Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 stycznia 2018

Working Wonders/ Jenny Colgan





Jakiś czas temu czytałam bardzo dziwną książkę. Do dzisiaj, jak o niej pomyślę, to mam mieszane uczucia. Nie wiem co o niej sądzić, ani jak ją zaklasyfikować. Gdy szukałam w Internecie informacji o autorce, dowiedziałam się, że jest ona twórczynią komedii romantycznych. Tak więc i moja książka musiała być w założeniu taką komedią.
Ale wiecie co, nie miała ona elementów komediowych. Czy był romantyzm? Raczej romans. Nie lubię romantyzmu opartego na cierpieniu innych. Do tego dołożona została dziwna dawka normalności, takiej bliskiej poziomowi dramatu, przemieszanej z fantasy i w efekcie otrzymaliśmy mieszankę czegoś trudnego do opisania, sklasyfikowania, zrozumienia, a także czucia.
Bo to, co czułam czytając „Working wonders” Jenny Colgan oscylowało między nudą, złością na bohaterów na ich zachowania, a zdziwieniem. Dziwiłam się prostotą tej książki, miksowaniem stylów, brakiem zakończenia i przesłania, ogólnym brakiem pomysłu i dziwnymi zwrotami akcji. Nie mam pojęcia co kierowało autorką, gdy pisała tę powieść, co chciała nam w niej przekazać i jaki styl obrała dla swojej zagmatwanej historii. I po tych wszystkich przemyśleniach musiałam dojść do wniosku, przed którym zawsze się bronię. A jednak czasami nie potrafię przymknąć oczu naprawdę. A tą prawdą jest stwierdzenie, że Jenny Colgan jest autorką niższych lotów. Gdzieś przeczytałam, że dorównuje swoim piśmiennictwem książkom typu „Dziennik Bridget Jones” czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Jeśli to prawda, to „Working Wonders” musiało być jedną z jej pierwszych książek, takich, w których dopiero kształtuje się styl artysty, w którym poszukuje on siebie i czasami rodzi nieudane prace.
Niestety to jest właśnie główna moja myśl. Książka jest po prostu nieudana. Jest zbyt chaotyczna, aby zaciekawić i nic tak naprawdę nie próbuje przekazać. To tak jakby postanowić, że zrobi się sałatkę i wrzuca się do niej przypadkowe składniki, mimo że w tym samym czasie czując, że do siebie nie pasują. Ale nie potrafimy przestać, bo nie chcemy zmarnować użytych składników, a i przecież miała być sałatka, to będzie i koniec, bo tak postanowiliśmy. A w efekcie wychodzi na to, że zmarnowaliśmy nie tylko czas, ale i jeszcze więcej składników, a i tak produkt końcowy nadaje się do wyrzucenia lub zjedzenia na siłę w samotności, bo kompletnie nie da się tym nakarmić gości.
Tak właśnie myślę. „Working wonders” nie nadaje się, aby polecać ją dalej. Nie znalazłam w niej żadnych wartości godnych posmakowania. Książka przez większą część czasu jest nudna, chaotyczna, niezrozumiała i pomieszana. Miota się między dramatem, obyczajówką, książką romantyczną a fantastyką. Zwidy głównego bohatera, w których nazywa się on następcą Króla Artura, nie przynoszą niczego, prócz zastanawiania się, czy człowiek ten miał równo pod sufitem i czy te jego wyobrażenia (czy też urojenia) nie były zwykłym następstwem niespełnienia w życiu osobistym jak i pracowniczym. Drugą opcją na wytłumaczenie tych wymysłów jest myśl, że człowiek ten po prostu  potrzebował takich bodźców, aby wyrwać się z marazmu, lenistwa i wygody, aby wreszcie zacząć działać i przestać myśleć tylko o sobie.
Niestety bohater ten nie zmienił się według mnie na jotę. Cały czas był sfrustrowany, bo nie wychodziło mu z nową kobietą, w pracy ciągle musiał walczyć z przeciwnościami a i ostatecznie robił wszystko dla siebie, a nie dla społeczeństwa, bo chciał wygrać konkurs i udowodnić sobie, że ma jaja, a swojej partnerce, że nie jest zwykłym obibokiem, a to wszystko, aby zaciągnąć ją do łózka.
Niestety gdy główny bohater nie da się lubić, nie da się lubić także książki. Jak można pochwalać kogoś, kto całe życie prześlizguje się przez życie, zwodzi swoją wieloletnią partnerkę, aby ostatecznie dać jej kosza, bo na horyzoncie pojawia się ktoś, kto wydaje się lepszy i kto wreszcie na końcu nie potrafi się zdeklarować, bo to oznacza odpowiedzialność, od której uciekał całe życie. No cóż, daleko padło jabłko od jabłoni, jeśli faktycznie miał być on potomkiem Króla Artura.
A samo zakończenie książki? Czy nasz bohater wreszcie się obudził ze swojego snu? Tego nie da się powiedzieć. Kompletnie nie potrafię zrozumieć, co autorka chciała mi powiedzieć przez to zakończenie. Oprócz tego, że facet tak jak był dupkiem, tak nim pozostał do końca książki.
Jeśli miała być to książka dla kobiet, to raczej nie będzie to dobra lektura. Prędzej nasz bohater spodobałby się bardziej facetom, bo kozak z niego straszny. Dwie kobiety na raz, próba zaimponowania każdemu dookoła, wpadanie w gniew z powodu nagromadzonych przez lata frustracji, których sam był twórcą, no po prostu idealny obiekt westchnień i wymarzony bohater każdego romansu. Nie, zdecydowanie autorka pogubiła się w swoim pomyśle, dając nam chaos, który ciężko przełknąć.
Moja znajomość z Jenny Colgan źle się zaczęła i myślę, że raczej będę unikać książek tej autorki. Nie lubię, gdy wychodzi ze mnie najgorsze w postaci feministki, a właśnie to wydobyła ze mnie ta książka. Wprawdzie daję każdemu drugą szansę, ale w tym przypadku jeśli życie mnie do tego nie zmusi (na przykład wtedy, gdy będzie to jedyna książka w promieniu kilku kilometrów a ja akurat będę umierać z nudów), to sięgnę jednak po książki innych autorów.
Bo powiem Wam, że mam już dość wciskania nam książek i filmów pisanych i kręconych na odwal, bez pomysłu i polotu, byle tylko było i byle sprzedać i zarobić. Dość mam nudnych piosenek, przy których nogi same nie wyrywają się do tańca, powtarzanych codziennie po kilka razy w radiu przez pół roku, wciskając je tym sposobem na siłę na listy przebojów. Dość mam wadliwych produktów sprzedawanych po normalnych cenach. Dość mam oszukiwania na każdym koku i wciskania mi książek z wielkimi napisami jakoby pochodziły od bestsellerowych autorów.
Tęsknię za czasami, kiedy każda książka, którą się wzięło do ręki, przynosiła historię, której nie dało się zapomnieć przez lata, mimo że autor nie był uznawany za twórcę bestsellerów, bo po prostu dawniej nikt takich list nie tworzył. Marzę o powrocie czasów, gdy pisało się nie dla zarobku, a dlatego, że miało się coś do przekazania. Czy te czasy jeszcze wrócą? Mam ogromną nadzieję, a jednocześnie w to nie wierzę. Taki życiowy paradoks, a jednak podyktowany doświadczeniem. Ale wiecie co? Będę dalej wierzyć. Bo nadzieja na lepsze jutro trzyma przy życiu, nawet jeśli następna recenzja, którą mam zamiar napisać, też nie będzie zbyt pochwalna. A jednak wierzę, że znowu natrafię na jakąś fajną książkę, którą później z wielką przyjemnością tutaj opiszę.
A może Wy macie jakieś pomysły? Może Wy podsuniecie mi jakiś tytuł, dzięki któremu odzyskam wiarę w piśmiennictwo?

