Dawno w moim kufrze z używanymi książkami nie ukrywał się
tak dobry i ambitny tytuł. Mam tam pełno pośrednich i słabych autorów,
romansidła i obyczajówki, słabsze i gorsze i czasem sama się zastanawiam,
dlaczego panuje tam taka różnorodność i jednocześnie jednakowość? Wygląda na
to, że instynktownie sięgam po te same historie, zwabiona kolorowymi okładkami
i obietnicą miłości, do której ciągnę jak mucha na lep. Przez to często
książki, o których piszę, są na pewnym poziomie, ale nie są wyjątkowe i czasem
ciężko jest o nich opowiedzieć, bo są do siebie bardzo podobne.
Jednak czasami trafiam na coś wyjątkowego lub głębszego od
reszty i wówczas cieszę się jak dziecko, które znalazło lizaka ukrytego w
plecaku i dawno zapomnianego. Bardzo lubię te wyjątkowe chwile spędzane z
książkami i każda perełka sprawia, że ten czas jest jeszcze milszy.
Ciekawe jest to, że książka o której chcę napisać, w
pierwszej chwili nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych uczuć. Próbowałam
przeczytać jeden rozdział i nie mogłam, bo wydawał mi się nudny i pełen chaosu.
Nie wiem co się wówczas stało, ale myślę, że nie byłam odpowiednio skupiona i
nie rozumiałam o czym tak naprawdę czytam, język wydawał mi się za trudny
(czytałam w oryginale).
Za drugim podejściem wszystko zmieniło się diametralnie.
Wcześniejszy bełkot zmienił się w wyważony dobór słów i od pierwszej strony
zrozumiałam, że to nie będzie zwykła lekka książka o perypetiach miłosnych jakiejś
pary, coś na kształt komedii romantycznej, pomieszanej z obyczajówką. Styl
opowiadania Davida Nichollsa, autora książki, zapowiadał od pierwszych stron
coś głębszego, nad czym trzeba będzie się zastanowić. Nie było w tej książce
zwykłych zabawnych dialogów cechujących komedie romantyczno-obyczajowe, za to
wszędzie czyhał inteligentny i głęboki męski humor. Pisany w pierwszej osobie
przypominał nieco „Chłopców z ferajny” i tym podobne historie, które czyta się
lub ogląda wielokrotnie, nawet po latach. Nicholls nie zawiódł mnie na żadnym
etapie swojego opowiadania, a jego styl bardzo przypadł mi do gustu, mimo iż
jego bohater już nie tak bardzo. Ale to zwykłe rozdarcie między światem
mężczyzn i kobiet sprawia, że Brian Jackson nigdy nie będzie moim idolem, gdyż
zachowuje się jak typowy facet. Jak widać wszyscy są tacy sami niezależnie od
wieku i tego czy istnieją czy też są wytworem czyjejś wyobraźni (męskiej w tym
wypadku, co pozwala wiele zrozumieć J).
Do końca nie wiedziałam czym tak naprawdę była ta historia-
obyczajówką, dramatem, romansem? Myślę, że wszystkim po trochu. Może dlatego
tak mi się ją dobrze czytało, bo nie dało się jej zaszufladkować? Bo była
głębsza niż parę poprzednich książek wyłowionych z kufra? Wiecie, ja bardzo
lubię historie o nastolatkach, bo nie są one tak płaskie jak historie
opowiadające o dorosłym życiu. Wydaje się, że dużo łatwiej napisać dobrą
książkę o ludziach, którzy dopiero kształtują swoje osobowości w miarę
pogłębiania wiedzy o życiu. Takie książki częściej są ciekawe, a tematyka w
nich poruszana jest głębsza i bardziej zróżnicowana. A przynajmniej taka była
książka „Miłosna układanka” („Starter for ten” w oryginale) Davida Nichollsa.
Tematem książki są perypetie Briana Jacksona, chłopaka z
klasy robotniczej, który opuszcza małe rodzinne miasto i kolegów, z którymi spędził
młodość, aby studiować na prestiżowym uniwersytecie. Według Briana w życiu
najbardziej liczy się wiedza, więc studia były dla niego naturalną koleją
rzeczy, mimo że jego koledzy nie podzielali jego entuzjazmu.
Brian zamierza porządnie przyłożyć się do studiów, jednak
gdy przybywa na uniwersytet, wszystkie jego plany spełzają na panewce za sprawą
pochodzącej ze średniej klasy Alice Harbinson, w której zakochuje się bez
pamięci. Piękna Alice jest odzwierciedleniem marzeń Briana o miłości, mimo iż
prócz swego piękna zewnętrznego dziewczyna jest głupia jak but i skupiona
wyłącznie na sobie i swoich potrzebach. Do tego prowadzi bogate życie seksualne
i ma bardzo dziwne podejście do życia (jak i cała jej rodzina). Jednak to
wszystko Brianowi wcale nie przeszkadza i ugania się za nią jak pies, mimo iż
na pierwszy rzut oka widać, że nie ma żadnych szans i że dziewczyna bawi się
nim jak każdym innym facetem.
Niestety mężczyźni są ślepi i nie widzą co jest dla nich
dobre i Brian jest doskonałym tego przykładem. Zaślepienie pięknem Alice nie
pozwala mu spostrzec prawdziwego piękna wrażliwej intelektualistki Rebecci
Epstein. I mimo iż Brian stara się zasłużyć na względy Rebecci, tak jakby czuł,
że oboje do siebie pasują, to jednak niszczy wszystko swoją pogonią za
niedoścignionym, psując nie tylko swoje stosunki
z Rebeccą, ale także wszelkie swoje szanse na ukończenie studiów.
Ogólnie książka jest bardzo interesująca i dobrze się ją
czyta. Charaktery wszystkich bohaterów są ostre i wyraźne, widać, że autor ma w
sobie talent, a jego książki mają to głębokie coś, co odróżnia je od chłamu
pisanego pod publikę. Jednak będąc dziewczyną, nie da się nie czuć
rozdrażnienia skierowanego w stronę Briana. Jego postępowanie wobec Rebecci
oraz niesamowita ślepota sprawiają, że chce się nim wstrząsnąć i krzyknąć-
„Obudź się!”. I mimo iż wiem, że to dobrze świadczy o autorze i książce, to
jednak wolałabym mieć możliwość aby bardziej polubić głównego bohatera.
Tymczasem mogłam czuć wyłącznie irytację na cały męski rodzaj za to, jak faceci
potrafią być niesamowicie głupi. Jeśli o to chodziło autorowi- udało się,
gratulacje J
Myślę, że książka nada się dla obu płci i każdego wieku
powyżej dwudziestki. Młodsza część naszego społeczeństwa może nie zrozumieć
przesłania książki i widzieć w niej tylko dobrą i zabawną historię o
nastolatkach. Tymczasem jest to coś więcej niż umilacz czasu i tak należy tę
książkę odbierać. Jest to jakby nie patrzeć dramat i cały czas myślę o filmie
„American Beauty” gdy myślę o książce Davida Nichollsa. To jest ten sam poziom,
tylko historia nieco inna. Ale tak samo hipnotyzująca i tak samo nie możemy się
od niej oderwać, ciekawi co będzie dalej. Myślę, że na odbiór książki znacząco
wpłynęło to, że jest pisana w pierwszej osobie. Możemy dzięki niej poznać
wszystkie, nawet te najbardziej płytkie, myśli głównego bohatera. Dzięki temu
poznajemy kunszt autora, jak i lepiej widzimy to, kim naprawdę jest Brian
Jackson- chłopakiem z klasy robotniczej, którego nie zmieni nawet najlepszy
uniwersytet.
Jestem ciekawa następnego tytułu Davida Nichollsa i jeśli
przyjdzie mi jeszcze się z tym autorem spotkać, nie zawaham się i z radością
sięgnę po kolejne jego dzieła. I Wam polecam zrobić to samo.
Miałam pisać o czym innym,
ale zmieniłam zdanie za sprawą książki „Śmierć Bunnego Munroe” napisanej przez
muzyka Nicka Cave. Książki, której nie jestem w stanie skończyć. Książki, która
jest tak depresyjna i ponura, że miała głęboki wpływ na mój dzisiejszy humor.
Negatywny oczywiście.
Naprawdę bardzo rzadko
zdarza się, że odkładam książkę nie przeczytawszy jej do końca. Nawet mało
ciekawym lub całkiem nudnym daję szansę. Przeczytam nawet takie, które wydają
mi się stratą czasu lub takie, z których nie czerpię przyjemności, które mnie
denerwują lub usypiają. Jednak gdy książka ma posmak depresyjny lub okrutny,
nawet nie staram się za bardzo zwalczyć w sobie uczuć negatywnych. Wiecie, w
życiu jest tak dużo smutnych i dołujących sytuacji, że naprawdę nie trzeba
sięgać po fikcję, aby szukać tego typu atrakcji.
Oczywiście wiedziałam, że
nie będzie to żadna komedia czy romans. W końcu tytuł musi coś znaczyć. Ale
liczyłam bardziej na jakąś sensację, może kryminał z dużą dozą humoru. Albo
przynajmniej coś oryginalnie ciekawego, sarkastycznego. Tak bynajmniej
obiecywały mini recenzje umieszczone na okładce. Kolejny przykład na to, że nie
warto czytać tego, co wydawca umieszcza w formie reklamy. Książka miała być
zabawna w swój cyniczny sposób i poruszająca. Tymczasem jest depresyjna i
obraca się tylko wokół męskich chuci. Nie ma w niej nic zabawnego. Nawet
dowcipy opowiadane przez Bunnego i jego kolegów nie są zabawne. Jeśli taki jest
świat mężczyzn, to ja go wolę nie poznawać.
Nie lubię książek, które
tak negatywnie wpływają na mój humor. Już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów
książka mnie odrzuciła. Po kilku następnych mam ochotę rzucić się pod pociąg.
Nie zrobię tego tylko dlatego, że byłoby to naprawdę głupie, popełniać
samobójstwo z powodu nietrafionej książki. Być może autor (w końcu muzyk, a to
mówi samo za siebie) włożył w postać Bunnego Munroe trochę siebie i swoich
doświadczeń. Jeśli tak jest, to wolę być biedną szarą mychą pracującą w
bibliotece, niż kimś, kto zaznał pułapki sławy. Jeśli zaś nie było w tej
książce ani jednego autobiograficznego słowa, to skąd w autorze taka pustka i
ciemność, nic, z czego można byłoby się cieszyć na dłużej niż na parę chwil?
Smutne jest to wszystko, a ja nie lubię się smucić. Dlatego książka jest nie
dla mnie.
Być może jest w niej jakiś
sens, jakiś przekaz, ale ja nie jestem ciekawa jaki. Przeczytawszy na szybko
czyjąś recenzję znalezioną w Internecie zaraz przed tym, jak napisałam pierwsze
słowo tego postu, zobaczyłam że są osoby, które cenią tę książkę wysoko. Okej,
każdy ma swoje własne zdanie i swoje, tylko mu zrozumiałe potrzeby. Wiem też
dzięki tamtej recenzji jaka jest puenta historii Bunnego. I wiecie co? Jednak
jest w tej książce zawarta lekcja. Tylko że mnie nie chce się przez nią
przechodzić, bo ja i bez tej książki wiem, że dzieciom czasem lepiej jest bez
rodziców, jeśli ci mają na nie destrukcyjny wpływ. A Bunny Munroe na pewno ma
destrukcyjny wpływ, nawet na swoich czytelników. Ja wypisuję się z tej grupy.
Przeczytałam dziesięć rozdziałów i nie zniosę ani jednego więcej. Chyba że mam
skończyć w wannie z pociętymi żyłami. Bunny Munroe jest nie dla mojej
wrażliwej, szukającej pociechy w książkach osoby zbyt nudny, monotematyczny i
depresyjny. Zostawiam go dla innych, mających mocniejsze nerwy.
Brzmi to tak, jakby
książka była naprawdę mocna. Ale tak naprawdę nie ma w niej nic specjalnego. Jest tylko
egoistyczny facet, który dba tylko o siebie i ciągle myśli o seksie. Nie
przeszkadza mu w tym nawet śmierć żony. Żyje w swoim świecie, gdzie wszędzie
dookoła czają się cipki, które tylko proszą, aby Bunny po nie sięgnął. Nic
nowatorskiego, połowa facetów na świecie tak myśli. Do tego Bunny Junior, który
jest tak zagubiony po śmierci matki, że nawet wówczas nie potrafi dostrzec,
jakiego kutasa ma za ojca. Być może jest za młody, żeby ujrzeć pewne prawdy,
być może trwa w szoku, sprawiającym, że nie dociera do niego nic z tego, co się
wokół niego dzieje. Ale na pewno on, jak i jego ojciec, zdają się być wyprani z
emocji i tańczą po scenie Nicka Cave jak puste kukły.
Do tego dołóżmy jego
matkę, Libby Munroe, która żyje w depresji przez swojego latającego za babami
męża i woli trwać w tym chorym związku, zamiast ratować siebie i syna. Również
nic nowego. Kobiety tak mają, są jak psy. Nawet bite wciąż wierzą, że ich Pan
(czytaj partner) może się zmienić i dla tej głupiej myśli poświęcają swoje
jestestwo. Smutna jest ta książka aż do szpiku kości. Kto by chciał czytać
takie historie? Ja na pewno nie. Nie obchodzi mnie to, czy skończy się dobrze
czy nie, ważne jest to, jak się zaczęła i co jest w środku. Ja widzę tylko seks
i smutek, zagubienie i depresję. Po co mi to? Do tego Libby, która po śmierci
odwiedza chłopca, jakby była prawdziwym duchem. To, że Bunny może mieć
alkoholowe/narkotykowe urojenia jest ok, ale dorzucać do tego jeszcze
przywidzenia Bunnego Juniora? Zaczyna się robić trochę zbyt fantastycznie jak
na książkę z ukrytą (bardzo głęboko) lekcją i twardo stąpającym po ziemi
autorem.
Wiem, wiem, ciągle
narzekam na te książkę, ale zła na nią jestem, bo zepsuła mi całkowicie humor.
