Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 stycznia 2017

Kroniki Ferrinu, Cz. 5: Pani Ferrinu/ Katarzyna Michalak

Feri’ana po raz ostatni wzywa Anaelę del’Soll do walki z zagrożeniem, tym razem ze strony Lanorii. Bo oto rośnie w siłę nowy bóg, nieznany i silniejszy niż Primea i Saetin razem wzięci. W grę wchodzi najwyższa stawka, wolność ferrińskich kobiet i życie mężczyzn, a także ocalenie tych, których Anaela kochała najbardziej. Okrutny Lucciferin nie cofnie się przed niczym aby osiągnąć swój cel jakim jest przetrwanie. Czy Wielkiej Władczyni Ferrinu uda się ocalić Ferrin raz na zawsze i osiągnąć spokój, którego szukała od początku swego istnienia? Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna- ostatnia z Kronik Katarzyny Michalak- „Pani Ferrinu”.

Sama nie potrafię siebie zrozumieć. Wiem, jak kiepska jest ta seria, a mimo to, widząc ostatni tom Kronik Ferrinu, nie mogłam się powstrzymać i kupiłam go. Wiecie jak rzadko zdarza mi się kupić książkę na własność? Jest to dopiero trzeci taki przypadek. Pierwsze było „Serce Ferrinu”, potem trzy tomy serii Sue Limb, teraz „Pani Ferrinu”. Na szczęście książka kosztowała mnie jedyne 15 zł. Na nieszczęście, nie mogę przestać myśleć o kupnie poprzedniego tomu, którego nie czytałam: „Wojna o Ferrin”. Co gorsza, czytałam tom trzeci, „Serce Ferrinu”, tak dawno, że chętnie kupiłabym jeszcze raz tę książkę, bo tamtą, kupioną rok temu, odsprzedałam. Teraz tego żałuję. Ale wówczas myślałam, że gorączka Ferrinu już dawno mi minęła. Niestety widzę teraz, że tylko czekała w ukryciu. Czekała, aż Michalak wyda kolejne obiecane tomy. Teraz trwam w ogromnym dylemacie. Kupować czy nie? Jeśli nie, to skąd wziąć te książki, gdy Biblioteka zawodzi? Mogę poczekać, aż gorączka znowu się uciszy, ale tak naprawdę wcale tego nie chcę. Chcę wrócić do Ferrinu, do krainy bólu i cierpienia, a także wielkiej miłości, której nie da się znaleźć w świecie rzeczywistym. Chcę jeszcze raz zamknąć się w nierealnym świecie Katarzyny Michalak.
Wiecie, potrafię rozpoznać dobrą książkę i wiem, że Kroniki Ferrinu dalekie są temu określeniu. Zdaję sobie sprawę, że książka jest nieprzemyślana, dużo w niej męczących powtórzeń i kiepskich dialogów, nie pasujących do opowieści a chaos zdaje się królować pomiędzy rozdziałam, a i tak czytając tę serię potrafię się zapomnieć w ciągu jednej chwili. I co gorsza, nie potrafię się wyrwać z tej iluzji. Zawsze miałam słabość do fantasy, do obcych światów i reguł, panujących w wymyślonych światach. Zawsze kochałam wczytywać się w coś, co nie istnieje, bo wtedy życie wydawało mi się pełniejsze.
Dlatego myślę, że to właśnie jest największym powodem, dlaczego oddaję się Ferrinowi całym sercem. I nieważne staje się to, że autorka nie ma pojęcie o fantasy, robi błąd na błędzie i zdaje się nie zwracać uwagi na czytelników, którym pewne rzeczy należałoby wytłumaczyć, zamiast zapominać się w pisanej przez siebie i jakoby dla siebie historii. Ważne, że kraina staje mi przed oczami jak żywa, a ja znikam w tym świecie, jakbym sama potrafiła przechodzić przez portale. Zawsze fascynowała mnie moc, która pozwala władać światem, czasem śniła mi się magia, czasem o niej marzyłam. W książce Michalak dostaję to wszystko, czym tak uwielbia się karmić moja wyobraźnia. Za sprawą tej książki odchodzę w świat magii i nieważne jest to, że świat ten jest tak słabo wykreowany, że nie dba się w nim o szczegóły i że poszczególne małe historie nie są ze sobą powiązane tak jak powinny, a tłumaczenia autorki dlaczego coś się dzieje, powodują jeszcze więcej pytań i powiększają ogólny chaos. Najważniejsze jest to, że odnajduję w Ferrinie uczucie zwane miłością, które jest najwyższą magią zdolną zwalczyć nawet największą ciemność. I nawet jeśli giną moi ukochani bohaterowie, cały czas towarzyszy mi to uczucie pewności, że na końcu wszystko będzie dobrze.
Tak naprawdę nie potrafię wytłumaczyć, dlatego tak lubię książki o Ferrinie. Przecież nieraz łapałam się za głowę za kolokwializmy, którymi ta książka jest wypełniona, za złe dobranie języka i płaskie tłumaczenia wydarzeń, za słabe dialogi i przemieszanie języków, gdzie raz Anaela przemawiała jak władczyni, by innym razem stać się prostaczką, która przemawia językiem tabloidów. Przecież zdaję sobie sprawę, że książka budowana jest na akcji, która ma się toczyć szybko i wartko, bez zwracania uwagi, czy wszystko trzyma się kupy. Przecież wiem, że to nie jest prawdziwe fantasy, a przekonanie wydawców, że autorka porusza się swobodnie między stylami literackimi jest tylko ich pobożnym życzeniem. Widzę wszystkie nieścisłości i niedociągnięcia w łączeniu wydarzeń ze sobą. Nie mogę przymknąć oczu na natłok wydarzeń, których nie da się wytłumaczyć lub które nie mają żadnego uzasadnienia, a dzieją się tylko po to, aby akcja była szybka i dynamiczna. Często zadawałam sobie pytania dlaczego coś się działo i wracałam do przeczytanego przed chwilą rozdziału, aby poszukać w nim odpowiedzi, których nigdy nie znalazłam. Wielokrotnie się zdarzało, że nie rozumiałam zamysłów autorki, gdzie najzwyczajniej w świecie nie rozumiałam o co chodzi. Widziałam, że Michalak ze wszystkim rozprawia się szybko i bez poświęcenia temu drugiej myśli, nie bacząc na sens wydarzeń, skupiając się tylko na akcji, pomijając zbędne według niej opisy. Wiem, że nie jest to epicka opowieść i nigdy nie będzie.