piątek, 3 lutego 2017

Girl nearly 16: Absolute Torture/ Sue Limb


Zdobycie chłopaka to nie wszystko. Utrzymanie go i wiara w jego uczucie to dla kobiety prawdziwa tortura. Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwe życie i o tym powinny być romantyczne filmy, a nie o drodze, jaką musimy przejść, by zdobyć prawdziwą miłość. To jest pryszcz w porównaniu ze znojem wprowadzania w życie słów „I żyli długo i szczęśliwie”. I o tym właśnie jest kolejna część serii o Jess Jordan pt. „Girl nearly 16: Absolute Torture”. To właśnie tu Jess na własnej skórze dowiaduje się, jak ciężko przenieść w prawdziwe życie ów wspomniany wyżej tekst z baśni. Zwłaszcza gdy trzeba zostawić zdobytego w trudzie Rycerza w srebrnej zbroi samemu sobie, pośród czających się wszędzie pokus i Flory, która przecież zagięła na niego parol, by pojechać z mamą i babcią na wakacje, których ostatecznym celem jest uroczystość pogrzebowa dla prochów dziadka. Zaufanie, gdy dzielą nas kilometry, to ciężka sprawa, zwłaszcza dla kogoś takiego jak Jess, osoby z bujną wyobraźnią, która to wyobraźnia ochoczo podsuwa pod nos nieprzyjemne obrazy, a jedynym sposobem kontaktu z Rycerzem jest telefon, źródło jakże wielu nieporozumień.
Ta część jest dużo lepsza od „Flirting for England”, gdyż była typową  kontynuacją „Girl 15”, z jej błyskotliwymi żartami i epickimi wręcz tekstami, z których można się głośno pośmiać. Poczucie humor Sue Limb oceniam na najwyższym poziomie, jest inteligentny i zabawny. Nie znajdziemy w tej książce ani jednego słabego dialogu, ani jednego słownego zgrzytu. Sama chciałabym prowadzić narrację tak żywo jak Sue. Wówczas nie musiałabym rezygnować z wymarzonej za młodu kariery pisarskiej. Dodatkowo z szacunkiem patrzę na zdolności autorki do posługiwania się językiem nastolatków, który chłonie od swojej nastoletniej córki. Dzięki temu książka jest bardzo spójna i prawdziwa. Gdy czytam o przygodach Jess czuję się sama jak prawdziwa nastolatka. I jest to bardzo fajne uczucie. Bo w końcu któż nie chciałby być znowu młody? Seria Sue Limb odmładza nie tylko mnie, ale i moje spojrzenie na świat. Myślę, że dlatego, że mam otwarty umysł, lepiej czuję się w świecie nastolatków i dwudziestoparolatków niż w sztywnym, nudnym, irytującym i niezrozumiałym dla mnie świecie dorosłych.
Bardzo lubię książki, które są w stanie przenieść mnie w przeszłość i cenię wysoko autorów, którzy posiadają zdolności rodem z wehikułu czasu. I wygląda na to, że jest to rzadka cecha u osoby dorosłej, wnioskując ze zdziwionej miny mojej koleżanki, która dojrzała książkę Sue Limb podczas jednej z wizyt. Była prawdziwie zaskoczona, że czytam książkę o nastolatkach, natomiast ja była głęboko i szczerze zdumiona, że ktoś mógł zdobyć się na taki komentarz. Wydawało się jej niezrozumiałe, że taki stary koń jak ja lubi czytać młodzieżową literaturę. Cóż, wygląda na to, że jednak są na tym świecie ludzie, którzy nie pragną być znowu młodzi.
Ale myślę, że wynikło to także z tego, że ona sama nie sięga po książki nie dopasowane do jej rozwoju intelektualnego, a co za tym idzie, nie wie, że są wśród nas autorzy, którzy potrafią odwzorować naszą przeszłość tak doskonale, że nagle zaczynamy za nią tęsknić, mimo iż wcześniej nie uświadamialiśmy sobie, że kryjemy w sobie takie potrzeby. Widocznie nie ma pojęcia, że są autorzy, którzy są tak zabawni, że nie ma znaczenia, czy piszą książki dla dzieci czy dla naszych dziadków, skoro potrafią zabawić jednych i drugich. Sue Limb jest jedną z takich autorów. Potrafi ona włożyć rozsądne i jednocześnie zabawne słowa w usta nastolatki, babci czy matki, czyli praktycznie w całe pokolenie. Myślę, że to właśnie dlatego tak dobrze się czyta jej książki. Są wielopokoleniowe, noszą sporą dawkę inteligentnego humoru, który doceni każdy, bez względu na wiek, do tego są ciekawie oraz spójnie napisane. Nic nie wydaje się włożone na siłę, zdarzenia świetnie się ze sobą przenikają, a bohaterowie nie są płascy i ciągle mamy wrażenie, jakbyśmy byli wśród nich. Jedyna rzecz, która mnie razi w tej serii, jest to uparte przestrzeganie czytelnika, że za chwilę coś się wydarzy, a także czasem występujące złe (lub po prostu niepotrzebne) przedzielenie jednego wątku na dwa rozdziały. Pierwsze psuje spójność książki i wydaje mi się zbędne dla tego rodzaju literatury, drugie sprawia, że zaczynam myśleć, iż autorka robi coś na siłę. A nie lubię tak myśleć o swoich ulubionych autorach. Jednak obie te rzeczy są do zniesienia, a ich ważkość blednie na tle dowcipu Sue.
Jak pamiętacie, porównywałam kiedyś Sue Limb do Louise Renninson pod względem dowcipu. Jednak po trzeciej części „Girl 15” muszę szczerze przyznać, że Louise jest dużo lepsza niż Sue. Jej dowcip jest bardziej szalony, jej bohaterka, Georgia Nicolson, bardziej zwariowana, a jej książki czyta się jednym tchem, podczas gdy Sue można odłożyć na kilka dni i nie tęsknić, gdy w tym samym czasie po przeczytaniu Georgii zawsze odczuwałam ogromny niedosyt. I mimo iż podchodząc ponownie do serii Sue Limb po kilkudniowej przerwie dajemy się wciągnąć w problemy Jess bez najmniejszych trudności, to jednak z Georgią czujemy dużo większą więź, która wywołuje tęsknotę gdy tylko musimy odłożyć książkę choćby na chwilę. Ale mimo iż Renninson bezwzględnie wygrywa ten wyścig, to pamiętajcie, że Limb jest godną jej następczynią i słusznie zasłużyła sobie na miejsce zaraz po mistrzyni tego gatunku.
 Myślę, że większość tych, którzy mieli do czynienia z obiema autorkami, przyznają mi rację. Jednak po namyśle stwierdzam, że ci czytelnicy, którzy są prawdziwie dorośli (czasem mam wrażenie, że mimo moich trzydziestu paru lat nie zmieniłam się w środku ani na jotę i wciąż jestem takim samym dzieciakiem, jakim byłam dwadzieścia lat temu) i lubią spędzać czas wyłącznie z równolatkami, mogą bardziej docenić Sue Limb. Jej dowcip jest bardziej subtelny, przez co może bardziej przypaść do gustu dorosłym. Natomiast osobom bardziej zwariowanym polecam Louise na pierwszym miejscu.
Co do samej książki, ubawicie się z Jess stuprocentowo. Jeśli byłyście już w związku, odnajdziecie się w problemach Jess doskonale, jeśli zaś jeszcze tego nie przeżyłyście, dowiecie się od bohaterki Sue Limb co Was czeka. Niepewność, poczucie zagubienia, zazdrość, potrzebę kontroli, miłość, radość i zazdrość. Tak, zdecydowanie to uczucie wygrywa w związku, zwłaszcza na jego początku, kiedy związek dopiero kwitnie. A z zazdrości wynikają nieporozumienia, a w tym Jess jest przecież najlepsza. W kreowaniu problemów, które istnieją tylko w jej wyobraźni.
W tej części Jess dowie się, że posiadanie chłopaka to istna tortura, zwłaszcza gdy dowiaduje się znienacka, że tenże chłopak pojechał bez niej na kilkudniowy festiwal, na który wybrała się również Flora. Przetrwanie wakacji z matką, która nie tylko fascynuje się ogrodami i nieżyjącymi ludźmi i ich starymi zamczyskami, lecz dodatkowo na oczach Jess flirtuje beztrosko i żenująco z napotkanymi na swojej drodze mężczyznami oraz w towarzystwie babci, targającej wszędzie prochy dziadka, podczas gdy Fred ma ciągle wyłączony telefon, będzie największą męczarnią. Jedynym światełkiem nadziei w tym ciemnym tunelu udręk jest długo wyczekiwana wizyta u ojca w jego domu w St Ives. Tylko dlaczego jej rozwiedzeni rodzice zachowują się tak dziwnie, jakby ukrywali przed nią jakiś mroczny sekret? Czyżby ojciec stworzył nową rodzinę, z nową kobietą i nowym dzieckiem? I jak powiedzieć feministycznie nastawionej matce o tym, że Fred jest jej chłopakiem? Tak, zdecydowanie te wakacje będą godne zapamiętania.
Tak, jak w „Flirting for England” nie działo się praktycznie nic, tak „Absolute Torture” będzie obfitował w wydarzenia, nawet jeśli będzie opowiadał o nudnej i niechcianej wycieczce śladem umarłych poetów. Tej wycieczki Jess nigdy nie zapomni. A nam dane będzie jej w tej przygodzie towarzyszyć. Będzie zabawnie, obiecuję.
P.S. Tych, którzy są już zmęczeni moim ciągłym wspominaniem Georgii Nicolson podczas pisania postów o Jess Jordan szczerze przepraszam, ale te porównania towarzyszyły mi niekontrolowanie od pierwszych rozdziałów serii Sue Limb, ponieważ obie książki są bardzo podobne i niosą te same wartości przeszmuglowane między dowcipnym słownictwem. I mimo iż jedna jest lepsza od drugiej, obie panie są według mojej oceny przodownikami gatunku, jeśli mogę się tak wyrazić wzorem epickich tekstów z PRL-u. Pozdrawiam.