Nic mi się nie chce, a już tym bardziej pisać posty na temat przeczytanych
książek. A naprawdę bardzo to lubię. Tymczasem Bunny Munroe zepsuł mi cały
dzień i jestem tak zła, na niego, na siebie, że dawałam tej książce szansę tak
długo, no i na samego Nicka Cava, że napisał tę książkę. Nieźle zniszczony musi
być umysł, który wymyśla takie historie. Do mnie ona nie trafiła, do Was może
dotrzeć, kto wie. Jedno jest pewne, nie mogę jej nikomu polecić. I nie dlatego,
że nie przeczytałam jej do końca (dzisiaj odnoszę ją tam, gdzie jej miejsce- na
półkę), ale dlatego, że chcę Wam oszczędzić tego zmęczenia umysłu, do jakiego
doprowadził mnie Cave. Dzięki niemu jestem zmęczona psychicznie i podenerwowana.
Mam ochotę kogoś uderzyć i nawet nie wiem za co. Nie pomaga mi muzyka ani
słońce które wyszło zza chmur godzinę temu. Zamiast cieszyć się tym faktem po
dwóch pochmurnych tygodniach, ja widzę
tylko to, że światło słoneczne odbija się od monitora i świeci mi po oczach,
uniemożliwiając pisanie. To nie jestem prawdziwa ja, czuję to wyraźnie, to
tylko jakaś gorsza kopia mnie, podszywająca się pode mnie. Nawet nie
wiedziałam, że ktoś taki we mnie drzemie. Nie lubię tej drugiej, nieznajomej
siebie i mam nadzieję, że zniknie z mojego życia razem z książką o Bunnym
Munroe. A raczej książce o seksie, alkoholu i bezsensie życia. Mam nadzieję, że
już niedługo znowu będę sobą i przestane być taka podkurwiona, nie wiadomo na
co. Że zaczną mnie znowu cieszyć małe rzeczy, jak choćby ta czekolada, którą
trzymam w biurku na czarną godzinę. Bo póki co mam ochotę wyrzucić ją za okno z
brzydkim okrzykiem na ustach, z nadzieją, że to mi pomoże zapomnieć o Bunnym
Munroe i jego delirycznym świecie. A kiedy to się stanie, znowu będę miłą osobą,
nie używającą przekleństw i czerpiącą radość z pisania postów. Bo póki co
używam klawiszy do wyżycia się na kimś, na czymś, obojętne, byle tylko pomogło mi
to wrócić do normalności, którą zgubiłam gdzieś pomiędzy rozdziałami książki
„Śmierć Bunnego Munroe”.
Johnny
Debonair w wieku 17 lat odkrywa, że jest gejem. Wówczas poznaje też smak
pierwszej, prawdziwej miłości oraz gorzkiego uczucia odrzucenia i rozczarowania.
Złamane serce prowadzi go do Londynu, gdzie próbuje pozbierać resztki swojej
tożsamości i zacząć żyć na własną rękę, poza matczyną opieką i kloszem, pod
którym był wychowywany przez wiele lat, z dala od prawdziwego życia. Tam
poznaje Cathrine Baxter, przebojową młodą pielęgniarkę i ekskluzywną damę do
towarzystwa po godzinach. Dzieciństwo spędzone z bujającą w obłokach matką,
nigdy nie zaspokojona żądza poznania imienia tajemniczego ojca i smutek po
utracie miłości swojego życia, Timothy’ego Thornchurch, prowadzą Johny’ego od
jednej złej decyzji do drugiej, a całkowite zaufanie wobec Cathrine przyspiesza
tylko jego przeznaczenie- upadek.
Ostatnio
pisałam o innej książce angielskiej, która pomimo nominacji do tytułu Książki
Roku nie potrafiła mnie wciągnąć tak, jak tego oczekiwałam. Ostatnio, zapisując
się na kolejny rok nauki do International House, czekając na umowę, moje oko
przyciągnęła półka z książkami do wypożyczenia dla uczniów szkoły. Podeszłam do
niej aby zająć czymś myśli przez te dwie minuty oczekiwania i mój wzrok padł na
wściekle różową okładkę. Wyciągnęłam tom i przeczytałam tytuł: „Murder most
fab”. Pod spodem napisano: „You’d kill to be that famous”. Było to na tyle
intrygujące, że odwróciłam książkę, aby przeczytać na odwrocie okładki krótki
opis i zobaczyć, o czym ona jest. Niestety zdążyłam tylko przebiec wzrokiem
pierwsze dwie linijki, niewiele z tego rozumiejąc, gdy usłyszałam głos
sekretarki, oświadczający, że moja umowa jest gotowa do podpisania. Wybór był
prosty- odłożyć książkę na półkę i wrócić do domu bez lektury na wieczór lub
zaryzykować oparcie swoich wyborów czytelniczych na tytule i kolorze okładki.
Właściwie miałam wówczas do przeczytania jeszcze połowę książki „Man and Boy”,
na którą tak naprawdę nie miałam nawet czasu, więc najrozsądniej było
ograniczyć swoją wizytę w szkole do głównego celu, jakim było podpisanie umowy.
Jednak gdy idzie o książki, gubię gdzieś rozsądek. W moim mieszkaniu czeka całe
pudło nieprzeczytanych książek, nie mam więc potrzeby brać następnych, bo i tak
nie mam na nie czasu. Ale w tym przypadku jestem typową kobietą o słabej woli i
zawsze myślę sobie, że dodatkowa para butów, to znaczy dodatkowa książka, nie
zaszkodzi. Tym bardziej, że w IH nie ma sztywnych terminów na oddanie
pożyczonych tomów.
Okazało
się, że ten przypadkowy wybór był całkiem dobrym trafem. Dał mi to, czego
zabrakło u Tony’ego Parsonsa. Otrzymałam to dzięki bardzo prostym zabiegom,
jestem tego świadoma, ale najważniejszy jest efekt. A tutaj był taki, że
przeczytałam książkę w trzy dni i odmawiałam jej odłożenia nawet wtedy, gdy zdrowy
rozsądek podpowiadał, że czas, bym położyła się do łóżka. Wszystko dzięki
sensacji, na której bazuje ludzkie zainteresowanie. Książka była dość prosta,
nie można powiedzieć, aby była wysokich lotów, ale wystarczyło, aby wciągnąć.
Zawarto w niej najważniejsze rzeczy, które przyciągają uwagę: seks, morderstwo,
tajemnica, miłość i odmienność. Idealnie dla tych, którzy lubią, aby w książce
coś się działo.
W
tej działo się wiele, ale muszę przyznać, że zakończenie było dość proste.
Tajemnica tożsamości ojca Johny’ego, jak i pewne fakty z życia bohaterów były
mocno naciągane i zdawały się być żywcem wyjęte z telenoweli. Tu autor nie
postarał się za bardzo, ale może nie uważał tego za zbyt ważne dla całości
książki i dla prześledzenia drogi upadku, jaką kroczył JD (skrót, którego
używał Johnny jako call-boy).
Jak
zrozumiałam z recenzji, „Murder most fab” pomyślana była jako komedia, jako że
jej autor, Julian Clary, jest komikiem. Jednak ja żadnych zabawnych momentów
nie znalazłam. Było za to kilka irytujących chwil, które miały wpływ na mój
odbiór książki. Związane one były z postacią matki Johny’ego. Czasem zdawała
się być niespełna rozumu, innym razem pokazywała inne oblicze, oblicze kobiety,
która doskonale wie, co się koło niej dzieje i która tylko gra swoją rolę, aby
uniknąć zmagania się ze światem i jego okrucieństwem. Z jednej strony
interesował ją tylko jej ogród i poezja, jakby prawdziwa część życia działa się
z dala od niej, z drugiej po incydencie z halucynogenną substancją stała się
napaloną nimfomanką, która przyjmowała mężczyzn w swoim domu, nie ukrywając
tego przed swoim dorastającym synem, chowanym do tej pory pod kloszem
matczynego zdziwaczenia.
Jej
charakter jest ciężki do przyjęcia dla osoby, która mocno stąpa po ziemi, a jej
postać mocno nienaturalna, zmyślona, niezrozumiała i niespójna. W jednej osobie
kryła się hipiska, kobieta z artystyczną duszą, dziecko, które nie potrafi
rozróżnić dobra od zła czy podstępu od prawdy, a jednocześnie kobieta
potrafiąca zrezygnować z luksusu dla własnych przekonań. Z kolei ten obraz
kobiety, która ma swoje przekonania i uparcie ich broni, wbrew całemu światu
burzył, się z obrazem osoby, która z brutalnością świata radzi sobie ucieczką w
swój własny, niezrozumiały przez innych świat Alicji w Krainie Czarów. Na
koniec wspomnę, że ciężko mi było zrozumieć, co chciał osiągnąć Julian Clary
wprowadzając na scenę osobę tak pełną sprzeczności i żyjącą tak daleko od
prawdziwego życia. Czy chodziło o to, żeby pokazać dlaczego jej syn, Johnny,
nie potrafił właściwie ocenić Cathrine i jej katastrofalnego wpływu i ocenić,
co jest w życiu dobre, a co zasługuje na karę? A może miał to być ten element
dowcipu, czarnego humoru, mającego rozbawić czytelnika pomiędzy jednym
morderstwem a drugim? W moim przypadku efektem była wyłącznie irytacja.
Pomijając
postać Alice Debonair i kiepskie zakończenie, książka nie miała wad. Jak już
wspomniałam była dość prosta, bazująca na skandalach i ciemnej stronie
ludzkiego życia, ale zdołała mnie wciągnąć. Wprawdzie nigdy nie interesowały
mnie tematy homoseksualizmu i prostytucji, jednak język Juliana Clary był żywy,
sugestywny i hipnotyzujący. Parę niedoskonałości, także tych związanych z
mnożeniem dziwnych zbiegów okoliczności, nie były na tyle przykre, aby książkę
odłożyć. Bardzo dobrze mi się ją czytało i chętnie zaniedbałam inne obowiązki
dla tego tytułu.
Jest
też jeszcze jeden drobiazg, o którym muszę wspomnieć. Zachęcający „dodatek do
tytułu”, który sugeruje, że czytelnik również by zabił, aby być tak sławnym jak
JD jest użyty przesadnie. Pierwsze skojarzenie
to takie, że Johnny był niesamowicie sławny i że zabijał dla tej sławy. Jednak
nie taka była prawda, przynajmniej nie do końca. Zabijał, ponieważ był
człowiekiem słabym i poddał się całkowitej kontroli swojej „przyjaciółki”
Cathrine, która dla swoich własnych wygód i potrzeb wciągnęła go na złą drogę i
zawsze trzymała go krótko, jak psa na smyczy. A jego pierwsze morderstwo
wynikło z powodu pieniędzy, nie sławy. Co więcej, gdy sława faktycznie
przyszła, i to dopiero w połowie książki, nie było to coś, dla czego warto by
było zabijać. Ot, zwykła sława i mała fortuna. Jednak widocznie Johnny miał w
sobie pierwiastek zła lub brak empatii, która by mu podpowiedziała, co jest
złe, a co dobre. Johnny był zwykłą marionetką w rękach kobiety, marionetką,
która niejako stała obok życia, które się koło niego działo. Może właśnie o to
chodziło z postacią jego matki? Może JD odziedziczył naiwność dziecka po swojej
matce? Jakkolwiek by nie było, tytuł książki nie do końca odzwierciedla
zdarzenia w książce. Była ona bardziej poświęcona studiowaniu ludzkiej natury i
jej ciemnych stron odziedziczonych po przodkach, niż temu, jak sława wpływa na
człowieka. Większy wpływ na Johnny’ego miała Cathrine niż żądza pieniędzy i
sławy. Wprawdzie uderzyła mu ona do głowy, ale to nie ona sprawiła, że JD był ślepy
na destrukcyjny charakter Cathrine. To nie sława zawiodła go w stronę
prostytucji, narkotyków i pierwszego morderstwa, tylko niemożność ocenienia
ludzkiej natury i własnych uczynków. Było mi żal Johnny’ego, ponieważ mimo
złamanego serca wciąż miał szansę na odnalezienie się w życiu. Jednak czasem
to, w jaki sposób dobieramy sobie przyjaciół, może zaważyć na całym naszym
życiu.
Dodatkowo
przez pierwszą połowę książki trudno mi było wyczytać, na czym sława JD miałaby
polegać, tak długo autor ciągnął nas przez wydarzenia z przeszłości głównego
bohatera. Zanim doszliśmy do momentu telewizyjnej kariery Jahnny’ego,
prześledziliśmy jego kilkumiesięczne życie studenckie, pierwsze relacje z
Cathrine i wspomnienia z wiejskiego domku, gdzie mieszkał z matką i pracy u
rodziny Thornchurch, gdzie spotkał Timothy’ego. Potem autor przeniósł nas w
świat prostytucji, a pierwsze rozdziały, kiedy Johnny rozwodził się nad tym,
jak dobry był w tym fachu, podpowiedziały mi, że to właśnie w tym leży jego
sława. Nagle w połowie książki wszystko się zmieniło i Johnny trafił do
telewizji. Od tego czasu zaczęło się jego nowe życie i druga część książki, a
także sława młodego mężczyzny. Trochę to było pokręcone i rozwleczone, ale
wciąż całkiem nieźle się czytało.
Książka
jest dość mocna. Mówi nie tylko o morderstwie z zimną krwią, ale i o miłości
homoseksualnej, świadomości seksualnej i prostytucji. Nie jest przeznaczona dla
osób, które nie chcą znać ciemnej strony życia. Czasem opisy są przedstawione
tak mechanicznie, że aż przerażają. Choćby planowanie przez Cathrine morderstwa
Juana i Tima. Człowiek się wówczas zastanawia, czy ta kobieta ma w ogóle jakieś
uczucia, prócz żądzy pieniądza? Cały czas też czekałam z nadzieją, aż JD obudzi
się z tego dziwacznego snu, w który zapadł po rozstaniu z Timothym, jednak jego
zaufanie do Cathrine jest uderzające i każe wątpić w zdolność Johnny’ego do
widzenia spraw takimi, jakie są. To oderwanie od prawdziwego życia wiedzie JD
na stracenie.
Jednak
pomimo czynów, jakie popełnił, wciąż nie potrafiłam ujrzeć w Johnnym czarnego
charakteru, ponieważ to jego dziecinna naiwność i brak umiejętności oceny
ludzi, ich charakterów i wagi swych własnych czynów zwiodła go na manowce.
Jakaś część sympatii do tego zagubionego w świecie człowieka została ze mną do
samego końca, nawet wtedy, gdy stał przed drzwiami Tima z kamieniem w kieszeni.
