piątek, 30 listopada 2012

O zachowaniu się w autobusie


     Celowo tytułem postu nawiązałam do wiersza „O zachowaniu się przy stole”. Tak jak Słota pisał niegdyś o kulturze spożywania posiłków, tak ja chciałam obecnie napisać o kulturze zachowania się wobec współpasażerów  komunikacji miejskiej. Od dawna mnie to dręczyło, a nareszcie mam gdzie o tym napisać. Jak widać setki lat minęły, a ludziom wciąż trzeba przypominać, jak się zachowywać w różnych sytuacjach. Najwidoczniej sami nie potrafią rozpoznać co jest właściwe a co nie. U podstaw wszystkich nieporozumień społecznych wydaje się być egoizm. Skoro więc egoizm pcha ludzi do niewytłumaczalnych zachowań w autobusie, to nie dziwi mnie już skąd na świecie tyle konfliktów wojennych.

     Ale przejdźmy do meritum sprawy. Impulsem do napisania o tym właśnie dzisiaj było wczorajsze zdarzenie w autobusie, którego doznałam na własnej skórze, a które to zjawisko nazwałam „siedząca torebka”. „Siedząca torebka”, o której tyle słyszałam od koleżanki, a które wreszcie dotknęło mnie osobiście, przelało czarę goryczy i dlatego teraz przelewam swój żal na wirtualny papier.

     Nie potrafię zrozumieć dlaczego ludzie są takimi egoistami w każdej dziedzinie życia, nawet w takiej, gdzie nasz egoizm od razu odbija się echem na innych uczestnikach życia. Na pewno nie raz doznaliście dyskomfortu psychicznego i fizycznego tylko dlatego, że ktoś zapomniał, że na kuli ziemskiej są inne istoty żyjące. A autobus można by było porównać do mikro kuli ziemskiej, gdzie tłoczą się inne organizmy, które chciałyby na niewielkiej przestrzeni, którą zmuszone są dzielić z innymi organizmami, znaleźć w miarę wygodne miejsce do egzystencji. I ta mikro kula ziemska zapewnia to miejsce, wystarczy tylko odpowiednio się rozmieścić, tak aby dla każdego znalazła się przestrzeń do życia. Niestety niektóre osobniki tak bardzo czują się niezależne na swoim skrawku ziemi, że w swym egoizmie czują paląca potrzebę zajęcia jak największej połaci, nawet jeśli nie potrzebują aż tyle miejsca, by w miarę wygodnie żyć. Nie wiem jednak czy jest to spowodowane tym, że szykują się być może na jakieś gorsze czasy i wolą zrobić sobie zapasy życiowej przestrzeni, czy też przezwycięża w nich zakorzeniona głęboko w tradycji i przekazana przez przodków żądza władzy. W każdym razie niektóre osobniki rozpychają się łokciami i kolanami i czym tylko mogą, aby wydrzeć dla siebie jak najwięcej tego, czego potrzebują wszyscy inni do życia: przestrzeni.

     Jak więc jest to możliwe, że ludzie, dzielący wspólną przestrzeń, nauczeni od maleńkości podstaw życia społecznego, stłoczeni w niewielkiej przestrzeni autobusu i zależni od siebie nagle nie potrafią ze sobą koegzystować?  A że nie potrafią to widać bardzo wyraźnie każdego dnia. Wystarczy wejść do pierwszego lepszego autobusu. Najlepiej zatłoczonego. Bo im więcej współpasażerów, tym ludzie zachowują się coraz bardziej irracjonalnie. Być może dlatego, że chcą, jak to się dzieje w świecie zwierząt, odstraszyć przeciwnika wszelkimi możliwymi sposobami, a przecież nikt nie chce mieć do czynienia z dziwakami. Być może ludzie uznali, ze jest to najlepszy sposób bronienia swojego terytorium, nagle opanowanego przez mnogą ilość przeciwników.

    A oto kilka zjawisk występujących masowo w autobusach komunikacji miejskiej, które mnie najbardziej irytują. I to nie tylko wtedy, gdy dotykają mnie bezpośrednio, ale i wtedy, gdy obserwuję je z bezpiecznej i przytulnej wnęki siedzenia autobusowego, chroniącego mnie od natłoku ludzkiej masy. Mam w sobie sporo empatii, więc nawet jeśli sama jestem bezpieczna, to cierpię w imię innej osoby. Nieraz już miałam ochotę pouczyć kogoś o tym jak należy się zachowywać w autobusie, ale że jestem istotą skromną i nieśmiałą, nigdy nie wykonałam kroku w tym kierunku. Potrafiłam tylko cierpieć katusze w imieniu całej ludzkości jeżdżącej codziennie komunikacją miejską. Nareszcie jednak znalazłam miejsce, gdzie mogę wylać swój żal z przepełnionej już czary goryczy.