wtorek, 22 listopada 2016

Sekretne życie Evie Hamilton/ Catherine Alliott


Książka „Sekretne życie Evie Hamilton” Catherine Alliott nie wyglądała jakoś szczególnie obiecująco. Różowo białe barwy zapowiadały, że jest to literatura dla kobiet, czym się ucieszyłam, ale spodziewałam się czegoś raczej typowego, niewyróżniającego się, takie tam lekkie czytadło. Nawet miałam wrażenie, że może być to całkiem nudne czytadło, a to dlatego, że książka była gruba. Wiecie, niewielu pisarzy potrafi utrzymać uwagę czytelnika tak długo, większość zazwyczaj wypisuje co mu ślina na język przyniesie, nie zauważając nawet, kiedy zaczęli iść na ilość, a nie na jakość. Nie widzą, że w pewnym momencie stracili zainteresowanie czytelnika i dalej brną w tą swoją paplaninę. Takie właśnie przeczucia i generalizowanie towarzyszyły mojemu wyborowi. Niezbyt zachęcająco, prawda? Ale właściwie słowo „wybór” jest tu trochę wzięte na wyrost. Bo czy złapanie w pospiechu książki, tylko dlatego, że okłada wyglądała wesoło. a tytuł podjudzał ciekawość, są właściwymi kryteriami gdy chodzi o wybór? Nawet nie miałam czasu przeczytać dokładnie streszczenia z tyłu okładki. Po prostu potrzebowałam czegoś na wakacje. „Wybrałam” więc książkę Catherine Alliott raczej na chybił trafił i jak tylko dotarłam do domu, odłożyłam ją gdzieś na półkę. Lato przeminęło, a ja wciąż wolałam czytać co innego, bo czułam to, w nawet wiedziałam, że Evie Hamilton na pewno będzie nudna. A to tego ta ilość stron.  Nie zachęcało to chociażby do tego, żeby zabrać Evie gdzieś na spacer, wrzucając ją na szybko do torebki.
Tak minęły trzy miesiące, podczas których książka leżała odłogiem, a mój wzrok mijał ją obojętnie. Aż wreszcie nadszedł czas, aż zabrakło mi tzw. książki do autobusu. Nienawidzę czekać bezczynnie, czy czekam w kolejce do lekarza czy na przystanku autobusowym, więc jedynym wyjściem dla mnie jest zabieranie ze sobą jakiegoś czytadła, które pomaga mi to czekanie uprzyjemniać. W domu czytałam już inną książkę i nie chciałam jej wszędzie targać ze sobą, ponieważ istniało ryzyko, że czasem moją autobusową książkę będę musiała zostawić w pracy czy u mamy, gdy będę obładowana zakupami. A zdarzyło się akurat, że w tym czasie zaczęłam czytać w domu bardzo ciekawą serię, z którą po prostu nie mogłam się rozstać. Nie, do autobusu potrzebowałam czegoś zupełnie innego, coś, co z lekkością serca będę mogła zostawiać gdzie tylko będę miała ochotę czy potrzebę i za czym nie będę tęsknić, nawet jak nie będziemy się widzieć kilka dni. Padło na Catherine Alliott.
Pamiętajcie, że byłam przekonana, że ta książka to nic niezwykłego, dlatego zdecydowałam, że właśnie ją będę targać ze sobą, nawet jeśli znaczyło to pół kilo żywej wagi i aż 519 stron do przeczytania. Dawałam sobie miesiąc na je przeczytanie. Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia na myśl o przerwach w czytaniu tej pozycji, bo przecież i tak miała to być letnia opowieść bez specjalnego wyrazu.
Wszystkie te plany, na szczęście, popsuła moja choroba. Chociaż, był to raczej katalizator czegoś, co zaczęło się już wcześniej. Bo zauważyłam po jakichś dwustu stronach (przyznacie, że niezbyt dobrze świadczy to o książce…) zaczęłam czuć zainteresowanie, któremu nie potrafiłam się oprzeć. Wcześniej historia opowiadana przez Alliott była faktycznie letniawa, ale dało się ją czytać z pewnym stopniem zainteresowania. Myślę, że największym problemem autorki było to, że zawarła w książce zbyt dużo informacji o rodzinie Evie. A raczej zbyt rozciągnęła w czasie tę część, jakby nie patrzeć, poboczną. I jak to w życiu rodzinnym bywa, także u rodziny Evie Hamilton, jej macochy, brata i matki, czas płynął sobie wolno z mniejszymi lub większymi (raczej mniejszymi) dramacikami. Jednak nie było to nic, co warte byłoby dłuższego opisywania. Owszem, był gdzieś tam główny wątek dramatu Evie i jej męża, wątek bardzo interesujący, ale oplatało go tyle dodatkowych, mało ciekawych wątków, że zaburzało to efekt i spychało główną historię do rangi umiarkowanie ciekawych.
Gdy wreszcie pojawił się On (rycerz w lśniącej zbroi przybyły prosto z bajki aby uratować księżniczkę z opresji), zmienił się charakter opowieści. Nabrała ona jakiegoś konkretniejszego kształtu i podniosła temperaturę wokół Evie o parę stopni. Na początku tylko o parę, ale ja wiedziałam (cóż, spore doświadczenie w czytaniu romansów się kłania), że On jest kimś więcej niż tylko mężczyzną, w którego w gniewie wjechała samochodem główna bohaterka. A skąd to wiem? Cóż, czy Wy, kiedy się kłócicie z kimś obcym, gdy właśnie doznaliście głębokiego szoku z powodu spowiedzi partnera i do tego wjeżdżacie komuś autem w tyłek, to czy zauważacie kolor jego oczu? Także od razu wiedziałam co się święci, tylko nie wiedziałam, jakie miejsce Jemu (Ludo, Ludovic) zostało przeznaczone w całej tej pogmatwanej historii. Bo z pewnością nie uważam za happy end tego, że kobietę zostawia mąż, bo ma słabość do innej, a ona na pocieszenie znajduje zastępcę. A już na pewno nie wtedy, gdy ten mąż wydaje się być dobrym człowiekiem, a na dodatek zdawał się nie tylko kochać swoją żonę, ale być prawdziwie w niej zakochany, gdy się poznali po raz pierwszy. Do teraz nie wiem, po co Ludo się w książce pojawił, dlatego wydaje mi się, myślę, że mogę śmiało to powiedzieć, aby podkręcić temperaturę letniej powieści. I muszę przyznać, że zamysł się udał, chociaż jednocześnie zaburzył jednolitość opowieści.
Ale nie tylko postać Ludo sprawiła, że powieść mnie wreszcie zaciekawiła. I to tak, że przeczytałam ją ostatecznie w ciągu dwóch dni (zawdzięczając to chorobie i weekendowi). Okazało się bowiem, że autorka ma naprawdę ciekawy sposób opowiadania, nie mówiąc już o bardzo ciekawym wątku, o którym wspomniała na samym początku, na zachętę. Był to fajny zabieg, od razu wyczułam że będzie to coś niezwykłego. Jedyny błąd autorki w tej sprawie to fakt, że ujawnienie tego wątku w całości zajęło jej tak dużo czasu. Kazać czekać czytelnikowi na coś takiego ponad dwieście stron było bardzo ryzykowne. Mogło się zakończyć odłożeniem książki na półkę już po stu. A naprawdę byłoby szkoda. Bo pomimo całkiem słabego wstępu, wmieszania być może niepotrzebnej osoby Ludo (zbyt to trąci typowym romansidłem, a to na pewno nie jest tego typu książka) i słabym zakończeniem, które było zbiegiem samych szczęśliwych zakończeń dla każdego z pobocznych bohaterów (po raz kolejny trąci słabym romansidłem), książka była zupełnie czymś innym niż to, co do tej pory czytałam. Gdyby nie to, że autorka zmieszała tu różne style i dorzuciła parę zbędnych rzeczy, przez co jej książka zbyt przypomina zwykłą komedyjkę pomieszaną z romansem i to takim z niższej półki, opowieść o Evie Hamilton mogłaby być czymś więcej niż popularnym czytadłem. Mogłaby z łatwością wyskoczyć z tej szufladki na wyższą półkę, gdyż zawierała ciekawy wątek i diabelsko dobry styl odkrycia tajemnicy tamtej zagadki z początku książki.