Przerażające, do czego doprowadził mnie autor. Na tej podstawie muszę przyznać
mu całkiem spory talent do prowadzenia intrygi, pomimo dość kiepskiego
zakończenia, którego szczytem było końcowe zwierzenie matki. Zwłaszcza że do
tej pory uważałam tę kobietę za osobę kompletnie nieprzystosowaną, niespełna
rozumu i nie do końca wiedzącą, co się dzieje w świecie. Jednak o dziwo na
końcu potrafiła pozbyć się tej naiwności dziecka, którą obdarzyła w genach
jedynego syna i całkiem świadomie opowiedzieć, co wydarzyło się w czasach jej
młodości, co tak bardzo wpłynęło na życie ich obojga. Dziwna końcówka dziwnej,
acz wciągającej książki.
Czy
zarekomendowałabym ją? Owszem. Książka była ciekawa i inna od tego, co
dotychczas przeczytałam. Uważam, że warto zwrócić na nią uwagę. Jeśli nie macie
aktualnie nic do czytania i lubicie czytać książki w oryginale (nie wiem czy
została przetłumaczona na język polski) lećcie do biblioteki po „Murder most
fab.”
Uwielbiam książki, które potrafią wzruszyć. Zwłaszcza, kiedy
już od samego początku znam nieszczęśliwe zakończenie, ponieważ autor
zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy. I mimo tego, iż wiem, że nie będzie
happy endu, pomimo iż domyślam się, jak potoczy się akcja, aż do wspomnianego zakończenia,
to daję się zaskoczyć autorowi i nagle stwierdzam, że mam w oczach łzy. Takie
książki doceniam najbardziej. I taka właśnie jest „Dama kameliowa”, melodramat wszech-czasów.
Jest to wspaniała książka. Zawierająca jedną z
najpiękniejszych historii miłosnych, wzruszająca, odkrywająca tajemnice duszy
kobiecej, która na zawsze zostanie niezgłębiona przez męski umysł, niezdolny
jej zrozumieć. Ukazuje zawód kurtyzany, przedstawia płatną miłość odartą z
wszelkiego romantyzmu. Przedstawiając nam Małgorzatę Gautier, autor odsłania
przed nami tajniki tej profesji i pokazuje prawdziwą samotność, która rodzi się
w ukryciu i w tym ukryciu pozostaje, przykryta blaskiem kosztowności, zabaw i
admiracji. Małgorzata pokazuje nam, że otoczona tłumem wielbicieli, tak
naprawdę nie ma nikogo bliskiego, do kogo mogłaby się zwrócić po bezinteresowną
pomoc. W czyich ramionach mogłaby odnaleźć ukojenie, kiedy blask urody i
młodości zblednie. Z kim mogłaby się zestarzeć i umrzeć z godnością. Jej przykład
ukazuje, że kurtyzany tak naprawdę nie mają nic, co liczyłoby się tak naprawdę
w życiu, a to, co posiadają, może im w każdym czasie zostać odebrane.
Jest to książka smutna i wzruszająca jednocześnie. Ukazuje
prawdziwą miłość, zrodzoną tam, gdzie nikt by jej nie szukał- w sercu
kurtyzany, która sprzedaje swoją miłość temu, kto potrafi odpowiednio za nią
zapłacić. Książka opisuje poświęcenie, do jakiego jest zdolna tylko kobieta,
która potrafi wycenić miłość, ponieważ robi to codziennie. Wreszcie książka
opowiada o tym, że wszystko ma swoją cenę i tylko w świecie kurtyzan nie ukrywa
się tej prawdy, na której można dobrze zarobić.
„Dama kameliowa” jest książką, która potrafi sterować
uczuciami. Kiedy poznaję Małgorzatę Gautier, słynną paryską kurtyzanę żyjącą w
XIX wieku, nie mogę ścierpieć jej charakteru. Wydaje mi się zimna, pusta,
głupiutka, kapryśna, niewychowana, niezdolna do szczerych uczuć. Kiedy nie jest
zainteresowana mężczyzną, daje mu to jasno do zrozumienia, jednocześnie nie
oddalając go od siebie, na wypadek, gdyby jego pieniądze kiedyś mogły się
przydać, co świadczy o jej wyrachowaniu. Gdy Armandnalega, aby Prudencja najpierw go
przedstawiła Małgorzacie, jak damie z wyższego towarzystwa, a nie od razu
przyprowadzała go do ich loży, jak należałoby postąpić z kobietą lekkich
obyczajów, dziwię się jego delikatności uczuć, widząc, jak impertynencko
przyjęła go w loży Małgorzata. Kręcę głowa z niedowierzaniem, że młody człowiek
znalazł w tej kobiecie nie tylko osobę godną uwagi, ale i godną wyszukanych
manier. Ale im dalej brnę w tę historię, im bliżej poznaję tę dziewczynę,
zaczynam zmieniać o niej zdanie. Nie potrafię jej już nienawidzić, a uczucie
lekceważenia zastępuje współczucie i poczucie żalu nad tymi duszami, które
zmuszone są przez życie do sprzedawania swoich ciał. Zaczynam dostrzegać
zagubioną jednostkę, która zdaje sobie doskonale sprawę ze skutków ubocznych
swojej profesji, która widzi gorzką prawdę tego z pozoru świetnego i łatwego
życia, które zawsze kończy się samotnością i poczuciem opuszczenia, więc kaprysami
chce zagłuszyć poczucie samotności. Ta jednostka wie, że jest warta tylko tyle,
ile ktoś jest w stanie za nią zapłacić. Zdaje sobie sprawę, że znajdą się tacy,
którzy zapłacą za nią wiele, dopóki jest zdrowa, ładna, młoda i uśmiechnięta.
Wie, że kiedyś to się skończy i zostanie sama, jak wszystkie kurtyzany. Wie, że
potrafi zrujnować człowieka swoimi kaprysami, a mimo to nie cofa się przed
niczym, bo chce korzystać ze swojej młodości, póki ona trwa. A jednak dla
kochanka, któremu oddała serce, jest w stanie się poświęcić i to tak bardzo, że
potrafi dla niego zrezygnować z własnego szczęścia, za cenę odkupienia
grzechów, które okupuje kolejnym.
Przy końcu książki odnajduję siebie całkowicie odmienioną.
Nie ma już we mnie złości na Małgorzatę za jej kaprysy i początkowe
wyrachowanie. Za to zaczynam litować się nad tą zagubioną duszą, nad którą nikt
się nie zlitował, kiedy zachorowała i zmierzała wielkimi krokami ku śmierci.
Pochyliłam głowę nad tą opuszczoną istotą, której jedynym szczęściem w tym
młodym i zmarnowanym życiu była bezinteresowna miłość, którą musiała poświęcić
za cenę odkupienia duszy. Współczuję tej kobiecie, otoczonej jeszcze niedawno
tłumem wielbicieli, a teraz opuszczonej nawet przez miłość jej życia. I potrafię
docenić wagę jej poświęcenia, które wycisnęło z moich oczu łzy współczucia i skierowało
moje myśli ku zadumie nad tym życiem pełnym udawania i powierzchowności.
Świat, w którym żyje Małgorzata, jest światem nieprawdziwym.
Nic w nim nie jest takie, jakie się wydaje. Mężczyźni tak naprawdę nie kochają
kobiet, których miłość drogo opłacają, a jedynie wykupują sobie tymi pieniędzmi
miłość własną. Przyjaciółki kobiet lekkich obyczajów są tak naprawdę hienami,
które żyją na koszt koleżanek, którym lepiej się powodzi. Kurtyzany muszą
zrezygnować z własnego życia, ponieważ przyjmując pieniądze od mężczyzn,
zmuszane są tym samym do dziwnej lojalności, która wymaga stałego tłumaczenia
się z każdego kroku. W tym świecie prawdziwe uczucia nie mają prawa istnieć,
ponieważ zostaną zmiażdżone przez społeczeństwo z podwójną moralnością, które
te same rzeczy ocenia w różny sposób, zależnie od celu, jaki chce osiągnąć. Bo
jak powiedział ojciec Armanda Duvall, głównego bohatera, młody mężczyzna
powinien mieć kochankę, nawet nie ma w tym nic złego, aby za jej miłość płacił,
ale nigdy nie powinien kalać swego nazwiska, godząc się, aby kobieta lekkich
obyczajów go utrzymywała. A to dlatego, ponieważ świat nie jest w stanie
uwierzyć, że kobieta, która należy do tego, kto jest w stanie więcej zapłacić,
może mieć duszę i może prawdziwie i szczerze kochać.
I do tego grzesznego, sprzedajnego i udawanego świata nagle
dociera promień nadziei w osobie młodego Armanda Duvall, który dostrzega w
Małgorzacie Gautier coś szczególnego, wyróżniającego ją spośród innych kurtyzan.
I to właśnie jej oddaje serce, mimo iż nie stać go na to, aby zapewnić kochance
wystawne życie, do jakiego jest przyzwyczajona. A ona przyjęła ten dar,
ponieważ myślała, że wreszcie znalazła kochanka, o jakim marzyła, który będzie
ją kochał bezinteresownie, taką, jaka jest i nie będzie robił jej scen
zazdrości oraz nie będzie wypytywał o każdy jej krok. Ale nawet wtedy, kiedy
proponowała ten układ Armandowi, zachowywała się jak rozkapryszone dziecko,
mówiąc, że tylko wówczas będzie mogła go pokochać. Wydawało mi się wtedy, że
miłość Małgorzaty będzie albo udawana, albo narzucona sobie, bo czyż prawdziwa
miłość wybiera sobie obiekt z wyrachowaniem i żądaniami? A jednak z tego
dziwnego układu wykluło się prawdziwe uczucie, zdolne odmienić duszę
dziewczyny, która nie znała innego życia niż to, które sobie wybrała i w wieku
20 lat nie zaznała jeszcze szczęścia. A kiedy to szczęście znalazła, nie
potrafiła już i nie chciała wrócić do życia, z jakiego udało jej się wyrwać
dzięki miłości kochanka. Najbardziej zaś bała się konieczności powrotu do
tamtego życia, które chciała zostawić za sobą.
Niestety przeszłość upomina się o Małgorzatę szybciej, niż
ta sobie wyobrażała, rzucając cień na szczęście, jakie sobie wymarzyła wraz z
Armandem. Świat nie chce się zgodzić na tę miłość i stara się rozdzielić
kochanków. Pomaga mu w tym zazdrość drzemiąca w Armandzie, która każe mu
niszczyć jedyną osobę, na której mu zależało.
Świat, w jakim żyje Małgorzata Gautier, rządzi się swoimi
prawami, których niewinność nie potrafi zrozumieć. Kiedy Armand godzi się na
układ, zaproponowany mu przez piękna kurtyzanę, naprawdę wierzy, że uda mu się panować
nad zazdrością. Jednak ktoś, kto nie przywykł do sterowania swoimi uczuciami,
nie jest w stanie przewidzieć siły tych uczuć. Swoją niepohamowaną zazdrością
Armand wciąż boleśnie rani kobietę, którą kocha, nie potrafiąc przyjąć daru jej
szczerej miłości tak, jak należałoby ją przyjąć. Widząc to, przyjaciółka
Małgorzaty, Prudencja Duvernoy, daje młodemu kochankowi rady, które odsłaniają
nie tylko tajniki tego okrutnego świata, dla którego prawdziwe uczucia są tylko
przeszkodą w interesach, ale i ukazują samotność takich kobiet jak Małgorzata.
Słowa Prudencji pokazują, że wszystko jest na sprzedaż, także przyjaźń, a przyszłość
kobiet lekkich obyczajów trwa tak długo, jak ich młodość i uroda. Smutne jest
to życie, które niszczy jakiekolwiek dobre odruchy w ludziach i skazuje na
zapomnienie wrażliwe dusze, takie jak Małgorzata.
Książka opowiada we wzruszający sposób o potędze miłości,
która góruje nad zazdrością i nienawiścią, która każe kochać pomimo ran,
zadawanych przez ukochaną osobę. Potędze, która potrafi poświęcić się dla dobra
ukochanej osoby, a także zmienić światopogląd zatwardziałego ojca. I mimo tego,
że może wtrącić w cierpienie, potrafi przynieść ukojenie zbłądzonej duszy i
pozwolić jej zakosztować szczęścia, o którym nie miała wcześniej pojęcia.
Polecam tę książkę wszystkim, którzy nie wiedzą, co to
miłość. Tam znajdą jej prawdziwy opis. I być może uronią choć jedną łzę nad
losem kobiety, która wiedziała, jak kochać, mimo iż życie nauczyło ją tylko
tego, jaką cenę można uzyskać za to uczucie.
Poszukującwszystkich tomów „Winnetou” w bibliotece, natrafiłam
przypadkiem na powieść „Tańczący z Wilkami”, którą napisał Michael Blake. Ten
tytuł znałam wyłącznie ze znakomitego filmu z udziałem Kevina Costnera i
przyznam szczerze, że nie miałam pojęcia, iż powstał on na motywach powieści.
Tym bardziej się zdziwiłam, gdy wzięłam do ręki książkę. Format A5, 330 stron.
Naprawdę niewiele. A tymczasem film, który utkwił mi głęboko w pamięci, trwał 4
godziny i był nawet z tego powodu podzielony na części. Nigdy nie obejrzałam go
w całości, właśnie przez ten podział, a także z powodu późnej pory emisji filmu
w telewizji. Pamiętam, że wiele razy przysypiałam pod koniec pierwszej połowy
ze zmęczenia, mimo iż bardzo byłam ciekawa przyszłych wydarzeń. Nigdy też nie
oglądałam drugiej części. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu zawsze trafiałam na
ten sam urywek. Gdzieś w połowie pierwszej części.
Zaciekawiła mnie ta pozycja, mimo iż nie lubię czytać
książek, kiedy już obejrzałam film. Pisałam o tym kilka razy wcześniej, dlatego
nie będę się już nad tym rozpisywać. Tym razem jednak ciekawość zwyciężyła nad
obawami. Stojąc w martwym punkcie w poszukiwaniu kompletnych tomów „Winnetou”,
ucieszyłam się, znajdując pozycję, której akcja osadzona była w tej samej
tematyce: Dzikiego Zachodu i sprawy Indian. Nawet pani bibliotekarka, która
wcześniej powiedziała mi, że „Winnetou” oddali do biblioteki młodzieżowej dawno
temu, uśmiechnęła się widząc mój wybór i rzuciła krótki komentarz. I to właśnie
podoba mi się w małych bibliotekach. Zawsze można sobie pogawędzić o książkach
ze znawcami.