    Skoro już wspomniałam o zjawisku zwanym „siedzącą torebką” to zacznę od niego, mimo że jest to dla mnie zjawisko całkiem nowe, do wczoraj znane mi jedynie z opowieści. Zjawisko to występuje powszechnie w komunikacji zbiorowej i jej sprawcami są kobiety. Wygląda to tak: siada kobieta na miejscu koło okna, więc wsiadającemu dopiero co pasażerowi wydaje się, że miejsce obok jest wolne. Dziwi się jak to możliwe, skoro autobus pełen po brzegi ludźmi a to jedno miejsce woła do niego i błaga wręcz o zajęcie go. Świeżak (czyli nowy pasażer, słabo orientujący się w układach panujących w autobusie, który dopiero co wsiadł i to z wielkimi nadziejami na to, że znajdzie miejsce siedzące) nie może uwierzyć w swoje szczęście; stwierdza, że zapewne nikt ze stojących po prostu nie ma ochoty usiąść na tym wolnym miejscu i woli postać w tłumie; biegnie czym prędzej by zająć miejsce i… nagle staje jak wryty. Okazuje się, że miejsce jest zajęte. Przez wiernego towarzysza kobiety: torebkę! Siedzi sobie oto torebeczka tuż obok swojej właścicielki, całkiem jej tam wygodnie, zwłaszcza że zajmuje pół siedzenia, które zdawało się być puste. Pasażer myśli w swej naiwności: „na pewno jak będę chciał usiąść to kobieta przesunie torebkę na swoje kolana i zrobi mi miejsce, zapewne nikt wcześniej z tłumu współpasażerów zwyczajnie nie chciał usiąść”. Zaczyna więc kucać ostrożnie, patrząc kątem oka na torebkę i oczekując z jej strony jakiegoś magicznego ruchu. Jednak torebka wcale nie zamierza ustępować mu miejsca. Siedzi sobie dalej dumnie obok swojej właścicielki, zdając się pytać: „Czego tu?! Nie widzi, że zajęte??!”. A właścicielka torebki nie zamierza nawet spojrzeć na nieśmiałego pasażera. Gdy jego naiwność wreszcie opada, razem z łuskami na oczach, zastaje  on samego siebie w dziwnej pozycji w półkucku i właściwie nie ma już żadnej innej opcji jak przycupnąć na brzeżku siedzenia lub narazić się na litościwie spojrzenia lub nawet wybuch śmiechu współpasażerów, którzy tylko czekali na rozwój wypadków. 
      Jestem pewna, że wielokrotnie spotkaliście taką damę z torebką, która nawet „nie zauważyła”, że chcecie usiąść obok niej. Oczywiście możemy być równie grubiańscy jak damulka z torebką i po prostu klapnąć sobie z zadowoleniem i całym ciężarem ciała na ową torebkę, ale trzeba się nastawić na nerwowy kobiecy wybuch i może nawet próbę wyłudzenia pieniędzy za zniszczone mienie znajdujące się w torebce (np. wytłaczanka z jajami). Bo to oczywiście nasza wina, że śmieliśmy usiąść na torebce, która nic nikomu nie zrobiła, tylko siedziała sobie niewinnie i czekała na swój przystanek.
      Wczoraj ja spotkałam na swojej drodze damulkę z torebką. Zachciało mi się usiąść, jako że byłam już zmęczona całodzienną bieganiną, dojrzałam wolne miejsce w oddali i udałam się w jego kierunku. Zobaczywszy torebeczkę, zwisającą ekstrawagancko po stronie wolnego siedzenia przypomniały mi się wszystkie opowieści koleżanki i zrozumiałam ze zgrozą, że jestem żywym świadkiem „siedzącej torebki”. A że torebunia była mała to łudziłam się, tak- łudziłam się, że jej właścicielka, zobaczywszy mnie czającą się na miejsce, usunie torebkę z przestrzeni wolnego siedzenia. Ale łudziłam się na darmo. Przycupnęłam sobie więc grzecznie, wciąż myśląc, że to na pewno nie jest zjawisko „siedzącej torebki”, że kobietka po prostu zapomniała, że ma torebkę po mojej stronie. W końcu torebeczka była mała, lekka i możliwa do zapomnienia. Jednak po chwili okazało się, że kobieta nie zapomniała o swoim stylowym pakunku, bo zaczęła w nim grzebać w poszukiwaniu telefonu komórkowego. Torebka nie poruszyła się w jej stronę ani na milimetr. Widać, że dziewczyna miała wprawę w wyginaniu swojego ciała tak, by bez problemu wyjąć cokolwiek z torebki, bez poruszania nią. Kto wie, być może ćwiczyła swoją zręczność już jako dziecko podczas gry w bierki. Po znalezieniu telefonu w niewielkiej powierzchni torebki, dziewczyna odgięła się do normalnej pozycji siedzącej a torebeczka dalej zwisała po mojej stronie, nadal zajmując pół przestrzeni, która teoretycznie przynależała do mnie, śmiejąc mi się swoimi zameczkami w twarz.

