzarote, gdzie wylądujemy na kolejne dwa tygodnie wakacji. Dlatego sprawę załatwienia samochodu zostawiliśmy na ostatnią chwilę, stojąc w kolejce do odprawy. Dlatego gdy odbieraliśmy samochód z greckiego lotniska, była 3 w nocy (w tym roku miało być podobnie) a wskaźnik paliwa pokazywał zaledwie 1/3 zawartości baku, podczas gdy przed nami rozpościerały się setki kilometrów do przejechania, a nas personel wypożyczalni samochodów nie uświadomił, że stacje benzynowe na wyspie będą pozamykane na głucho.

Bez zamówionego hotelu, bez gotówki i karty kredytowej, a tym samym bez możliwości zabukowania hotelu na booking.com, a także bez jedzenia i picia, ruszyliśmy w szaloną podróż w bliżej nie określone miejsce. Jedyne co wiedzieliśmy to to, że z Heraklionu mamy pojechać w stronę Chani,
przejeżdżając przez połowę długości ogromnej wyspy, do miasteczka Georgioupolis, gdzie być może mieli dla nas miejsce w hotelu (niestety o 4:30 nad ranem nie udało się znaleźć ani wejścia do recepcji hotelowej ani choćby jednego człowieka, który by nas obsłużył). Pod koniec podróży skończyło się niemal wszystko, jechaliśmy na oparach benzyny i z resztą energii w telefonie, który służył nam za gps, kontakt i wyszukiwarkę. To była niezapomniana noc, pełna wrażeń i niepewności.

W zeszłym roku skończyło się na spaniu w samochodzie i na plaży, w tym roku byliśmy mądrzejsi. Nie rzucaliśmy się na głęboką wodę i spaliśmy w regionie, w którym wylądowaliśmy, więc ilość paliwa w baku nie miała znaczenia (aczkolwiek znowu była poniżej oczekiwań; najwidoczniej Grecy nie mają na tyle
wyobraźni, żeby dostarczać po nocy samochody z pełnym bakiem, na wszelki wypadek, gdyby klient miał przed sobą daleką podróż). Samochód był zamówiony jeszcze w Polsce, hotel na trzy dni pierwsze dni naszej podróży tak samo. Dopiero po tych trzech dniach i odpoczynku mieliśmy jechać na drugi koniec wyspy. Za dnia, a nie w środku nocy. Z zapasami. I wypoczęci oraz wyspani. W zamówionym przez booking.com (po zeszłorocznych wakacjach pełnych niespodzianek zaopatrzyliśmy się w kartę kredytową) hotelu, w którym wylądowaliśmy w środku nocy, czekała na nas kartka z numerem pokoju i informacją, że drzwi są otwarte oraz życzeniami udanego pobytu. Było to bardzo miłe i bardzo profesjonalne. Brawa dla właścicieli hotelu.


Pomysł, aby przemieszczać się z miasta do miasta był spontaniczny ale i przemyślany na podstawie życiowego doświadczenia. Zamykanie się w jednym rejonie na tak dużej wyspie, gdy miało się do dyspozycji aż trzy tygodnie i
samochód na całą długość pobytu, byłoby odrobinę bez sensu. Dzięki temu zabiegowi przeżyłam piękne wakacje i były one całkiem odmienne od poprzednich. Stałam się jedną z mieszkańców swojej wsi, choćby tylko na chwilę i to uczucie było naprawdę bezcenne. Poczucie przynależności do miejsca, w którym się mieszka, poczucie wspólnoty z mieszkańcami, a przede wszystkim poczucie, że jest się w domu, dostałam w gratisie do wynajętego domu.

