Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 lutego 2018

Between Males/ Fiona Walker





Długo się zbierałam do przeczytania tej książki. Nawet nie wiem jak to się stało, że w ogóle ją kupiłam. Tomisko opasłe, tytuł taki sobie, opis z tyłu okładki mało zachęcający, a i sama okładka nie miała wiele do powiedzenia. Teraz nawet myślę, że jest raczej odpychająca niż zachęcająca. W zamyśle miała być wyluzowana, nowoczesna i kobieca, a stała się w moich oczach strachem na wróble, podczas gdy ja byłam wróblem.
Jednak nawet najbardziej strachliwy ptak wreszcie przyzwyczaja się do widoku stojącego w polu stracha i zaczyna siadać mu na rozpostartych ramionach, trochę lękliwie, trochę eksperymentując, aż wreszcie robiąc z niego miejsce odpoczynku, punkt rozpoznawczy w pustce pola, dom.
Tak samo ja przywykłam do tej fioletowej, pustej okładki, która w ogóle do mnie nie przemawiała w jakikolwiek pozytywny sposób. I w końcu i ja postanowiłam spróbować poznać się z tą książką, jak samotny ptak ze strachem na wróble.
Nie była to łatwa znajomość, długo musieliśmy się do siebie przekonywać. I powiem szczerze, że nigdy ta znajomość nie przerodziła się w nic głębszego. Do ostatniej strony pozostaliśmy obcymi, którzy spotkali się gdzieś tam na rozdrożu przecinających się dróg życia. Rozstałam się z tą książką bez żalu i do dzisiaj borykam się z mieszanymi uczuciami, gdy tylko wracam do niej pamięcią. Nawet do opisania jej zbierałam się bardzo długo. Minęło dobre parę miesięcy między chwilą, gdy skończyłam ją czytać, a chwilą, w której zaczął powstawać ten post.
Dlaczego tak się stało? Po prostu, nie wiedziałam co o tej książce napisać. Nadal nie wiem. Zaczęłam ten post z nadzieją, że słowa same mnie odnajdą, ale widzę, że wciąż walczę o każde słowo i zawieszam się na każdym akapicie, nie wiedząc jak przełożyć strzępki myśli na spójne zdania.
Już samo to, że nie czuję weny pisząc o książce jest najlepszą recenzją. Dobre książki same piszą swoją historię, te średnie zaś są najtrudniejsze. Nie można ich zniszczyć słowami niechęci, bo przecież coś tam w nich było, co sprawiło, że przeczytało się je do końca. Ale ciężko jest znaleźć słowa na opisanie, co się działo w duszy, gdy oczy chłonęły akapit za akapitem z pewną dozą obojętności.
Chociaż ciężko w takim przypadku mówić o chłonięciu, bo kojarzy się to z szybkością i nawet z lubością. A przecież pamiętam, że początki były bardzo trudne. Że nieomal nie zmuszałam się do przeczytania akapitów, które składały się na rozdział pierwszy. Że między pierwszym a drugim rozdziałem minął miesiąc pustki, w którym to czasie wolałam robić wszystko inne niż powrócić do owej książki.
Wiem, że nie tak powinno to wyglądać, ale w końcu powiedziałam sobie, że skoro już mam tę książkę u siebie, to jedyną przyzwoitą rzeczą będzie ją po prostu przeczytać. Po prostu dać jej szansę mimo słabych i nieokreślonych początków.
Piszę „nieokreślonych” bo po pierwszym rozdziale, góra drugim, powinniśmy już mieć niejakie pojęcie o zamysłach autora. Natomiast ja przez większą część „Between Males” Fiony Walker nie wiedziałam, w którym kierunku postanowiła pójść autorka. Serio, przez większą część książki byłam przekonana, że jest to słabo podkreślony dramat, bo nie znałam innych pozycji autorki i nigdy nie czytam informacji o autorze, gdyż na ogół jestem zainteresowana bardziej fikcją niż rzeczywistością, gdy chodzi o książki. Dopiero na kilkanaście rozdziałów przed końcem zorientowałam się, że to romans! I od tamtego momentu straciłam serce do tej książki jeszcze bardziej, mimo że lubię ten rodzaj powieści.
Jednak w tym przypadku, gdy już wszystko stało się jasne w którym kierunku biegnie opowieść, książka stała się płytka, przewidywalna i jedynym bohaterem, którego lubiłam od samego początku był Jimmy. Człowiek, który pojawił się najpóźniej i najrzadziej wstępował na scenę, trochę ją swoją obecnością rozjaśniając.
Czy tak powinno to wyglądać? Że główni bohaterowie irytują nas od samego początku do samego końca? Że wcale nie chcemy o nich czytać, czekając na tę jedyną postać, która coś do książki wnosi, a która jednocześnie jest tak oczywista jak w typowym, klasycznym romansidle?
Można powiedzieć, że to nieoczekiwany zwrot wydarzeń, ten moment w którym zorientowałam się z jakiego typu literaturą mam do czynienia. Powinno mnie to niejako pobudzić. Jednak trzymanie mnie w tej dziwnej i niejako nudnej i irytującej niepewności przez 80% książki, na którą składa się prawie 700 stron, wydaje się być najstraszniejszym strachem na wróble wszechczasów.
Owszem, na koniec całkiem zaprzyjaźniłam się ze znajomą i przerabianą tysiące razy fabułą, ale reszta bohaterów nie przestała mnie irytować ponad miarę a co gorsza, od tego momentu książka stała się przewidywalna jak rutynowy poniedziałek w biurze. I właściwie nie było już o czym czytać, bo zakończenie było nie tylko łatwe do przewidzenia, ale i po prostu nudne.
I muszę szczerze przyznać, że wolałam myśl, że jest to nowoczesny dramat o stosunkach między kobietą a mężczyzną i o tym jak bardzo może nas zwieść nasza własna imaginacja, gdy  uprzemy się na coś, co z daleka pachnie kłopotami. I mimo, że główna bohaterka była zwykłą głupią i denerwującą gęsią, a jej wyobrażenie o miłości w postaci Caluma, (którego jak przypadło na czarny charakter, po prostu nie dało się lubić) irytowało mnie ponad miarę, to jednak wolałam tę wersję książki. Myśl, że jest to nowoczesne potraktowanie trudnej (i głupiej) miłości była mi milsza, niż myśl, że czytam książkę romantyczną z dawna wyznaczoną fabułą. Stąd tak olbrzymi zawód na końcu. Myślę, że gdyby od początku wszystko pisane było językiem komedii romantycznej, byłoby mi łatwiej to przetrawić. Ale taki nagły zwrot akcji był po prostu całkowicie dla mnie niezrozumiały.
Jasne, że dramat z Odette Fielding w roli nadętej i zadufanej w sobie głównej bohaterki i takim samym pod względem charakteru sukinsynem Calumem w roli rycerza w srebrnej zbroi był od samego początku trudny do czytania, ale widziałam w tej zagmatwanej historii jakiś głębszy przekaz i czekałam, aż autorka ten przekaz wyciągnie na światło dzienne. Niestety przez nagłą zmianę zamysłu książka całkowicie straciła polor, bo to, co wydawało się na początku tylko otoczką do przekazania czegoś głębszego, mocniejszego, okazało się dokładnie tym, czym się wydawało.
Tak więc Odette do końca pozostała w moich oczach głupią gęsią, a Calum idiotą, który z niewiadomych powodów lubił ranić ludzi i był po prostu pustym człowiekiem. A to jednocześnie stawiało Odette w jeszcze gorszym świetle, bo z niewiadomych powodów zakochała się w człowieku, który nie wart był funta kłaków i ciągnęła tę słabość tak długo, że mnie zirytowała ponad wszelkie wyobrażenie. A gdy do tego okraszała każdą niemal wypowiedź słowem „babes”, nie było po prostu możliwości, abym ją polubiła. A po co w takim razie czytać książkę o kimś, kogo się nawet nie lubi?
