Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura damska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura damska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2019

Don't you want me?/ India Knight



Książka miała być fantastyczna, porywająca, zaskakująca  i zabawna do utraty tchu, a w mojej ocenie była typową przedstawicielką nowoczesnej anglojęzycznej literatury. Owszem, zabawną, ale nie ponadprzeciętnie. Zaskakującą zaś nie była wcale, bo jeśli wyjąć z niej seks, wokół którego się obraca, zostaje nam zwykła komedia romantyczna z przerysowanymi męskimi charakterami i równie przejaskrawionymi postaciami trzecioplanowymi, z typowym happy endem (ups, przepraszam za spoiler; ale dość wcześnie widzimy do czego wszystko zmierza, więc czuję, że mogę sobie pozwolić na tę małą niezręczność) i dziwnymi imionami, jakby współcześni pisarze uparli się, że jak nie ma oryginalnego imienia, książka w magiczny sposób przestanie być zabawna. Męczy mnie ten trend już od jakiegoś czasu i liczyłam na małą odmianę, tyle peanów pochwalnych naczytałam się z okładki książki. Tymczasem rzeczywistość nie odbiegała od tego, do czego przyzwyczaiły mnie obecne listy książkowych bestsellerów. Zresztą już po okładce i zapowiedzi z okładki mogłam wyczytać, z czym przyjdzie mi się zetknąć. Doświadczenie to kopalnia wiedzy, muszę to tu przyznać.
Ale od początku. Książka opowiada o kobiecie przed czterdziestką, z dwoma nieudanymi związkami z przeszłości, które zaowocowały córką, rozwodem i okazałym domem wraz z alimentami pozwalającymi na spokojne życie oraz gronem najbliższych przyjaciół, z których dwójka to byli partnerzy seksualni. Jak przystało na nowoczesną literaturę, która uczy nas tolerancji do wszystkiego co się rusza, mamy też ojca z zapędami homoseksualnymi i grupkę szalonych matek, z którymi bohaterka opowieści zgodziła się spotykać raz w tygodniu przez wzgląd na dobro dziecka. Te wtorki na placu zabaw pokazują nam kobiety od najgorszej, najgłupszej strony i było mi naprawdę ciężko przez to przebrnąć, jako że ja nigdy takich kobiet nie spotkałam i nie rozumiem, jak autorka, również kobieta, może tak nisko osądzić własny gatunek. Jeśli miało to posłużyć podniesieniu książki na wyższy poziom dowcipu, to niestety nie udało się w moim przypadku, ponieważ ja preferuję inteligentne dowcipy zamiast te, bazujące na najniższych cechach i pobudkach ludzkich.
Kolejną rzeczą, którą oceniam nisko jest przekaz. India Knight daje nam głównego bohatera, który oprócz opiekuńczości wobec swojej współlokatorki i jej dziecka, poczucia humoru, męskości i wizualnie dobrze skonstruowanego męskiego ciała, jest jednocześnie typowym samcem bez cienia empatii, nie stroniącego od alkoholu, narkotyków i kobiet na jedną noc. Jeśli to jest współczesny Rhett Butler, to współczuję dzisiejszym pokoleniom, jeśli takie wzory stawia się im przed oczami. Zaczynam mieć też wątpliwości, czy książki nadal są wartościowym źródłem informacji o życiu. Kiedyś człowiek wzorował się na postaciach, uczył się o nich, czerpał wszelaką wiedzę z przekazów zapisanych pomiędzy kartkami. Dzisiaj mam wrażenie, że pisarstwo zeszło na złe tory w pogoni za pieniądzem, produkując „dzieła” opierające swoje historie na najniższych ludzkich cechach i pobudkach, które są dla społeczeństwa najbardziej pociągające, aby w ten sposób czerpać zyski ze sprzedaży, nie dbając zupełnie o przekaz. Czy tak nisko upadliśmy w swoim rozumowaniu? Jak inteligentny homo sapiens może tak mało korzystać z tego, co dała mu ewolucja?
