wtorek, 6 listopada 2012

Teneryfa- miejsce dla bogatych ludzi

    Wiem, że ten post miał być zupełnie o czym innym, ale jadąc dzisiaj rowerem i ciesząc się ostatnimi promieniami słońca naszły mnie pewne myśli związane z moją wycieczką na Teneryfę i postanowiłam się nimi podzielić z Wami. Może komuś przydadzą się moje słowa jak będzie planował wakacje i rozważał czy wybrać się na wyspy kanaryjskie czy też pozostać w domu.

     Zacznę od tego, że bardzo się ucieszyłam z niespodzianki, jaką otrzymaliśmy od teścia. Wycieczka na Teneryfę to nie byłe co. Nigdy, przenigdy nie byłam za granicą, jeśli nie liczyć przejścia przez granicę czeską podczas wypadu na Śnieżkę i stania za linią graniczną pod bacznym wzrokiem strażnika kilka kroków od naszej polskiej ziemii. Tak więc trzydzieści lat upłyneło mi w niewiedzy jak to właściwie jest za tą granicą. Tyle już opowieści słyszałam i wreszcie zapragnęłam sama doświadczyć tego uczucia, że jadę za granicę. Moja radość więc była niezmierna. Nie tylko za granicę, ale i na tę słynna Teneryfę, o której tyle słyszałam. Dodatkowo zachęty teścia, który był na tej urokliwej wyspie i twierdził, że ten kto raz się tam wybierze juz zawsze będzie tęsknił za wyspami kanaryjskimi oraz myśl o pierwszej w życiu podróży samolotem sprawiły, że moja ekscytacja planowaną wycieczką sięgnęła zenitu. Chyba nie muszę wspominać, że pierwsza prawdziwa okazja, by obcować z językiem angielskim dodały całej wycieczce jeszcze większego znaczenia. Bo przecież wiedziałam, że na Teneryfie nikt nie będzie rozmawiał ze mną po polsku i aby przeżyć trzeba bedzie wykorzystać wiedzę, którą do tej pory się zdobyło, a ja bardzo tego potrzebowałam, ponieważ w szkole językowej lektorzy uczący na moim poziomie zawsze coś tam po polsku rozumieli, a i był zawsze ktoś, kto mógł przetłumaczyć. Na Teneryfie natomiast miałam się zmierzyć ze wszystkimi obawami: dotyczącymi własnych umiejętności językowych, obawą przed lataniem samolotem, obawą przed wyjazdami do obcych państw, obawą przed zagubieniem się/porwaniem/okradzeniem/nie przepuszczeniem przez odprawę na zagranicznym lotnisku poprzez podejrzenie przemytu (tak, właśnie tak- z głową pełną takich myśli wsiadałam na samolot), a co tam, nawet widziałam siebie oczami wyobraźni jak siedzę w hiszpańskim więzieniu na jakimś klepisku, z hordą rozszalałych więźniarek, a dookoła wszyscy mówią po hiszpańsku i nawet nie wiem o co jestem oskarzona, a nikt nie chce mi pozwolić na wykonanie telefonu do ambasady! Wszystko to za sprawą mojej bujnej wyobraźni i zbyt dużej ilości obejrzanych filmów sensacyjnych. Podczas lotu natomiast moja wyobraźnia skierowała moje myśli na równie niebezpieczne wody i niemal widziałam jak odpada nam skrzydło, jak podczas turbulencji opadają maski tlenowe a obsługa każe wyciągnąć kamizelki ratunkowe spod siedzeń, widziałam czarny dym z silnika a nawet potwora na skrzydle, próbującego rozpłatać silniki (efekt filmu fantasy obejrzanego w dzieciństwie). Oczekiwałam nawet, że nagle ktoś wstanie z ukrytym pistoletem i zacznie krzyczeć po arabsku (tego obawiałam się najbardziej i nawet zaczęłam obserować jedengo ze współasażerów, który wydawał mi sie dziwnie zachowywać :D).
        Byłam niezmiernie podejrzliwa i pod wpływem przeczytanych w internecie informacji na stronie przewoźnika o tym, aby nie pozostawiać bagaży bez dozoru i nie przyjmować od obcych niczego do "przewiezienia" rozglądałam się na lotnisku poszukując podejrzanie upchnietych po kątach bagaży (oczywiście z bombami) a kiedy w pociągu (gdy jechalismy na lotnisko) podszedł do nas pewien Niemiec prosząc o pomoc, wiedziałam już, że chodzi o podstępne przekazanie danych do zagranicznej organizacji terrorystycznej i umieszczenie w moim telefonie specjalnego nadajnika, po który ktos się do nas zgłosi juz na Teneryfie, oczywiście z późniejszym zamiarem "zlikwidowania" niewygodnych świadków. Skąd te myśli? Oczywiście z filmu "Uprowadzona", nieco zmodyfikowanym przez moją wyobraźnię ;) A to wszystko za sprawą niewinnej prośby Niemca pobitego i okradzionego przez rodowitych Polaków. Ów Niemiec przebywając na dystkotece dostał w pewnym momencie butelką po głowie i gdy stracił przytomność ktoś zabrał mu telefon i pieniądze. Na szczęście zostawił mu wszystkie karty jak i dodatkową kartę SIM z polskim numerem telefonu do kontaktu z Polakami. A że ów Niemiec nie pamiętał numeru telefonu do bliskiej osoby (a któż z nas zna ;)) poprosił nas, abyśmy do swojego telefonu włożyli jego kartę i za jego pieniądze wykonali krótki telefon do oczekującej na niego na peronie kobiety. Oczywiście jego pociąg miał mocne opóźnienie i Niemiec chciał powiadomić kobietę, aby poczekała na niego w domu a nie stała na zimnie z dzieckiem. Oczywiście ja tę niewinną historię przełożyłam na własny język i wszystko ułozyło się w idealną całość. Człowiek ten doskonale wiedział, że udajemy się na lotnisko, karta SIM tak naprawdę była nadajnikiem, który miał poprzez satelitę sciagnąć niebezpieczne dane, które my z kolei mieliśmy przewieźć na teren Teneryfy. Telefon do kobiety z dzieckiem miał byc znakiem i hasłem jednoczesnie, ze przesyłka została dostarczona. Na miejscu banda terrorystów zlokalizowała by bez problemu nasz hotel i gdzieś na jakiejś wycieczce "odebrała by" to co do nich nalezało, a my skończylibyśmy pomiędzy kaktusami. Wszystko to nabrało jeszcze większego sensu, gdy po włożeniu obcej karty SIM do mojgo telefonu otrzymałam komunikat, że mój telefon pobierze aktualizacje, a gdy wcisnełam przycisk "ok" (po lekkim wahaniu, ponieważ historia już się tworzyła w mojej głowie), aktualizacje pobierały się tak długo, że w końcu je anulowałam, mając nadzieję, że cały plik od organizacji terrorystycznej nie zdążył się przekopiować do telefonu. Na szczęście wróciliśmy z Teneryfy cali i zdrowi, więc cała historia okazała się zwykłą imaginacją mojego mózgu, ale jakbyście oglądali tyle telewizji co ja, czytali tyle książek co ja, mieli tak wybujała fantazję jak ja, byli tak nieufni jak ja i pierwszy raz w życiu byście wybierali się za granicę to gwarantuję, że niejedna historia przeszła by Wam przez głowę :)