A mimo wszystko daję się porwać tej akcji, nawet nie wiedząc kiedy staję w samym środku wydarzeń, jakby jakaś niewidzialna siła przenosiła mnie do Ferriany mimo rozsądkowi i temu, że jako blogerka wydająca opinie o książkach powinnam mieć bardziej wygórowane potrzeby. Jednak mój rozum przegrywa z sercem za każdym razem i przenosi się do Ferrinu razem z Anaelą pomimo wszystkich niedoskonałości tego zmyslonego świata jak i kunsztu pisarskiego jego autorki. Chyba po prostu nie zasługuję na to, aby prowadzić blog z recenzjami książek, skoro tak łatwo obdarzam miłością książki słabe. Bo muszę się do tego przyznać na głos. Kocham Fer’ianę i zawsze będę do niej wracać z sentymentem. Nie wiem czy dzieje się tak dlatego, że akcja toczy się szybko i nie ma czasu na przemyślenia, czy dlatego, że występują tam bardzo silne emocje i można doświadczyć prawdziwej miłości? Czy dlatego, że wiem, że dobro zawsze zwycięży, w przeciwieństwie do szarego świata szarej rzeczywistości? Czy może dlatego, że Anaela jest tak silna jak ja zawsze chciałam być? Że jej siła sprawia, że gotowa jest ona poświęcić siebie dla swojego ludu, nawet gdyby miała za to umrzeć w cierpieniach? Przyznacie, że taka wewnętrzna siła i przekonanie o swoich racjach to całkiem silny środek uzależniający… A może to ta magia, której nie umiem się oprzeć, a która wypełnia świat stworzony przez Michalak, decyduje, że gdy czytam opowieści o Ferrinie przestaje się liczyć dla mnie wszystko inne? Ach, naprawdę ciężko znaleźć źródło mojego uwielbienia dla tej serii. A jednak muszę to tak nazwać. Uwielbiam być wciągana przez Michalak w ten jej wydumany i nie perfekcyjny świat.
 Pamiętacie jak kiedyś pisałam Wam o tym, czego szukam w książkach? Jest to ta gorączka, którą odczuwacie na samą myśl o zanurzeniu się w historię serwowaną nam przez autora. Jest to owo całkowite zapomnienie się, które sprawia, że przez dwa dni możecie się do nikogo nie odzywać, nie włączając telewizji, nie wychodząc z domu, a nawet nie pamiętając, że trzeba wyjść do pracy tylko dlatego, że zapomnieliście, gdzie jesteście i że książka którą czytacie jest tylko książką, a nie realnym światem. Dawno, bardzo dawno nie odczuwałam takiej gorączki. I to właśnie ta sponiewierana przez wielu seria Katarzyny Michalak przywróciła to dawno zapomniane uczucie, tę gorączkę powodującą, że nie byłam nawet w stanie wrócić do wysławianej przeze mnie serii Sue Limb, bo w moim sercu nadal szalała walka o władzę między bogami Świata Światów. A naprawdę próbowałam. Skończyłam czytać wczoraj „Panią Ferrinu”, po paru godzinach wyciągnęłam książkę o Jess Jordan i po prostu wpatrywałam się w nią pięć minut, niezdolna jej otworzyć. Bo czułam, że byłaby to profanacja zaczynać tak szybko z inną autorką, gdy w moim sercu rozgrywały się jeszcze wydarzenia z Feri’any. Po prostu nie mogłam opuścić Sarisa, Sirdena, Anaeli ani Sellinarisa, ani całej tej wspaniałej, wydumanej i niedoskonałej krainy. Gorączka, która ciągle mnie trawi nie pozwoliła mi na to. Ona też sprawiła, że zaraz po przeczytaniu „Pani Ferrinu” musiałam od razu zasiąść do pisania postu. Ona prowadziła moje palce po klawiaturze w tempie, w jakim już dawno nie pisałam i ona kazała mi potem gnać do księgarni w poszukiwaniu „Wojny o Ferrin”. Dawno nie odczuwałam takiej gorączki wyobraźni, dlatego cenię Kroniki Ferrinu wyżej niż inni, bo to uczucie pozytywnego zniecierpliwienia, które wywołała u mnie seria Katarzyny Michalak, jest dla mnie najcenniejszym uczuciem jeśli chodzi o książki. Takiego efektu oczekuję od powieści i to właśnie  od autorki Kronik otrzymałam to wszystko, czego szukam w książkach.
Wiecie, gdybym miała na to czas, mogłabym trzystustronicowy tom przeczytać w jeden dzień, nie odrywając się od niego nawet na chwilę. Tak się działo z każdą z części, nawet z „Sercem Ferrinu”, gdzie Anaela została zastąpiona jej słabszą wersją, Gabrielą, córka Anaeli. Na szczęście autorka szybko odeszła od tego pomysłu, zapewne reagując na prośby czytelnicze i oddała nam Anaelę (w dość ceremonialny sposób, nie dbając o żadne wytłumaczenia, jak to na Michalak przystało), a także Sellinarisa, jej Dopełnienie. I do końca możemy się nimi cieszyć, mimo iż z każdym tomem Sellinaris traci swój urok, gdyż jego uczucie zdaje się być tak nietrwałe, jak to bywa na Ziemi. A ja lubię, jak książka trzyma mnie w przekonaniu, że chociaż w wymyślonych światach miłość jest zdolna przetrwać wszystko i nie jest zdolna do zdrady. Tymczasem Sellinaris ogląda się za innymi kobietami nawet w chwili gdy Anaela walczy o życie. Cóż, jest to jedyna słaba strona tej serii i właściwie nie wiem dlaczego Michalak uparła się, aby stworzyć Sellinarisa tak ludzkiego. Być może aby przypominać mi tym samym, że nie da się żyć w Ferrianie na stałe i czasem trzeba zejść na ziemię : )
Ostatni tom Kronik, jak to przystało na ostatnie tomy serii, jest końcem wszystkiego. Wojen panujących w Feri’anie i Anaeli del’Soll, Wielkiej Władczyni Ferrinu. Czy można nazwać zakończenie happy endem, sami musicie to rozstrzygnąć, bo ja tego nie wiem. I nie mam pojęcia czy to dlatego, że w Ferrinie nic nie jest ostateczne i jednoznaczne, czy to dlatego, że autorka nie potrafiła tego zakończyć tak stuprocentowo. Na dobrą sprawę każda z części niesie swoje własne zwycięstwo i zawsze na drodze do szczęścia mieszkańców Ferrinu stawało jakieś nowe niebezpieczeństwo, które Anaela musiała zwalczyć. Przez tworzenie coraz to nowych zagrożeń te książki można byłoby na siłę czytać oddzielnie, mimo iż są ze sobą połączone pewnymi wydarzeniami (zwłaszcza część pierwsza i druga). Nie wiem czy dobrze to zrozumiałam, ale ostateczne zwycięstwo dobra nad złem nie miało się odbywać między śmiertelnikami, bo czy tak naprawdę Lanoria została pokonana, nie zostało tak naprawdę rozwikłane według mojego mniemania. Dlatego wydaje mi się, że bardziej chodziło tu o odwieczną walkę między bogami Świata Światów i przełamanie tradycji, na którą zdecydowała się tylko Anaela. A co z tego wynikło, musimy sobie sami dopowiedzieć, bo autorka dała nam tu ogromne pole do popisu, nie trudząc się, jak to ona, odpowiadaniem na zadawane w duchu przez czytelników pytania.