Kiedy zaczęłam czytać, od razu zauważyłam ogromną różnicę
między Karolem May i Michaelem Blake. Właściwie była to przepaść. Początkowo
ciężko mi było pogodzić się z tą różnicą w stylu pisania, ale wreszcie
znalazłam wspólny język z porucznikiem Dunbarem. Jednak nie było w tym tak
żarliwej miłości, jaką odczuwałam podczas spotkań z Winnetou i Old
Shatterhandem. U Blake’a akcja płynie cicho i spokojnie, tak jak spokojna i
cicha jest preria. Wypadki opisywane są krótko i zwięźle, czasem aż do
przesady, natomiast bardzo pisarz skupia się na sprawie Indian i próbie
zrozumienia indiańskiego myślenia przez białego człowieka.
Tak jak opisywał to May, tak i Blake skupił się na
wzajemnych kontaktach Indian i białych. Z tą różnicą, że u Maya na głównym
miejscu stała przygoda, a u Blake’a los Indian, których przyszłość powoli acz
nieubłagalnie chyliła się ku zachodowi. Jak słońce spokojnie schodzi do linii horyzontu,
czerwieniąc się coraz bardziej, zanim zniknie, tak cicho i niezauważenie rasa
Indian znikała za horyzontem swych dziejów, a ich krwawe ślady walki o
przetrwanie wkrótce miały zostać zatarte przez niepamięć.
Czytając „Winnetou” i „Tańczącego z Wilkami” czułam ogromny
żal. Za tym, co przeminęło w ciszy i zapomnieniu, a co było niezwykłe i jedyne
w swoim rodzaju. Być może dlatego tak mi serce krwawiło na myśl o przesądzonym
z góry losie Indian, ponieważ tak jak oni, lubię żyć w zgodzie z przyrodą i
cierpię, kiedy widzę, jak nieodpowiedzialni ludzie niszczą ją w swojej
bezmyślności, nie rozumiejąc, jak ważną rolę w naszym życiu ona spełnia.
Indianie to rozumieli i potrafili korzystać z tego, co daje im natura, a wiedząc,
że jest to matka, która ich karmi, nie robili jej krzywdy. I za to spotkało ich
zniszczenie przez białych, którzy uważali ich za lud dziki, w związku z tym
traktowali ich tak samo, jak naturę- niszczyli ich, aby zabrać im to, co
stanowiło dla nich jakąś wartość. Dziesięć Niedźwiedzi, 60-letni Indianin,
powiedział, że wszyscy biali są tacy sami: biorą bez pytania to, co pragną
mieć, starają się wypędzić czerwonoskórych z ich własnego kraju, który
zamieszkiwali jako pierwsi, a kiedy ich żądań Indianie nie chcieli spełnić,
zabijali ich bez mrugnięcia okiem. Biali szybko rozpanoszyli się w kraju
Indian, spychając ich coraz bardziej z ich własnego terenu, a swoją rabunkową
gospodarką skazywali ich na śmierć głodową.
Blake bardzo skupił się na spokojnym i harmonijnym życiu
Indian, gdzie każdy znał swoje miejsce w hordzie, a horda znała swoje miejsce w
przyrodzie. Żyli zgodnie z zegarem biologicznym natury i potrafili czerpać z
przyrody niezbędne do życia składniki, nie zakłócając jej rytmu życia. Gdy
zabijali zwierzynę, robili to po to, aby przeżyć i nie głodować zimą. Gdy
obozowali, nie zaśmiecali środowiska, a podczas przenosin do innego obozu, nie
zostawiali swoich wigwamów, by za kilka lat odstraszały swoim zgniłym widokiem,
tylko zabierali wszystko ze sobą, do ponownego wykorzystania w nowym obozie.
Gdy polowali na bizony, zabierali wszystko, co mogło się przydać: mięso, skóry,
a nawet kości, których używali jako narzędzi pracy.
Natomiast biali zabijali dla samej przyjemności. Gdy
polowali na bizony, zabierali tylko skóry i języki, pozostawiając na prerii
setki gnijących ciał, których nie potrafiły spożyć padlinożercy. Gdy ścinali
drzewa, robili to bez żadnego planu, marnując tworzywo i zostawiając je
porozrzucane na wszystkie strony. Gdy opuszczali chaty, pozostawiali butwiejące
budowle za sobą, nie zawracając sobie głowy sprzątaniem śmieci, które wytowrzyli.
Strzelali do zwierząt dla samej radości zabijania, mimo iż nie było do tego
powodu. Niszczyli piękne miejsca, które Indianie traktowali jak świątynie i
zabijali Indian jako naród dziki i niebezpieczny, mimo iż tamci nie dali im ku
temu powodu. Indianie przeszkadzali białym swoją obecnością w rabunku bogactw
prerii. Podczas gdy dla Indian preria była domem i jedynym miejscem, w którym
mogli żyć tak, jak chcieli, dla białych była tylko miejscem bogactw
naturalnych, które należało zrabować.
Dziesięć Niedźwiedzi przy końcu książki powiedział do
Tańczącego z Wilkami, że Indianie będą bronić swojej ziemi przed białymi, bo to
jest ich dom. Biali natomiast przybywali na prerię, uważając ją za swoją
własność, nie uznając władzy jej prawowitych, pierwszych właścicieli. Dlatego z
chwilą przybycia pierwszego białego na terytorium zamieszkałym przez lud
pierwotny, ich los został przypieczętowany. Indian były setki, jednak białych
było setki razy więcej, a ich apetyt na bogactwa skryte na prerii można by było
przeliczać na miliony.
Życie Indian zależało od ilości zwierzyny. Gdy bizony nie
pojawiały się o swojej stałej porze przemarszów, Indianie drżeli o swoją
przyszłość i oczami wyobraźni widzieli panujący w wiosce głód zimą. A gdy
bizony w końcu się pojawiały, radość mieszkańców nie miała końca. Od życia
bizonów zależał los Indian. Gdy więc zabrakło tych pięknych zwierząt,
dziesiątkowanych przez białych, życie Indian zgasło jak płomień świecy przy
mocniejszym podmuchu. A tym podmuchem były zmiany tak zwanej cywilizacji,
niesionej przez białych. Cywilizacji wyższej, która niszczyła wszystko na
swojej drodze. Porucznik Dunbar wiedział, że już niedługo nadejdzie tysiące białych
ludzi i że to przypieczętuje los Indian, a jednak bał się o tym powiedzieć
swoim nowym przyjaciołom.
Kiedy porucznik John Dunbar przybywa na własne życzenie na
pogranicze, do fortu Sedgewick, tak naprawdę nie zna Indian. Nigdy z nimi nie
walczył, jednak w ślad za pozostałymi białymi uważa ich za rasę niższą i
niebezpieczną dla białych. Gdy wreszcie następuje jego pierwsze zetknięcie z
czerwonoskórymi, okazuje się, że Indianie nie są tacy, jak opowiada się w
miastach białych. Już podczas tego dziewiczego spotkania coś porucznika
fascynuje w tym pierwotnym ludzie, a ta fascynacja sprawia, że ciągnie go
bardzo do tego ludu. Ciągnie go ciekawość i głód wiedzy, a także jakieś
nieopisane pragnienie, które przygnało go na pogranicze. Kiedy jego kontakty z
Indianami się zacieśniają, powoli porucznik zaczyna rozumieć ich sposób życia i
sam zaczyna pragnąć stać się taki jak oni. Szybko zaczyna rozumieć, że do tej
pory nie istniał, był nikim i dopiero Indianie otworzyli mu oczy i sprawili, że
wreszcie poczuł przynależność do czegoś i zrozumiał, że wreszcie istnieje.
Indianie sprawili, że zapragnął stać się jednym z nich i gdy jego marzenie się
spełniło, czuł się spełniony i szczęśliwy. Chciał chronić swój nowy lud, tak
bardzo ich pokochał i cierpiał wewnętrznie na myśl, że przez jego własną rasę,
Indianie skazani są na śmierć.
Pod wpływem Indian porucznik ujrzał prawdziwą twarz swojej
rasy. Zobaczył, jak bardzo jest ona okrutna i bezmyślna, jak bardzo jest ona
żądna krwi, a żądza ta nie jest niczym umotywowana. Podczas kolejnych spotkań,
kiedy zacieśniały się więzy między Indianami a porucznikiem Dunbarem, nie
potrafił on zrozumieć wielu rzeczy. Przede wszystkim jego człowieczeństwo
buntowało się przeciw zabijaniu i kiedy zobaczył, że Indianie zabili
Teksańczyków odpowiedzialnych za rzeź bizonów, nie potrafił przejść nad tym do
porządku dziennego. Czuł wewnętrznie, że biali, którzy dopuścili się tej
okropnej zbrodni przeciwko przyrodzie i przeciw rasie czerwonoskórych,
zasługiwali na karę, jednak mimo to buntował się przeciw zabijaniu białych.
Czuł, że nie potrafi teraz przebywać z czerwonoskórymi, nie potrafi dzielić z
nimi radości z pojmania sprawców rzezi i musiał odjechać do fortu, aby
przetrawić myśli.
Jednak długo nie wytrzymał w swoim odosobnieniu. Coś go
ciągnęło do tego pierwotnego, dzikiego ludu. Nie czuł się już przynależny do
białych, ale wciąż wiele go dzieliło od Komanczów. Cierpiał z powodu braku
przynależności i pragnął mimo dzielących ich różnic w myśleniu, należeć właśnie
do nich. Nie potrafił też początkowo zrozumieć radości Indian z odparcia ataku
innego szczepu Indian- Pawnisów. Gdy udało się odeprzeć atak, Komancze radowali
się z zadanej śmierci i nawet zdarzały się przypadki bezczeszczenia zwłok zabitych.
Ale szybko świadomość tego, jak ważne było to wydarzenie dla Komanczów,
opanowało jego umysł. Jako żołnierz zrozumiał, że nie była to walka dla jakichś
bezsensownych celów politycznych, jak to bywa w przypadku wojen swojej własnej
rasy, lecz była to walka o przetrwanie: walka o zapasy na zimę, bez których lud
byłby skazany na śmierć, walka o życie żon i dzieci. Im dłużej Dunbar przebywał
wśród Komanczów, tym więcej rozumiał, nie tylko z ich myślenia, ale i z
myślenia całej czerwonej rasy.
Kiedy otrzymał swoje indiańskie imię, które brzmiało:
Tańczący z Wilkami, był bardzo uradowany i dumny ze swojego imienia. Zauważył
bowiem, że z czasem Indianie nabrali do niego szacunku i przestali być wobec
niego podejrzliwi. Spojrzenie Indian na białego zmieniało się z każdym
wydarzeniem. Najpierw uważali go za boga, bojąc się go i nie wiedząc, jak
traktować. Potem, gdy uratował przed samobójstwem jedną z nich- Tą, Która Stoi
z Pięścią i powiadomił o nadejściu bizonów, zaczęli go traktować z szacunkiem,
a także uważali go za swego rodzaju talizman. A gdy za jego przyczyną udało się
odeprzeć atak wrogiego plemienia Indian, wreszcie przyjęli porucznika jako
swojego. Doszło nawet do tego, że pozwolono mu na ślub z jedną z nich,
uwalniając ją z żałoby po zmarłym indiańskim mężu, szybciej niż to zwykle
bywało w tradycji czerwonoskórych. Cała wioska zrzuciła się na prezenty dla
Tańczącego z Wilkami, aby ten mógł uzyskać zgodę ojca duchowego swojej wybranki
na ślub.
Indianie zauważyli w białym człowieka niezwykłego, innego
niż wszyscy inni białego człowieka. Jego nauczyciel, Wierzgający Ptak, zauważył
u porucznika ciekawość ich kultury i mimo, że początkowo uważał białego tylko
za źródło wiedzy o białej rasie, wreszcie uznał, że jest to człowiek niezwykły,
w którym tli się człowieczeństwo większe niż u jakiegokolwiek innego białego i
wreszcie pozwolił mu zostać jednym z nich. A kiedy trwała przemiana duchowa porucznika
Johna J. Dunbara w Komancza o imieniu Tańczący w Wilkami, Dunbar zaczął
wstydzić się za swoją żadną krwi rasę. Zobaczył, że to nie czerwonoskórzy byli
dzicy, tylko biali, którzy uważali się za wyższą rasę, a potrafili bezcześcić
naturę i zabijać zwierzęta po to, aby zaspokoić w sobie żądzę krwi.
Blake pokazał straszne i bezuczuciowe oblicze białej rasy na
tle tzw. „dzikich”. Różnica jest przeogromna. Tak jak Dunbar, tak i ja
wstydziłam się za swoją rasę, tak głupią, okrutną i morderczą. Rozumiałam też porucznika,
który chciał stać się Komanczem, ponieważ nie chciał mieć już nic wspólnego z
rasą, z której powstał.
Książka jest ciekawa i pochłaniająca. Pokazuje okrucieństwo
białego człowieka, które znacznie przewyższało okrucieństwo „dzikich”. Opowiada
o przeszłości, która dawno przeminęła, a która była piękna i majestatyczna.
Jednak muszę przyznać, że jeśli ktoś spodziewa się wartkiej akcji, tu tego nie
znajdzie, mimo iż jest kilka żywej momentów akcji. Książka daje wiele do
myślenia i potrafi zapaść w pamięć, lecz nie jest to typowa przygodówka. Pozwala
lepiej zrozumieć Indian i ich przeszłość. Pisarstwo Blake’a nie pozwala się
nudzić, jednak nie jest to książka, która mnie pochłonęła całkowicie i oderwała
od świata. Mimo to jest bardzo wartościową pozycją i bardzo polecam ją moim
czytelnikom.
Pod wpływem książki postanowiłam odświeżyć sobie wspomnienia
związane z filmem. Podzieliłam go sobie na dwie części i wczoraj obejrzałam
drugą część. I muszę przyznać szczerze, że film znacznie przewyższył książkę.
Wspaniała rola Kevina Costnera (również reżysera), cudowna muzyka Johna Barry'ego, w której można było wyczuć miłość
do wszechogarniającej prerii i do dzikiego, wolnego życia, wspaniałe widoki i
wiarygodnie przedstawione życie indiańskie, przywiązanie człowieka do zwierząt,
dziwna miłość dzikiego zwierzęcia do człowieka, który zdawał się je rozumieć-
to wszystkoprzepełniło mnie podczas
oglądania i już wiedziałam, dlaczego oglądałam kawałki tego filmu tyle razy i
nigdy jeszcze nie czułam znudzenia. Nakręcony z wielkim rozmachem, film porwał
mnie za serce i kilkakrotnie wzruszył do głębi, wyciskając łzy ze złaknionych
piękna i dobra oczu. Ukształtował we mnie fascynację tamtymi czasami i
Indianami, fascynację dziką prerią.