    Po locie pełnym wrażeń (ileż to historii przebiegło mi przez głowę podczas dwukrotnych turbulencji i nakazie obsługi aby zapiąć pasy i nie wstawać-a niech tam, przyznam się, że nawet bałam się spuścić toaletę aby mnie nie wyssało poza pokład samolotu!- tak to jest gdy sie robi coś w życiu pierwszy raz:)) wylądowaliśmy na Teneryfie. Oczywiście tak jak się tego spodziewałam moje podekscytowanie sięgnęło zenitu, bo dookoła hiszpański mieszał się z angielskim, a nawet z rosyjskim, wszędzie napisy nie mające nic wspólnego z moim ojczystym jezykiem, tłum ludzi, nie wiadomo gdzie odebrac bagaże, gdzie iść, pełno smsów na telefon o roamingu (nic z tego nie zrozumiałam, ale to typowe dla mnie, język techniczny nie jest moją mocną stroną), ach co to było za uczucie! Tyle nowości i ja w samym środku! Oczywiscie mój mąż musiał pójść się rozejrzeć, zostawiając mnie kompletnie samą w obcym kraju, bez pieniędzy, dowodu i biletów-wszystko trzymał on, żeby się nie zagubiło i w pewnym momencie widzę, że dzwoni (dobrze że chociaż miałam telefon ze sobą i ze go włączyłam). Okazało się, że mój luby wyszedł nie przez tę bramkę i nie mógł już się cofnąć, ponieważ strażnik, który oczywiście mówił tylko po hiszpańsku nie pozwolił mu wrócić. W związku  z czym sama musiałam straszczyć z taśmy dwie wielkie walizki, dodatkowo obładowaną własną torebką i dwiema kurtkami. No ale to przecież nic, jestem silną dziewuchą i dałam radę, ale oczywiście wspomniałam mężowi, że nie powinien tak łazić. Chyba w odwecie za mój tekst o "łażeniu" jak wracaliśmy z Teneryfy mój chłopiec poszedł sobie na poszukiwanie prezentów na terenie lotniska, zostawiając mnie ponownie bez pieniędzy i biletów (jedynie mądra po szkodzie wzięłam od niego dowód osobisty, aby w razie zatrzymania przez straż - a jakże, znowu wyobraźnia zaczęła działać- miałam chociaż dowód, który bedzie mnie identyfikował) i nie wracał przez pół godziny, nie wrócił nawet gdy wyświetlacz na lotnisku informował, że zaczęła się odprawa, co więcej nie mogłam do niego zadzwonic, bo sieć padła i już widziałam siebie ponownie w więzieniu (tym razem pozwolili mi na telefon do ambasady, bo posiadałam dowód osobisty :)), oczekujacą na prawnika, gdy nagle mój luby pojawił się na horyzoncie. Poczułam wtedy niezmierna ulgę, miłość i radość, że go widzę i powiedziałam wtedy, aby już nigdy mi tego nie robił:) Także moje drogie Panie, jeśli nie chcecie przeżywać takich porywów serca, nie oddawajcie swojemu facetowi na przechowanie wszystkich dokumentów, biletów i pieniędzy, niewazne jak go kochacie i jak bardzo mu ufacie, ponieważ jak się okazuje takie przygody chyba często się zdarzają, ponieważ po powrocie do pracy wdałam sie w rozmowę ze swoją kierowniczką, która opowiedziała mi, że jej się podobna historia zdarzyła aż dwa razy! Także zadbajcie o siebie i nie narażajcie się na własne życzenie na tak niekomfortowe uczucia, na jakie ja naraziłam samą siebie:)