Uwielbiałam przesiadywać w kuchni, przy otwartych szeroko drzwiach, bawiąc się z odwiedzającymi mnie codziennie kotami, czy chodząc na nocne eskapady z czworonożnymi przyjaciółmi śledzącymi każdy mój krok.
Mogłam wyjść sobie przed dom i od razu znaleźć się na ślicznej wąskiej uliczce, a także robić bez skrępowania selfie ujęcia przy klimatycznych niebieskich drzwiach rozwalającej się pobliskiej chaty, drzwiach z łuszczącą się ze starości farbą. Podobała mi się ta wolność, to że nikt nie wchodził bez mojej wiedzy do mieszkania, żeby posprzątać. To, że gdybym chciała, mogłabym szwendać się po pokojach nago bez obaw, że zaraz wejdzie sprzątaczka, używając swojego klucza. Szybko pokochałam tę wolność i wcale mi nie przeszkadzało, że musiałam sprzątać podczas wakacji, bo w zamian dostawałam coś, na czym zależało mi dużo bardziej- uczucie, że jestem u siebie. Dzisiaj mieszkanie w bezosobowym hotelu jest dla mnie niewyobrażalne. Może to brzmi jak snobizm, ale gdy człowiek raz przeżyje coś wspaniałego, nie będzie chciał już wracać do tego, co było przedtem.
Idea poznawania różnych zakątków Krety była strzałem w dziesiątkę. Po
10 dniach zamieszkiwania w Maronii, poznania wszystkich zakątków wioski (i wszystkich kotów), odwiedzenia wszystkich plaż i górskich przestrzeni w sąsiedztwie, wyjeżdżałam z tego rejonu bez żalu. Jedyne, za czym tęskniłam, były to moje ukochane koty, z których każdy miał swoje dziwaczne imię i które zawsze stały pod drzwiami rankiem, czekając na miskę jedzenia i ludzkie towarzystwo. Które kręciły się w okolicy wieczorem, czekając aż wrócimy z kolejnej eskapady. Było mi żal, że musiałam je wszystkie zostawić po tym, jak dwa z nich stały się praktycznie moimi dziećmi. Było mi smutno, jak pomyślałam, że się już nigdy nie zobaczymy. A gdy wyobrażałam sobie, że przyjdą jak zwykle wieczorem na jedzenie, przytulanie i miskę chłodnej wody, prawie mi łzy stawały w oczach. Taka była cena tego nowego, niesamowitego przeżycia- zostawiało się za sobą cząstkę siebie.

Ale czekały na nas kolejne miejsca do zdobycia, kolejne przygody do przeżycia. Mieliśmy przejeżdżać przez Agię Pelagię, miejscowość w której wszystko się zaczęło 4 lata temu. Gdzie narodziła się miłość do tego kraju i do podróżowania. Mieliśmy odwiedzić Rethymno, które kiedyś zrobiło na nas takie wrażenie dzięki swojemu urokliwemu staremu miastu i klimatycznych wąskich uliczkach. 

Mieliśmy po latach wrócić do Heraklionu i skonfrontować dawne wspomnienia z naszym nowym, doświadczonym w podróżach, ja. Kiedyś to
miasto wydawało mi się mało interesujące, bo zbyt ruchliwe i nowoczesne. Byłam bardzo ciekawa, czy moje zdanie się zmieniło po 4 latach podróżowania po świecie (jeśli można tak powiedzieć o osobie, która zwiedziła zaledwie 4 kraje). Wszystko stało przede mną otworem i miałam zamiar skorzystać z tej okazji. Chciałam wykorzystać każdy dzień urlopu maksymalnie, a taki sposób zwiedzania, bez zobowiązań i trzymającego w ryzach all inclusive bardzo temu sprzyjał. Byliśmy wolni jak ptaki i mogliśmy lecieć, gdzie nam się spodoba.

Bycie częścią społeczności, w której przyszło nam żyć, to bardzo cenne uczucie. Trzeba pamiętać, że nigdy tego nie osiągniemy, jeśli nie wyjdziemy do ludzi. Na Korfu zawsze wracaliśmy do tej samej restauracji, gdzie czuliśmy, że
jesteśmy kimś więcej niż zwykłymi klientami. Na Rodos za każdym razem, gdy wyjeżdżaliśmy w góry, wpadaliśmy z wizytą do sprzedawcy win, który serdecznie nas zapraszał, abyśmy zamieszkali u niego przy okazji następnej wizyty. Gdy kupowaliśmy miód w Embonas, był to zawsze ten sam sklepik, gdzie mogliśmy usłyszeć całą historię rodzinną sprzedającego tam człowieka. W Rethymno na Krecie w pewnym sklepie z pamiątkami i alkoholami poznawano już z daleka i niemal siłą wciągano na lampkę uzo, które przecież już dobrze znaliśmy i którego trzy butelki już leżały u nas w bagażu.

