Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2018

Nauka języka angielskiego może być przyjemnością. Pomysł na prezent świąteczny


Jako, że święta zbliżają się wielkimi krokami i jest coraz mniej czasu na zakup prezentów, spieszę z pewnym pomysłem dla kochających książki i jednocześnie fanów nauki języków obcych, na który natknęłam się przypadkowo w Empiku. Co więcej, sama sprawiłam sobie ten prezent, bo nie mogłam się oprzeć wyjątkowo niskiej cenie i genialnemu pomysłowi, na który ktoś wreszcie wpadł i rozwiązał największy problem, na jaki zawsze się natykam, gdy sięgam po literaturę obcojęzyczną w ramach nauki. Jestem już na takim etapie nauki, że jedyną rozsądną rzeczą, jaką mogę zrobić, jest czytanie jak najwięcej i podłapywanie w ten sposób nowych słówek.
Bo wiadomo, że najlepiej pamiętamy coś, co najczęściej powtarzamy i używamy. A żeby powtarzanie nie było monotonne, dobrym pomysłem jest wykorzystywanie naszych hobby do tego. Moim ulubionym zajęciem jest czytanie, dlatego najczęściej sięgam po literaturę piękną, gdy mam ochotę pobyć trochę z językiem obcym. Uwielbiam to z dwóch powodów- dostaję fajną historię i mogę poćwiczyć gramatykę, bez większego skupiania się na zasadach. Jestem wzrokowcem i najlepiej wpada mi w pamięć coś, co zobaczę na papierze. Książka, jaką znalazłam w Empiku dała mi jeszcze trzecie rozwiązanie, na które dawno czekałam, a które zawsze zabierało zbyt dużo czasu i było bardzo kłopotliwe, gdy chciałam robić to sama. Dlatego chylę czoła przed tymi, którzy nie tylko wpadli na ten pomysł, ale i włożyli ogrom pracy w jego wykonanie. Zwłaszcza, że tytuły, jakie wybrali do swoich tłumaczeń, są tytułami o wysokim poziomie trudności, jako że zawierają starą angielszczyznę i sformułowania, które dawno wyszły z użycia. Oszczędzili mi w ten sposób mordęgi i pozwoliły mi nauczyć się rzeczy, których w zwykłym podręczniku do nauki nigdy bym nie znalazła.
Mówię tu o wydawnictwie poltext i ich tłumaczeniach znanych i kultowych książek: Ani z Zielonego Wzgórza, Dumy i Uprzedzenia oraz Tajemniczego Ogrodu. Te trzy książki znalazłam w Empiku w cenie 30 zł i gdyby nie brak funduszy, zabrałabym wszystkie do domu. Każda z nich na okładce ma oznaczony poziom nauki. Tajemniczy Ogród B1, Ania z Zielonego Wzgórza B2 oraz Duma i Uprzedzenie C1. Nie wiem co wpłynęło na tę klasyfikację, ale uważam, że pierwsze dwa tytuły należą raczej do poziomu C1, podczas gdy Duma i Uprzedzenie, jako najmłodsza i zawierająca najwięcej staroangielskiego, jest na poziomie C2. Czytałam ją kiedyś w oryginale i mimo, że zrozumiałam wiele, napotkałam natrzęsienie zwrotów i słów, których znaczenia nie znałam i gdybym chciała je wszystkie odnaleźć we współczesnych słownikach, zajęłoby mi to wieki, jeśli w ogóle by udało mi się je namierzyć. Tymczasem mi najbardziej zależało na tym, aby nacieszyć się znaną, bo czytaną wielokrotnie historią.
Wydaje mi się, że przez to, iż znałam książkę na pamięć, pomogło mi to w jej zrozumieniu, mimo długich opisów i bardzo wyszukanego słownictwa, cechującego pisarstwo Austen. Czytałam też inną pozycję autorki i było mi już trudniej ją zrozumieć, bo nie znałam jej tak dobrze, jak znałam Dumę. Stąd moje śmiałe stwierdzenie, że poziomy nauki są nieco zaniżone. Przekonałam się o tym, jak tylko zaczęłam czytać Anię. Byłam przeświadczona iż będzie to łatwa książka, ze względu na to dla jakiego czytelnika została przeznaczona, tymczasem okazało się, że utonęłam w nowym dla mnie słownictwie już w pierwszym akapicie. I gdyby nie pomoc wydawnictwa i podwójne czytanie każdego akapitu, dużo z tej książki by mi umknęło.
W swoim życiu przeczytałam już wiele tytułów w języku angielskim, ale rzadko skupiałam się na szukaniu nieznanego słownictwa, bo jedyne co mnie interesowało, to dowiedzieć się, co się za chwilę wydarzy. Również wiedziałam, że ćwiczę w ten sposób naturalne myślenie i mówienie w języku obcym, bo zapamiętywałam wyrażenia, sposób układania zdań, pewne formuły, z których nauką miałam problem, bo nie miałam jak ich przećwiczyć w prawdziwym życiu, czy też utrwalałam podstawowe czasy gramatyczne, co pozwalało mi na lepsze rozumienie, kiedy je stosować. I to zawsze powtarzałam moim koleżankom, które miały problemy z nauką angielskiego- rekomendowałam im czytanie książek angielskich tak, jakby czytały zwykłą literaturę- dla przyjemności, bez skupiania się na gramatyce, poszczególnych słowach, których znaczenia w zdaniu nie znały, nakazując im skupiać się na ogólnym znaczeniu i rozumieniu, o czym jest dany akapit. Mnie to bardzo pomogło i czuję, że gdyby nie takie podejście i wiele przeczytanych książek, miałabym większe problemy z wysławianiem się w języku obcym. I to, że czytam angielskie książki zauważyli również moi nauczyciele, ponieważ widzieli, że nie robię typowych dla początkujących błędów, które czasem robią nawet bardziej zaawansowani słuchacze.