Dlaczego w takim razie ją przeczytałam? Właśnie dlatego, że zostałam przez autorkę oszukana niejasną, nigdy nie wyrażoną obietnicą jakiegoś głębokiego zwrotu akcji. Nie spodziewałam się tylko, że ten zwrot będzie o 180 stopni, w kierunku zupełnie innego rodzaju literatury. A gdy już się to stało dla mnie jasne, pozostało mi tak niewiele do przeczytania, że stwierdziłam po prostu: „A co mi tam, i tak nie mam nic innego do roboty”.
I wydaje mi się, że to jest po prostu najlepszy sposób opisania tej książki jako rekomendacji. Jeśli nie macie nic innego do roboty, możecie przeczytać „Between Males”. Ale uzbrójcie się w ogromne pokłady cierpliwości, bo na pewno zostanie ona wystawiona na próbę. Zwłaszcza gdy dojrzycie tę niespójność w stworzeniu głównej postaci, która z jednej strony jest twardą negocjatorką i nowoczesną businesswoman, a z drugiej strony kruchą istotką, która jest tak niepewna siebie jak młoda dziewczyna dopiero wkraczająca w dorosłość i świat mężczyzn. Coś mi tu naprawdę podpada. Oczywiście można tu powiedzieć, że to się zdarza, że na zewnątrz człowiek udaje pewnego siebie i przebojowego tylko po to, aby chronić swoją wrażliwą stronę. Ale gdy przeczytacie tę książkę, sami zrozumiecie o co mi chodzi, bo ciężko to opisać słowami. W każdym razie z daleka „pachnie” to niespójnością i nieprzemyśleniem tematu.
Nie wiem która to książka Fiony Walker, ale odnoszę wrażenie, że nie jest to najlepsza z jej pozycji. Wydaje się być nieco nieprzemyślana, jakby autorka sama błądziła w labiryncie swoich myśli. Książkę można przeczytać, ale w moich oczach pozostała tym, czym wydawała mi się od początku- czymś obcym, co nigdy nie zagnieździ się w moim sercu na stałe i przeminie wkrótce jak przelotne wspomnienie, do którego się nie wraca.

wtorek, 22 listopada 2016

Sekretne życie Evie Hamilton/ Catherine Alliott


Książka „Sekretne życie Evie Hamilton” Catherine Alliott nie wyglądała jakoś szczególnie obiecująco. Różowo białe barwy zapowiadały, że jest to literatura dla kobiet, czym się ucieszyłam, ale spodziewałam się czegoś raczej typowego, niewyróżniającego się, takie tam lekkie czytadło. Nawet miałam wrażenie, że może być to całkiem nudne czytadło, a to dlatego, że książka była gruba. Wiecie, niewielu pisarzy potrafi utrzymać uwagę czytelnika tak długo, większość zazwyczaj wypisuje co mu ślina na język przyniesie, nie zauważając nawet, kiedy zaczęli iść na ilość, a nie na jakość. Nie widzą, że w pewnym momencie stracili zainteresowanie czytelnika i dalej brną w tą swoją paplaninę. Takie właśnie przeczucia i generalizowanie towarzyszyły mojemu wyborowi. Niezbyt zachęcająco, prawda? Ale właściwie słowo „wybór” jest tu trochę wzięte na wyrost. Bo czy złapanie w pospiechu książki, tylko dlatego, że okłada wyglądała wesoło. a tytuł podjudzał ciekawość, są właściwymi kryteriami gdy chodzi o wybór? Nawet nie miałam czasu przeczytać dokładnie streszczenia z tyłu okładki. Po prostu potrzebowałam czegoś na wakacje. „Wybrałam” więc książkę Catherine Alliott raczej na chybił trafił i jak tylko dotarłam do domu, odłożyłam ją gdzieś na półkę. Lato przeminęło, a ja wciąż wolałam czytać co innego, bo czułam to, w nawet wiedziałam, że Evie Hamilton na pewno będzie nudna. A to tego ta ilość stron.  Nie zachęcało to chociażby do tego, żeby zabrać Evie gdzieś na spacer, wrzucając ją na szybko do torebki.
Tak minęły trzy miesiące, podczas których książka leżała odłogiem, a mój wzrok mijał ją obojętnie. Aż wreszcie nadszedł czas, aż zabrakło mi tzw. książki do autobusu. Nienawidzę czekać bezczynnie, czy czekam w kolejce do lekarza czy na przystanku autobusowym, więc jedynym wyjściem dla mnie jest zabieranie ze sobą jakiegoś czytadła, które pomaga mi to czekanie uprzyjemniać. W domu czytałam już inną książkę i nie chciałam jej wszędzie targać ze sobą, ponieważ istniało ryzyko, że czasem moją autobusową książkę będę musiała zostawić w pracy czy u mamy, gdy będę obładowana zakupami. A zdarzyło się akurat, że w tym czasie zaczęłam czytać w domu bardzo ciekawą serię, z którą po prostu nie mogłam się rozstać. Nie, do autobusu potrzebowałam czegoś zupełnie innego, coś, co z lekkością serca będę mogła zostawiać gdzie tylko będę miała ochotę czy potrzebę i za czym nie będę tęsknić, nawet jak nie będziemy się widzieć kilka dni. Padło na Catherine Alliott.
Pamiętajcie, że byłam przekonana, że ta książka to nic niezwykłego, dlatego zdecydowałam, że właśnie ją będę targać ze sobą, nawet jeśli znaczyło to pół kilo żywej wagi i aż 519 stron do przeczytania. Dawałam sobie miesiąc na je przeczytanie. Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia na myśl o przerwach w czytaniu tej pozycji, bo przecież i tak miała to być letnia opowieść bez specjalnego wyrazu.
Wszystkie te plany, na szczęście, popsuła moja choroba. Chociaż, był to raczej katalizator czegoś, co zaczęło się już wcześniej. Bo zauważyłam po jakichś dwustu stronach (przyznacie, że niezbyt dobrze świadczy to o książce…) zaczęłam czuć zainteresowanie, któremu nie potrafiłam się oprzeć. Wcześniej historia opowiadana przez Alliott była faktycznie letniawa, ale dało się ją czytać z pewnym stopniem zainteresowania. Myślę, że największym problemem autorki było to, że zawarła w książce zbyt dużo informacji o rodzinie Evie. A raczej zbyt rozciągnęła w czasie tę część, jakby nie patrzeć, poboczną. I jak to w życiu rodzinnym bywa, także u rodziny Evie Hamilton, jej macochy, brata i matki, czas płynął sobie wolno z mniejszymi lub większymi (raczej mniejszymi) dramacikami. Jednak nie było to nic, co warte byłoby dłuższego opisywania. Owszem, był gdzieś tam główny wątek dramatu Evie i jej męża, wątek bardzo interesujący, ale oplatało go tyle dodatkowych, mało ciekawych wątków, że zaburzało to efekt i spychało główną historię do rangi umiarkowanie ciekawych.
Gdy wreszcie pojawił się On (rycerz w lśniącej zbroi przybyły prosto z bajki aby uratować księżniczkę z opresji), zmienił się charakter opowieści. Nabrała ona jakiegoś konkretniejszego kształtu i podniosła temperaturę wokół Evie o parę stopni. Na początku tylko o parę, ale ja wiedziałam (cóż, spore doświadczenie w czytaniu romansów się kłania), że On jest kimś więcej niż tylko mężczyzną, w którego w gniewie wjechała samochodem główna bohaterka. A skąd to wiem? Cóż, czy Wy, kiedy się kłócicie z kimś obcym, gdy właśnie doznaliście głębokiego szoku z powodu spowiedzi partnera i do tego wjeżdżacie komuś autem w tyłek, to czy zauważacie kolor jego oczu? Także od razu wiedziałam co się święci, tylko nie wiedziałam, jakie miejsce Jemu (Ludo, Ludovic) zostało przeznaczone w całej tej pogmatwanej historii. Bo z pewnością nie uważam za happy end tego, że kobietę zostawia mąż, bo ma słabość do innej, a ona na pocieszenie znajduje zastępcę. A już na pewno nie wtedy, gdy ten mąż wydaje się być dobrym człowiekiem, a na dodatek zdawał się nie tylko kochać swoją żonę, ale być prawdziwie w niej zakochany, gdy się poznali po raz pierwszy. Do teraz nie wiem, po co Ludo się w książce pojawił, dlatego wydaje mi się, myślę, że mogę śmiało to powiedzieć, aby podkręcić temperaturę letniej powieści. I muszę przyznać, że zamysł się udał, chociaż jednocześnie zaburzył jednolitość opowieści.