Jedyna rzecz, którą uważam w całej tej powieści bez skazy, jest pomysł Dopełnienia. Wydaje się być on całkowicie pomysłem autorki (mimo iż wielokrotnie miałam wrażenie, że pomysły autorka lubi ściągać z innych książek) i jest bardzo ciekawy i przemyślany. Każdy w Feri’anie ma swoje dopełnienie, bez którego umiera. Tak właśnie Feri’ana dba o swoją ciągłość- wrogowie są swoimi dopełnieniami i zabijając wroga, zabijają samych siebie. Nie mogą żyć razem, ale i giną bez siebie, bo przeznaczenie na zawsze ich ze sobą połączyło. Naprawdę świetny pomysł i nie ma się do czego przyczepić. Bardzo mi się spodobał i jest to najlepszy pomysł od dawna, jaki przeczytałam w książkach typu fantasy.

To chyba wszystko, co chciałam powiedzieć o Kronikach Ferrinu. Uwielbiam je. I możecie mnie za to zlinczować. Uwielbiam się zapominać, gdy je czytam, uwielbiam płakać nad ukochanymi bohaterami i uwielbiam to nieodparte uczucie, że muszę je mieć, nawet za cenę kupna. Takie uczucie nie zdarza się codziennie. Dlatego szanuję i lubię autorkę, która potrafiła we mnie to uczucie wyzwolić. Po jej obyczajowe książki nie sięgnę. Ferr’iana jest jedyną serią, której tak naprawdę potrzebuję. I niech sobie nawet będzie niedoskonała. Niech nosi w sobie znamię nieścisłości, jak choćby to, że raz liczy się dla Anaeli tylko Ferrin, by innym razem przeskoczyć na miłość. Niech sobie będą te wszystkie niedomówienia i nieprzemyślana akcja. Jeśli tylko Michalak potrafi tak mnie wciągnąć swoją żywą narracją, mnie to wystarcza. Nie będę Wam polecać Kronik, sami musicie podjąć Waszą własną decyzję, czy jest to książka dla Was. I żyjcie z tą decyzją do końca. Ja dziś będę kontynuować szukanie „Wojny o Ferrin”, aby spotkać się z ukochanymi bohaterami po raz ostatni, a gdy mi się to nie uda, przeczytam serię od początku, bo na dzień dzisiejszy nie mogę się bez niej obejść. A tych, którzy przestali we mnie wierzyć po tym poście serdecznie przepraszam, ale ja po prostu kocham magię, jednorożce i tę książkę : )

sobota, 9 maja 2015

Światło się mroczy/ George R.R. Martin


Ostatnio przeczytałam dziwną książkę. I nie wiem, co mam o niej myśleć. Książka fantasy, wiec wiadomo, muszę się nastawić na wszystko, co może się wylęgnąć w umyśle człowieka. Nie pierwszy raz trafiła w moje ręce tego typu literatura. W dodatku znam autora. Toż to sam George R.R.Martin! Jego saga towarzyszyła mi dobre kilka miesięcy. Pomyślałam, że poznałam już jego styl na tyle dobrze, że ta nowa książka przypadnie mi do gustu. Jako nastolatka miałam zwyczaj pochłaniać wszystkie utwory danego autora, w którym akurat byłam zakochana. I w każdej z tych książek można było odnaleźć wiele ze stylu pisarza, zachowanego między kartami i łatwo rozpoznawalnego. I w przypadku książki Martina „Światło się mroczy” miało być podobnie. Utwierdził mnie w tym przekonaniu opis, umieszczony na odwrocie okładki. Cywilizacja oparta na kodeksie przemocy? Jakież to typowe dla Martina. Każdy, kto czytał sagę „Gra o tron” (inaczej „Pieśń Lodu i Ognia”) może poświadczyć, że jest ona oparta na przemocy.
Oczekiwałam więc, że wkroczę na dobrze sobie znany teren. Jedyną różnicą miało być to, że akcja rozgrywa się w kosmosie, a nie w wymyślonych Siedmiu Królestwach, pełnych magii i stworów, o których mogły opowiadać tylko stare nianie. Czy świat fantasy, ożywiony w kosmosie, będzie czymś bardzo odmiennym od ziemskiego? Pomyślałam, że będzie to miłe spotkanie ze znanym autorem, na znajomym terenie, bez większych niespodzianek. Jakże się myliłam!