     No ale czas skierować tory swojej opowieści na główną historię, wspomnianą w tytule posta. Chcę się z Wami podzielić wrażeniami z Teneryfy, tym jak ją widzę i czuję. Kiedy pierwszy raz stajecie na obcej ziemi, czujecie podekscytowanie. Wszystko jest nowe, nieznane i interesujące. Kiedy więc wyszliśmy z lotniska i uderzyło w nas ciepło 25 stopni Celsjusza, podczas gdy w Polsce zostawiliśmy za sobą 8 stopni i spore zachmurzenie, to z naszych piersi wydarlo się westchnienie zachwytu. Podczas jazdy podniecaliśmy się plantacjami bananów (nie tylko my, bo cały autobus Polaków rozprawiał o bananach), bezchmurnym niebem i pieknym wybrzeżem. Ale już po godzinie jazdy (niestety ulice Teneryfy mają tyle zakrętów, że nie da się tam nigdzie krótko jechać) ja i mój mąż znudziliśmy się bananami i palmami, ponieważ była to jedyna zielona roślinność, na jaką mogliśmy liczyć. Kaktusów nie liczę, ponieważ na tle wysuszonej zbrązowiałej ziemii wyglądały dość mizernie. Potem okazało się, że prócz eukaliptusów i kilku zaledwie odmian drzew (występujących bardzo nielicznie) oraz grubolistnej trawy, sztucznie utrzymywanej przy życiu przeciągniętymi przez cały teren wyspy rurkami doprowadzającymi słodką wodę. Podczas penetrowania wyspy- jesli mogę tak określić chodzenie po najbliższej okolicy pośród licznych hoteli, ponieważ poza "osiedlami" hotelowymi nie było nic, tylko sucha ziemia, kaktusy i plantacje bananów- napotkaliśmy jeszcze krzewy z pięknymi różnokolorowymi kwiatami, ale wystepowały one tylko przy hotelach i prywatnych ogrodach. Setki kilometrów plastikowych rurek, nawet niespecjalnie pochowanych (nikt tam się za bardzo nie przejmuje estetyką) to jedyna nadzieja mieszkańców Teneryfy na nieco bardziej zróżnicowaną roślinność. Każde drzewo, każdy krzaczek i kępka trawy ma swoją własną rurkę, która doprowadza życiodajną wodę do roślin. Bez tego na słonej wodzie, którą można było poczuc nawet w przyhotelowych basenach Teneryfa byłaby usiana wyłącznie kaktusami. Mozna sobie tylko wyobrazić ile hektolitrów wody jest tam marnowanych na to, by nieco tę powulkaniczną wyspę ożywić i uatrakcyjnić dla turystów. Nawet nie chcę myśleć ile tej wody przeznaczne jest na utrzymanie przy życiu plantacji bananów. Ta monotonia fauny, krajobrazu i klimatu szybko zaczeła się mnie i mojemu mężowi nudzić. Oczywiście słyszelismy opowieści o tym, że druga strona wyspy jest bardziej urozmaicona, ponieważ ma bardziej wilgotny klimat, ale nie dane nam było zobaczyć tego na własne oczy, ponieważ aby to zrobić musielibyśmy wykupić albo drogą wycieczkę (płacenie za wszystko w euro szybko odbiło się nam czkawką. Niby hotel zapewniał pełne wyżywienie, ale wybierając się na wycieczki zawsze trzeba było udać się do sklepu po zakup jedzenia i pitnej butelkowej wody- tak udało nam się wydać ponad 200 euro i nie licząc ok 50 euro na alkohol, który jest tam tańszy niż w Polsce, to naprawdę ciężko nam powiedzieć, na co te pieniądze tak naprawdę poszły. Teść zapłacił za wszystkie wycieczki, z pamiątek zakupiliśmy jedynie kilka drobiazgów za jakieś 15 euro i okulary przeciwsłoneczne, zakup niezbędny na tej nasłonecznionej wyspie - również za 15 euro, a reszta pieniędzy zniknęła w tajemniczy sposób...) albo wynająć samochód za grube pieniądze. W związku z tym można powiedzieć utknęliśmy na naszej cząsteczce wyspy, którą zwiedziliśmy wzdłuż i wszerz, czyli kręciliśmy się ciągle po tych samych miejscach- dookoła hotelu ;)
    Szybko doszliśmy do wniosku, że bez pieniędzy na Teneryfie naprawdę nie ma co robić. Mieliśmy do wyboru spacery, jedzenie, kąpanie się w basenie przyhotelowym pełnym słonej wody, kąpiel w Atlantyku na małej czarnej plaży, do której najpierw trzeba było dojść spory kawałek lub wsiąść w autobus i za 4 za osobę euro pojechać sobie do mekki turystów i zakupoholików- Los  Americanos. Do miejsca pełnego hoteli, turystów, pięknej plaży z białym piaskiem (sztuczna plaża, piasek specjalnie przywieziony, co było widać na granicy wody i piasku, w tym miejscu biały piasek mieszał się z czarnym) , sklepów markowych, supermarketów i sklepów z ciuchami typu Bershka. Bez pieniędzy można tam leżeć na plaży i kąpać się w ciepłej i przyjemnej wodzie, natomiast mając pieniądze można się szwendać całymi dniami po knajpkach i restauracjach czy przywieźć sobie pamiątkę od Lacoste czy Dolce&Gabbana czy Gucciego. Jeśli natomiast przybyliśmy tylko powdychać atmosferę przepychu i poleżeć na plaży, to przechodząc koło restauracji nie rozglądać się na boki bo nasz wzrok co chwilę będzie łapany przez "naganiaczy", którzy z miłą chęcią zareklamują nam restaurację, której wcale nie mieliśmy ochoty odwiedzać. A jeśli nawet nie będziemy patrzeć naganiaczowi w oczy to i tak nic nie szkodzi, przechodząc koło niego na pewno zostaniemy zawołani natarczywym głosem. Na każdym rogu czaili się kupcy, restauratorzy, właściciele knajp a nawet przydrożni sprzedawcy nie wiadomo czego, z naręczem własnych wyrobów lub Bóg wie czym. Sklepy i sklepiki są otwarte do późnego wieczoru więc nawet gdy zapadnie zmrok nie jesteśmy bezpieczni. Każdy czyha na nasz portfel i bynajmniej nie chodzi o okradzenie. Aczkolwiek gdy przypadkiem zajdziemy do sklepu z pamiątkami i dojrzymy za ladą hindusa (których tam na pęczki; razem z Chińczykami i ich badziewiem opanowali wyspę), to możemy być pewni, że na pewno będzie nas chciał okraść oferując nam zwykłą tandetę bo bardzo zawyżonych cenach. Nasz osobisty doradca (zarządzał naszą rozrywką) zachęcił, aby ostro targować się z hindusami, ponieważ ich ceny są kilkakrotnym przebiciem wartości artykułów, nastawionych na Amerykańskich turystów, którzy hojnie i lekką ręką wydają pieniądze na Teneryfie. I faktycznie bez większego problemu mój mąż wytargował upust za okulary oczywiście wystawione za wielokrotnie powtarzaną"very good price" i "good quality" o całe 20 euro! I to właściwie ów sprzedawca zaczął się targować sam ze sobą, gdy mąż mój wykazał słabe zainteresowanie tak dużym wydatkiem za zwykłe okulary przeciwsłoneczne.
     Pomijając jednak naciągaczy to takie jest właśnie moje zdanie- bez zasobnego portfela można się na Teneryfie zanudzić i to za grube pieniądze. Bo 2000 tysiące za osobę to nie jest najtańsza opcja spędzenia urlopu. Nawet pogoda nie jest już tam taka pewna. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ponoć na Teneryfie pada 3 razy w roku, a podczas naszego 6-dniowego wypadu padało aż trzy razy? Mój szwagier podczas majowej wycieczki przywiózł z Teneryfy podobne wspomnienia, a i teść na wycieczce grudniowej zaliczył przynajmniej jeden deszczowy dzień. Zaletą Teneryfy jest to, że nawet gdy pada to jest w miarę ciepło, około 18 stopni to wciąż lepsza opcja niż 8 stopni + deszcz w Polsce. Jednak gdy na Teneryfie zacznie padać to nie ma za bardzo co robić. Można oczywiście zasiąść przed telewizorem i udawać, że się rozumie hiszpański (my mieliśmy ten komfort że nasz odbiornik odbierał TV Polonię z jej nudnymi programami i opóźnionymi o kilka miesięcy serialami) lub czekać na rozpoczęcie pory śniadaniowej/lunchowej/kolację- zawsze to lepsza opcja niż siedzieć w pokoju hotelowym i patrzeć na ścianę. Jak się ma szczęście i pojedzie z większą gromadą znajomych to zawsze można taki deszczowy dzień zapić za alkohol zakupiony po niższej niż w Polsce cenie. Jednakże wciąż uważam że za połowę mniej pieniędzy można tak samo spędzić wakacje nad Polskim morzem, z tak samo niepewną pogodą. Jedynie woda w Atlantyku jest dużo cieplejsza niż kiedykolwiek będzie w morzu Bałtyckim. No i zdecydowanie będę tęsknić za ciepłymi wieczorami, które codziennie zapewniały romantyczny nastrój na spacerach z ukochanym. Pod warunkiem oczywiście, że nie dopadnie nas senność już po godzinie 21, spowodowana ciągłą wysoką temperaturą. Tak właśnie z nami było- albo ogarniała nas senność po południu albo wczesnym wieczorem, albo po południu i wieczorem. W związku z czym nie zdążyliśmy nacieszyć się za bardzo tymi wieczorami. Podobało mi się również na Teneryfie to, że każdy budynek miał taras, gdzie można było siedzieć i rozkoszować się widokami. Jednak mieszkańcom Teneryfy tak spowszedniał ten widok, lub było tak gorąco, że na dachach z uroczymi tarasami nie można było spotkać żywej duszy.