W tym roku postanowiłam bardziej skupić się na słownictwie, bo zauważyłam, jak wielkie mam braki, zwłaszcza z przymiotnikami. Uświadomiła mi to głęboko książka Barbary Tate „West End Girls”, zawierająca tak wiele przymiotników, że aż głowa mnie rozbolała z wrażenia. Z czego może 1% był mi znany. Nie tego człowiek się spodziewa po 6 latach nauki, prawda?
Dlatego gdy zobaczyłam Anię w empiku, gdy zajrzałam do środka i zobaczyłam jaki jest jej układ, od razu wiedziałam, że ta książka wyląduje na mojej półce. Wybrałam właśnie ją, bo Dumę i Uprzedzenie czytałam zaledwie rok temu, a Tajemniczy Ogród był dużo cieńszy, a ja lubię, gdy cena odpowiada jakości towaru (jak to się mówi po angielsku „good value for money”). I uważam, że książka o połowę cieńsza powinna być o połowę tańsza. Natomiast Ani dawno nie miałam w rękach i bardzo zapragnęłam odświeżyć sobie tę dobrze znaną historię. I uważam, że bardzo dobrze zrobiłam, bo dostałam w cenie 30 złotych świetną historię, dużo stron na długie zimowe dni jak i cały ogrom słów do nauczenia, podany w taki sposób, że człowiek wcale nie czuje, że się uczy. A wszyscy wiemy, jak to wspaniale działa na motywację, gdy nikt nas nie naciska i nauka jest wpleciona w zabawę.
Cały pomysł książki jest bardzo prosty, ale jak do tej pory nikt wcześniej się tego nie podjął. Być może odstraszył go multum pracy. Poczynając od pierwszego akapitu, na marginesie mamy tłumaczenia słów, wyrażeń i króciutkie wskazanie etymologii słów pochodzących ze staroangielskiego, które wyszło już z użycia (dla przykładu: ruther=rather- i tłumaczenie słowa). Proste, wygodne i piękne w swej prostocie. Dzięki temu wspaniałemu pomysłowi nie muszę już tracić czasu na ciągłe wyciąganie telefonu i sprawdzanie w słowniku słów, które mnie ciekawią, bo wystarczy, że przeniosę wzrok na margines i już mam wytłumaczenie.
I teraz czytanie książek po angielsku jest znacznie przyjemniejsze, gdy nie muszę się już zastanawiać, co znaczą poszczególne słowa. Oczywiście nie wszystkie słowa są wytłumaczone i czasem trzeba zajrzeć do słownika, ale jest to o wiele mniej pracy, dzięki czemu mogę skupić się na zupełnie czymś innym, mianowicie na smakowaniu tych słów, czytaniu powtórnie każdego akapitu, aby zapamiętać słowo lepiej, jak i skupiając się bardziej na konstrukcji każdego zdania i sposobie użycia poszczególnych powiedzeń. Z tym wydawnictwem nie tylko czytam książkę, ale naprawdę uczę się myślenia w języku obcym. Uważam, że rozwiązanie to znacznie ułatwiło mi naukę i dzięki niemu będę mogła wznieść się chociaż pół poziomu wyżej w nauce.
Oprócz wyjaśnień na marginesach co jakiś czas napotykamy ćwiczenia, które jeszcze bardziej utrwalą wiedzę i pozwolą jeszcze lepiej zrozumieć język. Całe lata czekałam na takie książki i wreszcie się doczekałam. Mam nadzieję, że wydawnictwo pójdzie o krok dalej i sięgnie po współczesne i poczytne tytuły, bo ja na pewno po takie książki sięgnę. I jak myślicie, czyż nie jest to wspaniały prezent dla każdego pochłaniacza książek? Ja na pewno kupię wszystkie dostępne tytuły, bo uważam, że warto. A jeśli interesują Was inne języki, widziałam wydania w językach: włoskim, hiszpańskim i francuskim. Gdyby nie to, że znam tylko podstawy włoskiego i hiszpańskiego, kupiłabym także tamte pozycje. Tymczasem skupię się na Ani z Zielonego Wzgórza, bo zimowe wieczory są długie, a historia Lucy Maud Montgomery ciepła i wciągająca, jak picie gorącej czekolady.
P.S. Jako dodatkowe ćwiczenie, można czytać tę książkę na głos, np. leżąc w wannie. A potem odsłuchać audiobook udostępniony na stronie wydawnictwa i sprawdzić, jakie słowa wymawiamy źle oraz uczyć się szybkiego czytania z tym audiobookiem na słuchawkach i z książką papierową w ręku. Pomysł warty wprowadzenia w życie. Ja na pewno tak zrobię. Czas wziąć się poważnie za naukę, w przyszłym roku kolejny zagraniczny wyjazd. Nie ma na co czekać, nikt tego za mnie nie zrobi! Więc jeśli nie macie żadnego pomysłu na prezent, a macie w swoim kręgu kogoś zakochanego w czytaniu i naukach języków obcych, to pozwalam Wam skorzystać z tego konceptu. I nie dziękujcie, cieszę się, że mogłam pomóc :)

środa, 12 września 2018

Eva Rice/ The Lost out of Keeping Secrets



Cofam to, co napisałam pod poprzednim postem. O dobrych książkach czasem też nie wiadomo co napisać. Człowiek boi się dotknąć ich słowami, żeby nie urazić, nie uronić niczego, żeby nie zapomnieć odkryć wszystkich aspektów, odsłonić każdą mocną stronę, a także z obawy, że nie podoła zadaniu i nie nakreśli tych aspektów tak, jak na to zasługują. Skąd to wiem? Bo wreszcie po latach spotkałam współczesną książkę, która zdaje się być wyjęta z innych czasów i dorównuje świetnością literaturze minionych wieków. I jest tak dobra, że boję się, iż nie dam rady jej opisać, dlatego od 10 minut wpatruję się w pustą stronę dokumentu word i nie wiem jak zacząć. Zabrakło mi słów dla książki, której poszukiwałam tyle lat i która spełniła wszystko moje oczekiwania. A teraz ja nie mogę spełnić jej oczekiwań. Jedyne, czego książka chce, to nie być zapomnianą. A ja nie potrafię jej tego zapewnić, bo zabrakło mi słów na opisanie jej świetności. Zabawne prawda?