Nie wszystko się zgadzało z tym, co opisywał Blake (mimo, iż on odpowiadał za scenariusz produkcji filmowej), jak
choćby słowa włożone w inne usta, odmienne zakończenie, zmiana plemienia
Indian, wśród których kształtował się charakter białego (w filmie byli to
Siouxowie) i nieco inny przebieg niektórych wypadków, ale to wszystko było
niczym w porównaniu z dojmującym pięknem całego obrazu i przejmującymi
zdarzeniami. Wciąż słyszę w uszach tę piękną muzykę, a w oczach mam wspaniałe
widoki skąpanej w słońcu dzikiej i niezmierzonej ludzkim okiem prerii.
Myślę, że ten film jeszcze nie raz wypełni moje serce uczuciami piękna i spełnienia i na stałe wpisze
się do mojej filmoteki, zajmując poczesne miejsce obok „Ostatniego Mohikanina”.
Po raz pierwszy od dawna rzuciłam się na książkę po
obejrzeniu filmu. Nie było zwykłej obawy w związku z porównaniem dwóch dzieł-
książkowego i adaptacji; nie było nasycenia, które zawsze odczuwam po
obejrzeniu filmu, lub przeczytaniu książki. Pojawiła się za to niezmierna
ochota, by zapoznać się z oryginałem, na podstawie którego powstało tak
fantastyczne filmowe dzieło, jak najnowsza adaptacja dzieła Lwa Tołstoja „Anna
Karenina”.
Już następnego dnia po obejrzeniu filmu poleciałam do
biblioteki, a potem z radością niosłam dwa opasłe tomy do domu, wierząc, że
mimo natłoku obowiązków, przeczytam te dwa tomy w tydzień. Oczekiwała, że dam
się pochłonąć temu dziełu i wcale mi nie przeszkadzało, że znam zakończenie.
Pani w bibliotece bardzo się zainteresowała moim wyborem i zapytała, czy
oglądałam już film. Prawdopodobnie miałam to wypisane na czole. Albo zwyczajnie
wyczytała to z mojej radości, którą usłyszała w głosie, gdy zobaczyła jak
wpadam z rozpędem do biblioteki. A może dodała sobie dwa do dwóch i wyszedł jej
właściwy wynik po tym, jak bez zawahania podeszłam od razu do jej biurka i
poprosiłam o konkretną pozycję. Opowiedziała mi też, że kiedyś widziała jakąś
starszą adaptację i wówczas była wniebowzięta. Po takiej rekomendacji
wiedziałam już, że książka będzie równie fascynująca co film. Trochę mnie
przeraziło, kiedy pani bibliotekarka powiedziała, że książka jest inna od
filmu, bardziej statyczna (a może to było „statystyczna”?), bardziej
nakierowana na wewnętrzne przeżywanie przez bohaterów wszystkiego, co się
działo, ale w końcu się uspokoiłam, bo przypomniała mi się „Trędowata”, gdzie
przeżycia wewnętrzne bohaterów nadało książce niebywały klimat, bez których
byłaby ona zwykłym opowiadaniem.
Nie zawiodłam się. Książka była wspaniała. Mimo około 1200
stron nie pozwalała się nudzić. Trochę męczyły mnie opisy wewnętrznych przeżyć
Lewina związanych z życiem, jego celem, z religią i z rolą, jakąmają przed sobą właściciele ziemscy wobec
chłopstwa. Rozumiem, że autor chciał czytelnikowi zwrócić uwagę na sprawy,
które jego samego w życiu interesowały i trapiły, ja to jednak odczuwałam jako
mozolne próby wyczytania w tych przeżyciach filozofii życia, jaką kierował się
Tołstoj. A że nigdy nie miałam pociągu do filozofii, cierpiałam podczas
czytania rozważań, które autor włożył w usta Lewina, nawet jeśli cała historia,
ze wszystkimi jej bohaterami, miała być wymyślona tylko po to, aby te poglądy
przedstawić światu. Ja odłożyłam tę część na bok, starając się wyłuskać
najważniejsze dla mnie rzeczy -a więc
miłość, widzianą oczami różnych ludzi oraz jej potęgę, mogącą doprowadzić do
uszczęśliwienia lub zniszczenia człowieka.
W książce mamy dwóch równoległych głównych bohaterów, którzy
przeżywają najgłębsze z uczuć- miłość, każde na swój sposób. Konstanty Dmitrycz Lewin, ze swą czystą i wierną, choć
nieodwzajemnioną miłością do księżniczki Kitty Szczerbackiej, jawi się tu jak
prawomocny i sprawiedliwy rycerz, nie potrafiący czerpać przyjemności z życia
bez swojej ukochanej. Anna Arkadiewna Karenin z kolei, poświęcając ogromną
miłość do dziecka i honor swojego męża, odrzucając własną godność w imię chorej
miłości i niszczącej wszystko namiętności, jest jego przeciwieństwem. Miłość
Lewina nikogo nie rani, natomiast uczucie, które Anna żywi do Aleksego
Wrońskiego, krzywdzi wszystkich, na których jej zależało, by na końcu zniszczyć
ją samą. Ta miłość od początku jest zła, ponieważ nie tylko odrywa żonę od męża
i dziecka, ale i wystawia na szwank godność i miłość własną niewinnej i ślepo
zakochanej we Wrońskim Kitty. Ta miłość nie zważa na nic, na żadne
konsekwencje, byle tylko dopiąć swego – związać myśli i osobę Wrońskiego z
jedną kobietą i oderwać go całkowicie od życia, które wiódł. Anna chciała
zagarnąć go wyłącznie dla siebie, żyjąc tylko i wyłącznie dla jego miłości i ta
niemożność wypaliła jej serce i duszę.
Oprócz tych dwóch wyraźnie zaznaczonych postaci, oraz Kitty
i Wrońskiego, wydaje mi się, że należy zwrócić uwagę także na ważną
drugoplanową postać, jaką jest Daria Aleksandrowna, szwagierka Anny Karenin,
nazywana przez męża Stiepana Arkadjicza Obłońskiego pieszczotliwie, choć bez szacunku, Dolly, matka pięciorga żyjących i dwojga nieżyjących dzieci. Od jej problemów
w małżeństwie zaczyna się cała akcja, po czym jej postać przepływa pomiędzy
dwiema historiami miłosnymi, dając tym samym czytelnikowi pretekst do
porównywania jej żałosnej sytuacji z haniebną sytuacją Anny i prostej sytuacji
Lewina. Na początku autor rzuca nam jakoby na przynętę godną pożałowania i
litości Dolly, wymuszając na czytelniku współczucie, jednocześnie pozwalając mu
na protekcjonalność względem niej. Pozwala nam myśleć, jaka ona głupia i
naiwna, bo nie odchodzi od męża, który ją zdradził; bo pozwala przytłoczyć się
obowiązkami, które zrzucił na nią samolubny mąż. Po czym z każdą kartką nagle
zauważamy, że to ona jest najsilniejsza, że mimo załamania z powodu zdrady i
żalu nad przemijającą urodą, mimo zmęczenia codziennymi obowiązkami, w których
nie ma żadnej pomocy ze strony męża- to właśnie ona pocieszała Annę w jej
najgorszych chwilach, to ona dawała jej siłę, odwiedzając ją, kiedy wszyscy się
od niej odwrócili.To ona starała się
pocieszyć Kitty, kiedy ta zrozumiała, że swoim uległym wobec Wrońskiego zachowaniem
nie tylko się poniżyła, ale i pozbawiła się nadziei na szczęście z Lewinem. To
także ona pod wpływem Anny zaczęła myśleć z gniewem o własnej sytuacji
życiowej, buntować się przeciw roli matki, którą nałożył na nią świat i
zastanawiać się, czy z innym mężczyzną nie odnalazłaby szczęścia, gotowa nawet
zostawić swoje dzieci w poszukiwaniu tego szczęścia, żeby w końcu po spotkaniu
z Anną żałować swoich poprzednich myśli i zacząć cieszyć się ze swoich dzieci i
z tego, co dało jej życie. To ona pierwsza zauważyła, że Anna wcale nie jest
szczęśliwa, mimo jej zapewnień i to ona wzniosła się ponad własne potrzeby, by
poświęcić się dla dzieci i niewiernego męża. Na końcu okazuje się, że Dolly
jest najsilniejszą z sióstr i nic nie może jej złamać, zatem przenosimy swoją
litość i współczucie na Annę Karenin, wierząc, że Dolly sama sobie poradzi w
tym przewrotnym świecie. Bo na końcu okazuje się, że to nie jej powinniśmy
żałować, nie nad się litować, tylko nad tą na pozór szczęśliwą Anną, która nie
odnalazła szczęścia tam, gdzie go poszukiwała.
Historia zaczęła się
całkiem zwyczajnie (rzcz dzieje się w Rosji, w XIX wieku). Żona dowiaduje się o zdradzie męża i z rozpaczy chce od
niego odejść. Na to mąż prosi swoją siostrę o pomoc w zatargu i przemówienie
żonie do rozsądku. Ta od razu postanawia działać, zostawia swojego męża i synka
w Petersburgu i wsiada do pociągu do Moskwy, by
pojednać skłóconych małżonków. W pociągu poznaje starszą damę i obie wymieniają
się informacjami na temat swoich synów. Gdy na stacji kolejowej młoda kobieta
poznaje tajemniczego syna starszej współpasażerki, jej los odmienia się
całkowicie, a wypadki zaczynają się toczyć same, dążąc do nieuchronnej
katastrofy.
Tą zdradzaną żoną jest Dolly, a siostrą Anna Karenin. Gdy
poznajemy obie panie, ich życie stoi w zupełnie różnych punktach życia. Dolly
jest matką kilkoro dzieci i sama zajmuje się nie tylko nimi, ale i
gospodarstwem. Jej mąż, wysoki urzędnik państwowy, zbyt zajęty jest swoja
karierą i własnymi rozrywkami, aby opiekować się wymagającymi uwagi dziećmi,
czy zajmować się przedwcześnie postarzałą, mało atrakcyjną żoną. Nie w głowie
mu problemy domowe, zrzuca wszystko na głowę swej małżonki, przyczyniając się
poniekąd do powiększenia jej nieatrakcyjności. Sam zaś bywa w towarzystwie i
często jeździ do Petersburga, gdzie bawi się doskonale, powiększając swoim
zbytkownym życiem i tak już wysoki dług. Kiedy jest w Petersburgu, nie musi
myśleć ani o brzydkiej i wiecznie narzekającej żonie, ani o problemach
finansowych, ani tym bardziej o własnych dzieciach, do których wychowania i
edukacji swojej ręki nie przykłada. Uważa, zgodnie z nowoczesną modą, że dzieci
powinny się chować po ochronkach i szkołach i pozwolić rodzicom żyć, usuwając
się w cień. Podoba mu się nowomodne przekonanie, że rodzic nie powinien się
poświęcać dla dzieci, tylko żyć pełnią życia, jakby tych dzieci na świecie nie
było.Za to sensem jego życia są
kobiety. Uważając, że swoimi niewinnymi romansami nie czyni nikomu krzywdy,
posuwa się nawet do romansowania z niańką swoich dzieci. Gdy jego żona
dowiaduje się o tym i żąda rozwodu, bynajmniej nie odczuwa skruchy. Zbyt jest
przekonany, że używanie życia mu się należy, i że jego przekwitła żona, nie
mając mu już nic do zaoferowania, nie powinnam mu robić żadnych przeszkód, tym
bardziej że krzywda jej się nie dzieje z powodu małego romansu. Żeby jednak nie
zaogniać sytuacji i będąc nieco strapionym kłopotami w domu (a kłopotów ogólnie
nie lubił, bo był bardzo miłym i przyjaznym człowiekiem), postanowił poprosić
siostrę o przekonanie żony, że żałuje swojego występku i nie chce, aby ta
wniosła o rozwód.
Dolly jest zdruzgotana zdradą męża, nie może mu wybaczyć, że
wybrał za kochankę nianię ich dzieci. Zaczyna też zauważać, ile poświęciła
swojemu mężowi, ile ze swej urody straciła rodząc mu dzieci i jak mało w zamian
otrzymała. Ma już dość takiego życia, nie może już żyć z takim upokorzeniem. Zdaje
sobie sprawę, że nie powinna się godzić na takie traktowanie i że to jej mąż i
obowiązki zniszczyły jej urodę i przez to straciła zainteresowanie męża. W
głębi serca nie wierzy w udawaną skruchę męża, i mimo że go nadal kocha, nie
wyobraża sobie dalszego życia z nim. Zbyt wielką czuje odrazę i zbyt czuje się
pokrzywdzona niesprawiedliwością losu. Żal jest jej dawnego piękna, wie, że
swoim wiecznym niezadowoleniem (do którego ma przecież prawo, z racji tego, że
nikt jej nie pomaga w codziennych obowiązkach) zatruwa nie tylko swoje życie,
ale i życie męża. Ale jednocześnie wie, że gdyby nie on i obowiązki, dalej by
była młoda i powabna, a teraz przez to wszystko straciła i urok i
zainteresowanie męża. Błędne koło, w którym musi żyć, nie pozwala jej na przebaczenie.
Wie, że mąż jej napisał do swojej siostry po pomoc, ale ona podjęła już decyzję
i nie zamierza się z niej wycofać.
Kiedy Anna dostaje liścik od brata w sprawie prośby o
pogodzenie go z żoną, poznajemy ją jako pełną godności, piękną, powabną damę, w
której oczach kryje się jakaś tajemnica. Później odkrywamy, że ten sekret to
skrywana namiętność do życia, która dotąd nie znalazła ujścia w spokojnym i
pozbawionym prawdziwych uczuć małżeństwie. Dużo później dowiadujemy się, że
Anna Arkadiewna wyszła za Karenina za namową ciotki, która ją wychowywała. To
ona sprawiła, że Aleksy Karenin oświadczył się o rękę jej wychowanicy, gdy ta
niemal zmusiła go do tego konwenansami, przekonując go, że skoro tak długo
przebywał w obecności Anny, to teraz nie sposób nie złożyć oświadczyn, aby nie
narazić na szwank jej kobiecej godności. Anna zgodziła się, przekonana że
jakieś uczucia żywi do Karenina. Jednak jej małżeństwo pozbawione było tego,
czego potrzebuje każda kobieta: namiętności i silnych uczuć. Nie znajdując w
małżeństwie tego, czego szukała, poświęciła się całkowicie roli matki, kochając
swojego synka Sieriożę całym sercem, tym samym
sercem, które nie mogło kochać mężczyzny, który był jej mężem.