„Światło się mroczy” przeniosło mnie do zupełnie innego, niezbadanego zakamarka wyobraźni Georga R.R Martina.i odsłoniło świat nieznany. Wkroczyłam w niego z odwagą i dzięki temu ujrzałam, jak wiele potrafi zmienić czas. Przez cały okres podróży przez światy międzygwiezdne Martina nie wiedziałam, że jest to jeden z pierwszych wytworów wyobraźni autora. Choć czułam, wewnętrznie czułam, że wszystko jest tu inne- język, styl, czas i sposób myślenia, nie potrafiłam rozgryźć dlaczego tak się dzieje. Wszystko jest tu jakby prostsze w opisie i odbiorze. Ma się wrażenie, że stworzył tę książkę, te światy zupełnie inny człowiek. Dopiero informacja o roku powstania książki (lata 70.) pozwala zrozumieć tę różnicę. Przecież to trzydzieści lat pracy pisarskiej i samorozwoju! Teraz dopiero widzę, jak długą drogę przebył Martin od swoich pierwszych opowiadań i pierwszej powieści „Światło się mroczy” do znanej szerszej publiczności sagi „Pieśń Lodu i Ognia.”
Oczywiście nie znaczy to, że „Światło” przegrało z kretesem ze swoim młodszym bratem. Ja cenię sobie obie powieści, Światło” i sagę. Uważam, ze nie można odrzucać czegoś, co powstało pierwsze, tylko dlatego, że było pierwsze. Nie zawsze czas ma tak duży wpływ na wyobraźnię. Czasem to właśnie pierwsze utwory są bestsellerami lub zapisują się w historii literatury na wiele pokoleń, podczas gdy późniejsze utwory idą w zapomnienie, wiane wiatrem jak piasek na pustyni. Innym razem czas może oznaczać ewolucję. A bywa i tak, że autor przez całe swoje życie pisze na podobnym poziomie. To wszystko zależy od talentu. Myślę, że kunszt Martina czekał na rozbudzenie, a „Światło się mroczy” było pierwszą, odważniejszą próbą pisarską, próbą pokazania światu jego uśpionego talentu. Myślę, że udaną, choć tak odbiegającą od jego głównego, najbardziej znanego i wciąż niedokończonego dzieła. Bo chyba sagę „Pieśń Lodu i Ognia” można śmiało uznać za jego największe dzieło.
Świat, jaki stworzył Martin na Worlornie, samotnej planecie żeglującej wśród gwiazd  ku czarnej pustce kosmosu oczarował mnie w jakiś magiczny sposób. I to pomimo tego, że nie wszystko mnie przekonało, a niektóre rzeczy, jak choćby dzieci galarety, lud żyjący we wnętrzu olbrzymich ślimaków, w moich oczach zasługiwały na miano bzdury, której nie chciała przyjąć nawet moja wyobraźnia. Ale inne światy i międzygwiezdne kultury oraz cywilizacja Dumnego Kavalaanu już w tę wyobraźnię wrosły. Tak mocno, że wydawało mi się, jakbym sama przebywała na Worlornie, patrząc na niebo bez gwiazd i zastanawiała się nad pokrętną ideologią Kavalarów, pozwalającą zabijać wszystko, co było niewygodne, aby zaspokoić żądzę mordu, którą w sobie przez wieki wyhodowali.
Dzięki tej książce zapomniałam zupełnie o bohaterach sagi, o Westeros i Lannisterach oraz Starkach. Na Worlornie nie było dla niech miejsca. Na tej opuszczonej planecie znowu przypomniałam sobie, dlaczego kocham książki o kosmosie. Dopiero w otoczeniu kosmosu człowiek czuje się naprawdę samotny i zdany tylko na siebie. A zwłaszcza na tym małym, znikającym w mroku nocy świecie, zapomnianym i nikomu już niepotrzebnym. Na Worlornie, gdzie nie istniało żadne prawo ani strażnicy, którzy pilnowaliby jego respektowania. Istniało tylko prawo tych, którzy tam zostali, a i to prawo było interpretowane zgodnie z aktualnymi potrzebami. Na świecie takim, jakim stał się Worlorn, mają prawo bytu tylko najsilniejsi. Pozostali zostaną zdmuchnięci przez tę siłę jak płomień świecy i zapomniani na wieki, jak ta planeta, na której zdecydowali się pozostać.
Choć widzę, że język, jakim posługiwał się autor jest dużo prostszy od tego, który poznałam, czytając sagę, Martinowi udało się przekonać mnie niemal do wszystkiego, co stworzył na Worlornie. Choć czasem się gubiłam w chronologii wydarzeń, które sprowadziły mnie na planetę w ślad za Dirkiem T’Larien i nie wszystko było dla mnie zrozumiałe; choć bywało, że raził mnie ten prosty język, pokazujący wieloletnią przepaść między „Światłem” a sagą, to jednak dałam się pochłonąć. Wczułam się w wydarzenia i odczuwałam grozę osamotnienia oraz klimat walki o przetrwanie. A także smutek, jaki zawsze pozostawia w moim sercu umierające uczucie. Niedopowiedzenia i wzajemne niezrozumienie między dwójką głównych bohaterów, Gwen Delvano i Dirkiem t’Larien bardzo mnie smuciło, gdyż widziałam to, na co Dirk był ślepy- że nie da się wskrzesić przeszłości, nieważne jak bardzo byśmy się starali.
Interesujące dla mnie było to, że po raz pierwszy odczułam większą sympatię do postaci drugoplanowej, zamiast do głównego bohatera. Dirk wydał mi się egoistyczny i słaby, natomiast jego przeciwnik do serca Gwen- mądry, sprawiedliwy, wyrozumiały i silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Nie wiem, czy był to zamierzony efekt - obdarzyć bohaterów takimi cechami, aby pokierować moimi uczuciami- czy tez wina leżała w tym, że autor większą uwagę poświęcił Jaantonemu Vikaremu, niż Dirkowi t’Larien. Nawet brat Jaana, Garse Janacek, związany więzią, czyli tzw. teyn, stał się dla mnie kimś ważniejszym i bardziej zasługującym na moje zainteresowanie i empatię niż Dirk, czy nawet Gwen. A to zapewne dzięki swojej więzi z Jaantonym, która była czymś więcej niż ziemską przyjaźnią. Zwłaszcza taką bezinteresowną, jaką Garse dzielił z Jaanem. Tylko taka przyjaźń mogła mieć władzę obalenia całej ideologii, ideologii kavalarskiej, w którą Garse Janacek wierzył całym sercem, a którą Jaantony częściowo odrzucił.