Książka, która mnie poruszyła od pierwszego zdania, to „Utracona sztuka dochowywania tajemnic” Evy Rice. Już sam tytuł sugeruje, że to będzie coś niezwykłego, prawda? Wymyślenie dobrego tytułu to największa zmora pisarza. Gdy ten nie będzie wystarczająco intrygujący, historia, jaką ukrywa może nigdy nie zostać odkryta. I cały trud pisarza włożony w wykreowanie świetnej powieści może pójść na marne za sprawą paru liter na okładce książki. Eva Rice nie tylko stworzyła ponadczasową, wciągającą opowieść, ale i złożyła w jedną całość tytuł, który nie tylko pasuje do historii, jaką opisuje, ale i subtelnie zwraca uwagę przechodnia na siebie. Jest jak skinienie ręki, domagającej się w delikatny sposób uwagi. A ciężko jest przejść obok niespotykanego tytułu obojętnie.
Gdy już damy się nakłonić do sięgnięcia po tę pozycję, już po pierwszym akapicie będziemy wiedzieli, że natrafiliśmy na coś innego, wartościowego, zaskakująco dobrego i wyjątkowego. To jakiego języka używa autor, jak perfekcyjnie buduje zdania, jak wciąga czytelnika od pierwszej chwili do swojego świata, nie bawiąc się w żadne zapowiedzi i budowanie napięcia, jak subtelnie porusza się w świecie literatury, jak idealnie dobiera słowa do epoki, którą wybrał, to wszystko sprawia, że od razu wiemy, że natrafiliśmy na skarb, w którego znalezienie już dawno przestaliśmy wierzyć.
Książka Evy Rice jest dowodem na to, że dzisiejsza literatura wcale nie musi być krzykliwa, mroczna, zagadkowa, szybka, seksowna czy krwawa, żeby była dobra. Owszem, sensacja lepiej się sprzedaje i daje szybciej zarobić, niż subtelność i mądrość, ale czy polecilibyście te pełne przemocy i innych niskich ludzkich odczuć swojej nastoletniej siostrzenicy lub osiemdziesięcioletniej babci? Czy bez rumieńca wstydu będziecie czytać miażdżące recenzje o książce, którą Wy przeczytaliście jednym tchem i z wypiekami na twarzy? Czy za trzydzieści lat nie spojrzycie wstecz i nie powiecie sobie „Cóż za okropny gust miałem? No ale byłem wtedy młody i głupi”?
Natomiast nigdy nie doznacie takich negatywnych uczuć z „Utraconą sztuką dochowywania tajemnic”. Jest to książka mądra, intrygująca, inna, wciągająca, wielopokoleniowa i przede wszystkim niezapomniana. Jest to pozycja z górnej półki, wokół której nie dzieją się żadne kontrowersje. Nie jest to tytuł, który przynosi skrajne recenzje czy skrajne uczucia. Jest to natomiast książka budująca, inteligentna, delikatna, pełna ciepła i mądrości. I może wydać się nudna z tego opisu, ale to tylko wrażenie. Jest to wyrafinowana historia, napisana ze smakiem i z dużą dozą kunsztu pisarskiego. Wierzcie mi, takich książek się dzisiaj nie spotyka. W dobie mody na mocne wrażenia, to co wyszukane i odwołujące się do najwyższych uczuć, schodzi na drugi plan. Mimo to myślę, że takie pozycje jak ta są lepszym lekarstwem na wszelkie rany, które próbujemy zaleczyć w szybkich książkach. Zadziałają mocniej i na dłużej, opatulając nas dobrem, pogodą ducha, siłą charakteru i nadzieją.
„Utracona sztuka dochowywania tajemnic” jest to wyrafinowana opowieść o uczuciach. Nie tylko w relacjach damsko-męskich, ale i uczuciach związanych z zagubieniem, dorastaniem w trudnych czasach oraz zduszonymi namiętnościami. Widzimy świat oczami nastolatki, której przyszło żyć w ciężkich warunkach powojennych, patrzącej na ruiny świata, który dobrze znała i która mimo wszystkich przeciwności losu nie poddaje się i walczy o swoje prawo, by być nastolatką, by móc się zakochać i być szczęśliwą, nawet jeśli to, co kiedyś było, zniknęło na jej oczach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ta książka opowiada o sile, jaka drzemie w młodzieży, o tym jak łatwo potrafią się oni dostosować do nowych warunków, jak mocno i żywo płynie w nich krew, która nakazuje im przeć do przodu, nawet jeśli wszystko dookoła nich rozpadło się na kawałki. Opowiada o prawie młodych do zapomnienia o tym co było, po to by pójść do przodu, nawet gdy dotychczasowy porządek musiał ustąpić nowemu. I o tym, że młodzi mają prawo rzucić się w wir nowego świata, bez oglądania się za siebie.
Historia Penelopy Wallace umiejscowiona jest we wczesnych latach 50-tych, krótko po zakończeniu II Wojny Światowej, gdy Anglia, jak i cały świat, znowu zaczyna oddychać i cieszyć się prostymi rzeczami pomimo wcześniejszej pożogi i upadku. Umiejscowienie akcji w tych czasach nie tylko dodało jej smaku, ale i podkreśliło trudną sytuację Penelopy i innych jej podobnych, którzy chcieli żyć dalej i cieszyć się muzyką, dobrym jedzeniem, przejażdżkami po mieście i innymi głupotami, nie zamartwiając się stanem posiadania ani utraconymi możliwościami. Ponieważ Penelopa i jej brat, Inigo, oraz ich rówieśnicy widzą kolejne szanse i możliwości nawet w upadłym świecie i wiedzą, że mogą je zdobyć tylko wtedy, gdy nie będą się oglądać za siebie. A swoją żarliwością i miłością do życia zarażają dorosłych, nawet tych, którzy dawno się poddali.