Ale nie tylko postać Ludo sprawiła, że powieść mnie wreszcie zaciekawiła. I to tak, że przeczytałam ją ostatecznie w ciągu dwóch dni (zawdzięczając to chorobie i weekendowi). Okazało się bowiem, że autorka ma naprawdę ciekawy sposób opowiadania, nie mówiąc już o bardzo ciekawym wątku, o którym wspomniała na samym początku, na zachętę. Był to fajny zabieg, od razu wyczułam że będzie to coś niezwykłego. Jedyny błąd autorki w tej sprawie to fakt, że ujawnienie tego wątku w całości zajęło jej tak dużo czasu. Kazać czekać czytelnikowi na coś takiego ponad dwieście stron było bardzo ryzykowne. Mogło się zakończyć odłożeniem książki na półkę już po stu. A naprawdę byłoby szkoda. Bo pomimo całkiem słabego wstępu, wmieszania być może niepotrzebnej osoby Ludo (zbyt to trąci typowym romansidłem, a to na pewno nie jest tego typu książka) i słabym zakończeniem, które było zbiegiem samych szczęśliwych zakończeń dla każdego z pobocznych bohaterów (po raz kolejny trąci słabym romansidłem), książka była zupełnie czymś innym niż to, co do tej pory czytałam. Gdyby nie to, że autorka zmieszała tu różne style i dorzuciła parę zbędnych rzeczy, przez co jej książka zbyt przypomina zwykłą komedyjkę pomieszaną z romansem i to takim z niższej półki, opowieść o Evie Hamilton mogłaby być czymś więcej niż popularnym czytadłem. Mogłaby z łatwością wyskoczyć z tej szufladki na wyższą półkę, gdyż zawierała ciekawy wątek i diabelsko dobry styl odkrycia tajemnicy tamtej zagadki z początku książki.
Mam mieszane uczucia co do tej książki. Boję się pisać, że była naprawdę dobra, bo zawierała kilka słabszych momentów, nosi znamię pomieszania stylów i jakby tego było mało, jest wciśnięta w szufladkę romansu. Jednocześnie nie mogę przymykać oczu na to, że wątek o Nevillu był świetnym przełamaniem opowieści i wyznacznikiem tego, że Alliott ma zadatki na bardzo dobrą pisarkę. Wydaje mi się, że gdyby chciała, gdyby skoncentrowała się na jednej książce i nie starała się sprostać terminom wydawców, mogłaby napisać coś naprawdę fajnego i wyjątkowego, coś, co nie nosiłoby piętna romansidła. Nie mówię tu od razu o „Dumie i Uprzedzeniu” czy o „Przeminęło z wiatrem”, ale mogłoby z tej książki wyjść dzieło, a nie tylko powieść. Droga Pani Alliott, jeśli mnie Pani czyta, proszę się nad tym poważnie zastanowić, bo tkwi w Pani potencjał, którego boi się Pani wykorzystać, albo poszła Pani po prostu na łatwiznę. Tu lepiej zamilknę, na wypadek gdyby jednak Catherine Alliott naprawdę mnie przeczytała ;)
Mimo, że nie mogę nagrodzić tej autorki bezgraniczną, bezkompromisową rekomendacją, muszę ją odrobinę wyróżnić, bo naprawdę nie jest to typowa pisarka romansideł. Spod jej pióra mógłby wyjść naprawdę dobry kawał jakiegoś ponadczasowego romansu, może dramatu, gdyby tylko zechciała się zmierzyć z takim wyzwaniem. Tymczasem Evie Hamiltomn nosi w sobie piętno walki stylów, jakiejś bitwy, która rozegrała się w umyśle autorki. Jakby wiedziała ona, że ma większe możliwości w sobie, ale wolała zamiast tego odpowiedzieć na oczekiwania wydawców i dać im prostą, acz poczytną książkę o miłości. Dla wydawców bardziej liczy się pieniądz niż dobra historia, dlatego pozwolili Allott na zejście poniżej jej możliwości, byle tylko zaspokoić potrzeby prostej, niewymagającej publiczności i tym samym pozwolić im samym zarobić więcej pieniędzy. Był to łatwy zysk, na podjęcie ryzyka, które mogłoby im się w tym przypadku opłacić, nie było ich stać. Należy zrozumieć tu autorkę, bo czasem ciężko jest rzucić się na głęboką wodę gdy wszyscy wokół Ciebie oczekują czegoś innego, czegoś miernego, ale przynoszącego pewny zysk. Czasem łatwiej się ugiąć do czyjejś woli niż podążać za własnymi marzeniami.
Być może się mylę widząc w Catherine Alliott zadatki na kogoś więcej niż pisarkę poczytnej damskiej literatury kobiecej, ale sądząc z tego, jak fajnie prowadzi narrację, jak sympatyczne i spójne stworzyła postacie, jak pozytywnie zabawna jest jej główna bohaterka i jak dobrze autorka manipuluje emocjami, myślę, że nie mylę się co do niej. Wszyscy główni bohaterowie są ciekawi i niejednoznaczni. Nawet gdy wściekamy się na męża Evie, Anthony’ego, czujemy zdziwienie, jak taki dobry człowiek mógł zdradzić swoją dziewczynę. Gdy złościmy się na Caro, przyjaciółkę Evie, za to, że czasem potrafi być taką czepialską, widzimy jednak drugie oblicze tej kobiety, która walczy codziennie z biedą zaglądającą w oczy. Poza tym nie możemy nie zauważyć, że Evie czasem naprawdę zasługuje na wściekłe reakcje Caro za swoją ślepotę i oczekiwanie, że rodzina zawsze przyjdzie jej na pomoc, podczas gdy sama niewiele z siebie daje innym. Nic w tej książce nie jest tak do końca jednoznaczne, wszystko ma swoje drugie dno. I autorka zadbała o to, żebyśmy to dostrzegli.
Najbardziej cenię w autorce to, w jaki sposób kreuje swoje postacie, w jak świetny sposób wplotła wątek śmierci Nevilla Cartera i to, jak ciekawie poprowadziła akcję, odsłaniając tajemnicę Anthony’ego krok po kroku, pozwalając nam, kobietom, wściekać się razem z Evie za jego obecne i przeszłe postępowanie, jednocześnie czując, że mimo wszystko nie jest to zły człowiek, co powodowało jeszcze większą wewnętrzną złość. Główni bohaterowie książki nie są czarno-biali, co utrudnia odgadnięcie, jaki będzie koniec opowieści. Wszyscy wiemy, że tego typu książki przynoszą szczęśliwe zakończenia, ale mimo wszystko nie potrafimy tego rozpracować w tym przypadku, zwłaszcza, że jest jeszcze Ludo i Isabella. Co i dla kogo będzie oznaczać szczęśliwe zakończenie? Jak to w życiu bywa, bardzo trudno jest to określić. A Catherine Alliott wcale nam tego nie ułatwia.