Anna zamknęła oczy na to, czego oglądać nie chciała, a więc
na swoje puste i pełne obłudy małżeństwo i skierowała całą swoją miłość na
syna. Dbanie o niego i kochanie go było celem jej życia i zapełniało puste
życie pozbawione prawdziwej miłości. Karenin odzywał się do swojej żony z
wyczuwalną pogardą, czyniąc jej życie jeszcze bardziej nieznośnym. Kiedy jednak
jechała do swojej szwagierki, by przekonać ją o konieczności zostania przy
mężu, nie myślała o swoim własnym małżeństwie, a właściwie o pozorach tego
małżeństwa. I nie było to spowodowane próbą oszukania wszystkich, tylko zwykłą
narzuconą sobie rolą, w którą sama chciała wierzyć. Ten swój sekret, który sama
przed sobą ukrywała, nosiła w oczach, nadając swemu wyrazowi dozę
tajemniczości. Jej twarz skrywała też prawdziwą namiętność, której nie miała
komu oddać i to wszystko dojrzał Wroński, syn starszej hrabiny,
z którą podróżowała Anna.
Bardzo krótko ze sobą rozmawiali, ale cała jej postać,
urocza twarz i to niezwykłe spojrzenie, które skrywało słodką tajemnicę,
wywarło na Wrońskim duże wrażenie. I mimo, że miał duże powodzenie u kobiet i
właśnie był w trakcie niewinnego flirtu z Kitty Szczerbacką, po którym to
flircie młoda dziewczyna oczekiwała oświadczyn, zatonął w oczach Anny i oddał
jej swe serce. Anna wyczuła to i mimo że dobrze grała, nawet przed samą sobą,
swoją rolę żony i matki, zainteresowała się młodym mężczyzną. Spodobał jej się
także sposób, w jaki na nią patrzył, pełen podziwu, szacunku i pokory. A kiedy
Wroński, by dobrze wypaść w oczach Anny, przekazał pokaźną sumę na rzecz
rodziny kolejarza, który na jej oczach zginął pod kołami pociągu, Anna nie
musiała się oszukiwać, że był to tylko dobry gest. Od razu wiedziała, że mężczyzna zrobił to dla
niej. Czy mogła zapomnieć jego spojrzenie, którym ją obdarzał i przejść nad tym
do porządku dziennego? Żadna kobieta nie przejdzie obojętnie w obliczu adoracji
ze strony mężczyzny, a już na pewno nie taka, która w głębi duszy tęskni za
tym, aby skrywana namiętność w końcu znalazła ujście.
Miłość między Anną i Aleksym Wrońskim od początku była zła i
nie powinna była się wydarzyć. Ale czy łatwo jest wygrać bitwę ze swoim sercem?
Kiedy ono dochodzi do głosu, nie liczy się nic. A już tym bardziej uczucia
innych ludzi, których po drodze do upragnionego celu możemy zranić. Po tym jak
Anna poznała Wrońskiego na stacji kolejowej, udała się do swojej szwagierki, by
pojednać ją z mężem. Tam między innymi poznała Kitty Szczerbacką i dowiedziała
się o jej uczuciach do Wrońskiego. Podczas rozmowy z młodą dziewczyną wyczuła,
że ta wiele sobie obiecuje po wkrótce mającym nastąpić balu i nawet winszowała
księżniczce przyszłego zamążpójścia za oficera.
Anna zrobiła duże wrażenie na księżniczce. Młoda dziewczyna
nawet nie podejrzewała, że kobieta, którą ona podziwia, wkrótce odbierze jej
mężczyznę i wystawi ją na pośmiewisko. Kitty, jako kobieta młoda i
niedoświadczona, dziewczę właściwie, mogła nie umieć właściwie ocenić sytuacji.
Mogła nie wiedzieć, że są mężczyźni, którzy żyją dla flirtu, a nie dla
zamążpójścia. Mogła nie zauważyć, że dla Wrońskiego jej towarzystwo służyło mu
wyłącznie za miłe spędzanie czasu. Mogła nie dojrzeć, że w oczach Wrońskiego
nie ma krztyny miłości do niej. Była na to zbyt młoda, niedojrzała i zbyt
zakochana. Jednak jej matka powinna widzieć takie rzeczy, lecz zamiast
przestrzegać córkę przed zbytnim angażowaniem się w tę znajomość, sama ja na
nią namawiała, chętna wydać córkę za majętnego oficera. Zaślepiona była swoją
własną próżnością i chęcią zdobycia dla córki najlepszego męża, pod względem
finansów i obycia w świecie i nie zauważała potęgi prawdziwej miłości, jaką
przyjaciel Kitty, Lewin, okazywał jej córce. Księżna Szczerbacka dobrze wiedziała,
że Lewin chce się oświadczyć Kitty, i zamiast cieszyć się z tego, była zła na
mężczyznę za próbę pokrzyżowania jej planów wydania dziewczyny za kogoś
lepszego. W oczach Szczerbackiej właściciel ziemski, mieszkający na wsi, nie
nadawał się na męża jej światowej córki. W przeciwieństwie do niej, książę
Szczerbacki był za Lewinem, ale w pewnych rodzinach to kobiety żądzą, a
mężczyźni nie mają nic do powiedzenia. Kiedy Kitty odrzuciła oświadczyny
Lewina, przekonana, że jeszcze tego samego dnia usłyszy to samo z ust
Wrońskiego, jej matka była wniebowzięta. Cieszyła się, że jej córka nie zrobiła
błędu i nie dała słowa Lewinowi. Sama Kitty, znająca Lewina od dawna i darząca
go ciepłymi uczuciami, czuła się dziwnie ze swoją odmową. Jednak myśl o
Wrońskim odsuwała przykre rozmyślania.
Jakież więc było zdziwienie Kitty, kiedy zamiast ją prosić
do tańca, Aleksy skupił swoją uwagę na Pani Karenin! Na początku nie mogła
uwierzyć w to, co się działo przed jej oczami, dała też Wrońskiemu podczas
jednego z tańców do zrozumienia, że go kocha i oczekuje oświadczyn. Kiedy
zorientowała się, kto skradł jej uwagę przyszłego narzeczonego, doszło do niej
jak bardzo się ośmieszyła, wygłupiła, dając całą sobą do zrozumienia
mężczyźnie, że go kocha, nie mając jego wzajemności. Gdy zrozumiała, że
wzgardziła prawdziwym uczuciem na rzecz mężczyzny, który tylko się nią bawił
dla własnej rozrywki, zaczęła rozpaczać, a jej ból ranił kochającego ojca i
ukazywał matce jej własną głupotę, która nakazywała jej odrzucić prawdziwą
miłość ofiarowaną jej córce przez Lewina, na rzecz własnego wyobrażenia i
marzeń. Ze zgryzoty i cierpienia, Kitty wraz z matką pojechały do wód, aby
dziewczyna znowu nabrała życia. Tam Kitty ma okazję przemyśleć wszystko, co się
stało, a także pojąć, że prawdziwą i szczerą miłość do Lewina przesłaniała jej
jakaś błahostka, którą wcześniej uważała za uczucie, a o której teraz chciała
zapomnieć. W tym czasie Lewin także przeżywał katusze i starał się żyć bez
swojej ukochanej, wierząc, że życie tak naprawdę nie ma sensu i że nie warto
nic robić, bo i tak na końcu wszystkich czeka śmierć. Gdy zaś po długim okresie
czasu dochodzi do ponownego spotkania młodych, mają oni okazję do ponownego
spojrzenia w głąb siebie i zawalczenia o swoje szczęście.
Gdy Kitty przeżywała swoje pierwsze i jakże bolesne
rozczarowanie miłosne, Anna pławiła się w blasku miłości Wrońskiego, który w
ogóle nie starał się ukrywać swojego uwielbienia do niej. Jako, że nigdy nie
traktował księżniczki Szczerbackiej za cokolwiek więcej niż miłą zabawę, mimo
iż właściwie odczytał z oczu jej zapatrzenie w niego, bez żadnych skrupułów
przeniósł swoją uwagę na Annę Karenin. Jego uwielbienie było na tyle oczywiste,
że Anna musiała wyznać Dolly, iż zrobiła przykrość Kitty, narażając ją na
zazdrość. Jednak wciąż, mimo iż było jej miło, że ktoś może ją wciąż uważać za
atrakcyjną, wierzyła że jest to tylko zauroczenie bez przyszłości. Żeby nie
sprawiać siostrze Dolly więcej przykrości, spełniwszy swoją misję pogodzenia
małżonków i przekonania szwagierki, że powinna zostać przy mężu, skoro wciąż go
kocha, skróciła swój wyjazd i wróciła szybciej do męża i do synka. Gdy okazało
się, że Wroński opuścił Moskwę i tym samym pociągiem pojechał za Anną, stało
się dla obojga jasne, że uczucie, które ich ogarnęło, jest czymś więcej niż
tylko przelotnym zauroczeniem. Romans był tylko kwestią czasu. A gdy zaczął się
na dobre, nie było możliwości powstrzymać naporu zdarzeń, które z niego wyniknęły.
Wroński, który nigdy wcześniej nie czuł takiego przywiązania
do jednej kobiety, oddał się Annie całkowicie. Był pokorny, wyczekujący,
wyprzedzający jej myśli- był cały jej. Anna brała to jako oczywistość i
cieszyła się szczęściem kobiety kochanej. Dla osób postronnych ich uczucie nie
było tajemnicą, ponieważ Wroński tak nadskakiwał Annie, iż nie mogło być mowy o
zwykłej uprzejmości. Tylko Karenin zdawał się niczego nie dostrzegać, a raczej
nie chciał dostrzegać. Uważał, że sam by się skazał na śmieszność, gdyby nie
ufał swojej żonie. Uważał, że zazdrość jest domeną ludzi słabych. Zamykał więc
oczy na wszystko i ufał żonie na siłę, mimo iż znajomi jego coraz bardziej
dawali mu do zrozumienia, iż Annę łączy coś z Wrońskim. Karenin na to wszystko
zdobył się tylko na niemiłą dla niego rozmowę z żoną, w której wyłuszczył jej
spokojnie, że jej zachowanie jest niewłaściwe i że jako dobry mąż daje jej
szansę na opowiedzenie mu wszystkiego i zawrócenie jej ze złej drogi. Uważał
się za wspaniałomyślnego, wyciągając do niej rękę, nie wiedząc jaką odrazą
wypełniał serce Anny tą swoją wielkodusznością i myśleniem o sobie w samych
superlatywach. Odkąd Anna poznała Wrońskiego, to co przedtem zamknęła przed
samą sobą, wyszło z ukrycia jej umysłu- a więc brak miłości, odraza do męża i
nienawiść do niego za tę jego dobroć, a raczej dbanie o pozory. Mimo
negatywnych uczuć, jakie cisnęły jej się do głowy, nie przyznała się do romansu
i wyśmiała męża za jego przypuszczenia. Kiedy jednak okazało się, że jest w
ciąży, postanowiła dłużej nie ukrywać swojej miłości. Okazja do wyznania prawdy
pojawiła się na wyścigach, podczas których jawnie okazała swoje uczucia przed
publicznością, gdy zobaczyła, jak Wroński spada z konia. Zagadnięta ponownie
przez męża o zakazany temat, wykrzyczała mu, że kocha Wrońskiego i że nic jej
nie obchodzi ponad to. Oddała się całkowicie w ręce męża, nie dbając wcale o
to, co on sobie o niej pomyśli, ponieważ gardziła nim za tę jego sztuczność,
bylejakość i brak życia. A kiedy mąż wspaniałomyślnie pozwolił jej do siebie
wrócić i dalej spełniać swoje małżeńskie obowiązki, tylko dlatego, że bał się o
swój własny honor i wizerunek, nienawiść w sercu Anny za te pozory wzmogła się
na tyle, że nie potrafiła przystać na jedyny warunek, jaki mąż wysunął,
mianowicie aby nie spotykała się z Wrońskim, a przynajmniej nie przyjmowała go
w domu i dbała o to, aby nie pokazywać ludziom swojej miłości.
Kiedy Karenin dowiedział się, że Anna nie dochowała jego
warunku, wpadł we wściekłość, bo bardziej niż o honor swojej żony, dbał o
własny nieskazitelny wizerunek. I choć przedtem uważał rozwód za coś hańbiącego dla niego, teraz uważał, że nie ma innego wyjścia jak rozwieść się i skazać żonę na pohańbienie. Mimo to, gdy Anna prawie umarła po połogu, w
którym powiła córeczkę Wrońskiego, Karenin w swej udawanej, zwłaszcza przed
samym sobą, dobroci, zaoferował złej żonie powrót do domu, choć chwilę
wcześniej pragnął jej śmierci, gdyż widział w tym rozwiązanie wszystkich swoich
problemów, bez rozwodu i bez własnego upokorzenia. Gdyby Anna umarła, nie musiałby nic przedsiębrać, a świat nie
dowiedziałby się o jego rodzinnej porażce. Gdy okazało się, że Anna
wyzdrowiała, wmówił sobie miłość do niej i bezbłędnie zagrał rolę wybaczającego
męża, przyjmującego niewierną żonę do domu. Anna miała porzucić Wrońskiego i
grać przed światem rolę dobrej żony. Nawet sprawy łóżkowe nie miały dla
Karenina znaczenia. Mógł się bez nich obejść, byle tylko nie musiał uchodzić w
świecie za zdradzonego męża.
Anna wytrwała w tym oszukańczym związku tylko chwilę.
Nienawidziła męża całym sercem za tę jego dobroć i nie mogła z nim zostać.
Poświęciła miłość do ukochanego synka Sierioży, wiedząc, że mąż nie puści go z
nią tylko dlatego, by ukarać niewierną żonę i wyniosła się z córką do
Wrońskiego. Dobrze wiedziała, że mąż wcale nie kocha swego syna i zwyczajnie
chce ją w ten sposób zranić, by nie mogła być naprawdę szczęśliwa. Mimo iż
Karenin, pod namową Dolly, zgodził się na rozwód, który dla niego był wielkim poświęceniem i wystawieniem się na wstyd przed ludźmi, a dla jego żony wybawieniem, Anna wybrała świadome
cierpienie za to, że porzuca męża i zrezygnowała z tego prostego rozwiązania jej zagmatwanej sytuacji. Wiedziała, że jako
kochanka porzucająca męża, jawnie mieszkająca z kochankiem, nie będzie miała
łatwego życia, nie wiedziała wszakże co ją czeka. Kiedy jej stosunki z Wrońskim
zaczęły się rozluźniać, zaczęła poszukiwać ratunku w rozwodzie z mężem. Kiedy
jednak się na niego zdecydowała, Karenin znajdował się już pod wpływem
przyjaciół i odmówił rozwodu, skazując żonę na wieczne potępienie i
nieszczęście, okazując tym samym prawdziwe oblicze swojej rzekomej dobroci.