    Inną odmianą "siedzącej torebki" jest zjawisko, które śmiało można nazwać: „Ja nie usiądę, bo nie jestem zmęczona, ale moja torebka tak” (czyt. Tak- jest zmęczona i tak- usiądzie). Celują w tym znowu kobiety, jako dumne posiadaczki życiowego niezbędnika zwanego „torebką”. Też taki posiadam, jednak moja torebka od zawsze potrafiła się zachować. Natomiast kiedyś byłam świadkiem sytuacji nierealistycznej i nie dającej się objąć ludzkim rozumem. Był ranek; podjechał przetłoczony, mały autobus linii 59; wchodzi kobieta, za nią jej torebka; uprzejmy młody człowiek wstaje z trudem z miejsca, by ustąpić krzesło nie tylko osobie starszej ale i kobiecie. Aż dwa powody, by ustąpić miejsca. Należy pochylić głowy nad tym kulturalnym młodym człowiekiem. A co się stało potem? Na zwolnionym miejscu usiadła torebka. Kobieta czuła się na tyle żwawo z rana, że postanowiła się trochę pogimnastykować w tłumie. Torebka najwidoczniej miała złą noc i musiała odpocząć. Chyba nie byłam jedyną osobą w autobusie, która patrzyła tęsknie na to miejsce i nie dowierzała własnym oczom.

     Uważacie, że to było dziwne zachowanie? To co powiecie na taką scenę? (historia autentyczna)… Miejsce akcji: autobus. Aktorzy: młody mężczyzna siedzący od strony przejścia, puste miejsce pod oknem i kobieta w sile wieku wchodząca do autobusu. Akcja: kobieta zbliża się do siedzącego chłopaka i pustego miejsca pod oknem, chłopak kulturalnie wstaje (zauważcie- nie unosi się, nie przekręca kolan tylko wstaje, aby kobieta bez problemu mogła przejść pod okno i nie być zmuszona do przeciskania się), odsuwa się nieco od swojego miejsca, by dać kobiecie przejść, kobieta siada na jego miejscu…. Chłopak stoi jak wryty, patrzy na swoje zajęte miejsce, przenosi wzrok na wolne miejsce obok okna, próbuje wszystko połączyć w jakąś zrozumiałą całość; nie udaje mu się ta sztuka; odchodzi w głąb autobusu, by postać w tłumie razem z innymi nieszczęśnikami. Właśnie doznałam olśnienia! Chyba zaczynam powoli rozumieć dlaczego ludzie nie są dla siebie kulturalni w autobusach….

