niedziela, 30 października 2016

Za co kocham/ nienawidzę Lanzarote


Kocham:
1.   Za wieczna piękną pogodę i słońce, od którego tak łatwo się spalić. Za potrzebę nakładania olejków do opalania i całodobowego noszenia okularów przeciwsłonecznych (za wyjątkiem pory nocnej, oczywiście) oraz kapeluszy. Za chłodzący wiatr i ciepłe wieczory. Za możliwość przesiedzenia całą noc pod gołym niebem, przy grillu, wsłuchując się w milknące rozmowy dopływające z sąsiadujących domków. Za cudowne poranki i kąpiel w oceanie w promieniach wschodzącego słońca. Za cudowną poświatę towarzyszącą każdemu zachodowi słońca. Za klimatyczne zdjęcia o zmierzchu. Za kolor wieczornego słońca, które rozjarza taflę oceanu barwą roztopionego złota.

2.   Za niepowtarzalne krajobrazy, majestatyczne łańcuchy górskie utworzone z wulkanów oraz wszechobecną, kojącą pustkę, która staje się ostoją piękna.
3.   Za tę ciszę towarzyszącą porankom, nocom i dniom, spędzonym na kontemplowaniu przyrody w odległych rejonach wyspy.

4.   Za te wieczory na ławce spędzone na śledzeniu świateł mknących w oddali samochodów.
5.   Za hiszpański, przepiękny język przenikający ulice, dodający uroku samotnym wieczornym spacerom i podgrzewający atmosferę nocy.
6.   Za energię krążącą ulicami, która przeistaczała zwykłe ulice w nocny karnawał barw i postaci.
7.   Za różnorodność plaż. Za czarny piasek i wulkaniczne kamieniste plaże w okolicy El Golfo. Za plaże Papagayo, otoczone milczącą pustką gór spalonych słońcem. Za wędrówki na mniej dostępne plaże, za pozytywne zmęczenie towarzyszące tym wędrówką. Za możliwość zanurzenia się w błękitnych wodach Playa Dorada. Za to, że każda plaża jest inna mimo bliskiego sąsiedztwa. Za niedostępność najpiękniejszych plaż, do których trzeba dojść/zejść/wdrapać się.


8.   Za majestatyczną pustkę dookoła.
9.   Za wielorakość kolorów i odcieni w zdającej się jednostajnej wyspie.

10.    Za poczucie przygody czającej się na każdym rogu.
11.  Za cudowne małe miasteczka ukryte pośród wulkanicznej pustki.
12.  Za słodkie winogrona rosnące pod górskimi zboczami.
13.  Za to, że wszyscy mówią tam także po angielsku.
14.   Za poczucie bezpieczeństwa pozwalające szwendać się samotnie po ulicach w środku nocy.
15.   Za to, że kierowcy zatrzymują się przed pasami, jak tylko się do nich zbliżasz.
16.   Za tanie paliwo.

17.   Za nienaruszoną biało-zieloną architekturę miast strzeżoną przez władze wyspy. Za brak biurowców i ogromnych hotelisk psujących pejzaż.

18.   Za najsłodsze egzotyczne owoce i za Lidla, który sprzedaje je w niewysokich cenach. Za możliwość spróbowania najsłodszego ananasa w moim życiu. Za najsmaczniejszego melona i soczystą papaję.

19.   Za czarną ziemię i mieniące się wszystkimi odcieniami czerwieni góry.
20.   Za jedzenie smaczniejsze niż w Grecji.
21. Za cudowny dżem truskawkowy przypominający dom.
22. Za milion miejsc, które można zwiedzić, gdy ma się samochód i za miasta, które nie powszednieją, nawet gdy codziennie chodzimy tą samą drogą.
23. Za Mirador del Rìo i jej ukrytą Famara Beach, za wspinaczkę górską, którą trzeba odbyć, by znaleźć się na  rajskiej plaży strzeżonej przez strome zbocza górskie. Za możliwość przystanięcia na szlaku, spojrzenia w dal, szarpane wiatrem ubranie i nieład na włosach. Za wszechogarniająca radość na widok roztaczającej się przed oczami przygody. Za brak tchu w płucach podczas wspinaczki powrotnej. Za tamten płaski kamień w połowie drogi w górę, na którym można było odpocząć przed kolejnym etapem mozolnej wspinaczki. 