I to mi się podoba w autorce. Celowo utrudnia rozwiązanie i tak trudnych ludzkich dylematów, jednocześnie pozwalając nam w tym wszystkim odnaleźć dużo dobrej zabawy, zafundowanej nam przez Evie Hamilton. Jej osoba jest połączeniem Rebeki Bloomwood  z „Wyznań zakupoholiczki” i Bridget Jones z „Dziennika Bridget Jones”, ale podanym bardziej subtelnie, z dodatkiem dramatu, jakim dla każdej kobiety jest zdrada. Evie popełnia czasem głupie błędy, zwłaszcza gdy nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie, nie rozumie, przez co popada w tarapaty. Jednak w obliczu dramatu jej rodziny potrafi zachować się dorośle, mimo iż targają nią sprzeczne emocje. To ją odróżnia od tych dwóch kobiet, które wcześniej wymieniłam. Evie Hamilton zachowuje się czasem głupio, ale głupia nie jest. Jej sposób myślenia i zachowania może wydawać się trochę głupiutki, ale niestety, kobiety tak się właśnie zachowują, zwłaszcza gdy tracą kontrolę nad swoim życiem. Sama mam koleżankę, która wykonała podobny manewr jak Evie, gdy zobaczyła, jak jej mąż, Ant, z uczuciem odgarnia kosmyk włosów z twarzy innej kobiety, kobiety, z którą ma nieślubne dziecko. Ten kawałek, mimo iż wyrósł na podłożu dramatu, był najzabawniejszy ze wszystkich momentów w książce i naprawdę śmiałam się w głos, gdy sobie wyobraziłam tę scenę. Oczywiście nie chodzi o moment, w którym Ant wykonywał ten gest, tylko o to, co później zrobiła Evie.
Ogólnie książka jest bardzo zabawna, ale w taki delikatny, subtelny sposób. Dwukrotnie przyłapałam się na głośnym śmiechu, którego nie potrafiłam opanować, a wierzcie mi, dzisiaj to naprawdę rzadkość. Wielokrotnie też wściekałam się jak osa na Athony’ego i miałam ochotę go czymś rzucić, albo nawet wyrzucić go z domu, jakbym to ja była główną bohaterką. Na szczęście Evie zachowała się jak dorosła osoba i poddała wszystko przemyśleniom, mimo iż jej pierwsze reakcje zawsze były takie jak moje. To też podobało mi się w Evie, ta jej dorosłość, to, że potrafiła sprostać wszystkim problemom mimo tego, iż była to osoba, która reagowała intuicyjnie i pod wpływem emocji. Jednak potrafiła zapanować nad emocjami i przemyśleć wszystko i dzięki temu dostrzec, że każda rzecz ma dwa oblicza i to, jak będzie wyglądała nasza przyszłość zależy tylko od nas.
Mimo iż książka zaczęła się bardzo powoli, rozkręcała się powoli, uważam, że jest bardzo ciekawa i należy się jej szansa. Uwierzcie mi, że potem akcja nabierze tempa i zostaniecie wrzucone w dwa wymiary, typowego romansu, gdzie akcja jest wartka, prosta i zabawna oraz wymiaru głębszego, dramatycznego. Książkę tę można było napisać na dwa różne sposoby, przy czym dramat byłby bardziej udaną wersją, a romans być może poczytniejszą. Autorka zdecydowała się połączyć te dwie wersje w jedno. Czy słusznie? Raczej nie. Mimo to powstała z tego bardzo dobra książka i ciekawa historia, choć może się czasem wydawać, że jest lekko niespójna. Ale pamiętajcie, że wina leży w walce talentu pisarskiego autorki z oczekiwaniami publiki. Wygrało to drugie, stąd mamy na końcu cały szereg szczęśliwych zakończeń dla (prawie) każdego, jak z jakiegoś disnejowskiego filmu. Dorzucono też parę niepotrzebnych całej historii, ale podgrzewających atmosferę, faktów, żeby było ciekawiej i przyjemniej, ale naprawdę nic by się nie stało, gdyby tego tłoku tam na końcu nie było. Byłoby to znacznie bardziej pozytywne dla ogólnego odbioru książki. Ale wybaczcie autorce, ugięła się pod presją oczekiwań stałych czytelników.
Pod tą sama presją powstała zapewne postać Ludo. Mężczyzny, który spadł Evie jak gwiazdka z nieba wtedy, kiedy do najbardziej potrzebowała. Pomógł jej przetrwać kryzys i dodał pewności siebie w trudnych chwilach. Jednak minusem tej postaci jest jej lekka niespójność (jedyna postać, która nie była do końca przemyślana) i to, że był trochę nie na miejscu, Niespójność, bo ze statecznego sprzedawcy książek nagle zmienił się pod wpływem Evie w niesfornego chłopca (taaa, oczywiście, takie rzeczy się zdarzają…). A nie na miejscu, bo wierzcie mi, rycerze z bajki nie stoją na każdym rogu czekając na ujawnienie, gdy ich potrzebujemy. Owszem, posłużył do zmącenia wody wokół postaci Evie i zmanipulowania historii tak, abyśmy nie mogli domyślić się zakończenia, ale jednocześnie stworzył podstawy do zakończenia powieści rodem z „Dziennika Bridget Jones”, który naprawdę nie pasował do całej koncepcji i do głównego zakończenia. Myślę, że Catherine znacznie lepiej mogłaby rozwiązać potrzebę stworzenia tego czegoś, co sprowadziłoby nas na manowce podczas próby przewidzenia zakończenia. A tak postać Ludo zmusiła mnie do ustawienia tej książki na niższą półkę niż zasługuje na to autorka. Przez jego obecność i przez skuszenie się przez autorkę na zadowolenie szerszej publiki jestem zmuszona wystawić tej książce czwórkę z dużym minusem, choć ma zadatki na piątkowego ucznia.
Mimo pewnych uchybień bardzo cenię tę książkę (nawet jeśli nie mogłam jej dać piątki). Zaskoczyła mnie pozytywnie, bardzo pozytywnie. Doceniłam drzemiący w niej potencjał, który pokazał mi do czego zdolna jest autorka, gdyby zechciała podjąć ryzyko i napisać coś dla siebie, a nie dla swojego wydawcy. Jest to pierwsza książka od dawna, która spowodowała, że czytałam parę razy ten sam urywek, aby go dobrze zrozumieć lub przeżyć ponownie emocje w nim zawarte. Nie zdarza mi się to obecnie wcale, współczesna literatura jest na to za słaba i nie daje mi tego, czego potrzebuję. Dzięki Catherine Alliott dojrzałam światełko w tunelu. Wielka szkoda, że poszła ostatecznie w kierunku romansu, bo zmarnowała poniekąd świetny pomysł. Mogła główną historię dramatu zostawić dla innych bohaterów, a dla Evie stworzyć coś innego, bo tak zabawnej kobiety, w swój dorosły sposób, dawno nie poznałam. Zabawnej i postępującej głupiutko, ale powodującej u mnie spazmy śmiechu. Do tego historia, która mogłaby być doskonałą pożywką dla twórcy programów typu „Dlaczego ja?” przedstawiona została w sposób dorosły i emocjonalny, powodując, że coś, co mogło być zwykłą ludzką historią przedstawioną w szmirowaty sposób, zostało nam podane z elegancją, przemyśleniem i dużą dozą humoru (oraz z paroma zbędnymi dodatkami ). Duży ukłon w kierunku autorki za tak fajne podejście do problemu. I duży minus za niewykorzystanie potencjału, który drzemał zarówno w niej, jak i w historii.
Cóż, co tu dużo pisać, książka jest godna polecenia. Zgrabnie przetworzona historia dawnej zdrady, która może zrujnować szczęście rodziny i walka o to, żeby zdradzone zaufanie nie zniszczyło czegoś cennego, nad czym bohaterowie pracowali całe życie. Świetni bohaterowie, różne charaktery i udane połączenie historii dwóch rodzin i drobnych niesnasek i wzajemnych roszczeń, zakłócających codzienne życie z pozoru zgranej rodziny. Podobało mi się także to, jak autorka rozebrała na części każdy element osobowości Evie, odsłaniając nam całą prawdę o niej, oraz jak fajnie przemyciła i zdradziła nam jej główny sekret, mianowicie brak poczucia pewności siebie, który tyle lat maskowała pod osłoną zadowolonej z życia żony, matki i mieszkanki Oxfordu. To, że poznałam ją tak dobrze spowodowało, że zaczęłam patrzeć na nią inaczej i głębiej odczuwać jej strach przed utraceniem wszystkiego, co dla niej drogie. Dzięki talentowi Catherine Alliott niemal stałam się Evie i razem z nią musiałam stawić czoła dramatowi, jaki się jej przytrafił. I obawiam się, że Evie postąpiła rozsądniej i doroślej niż ja byłabym zdolna.