Dirka polubiłam dopiero wtedy, gdy uznał swoją miłość do Gwen za mniej ważną niż honor, poczucie więzi z drugim człowiekiem, odpowiedzialność za własne słowa i przyjaźń z pozostałymi mężczyznami. Gdy potrafił zaryzykować swoje życie, aby ratować kogoś, kogo jeszcze niedawno lekceważył i komu w odruchu egoizmu postanowił podstępnie ukraść wszystko, co było dla niego ważne i drogie. Nie spodobało mi się to, że wcześniej Dirk nadużył zaufania, jakim obdarzył go Jaan, a za jego namową także podejrzliwy i nieufny Garse Janacek. Bardzo mi to nie pasowało do bohatera, jakim Dirk powinien być jako postać pierwszoplanowa.
Także Gwen Delvano, jego miłość z dawnych czasów, zasłużyła na moją pogardę. Nie potrafiłam wykrzesać w sobie sympatii do niej, ponieważ pozwoliła, aby mężczyźni o nią walczyli, nie dając nic w zamian. Nie dając choćby jasnej odpowiedzi, z którym z nich postanowiła być. Oszukała obu, świadomie lub nie, bo bardziej patrzyła na własne potrzeby, niż na to, że może kogoś tym zranić. Była chwiejna i niezdecydowana. Być może wykorzystywała kłamstwo dla dobra Dirka, gdyż chciała go bronić przed krwiożerczymi Kavalarami ze schronienia Braith, ale przez to pozwoliła, aby cierpiał Jaan, a nawet Dirk. Swoim postępowaniem i walką o własne prawa doprowadziła do jeszcze większej tragedii. Moim pocieszeniem jest to, że wreszcie ukarała samą siebie. Szkoda tylko, że kosztem Garse Janacka, który był winien jedynie temu, że głęboko wierzył w ideologię, której uczono go od dziecka. Mimo to potrafił być wiernym przyjacielem dla rewolucjonisty Jaana, i bronić go przed jego wrogami.
Jaan trwał w świecie podwójnych poglądów- w jego postawie zderzały się dwa nurty- starych wierzeń kavalarskich, leżących u początków tej cywilizacji oraz rewolucyjnych odkryć, które burzyły całą tę wypracowaną przez wieki ideologię. Myślę, że właśnie to Jaana zgubiło. Nie potrafił całkowicie odciąć się od ideologii swojego ludu, mimo że odkrył jej zadziwiające korzenie, które tak mylnie stały się podwalinami gwałtownej cywilizacji Kavalarów. To powodowało, że był jednocześnie człowiekiem wykraczającym poza własne czasy oraz obrońcą uciśnionych, a jednocześnie tradycyjnym Kavalarem. Kavalarem, który nie odważył się otwarcie przeciwstawić starym wierzeniom i dać kobiecie prawo decydowania o sobie i prawo bycia równą z mężczyznami. Pprawo bycia teynem, na czym tak bardzo zależało Gwen. To, że Jaan miotał się między dawnymi wierzeniami a własnymi przekonaniami, było bardzo smutne. Miał związane ręce i nie potrafił dać szczęścia kobiecie, która stała u jego boku, a także stając się przyczyną konfliktów między swoim teynem Garse Janackiem a betheyn (czyli kavalarską „żoną”) Gwen.
Jak już wspomniałam, poczułam do Dirka pierwsze nici sympatii dopiero wtedy, gdy zawarł pakt z Jaanem i Garse’m. Wówczas bardziej liczyła się dla niego więź z mężczyznami, niż kobieta, która nie miała mu tak naprawdę nic do zaoferowania. Szkoda tylko, że Dirk tak bardzo był zaślepiony i trwał w tym stanie niemal do końca. Być może pozwoliłoby to uniknąć zła, które się później stało.
Natomiast Gwen mam do zarzucenia jeszcze jedno. Jej pokrętny sposób myślenia. Najpierw denerwowała się, że Dirk chce stoczyć pojedynek honorowy z Braithami i że złożył równie honorową obietnicę Jaantonemu i Garse’owi, iż pojawi się na pojedynku. Co więcej namawiała go do niehonorowej ucieczki, do tego, aby zdradził swoje obietnice i ludzi, którzy, w ogóle go nie znając, zaufali mu i bronili go za cenę własnego życia. Nie akceptowała również tej części kavalarskiej ideologii, która kazała Jaanowi i Garse’mu pojedynkowania się w obronie jej honoru. Ale gdy uciekli z Dirkiem do opustoszałego Wyzwania, miasta będącego niegdyś chlubą jednego ze światów zewnętrznych, tym samym ściągając na mieszkańców miasta niebezpieczeństwo, wyrzucała Dirkowi, że nie zachowuje się jak bohater, jak Jaantony i Garse. Ciężko mi było zrozumieć tę kobietę, dlatego nie potrafiłam zaakceptować ani jej, ani jej egoistycznej natury.
Pomimo prostego języka, jakiego używał autor, udało mu się przekonać mnie do ideologii Dumnego Kavalaanu w stu procentach. Choć wywodziła się ona z czegoś na kształt mitologii oraz mało wiarygodnych wierzeń, przedstawiona była racjonalnie i wiarygodnie. Połączenie mitologii kavalarskiej i faktów, które udało się odnaleźć Jaanowi na jednym z innych światów zewnętrznych, Avalonie, pozwoliło zrozumieć, jak ukształtowały się pierwotne cywilizacje kavalarskie, i pierwsze reguły, z których wywodziła się obecna ideologia. Te reguły, pozwalające pierwszym ludom kavalarskim przetrwać w trakcie wojen międzykulturowych, zamiast zaniknąć, gdy nie były już potrzebne, z czasem mutowały i dały podwaliny dzisiejszych więzi między dwoma mężczyznami i spychając kobiety do roli płodnych samic, będących własnością wszystkich mężczyzn z jednego schronienia. Mutacje wierzeń i przesadów dały również początek polowaniom na ludzi, których uznano za niby-ludzi. I mimo, iż część tej ideologii umarła śmiercią naturalną, w niektórych schronieniach kavalarskich przetrwała niezmieniona. I właśnie ta część przerażającej kultury Kavalarów została przyniesiona na Worlorn i temu musiał się przeciwstawić Jaan Vikary ze swoim teynem i niepokorną żoną.