      Na pewno znajdzie się wielu gorących zwolenników Teneryfy, jednak ja swojego zdania nie zmienię- jest to miejsce zbyt monotonne dla mnie, abym chciała tam wracać, lub choćby spędzić tam tydzień dłużej. Monotonna roślinność, klimat, temperatura (w pewnym momencie średnia 25 stopni Celsjusza zaczyna naprawdę męczyć), krajobraz, to że wszędzie daleko, wyczuwalny zapach chloru w wodzie z kranu (nalewając sobie wodę do wanny czujemy się jak na basenie, tak mocny jest zapach chloru), nie ukryte rury sprowadzające z gór słodką wodę (nie opłaca się tam przekłuwać się przez góry tylko po to, żeby schować setki kilometrów rur, dzięki czemu podziwiając widok górzystego wybrzeża widzimy z daleko pionowo pociągnięte "urokliwe" żelazne rury)... To wszystko sprawiło, że już po dwóch dniach zatęskniłam za Polską, za jej bardzo zróżnicowanym klimatem, roślinnością i swoistym pięknem. W Polsce mam tyle opcji działania, tyle pięknych miejsc, które mogę zobaczyć, nie wyobrażam sobie nie być w Polsce kiedy jest lato, kiedy wiosną wszystko budzi się do życia, gdy jesienią jest tak pięknie, że aż widoki zapierają dech w piersiach, nie mogłabym żyć bez naszej pięknej puchowej, białej zimy, a nawet tej brzydkiej, deszczowej. Teraz jeszcze silniej widzę w każdej porze roku swoiste piękno i nie wyobrażam sobie żyć gdzie indziej.

      Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam zdjęciami naszej pięknej Polski widzianej oczami blogerów modowych, to dodam jeszcze, że w Polsce mamy wiele możliwości spędzenia wolnego czasu za niewielkie pieniądze, natomiast na Teneryfie za wszystko co może nam uprzyjemnić pobyt trzeba słono zapłacić. My mieliśmy zamówioną paralotnię, katamaran, wyprawę autobusową na wulkan oraz wyprawę na skuterach i miało to pochłonąć kwotę równą 2000 tys. polskich złotych. Aż ciężko w to uwierzyć, że za te kilka przyjemności trzeba aż tyle zapłacić, ale taka już jest cena tego,aby się na Teneryfie nie nudzić. Warto więc rozważyć czy na pewno mamy ochotę wydać grube pieniądze na taką wycieczkę, gdzie nikt nam nie zagwarantuje ani dobrej pogody ani tego, że nie będziemy się nudzić. Bo nawet jeśli jesteśmy w stanie raz w roku poświęcić swoje fundusze, to gdy z powodu złej pogody odwołają nam wycieczki, to i tak będziemy się nudzić, tylko że za większe pieniądze. A planując atrakcje warto się głęboko zastanowić czy nie mamy choroby morskiej (1/3 osób źle się czuła, tak mocne były fale na Atlantyku) czy awiacyjnej (lot spadochronem możemy wtedy zapamiętać na zawsze ;)), ponieważ może się okazać że zapłaciliśmy spore pieniądze za to, żeby się potem modlić, aby wycieczka jak najszybciej się skończyła. 8-godzinna wyprawa autobusowa na wulkan Teide to też kiepska opcja dla osób z chorobą lokomocyjną lub bólami kręgosłupa, a jeśli ktoś się zdecyduje na penetrowanie wyspy jeepem to niech wyobrazi sobie siedzenie na twardej desce kilka godzin- tak więc drogie atrakcje mogą się przerodzić w niemiłe wspomnienia. Co do jedzenia w hotelu to trzeba uważać, ponieważ nasz żołądek może nie być przystosowany do gotowania na mocno chlorowanej wodzie prosto z kranu- ja i mój mąż przechorowaliśmy niemal każdy posiłek zjedzony w hotelowej restauracji- uratowały nas krople żołądkowe, które przezornie wzięliśmy z Polski, dzięki nim żołądek tylko odrobinę sugerował nam zmianę diety :)