Gdybym była recenzentką profesjonalną, napisałabym, że jest to również piękna opowieść o słodko-gorzkich uczuciach towarzyszących pierwszej miłości oraz o przyjaźni. Jednakowoż jako czytelnik stroniący od drętwych opisów kojarzących się z lekturami szkolnymi napiszę, że w podróży przez prawie dorosłe życie towarzyszy Penelopie przypadkowo poznana, ekscentryczna jak na swój wiek ale i wizjonerska pod kątem nowych trendów w modzie, Charlotte. Charlotte, której obecność jest jak powiew świeżości, ze swoim odważnym spojrzeniem na życie i nowatorskimi poglądami. Ze swoim gorzkim uczuciem do chłopaka, którego kochać nie powinna oraz ze swoją energią, która pozwala jej żyć dalej pełną piersią, pomimo poświęcenia jakiego dokonała w życiu dla dobra rodziny. Jest to tak wciągająca postać, pełna charakteru i życia, że nie dziwi nas więź, jaką poczuła Penelopa do osoby całkiem jej obcej jeszcze parę minut wcześniej. Zwłaszcza gdy widzimy w jakim otoczeniu żyć musi Penelopa, w otoczeniu, które bardziej przypomina grób dawno pogrzebanych nadziei niż dom rodzinny. Do tego dochodzi kuzyn Charlotte, Harry, nieszczęśliwie zakochany w zblazowanej, nie stroniącej od alkoholu i lekkomyślnej młodej aktorki, która dla pieniędzy porzuca Harrego, wrzucając go tym samym w otchłań zazdrości i rozpaczy, chociaż dla wprawnego oka widać, że w tym związku nie było żadnego uczucia. Natomiast brat Penelopy, Inigo, myśli tylko o muzyce i marzy o karierze piosenkarskiej, wbrew woli matki, która widzi dla niego inną, tradycyjną drogę kariery. Wszystko po to, by zatrzymać go przy sobie i zapewnić rodzinie stały dochód.
Opozycją do młodych, pełnych życia i zapału oraz planów na życie są starsi, ciotka Charlotte, spisująca dzieje swojego życia i matka Penelopy i Inigo. Ta ostatnia żyjąca przeszłością, załamująca ręce nad ruiną rodzinnego majątku, nie potrafiącą dostosować się do nowych warunków i pragnąca zatrzymać przy sobie dzieci, w niedoli swoich myśli, z której nie potrafi się wyrwać.
Książka jest niekonwencjonalna ze względu na czas umiejscowienia wydarzeń. Dało to pisarce możliwości wplecenia historii Penelopy i Charlotty w znaczące dla świata okoliczności, a tym samym do zastosowania bardziej zaawansowanego języka tamtejszej podupadłej arystokracji. Dzięki tym zabiegom książka dodatkowo zyskuje na wartości, dobrze i gładko się ją czyta, bardzo łatwo się zaangażować w życie każdej z postaci, a także w całą historię. Niespotykany w dzisiejszych czasach, wysublimowany dobór słów i delikatność przekazu sprawia, że tę książkę należy zaliczyć do wyjątkowych. A w związku z tym jest to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto kocha literaturę i uwielbia zapomnieć się przy dobrej książce. Polecam ją dla osobników każdej płci, wieku i do każdej aktywności, czy to będzie plaża na Hawajach, czy park w mieście, czy też wanna z gorącą wodą w zimowy wieczór. Jest to książka, koło której nie można przejść obojętnie. I mimo, że nie ma w niej fajerwerków, da nam ona większą przyjemność czytania, niż te wszystkie nowoczesne fabuły, które starają się wyprzedzić pędzące życie. Z książką Evy Rice wreszcie odpoczniecie od wyścigu szczurów i znowu zaczniecie dostrzegać wyraźnie, co jest w życiu ważne. I zaczniecie cieszyć się życiem pod czujnym okiem trenerów życia, Penelopy, Charlotte i Inigo.

środa, 16 maja 2018

Dawn French/ A Tiny Bit Marvellous



Czy lubicie czytać recenzje z okładek książek? Ja nie bardzo, bo rzadko się sprawdzają. Jedyny ich cel to sprzedaż towaru, dlatego nie znajdziemy w nich nic innego prócz peanów pochwalnych stworzonych z urywków recenzji pożyczonych z prasy. Najczęściej podaje się znane tytuły poczytnych gazet, bo postrzegane są jako najbardziej wiarygodne. Ostatnio modne stało się dorzucanie opinii z blogów w celu uzyskania jeszcze większej wiarygodności. W końcu przemawia do nas zwykły człowiek, taki jak my, taki jak ja. Zwykły przeciętny czytelnik, który z pasji opisuje czytane przez siebie książki w Internecie. Dlaczegóż więc nie mielibyśmy wierzyć w to, co w tych opiniach wyczytamy?
Ale wiecie co? Ja nie spotkałam się jeszcze z ani jedną współczesną książką, gdzie te rekomendacje sprawdziłyby się choćby w 50%. Zawsze te same wychwalane pod niebiosa tytuły w mojej własnej głowie nie potrafiły się przerodzić w recenzję. Za każdym razem utykałam gdzieś na początku, nie potrafiąc przekształcić myśli w słowa. Bo żadna z tych książek nie potrafiła mnie poruszyć, a wiele z nich było co najmniej nudnawych. Wtedy przypominałam sobie, że we wcześniejszych wiekach jedynymi recenzjami, na jakie mogliśmy się natknąć, były słowa kogoś znajomego, który mógł nam polecić coś, co sam przeczytał, lub gdy kupiliśmy gazetę i dobrnęliśmy do działu z recenzjami. A najlepszym sposobem na dobrą sprzedaż był skandal dotyczący autora lub samej sprzedaży, albo po prostu ustna opinia zaprzyjaźnionej osoby.