Najbardziej z całej ideologii kavalarskiej zaciekawiła mnie ta część dotycząca honorowych pojedynków, gdzie przemocą, obwarowaną zasadami kodeksu, rozwiązywało się wszelkie konflikty w schronieniu (coś na kształt plemienia). Kodeks honorowych pojedynków pozwalał rozładowywać napięcia skorego do przemocy ludu i pozwalał żyć w zgodzie. Kodeks obowiązywał każdego i nie pozwalał na oszustwa. Chociaż nie, nie można tak powiedzieć. Kodeks obowiązywał każdego Kavalara, ale już nie kobiety, ani niby-ludzi, którzy byli traktowani jeszcze gorzej jak kobiety, bardziej jak zwierzęta. I choć słowo niby-człowiek wyrosło wieki temu w historii kavalarskiej cywilizacji w związku z wojnami atomowymi i nie miało już mocy w czasach teraźniejszych, niektóre schronienia kavalarskie nadal wierzyły w istnienie takiego człowieka, gdyż pozwalało im to bezkarnie polować i mordować ludzi pod osłoną dawnych i upadłych przekonań. Ta pradawna i powoli zapominana ideologia była bardzo wygodna, gdyż opierała się tylko na słownym oświadczeniu drugiego mężczyzny, zwanego teynem. Jeśli teyn zaświadczył, że mężczyzna z nim związany nadal jest człowiekiem, należało mu status człowieka zostawić. Wówczas był bezpieczny, gdyż ochraniał go kodeks honorowy. Wówczas mógł bronić swoich praw i honoru w pojedynkach i nikt nie mógł na niego polować jak na zwierzynę. Łatwo sobie wyobrazić, jak prosta to droga do nadużyć, zwłaszcza na świecie, gdzie nikt nie pilnuje prawa. Nikt prócz Jaantonego Vikarego ze schronienia Ironjade, chroniącego obraz swojego ludu w oczach wszystkich światów zewnętrznych (terminologia używana przez Martina) i jego wiernego teyna Garsego. Mając przed sobą potęgę złożoną z kilkunastu wiernych dawnym obyczajom Kavalarów ze schronienia Braith mogli zostać tylko męczennikami lub bohaterami. I tylko od ich siły psychicznej i fizycznej zależało, jak skończy się ich wizyta na Worlornie.


Bo Worlorn to świat przemijającej chwały 14 światów zewnętrznych. Odnaleziony i zasiedlony na 10 krótkich lat, gdy udało się stworzyć na planecie warunki do życia dla ludzi, został porzucony zaraz po tym, gdy planeta opuściła sąsiedztwo życiodajnych słońc. Te czasy rozwoju nazwano Festiwalem, gdyż każdy z 14 światów założył tu miasto mające sławić jego potęgę. Jednak po latach sławy Worlorn zaczął oddalać się od słońc, które spotkał przypadkowo na swojej drodze, skazując sam siebie na ponowną wieczną zimę. Na umierającym świecie pozostały tylko opuszczone miasta, niektóre powoli obracające się w ruinę pod potęgą zimna kosmosu oraz spóźnialscy lub porzuceni mieszkańcy miast. A także flora i fauna, przywieziona z obcych światów i porzucona jak nikomu niepotrzebne śmieci. Oraz kilku zatwardziałych przedstawicieli kavalarskiego schronienia Braith, którzy uznali wszystkich mieszkańców Worlornu za niby-ludzi, czyli prywatne zwierzęta do polowań. I do takiego świata przyleciał Dirk t’Larien na zawołanie dawnej miłości, Gwen Delvano. Poleciał, bo dawno temu obiecał, że przybędzie na zawołanie bez zadawania pytań. Przyleci po swoją Jenny, po Guinevre, jak ją dawniej nazywał. Tylko, że on żył wspomnieniami, a jego Jenny przez ten czas zmieniła się w zupełnie inną osobę. Nie było już Jenny i to w tym wszystkim było takie smutne. Dirk pozostał przy wspomnieniach i rozpamiętywaniu podczas gdy Gwen podążyła dalej. Dirk tak bardzo nie pasował do tego brutalnego, surowego świata kavalarskiej przemocy, a Gwen pozwoliła mu się zagubić w świecie, którego nie rozumiał, bo sama nie wiedziała, czego oczekuje od życia. Świadomie skazała go na walkę o życie i dlatego nie mogłam jej polubić.
Dałam się wciągnąć w ten dziwny świat jeszcze dziwniejszych przekonań, bo Martin ma jakiś tajemniczy dar przekonywania mnie. Przekonał mnie do Worlornu i do Westeros i sprawił, że potrafiłam zobaczyć się w obu światach. W „Światło się mroczy” miałam wrażenie, że stąpam po Wolrornie, widząc jego powolny upadek i nie mogąc z niego uciec, bo od normalnego życia odgradzał mnie nieprzebyty kosmos. Choć wiele rzeczy były wytłumaczone ogólnikowo, bo nie było na to miejsca w krótkiej powieści, choć od razu zostałam wrzucona w zupełnie wymyślony świat, nie przypominający niczego, co dotąd znałam, choć ciągle miałam wrażenie, że jest to tylko jeden z tomów jakiejś szerszej opowieści, to jednak uwierzyłam we wszystko, co zostało mi podane. Poczułam sympatię do Jaana, zagubionego pomiędzy dawnymi zwyczajami i przekonaniami, a swoim nowoczesnym umysłem. Do jego teyna Garse’go, stuprocentowego Kavalara, który z miłości do swojego przyjaciela bronił go bez zadawania pytań, mimo iż nie wierzył w to, co głosił Jaan. Pewnie dlatego więź między Kavalarami zwana była przez Garse’go czymś więcej niż ziemską przyjaźnią. Poczułam żal do Dirka, że musi stawiać czoła zdarzeniom, do których nie był przygotowany, gdyż żył wspomnieniami, znużony swoim życiem i podświadomie czekający na koniec cierpień. Poczułam też złość na Gwen za zwodzenie człowieka, którego niegdyś kochała. Czułam osamotnienie i grozę wobec krwiożerczych Braithów. Ten natłok uczuć towarzyszył mi, gdy czytałam „Światło się mroczy” i dlatego potrafię docenić tę książkę, mimo iż jest ona dość słaba w porównaniu z „Grą o tron”.  Ale i w „Grze” czasem odczuwałam przebłyski dawnego Martina, mimo iż wówczas jeszcze o tym nie wiedziałam. „Światło się mroczy” jest wartą przeczytania opowieścią. Polecam ją jako coś zupełnie odrębnego od „Gry o tron” i jako możliwość poznania Georga R. R. Martina z zupełnie innej strony. Jeśli lubicie fantasy i kosmos, odnajdziecie się w świecie Worlornu bardzo łatwo. Nie zapominajcie o słowniczku, który pisarz umieścił na końcu książki. Wyjaśni on niektóre tajemnicze nazwy i wydarzenia, choć dla każdego z pojęć zostało przeznaczone tylko kilkanaście zdań. Ale to w zupełności wystarcza, gdyż nie chodzi tu o przestudiowanie całej wymyślonej przez pisarza historii, tylko o odnalezienie się wśród wydarzeń, w sam środek których wrzucony został Dirk t’Larien w pogoni za dawnymi, dawno umarłymi marzeniami.