Ale to nie chodziło o zwykłą sprzedaż, tylko o okazję do porozmawiania, do podzielenia się swoją historią, zdjęciami bliskich, przeżyciami, wspomnieniami i swoją kulturą. Wciskane do ręki drobne prezenty były tylko
wyrazem uczucia sympatii, które rodziło się szybko między podobnymi do siebie duszami. Gdybyśmy zamknęli się w naszym hotelu, nigdy byśmy się nie dowiedzieli, jak wspaniali ludzie nas otaczają. I zostaliby oni anonimowi, gdybyśmy się na nich nie otworzyli. A tak nawet granice językowe nie miały znaczenia. I dlatego gawędziliśmy sobie wesoło z sąsiadami w naszej drugiej miejscowości, mimo że nie mieliśmy pojęcia, o czym nawzajem do siebie mówimy. Ale wystarczył język ciała i uśmiech, abyśmy dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Żaden hotel nam by tego nie dał.

Co do samej wyspy, jak już nieraz wspominałam we wcześniejszych wpisach, Kreta mimo że ogromna, jest jednocześnie całkiem jednostajna. Na zbyt długi pobyt może nawet być nudna. Aby zapobiec temu niechcianemu uczuciu stwierdziliśmy, że najlepiej być w ciągłym ruchu i zobaczyć jak najwięcej. 

Dlatego zjeżdżaliśmy naszym małym autem na najbardziej osamotnione i pochowane w zakolach górskich „plaże”. Dlatego wychodziliśmy poza znane
atrakcje wyspy i dlatego też wspinaliśmy się na drogi bez końca prowadzące przez wysokie masywy najwyższych szczytów, aby spotkać się oko w oko z kozią gangsterką władającą najwyższymi rejonami Krety. Tam kozy i baranki były panami świata i mimo że bez zdziwienia reagowały na nasz samochód, to też bez większego pośpiechu zwlekały się z drogi, jakby chciały powiedzieć: „Ale o co chodzi? Po co ten pośpiech? Panie, poczekaj, tylko się przeciągnę i podrapię za uchem i wtedy będziesz mógł przejechać”.

Z takimi przygodami czas się nie dłużył, a mogliśmy doświadczyć wszystkiego, co Kreta chciała nam pokazać- od miejsc typowo turystycznych do typowo rolniczych, od plaż obłożonych turystami po takie, gdzie można było nurkować godzinami bez jednego napotkanego w wodzie człowieka. Gdyby nie
ta wolność człowieka mobilnego i nie mającego żadnych zobowiązań wobec hotelowej obsługi (wszyscy wiedzą, jak ciężko zostawić hotel, gdy cały dzień można sączyć drinki i dojadać popołudniowe przekąski), Kreta mogłaby nam się znudzić za tym trzecim pobytem. 




Myślę, że jest to miejsce bardziej dla turystów niż podróżników, choć nawet podróżnik znajdzie tu coś dla siebie. Zawsze znajdzie się jakaś niezdobyta miejscówka do pływania wśród skał, czy majestatyczny wąwóz do przejścia. Ale myślę też, że zobaczyłam już na tej wyspie wszystko co chciałam i czas ruszać dalej i zdobywać nowe kraje. Poznawać nowe możliwości. Otworzyć skrzydła jeszcze bardziej.


poniedziałek, 30 października 2017

Kreta okiem podróżnika. Cz. 1. Kreta część wschodnia i zachodnia. Miasta

Balos


             Laguna Balos, w rejonie Kissamos, w północno-zachodniej części Krety, jest jedną z jej największych atrakcji. Zapewne z powodu turkusowej wody, płytkich i ciepłych odcinków w których mogą się pluskać dzieci oraz otaczających lagunę majestatycznych gór, powodujących, że krajobraz zapiera dech w piersi, gdy pierwszy raz schodzimy po stromych schodach i widzimy na własne oczy piękno roztaczające się przed nami. Dla mnie największą atrakcją było to, że trzeba było tę lagunę zdobyć na własnych nogach. Na nic nam samochód, tę drogę musimy przebyć sami.