I dobre, ciekawe lub wartościowe książki sprzedawały się bez nachalnej reklamy, z którą spotykamy się dzisiaj. I zaczyna mnie to już denerwować, ponieważ przestaję ufać innym ludziom. Tak jest w każdej dziedzinie życia, której tyka się reklama. Ona niszczy prawdziwość i szczerość opinii, nie wiadomo już co jest prawdą, a co zwykłym marketingiem, grubo opłaconym przez bogate holdingi.
Dlatego przestałam zwracać uwagę na jakąkolwiek reklamę. Uwierzę tylko wówczas, gdy ktoś doda- wiesz, u mnie się to sprawdziło, ale znając Ciebie/Twoje nawyki/Twoją skórę itd. może być różnie; dlatego rozważ różne aspekty, które Ci przedstawiłam i zastanów się, czy chcesz kupić ten produkt ze względu na jego cenę/opinie innych ludzi, które spotkasz w Internecie/cokolwiek innego.
To zwłaszcza tyczy się książek. Jeśli widzę, że recenzje umieszczane na książkach zawierają te same oklepane frazesy, które czytałam o innych tytułach i nie ma ani jednej dobrze wyważonej opinii prócz braw i wiwatów, to już wiem, że taka recenzja warta jest funta kłaków. I czasem zastanawiam się, czy te recenzje nie są przypadkowe, podkradzione z innych tytułów (tylko jakich? Przecież obecnie tak ciężko o dobrą historię) lub są napisane przez osoby, którym za to zapłacono, bo jeszcze nigdy się z żadną nie zgodziłam w więcej niż 40 %. Być może u podstaw tego problemu leży fakt, że współcześni recenzenci nigdy nie czytali żadnych innych książek, niż te masowo produkowane w XXI wieku, więc nie mają porównania. Może być też tak że wszystko niszczą pieniądze. Czy to w dziedzinie filmu, czy literaturze czy w każdej innej dziedzinie, której szczerość naruszą kwoty przekraczające nasze wyobrażenie o tym ile powinno się płacić za dobrą pracę.
No bo powiedzcie mi, czy naprawdę tak trudno jest napisać dzieło wszechczasów jak „Anna Karenina”, „Przeminęło z Wiatrem”, „Ogniem i mieczem”, „Małe kobietki”, „Lolita” i wiele, wiele innych? Czy już nigdy nie natkniemy się na tak wciągające, dobre, śmieszne filmy jak w latach 1970-90? Czy nikt już nie sprosta wyzwaniu tej filmografii, gdzie w grę wchodziły dużo mniejsze pieniądze niż obecnie i dużo więcej świetnych pomysłów? Czy ktoś przebije kiedyś dramat sportowy w wykonaniu Sylwestra Stallone, „Rocky”? Czy powstanie jeszcze kiedyś tak dobra seria filmów/komedii sensacyjnych jak „Szklana pułapka” czy „Zabójcza broń”? Czy możemy jeszcze liczyć na kolejnego „Terminatora” (dwa pierwsze filmy serii), na świetne dramaty jak „Czarny deszcz” czy „Nietykalni” z Robertem de Niro w roli niezapomnianego Ala Capone? Czy ktoś jeszcze da mi tyle rozrywki co „Tango i Cash”? Wymieniać mogę w nieskończoność. A ileż dobrej muzyki powstało w tamtych czasach! Tego nawet nie da się wyliczyć. Jedno jest pewne, pieniądze przewróciły wszystko do góry nogami i jesteśmy przez nie oszukiwani na każdym kroku. Jak więc zaufać komukolwiek w dzisiejszych czasach?
Prawda jest taka, że nie można. Należy zdać się na samego siebie, na swoje zmysły, na swoją spostrzegawczość i przez sito własnego rozumu filtrować każdą informację. Także tę, którą otrzymujesz na tym blogu. Wystarczy pamiętać, że my sami jesteśmy najlepszymi recenzentami dla samych siebie. Bo to, co mi się podoba, może spotkać się z zupełnie innym odbiorem u Ciebie. Natomiast moje rekomendacje są wyłącznie po to, aby zarysować Tobie temat, żebyś wiedział, czy rodzaj literatury/filmu/wakacji/podróżowania odpowiada Twojemu gustowi. Reszta należy do Ciebie.
A po cóż się tak bardzo rozpisuję na ten temat? Po to, aby nakreślić problem, z którym spotkasz się na każdym kroku oraz aby zwrócić Ci uwagę, byś na siebie uważał i nie dał się zmanipulować. Bo ja właśnie tak się poczułam, gdy poczytałam recenzje na zachęcająco wyglądającej okładce książki „A Tiny Bit Marvellous” autorstwa Dawn French.
Do tych przesadzonych, „gazetowych” recenzji byłam już przyzwyczajona i wiedziałam jak je traktować. Jeśli nie odrzucać ich całkowicie, po prostu nie czytając, to choćby traktować je z przymrużeniem oka. Można też nazwać rzecz po imieniu i powiedzieć sobie, choćby w głowie: „Pamiętaj, to tylko chwyt marketingowy, który ma mi zrobić wodę z mózgu i zmusić do zrobienia rzeczy, której wcale nie chcę”. Podczas wyboru książki trzymam się wszystkich tych rzeczy na raz i gdy chcę się przekonać sama, czy książka może mi się spodobać, czytam na odwrocie okładki o czym jest oraz zaglądając do wewnątrz, kartkując strony, zatrzymując się na jakimś fragmencie i czytając go jakiś czas. To najlepszy sposób, sprawdzający się w większości przypadków. Oczywiście nic nie poradzimy na jakość dzisiejszej literatury, ale chociaż dajemy sobie w ten sposób szansę na to, iż spośród miernoty wybierzemy coś ciekawszego niż pozostałe tytuły. I nie musimy się tego wstydzić, nikt nas z księgarni nie wygna, jeśli nie przyszliśmy na 5 minut przed jej zamknięciem.