Po przeczytaniu tej jednej książki Catherine Alliott mam ochotę na następne. Chcę zobaczyć, czy to głębokie spojrzenie, fajna narracja i ciekawe ujęcie tej prostej z pozoru historii to był jednorazowy przypadek, czy też drzemiący jeszcze talent, który dojrzałam przez kartki tej książki, ukryty jest także między kartami innych, a zwłaszcza pierwszej jej książki. Mam też nieodparte wrażenie, że będziecie mieli dokładnie taki sam stopień ciekawości i nieodpartej chęci, by dotrzeć do innych jej książek, jaki stał się moim udziałem.
Niestety wygląda na to, że będzie to dane tylko tym, którzy lubią i potrafią czytać po angielsku, gdyż nie znalazłam w Internecie polskich przekładów. Jeśli nie macie nic przeciwko, koniecznie zajrzyjcie do księgozbioru Alliott, a już na pewno poznajcie Evie Hamilton i jej dylematy, bo jest to warta poznania osoba, mimo iż tylko fikcyjna. Polubicie ją od pierwszych stron, a im bardziej zagłębicie się w książkę, tym sympatia ta będzie rosła, aż wreszcie zaczniecie jej kibicować i nawet nie wiedzieć kiedy, spostrzeżecie, że trzymacie za nią kciuki, metaforycznie oczywiście. Jednak ostrzegam, jeśli jesteście facetami, możecie nie zrozumieć tej książki, tak jak nigdy nie zrozumiecie kobiet, nawet przy pomocy zaawansowanej technologii. Jest to książka typowo dla kobiet, o problemach kobiet i ich sposobie myślenia. Jeśli jesteście kobietami, w tej książce odnajdziecie siebie. I będzie to naprawdę fajna przygoda. Szczerze Wam tę książkę polecam moje drogie i życzę dobrej zabawy.


niedziela, 4 września 2016

Rozważna i Romantyczna plus porównanie książek Jane Austen


Dobrze jest od czasu do czasu wrócić do klasyków, starych, sprawdzonych książek, które kiedyś przyniosły nam radość. Niemal pewne jest to, że ponownie znajdziemy w nich ten czar, jaki był naszym udziałem wiele lat wstecz. Autorzy, którzy w przeszłości byli naszymi największymi bohaterami, dzisiaj mogą nam dać tak samo wiele jak kiedyś, wystarczy ich na nowo odkryć. Gdy jesteśmy już znużeni miernotą dzisiejszych artystów, warto sobie od czasu do czasu odświeżyć pamięć i przypomnieć, za co ceniliśmy tamte książki, które towarzyszyły naszemu rozwojowi, gdy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Ja nigdy nie jestem zmęczona dobrą literaturą i nawet gdy znam książkę prawie na pamięć i tak czasem odnajduję w sobie potrzebę powrotu do tych znanych mi doskonale tytułów. Bo gdy znam każdą linijkę dialogu, w którym bohaterowie w swojej dumie i zaślepieniu obrzucają się wzajemnymi oskarżeniami (Duma i Uprzedzenie) lub pamiętam każdy moment, w którym doskonałą w każdym calu książkę rozświetla postać Rhetta Butlera, rycerza i awanturnika w jednym (Przeminęło z wiatrem) to znaczy, że książka zasłużyła sobie na to, abym ją pamiętała. I na pewno na to, aby do niej wracać milion razy.
Tak jest też z powieściami pióra Jane Austen. Są ponadczasowe i zawsze tak samo bawią. Jednak nie należy jej książek mierzyć tą samą miarą, gdyż są nieporównywalne. Niektóre noszą znamiona genialnego talentu, według mojej subiektywnej oceny, inne zaś wydają się być narodzone pod wpływem impulsu lub zwykłej potrzeby napisania kolejnego tytułu, żeby zarobić. Lub po prostu przelać na papier myśli narodzone podczas pisarskiej weny, takie nie do końca przemyślane, nie obrobione późniejszym, dokładnym ich przestudiowaniem. Z tego powodu jedne jej książki są lepsze, inne gorsze, ale każda z nich spisana jest pięknym językiem i dzięki temu bardziej interesująca.
Można się dzięki Jane Austen poduczyć kultury języka i kultury ogólnie, a co za tym idzie- dobrego wychowania. Wszystkie jej tytuły zawierają większą lub mniejszą dozę satyry na morale tamtych czasów (XIX w.) a każda krąży wokół zamążpójścia i korzyści, jakie można wyciągnąć z tego biznesu. I co nas może dziwić w dzisiejszych czasach- często to właśnie mężczyźni, pochodzący ze znakomitszych rodów lecz z jakiegoś powodu cierpiących na niedostatek pieniędzy, patrzyli przyjaźniej na panny z wysokim posagiem, nawet jeśli brakowało wybrankom rozumu. Jane Austen w swoich powieściach bardzo podkreślała wyższą rolę pieniędzy nad rozumem i wychodziła z tego całkiem zgrabna satyra, okraszona dużą dozą miłości, gdy spotykały się dwa równe sobie charaktery.
Już od dawna jestem zakochana w stylu Jane Austen. Po części dzięki temu, że pisze o miłości, moim ulubionym temacie, po części z powodu tej umiejętności opisywania w lekki i zabawny sposób ludzkich przywar. Do tego kwiecisty język czasów, z których autorka pochodzi, dodaje uroku każdej powieści.
Mimo to mam swoich ulubieńców, bo widzę, że mimo ogromnego talentu, Jane napisała tylko jedną powieść, która znacznie przekracza genialnością wszystko inne, co napisała. Mowa tu oczywiście o jej najbardziej znanej powieści, „Dumie i Uprzedzeniu”. Pozostałe jej tytuły nie dorastają do pięt tej pięknej historii i dziwię się czasem, dlaczego ta książka jest tak inna od pozostałych powieści, mimo iż pisana w tym samym stylu, co wszystkie inne i dotykająca tej samej tematyki. Ta książka jest bardziej dorosła, bardziej spostrzegawcza i bardziej romantyczna, a dawka ironii w niej zawarta lżejsza i zabawniejsza od wszystkiego innego, czego tknęła się Jane.
Dzisiaj, kiedy przypomniałam sobie treść dwóch z jej książek, zastanawiam się skąd ta przepaść między „Dumą i Uprzedzeniem” a pozostałymi pozycjami, które wyszły spod jej ręki? Czy była bardziej przemyślana? Czy był to wynik poprawek, jakie wniosła do pierwszej wersji, do szkicu zwanego „Pierwszymi wrażeniami”? Czy bardziej Jane Austen się na niej skupiła? Czy poświęciła jej więcej czasu niż innym? A może fakt, że książka powstała, jak mi się zdaje, na bazie „Rozważnej i Romantycznej”? Z takimi podwalinami „Duma i Uprzedzenie” musiała być sukcesem i to niepodważalnym aż po dziś dzień.
Według mojego uznania tylko „Emma” nosi widoczne ślady talentu, który stworzył „Dumę”. I tylko „Rozważna i Romantyczna”- gdyby tylko włożyć w serce Elinor trochę więcej życia, a ująć to Mariannie i w zamian dać jej choć cząstkę rozsądku Elinor- miałaby szansę naprawdę powtórzyć sukces „Dumy i Uprzedzenia”. A tak pozostały obie tylko tymi młodszymi, mniej utalentowanymi siostrami „Dumy”, mimo iż „Rozważna i Romantyczna” powstała pierwsza. I właśnie tę ostatnią mogę chociaż odważyć się porównać do Dumy, bo chociaż „Emma” również odstawała od pozostałych książek autorki, to jednak w stylu i stopniu dorosłości przemyśleń i spostrzeżeń, włożonych w usta Elżbiety i Jane, nie dorównywała swoim znakomitszym siostrom.