sobota, 25 kwietnia 2015

Taniec ze smokami Cz. 2/ Gra o tron, T. 8, George R.R. Martin


Myślałam, że będę bardziej przeżywać  fakt, że skończyłam czytać ostatni, wydany w Polsce, tom sagi „Gra o tron”. Bałam się uczucia pustki, jakie miało mnie ogarnąć po utracie możliwości codziennego spotykania się z dobrze znanymi przyjaciółmi, a także wrogami, do których zdążyłam przywyknąć. Spodziewałam się, że nie będę w stanie wziąć do ręki innej książki i przynajmniej przez miesiąc będę uparcie trwać w książkowym celibacie, odmawiając wejścia do nowych światów, które już na mnie czekają, nieodkryte i bajeczne. Tymczasem autor, jakby wychodząc naprzeciw moim potrzebom i obawom, przygotował mnie do tego rozstania w swoim ostatnim, choć nie kończącym sagi tomie pt. „Taniec ze smokami, cz. 2”. Ten ostatni tom był jednocześnie kojącym balsamem na moją duszę i ziarnem goryczy. W tym samym czasie pomógł mi uporać się z nadchodzącą samotnością i przygotował do rozstania ze wszystkim, co zdążyłam pokochać oraz zasmucił mnie trochę. Zasmucił i lekko znudził. I tym samym dość mocno zdziwił. Bo nie spodziewałam się aż takiego marazmu.
To, że będę znudzona, podejrzewałam od samego początku. Wszak wszystko miało się toczyć wokół Daenerys Targaryen i Wolnych Miast, a ja już wiele razy przekonałam się, że ta część opowieści zbytnio zbliża się do baśni i nie ma wiele wspólnego z odrobiną magii, którą sączył autor w Westeros. Wolne Miasta były dzikie, bajkowe i nudne. Wszystko, co miało z nimi wspólnego, nie potrafiło przykuć mojej uwagi na dłużej. Nie mogłam się wręcz doczekać, aby wrócić do Westeros. Tymczasem jak na złość autor większą część akcji drugiego tomu „Tańca ze smokami” umieścił w Wolnych Miastach. Nawet Żelaźni Ludzie popłynęli na podbój serca Daenerys. Syn Dorana Martella, Quentyn, ochoczo powędrował do Yunkai i Mereen, aby poślubić Daenerys. Tyrion również udał się w tamte strony, co spowodowało natychmiastowe zwolnienie akcji z jego udziałem. Zawsze lubiłam czytać o Tyrionie, bo wokół niego zawsze się dużo działo. Ale jak tylko znalazł się w krainie za morzem, nagle akcja zwolniła do żółwiego tempa, a to, co się działo, było zbyt nudne, aby za tym tęsknić.
Autor uparcie trzymał Aryę z rodu Starków w domu Czerni i Bieli w Braavos, a tam kompletnie nic się nie działo. Sansa zupełnie zniknęła z pola widzenia. O Jaime i Dziewicy z Tarthu słuch zaginął, więc najciekawszy wątek tej powieści został mi odebrany bez żadnych skrupułów. Została mi tylko Cersei i Jon Snow. To były jedyne wątki, o których warto było czytać. Nawet pochód Stannisa Baratheona na Winterfell i Roose’a Boltona i jego bękarta Ramsaya był naznaczony skazą w postaci Fetora. Dawny Theon Greyjoy, żelazny człowiek, złamany przez Bękarta z Dreadfort , stał się tak denerwujący, że chętnie zmazałabym rozdziały o nim i więcej nie wspominała jego imienia. I nie chodzi tu o niego samego, ale o uparte ględzenie autora w stylu, „jestem Fetor, muszę kłamać przeto”. Nigdy nie lubiłam powtórzeń i drobnych denerwujących nawyków, powtarzanych do upadłego, zatem Fetor stał się uporczywym cierniem w bucie, drażniącym stopę przy każdym kroku.
Mam nieodparte wrażenie, że George R.R. Martin uparł się na mnie w swoim ostatnim tomie i zostawił same denerwujące i nudne wątki, a usunął wszystkie, które miały jakiekolwiek znaczenie w grze o władzę, która tak mnie zainteresowała w pierwszym tomie. Co chciał przez to osiągnąć? Ciężko mi stwierdzić. Wiem tylko jedno, stracił tym większość mojego zainteresowania.



Zorientowałam się, że straciłam serce do „Gry o tron”, gdy w wyniku różnych zdarzeń musiałam odłożyć książkę na całe dwa tygodnie. Ten czas uświadomił mi, że wcale nie tęsknię za książką i jej bohaterami. A przynajmniej tymi, których mi autor zostawił. Oczywiście Jaime i Brienne z Tarthu pozostali w mej pamięci, ale wiedziałam, że nie mam co liczyć na nasze ponowne spotkanie w drugiej części „Tańca”. Ich Martin zabrał, żeby oddać mi w innym tomie, który jeszcze się nie ukazał.