Jak przystało na nowoczesne standardy, India Knight uczy nas egzystencji w zgodzie z zen, feng shui i innymi regułami dobrego życia, typu zero waste czy reszty nowoczesnego badziewia, które pokazuje nam od nowa jak żyć, jakbyśmy sami tego nie wiedzieli. Zatem z jej książki dowiadujemy się między innymi w jaki sposób możemy stać się ludźmi cywilizowanymi i utrzymywać bliskie i zdrowe kontakty z naszymi byłymi. Wystarczy tylko przyjmować ich w swoim domu i pozwolić im zapraszać panny do tegoż domu czy nawet zezwolić im na seks z nowymi partnerami pod naszym dachem, gdzie wychowujemy nasze dziecko, które przecież jest w tym wieku, gdzie chłonie wiedzę jak gąbka. Do tego pozwalajmy naszym męskim przystojnym przyjaciołom również mieszkać pod naszym dachem i sprowadzać co noc inną kobietę, aby słuchać jak uprawiają dziki seks za ścianą, po czym prosić ich o seksualne porady i opowiadać im wszystko o swoim życiu intymnym. Dobrze jest też chodzić do łóżka z przygodnymi facetami, których się dopiero poznało, bo przecież po rozstaniu z ostatnim stałym partnerem minęło zbyt dużo czasu i człowiek ma prawo być wygłodniałym. Nie ważne, że następnego dnia stwierdzamy, iż gra niewarta była świeczki i najlepiej tegoż dnia żałować swoich wyborów tak bardzo, że aż wstyd jest o tym myśleć. Tak, zdecydowanie tego potrzebuję w dzisiejszych czasach, przekonania że po trzydziestce muszę brać co popadnie, bo przecież nic lepszego mi się nie należy. Chyba, że to będzie maniak seksualny z wieloma nałogami, bo przecież jest przystojny, więc parę rzeczy można mu darować. Nawet jeśli nas też w te nałogi wciąga i nasze dziecko patrzy w niego jak w obrazek, więc i w przyszłości będzie czerpać z niego wzorce zachowań. Tak, zdecydowanie książka Indii Knight jest cenną pozycją na liście każdego miłośnika książek. Niesie przecież ze sobą wspaniałe wzorce dla każdego. I do tego jest pełna humoru, przynajmniej w mniemaniu autorki i wydawcy książki.
Ale dość tego narzekania jak stara ciotka klotka. Trzeba iść z duchem czasu i obniżyć oczekiwania. Zatem przełykam obrazę gatunku żeńskiego i nieperfekcyjnego księcia z bajki i przechodzę do mocnych stron tego tytułu.
Należy ona w istocie do książek z gatunku zabawnych i jeśli się nad tym głęboko zastanowić, to również bardzo współczesnych. Obecnie książę z bajki musi być zabawny, pomocny i dobry w łóżku, gdyż wszystko w dzisiejszych czasach kręci się wokół seksu. Więc jeśli facet daje nam mityczne podwójne orgazmy i potrafi nas przegrzmocić pięć razy dziennie, tak, żebyśmy nie potrafiły chodzić, a do tego magicznie potrafi gotować jak szef najlepszych kuchni świata ze wszystkimi gwiazdkami Michelin oraz zajmuje się naszym dzieckiem jak najcudowniejszy ojciec, to wszystkie jego grzeszki idą na bok. Zwłaszcza jak wszystkie te plusy stoją w zupełnej sprzeczności z pozostałymi partnerami, których życie stawia na naszej drodze, obowiązkowo nadając im najgorsze cechy męskie- świr, zboczeniec, żyjący w swoim własnym wirtualnym świecie czy podstarzały Don Juan po operacjach plastycznych. Wtedy każdy kto potrafi sklecić parę normalnych słów będzie się wydawał gwiazdką z nieba. Zabawne, że ja nigdy w swoim życiu nie spotkałam takich dziwolągów, jakie wymyśliła autorka, co daje mi prawo przypuszczać, że są one owocem wyłącznie wyobraźni silącej się na oryginalność. A wystarczyło postawić naprzeciw Franka Boga Seksu paru zwykłych nudziarzy, żyjących bliżej realnego świata i by to w zupełności wystarczyło, aby nasz główny bohater wyglądał przy nich jak wygrana w loterii. Ale pomijając te heroiczne prześmiewcze wysiłki autorki, książkę się dobrze czytało i nawet była w miarę zabawna. Erotyczna, trochę odważna, ale też bardzo nieprawdziwa. Z zanadto wymyślnymi historiami i bohaterami pobocznymi.