Pozostałe książki Jane, równie miłe i kwieciste, trzeba ułożyć na nieco niższej półce. Są słabsze, mniej przemyślane i mniej dorosłe. Uważam, że nie były podyktowane podszeptami geniuszu, a jedynie potrzebą napisania kolejnych książek. Możliwe też, że na jakości części z nich zaważył brak czasu lub słabe doświadczenie początkującej pisarki. Są o niebo lepsze od tego, co się obecnie wydaje, mimo to są mniej urodziwymi siostrami „Dumy i Uprzedzenia”, „Emmy” oraz „Rozważnej i Romantycznej”. Zwłaszcza „Opactwo Northanger”, pisane, co dziwne, w tych samych latach co piękna „Duma i Uprzedzenie” jest trochę zbyt infantylne jak na pisarkę, która stworzyła czytaną do dziś z takim samym smakiem historię Elizabeth Bennet i Fitzwiliama Darcy’ego, zwanego Panem Darcym. Któż nie kojarzy nazwiska Darcego? Natomiast nikt nie pamięta o Katarzynie Morland i Henryku Tilney, bohaterów „Opactwa”. To dobitnie świadczy o jakości obu książek. Z kolei nawet nie pamiętam o czym były „Perswazje”, podczas gdy wydaje mi się, że pamiętam każdy wers z „Dumy”. Jak ktoś może pisać tak nierówno, raz dając popis niezwykłego talentu, innym zaś razem pisząc poprawnie, ale jednak bez tych emocji, bez tej iskry, bez mocy dotarcia do serca tego samego czytelnika, którego porwała swoją inną powieścią? Tego nie potrafię zrozumieć nawet po latach. Myślę, że to już na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą.
Wracając do sedna sprawy należy tu podkreślić jeszcze jedną ważną rzecz na obronę pewnie już częściowo zapomnianych przez współczesne społeczeństwo książek. Mianowicie to, że klasyki mają niezwykła moc rozwiązywania mojego języka. Tak jak przy innych, współczesnych książkach czasem nie wiem, co napisać, bo nie urodziły się we mnie żadne specjalne wrażenia po zapoznaniu się z ich treścią, tak w przypadku klasyków, nawet czytanych po raz kolejny, zawsze mam coś nowego do powiedzenia. Często bywa tak, że podczas piania postu nie nadążam za własnymi myślami, mimo iż piszę dość szybko. Klasyki zawsze polecę, bo wiem, że nie zawiodą. Za to właśnie je kocham, za tę stuprocentową pewność, że zadowolą każdego. I jak tu się oprzeć chęci czytania ich wciąż od nowa?
Ja nie mam takiej siły w sobie, dlatego, kiedy nadarzyła się okazja, aby przeczytać „Rozważną i Romantyczną” w oryginale, zdecydowałam się od razu. Mimo iż wiedziałam, że ciężko będzie mi przebrnąć przez staroangielszczyznę, to miałam przeczucie, że moja ukochana autorka z czasów dzieciństwa i tym razem mnie nie zawiedzie. Miałam oczywiście rację i spędziłam z Elinor i Marianną wiele wspaniałych chwil, zachwycając się po raz kolejny talentem oratorskim pisarki.
Mimo, że „Rozważna i Romantyczna” nie jest tak porywająca jak „Duma i Uprzedzenie” i nie ma w niej tyle akcji co w „Emmie” czy innych książkach Jane, to stoi ona wyżej na mojej własnej top liście książek tej autorki. Umieściłam ją ponad innymi tytułami (za wyjątkiem „Dumy i Uprzedzenia”), stoi nawet ponad „Emmą”, którą się tak zachwycałam podczas pisania pierwszego postu o Austen. Cenię „Rozważną i Romantyczną” za wyważony język i dorosłe spojrzenie na opisane wydarzenia. Za subtelność spostrzeżeń i stworzenie tak różnych kreacji dwóch sióstr. A nawet za spokojna i rozważną miłość Eleonory do Edwarda Ferrasa. Choć tak daleko im do Elżbiety Bennet i Pana Darcego, zasługują na uznanie za wierność i umiejętność pogodzenia się z losem, aby nie krzywdzić innych. „Emma” musiała przegrać z taką konkurencją.
Co więcej, wprawdzie dopiero po wielu latach i ponownym odczycie, ale zauważyłam wpływ „Dumy i Uprzedzenia” na „Rozważną i Romantyczną”. Może się mylę, może „Duma” powstała jako druga, ale patrząc na to, że „Duma” została wydana pierwsza, a do obu książek autorka wprowadziła poprawki (jak znaczne, tego się nie doczytałam), myślę, że moje podejrzenia mogą mieć w sobie dużo prawdy.
Wydaje mi się, że gdyby nie „Rozważna i Romantyczna”, „Duma” nigdy nie byłaby taka, jaką możemy ją obecnie czytać. Nie byłaby taka piękna, porywająca i doskonała, jaką jest dzisiaj. Te podejrzenia zrodziły się we mnie gdzieś w połowie książki, aby pod koniec stać się niemal pewnością. Zbyt dużo jest zbieżności w obu tych książkach i jestem przekonana, że bohaterowie „Rozważnej i Romantycznej” byli pierwowzorami postaci w „Dumie i Uprzedzeniu”, dojrzewając w umyśle autorki i uzyskując obecne oblicze podczas wnoszenia poprawek do pierwotnego tytułu „Pierwsze wrażenia”.
Jakie to są zbieżności? Otóż na przykład w obu książkach mamy dwie siostry, na których skupia się uwaga autorki, mimo iż rodziny Bennetów i Dashwoodów składają się z większej ilości członków. W obu książkach siostry są bardzo ze sobą związane, mimo że tak różne charakterem. Jeśli tchnąć w Eleonorę trochę więcej życia, mamy Elżbietę. Jane Bennet zdaje się być uosobieniem Marianny, tylko delikatniejszą jej wersją, przeżywającą wszystko w skrytości ducha, pozwalając jedynie Elżbiecie zajrzeć czasem w zakamarki swojej duszy. George Wickham, bezduszny uwodziciel o nienagannych manierach, wyrósł ze swojego młodszego, bardziej niewinnego brata z resztkami skrupułów, Johna Wiloughbyego. W Pułkowniku Brandonie i jego podopiecznej łatwo zauważyć Pana Darcyego i jego nieletnią siostrę Georgianę, uwiedzioną w przeszłości przez Wickhama. Lucy Steel brzmi jak Karolina Bingley, obie zaś mają chrapkę na mężczyzn, którzy byli przeznaczeni dla Eleonory i Elżbiety. Jest tu wiele powiązań między charakterami bohaterów jak i ich historiami, z tym że w „Dumie” wszystko było lepiej i głębiej „narysowane”.
Kiedyś napisałam, że zaraz po „Dumie i Uprzedzeniu” plasuje się „Emma”. Dzisiaj jednak muszę oddać sprawiedliwość Eleonorze i Mariannie. Ich historia była doroślejsza niż historia Emmy Woodhouse. Uważałam kiedyś opowieść o Emmie za lepszą, bo wydawała mi się ciekawsza. Więcej się w niej działo i to mnie przekonało o wyższości tej powieści nad „Rozważną i Romantyczną”. Dzisiaj jednak muszę przyznać z pewną dozą niechęci (nie lubię zmieniać zdania o książkach, które przeczytałam jako dziecko, bo uważałam siebie wtedy za nieomylną jeśli chodzi o utwory i autorów), że ta druga pozycja bardziej zasługuje na miano lepszej, jako że jest lepsza pod każdym względem, bardziej przemyślana, podczas gdy „Emma” służyła prostszej rozrywce i była po prostu ciekawą książką napisaną przez Jane Austen, z jej pięknym językiem.