Możecie też szybko wrzucić tytuł do Internetu i poszukać opinii czytelników, ale tak naprawdę szkoda na to czasu. Zaufajcie samym sobie, a po recenzje sięgajcie tylko wtedy, gdy poszukujecie inspiracji, bo kompletnie skończyły się Wam pomysły. Bo jak mówią, ile ludzi, tyle opinii i nigdy nie znajdziecie książki czy innego artykułu, który podoba się wszystkim.
Morał z tego przydługawego wstępu jest taki, że nie wierzcie w 100 % w to, co słyszycie od innych. Ja sama trochę zapomniałam o tej zasadzie i dałam się nabrać na nowy chwyt, o którym wspominałam w którymś z akapitów powyżej. Mianowicie pośród gazetowych recenzji znalazła się opinia blogerki, która z żarem opowiadała, jak się uśmiała przy tej pozycji jeszcze w księgarni. Że tak się setnie ubawiła po kilku pierwszych rozdziałach, że aż nie potrafiła powstrzymać chęci darmowej reklamy pośród innych klientów, którzy tego dnia przewijali się przez księgarnię, wciskając im książkę French Dawn jako tytuł roku. Po takiej żarliwej rekomendacji każdy skusiłby się przynajmniej na to, żeby chociaż wziąć tom do ręki, popatrzeć na okładkę, przekartkować, a wielu z nich pomyślało by: „A co tam, spróbuje, przecież i tak nie mam pomysłu na to co kupić”. Myślę, że i nawet ja nie pozostałabym obojętna wobec tej dziewczyny i uległabym jej wpływowi, bo przecież to taka sama przypadkowa czytelniczka jak ja, więc na pewno tytuł jest czymś w rodzaju hitu. I widzicie jak łatwo ulec sugestii?
Na szczęście ja już tę książkę miałam u siebie, w moim pudle ze skarbami z lumpeksu. Nie pamiętam już, co spowodowało, że wzięłam ją do ręki i zabrałam do domu. Możliwe że prosta, ale przemawiająca do wyobraźni okładka. Możliwe też, że sam opis na końcu, sugerujący, że ta książka może być inna od tych samych współczesnych „komedii” krążących wokół miłości i złamanych serc.
Czy książka mi się podobała? Tak, była w miarę ciekawa, choć miejscami nudna i przeciągana na siłę. Czy była inna? Tak, w pewnej mierze tak, ze względu na to, że wątek miłości i złamanego serca, które wciskane są niemal do każdego rodzaju literatury, w tym przypadku tylko się przewinął jako nieodzowny element nastoletniego życia. Ale był to wątek przeprowadzony z humorem, a przede wszystkim nie można go było traktować poważnie, jako że to złamane serce nie kochało prawdziwie. Czy tytuł był faktycznie takim hitem, jak przedstawiały go recenzje? Nie do końca. Ja nie latałabym po całej księgarni z rozpalonym spojrzeniem, wciskając każdemu French Dawn i jej szalonych bohaterów. Powiedziałabym raczej, że recenzja jest przesadzona.
Ale mimo to mam dla Was dobrą wiadomość. Książka jest rzeczywiście do przebrnięcia, jeśli macie dużo czasu i cierpliwości, aby czytać monotonne i nijakie fragmenty rozmyślań syna głównej bohaterki oraz jej samej, a także gdy macie w sobie dystans i pokłady cierpliwości dla nastoletniego języka, doprowadzonego czasami aż do absurdu. Pomijając to wszystko oraz niepotrzebne przeciąganie wielu sytuacji, które można było skwitować krótko, książka była ciekawsza niż to, co przeczytałam przez ostatnie półtora roku lub nawet dłużej, jeśli oczywiście lubicie nastoletnie klimaty. Wprawdzie nie dałabym jej tyle gwiazdek co wspomniana blogerka i na pewno nie traciłabym swojego czasu na wciskanie jej przechodniom, ale na pewno postawiłabym ją wyżej spośród pozycji, które przewijały się przez ostatnie dwa lata na tym blogu. To wprawdzie daje w całości lichy obraz współczesnej literatury, ale chyba nic na to nie poradzimy.
Spośród trójki bohaterów najbardziej przypadła mi do gustu Dora, siedemnastoletnia córka Mo Battle, z przesadzonymi problemami i powtarzanym zbyt często „like” (mimo, że może to wydawać się mocno przerysowane, to z żalem trzeba stwierdzić, że mowa nastolatków zmierza w stronę tej karykatury języka pełnego przecież słów, kolokacji i idiomów). Dora jest pełna nienawiści do własnego ciała, codziennie walczy o przetrwanie w szkole, ustanawiając sobie samej standardy wyglądu i zachowania, których nie da się zrozumieć i zmaga się z huśtawkami nastroju po porzuceniu przez chłopaka, którego już po opisie można ocenić jako bezwartościowego przedstawiciela swojego gatunku. Do tego nie wiedzieć czemu nienawidzi swojej matki, oskarżając ją o wszystkie swoje niepowodzenia, a każde dobre słowo w swoim kierunku przekształca w swojej pustej główce na podłoże do dalszej nienawiści swojego wyglądu. Czy tak zachowują się współcześni nastolatkowie? Nie mam pojęcia. Ale traktuję wszystko lekko i myślę, że tak należy na tę książkę patrzeć. Bez powagi, bez niepotrzebnych rozmyślań, bo inaczej przez książkę nie przebrniemy, zauważając w niej wiele absurdalnych i nierzeczywistych zachowań.