Za roztaczający się z tego miejsca widok. Za cudowne zdjęcia zrobione po drodze. Za poczucie, że możesz zdobyć świat, gdy już dotrzesz na sam szczyt, radując się otaczającym Cię mrokiem i ciszą wypełnioną wiatrem i Twoim ciężkim oddechem. Za możliwość oglądania zmierzchu zapadającego nad wyspą bez wszędobylskiej obecności turystów. Za poczucie przygody, które rośnie w sercu, gdy docierasz do parkingu i widzisz, że wszyscy już dawno odjechali, przez co nie mieli możliwości zobaczenia wszystkiego tego, co było Twoim udziałem. Za to, że nie chce się opuszczać tego miejsca. Za mokrą od potu koszulkę i
poczucie celu w życiu. Za ryzyko, towarzyszące wspinaczce, gdy widzisz, że wokół Ciebie robi się coraz ciemniej, a przed Tobą majaczy szczyt, oddalony o połowę przebytej przez Ciebie w trudzie i znoju trasy. Za obietnicę, że następnym razem wrócisz wcześniej, aby uniknąć ryzyka utknięcia na tej kamienistej trasie w środku nocy i radość ze złamanej obietnicy, gdy ten następny raz przychodzi, a Ty najpierw marudzisz przy zbieraniu się z plaży, a potem nie możesz przestać odwracać się i robić kolejne zdjęcia tych samych widoków, które robiłeś tydzień wcześniej, bo jesteś przekonany, że te są inne, bo przecież pogoda się zmieniła. Za poczucie przynależności do tego miejsca.
24. Za nieoczekiwane codzienne przypływy i odpływy (nieoczekiwane dla tych, którzy nie sprawdzają takich informacji w Internecie), które zmieniają każdy wypad na plażę w prawdziwą przygodę.
25. Za możliwość przebywania w chmurach, gdy wybierze się trasę LZ-10 na Harię (Mirador de Haria) wracając dookoła z plaż Órzola do Arrecife.
26.  Za północną część wyspy obfitującą w najpiękniejsze krajobrazy i najciekawsze plaże. Za niesforną zmienność tej strony, dzięki której te same plaże nigdy nie są takie same.
27. Za okolice wioski Órzola z najciekawszą laguną (Los Caletones) jaką widziały moje oczy. Ten rejon przynosi poczucie przygody z każdym przypływem, a początek dnia nigdy nie jest taki sam jak jego koniec.
28.  Za aktywność jaką wymusza wyspa na wszystkich ciekawskich. Za dzieci biegające po placach zabaw w środku nocy. Za poczucie, że czas nie ma znaczenia. Za kompletny relaks. Za niepowtarzalny klimat wąskich uliczek, sprawiających, że chciało się wstąpić do pierwszego napotkanego gdzieś w plątaninie uliczek małego baru, aby posłuchać muzyki na żywo i zrelaksowanego śmiechu tamtejszych mieszkańców. Za wszystkich miłych ludzi, którzy mnie pozdrawiali z uśmiechem, w ogóle mnie nie znając, tylko dlatego, że mijali mnie wieczorem na ulicy. Za ciepłe światła rozświetlające noc przez niezasłaniane okna. Za umiejętność mieszkańców Lanzarote do cieszenia się ciepłymi wieczorami, przesiadujących na balkonach i tarasach do północy.
29. Za piękne małe wille z urokliwymi ogródkami, stłoczone wzdłuż wąskich uliczek. Za duże okna, pozwalające zajrzeć ukradkiem do wewnątrz, aby skraść trochę prywatności, której nikt tak naprawdę nie zamierza strzec. Za możliwość poczucia choć przez chwilę, że jest się jednym z nich, mieszkańców Lanzarote.
30.  Za miłość do zwierząt, która sprawia, że wszędzie stoją miseczki dla wałęsających się ulicami kotów, a pośród uliczek Costa de Papagayo ukryte są domki dla bezpańskich kotów.
31.  Za wieczorne powroty z całodniowych wypadów. Za szybko mijane rozświetlone miasteczka, aby za chwile zanurzyć się w ciemność. Za pełne satysfakcji milczenie, gdy wracamy z kolejnej podróży, podczas której zastaje nas noc. Za nostalgię, która ogrania na widok ciągnących się wśród ciemności jasnych wstęg tras szybkiego ruchu.
32. Za brak komarów w nocy (jak to w ogóle możliwe?).
33. Za zielone (i czerwone) oliwiny ukryte w czarnej wulkanicznej skale, które można zbierać jak bursztyny, wystarczy tylko mieć oczy szeroko otwarte.
33.   Za to, że zakochałam się w Wyspach Kanaryjskich. Za to, że chcę je poznać jeszcze raz; że marzę, aby wrócić na Teneryfę i dać jej drugą szansę. Za pewność, że tym razem będzie całkowicie inaczej. Za sentymentalną radość, która ogarnia mnie za każdym razem, gdy wspominam ten nieplanowany wyjazd na Lanzarote. Za dzisiejszy uśmiech na wspomnienie uczuć i wątpliwości, jakie towarzyszyły mi, gdy tylko otrzymałam propozycję wyjazdu na tę przepiękną wyspę i za poczucie, wtedy, przed wyjazdem, że pustka Lanzarote jest nie dla mnie. Za to, że tak bardzo się myliłam. Za miłość, którą już do końca życia będę czuć do tej wyspy, na której zaznałam tyle szczęścia.