Jednak postacie w niej zawarte nie były tak przemyślnie wykreowane i nie miały tak głębokich charakterów jak Elżbieta, a zwłaszcza Eleonora. Ta druga przegrywa z tą pierwszą tylko dlatego, że wszystkie inne postacie w „Dumie i Uprzedzeniu” są ciekawsze niż te, które spotykamy w kręgu znajomych Eleonory, jednak ona sama wznosi się nad charakterem Elżbiety Bennet. Eleonora potrafiła na wszystko spojrzeć rozsądnie i widzieć wszystkie odcienie szarości. Mimo iż sama cierpiała za siebie i swoją siostrę, potrafiła wybaczać, nie proszona nawet o to wybaczenie. Natomiast Elżbieta żyła tylko swoimi uprzedzeniami i miłością do siostry, obie zaś te sprawy zaślepiały ją, sprawiając, że była bardziej ludzka i żywa, mniej doskonała ze swoimi wadami. Mimo jednak wyższości Eleonory nad Elżbietą, pokochałam ją bardziej niż Eleonorę, właśnie przez tę niedoskonałość. Była mniej wyidealizowana i dzięki temu bliższa mi, podczas gdy Eleonora ze swoim stoickim spokojem i zrozumieniem mogłaby być aniołem, gdyby dodać jej skrzydła.
Zrobiło się z tego tematu porównanie twórczości Jane Austen, a miało być o „Rozważnej i Romantycznej”. Trzeba tu przyznać, że doceniłam tę książkę tak, jak na to zasługuje, dopiero po latach. W przeszłości działałam bardziej impulsywnie, umieszczając książki na półkach mojej pamięci na świeżo, zaraz po ich przeczytaniu, segregując je bezlitośnie na książki do większej i mniejszej adoracji i takie, po które więcej nie zamierzałam sięgać z powodu braku tego czegoś, tej iskry rozpalającej moją wyobraźnię. Nie sadziłam, że kiedykolwiek w moim życiu zdarzy się taki moment, że będę musiała zrobić inwentaryzację w swojej pamięci i poprzestawiać umieszczone tam lata temu książki na inne półki. Ale Eleonora i Marianna sprawiły, że czuję się do tego zobowiązana. Co więcej, sprawiły one, że nie tylko przeczytam ponownie „Rozważną i Romantyczną” w przekładzie polskim, ale i sięgnę po pozostałe książki Jane. Jestem ciekawa efektu. Zwłaszcza wobec tych tytułów, których prawie w ogóle nie pamiętam. Być może okaże się, że poznam Jane Austen od nowa.
Gdyby nie spokój i opanowanie oraz wyczucie smaku Eleonory oraz prowadzenie narracji z jej punktu widzenia, mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że zbyt mało się w „Rozważnej i Romantycznej” dzieje, aby oddać hołd należny tej książce. Zwłaszcza początek, gdy rodzina Dashwoodów zmuszona jest opuścić na zawsze dom, z którym wiązało się tyle pięknych wspomnień i trafia do Park Cottage pod opiekę Sir Johna Middletona, właściciela majątku. Zanim na scenę wkracza Wiloughby, nie dzieje się nic ważnego, autorka skupia się głównie na rodzinie Middletonów i kręgu ich znajomych, wyśmiewając brak rozumu i zdolności poprowadzenia inteligentnej konwersacji przez kobiety z pozycją i majątkiem oraz brak manier i wyczucia niektórych z nich. Opisywanie sylwetek ludzi tłoczących się wokół głównych bohaterek zawsze dawał ogromne pole do popisu dla sarkazmu Jane Austen.
Również na samym początku daje się odczuć ważność sylwetki Pułkownika Brandona, mimo że znika chwilę po tym, jak go poznajemy. Potem znowu robi się monotematycznie, gdyż cała uwaga autorki skupia się na przeżyciach Marianny związanych z przeżywaniem swojej pierwszej romantycznej miłości. Ratuje tę sytuację Eleonora i jej głębia, opanowanie i przemyślenia na temat sytuacji rodziny oraz nieokiełznany temperament Marianny jako kontrast. Marianna zadziwia swoją żywiołowością, która czasem ją zaślepia, powodując, że nie liczy się ona ze słowami, podczas gdy Eleonora zawsze gotowa jest stać na straży moralności i dobrego wychowania swojej siostry oraz dbać o dobre imię rodziny. Dlatego jej charakter oceniam wyżej niż Marianny, która czasem się zapominała i nie zważała na to, co dyktowało dobre wychowanie, tylko dlatego, że zachłystywała się życiem i każdego zachęcała do tego samego. Łagodność tym razem zwyciężyła w moich oczach z żywotnością.
Jednak to właśnie Mariannie możemy podziękować za to, że akcja wreszcie potoczyła się szybszym tempem, gdy Wiloughby zniknął nagle z pola widzenia, nie wyjaśniając nikomu powodów swojego dziwnego zachowania. Wówczas nie możemy opanować niepokoju,  który wzbudziło w nas jego pożegnanie z rodziną Dashwoodów, zwłaszcza że Marianna nie chciała nikomu wyjaśnić, co ich tak naprawdę łączyło i dlaczego jego wyjazd miał na nią tak mocny wpływ.
Gdy zaś siostry wyjeżdżają do Londynu na zaproszenie Pani Jennings, a Wiloughby nie odpowiada na listy, zaczynamy przeczuwać, że Mariannę czeka lekcja życia, której ta się nie spodziewała, uważając, że życie jest jedną wielką i piękną przygodą, którą mamy obowiązek przeżyć jednym tchem. Gdy na scenę ponownie wkracza Porucznik Brandon, ze swoją sekretną opowieścią, która rzuca nieco światła na dziwne zachowanie się Wiloughbiego wobec młodszej Dashwoodówny, przyłapujemy się na tym, że ciężko nam się oderwać od książki, mimo że jeszcze w Barton, gdy życie Dashwoodów biegło spokojnym, wiejskim rytmem, nie sądziliśmy, że z tej książki da się jeszcze wykrzesać jakąś iskrę.
Jak już wspomniałam akcja nie toczy się tak żywo jak w „Dumie” czy „Emmie”, a nawet „Opactwie”, jednak swoją głębią przykuwa. A także uczy. Uczy tego, że żywiołowość nie zawsze jest cechą pozytywną, gdy serce panuje nad rozsądkiem i nad słowami oraz czynami, których nie potrafimy potem cofnąć. Pokazuje nam, że trzeba nad sobą panować i nie ujawniać światu wszystkich zakątków swojej duszy, ponieważ w razie niepowodzenia, gdy będziemy się chcieli schować w swojej skorupie, wszyscy dookoła będą komentować ten ból, który chcielibyśmy zachować dla siebie, potęgując jeszcze nasze cierpienie. Łatwiej zachować przytomność umysłu w negatywnych sytuacjach, kiedy nikt się nie domyśla, co się dzieje w naszej duszy. Łatwiej utrzymać uśmiech na twarzy, gdy świat nie widzi, jak cierpimy. Tego wszystkiego uczy nas Eleonora.
Jak widać można się z tej książki paru rzeczy nauczyć, jednocześnie relaksując się przy niej dzięki dobrze poprowadzonej narracji i wyszukanemu słownictwu. Dzięki tym dwóm cechom daję książce bardzo wysokie noty mimo braku porywającej fabuły. Jednak fabuła to nie wszystko, potrzebna jest jeszcze klasa, aby mnie pozytywnie zaskoczyć i zapisać się na trwałe na liście moich tytułów godnych poklecenia. A klasy Jane Austen nie można odmówić.

Jeśli więc poszukujecie dobrych klasyków o miłości, polecam Wam każdą z książek Jane, z naciskiem na „Rozważną i Romantyczną”. Zobaczycie, że można ją czytać wielokrotnie bez znudzenia, a po jej przeczytaniu człowiek czuje się jakby trochę tej klasy uszczknął dla siebie. Jest to książka bardzo dojrzała i myślę, że przetrwa następne pokolenia, przekazywana z rąk do rąk. Jeśli więc chcecie mieć w tym swój chwalebny udział, a nie znacie jeszcze tej autorki, biegnijcie do biblioteki, bo gwarantuję Wam, że każda szanująca się biblioteka posiada egzemplarz tej świetnej książki. A gdy już ją przeczytacie, polećcie swojej córce, gdy osiągnie już wiek, w którym będzie potrafiła cieszyć się tą książką jak i całą wspaniałą epoką. Epoką dam i dżentelmenów, epoką, w której żyła i kochała Jane Austen.