Matka Wrońskiego początkowo była zadowolona z tego romansu.
Uważała, że młody mężczyzna niewinnym romansem z czyjąś żoną nada mu ostatni szlif, ponieważ w wyższych sferach romanse były dobrze odbierane, dopóki
działy się w jako takim ukryciu. Jednak kiedy Anna odeszła od męża, sprawa się
skomplikowała, bo cała sytuacja wyszła na jaw. Dodatkowo Wroński przez Annę,
zrezygnował z awansu, który załatwiła mu matka, aby być z kochanką. Od tego
momentu hrabina Wrońska znienawidziła Annę, uznając ją za kobietę upadłą i nie
licząc się zupełnie z tym, że ją i jej syna może łączyć prawdziwe, szczere
uczucie. Dla starszej kobiety liczyły się pozory, tak jak dla Karenina.
Wroński na początku związku z Anną zachowywał się jak
zakochany uczniak. Pojechał za nią do Petersburga, jawnie okazywał swe
całkowite oddanie, nie bacząc na konwenanse, nawet sam namawiał do przyznania
się do romansu przed Kareninem, choć potem, w momencie największego zachwiania swoich uczuć, zaczął żałować, że kiedykolwiek namawiał kochankę na takie skomplikowanie jego sytuacji jako człowieka stojącego przed życiowymi szansami. Chętnie zrezygnował z awansu, zwłaszcza, gdy
się dowiedział, komu go zawdzięcza. Wroński był ambitny i sam wolał zdobywać
zaszczyty. Nie miał więc oporów przed rezygnacją z awansu. Widział swoją
karierę jako dobrze rozwijającą się i obiecującą, jednak po czasie zorientował
się, że pozycja młodego, romansującego żołnierza, nie wspinającego się po szczeblach
kariery, jest coraz mniej szanowana w towarzystwie. W końcu postanowił zadbać o
swoja karierę i porozmawiać z osobami, które mogłyby mu w tym pomóc. Jeszcze
kilka miesięcy wcześniej wystarczała mu miłość Anny i niczego więcej od życia
nie potrzebował, z czasem jednak to uczucie zaczęło mu ciążyć. Anna robiła się
coraz bardziej zaborcza, a kiedy ich romans stał się jawny dla wszystkich,
zaczęła mu ta miłość przeszkadzać. W pewnym momencie nawet zaczął żałować, że
Anna mu uległa i że to wszystko się w ogóle zaczęło. Cała sytuacja zaczęła mu
ciążyć i zaczął widzieć w Annie przeszkodę. Zaczął się żalić sam przed samym
sobą na swoją ciężką sytuację, zupełnie nie zważając, że to tylko Anna była w cięższej
sytuacji. Poświęciła bowiem dla niego nie tylko spokój, ale i swoją pozycję w
towarzystwie i miłość do ukochanego synka. Wroński w tym momencie jawi się nam
jako człowiek egoistyczny i mało dojrzały. Kiedy Anna powiedziała mu o swojej
ciąży, nie potrafił się tak naprawdę z tego ucieszyć, bo to oznaczało jeszcze
większą komplikację jego sytuacji.
Gdy jednak Anna zaczęła chorować po połogu, a potem, gdy
niebezpieczeństwo minęło, podjęła decyzję o rezygnacji z niego, Wroński zdał
sobie sprawę, że nie może żyć bez swojej kochanki i że teraz nie może przerwać
tego związku. Że gdyby mu się oparła na samym początku, kiedy był w niej
najbardziej zakochany, wówczas byłoby mu łatwiej się z tego podnieść. Teraz nie
widział dla siebie żadnego wyjścia. W geście rozpaczy próbował się zastrzelić,
jednak chybił i przeżył. Matka, nienawidząc Annę z całego serca, załatwiła mu
przeniesienie, aby z dala od Anny pozbierał się i zapomniał o wszystkim. Gdy
Anna dowiedziała się, że Wroński z jej powodu chciał się zastrzelić, porzuciła
męża, zostawiła za sobą całe swoje życie i synka, mimo iż wiedziała, że mąż
zwróci syna przeciwko niej i odeszła do Wrońskiego. Ten, wiedząc, że w obecnej
sytuacji nie może kontynuować kariery, zrezygnował z wojska, łamiąc serce
dumnej z osiągnięć syna matki i udał się wraz z Anną i córeczką Annie za
granicę.
Po powrocie zza granicy, Anna wbrew nakazom
Wrońskiego postanowiła udać się do teatru. Wiedziała, że towarzystwo
Petersburga będzie się do niej odnosiło z rezerwą, nie była jednak przygotowana
na to, co ją czeka. Zamknęła oczy na konwenanse i udała się do teatru. Wroński
nie poszedł z nią, wiedząc jak niemiłe przyjęcie spotka jego kochankę, jednak
nie zrobił wiele, aby ją powstrzymać. Znowu zaczął się użalać nad swoja
sytuacją, oskarżając w duchu Annę, że zamiast mu ułatwiać, stawia go w
niezręcznej sytuacji. ""I co ja tutaj robię? Czy może tchórzę, czy też przekazałem opiekę nad nią Tuszkiewiczowi?" - rozmyślał po wyjściu Anny- "Z którejkolwiek strony na to spojrzeć, zawsze wyjdzie głupio, głupio... I dlaczego Anna stawia mnie w takiej sytuacji?" Tymi myślami pokazał, jak mało ważna jest dla niego Anna i jej dobre imię, a jak bardzo skupia się na samym sobie. "Ukazać się w tym stroju, ze znaną wszystkim księżniczką, w teatrze, znaczy nie tylko zaakceptować swą sytuację upadłej kobiety, ale i rzucić światu wyzwanie, czyli się na zawsze świata wyrzec"- myślał, ale nie powiedział tego kochance. Ostatecznie udał się do teatru za Anną, jednak nie
przysiadł się do jej loży, tylko obserwował ją z daleka jak tchórz, nie chcąc
się narazić na niemiłą sytuację. W głębi zaś serca miał do Anny żal za to, na co ona go naraziła.
W teatrze Annę spotkała niemiła niespodzianka. Nikt nie
chciał z nią rozmawiać, wszyscy się na nią patrzyli jak na wyrzutka, a
ostatecznie pewna wysoko urodzona dama zrobiła jej afront, na głos zakazując
swojemu mężowi odzywania się do niej, tak, że każdy mógł to usłyszeć. Zrobiła też uwagę, że hańbą jest siedzieć koło kobiety upadłej. Dopiero
wtedy Annie otworzyły się oczy i zrozumiała, że swoim postępkiem zamknęła
sobie na zawsze drzwi do wszystkich szanowanych domów. Stała się wyrzutkiem.
Sytuacja kobiet w tamtych czasach nie należała do lekkich.
Mogły one romansować, ale w ukryciu, nie narażając honoru swoich mężów. Mogły
odejść od nich oficjalnie, składając pozew o rozwód i pokazywać się w
towarzystwie innych mężczyzn i nikt nie miał nic przeciwko temu. Ale nikt nie
chciał mieć nic wspólnego z domem, gdzie stosunki nie zostały uporządkowane.
Albo należało się męczyć z mężem, albo doprowadzić kłótnie do takiego stanu,
aby małżeństwo się rozpadło, jawnie i oficjalnie. Kiedy jednak kobieta
sprzeniewierzała się mężowi, oddając się innemu i trwając jednocześnie w
małżeństwie- taka kobieta była wyklęta i uznawana z upadłą. Nie była nigdzie
przyjmowana, nikt jej nie odwiedzał. Pozostawała sama sobie.
Kiedy Anna
rezygnowała świadomie z rozwodu, wiedziała częściowo, na co się porywa. Sama
sobie taką karę wybrała za swoje postępki. Uważała się sama za złą kobietę, za to, że naraziła męża na wstyd: "Przeze mnie spadło nieodwołalnie na tego człowieka nieszczęście- nie chcę więc z tego nieszczęścia czerpać korzyści. Cierpię i ja również i będę cierpiała, tracąc to, co mi jest najdroższe: uczciwe imię i syna. Postąpiłam źle, toteż nie pragnę szczęścia, nie chcę rozwodu i będę cierpiała z powodu mojej hańby i rozłąki z synem." Wiedziała, że jest winna i uznała,
że powinna zostać ukarana. Nie wiedziała jednak, że jej kara będzie tak ciężka
do zniesienia i tak bolesna. Mimo że Wroński był tak samo winny jak ona, nikt
żadnej winy mu nie przypisywał. Był wolnym mężczyzną, mógł więc robić co
chciał. Przyjmowano go nadal w najlepszych domach, nie robiąc mu afrontu.
Natomiast Anna była poza nawiasem społeczeństwa. Nie mogła nawet spotykać
ukochanego syna, bo nie uzyskała pozwolenia od męża. Mimo to udała się na
spotkanie z nim i była to dla obojga straszna trauma, zwłaszcza że potajemne
spotkanie przerwał Karenin. Sierioża nic nie wiedział o tym, co się działo
między matką i ojcem, wiedział tylko, że się pokłócili i że nie mógł się z nią
widywać. Kiedy więc ją zobaczył po kilku miesiącach niewidzenia, było to dla
niego ciężkie przeżycie. Karenin spodziewał się tego, więc po tym spotkaniu
zabraniał służbie i komukolwiek wymieniać imienia Anny przy synu, chcąc wymazać
ją z jego życia. Wkrótce Sierioża sam nie chciał pamiętać matki, a w jego umyśle
pozostała nigdy nie zagojona rana porzuconego dziecka.
Za granicą młodzi kochankowie, nie mając żadnych konkretnych
zajęć i przebywając wyłącznie ze sobą, zaczęli się szybko nudzić. Gdy wrócili
do Rosji, zamieszkali najpierw na wsi, potem zaś wrócili do Petersburga. Tak na
wsi, jak i w mieście, Anna nudziła się strasznie, nie mogąc nigdzie wyjść.
Czytała więc książki i piła opium, żeby zasnąć. Stała się tak zaborcza, że
swoją miłością zaczęła odpychać Wrońskiego. Była zazdrosna o jego wyjazdy
służbowe i inne zajęcia. Była świadoma tego, że nie powinna być taka zaborcza,
sama wcześniej mówiła, że mężczyzna musi mieć rozrywki, by nie zatęsknił za
nowościami, jednak zazdrość o niego i jego uwagę była zbyt wielka do
opanowania. Kobieta żyła w ciągłym niepokoju, że kochanek może przestać ją
kochać i ją zostawić, jako że nie byli związani węzłem małżeńskim. Dlatego
ciągle się przebierała, udawała wesołą i szczęśliwą, choć w głębi duszy wciąż
spodziewała się, że mężczyzna przestanie ją kochać. Anna stara się zastąpić
Wrońskiemu wszystko, co ten dla niej poświęcił, zdając sobie sprawę jak bogate
musiało być jego życie kawalerskie. Wciąż stara się zniewalać go swoim urokiem,
który na mężczyznę nie działa już tak, jak kiedyś, ponieważ zwyczajnie mu się
opatrzył. Anna stara się być użyteczna, więc czyta wszystko to, co i kochanka
interesuje, coraz ciaśniej oplątując wokół niego swoją zaborczą sieć. Nie mogąc
się wyrwać z tego samotnego życia chce, aby Wroński cały czas był przy niej.
Jej życie kręci się wokół niego i jego miłości, zaś Wroński chce od życia
czegoś więcej. Chce działać, żyć, spotykać się z ludźmi. Wroński czuł się jak
ścigany zwierz, jak człowiek w pułapce. Anna poświęciła dla tej miłości
wszystko, co było dla niej najcenniejsze, uważała więc, że Wroński powinien to
zrozumieć i zrezygnować dla niej ze wszelkich zajęć, które odwracały jego uwagę
od niej. Często powodowała kłótnie, kiedy Wroński przeciwstawiał się jej i
manifestował swoją niezależność. Wroński powiedział sam do siebie „Wszystko jej
mogę poświęcić, ale nie moją męską niezależność”, nie wiedząc, że właśnie tym
najbardziej rani kochankę. Anna zobaczyła, że z jej dawnego, pokornego,
usłużnego kochanka niewiele zostało.
Czuła, że straciła nad nim swą dawną władzę i szalała z
rozpaczy i niepewności. Powiedziała do Dolly „Jakże ja go utrzymam, no jak?”. Wroński
natomiast nie potrafił dobrze zrozumieć sytuacji, w jakiej znajdowała się Anna
i jej zaborcza, namiętna miłość zaczęła mu ciążyć. Anna często wypominała mu,
jak wiele dla niego poświęciła, on jednak nie potrafił poświęcić dla niej
swoich zainteresowań,. Po odejściu ze służby musiał coś robić, żeby nie
zwariować z nudów, zostawiał więc często kochankę samą, zapominając, że ona nie
ma żadnych zajęć, by zabić nudę. Nie zauważył, że Anna staje się coraz bardziej
nerwowa i nieszczęśliwa. Był pewny siebie, a to Annę raniło najbardziej. Bo
dawało jej złudzenie, że Wroński jej już nie kocha, a był dla niej całym
światem. Często powtarzała, że jego miłość jest dla niej najważniejsza. Kiedy
ta miłość w jej umyśle zaczęła znikać, pojawiła się zazdrość i napady złości.
Tym swoim zachowaniem zaś jeszcze bardziej odpychała od siebie Wrońskiego.