     Na pewno niejedna osoba pomyśli sobie, że chyba zbyt narzekam na Teneryfę. Ale wyobraźcie sobie żyć ciągle w tej samej temperaturze. Każdy dzień wyglądający tak samo. Ciągle te same widoki, te same krajobrazy, te same owoce sprowadzane z innych krajów... i oczywiście wciąż te same stroje- klapki i krótki rękaw. Można zapomnieć o nowych kozaczkach na jesień, płaszczyku, kurteczce... zamiast tego dziś klapki, jutro klapki, a pojutrze... no niech będą sandałki :P  Podobno paniom na Teneryfie nudzi się chodzenie w klapkach i jesienią przy 18 stopniach zakładają kozaki i futrzane czapy!Tak nam mówił nasz pochodzący z Polski "przewodnik", mieszkający na Teneryfie od kilku lat. I chyba faktycznie coś w tym jest, bo pewnego dnia na jednej z wycieczek do Los Americanos podczas gdy ja miałam na stopach klapki, pewna pani biegała w botkach i długim płaszczu. Zanim ujrzałam tę kobietę zastanawiałam się po co na Teneryfie Bershka ze swoja bogatą kolekcją jesiennych ubrań. Teraz już wiem, że mają tam zbyt nie tylko u turystów ;) Nasz przewodnik opowiadał nam również, że ludzie, którzy pierwszy raz odwiedzili Teneryfę po początkowych zachwytach i solennych obietnicach, że wrócą na wyspę ich zapał się studzi i nigdy nie wracają. Potrafię to zrozumieć, ponieważ ja na Teneryfę nie chcę wracać. Zobaczyłam już wszystko co chciałam, doświadczyłam tego co chciałam. Jeśli życie będzie dla mnie łaskawe i będę mogła ponownie wyjechać za granicę wybiorę miejsce, gdzie będę mogła dużo zwiedzać i to nie tylko kaktusy i plantacje bananów ;)