W następnej kolejności postawiłabym chyba mamę Dory, Mo Battle, dziecięca psycholog, z równie niskim poczuciem własnej wartości, zmuszającej ją do przemyśleń na temat ulotności życia i zmarnowanego czasu, który prowadzi do romansu z młodszym od siebie mężczyzną. I jeśli mam być szczera to muszę przyznać, że większość rozdziałów o Mo nudziła mnie znacznie, zwłaszcza ta część poświęcona jej samej, jej refleksji dotyczącej monotonni jej życia i pracy. Przecież sami widzimy jak monotonne są te rozdziały, nie trzeba się aż tak nad tym rozpisywać. Jedynym światełkiem w tunelu były jej przepychanki z Dorą. Choć mocno przesadzone, można w nich było wyczytać pewną dozę prawdziwych problemów między nastolatkami a ich rodzicami. Poza tym przypominam, że jeśli zdecydujecie się przeczytać książkę w całości, musicie to robić nie na poważnie.
Wśród bohaterów mamy jeszcze Petera, młodszego brata Dory, nadzwyczaj inteligentnego chłopca, który w niczym nie przypomina swojej roztrzepanej siostry, uważa się za nowe wcielenie Oskara Wilda do takiego stopnia, że przybiera jego imię i zakochuje się w dużo starszym od siebie praktykancie matki. Jego język jest bardzo wyszukany, do takiego stopnia, że połowy jego przemyśleń nie zrozumiałam, bo nie miałam siły co chwilę sięgać po słownik języka angielskiego. Zresztą nie było takiej potrzeby, bo większość tych przemyśleń dotyczyło grupy dyskusyjnej, jaką założył razem z kilkoma kolegami (boring!) oraz ubrań. Życie Petera krążyło właśnie wokół tych trzech tematów: roztrząsaniem, kto jest największym poetą/pisarzem/aktorem wszechczasów, próbą rozkochania w sobie starszego mężczyzny, którego największym i jedynym atutem był wygląd oraz dobranie odpowiedniego stroju do każdej okazji. Oraz brak funduszy na te stroje.
Rozczulający jest w nim fakt, że kocha swoją siostrę, mimo iż widzi jak radośnie kroczy drogą samodestrukcji i jak mało korzysta ze swoich szarych komórek. Muszę przyznać, że takiego bohatera jeszcze nie poznałam i w związku z tym jestem zmuszona stwierdzić, że był całkiem ciekawą osobistością. Nie jego to wina, że autorka nie potrafiła w pełni wykorzystać pomysłu na tę postać. Mimo monotonii przewijającej się przez tę część rozdziałów, Peter był miejscami całkiem zabawny. Mam tu na myśli moment, w którym praktykant matki i przedmiot uwielbienia Petera, przeprowadza z nim terapię, nie mając pojęcia, że jest obiektem westchnień swojego pacjenta i nie widząc, że zupełnie nie dorównuje mu inteligencją.
Część poświęcona Peterowi najmniej mnie ciekawiła, gdyż jego problemy leżały poza kręgiem mojego zainteresowania. Ale na pewno rozdziały te mogą posłużyć do podniesienia poziomu znajomości języka angielskiego co bardziej wymagającego ucznia.
Również język, jakim posługiwali się bohaterowie sprawił, że oceniam tę książkę trochę niżej niż mogłabym. A to dlatego, że Mo i Peter posługiwali się podobnym, kwiecistym językiem, na miarę czasów Jane Austen. Pomysł był świetny, ale przerzucenie go na dwoje z trzech bohaterów osłabił jego działanie i zmniejszył efekt. W związku z tym czułam się trochę znużona tym nagromadzeniem długich zdań i oryginalnością na siłę. I w tym momencie powiewem świeżości paradoksalnie okazał się prosty, nastoletni język Dory. A myślę, że nie o taki efekt starała się autorka.
Zapewne to Mo i Peter/Oskar mieli być tymi, którzy sprawią, że książka będzie się wyróżniać. Tymczasem w mojej opinii to Dora skradła całą historię, nawet jeśli była mocno wkurzająca z powodu swojej tępoty i nadużywania pewnych zwrotów. Wiecie, ja nie mam wielkich wymagań co do nastolatków. Wiem, że są spośród nich osobistości mądrzejsze i skupiające się nie tylko na sobie, ale domyślam się, że przerysowana Dora nie jest jedynym przedstawicielem swojego gatunku. Do tego traktowałam ją z wielkim przymrużeniem oka, jak i całą problematykę przedstawioną w książce, dlatego ten charakter mimo wszystkich swoich wad przypadł mi do gustu i nic na to nie poradzę. Czasem jest tak, że unikam poważnych tematów, a z Dorą poważnym być nie można. Poza tym jej „przygody” były najciekawsze, bo pomimo swojej błahości, były najbardziej bliskie normalnego życia.
Jeśli ktoś czytał Georgię Nicolson i czerpał z tej serii radość oraz doceniał ogromne poczucie humoru, a także inteligencję autorki, Louise Renninson, na pewno polubi Dorę oraz jej błahe problemy, podnoszone w oczach dziewczyny do rangi światowej problematyki. Dobrze czyta się te rozdziały i czasem człowiek przyłapuje się na życzeniu, aby było Dory więcej.  Choć wiem, że opinie w tej kwestii bywają różne.
Oczywiście jest to bardziej komedia niż cokolwiek innego, choć ma też zalążki literatury moralizatorskiej oraz lekko otarła się o dramat, dlatego należy przymknąć oko na przesadzone problemy Dory i skrajne widzenie tego samego tematu przez Mo i jej córkę, bo ma to na celu wyłącznie pokazanie rodzicom oraz ich nastoletnim latoroślom, jak bardzo różnią się ich światy. A nie ma lepszego sposobu na to jak wyśmiać oba te światy na równi, aby żadna ze stron nie poczuła się urażona i jednocześnie, aby zrozumiała przekaz.