Mam mieszane uczucia co do tej książki. Boję się pisać, że była naprawdę dobra, bo zawierała kilka słabszych momentów, nosi znamię pomieszania stylów i jakby tego było mało, jest wciśnięta w szufladkę romansu. Jednocześnie nie mogę przymykać oczu na to, że wątek o Nevillu był świetnym przełamaniem opowieści i wyznacznikiem tego, że Alliott ma zadatki na bardzo dobrą pisarkę. Wydaje mi się, że gdyby chciała, gdyby skoncentrowała się na jednej książce i nie starała się sprostać terminom wydawców, mogłaby napisać coś naprawdę fajnego i wyjątkowego, coś, co nie nosiłoby piętna romansidła. Nie mówię tu od razu o „Dumie i Uprzedzeniu” czy o „Przeminęło z wiatrem”, ale mogłoby z tej książki wyjść dzieło, a nie tylko powieść. Droga Pani Alliott, jeśli mnie Pani czyta, proszę się nad tym poważnie zastanowić, bo tkwi w Pani potencjał, którego boi się Pani wykorzystać, albo poszła Pani po prostu na łatwiznę. Tu lepiej zamilknę, na wypadek gdyby jednak Catherine Alliott naprawdę mnie przeczytała ;)
Mimo, że nie mogę nagrodzić tej autorki bezgraniczną, bezkompromisową rekomendacją, muszę ją odrobinę wyróżnić, bo naprawdę nie jest to typowa pisarka romansideł. Spod jej pióra mógłby wyjść naprawdę dobry kawał jakiegoś ponadczasowego romansu, może dramatu, gdyby tylko zechciała się zmierzyć z takim wyzwaniem. Tymczasem Evie Hamiltomn nosi w sobie piętno walki stylów, jakiejś bitwy, która rozegrała się w umyśle autorki. Jakby wiedziała ona, że ma większe możliwości w sobie, ale wolała zamiast tego odpowiedzieć na oczekiwania wydawców i dać im prostą, acz poczytną książkę o miłości. Dla wydawców bardziej liczy się pieniądz niż dobra historia, dlatego pozwolili Allott na zejście poniżej jej możliwości, byle tylko zaspokoić potrzeby prostej, niewymagającej publiczności i tym samym pozwolić im samym zarobić więcej pieniędzy. Był to łatwy zysk, na podjęcie ryzyka, które mogłoby im się w tym przypadku opłacić, nie było ich stać. Należy zrozumieć tu autorkę, bo czasem ciężko jest rzucić się na głęboką wodę gdy wszyscy wokół Ciebie oczekują czegoś innego, czegoś miernego, ale przynoszącego pewny zysk. Czasem łatwiej się ugiąć do czyjejś woli niż podążać za własnymi marzeniami.
Być może się mylę widząc w Catherine Alliott zadatki na kogoś więcej niż pisarkę poczytnej damskiej literatury kobiecej, ale sądząc z tego, jak fajnie prowadzi narrację, jak sympatyczne i spójne stworzyła postacie, jak pozytywnie zabawna jest jej główna bohaterka i jak dobrze autorka manipuluje emocjami, myślę, że nie mylę się co do niej. Wszyscy główni bohaterowie są ciekawi i niejednoznaczni. Nawet gdy wściekamy się na męża Evie, Anthony’ego, czujemy zdziwienie, jak taki dobry człowiek mógł zdradzić swoją dziewczynę. Gdy złościmy się na Caro, przyjaciółkę Evie, za to, że czasem potrafi być taką czepialską, widzimy jednak drugie oblicze tej kobiety, która walczy codziennie z biedą zaglądającą w oczy. Poza tym nie możemy nie zauważyć, że Evie czasem naprawdę zasługuje na wściekłe reakcje Caro za swoją ślepotę i oczekiwanie, że rodzina zawsze przyjdzie jej na pomoc, podczas gdy sama niewiele z siebie daje innym. Nic w tej książce nie jest tak do końca jednoznaczne, wszystko ma swoje drugie dno. I autorka zadbała o to, żebyśmy to dostrzegli.
Najbardziej cenię w autorce to, w jaki sposób kreuje swoje postacie, w jak świetny sposób wplotła wątek śmierci Nevilla Cartera i to, jak ciekawie poprowadziła akcję, odsłaniając tajemnicę Anthony’ego krok po kroku, pozwalając nam, kobietom, wściekać się razem z Evie za jego obecne i przeszłe postępowanie, jednocześnie czując, że mimo wszystko nie jest to zły człowiek, co powodowało jeszcze większą wewnętrzną złość. Główni bohaterowie książki nie są czarno-biali, co utrudnia odgadnięcie, jaki będzie koniec opowieści. Wszyscy wiemy, że tego typu książki przynoszą szczęśliwe zakończenia, ale mimo wszystko nie potrafimy tego rozpracować w tym przypadku, zwłaszcza, że jest jeszcze Ludo i Isabella. Co i dla kogo będzie oznaczać szczęśliwe zakończenie? Jak to w życiu bywa, bardzo trudno jest to określić. A Catherine Alliott wcale nam tego nie ułatwia.
I to mi się podoba w autorce. Celowo utrudnia rozwiązanie i tak trudnych ludzkich dylematów, jednocześnie pozwalając nam w tym wszystkim odnaleźć dużo dobrej zabawy, zafundowanej nam przez Evie Hamilton. Jej osoba jest połączeniem Rebeki Bloomwood  z „Wyznań zakupoholiczki” i Bridget Jones z „Dziennika Bridget Jones”, ale podanym bardziej subtelnie, z dodatkiem dramatu, jakim dla każdej kobiety jest zdrada. Evie popełnia czasem głupie błędy, zwłaszcza gdy nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie, nie rozumie, przez co popada w tarapaty. Jednak w obliczu dramatu jej rodziny potrafi zachować się dorośle, mimo iż targają nią sprzeczne emocje. To ją odróżnia od tych dwóch kobiet, które wcześniej wymieniłam. Evie Hamilton zachowuje się czasem głupio, ale głupia nie jest. Jej sposób myślenia i zachowania może wydawać się trochę głupiutki, ale niestety, kobiety tak się właśnie zachowują, zwłaszcza gdy tracą kontrolę nad swoim życiem. Sama mam koleżankę, która wykonała podobny manewr jak Evie, gdy zobaczyła, jak jej mąż, Ant, z uczuciem odgarnia kosmyk włosów z twarzy innej kobiety, kobiety, z którą ma nieślubne dziecko. Ten kawałek, mimo iż wyrósł na podłożu dramatu, był najzabawniejszy ze wszystkich momentów w książce i naprawdę śmiałam się w głos, gdy sobie wyobraziłam tę scenę. Oczywiście nie chodzi o moment, w którym Ant wykonywał ten gest, tylko o to, co później zrobiła Evie.
Ogólnie książka jest bardzo zabawna, ale w taki delikatny, subtelny sposób. Dwukrotnie przyłapałam się na głośnym śmiechu, którego nie potrafiłam opanować, a wierzcie mi, dzisiaj to naprawdę rzadkość. Wielokrotnie też wściekałam się jak osa na Athony’ego i miałam ochotę go czymś rzucić, albo nawet wyrzucić go z domu, jakbym to ja była główną bohaterką. Na szczęście Evie zachowała się jak dorosła osoba i poddała wszystko przemyśleniom, mimo iż jej pierwsze reakcje zawsze były takie jak moje. To też podobało mi się w Evie, ta jej dorosłość, to, że potrafiła sprostać wszystkim problemom mimo tego, iż była to osoba, która reagowała intuicyjnie i pod wpływem emocji. Jednak potrafiła zapanować nad emocjami i przemyśleć wszystko i dzięki temu dostrzec, że każda rzecz ma dwa oblicza i to, jak będzie wyglądała nasza przyszłość zależy tylko od nas.