     A oto zestawienie Teneryfy i Polski. Które miejsce wybralibyście jako swój raj na ziemii? :)

TENERYFA- WIOSNA, LATO, JESIEŃ, ZIMA












POLSKA
Wiosna
autor Rouquin Monde




autor All I need is love and great shoes



Lato

autor nieznany


autor LumpexoHoliczka

autor Ewibar
autor Cajmel

autor nieznany
autor Ewibar

autor Rouquin Monde





Jesień 
autor JA


autor  Rouquin Monde




autor nieznany
autor All I need is love and great shoes
 
autor Cajmel




autor LumpexoHoliczka
autor Charlize Mystery



P.S. Gdzie indziej jak w Polsce można by zrobić tak ładne zdjęcia? Sceneria, za którą tak tęskniłam będąc na Teneryfie.

autor Angelika's place



Zima

 autor zdjęć Karmelkowe Życie
Uwielbiam taką słoneczną zimę, kiedy nawet pożółkłe trawy wyglądają fantastycznie lśniąc w słońcu




autor  Rouquin Monde





autor Cajmel

Gdzie indziej jak w naszej pięknej Polsce z jej cudownymi krajobrazami wyszłyby tak fajne zdjęcia stylizacji? W każdym razie na pewno nie na Teneryfie ;)

P.S. Jestem zdziwiona że miałam czas dodać tak długiego posta odkąd obowiązki żony mnie przytłaczają ;) No ale pracowałam nad tym postem dwa dni, ale wreszcie udało mi się coś "stworzyć" pomiędzy zmywaniem a gotowaniem ;)

4 komentarze:

Karmi pisze...

Hej!Odpowiedziałam na twój komentarz na moim blogu:)

Gone_With_The_Books pisze...

No to będę miała jeszcze zdjęcie kotka ;)

Rouquinmonde pisze...

Ja tu czytam o Teneryfie, podróży, widokach, deszczu i koszmarnych wizjach (może wspólna terapia, wiele nas łączy i chyba straszne z nas panikary) ;-) a tu niżej taka fotograficzna niespodzianka :).

Ściskam ciepło i miłego wieczoru.

Gone_With_The_Books pisze...

Ach nawet chciałam Tobie wspomnieć, że znowu wykorzystałam Twe piekne zdjęcia, ale stwierdziłam, że nie będę Cię zanudzać tym jaka jesteś wyjatkowa i że może kiedyś sama zobaczysz jaka jestem okropna :) Ale nie mam własnego aparatu, który robiłby zdjęcia dobrej jakości, a co więcej nie mam takiego oka jak Ty :* Chciałam też zrobić pewne odniesienie do postu o blogach modowych. Takie małe przypomnienie, że są wśród nas osoby, które z ubierania się robią sztukę :)

A co do terapii to prawdopodobnie by się przydała. Bo kto prócz mnie pomyslałby, że zwykły człowiek w potrzebie to tak naprawdę terrorysta? ;)