Drugą mocną stroną są główni bohaterzy, których da się lubić. Fakt, że byli partnerzy głównej bohaterki Stelli są przerysowani, a Frank jest pełen męskich wad, niepasujących do księcia z bajki, których się nam wciska za dzieciaka, to i tak zasłużyli oni na moją sympatię, bo wydawali się jedynymi normalnymi i inteligentnymi ludźmi w tej całej historii. On zbyt idealny, ona z dwoma niepasującymi do siebie obliczami- silnej kobiety, która daje sobie radę sama w szalonym świecie jaki ją otacza, a jednocześnie podlotka, który dziwi się wszystkim nowinkom seksualnym i która nigdy nie przeżyła porządnego orgazmu oraz boi się wyznać swoje prawdziwe uczucia, gdy wreszcie je odkrywa. Wiem, że brzmi to jak straszny spoiler, ale ta książka nie jest niczym innym jak zwykłą komedią romantyczną ubraną  w nieco ostrzejsze piórka. A wiadomo, jak wszystkie te filmy się kończą. Jeśli więc nie lubicie wiedzieć od samego początku, jak się potoczy akcja, sięgnijcie po coś innego, bo książka Indi Knight jest przewidywalna i taka trochę niedojrzała, mimo że Knight próbuje się tu bawić w dorosłą, która wie o życiu wszystko. Być może stąd się wzięło rozszczepienie jaźni Stelli i te wszystkie okropne charaktery, o których nie da się czytać i wymyślne przywary bohaterów oraz takowe ich imiona i przedziwne historie życiowe. Jednak główny motyw Franka i Stelli jest na tyle ciekawy, że można przetrwać wszystkie niedociągnięcia książki, aby poczytać historię Kopciuszka w nieco odkurzonym i odświeżonym wydaniu.
I to by było na tyle jeśli chodzi o „Don’t you want me?”. Książka ma swoje słabe i mocne strony i można ją przeczytać jak nie ma nic innego pod ręką. Jednak nie polecałabym jej nastolatkom ze względu na seksualną stronę tej powieści oraz nieprawdziwość bohaterów. Świat tak nie wygląda jak w tej książce i choć pewne rzeczy są niestety prawdziwe, nie wydaje mi się słuszne zakrzywianie im obrazu życia w tym trudnym wieku. Jednak kobieta po 30-tce może znaleźć w tym pewnego rodzaju pocieszenie i na pewno zrozumie niektóre sprawy lepiej i może nawet uśmiechnie się z nieudolnych żartów raz czy dwa oraz łacniej przymknie oko na niedoskonałość Franka, gdy w zamian za to dostaną nadzieję, że każdej z nas należy się kolejna szansa na lepsze życie. Bo wszystkie do tego dążymy i postać Franka wiarę w nową, czystą kartę podtrzymuje na tyle silnie, że książka nadaje się do przeczytania dla każdej z nas.

wtorek, 9 października 2018

Jest tam kto? / Marian Keyes



Ostatnio czytałam fajną książkę. Bardzo zabawna, chociaż traktująca o ciężkich sprawach, łatwa w czytaniu, lekka, przyjemna i wciągająca. Długo leżała w moim pudle, omijana szerokim łukiem, bo nie wyglądała zbyt zachęcająco. Dodatkowo kojarzyłam autorkę z inną książką pt. ”Trzecia strona medalu”, którą pamiętam jako książkę letnią, niby do poczytania, ale jednak ze średniej półki. Wreszcie jednak przyszedł ten moment, że potrzebowałam czegoś na szybko i nie przebierając, chwyciłam co pierwsze wpadło w rękę.
I bardzo mile się zaskoczyłam, bo okazało się, że książka „Jest tam kto” idealnie trafiła w mój gust i dała mi to, czego potrzebowałam w tamtym momencie- rozrywkę na wysokim poziomie. Na tym etapie swojego życia szybko potrafię oddzielić ziarno od plew w wielu sytuacjach, w tym gdy chodzi o książki. Tu już od pierwszej strony wiedziałam, że tym razem Marian Keyes się postarała i że stworzyła książkę inną od wszystkich.
Przejrzawszy na szybko bibliografię autorki zauważyłam, że porusza się ona w tematyce rozrywki i nowoczesnego, angielskiego stylu życia i takowych problemów. Nie jestem fanką takich książek, ponieważ problemy, jakie są w nich opisywane, różnią się znacznie od tych przyziemnych spraw, które dotykają mnie na co dzień. Być może spowodowane jest to różnicami kulturalnymi. I są to różnice tak wielkie, że zazwyczaj odnoszę wrażenie, iż są mocno przerysowane. Ale raczej stawiam na dzisiejszą modę wśród dzisiejszych pisarzy, aby opowiadać w taki sposób, aby zaciekawić człowieka, bez względu na to, jak daleko od normalnego życia zaprowadzi ich wyobraźnia. To zapewne jest głównym źródłem moich problemów w znalezieniu ciekawej książki dzisiaj.