Mimo iż książka zaczęła się bardzo powoli, rozkręcała się powoli, uważam, że jest bardzo ciekawa i należy się jej szansa. Uwierzcie mi, że potem akcja nabierze tempa i zostaniecie wrzucone w dwa wymiary, typowego romansu, gdzie akcja jest wartka, prosta i zabawna oraz wymiaru głębszego, dramatycznego. Książkę tę można było napisać na dwa różne sposoby, przy czym dramat byłby bardziej udaną wersją, a romans być może poczytniejszą. Autorka zdecydowała się połączyć te dwie wersje w jedno. Czy słusznie? Raczej nie. Mimo to powstała z tego bardzo dobra książka i ciekawa historia, choć może się czasem wydawać, że jest lekko niespójna. Ale pamiętajcie, że wina leży w walce talentu pisarskiego autorki z oczekiwaniami publiki. Wygrało to drugie, stąd mamy na końcu cały szereg szczęśliwych zakończeń dla (prawie) każdego, jak z jakiegoś disnejowskiego filmu. Dorzucono też parę niepotrzebnych całej historii, ale podgrzewających atmosferę, faktów, żeby było ciekawiej i przyjemniej, ale naprawdę nic by się nie stało, gdyby tego tłoku tam na końcu nie było. Byłoby to znacznie bardziej pozytywne dla ogólnego odbioru książki. Ale wybaczcie autorce, ugięła się pod presją oczekiwań stałych czytelników.
Pod tą sama presją powstała zapewne postać Ludo. Mężczyzny, który spadł Evie jak gwiazdka z nieba wtedy, kiedy do najbardziej potrzebowała. Pomógł jej przetrwać kryzys i dodał pewności siebie w trudnych chwilach. Jednak minusem tej postaci jest jej lekka niespójność (jedyna postać, która nie była do końca przemyślana) i to, że był trochę nie na miejscu, Niespójność, bo ze statecznego sprzedawcy książek nagle zmienił się pod wpływem Evie w niesfornego chłopca (taaa, oczywiście, takie rzeczy się zdarzają…). A nie na miejscu, bo wierzcie mi, rycerze z bajki nie stoją na każdym rogu czekając na ujawnienie, gdy ich potrzebujemy. Owszem, posłużył do zmącenia wody wokół postaci Evie i zmanipulowania historii tak, abyśmy nie mogli domyślić się zakończenia, ale jednocześnie stworzył podstawy do zakończenia powieści rodem z „Dziennika Bridget Jones”, który naprawdę nie pasował do całej koncepcji i do głównego zakończenia. Myślę, że Catherine znacznie lepiej mogłaby rozwiązać potrzebę stworzenia tego czegoś, co sprowadziłoby nas na manowce podczas próby przewidzenia zakończenia. A tak postać Ludo zmusiła mnie do ustawienia tej książki na niższą półkę niż zasługuje na to autorka. Przez jego obecność i przez skuszenie się przez autorkę na zadowolenie szerszej publiki jestem zmuszona wystawić tej książce czwórkę z dużym minusem, choć ma zadatki na piątkowego ucznia.
Mimo pewnych uchybień bardzo cenię tę książkę (nawet jeśli nie mogłam jej dać piątki). Zaskoczyła mnie pozytywnie, bardzo pozytywnie. Doceniłam drzemiący w niej potencjał, który pokazał mi do czego zdolna jest autorka, gdyby zechciała podjąć ryzyko i napisać coś dla siebie, a nie dla swojego wydawcy. Jest to pierwsza książka od dawna, która spowodowała, że czytałam parę razy ten sam urywek, aby go dobrze zrozumieć lub przeżyć ponownie emocje w nim zawarte. Nie zdarza mi się to obecnie wcale, współczesna literatura jest na to za słaba i nie daje mi tego, czego potrzebuję. Dzięki Catherine Alliott dojrzałam światełko w tunelu. Wielka szkoda, że poszła ostatecznie w kierunku romansu, bo zmarnowała poniekąd świetny pomysł. Mogła główną historię dramatu zostawić dla innych bohaterów, a dla Evie stworzyć coś innego, bo tak zabawnej kobiety, w swój dorosły sposób, dawno nie poznałam. Zabawnej i postępującej głupiutko, ale powodującej u mnie spazmy śmiechu. Do tego historia, która mogłaby być doskonałą pożywką dla twórcy programów typu „Dlaczego ja?” przedstawiona została w sposób dorosły i emocjonalny, powodując, że coś, co mogło być zwykłą ludzką historią przedstawioną w szmirowaty sposób, zostało nam podane z elegancją, przemyśleniem i dużą dozą humoru (oraz z paroma zbędnymi dodatkami ). Duży ukłon w kierunku autorki za tak fajne podejście do problemu. I duży minus za niewykorzystanie potencjału, który drzemał zarówno w niej, jak i w historii.
Cóż, co tu dużo pisać, książka jest godna polecenia. Zgrabnie przetworzona historia dawnej zdrady, która może zrujnować szczęście rodziny i walka o to, żeby zdradzone zaufanie nie zniszczyło czegoś cennego, nad czym bohaterowie pracowali całe życie. Świetni bohaterowie, różne charaktery i udane połączenie historii dwóch rodzin i drobnych niesnasek i wzajemnych roszczeń, zakłócających codzienne życie z pozoru zgranej rodziny. Podobało mi się także to, jak autorka rozebrała na części każdy element osobowości Evie, odsłaniając nam całą prawdę o niej, oraz jak fajnie przemyciła i zdradziła nam jej główny sekret, mianowicie brak poczucia pewności siebie, który tyle lat maskowała pod osłoną zadowolonej z życia żony, matki i mieszkanki Oxfordu. To, że poznałam ją tak dobrze spowodowało, że zaczęłam patrzeć na nią inaczej i głębiej odczuwać jej strach przed utraceniem wszystkiego, co dla niej drogie. Dzięki talentowi Catherine Alliott niemal stałam się Evie i razem z nią musiałam stawić czoła dramatowi, jaki się jej przytrafił. I obawiam się, że Evie postąpiła rozsądniej i doroślej niż ja byłabym zdolna.
Po przeczytaniu tej jednej książki Catherine Alliott mam ochotę na następne. Chcę zobaczyć, czy to głębokie spojrzenie, fajna narracja i ciekawe ujęcie tej prostej z pozoru historii to był jednorazowy przypadek, czy też drzemiący jeszcze talent, który dojrzałam przez kartki tej książki, ukryty jest także między kartami innych, a zwłaszcza pierwszej jej książki. Mam też nieodparte wrażenie, że będziecie mieli dokładnie taki sam stopień ciekawości i nieodpartej chęci, by dotrzeć do innych jej książek, jaki stał się moim udziałem.
Niestety wygląda na to, że będzie to dane tylko tym, którzy lubią i potrafią czytać po angielsku, gdyż nie znalazłam w Internecie polskich przekładów. Jeśli nie macie nic przeciwko, koniecznie zajrzyjcie do księgozbioru Alliott, a już na pewno poznajcie Evie Hamilton i jej dylematy, bo jest to warta poznania osoba, mimo iż tylko fikcyjna. Polubicie ją od pierwszych stron, a im bardziej zagłębicie się w książkę, tym sympatia ta będzie rosła, aż wreszcie zaczniecie jej kibicować i nawet nie wiedzieć kiedy, spostrzeżecie, że trzymacie za nią kciuki, metaforycznie oczywiście. Jednak ostrzegam, jeśli jesteście facetami, możecie nie zrozumieć tej książki, tak jak nigdy nie zrozumiecie kobiet, nawet przy pomocy zaawansowanej technologii. Jest to książka typowo dla kobiet, o problemach kobiet i ich sposobie myślenia. Jeśli jesteście kobietami, w tej książce odnajdziecie siebie. I będzie to naprawdę fajna przygoda. Szczerze Wam tę książkę polecam moje drogie i życzę dobrej zabawy.