             Schodzi się szybko, natomiast z powrotem przygoda nabiera barw, gdy w upale, najczęściej już bez wody w butelce (połowa z nas zapomina, że trzeba zostawić zapasy na drogę powrotną), z sercem w płucach i potem na czole. wspinamy się na górę po złudnie prostej drodze, którą przecież tak szybko pokonaliśmy schodząc w dół. Dla najbardziej leniwych i nie czujących klimatu wspinaczki czeka taksówka ośla (jednak i taksówka ma swoje godziny pracy; gdy laguna pustoszeje, pozostają nam nasze własne nogi), a na dole, psujący trochę poczucie przygody, sklepik z najbardziej potrzebnymi artykułami. 

             Do godzin porannych mamy do dyspozycji parking, po pewnej godzinie pozostaje zostawić samochód na drodze prowadzącej do laguny, za sznurem aut, którym również nie chciało się wstawać przed śniadaniem. Droga jest szeroka i bezpieczna, choć dla niektórych może się wydawać urwista ze względu na zbocze górskie, które towarzyszy nam aż do Balos. Bez problemu poradzi sobie z tą drogą każdy samochód osobowy, choć jeep na pewno pokona ten odcinek dużo sprawniej. Wymagane zamknięte szyby, chyba że ktoś lubi oddychać kłębami kurzu, wzniecanego przez samochody.

            Wstęp 1 euro od osoby. Gratis atrakcje w postaci bardzo przyjaźnie nastawionych kóz. Czasem aż za bardzo. przyjaźnie. Jeśli lakier Waszego samochodu jest Wam miły, nie wchodźcie z kozami w głębsze pogaduchy, zwłaszcza podczas jedzenia. Gdy kozy zwęszą żarcie, nie pomogą błagania i płacze, a jedynym ratunkiem będzie odjechanie z piskiem opon.

             Do godziny 12 mamy relaks i spokój zapewniony, pomijając parudziesięciu turystów strzelających sobie selfie na każdym kroku. W końcu jest to bardzo znane miejsce, trzeba być tolerancyjnym i nie mieć złudzeń- każdy wie o tym miejscu i każdy tak samo chce je zobaczyć. Po godzinie 12 przybijają do brzegu statki wycieczkowe, wypluwające ze swoich czeluści ogromy turystów. Warto wtedy być na Balos i widzieć to zjawisko, przypominające wędrówki ludów w dawnych wiekach. Niekończący się sznur ludzi z tobołami, imigracja na wielką skalę, ciągnącą się dobre pół godziny. Atrakcja za którą nie trzeba dopłacać ani centa. Po około 3 godzinach, znowu bez dopłaty, możemy być świadkami emigracji owych tłumów na stały ląd. Potem, podczas mozolnej wspinaczki powrotnej, przypominamy sobie ten obraz i nie potrafimy oprzeć się pokusie, aby nie pomyśleć przynajmniej kilka razy, podczas potykania się o kamienie czy nie byłoby lepiej być jednym z tych imigrantów, zamiast bawić się w trekkingowca. Zwłaszcza gdy w jednej trzeciej drogi wypijemy ostatni łyk wody. Zalecam poczekać jednak do wieczora, popatrzeć na zmierzch na Balos i dopiero wtedy zacząć się wspinać. Będziemy wówczas właścicielami niepowtarzalnych zdjęć i ominie nas największy upał.

            Według moich wygórowanych potrzeb Balos to atrakcja na jeden, góra dwa razy. Potem całodzienne leżenie plackiem, nawet w tak pięknej okolicy, zaczyna być męczące. Zwłaszcza jeśli macie duszę podróżnika. Atrakcja na większą ilość powtórzeń głównie dla rodziców z małymi dziećmi. Ale i to może ulec zmianie, gdy trzeba takiego mikroskopijnego ludzika nosić na plecach. Wówczas droga wydaje się być mordęgą, a waga dziecka wzrasta kilkakrotnie. W duszy zaś modlimy się, aby dzieci następnego dnia nie poprosiły o wycieczkę na Balos. Uwaga dla rodziców dzieci starszych- nie bierzcie chodzących dzieci na ręce, nawet na chwilę. To pułapka, z której nie będziecie się mogli wykaraskać. Gdy raz spróbujecie, aby ulżyć dziecku choć na chwilę, nauczycie się, że Wasze dzieci szybko tracą zdolność poruszania się o własnych nogach. I na pewno będą chciały ciągle wracać na Balos. Gdy raz zafundujecie im starą dobrą wspinaczkę o własnych siłach, będziecie mieli Balos z głowy.