Ja wychowana jestem na zupełnie innych tytułach, światowych klasykach, które zna każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą. Dlatego jest mi ciężko znaleźć sobie miejsce w tym dzisiejszym świecie, gdy pisze się książki, kiedy nie ma się nic konkretnego do powiedzenia. Gdy pisze się je na jedno kopyto, zgapiając pomysły jeden od drugiego, wymyślając na siłę niedorzeczności, które mają rozśmieszyć czytelników, wrzucając przynajmniej raz słowo „gej” do swojej książki, aby być w zgodzie z modą na tolerancję. Mnie to już wszystko męczy, męczą mnie bliźniacze historie, męczy mnie brak przekazu i pomysłu. Dlatego rzadziej dzisiaj sięgam po książki, bo nie lubię tego uczucia zawodu. Kiedyś książki były moimi najlepszymi przyjaciółmi, dzisiaj mnie nudzą i szukam przyjaciół w Internecie.
Jednak od czasu do czasu znajdzie się coś, co wyróżnia się w jakiś sposób w tym świecie jednorakości. I chociaż książka „Jest tam kto” nie jest objawieniem, ani czymś wyjątkowym i niespotykanym, to jednak nosi w sobie sporo oryginalności i pomysłowości, a także inteligentnego dowcipu, który nie nuży. Dlatego postanowiłam ją tu wyróżnić, jako pozycja obowiązkowa dla tych, którzy szukają w książkach rozrywki dużego kalibru i smaku.
Gdy sięgałam po „Jest tam kto” nie spodziewałam się fajerwerków. Dlatego gdy je dostałam, nie mogłam uwierzyć, że jest to ta sama autorka, która napisała „Trzecią stronę medalu”. Dostałam świetny pomysł, zaskakujący obrót spraw, ciekawe charaktery i zabawnych drugo i trzecioplanowych bohaterów. Do tego należy dołożyć humor na wysokim poziomie i doprowadzenie książki do końca bez jednego upadku i mamy doskonałą lekturę do torebki.
Książka skierowana jest do kobiet, wątpię, aby mężczyzna znalazł w niej coś dla siebie, ponieważ tematyka jest typowo kobieca, a poczucie humoru autorki obraca się wokół tych spraw, dlatego polecam ją wyłącznie dla kobiet, za to wszelkiego wieku i wszelkiego doświadczenia życiowego. Myślę, że każda z nich ubawi się setnie a i może czegoś się nauczy, bo na końcu znajduje się ciekawy przekaz, który jest oczywisty, ale czasem zapominamy o sprawach oczywistych, gdy życie nam dokopie.
Jeśli chodzi o „Jest tam kto”, książka nie uniknęła lekkiego przerysowania, jak przystało na literaturę współczesną, na tak zwane hity roku i top 1 z listy dziesięciu najlepiej sprzedających się bestsellerów. Ale można to autorce wybaczyć, bo przerysowanie to jest lekkostrawne, podane z wyczuciem i zagubione gdzieś pomiędzy prawdziwymi problemami oraz wybornym poczuciem humoru, zwłaszcza gdy chodzi o matkę Anny Walsh, która jest prawdziwym smaczkiem tej książki i potrafi rozśmieszyć do łez. Również autorka dostrzegła potencjał w tej postaci i stworzyła całą książkę poświęconą wyłącznie „Mammy Walsh”, ale przyznam szczerze, że obawiam się, czy nie było to zbyt śmiałe posunięcie. Czasem nie warto ciągnąć jednego pomysłu zbyt długo, bo można się przejechać i znudzić odbiorcę. Jednak „Mammy Walsh” podawana po kawałeczku, jako punkt rozrywkowy w rozgrywającym się dramacie Anny Walsh, jest bardzo przyjemną odskocznia, która nigdy nie nudzi. I wydaje mi się, że tak powinno zostać. Bo odgrzewane kotlety nigdy nie smakują tak samo dobrze.
Również sama główna bohaterka nie nudzi i nie denerwuje. Cały czas trzymamy za nią kciuki, aby uporała się ze swoją tragedią i wróciła do normalnego życia, w czym pomaga jej cała szalona rodzina Walsh, którą ciężko porównać do jakiejkolwiek innej rodziny. Największe przerysowanie zdarzyło się autorce właśnie w tej rodzinie, ale naprawdę nie jest to tak bardzo dające po oczach, zwłaszcza z mamuśką Walsh, która tylko bawi i nie denerwuje. Bo tak naprawdę takich mamusiek może być na świecie pełno i wiele z nas może rozpoznać w nich własne matki.
Podsumowując, książka jest zabawna i utrzymująca ciekawość czytelnika do ostatniej kartki. Kończy się przyjemnie, zaczyna się fajnie i utrzymuje poziom przez cały czas. Będzie idealna na zbliżające się zimowe wieczory. Będzie również miłym prezentem pod choinkę dla wszystkich kobiet w rodzinie. Kto lubi postarać się wcześniej o świąteczne prezenty, to ma już pierwszy pomysł ode mnie. A i ja sama mam ochotę na zrobienie sobie podobnego prezentu. Nęci mnie tytuł „Lucy Sullivan wychodzi za mąż” Keyes. Być może niedługo znajdzie się tu recenzja tej książki. A tymczasem- do następnego!