wtorek, 30 sierpnia 2016

Ostatnia szansa/ Marian Keyes


„Lucky me”- pomyślałam sobie, zobaczywszy na półce kolejną książkę Marian Keyes. „Ostatnia szansa” (Last Chance saloon) brzmiała ciekawie i dopiero co skończyłam czytać inną książkę tej autorki pt. „Trzecia strona medalu”. I mimo, iż tamten tytuł nie rzucił mnie na kolana, to jednak stwierdziłam, że całkiem miło spędziłam czas z Marian, więc zasługiwała ona na to, abym sięgnęła po kolejny napisany przez nią tytuł. Poza tym i tak nie wiedziałam na co mam ochotę, więc „Ostatnia szansa” jawiła mi się jako znak- że to właśnie z tą autorką powinnam spędzić kolejny tydzień.
Dlatego przeżyłam szok, gdy już po pierwszym rozdziale mojej świeżo upolowanej książki chciałam ją z płaczem odnieść na miejsce. Tak nudnego rozdziału nie czytałam już dawno. Nawet nie rozumiałam, o czym autorka pisze (Może za słabe były moje umiejętności językowe? Albo autorka naprawdę dała tutaj plamę. Wybierzcie sobie, które wytłumaczenie bardziej Wam odpowiada). To była tragedia- odpychający rozdział naprawdę nie wróży dobrze. Tym bardziej byłam zdziwiona, bo początek „Trzeciej strony medalu” był najciekawszy i obiecywał wiele. Tymczasem tutaj taka klapa. Nie mogłam w to uwierzyć.
Gdyby to ode mnie zależało, odniosłabym książkę natychmiast. Za stara już jestem na to, żeby tracić czas na rzeczy, które nie są tego warte. Jednak byłam już w domu, a angielski miałam mieć dopiero za dwa dni, a właśnie ze szkoły tę książkę przyniosłam. Mimo tej oczywistej złośliwości przeznaczenia, nie zamierzałam się uginać- książka miała wrócić tam, skąd przybyła, nietknięta.
Jednak minął dzień i trzeba było coś robić, a tylko Marian Keyes była pod ręką. Nie uwierzycie, ale ten jeden rozdział zmienia wszystko. Trzeba go po prostu ominąć i tyle. Tak samo należy zrobić z ostatnim. Te dwa rozdziały są jakby wycięte z innej książki i wrzucone nie wiadomo po co. Oczywiście wiem w jakim celu się one znalazły- aby podkreślić przyjaźń trójki przyjaciół, o których jest ta opowieść. Jednak prawda jest taka, że bez tych dwóch rozdziałów, trzeba to szczerze przyznać, książka może się bez problemu obyć.
Bo już od drugiego rozdziału, zaraz po tym dziwnym, nic nie wnoszącym i niesamowicie nudnym wstępie, autorka bierze się za właściwą robotę, czyli opowiadanie historii Katherine, Tary i Fintana. Poznajemy ich bardzo dobrze z opisów, które następują po tym fatalnym wstępie, jak i z ich przygód. Dlaczego więc autorka czuła się w obowiązku, żeby podkreślać na siłę ich stopień ich przyjaźni w tym pierwszych horrendalnie nudnym rozdziale? A gdy powstał już wstęp, musiało być i zakończenie, równie dziwaczne i nudne, jak wstęp.
Te dwa rozdziały, pierwszy i ostatni, brzmią tak samo nie na miejscu i wymuszenie jak w przypadku pracy dyplomowej, spójnej całości, która wynika z badań i obserwacji, które potem okrasza się oderwanymi od rzeczywistości wstępem i zakończeniem, bo tak wypada, bo taka jest formuła pracy dyplomowej. Jednak nie ma sensu podążać za czymś tylko dlatego, że tak wypada. Zawsze trzeba podchodzić z rozsądkiem do reguł ustanawianych przez innych.
Tak samo jak konieczności istnienia owych wstępu i zakończenia w  książce Marian Keyes, nie mogę zrozumieć potrzeby wprowadzania przerysowanej figury Lorcana Larkina, który na dobrą sprawę niepotrzebnie przewija się przez całą książkę, jakby był jakąś znaczącą postacią i niemal do połowy książki zastanawiamy się, co ten człowiek w tej opowieści tak naprawdę robi. Może uciekł z jakiejś innej książki i tymczasowo się ukrywa u Marian Keyes? Potem przestajemy w ogóle zwracać na niego uwagę i dopiero na sam koniec znajdujemy wyjaśnienie jego tajemniczej obecności. I trzeba tu znowu powiedzieć, że jest to obecność nudna, wrysowana na siłę. Nawet jeśli autorka chciała wnieść tę postać po to, abyśmy zrozumieli, jak ogromny wpływ miała na życie jednego z bohaterów, to wystarczyło tylko o Lorcanie wspomnieć, pokazać jego egoizm krótko i zwięźle i wstawić na końcu, tam, gdzie jego miejsce i to na jeden krótki rozdział,. Ciąganie jego postaci po całej książce było bez sensu, tym bardziej, że autorka już dawno dała do zrozumienia, że jeden z bohaterów przeżył w przeszłości dramat, który go ukształtował. Czy trzeba było z tego powodu wciskać na siłę pustą postać Lorcana? Nie sądzę.
Oprócz irytującego Lorcana Larkina i kiepskiego wstępu, porównywalnego na równi z ostatnim, nic nie znaczącym rozdziałem, będącym niemal identyczną kopią pierwszego, książka jest miła. Wiem, że to nieodpowiednie słowo na opisanie rzeczy materialnej, ale jest to chyba najlepsze określenie na tę powieść. Nie ma w niej nic specjalnego, jednak nie jest też nudna czy zła. Ona po prostu jest. Została stworzona dla nas, na umilenie czasu i zrelaksowanie. Opowiada trochę o życiowych błędach, trochę o przyjaźni w obliczu dramatu, a w pewnej części jest to również romans. Wszystkiego po trochu, aby wszystkich zadowolić. Trzeba pamiętać, że historie opisane w tego typu książkach brzmią bardzo podobnie, a to dlatego, że ich cel jest tak samo prosty jak zawartość- służą one dobrej zabawie. I tylko temu. Zapomnijmy więc o głębokich przemyśleniach i życiowych sentencjach. Nie oszukujmy się, powieść współczesna tworzona jest tylko po to, aby zapomnieć choć na chwilę o szarej rzeczywistości i w tej roli sprawdza się znakomicie.
Książka „Ostatnia szansa” jest typem książki na podróż, czy na prezent dla osoby płci żeńskiej. Jest dobra na samotny wieczór jak i podróże autobusem do pracy. Idealna na przeczekanie kolejki u lekarza czy nudnej konferencji, gdy usiądziemy gdzieś z tyłu, gdzie szef nas nie zobaczy. Jest to typowy umilacz czasu. Nic więcej od niej nie oczekujcie.
Książki tego typu, współczesne powieści o wszystkim i o niczym są niemal identyczne. Różni je tylko dawka poczucia humoru. Humor Marian Keyes jest dobrze wyważony, ale i spokojny. Nie znajdziecie tu sarkazmu ani ironii, tylko lekki, opisowy dowcip, którym autorka stara się nikogo nie zranić, a zadowolić wszystkich. Za to znajdziecie tu parę typowych zagrań dla tego rodzaju literatury – paru bohaterów, wokół których toczy się życie w książce, nieudany związek, królewicz z bajki oraz przyjaciel gej. Czasem się zastanawiam czy w obecnym świecie nie da się żyć szczęśliwie, jeśli nie zaliczy się przyjaźni z gejem? Czy może jest to tylko taka angielska rutyna? Ostatecznie dochodzę do wniosku, że w dzisiejszych książkach to norma, wszyscy bowiem chcemy uchodzić za tolerancyjnych. A jak inaczej pokazać to światu, jeśli nie w masowej publikacji?
Na szczęście Marian poradziła sobie doskonale z rozdrobnieniem bohatera i podziałem go na trzy różne postacie jak i z przyjacielem gejem. Życie trójki przyjaciół dobrze się zazębiało i nie brzmiało jak stworzone na siłę. Co więcej życie każdego z nich kręciło się wokół życia dwójki pozostałych i może dlatego tak dobrze się wszystko czytało. Co do przyjaciela geja nie był on standardowym przyjacielem gejem, którego znamy z amerykańskich filmów lub książek, ze zbyt wystudiowanymi manierami, tylko dobrym, zabawnym chłopakiem. Jedyne co go stawiało w świetle typowego spojrzenia na gejów w literaturze i filmie, było zamiłowanie do mody, szybkie zmiany nastrojów (choć było to całkiem zrozumiałe, zważywszy na okoliczności) oraz życiowy partner, Sandro. Empatyczny, kochający, prawie heteroseksualista z zachowania, gdyby nie to, że autorka wyraźnie określiła go homoseksualistą. Dlatego bardzo szybko polubiłam Fintana i wybaczyłam autorce, że koniecznie musiała go stworzyć gejem aby wpasować się w trendy.
Jednak jednego nie mogę jej wybaczyć, mianowicie tak rażącego inspirowania się książką „Przeminęło z wiatrem”. „Ostatnia szansa” nie ma nic wspólnego z dziełem Margaret Mitchell. Po co więc tak kurczowo trzymać się imion znanych z tej pięknej książki? Bo przecież nieprzypadkowo jedna z bohaterek ma na imię Tara, ojciec drugiej nazywa się Butler, a i raz przewija się też Rhett? Cóż, ja też kiedyś chciałam napisać coś równie pięknego jak „Przeminęło z wiatrem”. Nawet mam gdzieś szkic, który stworzyłam naprędce w głowie zaraz po przeczytaniu dzieła Mitchell (nie wiem jak to się stało, ale bardzo przypomina historię Rhetta i Scarlett, tyle że w ujęciu współczesnym), jednak dość szybko zdecydowałam, że brak mi talentu, by zmierzyć się z czymś tak wielkim i ponadczasowym. A „Ostatnia szansa” w niczym nie przypomina powieści Margaret Mitchell. Nie sądzę, aby komukolwiek udało się opisać tak idealnie proces zmieniania się rozpuszczonej dobrobytem kobiety i kształtowania jej na silną pod wpływem wojny. Nie ma więc sensu wtrącać tych wielkich nazwisk w książkę mającą jedynie zabawić.
Jest jeszcze jedna rzecz z kategorii negatywnych, o których chciałabym wspomnieć. Mianowicie przez pół książki towarzyszyło mi bardzo silne odczucie, które kazało mi podejrzewać, że „Ostatnia szansa” była pierwszą lub jedną z pierwszych książek, jakie napisała Keyes. Moje podejrzenia wzięły się nie tylko z opisanej wyżej widocznej inspiracji i wpływu Margaret Mitchell (szkoda, że tylko w nazwiskach), ale i z doboru pozostałych imion. Nie wiem, czy w Irlandii, skąd pochodzi autorka, faktycznie używa się takich imion na co dzień, ale miałam wrażenie, że Marian specjalnie używa wymyślnych nazwisk (Fintan. Lorcan, Tara), żeby podnieść swoją książkę na wyższy poziom. Niestety samymi nazwiskami nie da się osiągnąć sukcesu. Taki wybieg raczej każe nam doszukiwać się piętna początkującego pisarza. Każdy, kto chociaż raz marzył o karierze pisarskiej przechodził na pewno przez gehennę wymyślania imion dla swoich bohaterów. Tych, którzy jeszcze nie zauważyli, że prostota jest kluczem do sukcesu, gorąco namawiam na szukanie innego hobby niż zabawa w pisarza.