Kiedy zdobyła dowód na to, że ten już jej nie kocha, zrozumiała jak wiele
straciła. Nie mogła przejść do porządku dziennego nad tym, że zamieniła miłość
do syna na miłość do człowieka, który już jej nie kochał. Poświęciła dla niego
wszystko i spotkała się z odrzuceniem. Nie chciała żyć dalej z człowiekiem,
który jej nie kochał. Poczuła odrazę do siebie, do Wrońskiego i do całego
świata. Wroński zaś nie zauważył, w jak ciężkim psychicznym stanie była jego
kochanka. Anna postanowiła w geście rozpaczy zemścić się na Wrońskim, ukarać go
najdotkliwiej jak umiała. Kara zaś była naprawdę bardzo dotkliwa…
Związek,
który miał przynieść obojgu szczęście, dał tylko ułudę szczęścia, po drodze
niszcząc wiele osób. Nawet córeczka Anny i Wrońskiego na tym ucierpiała, bo
matka jej nie potrafiła córki kochać, zupełnie jakby jej miłość dana Wrońskiemu
i Sierioży wyczerpała się. Nie mogąc być z synkiem, Anna nie potrafiła przelać
swoich uczuć na córkę. Najbardziej jej bowiem zależało na połączeniu dwóch
osób, które najbardziej kochała- Wrońskiego i Sierioży. Nie czując nic do swojej
córki, nie chciała już więcej rodzić dzieci.
Gdy rozmawiała o tym z Dolly, ta
zaczęła rozważać swoje własne myśli na ten temat, które snuła jadąc w
odwiedziny do Anny. Zazdrościła jej prawdziwego uczucia i szczęścia, litowała
się nad samą sobą, denerwowała się na niewiernego męża i na okropne dzieci,
które wysysały z niej życie. Samej Dolly przeszło przez myśl, ze nie chce już
rodzić dzieci i narażać się na cierpienie, brzydką figurę, ponieważ i tak nie
wierzyła, że z tych dzieci wyrosną dobrzy ludzie. Kiedy jednak w oczach Anny
nie zobaczyła prawdziwego szczęścia i kiedy usłyszała, że Anna nie chce mieć więcej
dzieci, bo nie chciała ich narażać na cierpienie z powodu niejasnej sytuacji, w
jakiej się znajdowała, Dolly zrozumiała, jaka naprawdę była szczęśliwa i jak
jej myśli były głupie. Już nie zazdrościła bratowej, bo zrozumiała, że jej
sytuacja jest o niebo lepsza, mimo długów i męża, który jej nie kochał. Mimo to
Dolly była jedyną osobą, która zawsze kochała Annę i nigdy się od niejnie odwróciła, nawet w najgorszych momentach.
Ale nawet spokojna i zrównoważona Dolly nie chciała przywozić dzieci do domu
Wrońskiego i Anny, ponieważ nie chciała na nich ściągnąć hańby. Nie chciała brać na swoje barki rehabilitacji Anny Karenin w oczach towarzystwa.
Kiedy Anna zaczęła swój romans z Wrońskim, odczuwała wtedy
radość i szczęście, jakiego dotychczas nie zaznała. Czuła , że wyrwała się z
jakiegoś sztucznego życia, które wiodła u boku męża. To dotychczasowe życie
było dla niej koszmarem, pozbawione głębszych uczuć, które przelewała na syna.
Kiedy poczuła miłość do innego mężczyzny, wydawało jej się, że dopiero zaczęła
żyć. Nareszcie jej prawdziwy duch odnalazł ścieżkę, aby się uwolnić. Nie
przypuszczała nawet, że to szczęście, które jej się trafiło, będzie miało tak
dalekie skutki i w rzeczywistości przyniesie więcej zgryzot, niż ktokolwiek
mógł się tego spodziewać. Niestety taki już los kobiecy- czeka nas wieczna
pogoń za miłością i tylko nieliczne z nas czeka spełnienie.
Po przeczytaniu tej książki mam ogromną ochotę zapoznać się
z kolejnym dziełem Tołstoja, pt. „Wojna i pokój”. Choć Anna Karenina uchodzi za
jego najlepsze dzieło, to czuję, że i w tamtej pozycji odnajdę coś dla siebie :) I nawet już wiem, o jaką
książkę poproszę, będąc następnym razem w bibliotece :)
Film, który skierował moje kroki do biblioteki,
wyreżyserowany został w 2012 roku przez Joe Wrighta. Na jego trop wpadłam, siedząc pewnego dnia w kinowej sali, czekając na rozpoczęcie seansu pewnego
filmu. Zawsze z ciekawością oczekuję na moment wyświetlania trailerów, bo jestem bardzo ciekawa, co nowego pojawi się w kinach. „Anna Karenina”
natychmiast przyciągnęła moją uwagę. Bajeczny świat pokazany w kilkuminutowym
trailerze oczarował mnie od razu. Do tego historia miłosna i Keira Knightley w jednym przekonały mnie, że to będzie kolejny film, na który się wybiorę do kina.
Trochę mi nie pasował nieco mydłkowaty wygląd głównego bohatera, ale cała
sceneria, żywa akcja i piękne kostiumy zatarły niemiłe wrażenie i potrzebę
oglądania silnego, przystojnego i kipiącego męskością mężczyzny, który miał
mnie rozkochać na ekranie.
Niestety wskutek różnych zdarzeń nie udało mi się zobaczyć
tego filmu w kinie a przez mydłkowatego Wrońskiego pozwoliłam sobie
całkiem zapomnieć o tym filmie. Na szczęście mój umysł lubi przechowywać w
zakamarkach pamięci różne ważne informacje i pewnego dnia zwrócił moją uwagę na
ten film. Szybko się w niego zaopatrzyłam i dałam się wciągnąć w scenerię Rosji
XIX wieku.
Reżyser wpadł na genialny pomysł, aby pomieszać koncepcje i
często zmieniać scenerie, pozostawiając główny motyw musicalu rozgrywanego na
deskach teatru. I tak w jednej chwili przenosimy się ze sceny teatralnej do mieszkań, sal
balowych, na łąkę, gdzie Anna oznajmia Wrońskiemu, że jest w ciąży, ponad
scenę, gdzie poruszać się powinni pracownicy techniczni, a co za sprawą magii w
jednej chwili przeistacza się w ruchliwą ulicę lub peron kolejowy. Rolę
pociągu, zawożącego Annę na pierwsze przypadkowe spotkanie z Aleksym Wrońskim,
gra dziecięca zabawka, która nagle przemienia się w prawdziwą ciuchcię z wagonami.
Urzędnicy pracują w ten sam takt, porzucając pieczętowanie gór niepotrzebnych
papierów na odgłos gwizdka ogłaszającego koniec pracy, Obłoński roztańczonym krokiem zmienia ubranie na
robocze po przyjściu do pracy, służba tańczy niemal wokół swoich państwa,
czyniąc nawet zwykłą czynność przedstawieniem. Bohaterowie poruszają się z
gracją, jakby cały czas tańczyli, a służka wyśpiewuje melodię, która towarzyszy
bohaterom w różnych scenach. Zwykłe powitanie zmienia się w taniec, a taniec na
balu w przepiękne, pełne dźwięków, barw i życia widowisko. Scena, w której Anna
tańczy po raz pierwszy z Wrońskim, gdy oboje zapominają o Bożym świecie,
niepomni śledzącego i zrozpaczonego wzroku zakochanej w młodym człowieku Kitty
i spojrzeń towarzystwa, wyraźnie widzącego niestosowność zachowania tańczącej
pracy, przyciąga uwagę, wchłania swą niezwykłością i przepychem, ścina krew w
żyłach i szeroko otwiera źrenice, wstrzymuje oddech i nie pozwala oderwać
wzroku od pełnych emocji twarzy roztańczonej pary.
Film jest niezwykły i ciężko go zaklasyfikować lub zestawić
z podobnym filmem, bo nie było wcześniej nic podobnego. Podczas oglądania
miałam wrażenie, że trwam w jakiejś przepięknej bajce, z niespodziewanym
zakłóceniem harmonii, gdy w historię wdarła się rozpacz i cierpienie.
Prawdziwie widowiskowy film, z przepięknymi sceneriami, kostiumami i płynnymi
zmianami miejsc rozgrywania się akcji. Po skończonym seansie w moim sercu
powstała jakaś pustka, niczym ziejąca dziura, bo czułam, że mnie wyrwano z tego
pięknego, żywego świata siłą, podczas gdy ja chciałam
tam zostać. Tysiące pytań bez odpowiedzi otoczyło jak stado wygłodniałych wilków. Przez kilka
minut leżałam i nie byłam w stanie nic powiedzieć, bo jak skomentować tragedię,
która się stała? Co powiedzieć po tym, jak patrzyło się na proces niszczenia
czegoś, co miało być piękne i powinno przynieść tyle szczęścia?
Ekranizacja była dość wiernie odtworzona, ale bardzo
unowocześniona. Postacie były tak barwne i żywe, jakby wyjęte z baśni. Ich
życie zaś pełne skrywanych emocji i blasku. Klimat filmu jest zupełnie inny niż
w książce, ale należy to tylko docenić. Książka pozwala wgłębić się całkowicie
w dusze i umysły bohaterów, jest cięższa i nasycona fascynującą samoanalizą, film natomiast jedynie obrazami i grą mógł pokazać emocje,
jakie się przetaczały przez postacie. Książka daje dużo więcej odpowiedzi na
to, dlaczego stała się tragedia, film mógł ją tylko zobrazować i pokazać
wszystkie zdarzenia po kolei i z dużym rozmachem. Nie da się tak naprawdę
porównać obu tych dzieł, ponieważ tylko słowami da się opisać to, co dzieje się
w sercu i duszy, a i to czasem jest bardzo trudne. Żeby zatem mieć całkowity
pogląd na to, co się wydarzyło i dlaczego wypadki potoczyły się tak, a nie
inaczej, warto sięgnąć po książkę.A
żeby przeżyć wspaniałą przygodę, należy zapoznać się z obrazem Wrighta. I tym
razem polecam odwrotną niż zwykle kolejność- najpierw dajcie się ponieść
emocjom, jakie serwujefilm, potem
wczytajcie się w książkę by przeniknąć w dusze bohaterów. Będziecie mogli bardziej poznać proces samozniszczenia,
któremu poddała się Anna i poznać duszę mężczyzny, gdy jego zauroczenie
słabnie. Może dzięki temu kilku mężczyzn zobaczy, jak łatwo zniszczyć kobietę,
zabierając jej swoją miłość i dwa razy się zastanowi, zanim postanowi zawrócić
jej w głowie :P
Mimo doskonale zagranych roli, jednak film nie do końca
pokazał bohaterów takimi, jakich ich widział Tołstoj. W pewnym momencie
zaczęłam nawet współczuć Kareninowi, ponieważ wydawał się zrozpaczony zdradą
żony z powodu uczuć, jakimi ją darzył. Natomiast Karenin z książki czuł się
upokorzony wyłącznie przez wstyd przed ludźmi, jaki mu zaserwowała Anna. O miłości do
niej niewiele można powiedzieć, jedynie tyle, że może nigdy jej nie miał w
sobie. W książce wydawał się o wiele bardziej antypatyczny i pozbawiony życia,
w filmie był tylko zrównoważony i mniej ciekawy od Wrońskiego. Film też dużo
lepiej pokazał walkę Anny z uczuciem, które zaczęło ją ogarniać od pierwszych chwil znajomości z Wrońskim. Widać było, że
jej pochlebia zauroczenie młodego kapitana, ale nie chciała się angażować w nieformalny związek, mimo że wszystkie jej zmysły pchały ją w ramiona
Wrońskiego. Od początku dało się zauważyć namiętność, jaka się między nimi
zrodziła, wbrew konwenansom i przeciwko całemu światu i widać było, że nie ma siły, aby
tych dwoje nie zostało kochankami. Bardzo spodobała mi się żywa rola Keiry Knightley, a zwłaszcza jej wewnętrzna, z góry przegrana walka o to, aby nie oddać
duszy Wrońskiemu. Wspaniałą grą aktorską może się także pochwalić Aaron
Taylor-Johnson, grający Wrońskiego. Mimo mojego pierwszego wrażenia,
spowodowanego jego wyglądem, szybko przekonał mnie do siebie i pokazał swoimi
manierami, zachowaniem, a zwłaszcza oddaniem kobiecie, którą pokochał, że jest bardzo męski, i
jest w stanie skraść każde kobiece wrażliwe serce. Ja swojego w każdym razie
nie obroniłam :)
Swoją grą zaskoczył mnie także Jude Law. Zazwyczaj uważałam
go za wspaniałego, seksownego mężczyznę. W roli Karenina nie tylko nie potrafiłam go
polubić, ani przyznać mu palmy godnego zazdrości mężczyznę, ale ledwie
zauważyłam, że to właśnie on grał rolę zdradzonego męża. I nie chodzi tylko o
fizjonomię. Po prostu nie dało się lubić Karenina, tak był nudny i
bezbarwny; można mu tylko było współczuć upokorzenia i domyślać się jego
wewnętrznej rany na sercu (której w książce na próżno byłoby szukać). Natomiast
w innych filmach o miłości gotowa byłam tego aktora nie tylko polubić, ale oddać mu
serce. Dlatego chylę przed nim czoła za tę wspaniałą, zapadającą w pamięć rolę.
Najbardziej jednak uwierzyłam w rolę skazanej na
samozniszczenie Anny, w którą wcieliła się Keira Knightley. Widząc jej emocje i
drogę do zatracenia, nie potrafiłam się oprzeć tej roli, tak była żywo i
prawdziwie zagrana. Uwierzyłam we wszystko, co miała do powiedzenia i
cierpiałam razem z nią, kiedy z niepewności co do uczuć Wrońskiego traciła
spokój ducha. Cierpiałam z nią jak kobieta, która rozumie jej uczucia i obawy,
których tak naprawdę nie potrafi zrozumieć żaden mężczyzna. Nawet Wroński,
człowiek, który obiecywał jej miłość wieczną, zbagatelizował jej wypowiadane na
głos żale i skończyło się to tragedią. W filmie brakowało mi jednej ważnej sceny, mianowicie próby samobójstwa Wrońskiego. Jej ślad widzę jedynie w słowach Anny, kierowanych do męża po tym, jak odtrąciła swojego kochanka, aby ponownie wejść w rolę żony. Powiedziała wtedy, że oddalając Wrońskiego czuje się, jakby strzeliła sobie w serce, czyli dokładnie tam, gdzie mierzył Aleksy.
Z trudem przychodzi mi się żegnać z tym filmem, ale na pewno
będzie to jedna z tych pozycji, które trzymam w swoim klaserze z ulubionymi
filmami, do których lubię wracać. Umieszczę ją zaraz obok „Dumy i uprzedzenia”,
w razie gdybym zapragnęła obejrzeć film z Keirą w roli głównej, zależnie od
tego, czy będę miała ochotę na jej romantyczną czy dramatyczną odsłonę, w których to rolach odnajduje się doskonale.