niedziela, 19 sierpnia 2018

Milly Johnson/ A Summer Fling



Powiem Wam szczerze, że najtrudniej jest zacząć opowiadać o książce. Gdy trafię na wielkie „wow”, od razu wiem, co napisać, cały początek tworzy mi się w głowie w parę sekund, słowa tłoczą się pod palcami, chcąc jak najszybciej być przelane na papier, by uniknąć zapomnienia. Gdy zasiądę do recenzji kiepskiej książki, sytuacja wygląda podobnie. Negatywne zdania przelewają się jak lawa, walcząc o pierwszeństwo zaistnienia. Natomiast gdy natykam się na przeciętne pisarstwo, staję przed nie lada problemem i czuję się tak, jakbym miała kołek zamiast języka i nie wiem, co mam powiedzieć. Niby mam jakąś opinię na temat książki, ale nie wiem jak się wyrazić, bo czasem wystarczyłoby napisać: „Przeciętna książka, przeciętny autor, nadaje się do porannej kawy, ale już na deser polecam co innego”. Jednak wewnątrz siebie czuję, że muszę napisać więcej, aby oddać sprawiedliwość autorowi w pełni i dać czytelnikowi szansę, aby zrozumiał, co go czeka po otwarciu okładki.
Książka Milly Johnson „A Summer Fling” jest tak przeciętna, jak tylko być może przeciętna książka. Może nawet oscyluje trochę w kierunku pisarstwa z gatunku słabego. Mimo to udało mi się ją przeczytać do samego końca, bez większych negatywnych uczuć, za wyjątkiem paru wewnętrznych grymasów i głośnych westchnień spowodowanych irytacją, okraszonych kilkoma gestami wyrażającymi dezaprobatę, więc podsumowując, chyba nie jest z tą książką aż tak źle. Raczej nie sięgnę już więcej po tę autorkę stojąc w księgarni przed półką z książkami, pod warunkiem, że będę oczywiście pamiętać, kim Milly Johnson jest.
Patrząc na inne jej tytuły znalezione w Internecie, nie mam dla tej autorki większych nadziei. Już na pierwszy niechlujny rzut oka na okładki jej książek widać, że obraca się ona w tej samej kategorii bajek dla niespełnionych kobiet z nudnym życiem w tle. Johnson pisze o kobietach dla kobiet, ale dla mnie, niegdysiejszej romantyczki, dzisiaj nieco mocniej stąpającej po ziemi osobie, ciężko było mi znieść tę otoczkę różowych okularów, narzuconą na „A Sumer Fling”. Nawet gdybym wciąż była tą samą osobą, którą byłam dziesięć lat temu, dalej bym machała głową nie wierząc, że książka jest napisana przez dorosłą kobietę. Bowiem jest ona tak infantylna, pełna czarno-białych kolorów i skrótów życiowych, że w ogóle nie przypomina prawdziwego życia. Ja taką książkę napisałabym jako nastolatka, marząca o wielkiej miłości rodem z Kopciuszka, ale już w wieku dwudziestu paru lat wstydziłabym się tej naiwności, którą spotykałam niemal na każdej stronie książki. Byłoby mi źle z powodu braku jakiegokolwiek charakteru, przebłysku pomysłu i inteligentnych dialogów między bohaterami. I na pewno sama bym się znudziła, czytając to, co napisałam i myślę, że ostatecznie wyrzuciłabym książkę do śmieci. I żałowałabym, że kiedykolwiek cokolwiek napisałam. Bo tą jedną pozycją sama siebie zaszufladkowałabym jako pisarza przeciętnego, który nie ma w zasadzie nic interesującego do powiedzenia. A jeśli tak jest, to po co właściwie otwierać usta?
Cóż, wydaje mi się, że już tym krótkim wstępem zrecenzowałam nie tylko całą książkę, ale i całą karierę pisarską Milly Johnson. Ale niestety to prawda. Jeśli lubicie mdłe książki i ciągłe słońce świecące nad Waszą głową, do tego ćwierkające ptaszki, pastelowe kolory i słodkie babeczki z kolorowym kremem to książka będzie dla Was jak znalazł. Bo traktuje o świecie idealnym, gdzie ze sprzątaczki stajecie się Kopciuszkiem znajdującym idealnego do obrzygania (sorki za słownictwo) Księcia i z życia pełnego utrapień (niestety jest to tylko i wyłącznie wina Wasza i Waszych świadomych wyborów, przez co sytuacja staje się jeszcze głupsza i jeszcze bardziej niezręczna) nagle wskakujecie na radosną chmurkę i wszystko się dla Was zmienia, natomiast przed Wami roztacza się wspaniałe życie, gdzie żyjecie ze swoim Jedynym happily ever after. Ech, już od samego pisania o tym robi mi się niedobrze.