Nienawidzę:
1.   Za brak cykad w nocy.
2.   Za wysokie kary za najdrobniejsze przewinienia. Już wiem, skąd ta uprzejmość kierowców na pasach (nie przepuszczenie pieszego na pasach- 200 euro).
3.   Za zimną wodę w basenie i w oceanie. Była zimniejsza niż można było tego oczekiwać w drugiej połowie sierpnia.
4.   Za karaluchy wielkie jak pięści (oczywiście przesadzam, ale okazy te są zaiste ogromne) i ich upodobanie w wieczornych spacerach ulicami miast.
5.   Za to, że największe miasta składają się głównie z kurortów, a żeby doświadczyć zwykłego życia mieszkańców Lanzarote trzeba udać się do odległych i schowanych pośród czarnych piasków wyspy małych miasteczek i wsi (niezbędny własny środek lokomocji, gdyż turystyczne autobusy zawiozą Cię do najbardziej znanych, turystycznych atrakcji i innych kurortów).

Więcej przewinień Lanzarote nie znalazłam. Zaś to ostatnie można łatwo złagodzić, wystarczy tylko zanurzyć się w głąb miasta, między wąskie uliczki, z dala od głównych ulic okupowanych przez tłumy turystów stłoczonych wokół pubów, restauracji i sklepów. Tam, ukryte od wścibskich spojrzeń, toczy się normalne życie mieszkańców Lanzarote, którzy tu żyją, pracują i chodzą do szkoły. Tego szukajcie, a odnajdziecie prawdziwego ducha Lanzarote.

                                                             ***

Był to drugi po Turynie wypad w tym roku, do którego będę mieć największy sentyment. Zdecydowanie przebił moją ukochaną Grecję, bo było to coś innego, całkiem nowe doświadczenie. Ale pamiętajcie, jeśli chcecie poznać Lanzarote tak naprawdę, jego prawdziwą głębie, siadajcie w samochód, kupcie dobrą mapę i ruszajcie na poszukiwanie niepowtarzalnej przygody, której nie znajdziecie nigdzie indziej, także na żadnej innej wyspie Kanaryjskiej, bo każda z nich jest inna i każda z nich przynosi inne emocje i inne przygody.

Powodzenia. Mam nadzieję, że zakochacie się w Lanzarote tak jak ja.