Jon Snow ratował resztki mojej miłości do książki, a Cersei utrzymywała moją uwagę, zwłaszcza, że wyślizgiwała się jak piskorz z matni, w jaką sama się wplątała. Byłam ciekawa, z jakich czarnych mocy Qyburn stworzył jej tajemniczego Rycerza, mającego bronić w pojedynku jej honoru i co z tego wyniknie. Miałam też sporą satysfakcję, kiedy Cersei w końcu zaznała wstydu i upokorzenia, na jaki zasługiwała. Ale co dziwniejsze, uważam, że mimo całej nienawiści, jaka się we mnie narodziła do jej postaci, jest ona zbyt kluczowa, aby dokonać żywota teraz. Kiedy zabraknie Cersei i jej intryg, książka straci swój pazur i zostanie nudna jak flaki z olejem i nieciekawa Dany, jako jedyna pretendentka do tronu Siedmiu Królestw. Muszę więc zdzierżyć obecność Cersei, bo wiem już, jak ważna to postać. Na tle niewyrazistych sylwetek tych, którzy pozostali w grze (pomijając Jona Snow i Ramsaya Boltona, Bekarta z Dreadfort, obecnego Lorda Winterfell, którego nienawidzę jeszcze bardziej niż Cersei Lannister), Regentka Żelaznego Tronu jest jedyną postacią godną uwagi. Jeśli prawdą jest, że Jon Snow zapłacił za swoją niewiarę w ognie i moc widzenia przyszłości przez Lady Mellisandre, to czy watro mi jeszcze czytać sagę? Na pewno zrobię to dla Jaime. Jeśli i on zginie, zbuntuję się przeciwko Martinowi i nie tknę kolejnych tomów. Bo dla kogo mam czytać? Dla nudnej Dany? Jeśli to właśnie ona ma władać krainą Westeros, niech już się to stanie. Jeśli kolejne tomy mają być opowieściami o niej, to książka dla mnie nie ma już racji bytu.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że być może krzywdzę autora, a swoją słabą znajomością książek fantasy przyznaję się do niekompetencji w tym obszarze, ale pragnę zauważyć, że w swoich recenzjach piszę tylko o własnych odczuciach względem książek, a nie o tym, jaką rolę odgrywają w literaturze współczesnej. A trzeba tu zauważyć, że podczas czytania drugiego tomu „Tańca ze smokami” czułam lekkie znużenie i brak tego dreszczyku emocji, który był moim towarzyszem przez większość poprzednich tomów. Wydaje mi się także, że przez to, iż zbyt mało uwagi poświęciłam pierwszemu tomowi, umknęły mi pewne ważne fakty historyczne, przez co nie doceniam należycie zagadek, które autor ukrywa w z pozoru luźnych i nic nie znaczących zdaniach oraz w chaotycznych wspomnieniach. Ale przyznać muszę, że w zagadkach i tak jestem kiepska (stąd moja miłość do książek nie obejmuje kryminałów), dlatego wydaje mi się, że mojej spostrzegawczości i tak nic by nie uratowało, nawet gdybym postanowiła przeczytać w skupieniu cały pierwszy tom od nowa. Ale teraz już wiem, po przeczytaniu w Internecie pewnej teorii, że w Jonie Snow może tkwić jakaś tajemnica. Może dlatego tak lubiłam, gdy opowieść zatrzymywała się na dłużej przy jego postaci. Pomimo całej swojej niewiedzy i niedomyślności może podświadomie czułam, że jest ważną postacią dla Siedmiu Królestw? A może tylko polubiłam go za jego inteligencję i prawość, przebijające z każdej podjętej decyzji? Lub może to tylko próba połechtania swej godności, zranionej samoświadomością o własnej niedoskonałości?


               No cóż, moja przygoda z sagą Martina dobiegła końca. Kilka miesięcy wspólnej drogi wiąże ze sobą nierozerwalnymi więzami. Książka znalazła poczesne miejsce w jakimś zakamarku mojej duszy, w której przechowuję tytuły warte pamięci. Żałuję, że nie mogę kontynuować tej miłej znajomości, ale autor nie spełnił moich gorących próśb i nie wydał kolejnej części na czas. Dołączam więc do listy osób, które z niecierpliwością czekają na kolejny ruch Georga R.R. Martina. Zobaczymy, czy zdąży, zanim gorączka minie i wchłonie mnie kolejny niezapomniany świat jakiegoś innego utalentowanego autora. Scenariusz może wówczas wyglądać tak, że moje przywiązanie do „Gry o tron” osłabnie, a ja już nigdy nie sięgnę po tę sagę. Byłaby to wielka strata dla nas obojga. Być może będzie tak, że pozostanę przez jakiś czas przy półce fantasy, do czasu aż ukaże się kolejny tom „Gry”. Tylko czy to będzie jeszcze za tego stulecia? Zobaczymy. Może ciekawość, kim jest legendarny Azor Ahai, pomoże mi odnaleźć drogę powrotną do książki nawet po latach, a może również przezwycięży żal do autora, że zabił Jaimego Lannistera, jeśli właśnie to się szykuje. Martin jest nieobliczalny i muszę być przygotowana na wszystko. Nie jestem przyzwyczajona do patrzenia na śmierć najlepszych bohaterów, ale jestem już dorosłą osobą i wiem, jak wygląda życie. Wygrywają silniejsi i sprytniejsi. A taka właśnie jest „Gra”. Zbyt bliska życiu. Martin zrobił coś odmiennego, myślę mało spotykanego w literaturze w ogóle, jak i literaturze fantasy. Mianowicie zabija kogo chce, nie patrząc na to, jaką rolę w książce ta postać odgrywa. Dzięki temu jego książki wywołują takie emocje i tak mocno odstają od innych ze swojego gatunku. Myślę, że dzięki temu wrócę do gry, nawet jeśli będę musiała długo poczekać. Póki co czuję się na tyle wolna, że jestem gotowa sięgnąć po inny tytuł, mimo iż moje myśli przez jakiś czas będą jeszcze krążyć wokół utraconych przyjaciół z sagi Martina. Miłość tak szybko nie przemija, a nawet pokonuje czas. A ja czuję miłość do „Gry o tron”, pomimo jej wzlotów i upadków. Czekam więc z cierpliwością, ponieważ gdy chodzi o miłość, nie można się poddawać z powodu byle przeszkody. Czekam na Twój ruch Panie autorze, czekam na zaproszenie na kolejną randkę. Proszę nie igrać ze mną i wysłać je jak najszybciej:)
Też chciały poczytać, ale nie podzieliłam się z nimi książką :)