Niestety, tak wyglądają fakty. Książka jest gładka jak pupa niemowlęcia i nudna jak osiem godzin pracy przy biurku nad papierami. Nie ma w niej żadnej iskierki, żadnego polotu i ukrytych wątków. Wszystko jest podane na tacy, można się domyślić co się stanie na końcu z każdym z bohaterów bez czytania prawie 500 stron fabuły bez fabuły. Brakuje choćby najmniejszej iskierki, niewielkiego przebłysku pomysłu na książkę, a postacie są tak przerysowane, iż ciężko uwierzyć, aby autorka wiedziała, czym są odcienie dobrze znanych kolorów. Mam wrażenie, że przeczytałam „Kopciuszka” w wersji dla dorosłych, ale mogłam to poznać tylko po tym, że występowały tam takie słowa jak seks i przemoc. Cała reszta nie różniła się niczym od bajki dla dzieci, gdzie wszystko układa się pomyślnie, mimo że bohaterowie są niezdecydowani i nie najmądrzejsi.
Ja wiem, że ten post wygląda jak jedno wielkie zniszczenie, ale nie o to mi chodzi, żeby całkowicie wszystkich zniechęcić. Chcę tylko otworzyć oczy ewentualnym zainteresowanym i przygotować ich na tę książkę. Chcę zwrócić uwagę na to jak jest sentymentalna, prosta, nudnawa i nie zaskakująca. Bo jednocześnie jest ciepła i pełna nadziei. A to, że ta nadzieja jest strasznie infantylna, to inna sprawa. Mimo to  przeszkadza mi to tak bardzo, że nie mogę przestać podkreślać tego faktu, że książka jest po prostu dziecinna i głupiutka.
Poza tym wszystko z tą książką jest w porządku, mimo że odniosłam wrażenie, iż została napisana tylko po to, żeby była. Być może jestem zbyt wymagająca, być może trzydzieści lat życia sprawiło, że nie mogę już tak patrzeć na świat jak patrzy autorka i strasznie mnie drażni, jak ktoś chce mi wcisnąć takie kity, jak wciska nam Milly Johnson. Ale przecież przeczytałam tę książkę od A do Z, więc i wy ją powinniście przetrawić. Bo mimo że jest nudnawa, przewidywalna i zanadto bajkowa, to na nudne wieczory lub przeszmuglowane godziny w pracy nada się jak najbardziej. Pozwoli się odprężyć i wyciszyć, a to przecież najważniejsze funkcje książek. Ta Wam również to da, mimo że z dużą dawką irytacji.
Ja przeczytałam „A Summer Fling” z dwóch prostych powodów. Po pierwsze miałam kupiony egzemplarz i szkoda by było nie zrobić z niego użytku. Po drugie nudziłam się i czytanie nudnej książki wydawało mi się lepszym pomysłem niż nic nie robienie. Ten drugi powód sprawił, że brnęłam przez te zapisane drobnym drukiem strony niosące drętwą historię trzech kobiet, których nic nie łączyło poza miejscem pracy, dopóki nie pojawiła się w ich życiu nowa szefowa. I mimo, że nie czułam z tą książką, ani tym bardziej z jej bohaterkami, żadnej więzi, to kontynuowałam czytanie, bo cóż innego miałam wówczas do roboty? Mogłam patrzeć w ścianę, albo czytać.
Z czasem miałam tych wolnych godzin coraz więcej, więc coraz więcej czasu spędzałam z książką Milly Johnson. I to sprawiło, że wreszcie, po wielu, wielu rozdziałach, udało mi się wciągnąć w świat, który stworzyła dla mnie (choć bardziej dla siebie- wydaje się) autorka. I to jest najlepszy sposób na tę książkę. Wolny czas, dużo wolnego, niezagospodarowanego czasu, który możemy poświęcić tylko jej. Wówczas jej szansa, że świat Milly Johnson Was wciągnie. Ale niczego nie gwarantuję. Po prostu gdy da się jej szansę, książkę da się przeczytać. Akcja w niej idzie swoim spokojnym tempem, wydarzenia rozwijają się jednostajnie, więc nie ma co oczekiwać wielkich przewrotów, prócz jednego, który wyszedł nieco dziwacznie, ale podsumowując, można spędzić z tą książką całkiem miło czas. Jeśli oczywiście nie ma się zbyt dużych wymagań.