             Kto nie lubi miejscówek typowo turystycznych polecam zatrzymać się chwilę za budką z opłatami (można wspomnieć, że jedzie się na plaże za rogiem i wówczas się nie płaci). Wspaniałe miejsce na snorkelling. Na samym Balos nie ma gdzie i nie ma co oglądać. Chyba, że nogi brodząych turystów i piękne choć jednostajne piaszczyste dno.

Chania

              Miasto wieczornej rozrywki i popołudniowego łażenia wokół old town. Idealne miejsce na kolację lub bezcelowy spacer po zachodzie słońca, gdy nie ma już co robić. Również miejscówka greckiej młodzieży każdego wieku między 11 a 19 lat. Również  i to zjawisko warto poznać z bliska, gdyż jest ono częścią greckiej kultury. Bez opłat i przewodnika będziemy mogli przyjrzeć się prawdziwemu greckiemu życiu, jego kulturze, a nawet panującej modzie. Będziemy świadkami esencji greckości, przedziwnej żywotności, której brakuje w wielu krajach położonych bardziej na wschód. Rozbrykana młodzież kręcąca się stadami jak bezdomne koty, obsiadająca wszelkie murki i parkingi, krzycząca na siebie, przesiadująca w barach i ogólnie żyjąca. Coś, co w Polsce raczej nie istnieje. Prawdopodobnie problem pogody. Zatem gdy będziecie już w Chani, dobrze się temu przyjrzyjcie, bo to niesłychane zjawisko. Jakby życie nie kończyło się na dobranocce, a dopiero zaczynało po napisach końcowych.
            Chania to dobre miejsce na wydawanie pieniędzy w restauracjach i małych sklepikach, pomiędzy którymi znajdują się prywatne klitki z otwartymi na oścież drzwiami i oknami. Dziwne zjawisko, które zawsze wywołuje u mnie zdziwienie, zwłaszcza gdy nagle kończy się witryna sklepowa i otwiera się przede mną okno czyjegoś domu, z którego niespodziewanie napotykam ciekawskie spojrzenie starszej pani, która patrzy na mnie z taką samą ciekawością jak ja na nią. Jak widać niewiele się różnimy między sobą, nieważne którą półkulę zamieszkujemy. Każdy jest ciekawy, czego może się dowiedzieć od tej drugiej półkuli. Ale są jednak między nami pewne subtelne różnice, które widać gołym okiem. Podczas gdy ja płochliwie uciekam spojrzeniem, pani powieka ani drgnie, obserwuje mijające je tłumy bez cienia wstydu. Ona i tak nie ma co robić, więc patrzenie na przepływające tłumy jest dla niej swego rodzaju rozrywką. W zamian daje siebie i swoją historię, ukrytą w tym małym mieszkaniu, a jednocześnie wystawioną na ludzki widok. Taka swoista wymiana. Mimo iż tyle razy byłam świadkiem takiej ludzkiej wystawy, nigdy nie przestanie mnie ona zaskakiwać. Ani fascynować.

Aghios Nicolaos

            Miasto rozrywki, restauracji, pubów i sklepików, gdzie można kupić wszystko. Miasto żwawe i ruchliwe. Miasto idealne do zakupów. Można tu kupić kosmetyki, jakich nie ma w innych miastach. Można poszwędać się po mieście, aby wreszcie dać się upolować zachęcającym do wejścia pracownikom restauracji,. Można też połazić po sklepach i spędzić w nich większą część czasu przeznaczoną na zwiedzanie miasta. Drugą zaś kończąc w restauracjach na nabrzeżu. Oprócz tego miasto nie ma nic specjalnego do zaoferowania. Nie ma starego miasta, nie ma ciekawych budynków. Za to jest tłok i ruch i wrażenie, że coś się dzieje. Dla ludzi lubiących miejskie rozrywki i spotkania towarzyskie idealne, zwłaszcza po zmroku. Dla szukających przygód raczej zbyt turystyczne. Można je wówczas rozważyć jako przystanek między szlakami lub miejsce na szybki wypad do pubu.