poniedziałek, 24 października 2016

Podwójna rola/ Jacqueline Wilson


Ostatnia książka Jacqueline Wilson, która wpadła w moje ręce, jest przeznaczona dla dzieci. Typowe to dla tej autorki. Aczkolwiek ta opowiada o dziesięciolatkach, więc jest jeszcze bardziej dziecięca. Ale sięgając po książki Wilson trzeba się na to przygotować. Jednak nie martwcie się, jej styl jest tak wyluzowany, że z taką samą radością przeczyta jej książkę dziecko, jak i osoba dorosła. Wystarczy tylko odrobinę poczucia humoru i już stajemy się wiernymi czytelnikami Jacqueline.
Ja zakochałam się w jej stylu przez Tracy Beaker, a każda następna książka potwierdzała celność mojego wyboru. Nie inaczej jest z „Podwójną rolą”. Początkowo byłam nieco zaskoczona, jeśli nie powiedzieć zniechęcona, gdy zauważyłam, że książka napisana jest w formie dziennika/pamiętnika i że tylko jedna z bohaterek, Ruby, jest typową wilsonowską bohaterką- o ciętym języku i buńczucznej duszy. Jej bliźniacza siostra, Garnet, od pierwszych słów nie pasowała mi w tej książce, bo była spokojna i przygaszona gwiazdą pomysłowej Ruby. Była po prostu zwykłą dziewczynką, podczas gdy ja żądałam czegoś więcej od bohaterek Jacqueline. Tymczasem nieśmiałe wtrącenia Garnet pośród słowotoku Ruby były niczym małe zgrzyty, które psuły czar opowieści.
Jednak szybko dałam się wciągnąć w tę zabawę dwóch różnych charakterów i mimo iż uwielbiałam Ruby od pierwszych słów, a Garnet tylko lubiłam, a nawet zaledwie znosiłam, stwierdziłam, że jakoś to przeżyję, bo przecież w nadaniu tak różnych osobowości bliźniaczkom miało swój sens i było dobrze przemyślane. Poza tym na tle Garnet, Ruby stawała się jeszcze bardziej komiczna i świeciła jeszcze jaśniej, niż gdyby występowała na scenie sama. Poza tym nieśmiałość Garnet dodawała pasji przemowom Ruby i siły jej przywódczemu charakterowi i bez swojej młodszej o 20 minut siostry Ruby nie byłaby tą samą dziewczynką, to jest pewne.
Co więcej, obecność osobowości, którą można było kierować sprawiła, że bliźniaczki miały większą swobodę we wpadaniu w tarapaty, zwłaszcza, gdy działały na przekór ojcu i nowej osobie w rodzinie, znienawidzonej Rose. Dodatkowo gdyby nie obecność Garnet, zabrakłoby tej końcowej lekcji i tych paru łez, które pojawiły się pod koniec, gdy Ruby zapadła się w swoją złość i sprzeciw wobec wszystkich, swoją zawziętością i przekonaniem o własnej inteligencji oraz nieomylności powodując rozpad więzi między siostrami i pchając samą siebie w pułapkę samotności. Dlatego bardzo szybko pogodziłam się z obecnością tej nieśmiałej dziewczynki i nawet w połowie książki zaczęłam cieszyć się jej perypetiami tak samo, jak wpadkami Ruby.
Nie będę się rozpisywać, o czym jest ta książka, bo bez problemu znajdziecie miliony streszczeń w Internecie. Jednak chcę przy okazji tej krótkiej recenzji podkreślić talent Jacqueline Wilson i podpowiedzieć, że jeśli nie macie pomysłu, jaką literaturę podsunąć pod nos swojemu dziecku, sięgnijcie po książki tej autorki. Po trzech tytułach moje statystyki są tak wyraziste, jak smak gorzkiej czekolady Wedla. Są to książki zabawne i z przesłaniem i śmiało możecie je sami przeczytać. A jeśli przypadkowo jesteście nastolatkami, nie wahajcie się przed tym wyborem tylko dlatego, że nie jesteście już dziećmi. Gwarantuję Wam, że po książkach Wilson znowu zapragniecie nimi być.
Cóż więcej mogę powiedzieć, książka jest zabawna (powtarzam się, ale to najprawdziwsza prawda), chwilami wzruszająca i bardzo wciągająca. Tytuł na jeden wieczór, przeczytacie ją jednym tchem i nawet nie będziecie wiedzieli, kiedy to się stało. Tym, którzy biegle posługują się językiem angielskim zalecam czytanie w oryginale (Double act), bo dzięki temu nie uronicie ani odrobiny z żywego języka Wilson (każdy przekład bowiem nosi ślady czyjejś interpretacji, która czasami może zaburzyć całość narracji).
Jeśli macie ochotę sięgnąć po drugą część pt. „Dziewczyny się zakochują”, możecie to zrobić bez wahania, bo choć przeczytałam o istnieniu tej części dopiero dzisiaj, to jestem przekonana, że będzie ona tak samo dobra jak pierwsza. Bo mimo, iż Ruby otrzymała swoją lekcję, to na pewno nie spowodowała w dziewczynce zwrotu charakteru o 180 stopni i na sto procent znajdziecie ją w jeszcze większych tarapatach, niż te, w jakie się sama wkopała swoją „mądrością”. Życzę Wam wspaniałej zabawy z żywiołową i przezabawną, a także straszliwie upartą Ruby i jej słodką przeciwwagą Garnet. Bawcie się dobrze i do zobaczenia wkrótce, gdy wrócę z kolejnym odkryciem sezonu, od którego nie mogę się oderwać. Ciao!


piątek, 14 października 2016

Lanzarote stories


ORZOLA



VOLCAN DE LA CORONA + YÉ













HARIA - EL VALLE DE LAS MIL PALMERAS












PLAYA BLANCA





LOS HERVIDEROS

EL GOLFO






PAPAGAYO




MIRADOR DEL RIO