W tym momencie stwierdziłam, że zrobię podsumowanie książki Johnson w nieco innym stylu niż zwykle. Mianowicie wypiszę po myślnikach jej słabe strony, które zapisałam na kartce podczas czytania, żeby rzucić wystarczająco jasne światło na zawartość książki i nakreślić mniej więcej czego możecie oczekiwać. Tak więc do dzieła:
- Jest nierzeczywista. Napisana w taki sposób, jak kobieta widzi świat, nie jaki jest on naprawdę. Mężczyźni są w niej tacy, jacy powinni być, jak oczekuje tego kobieta, a właściwie nastolatka zaczytana w romansach, która nie zna w ogóle życia. Męskie postacie, te pozytywne, myślą tak, jak kobiety by sobie tego życzyły, a ich wyznania miłosne są pełne achów i ochów i innych oznak uwielbienia. Dla mnie jest to bardzo niemęskie i tym samym niezachęcające. Bardzo dalekie od Rhetta Butlera, na myśl o którym wiele kobiet mdleje z zachwytu i miękną im nogi z pożądania. Nawet dżentelmen Pan Darcy by się zaczerwienił, gdyby przeczytał któryś z tych akapitów, tak drętwe były zachowania mężczyzn w książce. Nie da się zawiesić oka na żadnym z nich, bo są to sympatyczne chłopaki, ale kompletnie bez życia. Brak w nich iskry, brak ciętego humoru, brak ironiczno- inteligentnych rozmów. Za to dużo jest wyznań, których naprawdę nie usłyszymy z ust mężczyzny. Myślenie mężczyzn w prawdziwym życiu jest kompletnie inne i te wszystkie romantyczne dialogi, które tworzymy sobie w głowach, lub które słyszymy w filmach, są jedynie wymysłem kobiet. Facet tarzałby się ze śmiechu, gdyby wiedział, jak kobiety wyobrażają sobie idealną rozmowę damsko-męską. Należy pamiętać, że te wszystkie znane filmy romantyczne to wynik czytania ze scenariusza, nauczone na pamięć teksty, które najprawdopodobniej napisała kobieta. A nawet jeśli facet, to zrobił to pod oczekiwania kobiet, z myślą o których pisał. A zresztą czy my kobiety naprawdę chciałybyśmy na co dzień takie słodko pierdzące, ckliwe wyznania i zachwycanie się nad każdą naszą najmniejszą czynnością? Zapewniam Was, że po tygodniu miałybyśmy mdłości. I ja takie delikatne mdłości miałam z chłopakami stworzonymi przez Johnson. O wiele bardziej wolałam jej drugie, bardzo przerysowane, negatywne postacie męskie. Bo choć byli oni kompletnymi świniami, to przynajmniej była w nich jakaś iskra życia i prawdy;
- Akapit pierwszy prowadzi od razu do drugiej, negatywnej strony książki- przerysowany świat. Świat, w którym negatywne postacie są największymi świniami świata, a mimo to nasze bohaterki żyją z nimi, nieszczęśliwe jak zmokłe koty, brnąc coraz dalej w swoje wybory, które nie dają im żadnej satysfakcji, nie potrafiące przerwać tego zamkniętego koła, do którego same chętnie wlazły. Po czym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki świat stawia przed nimi rozwiązania idealne, mężczyzn idealnych i nagle z Kopciuszków stają się księżniczkami, usatysfakcjonowanymi ze swojego życia, oblizującymi się jak kot, który właśnie skonsumował śmietankę;
- Normalnie przeprosiłabym Was za spoiler, ale trzeci problem tej książki polega właśnie na tym, że nie ma tu czego spoilerować, tak łatwo wyczytać wszystkie zamiary autorki. Są one podane na tacy, nawet ślepy by zobaczył jakie intencje co do każdego z bohaterów ma Johnson i to odbiera książce posmaku tajemnicy. Z góry wiadomo jak się skończy, czego gdzie się spodziewać. Nie ma w niej żadnych nagłych, niespodziewanych obrotów spraw, wszystko widoczne jest jak na dłoni. Kompletny brak subtelności prowadzi do tego, że znamy zakończenie zanim dobrze się wczytamy w pierwsze rozdziały;
- Bohaterki były zbyt denerwujące, bo zdawały się być po prostu głupimi gęsiami, które same nie wiedzą, co jest dla nich dobre, dlatego żyły nieusatysfakcjonowane, nie próbując niczego zmienić, czekając, aż los sam się za nie zabierze i podstawi im pod nos gotowe rozwiązania i nowych mężczyzn. Tak się niestety stało, co jeszcze bardziej  mnie zirytowało, bo owi mężczyźni byli całkowitymi przeciwieństwami ich pierwszych partnerów, przez co zadawałam sobie raz po raz pytanie, czy te kobiety były takie słabe, czy takie głupie. A ciężko mi się utożsamiać z głupimi ludźmi, zatem żadnej z bohaterek nie potrafiłam polubić;
- Bardzo denerwowała mnie Dawn, rzucająca się jak ćma w ogień, wybierając faceta, który był jednocześnie głupi i okrutny. A potem nie potrafiła wybrać między dwoma mężczyznami, mimo że cały świat krzyczał i podpowiadał jej, co ma zrobić. Nie lubię takich miękkich charakterów. If you want it, just get it. Stop moaning about yourself, right? Nie podobało mi się również usprawiedliwianie „romansu” Dawn ze swoim rycerzem w lśniącej zbroi. To, że miała durnego wacka zamiast faceta, niczego nie zmienia. Nie pochwalam romansów i tyle. I wydaje mi się, że miała to być romantyczna książka, prawda? A co jest romantycznego w zdradzaniu?