Sitia


           Małe choć ruchliwe miasto, z niewielkim portem i wieloma restauracjami, gdzie możemy spotkać turystów, miejscowych i psy żebrające o jedzenie. Psy bardzo miłe i łagodne, ale też nieco nachalne, gdy ma się czym je poczęstować, a zwłaszcza wybredne, bo wolą wystawać pod restauracjami, zamiast korzystać ze specjalnie przygotowanego dla nich miejsca z pism jedzeniem i wodą, które znajduje się w bliskiej okolicy, nad samym portem. Możemy tu też spotkać, zwłaszcza wieczorami, śmietankę towarzyską poniżej 15 lat, nieco wrzaskliwą i lubiącą robić psikusy turystom. Najciekawsze restauracje ukrywają się trochę dalej od portu, delikatnie w głąb miasta. Jeśli ktoś lubi urokliwe klimaty i spokój, warto ich poszukać.

          Samo miasto nie ma wiele do zaoferowania, oprócz miliona kotów okupujących każdy śmietnik i pięknego widoku ze szczytu wzniesienia, na którym położone jest miasto. Wystarczy kierować się na port lotniczy, a będziemy mogli rozkoszować się widokiem na nocne miasto, które z góry wygląda na uśpione, podczas gdy naprawdę kładzie się spać bardzo późno. Widok godny postawienia tam samochodowego kina, a przynajmniej wjechania na szczyt wzniesienia z paczką popcornu i puszką coca-coli. Miejsce wietrzne ale ciche i zupełnie inne od tego życia, które toczy się na dole. Można posłuchać cykad i przysnąć na wygodnym siedzeniu samochodu, podziwiając widoki w dole.

          Na dole natomiast jest bardzo ruchliwie i wąsko. Trzeba uważać na pałętające się zwierzęta i śmigających kierowców skuterów, którzy przepisy drogowe, jak i swoje bezpieczeństwo, mają w głębokim poważaniu. Mimo to dobrze jest się temu przyjrzeć, gdyż jest to część kultury, z której Polska dawno zrezygnowała na rzecz bezpieczeństwa i dbania o swoje zdrowie. W samym środku miasta nie znajdziemy nic prócz mieszkań i pałętających się wszędzie kotów różnej maści i wieku. A oprócz tego rządzi tam pustka. Po zmierzchu ryzyko spotkania człowieka jest niewielkie. Takie jak wygrana w totka.

          Miasto dobre na spacery czy wieczorną kąpiel przy sprzyjającej pogodzie, a to za sprawą idealnej do brodzenia i pływania po nocach plaży, zaraz za miastem. Miasto w dzień bardzo ruchliwe, jakby każdy miał niesamowicie pilną sprawę do załatwienia, choć nie może to być prawdą, gdy przypominamy sobie, jak leniwie wysiaduje młodzież i męska część greckiej populacji w pubach i restauracjach o każdej porze dnia. Albo jak sobie przypomnimy, jak długo staliśmy w korku, bo ktoś chciał sobie porozmawiać przez okienko samochodu, lub przy kasie w Lidlu, gdzie odbywała się ciekawa pogawędka w greckim języku. Grecja to zadziwiające miejsce i to, że dostajemy w gratisie do wycieczki możliwość przyjrzenia się tej skrajnej kulturze to naprawdę cenna sprawa. Zatem otwórzmy oczy i wchłaniajmy atmosferę greckości w każdym miejscu, w którym się znajdziemy. Bo czasem mam wrażenie, że nie ma różnicy między zachowaniem się ludzi w miastach i na greckich wsiach.

         Wracając do miasta warto też wspomnieć o niedzielnym zakazie handlu i greckich rodzinnych wypadach do restauracji. Jeśli macie ochotę dobrze zjeść, celujcie do takich miejsc, gdzie połowa stolików jest zajęta przez greckie rodziny lub mężczyzn grających w karty. Jeśli nie wiecie gdzie, poczekajcie do niedzieli, znajdziecie wówczas wiele wskazówek.