Co do samej autorki, myślę, że nasza przygoda skończy się zaraz po „Lucy Sullivan wychodzi za mąż”. Ten tytuł brzmi całkiem interesująco i wabi mnie od chwili, gdy o nim przeczytałam. Myślę, że ma na to wpływ film „Peggy Sue wyszła za mąż”, który to do dzisiaj miło wspominam za to, że tak bezboleśnie przeniósł mnie w moje ukochane lata 60. Czy to naiwność oczekiwać podobnych uniesień od podobnie brzmiącego tytułu? Cóż, mam nadzieję się o tym przekonać. Po Lucy Sullivan nie będę już specjalnie wyszukiwać książek Marian Keyes, ale też nie odrzucę innych, gdy wpadną mi w rękę. Marian nie zasługuje na taki los, ponieważ swoimi książkami zabawiła mnie wystarczająco, aby wypracować sobie u mnie dobre zdanie. Mam nadzieje, że i u Was spotka się z dobrym przyjęciem. Naprawdę sobie na to zasłużyła. 

niedziela, 17 lipca 2016

Trzecia strona medalu/ Marian Keyes

Zazwyczaj, gdy zasiadam do recenzji, mam już w głowie ogólny obraz tego, co w niej zawrę. Potem, w miarę kolejnych zdań, myśli nachodzą mnie coraz szybciej, a klawiatura aż staje się czerwona pod ich naporem. Tym razem jednak nie wiem, jak mam zacząć. Zupełnie, jakby ogarnęła mnie niemoc literacka, która ogarnia czasem autorów. Jednak ja nie należę do tych ostatnich, skąd więc utrata weny? Czyżby książka Marian Keyes tak na mnie wpłynęła?
Jeśli faktycznie tak jest, to trzeba przyznać autorce talent. Żeby mieć taki wpływ na swoich czytelników, żeby aż zsyłać na nich niemoc twórczą Lily Wright, jednej z trzech bohaterek powieści? Książka nie była przecież nudna, skąd więc ta pustka w mojej głowie?
Wiecie, gdy stałam w sekcji powieści współczesnych dla kobiet i ściągałam książkę z półki, pani w sekretariacie powiedziała mi, że też czasem lubi poczytać takie odmóżdżacze. Dziwnie się wówczas poczułam, bo ja takiego typu książki czytam od wielu lat i nigdy nie czułam się z tego powodu gorsza. Nigdy nie miałam kompleksów ze względu na rodzaj książek, po które sięgam, jednak wówczas poczułam się trochę jak taki niewymagający konsument, taki… wiecie, bez mózgu i specjalnych potrzeb, jeden z licznych baranów w stadzie. Jednak wówczas, stojąc w tamtym pokoju przed półkami pełnymi tytułów zaczęłam się zastanawiać- czy faktycznie takie książki jak książka Marian Keyes nie dają człowiekowi nic więcej nad kilka godzin relaksu? I że każdy szanujący się czytelnik powinien być bardziej ambitny i sięgać po coś więcej? Czy w ogóle powinnam się przyznawać że czytam literaturę masową? Ja, blogerka, która pisze recenzje? Osoba, która pomaga ludziom w podejmowaniu wyborów czytelniczych?
Coś w tym spojrzeniu, że jest to tani sposób na relaks chyba jest, pomimo tego, że wcale nie czuję wstydu, że obecnie czytam tylko takie książki. Człowiek potrzebuje w życiu relaksu, tyle jest stresu dookoła niego. Poza tym ja lubię dobrą zabawę, a masowa literatura kobieca daje mi wszystko to, czego potrzebuję. Poza tym ciężko obecnie trafić na naprawdę dobrą książkę, która odstaje od innych. A już na pewno nie w literaturze współczesnej przeznaczonej dla dzisiejszych kobiet, lubiących szybkie rozwiązania. A taka współczesna książka to właśnie sposób na łatwy i szybki relaks, czyli to, co dzisiejsza Pani domu potrzebuje, żeby trochę odpocząć od codziennych stresów.
Poza tym jak już wspomniałam, odnoszę wrażenie, że nie ma już dobrych książek. Wszystko, co było warte przeczytania zostało przeze mnie przeczytane wiele lat temu, gdy jako dziecko zachodziłam do biblioteki niemalże co dwa dni. Gdyby wówczas prowadzono w bibliotekach listy najlepszych czytelników, znalazłabym się pewnie na pierwszym miejscu. A chodziłam tam tak często, bo tyle było do odkrycia w świecie literatury, wszystko było takie ciekawe dla dopiero kształtującego się umysłu. Czekało na mnie wiele dobrych książek noszących ślady historii. Dziś mam wrażenie, że przeczytałam już wszystko to, co warto było przeczytać, pozostało mi więc zadowalać się literaturą rozrywkową, bo chyba to jest najlepsze określenie na to, co się obecnie wydaje.
Lecz trzeba pamiętać, że rozrywka to nic złego. Nie możemy być cały czas poważni i ambitni. Codzienne branie się za bary z życiem musi być co jakiś czas przerywane przyjemnościami, abyśmy nie zwariowali w tym pędzie za sukcesem, który wymusza na nas kapitalizm. Rolę takiego życiowego przerywnika może ogrywać czekolada, spacer, a nawet książka, która nie wymaga od nas myślenia. Nie jest to złe, naprawdę. Nie trzeba tego wstydliwie ukrywać przed innymi. Czytanie książek, które chcą tylko dawać, a niczego od nas nie oczekują, nie są wcale takie złe. Nigdy więc nie pozwólcie, aby ktoś sprawił, żebyście poczuli się źle przy półce z książkami.