piątek, 19 sierpnia 2016

Promises, Promises: Be Careful What You Wish For/ Erica James


Nie wierzcie we wszystko, co jest napisane na odwrocie okładek książek. Te wycinki recenzji z gazet często są przesadzone, do tego wklejane są tylko te najbardziej pozytywne. One mogą Was skłonić do zakupu książki, która nie spełni Waszych oczekiwań, ponadto Wasze zdanie będzie się różnić od tego z recenzji. Lepiej opierać się na własnym rozsądku i na streszczeniu, które również znajdziecie na okładce. Jeśli ono Was nie przekona do wyboru, odłóżcie książkę na miejsce, gdyż jest duża szansa, że tytuł nie znajdzie Waszego uznania. Na świecie jest tyle książek do przeczytania, że naprawdę jest w czym wybierać i nie trzeba decydować się na pierwszą lepszą książkę, która wpadnie nam w ręce.
Ja swoje książki kupuję tylko w sklepach z używanymi rzeczami. Szkoda mi wydawać pieniędzy na coś, co zostanie przeze mnie użyte tylko raz. Biblioteki i sieć są skarbnicami dla takich pożeraczy książek jak ja i to mi wystarczy. Nie mam ani środków na kupowanie kolejnych tytułów, ani miejsca na ich składowanie. Jeśli zaś kupuję książkę to tylko dlatego, że jest bardzo ciekawa, zależy mi na jej przeczytaniu, a nigdzie indziej jak na półce w księgarni nie mogę jej odnaleźć. Tak zdarzyło mi się tylko raz i to w dodatku w przypadku książki, która odbierała skrajne recenzje (jedna z części Kronik Ferrinu Katarzyny Michalak).
Innym powodem, dla którego wydaję pieniądze na książki jest nauka angielskiego. I tu przychodzi mi na pomoc sklep z odzieżą używaną. Mogę tam kupić opasłe tomiszcza jak i lekkie, podręczne książki za niewielkie pieniądze. Dlatego nigdy, nawet w przypadku kiepskiego autora, nie żałuję takiego zakupu. Tak było również w przypadku autorki Ericy (Eriki?) James i jej książki „Promises, Promises: Be Careful What You Wish For”. Nie wydałam na nią więcej jak 10 zł I bardzo się cieszę, że była to tak niewielka kwota, bo nie jest to typ literatury, którym bym się zaczytywała.
Wiem, że Erica James jest cenioną brytyjską autorką i powinnam wyżej wycenić jej książkę, jednak po prostu nie potrafię. „Promises, promises” nudziła mnie niemiłosiernie, wielokrotnie odkładałam tę książkę na później, przeczytałam w międzyczasie dwie książki Jaqcueline Wilson i wciąż ciężko mi było wracać do tej obyczajówki.

„Promises, Promises” jest ciepła i zbliżona do życia, ale tak naprawdę była zbyt wyidealizowana jak na kopię rzeczywistości. W tej książce wszystko układa się tak, jak w prawdziwym życiu nigdy by się nie ułożyło. Ciężko więc porównywać ją do realności. Do tego nudni bohaterowie, wszyscy trzej i przeciągająca się historia niezadowolonego z małżeństwa Ethana i skrzywdzonej przez byłego kochanka Elli oraz denerwujące narzekania Maggie, która nie potrafiła postawić do pionu ani dorosłego syna, kopię własnego ojca ani swojego męża, którego uporczywie (i irytująco) nazywała Mr Blobby. Osoby te całe życie chowały głowę w piasek i nagle pod wpływem impulsu zrywają z całym swoim życiem i występują przeciwko tym, wobec których do tej pory nie potrafili podjąć właściwych kroków. I nagle- bach! Dążą do własnego szczęścia nie patrząc na innych i wreszcie odnajdując prawdziwych siebie. Nie, nie przekonuje mnie to. Lubię happy endy, ale ten był usłany zbyt długim wyczekiwaniem, zerową akcją, nudną fabułą i takimi samymi bohaterami.
Szukając informacji o autorce gdzieś wyczytałam, że o książkach James mówi się, że „są jak para wygodnych kapci”. Ale trzeba pamiętać, że kapciom nie poświęca się zbyt wielu myśli. Są, bo są. Służą swojemu celowi, są wygodne i dobrze się kojarzą, ale to wszystko. Tak samo jest z „Promises, Promises”. Ta książka jest, bo jest, ale nie da się jej poświęcić więcej niż jednej myśli. Fajnie, że ją przeczytałam, ale nie mam specjalnych przemyśleń po jej przeczytaniu i właściwie bez żadnych emocji odłożyłam ją na półkę. Na dobrą sprawę ledwo pamiętam bohaterów. Za to pamiętam towarzyszące mi uczucie irytacji, gdy próbowano mi wcisnąć anielski charakter Elli, która do końca broniła się przed uczuciami do Ethana (dość słabo jej to szło, zważając na jej zasady moralne), czy próbę wytłumaczenia postępowania niewiernego męża. Jedynie Maggie była do przełknięcia, kiedy tylko przestała używać tego irytującego przezwiska.
Także przyjaźń między kobietami była ciężka do zniesienia. Zaczęła się nudno, a skończyła mało prawdopodobnie. Przemyślenia Maggie drażniły, a Elli nudziły. Dokładny opis jej pracy doprowadzał mnie do szewskiej pasji, a dokładne podawanie nazw ulubionych utworów bohaterów przypominały mi pierwsze próby pisarskie mojej koleżanki i moje (żadna z nas nie wydała ani jednej książki i świat nic na tym nie stracił). Być może nie potrafię docenić dobrej literatury, w której opisane jest zwykłe życie, ale naprawdę, mimo usilnych starań, nie mogę powiedzieć, abym czuła tę ciepłą atmosferę, która jakoby wpleciona jest w książki James. Jest to książka, o której bardzo szybko zapomnę, a gdy spotkam inny tytuł tej autorki, zastanowię się dwa razy, zanim zdecyduję czy go przeczytać czy nie.
Nie zaiskrzyło między nami i tak już chyba zostanie. Ja potrzebuję od książki większej akcji, czegoś, co by przykuło moją uwagę. Niestety „Promises, Promises” byłaby dla mnie tak samo ciekawa jak opisywanie dzień po dniu moich posiłków. Wydaje mi się, że autorce zabrakło pomysłu na tę książkę i dlatego słaba jest zarówno jako powieść obyczajowa jak i romans. Zawieszenie jej pomiędzy tymi dwiema tematykami niepotrzebnie rozszczepiło historię i tak naprawdę nie było w niej nic wartego przekazania. Jeśli swoją recenzją uraziłam talent pisarski na pocieszenie dodam, że nie jestem profesjonalnym krytykiem i mogę się całkowicie mylić co do jakości książek. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego moje recenzje są tak naprawdę tylko podpowiedziami, co warto przeczytać, a co można pominąć na swojej liście tytułów do przeczytania. Natomiast to Wy musicie podjąć swoje własne decyzje i żyć z ich konsekwencjami. Dlatego pozostawiam Wam decyzję, czy warto poświęcić czas na tę książkę. Ja jestem na nie. Nic się nie stanie, jeśli po nią sięgniecie, jednak ja nie mogę jej polecić. Jeśli w ten sposób stracicie okazję do poznania wspaniałej książki, miejcie pretensje tylko do siebie za to, że słuchacie się nieprofesjonalnego krytyka. I to takiego, który kupił na własność wyśmiewaną przez innych Kronikę Ferrinu J

Pozdrawiam i do następnej nieprofesjonalnej recenzji.