Kreta

            Kreta to wyspa gajów oliwnych i pasących się na wzgórzach owiec. Jest to wyspa, gdzie żyje się przede wszystkim z rolnictwa. Oliwki rosną wszędzie i praktycznie wszędzie można tu spotkać pasące się stada owiec i kóz. W górach zaś jest ich tysiące. Wylegują się w cieniu, chodzą swobodnie po ulicy, nie boją się ludzi ani samochodów. Gdy ujrzą przejeżdżający pojazd zwlekają się leniwie z drogi, jakby się nigdzie nie spieszyły. Przemykają po poboczach, ich dzwonki słychać nawet o zmierzchu. Wysoko w górach zdarza się, że pustą przestrzeń dzielimy tylko z kozami i polującymi jastrzębiami. Natomiast zbiory z oliwek zmieniają się we wszelkiego rodzaju kosmetyki, oliwy i oliwki w zalewie. Myślę, że nawet bez nas, turystów, życie biegłoby na Krecie tym samym torem co dzisiaj, z tą tylko różnicą, że kierowałoby swoje usługi w stronę mieszkańców lądu i samej Krety.

           Jest to też wyspa kwitnącej w miastach turystyki, ale i ludzi żyjących dla samych siebie. W Rethymnonie mieści się siedziba Uniwersytetu Kreteńskiego, w Chani jest Technical University od Crete, a w Heraklionie Technological Educational Institute of Crete, a dzięki życiu studenckiemu sklepy po zakończeniu sezonu turystycznego nie zamykają się na cztery spusty (choć bywają i takie), ale żyją dalej w dobrej komitywie ze studentami, którzy na równi z zagranicznymi turystami kupują pamiątki do domu na święta. Restauracje i puby żyją dalej i tętnią życiem cały rok. 

           Jest to wyspa dużych miast i małych, uśpionych miasteczek, gdzie wszyscy się znają. Jest to też wyspa kotów i bezdomnych lub wygłodniałych psów. Jest to wyspa ludzi twardych, którzy walczą od lat z twardą ziemią i nie mającym litości słońcem. Dlatego oni też nie mają litości dla słabych i tych, którzy nie potrafią sobie dać rady. Dopiero za swoim trzecim pobytem na tej wyspie to zauważyłam. Dopiero jak zbliżyłam się do ludzi. Nie jest to wyspa dla ludzi o miękkim sercu. Ludzie o miękkim sercu muszą tu zamykać oczy. Albo kupować kocie jedzenie w Lidlu. Te koty bowiem zjedzą wszystko, niemal bez gryzienia, czasem walcząc między sobą. Taka kultura. Taki poziom wiedzy. Zarówno o tym jak traktować zwierzęta, jak i samych siebie.

           Mimo to jest to wyspa ładna i przede wszystkim duża. Można tu wracać wielokrotnie. Brakuje tu jednak przygody. Niemal wszędzie można dojechać, plaże są podobne do siebie jak krople wody. Woda jest ciepła, jest gdzie ponurkować, jest też gdzie pobrodzić, a deszcz pada rzadziej niż na innych wyspach. Jednak może się tu dłużyć przy pobycie ponad tygodniowym. Wówczas konieczne jest wynajęcie auta. Wtedy czas płynie błogo, a nie wolno i jednostajnie. I możemy zobaczyć więcej, niż gdybyśmy mieli zwiedzać tylko najbliższe okolice. 
       Dlatego wybierzmy się na samochodową wycieczkę by samemu zobaczyć co Kreta ma nam do zaoferowania. Nie siedźcie w hotelu nad basenem w złudnym poczuciu relaksu. Eksplorujcie! Nie ma lepszego sposobu na oderwanie się od wszystkiego zwiedzając, poznając ludzi, nieznane nam wcześniej kultury i nowe, niezbadane zakątki! Nie ma ciekawszego sposobu poznawania miejsca, w którym przebywamy, rozmawiając z ludźmi, poznając ich historie, zbliżając się do mieszkańców, bo oni mogą lepiej niż kto inny poznać nas ze światem, który zamieszkują od pokoleń i którego kawałek my mamy okazję poznać. I gwarantuję Wam, że wówczas bardziej wypoczniecie niż siedząc w hotelu i będziecie dłużej wspominać ten wyjazd, bo będzie on wyjątkowy.