- Książka jest zbyt cierpiętnicza na moje nerwy, pełna nieszczęśliwych kobiet z mizernym życiem. Ich małe dramaty były nie do zniesienia. Anna, jedna z bohaterek, dla większego efektu przez ¼ książki użalająca się nad sobą do łez; ciężko, ciężko było to przetrawić. Za dużo jak na jedną książkę. Jeśli ktoś lubuje się w telenowelach, nie zrozumie o co mi chodzi, bo będzie to książka idealna dla niego;
-Bardzo naiwna, prosta książka dla małych dziewczynek marzących o wielkiej miłości (mimo, że nie wiedzą jeszcze co to słowo tak naprawdę znaczy) i czekające na bajkę. Jest jak jeden wielki, niepotrzebnie rozbudowany, harlequin. Napisana tylko po to, żeby coś napisać. Żadnego głębszego przekazu, prócz tego, że należy walczyć o swoje.
- Nudnawa, mało zachęcająca, pełna mini dram, aby ukazać, jak nieszczęśliwe były nasze bohaterki. Co stawia je jeszcze bardziej w pozycji głupich gęsi bez własnego rozumu;
- Nowoczesny Kopciuszek w trzech wydaniach, ale bardziej mdłych. Robienie z byłego szefa naszych bohaterek złej macochy, a z nowego (jakby nie patrzeć szef zawsze będzie szefem, natomiast tu mamy bardziej przyjaciółkę niż szefa) matkę chrzestną, która swoją dobrocią wszystko naprawia- jeszcze bardziej przekonało mnie, że książka jest napisana dla dziewczynek a nie dla dorosłych kobiet;
- I jeszcze raz się powtórzę- robienie z mężczyzn wrażliwych i uroczych książąt jest tak dalekie od prawdy, że człowiek tylko śmieje się dobrotliwie z tych superbohaterów i kręci z niedowierzaniem głową. Nigdy, ale to nigdy, nie pokręciłam głową na Pana Darcyego;
- O jedną dramę za dużo. I powiem tu tylko jedno słowo: Gordon. Czy to „dziewczyna z pociągu” czy romantyczna książka pełna wspaniałych Mr Right-ów i uwięzionych księżniczek do wzięcia?

Na koniec mocne strony:
- Jest to książka ciepła, traktująca o przyjaźni między kobietami (co, jak wszystkie wiemy, nie do końca istnieje w takiej formie, jakbyśmy tego oczekiwały po własnym gatunku), przynosząca nadzieję w najczarniejszych chwilach rozpaczy i podnosi na duchu, klepiąc po plecach i mówiąc- „Widzisz moje dziewczyny? Też miały kiepsko, ale ostatecznie powzięły właściwe decyzje i ich świat stanął na głowie (jak wiemy to się zdarza codziennie, yeahh; ale przepraszam, miało być o pozytywnych stronach) w dobrym tego słowa znaczeniu;
- Mówi o tym, że wszystko będzie dobrze, bo los nad nami czuwa i nie pozwoli nas skrzywdzić (powtarzam się w celu pomnożenia ilości pozytywnych stron);
- Opowiada o miłości, a to jest to, czego kobiety w życiu szukają;
- Pokazuje, że wszystkie złe typki dostaną za swoje (mhm);
- Jest długa, więc jeśli spędzacie tydzień wakacji same, ta książka dotrzyma Wam towarzystwa na cały ten okres.

Widzicie? Wcale nie jest z tym tytułem tak źle ;)