Jak wspomniałam wyżej, French Dawn pobawiła się w dramaturga, aby ukazać, jakie niebezpieczeństwa na nas czyhają, gdy na chwilę stracimy czujność i że największym naszym oparciem jest rodzina, ale jest to potraktowane w nieco  płytki sposób, jak miłość jest traktowana w komediach romantycznych. Nie wiem, czy był to przemyślany zamysł autorki, aby nie obciążać historii zbyt dużym ładunkiem powagi i nie osłabić działania komediowego swojej książki, czy po prostu tak wyszło. Ale na pewno w tym dramatycznym wątku (bardzo słabo przeprowadzonym) chodzi jedynie o to, aby pogrozić obu stronom palcem i powiedzieć, tak do nastolatków jak i rodziców: „wspierajcie siebie nawzajem, bo rodzina to jedyna pewna rzecz na świecie”. Ale wiecie co, mi to zupełnie nie przeszkadza. Sięgnęłam po tę książkę w nadziei na odprężenie i relaks i nie miałam ochoty na żadne ciężkie tematy. I mimo iż dojście do momentu, w którym serwowany nam jest morał całej opowieści był bardzo słaby, to i tak ubawiłam się na całkiem rozsądnym poziomie przy czytaniu „A Tiny Bit Marvellous”.
Podsumowując, książka okazała się lekkim powiewem świeżości dzięki jej bohaterom, wyróżniającym się spośród kopii tych samych średnio interesujących bohaterów. Zwłaszcza polubiłam Dorę i zalecałabym French, aby zastanowiła się, czy nie pociągnąć tematu głębiej w serii dla nastolatek. „A Tiny Bit Marvellous” była książką po którą chętnie sięgałam wieczorami i niechętnie odkładałam, gdy zegar pokazywał, że rozsądnie byłoby już iść spać. Jednak gdy robiłam sobie od niej przerwę, nie tęskniłam za nią, mimo że zawsze wracałam do niej z pewną dozą zaciekawienia. Gdy skończyłam ją czytać, byłam gotowa na następną książkę, bo nie zdążyłam przywiązać się do bohaterów. Jednak gdyby pociągnąć wątek Dory i jej nieporozumień z Mo, oczywiście nadając mu nieco więcej normalności, myślę, że mogłaby się taka książka stać jednym z moich ulubionych tytułów.
A do kogo kierowany jest ten tytuł? Myślę, że w zamyśle autorki do obojga zainteresowanych obozów- matek nękanych przez swoje pociechy, jak i nastolatków dręczonych przez swoje matki. Być może ta książka pozwoli im się zbliżyć, nabrać trochę dystansu do wszystkiego i zrozumieć, że każdy ma problemy i nikt nie jest idealny, a mimo to jedno może być sojusznikiem drugiego w walce z okrutnym światem. Chociaż myślę, że ze względu na wątek romansu Mo, należałoby się zastanowić, czy jednak książka nie jest poświęcona wyłącznie rodzicom. A zbyt nachalna próba nauczenia dzieciaków, że rodzice wszystko wiedzą lepiej, może te dzieciaki odstręczać.
Aczkolwiek byłaby to pewna strata dla nastolatków (albo bardziej nastolatek, gdyż jest to raczej literatura damska) ze względu na poczucie humoru, które ukryte jest w postaci Dory, Oskara i Mo, gdy już obierzemy je z nadmiaru absurdu, monotonii, przydługich opisów, niepotrzebnych problemów i braku subtelności w pewnych kwestiach. Mam tu na myśli wątek morału przeprowadzony nie do końca umiejętnie, przywodzący na myśl słonia w składzie porcelany- może narobić więcej szkód niż pożytku. Gdy zaś usuniemy moralizatorskie tony, których nie zniesie żaden nastolatek, historia nabierze wdzięku. Jeśli kierować tytuł do nastolatek, trzeba by nad tą książką trochę bardziej popracować, włożyć w nią więcej humoru, przestać bawić się w rodzica pouczającego swoje dzieci hasłem: „bo ja przecież żyję dłużej więc wiem lepiej” (jak wiadomo, żaden to argument i może rozsierdzić każdego, bez względu na wiek), a wówczas tytuł mógłby się okazać hitem dla nastolatków. Bo w tej postaci chyba mu do tego daleko.
Czy poleciłabym tę książkę? Tak, myślę, że tak. Podobał mi się styl dziennika. Ubawiłam się przy wielu fragmentach. Chętnie do niej wracałam. Poziom nudności był do przeżycia. Wiele problemów potraktowanych było po łebkach, ale przecież to tylko lekka komedia, nie ma co spodziewać się kolejnej „Romeo i Julia”. Książka ma swoje słabe strony, zwłaszcza sposób kreowania bohaterów, który choć świeży, nie do końca był sukcesem. Mimo to Dorę bardzo polubiłam, a to naprawdę mówi wiele, bo mi niełatwo nawiązywać przyjaźnie, zarówno te realne jak i nierzeczywiste. Dawn French ostatecznie udało się przekonać mnie do siebie i za to ją cenię. Gdy wpadnie mi w ręce jej kolejna książka, na pewno z ciekawości do niej zajrzę. Czy Wy macie zrobić to samo? Decyzja należy tylko do Was.

P.S. podczas pisania tego postu towarzyszył mi ten album. Kawałki zaczynające się w 15:41 i 39:49 to mistrzostwo świata, nawet dla tych, którzy nie oglądali żadnej z części o Rockym Balboa. Najbardziej motywujące kawałki, jakie sobie przypominam. Polecam również. Doskonałe do wszystkiego, gdzie musimy wygrać z samym sobą i własnymi słabościami.