Książka Marian Keyes pod tytułem „Trzecia strona medalu” nie chciała ode mnie nic jak tylko uwagi. W nagrodę otrzymałam kilka godzin czystej zabawy. Nie wymagam więcej od dzisiejszej książki. Jeśli książka sprawi, że wolę czytać, niż przebywać z ludźmi lub iść na spacer, to dla mnie jest to książka udana. Dajcie spokój, te czasy, gdy pisarze czuli misję, powołanie, aby przekazać coś ważnego, dawno minęły. Teraz jest to kolejny biznes. I powtarzam po raz enty, nie ma w tym nic złego. Przyjemność czerpana z książki jest czysta jak górski potok i niewinna jak noworodek. Nie powinniśmy się jej wstydzić, nawet jeśli decydujemy się czerpać radość tylko z komercyjnych książek.
Marian Keyes zwróciła moją uwagę. Jej książka o trzech różnych kobietach, związanych ze sobą grą losu, dała mi wiele radości. Gdy spotkam kolejną jej książkę na półce, nie zawaham się jej pożyczyć. Przez komercję w literaturze przestałam już szukać na półkach konkretnych autorów i pożerać wszystko, co napisali. Obecnie kieruję się instynktem i okładką oraz opisem. Sięgam po przypadkowe książki i tak też jest dobrze. Jeśli od czasu do czasu trafię na coś wyjątkowego, to bardzo się z tego cieszę, ale nie poszukuję już tej wyjątkowości tak jak kiedyś. Nie mam już na to czasu. Za to doceniam książki, które sprawiają, że mój dzień staje się ciekawszy, piękniejszy, weselszy. Marian Keyes sprawiła właśnie taki cud.
Moje życie obecnie jest trochę monotonne. Praca, drzemka, angielski, basen, dom. Tęsknię za czasami, gdy jedynym obowiązkiem było nauczyć się czegoś i dostać piątkę. Tyle wówczas było wolnego czasu i tyle pomysłów na jego spędzenie. Teraz muszę wybierać między tym, co chcę a tym co muszę. Nie lubię monotonii w życiu, ale tak właśnie wygląda dorosłość, Trzeba się z tym pogodzić. Ale dzięki „Trzeciej stronie medalu” na chwilę zapomniałam o tym, że jestem dorosła. Pozwoliłam sobie na chwilę szaleństwa, leżąc pół niedzieli w łóżku i czytając, nie zważając na męża, na obiad, który trzeba było zrobić, na inne nudne obowiązki. Poczułam się wolna, nieskrępowana monotonią. I to wszystko dzięki książce Marian Keyes. Jeśli to jest właśnie odmóżdżanie, to miłe zapomnienie, to ja nie mam nic przeciwko, naprawdę. Chętnie będę sięgać po takie książki, jeśli choć na chwilę będę dzięki nim wolna jak ptak.
Już o tym kiedyś wspominałam, ale podkreślę to tutaj po raz kolejny. Szanuję autorów, którzy potrafią przedstawić mi kilku bohaterów głównych i tak połączyć ich wspólną historię, że ich obecność nie będzie denerwująca czy nudna. Keyes zrobiła to naprawdę umiejętnie. Każda z trzech bohaterek, które wprowadziła do książki, była inna, a mimo to ich zazębiająca się historia była nie tylko spójna, ale i interesująca. Wprawdzie początkowo, po przeczytaniu pierwszych trzech części, o Gemmie Hogan, Jojo Harvey i Lily Wright, myślałam, że dwie ostatnie niepotrzebnie znalazły się w książce, gdyż nie było w nich iskry, którą miała Gemma i który powinien mieć bohater powieści. Jednak po kolejnych rozdziałach dostrzegłam, że coraz bardziej daję się wciągnąć także w ich historie.
Myślę, że początkowo zraziłam się do Jojo, ponieważ opis jej pracy w wydawnictwie był przeciągnięty i w zasadzie niepotrzebnie tak bardzo autorka się nad nią skupiała, gdy prawdziwa historia toczyła się obok, w biurze Marka Averego, szefa Jojo, z którym kobieta nawiązała romans. Gdy autorka skupiła się wyłącznie na tym romansie i walce Jojo o partnerstwo w wydawnictwie, wszystko zaczęło nabierać tempa. Być może autorka chciała udowodnić, jak dobra Jojo była w swojej pracy, ale wydaje mi się, że wystarczyło to tylko powiedzieć, nie siląc się na dowody, które zagroziły spójności książki. Natomiast Lily i jej wyrzuty sumienia względem byłej przyjaciółki Gemmy pokazały mi osobę słabą i nudną. Czasem się zastanawiałam dlaczego Anton wybrał nie wierzącą w siebie Lily zamiast przebojowej Gemmy i to utrudniało mi odbiór tej części książki. Jednak po jakimś czasie wszystkie historie nabrały tempa, zwłaszcza w przypadku romansu Marka i Jojo i ładnie się zazębiły, powodując niecierpliwość i ciekawość, jak się wszystko skończy. I nawet zapomniałam o myśleniu o tym, jaką ciamajdą była Lily.
Mimo wszystko Gemma była królową tej powieści. Zabawna i ironiczna. Do tego jej rodzice, zmagający się z kryzysem małżeńskim, dodawały smaczku tej części opowieści. Pomimo tragedii, jaką jest romans w rodzinie, autorka opisała wszystko w sposób bardziej zgryźliwy niż dramatyczny i to sprawiło, że opowieść Gemmy była najciekawsza. Nawet wtedy, gdy okazało się, że każda historia ma swoje dwie strony…

Co tu dużo mówić, ostatnie sto stron pochłonęłam nie ruszając się z lóżka i to chyba świadczy w sposób wystarczający, jak dobrze bawiłam się z Gemmą, Jojo i Lily. Powiem więcej. Ta książka otworzyła mi oczy na inny tytuł, który opisywałam wcześniej, mianowicie „Niegrzeczny chłopiec” autorstwa Olivii Goldsmith. W porównaniu z książką Marian Keyes tamta była nudnawa i bez polotu, ze słabym pomysłem i zbyt przewidywalna. Potraktujcie to jako post scriptum do tamtej recenzji ;)