      Kolejną bulwersującą dla mnie sprawą jest zjawisko: „Zaraz wysiadam, więc nie siadam pod oknem”. Być może jest to mechanizm obronny przed żulami, którzy z lubością zdają się wyszukiwać potencjalne ofiary i z westchnieniem ulgi dosiadać się do niczego nie spodziewających się pasażerów, zmuszonych do kontynuowania podróży w tej śmierdzącej pułapce, zazwyczaj przez całkiem spory kawałek drogi. A że żule i bezdomni wydają się nie mieć do końca sprecyzowanego miejsca podróży i może tylko pragną sobie odpocząć i ogrzać się w autobusie, to mogą nas zabawić swoim towarzystwem kawał drogi, zwłaszcza jeśli ku naszemu nieszczęściu okażą się towarzyscy. Gdy dosiądzie się do nas taki niechciany przyjaciel, wówczas nie ma za bardzo jak uciec. Oczywiście można spróbować od razu, zanim żulik klapnie na miejsce obok nas, jednak należy się liczyć z przeróżnymi reakcjami, nawet agresywnymi. Bo nie ma co się łudzić, że żulik nie odczyta właściwie naszej nagłej potrzeby postania w zatłoczonym autobusie. Możemy więc za naszą odwagę zostać znieważeni, zagadani na śmierć, a nawet opluci przypadkiem przez rozjuszonego towarzysza. Jeśli więc nie czujemy się na siłach, by podjąć takie ryzyko, siedzimy grzecznie na swoim miejscu, modląc się w duchu o szybkie uwolnienie od mizernego losu, wdychając w międzyczasie trujące opary i w duchu przeklinając samego siebie, że nie usiadło się po zewnętrznej stronie. Wówczas nie dalibyśmy się złapać żulikowi w jego śmiertelna pułapkę. Kilka takich spotkań może nawet najlepszego pasażera zmienić w egoistyczną postać, siadającą nawet przy największym tłoku na zewnętrznym siedzeniu, tuż obok pustego miejsca pod oknem, skąd w razie ataku żula może się w każdej chwili ewakuować z zagrożonego miejsca. Trzeba jednak pamiętać, że gro współpasażerów nie pije, nie jest bezdomne, nie roztacza wokół siebie nieprzyjemnych zapachów i uważam, że nie powinno się zabierać dla siebie przestrzeni dwóch siedzeń, tylko dlatego, że w życiu spotkało się zbyt wielu podejrzanych pasażerów. Jeśli boimy się takiego ataku, po prostu nie siadajmy w ogóle, nie tarasujmy innym miejsca pod oknem, tylko zajmijmy miejsce stojące. Z takiego miejsca najłatwiej jest umknąć w razie niebezpieczeństwa a ktoś, kto bardzo potrzebuje miejsca siedzącego będzie mógł z niego skorzystać i może nawet będzie wolał ścierpieć smrodliwego przyjaciela, a siedzieć dalej i np. zmniejszyć ból pleców, który odczuwa podczas stania. Miejmy na uwadze to, że wiele ludzi cierpi na jakieś przypadłości, ma jakieś bóle, ma ciężkie torby i chętnie by sobie usiadło. A że autobusy są tak skonstruowane, by jak najwięcej ludzi weszło podczas jednego kursu, więc chcąc się wcisnąć pomiędzy nogami siedzącego na zewnętrznym krześle pasażera na wolne miejsce koło okna, zwłaszcza trzymając w ręku siatki, można sobie połamać golenie, ręce lub inne wystające części ciała. A zazwyczaj siedzący już pasażer tak zmęczony jest życiem, że nie jest w stanie wstać, by wpuścić do środka drugiego pasażera. Wolimy więc już stać, opierając się bardziej o tłum niż trzymając się czegokolwiek, co przez konstruktora autobusu przeznaczone jest do trzymania, niż ryzykować wizytę w szpitalu. Wciskając się więc do autobusu często widzimy zmęczone twarze stojących pasażerów i kilka wolnych miejsc pod oknami, zablokowanych przez grupkę egoistów siedzących przy przejściu.

     Inną odmianą tej osobliwości, bardzo podobna do poprzednio opisanego zjawiska, jest sprawa, którą nazwałam: „Ja zaraz wysiadam, więc panią/pana wpuszczę koło okna”. Brzmi empatycznie i nieegoistycznie? Owszem, brzmi. Ale tak naprawdę jest tak samo niebezpieczne dla naszego zdrowia jak zjawisko opisane powyżej. Bo najczęściej ten współczujący pasażer nie powstanie, tylko lekko wsunie nogi i swoją empatią i brakiem wyobraźni praktycznie zmusi człowieka do wciskania się między zajętym siedzeniem a szybą lub rurą autobusową. No bo jak już „uprzejmie” się przesunął, to jak powiedzieć: „Nie, dziękuję, jednak postoję”, dodając w myślach: „w tym tłumie, bo Ty ośle narażasz mnie na połamanie się, bo nie chce Ci się tyłka ruszyć na sąsiednie miejsce, lub chociaż wstać, abym mógł bezpiecznie i bez problemu usiąść”. A na końcu się okazuje, że to „zaraz wysiadam” jest ostatnim lub dalszym przystankiem i po kilku minutach trzeba znowu przeskakiwać kolana uprzejmego człowieka, bo wysiadamy znacznie wcześniej.

     Kilka dni temu krew mnie wewnętrznie zalała, gdy byłam świadkiem takiej sceny z udziałem mojej własnej koleżanki z pracy i kobiety w starszym wieku, z większymi gabarytami. Niestety to moja znajoma była tą niemyślącą częścią historii. Tak się składa, że autobus, który wozi nas codziennie do pracy, jest bardzo krótki i ma mało miejsc siedzących. Często jest też zatłoczony, tak jak tego dnia, gdy rozegrała się scena. Ale to w ogóle mojej znajomej nie przeszkadzało, żeby usiąść sobie wygodnie po zewnętrznej stronie, zastawiając tym samym wolne siedzenie koło okna. Po chwili podeszła do niej ta starsza kobieta i powiedziała: „Pani na pewno wysiada później” dając tym samym do zrozumienia, aby moja znajoma się przesunęła do okna i pozwoliła jej usiąść na zewnątrz. Na to ona odparowała: „Nie”. I wstała (chwała jej chociaż za to) i wpuściła ją do środka. Było to kompletnie bez sensu, ponieważ obie wysiadałyśmy na przedostatnim przystanku. Było więc 99 % szans, że  wysiądziemy później niż ktokolwiek inny w całym autobusie. Dlatego było dla mnie zadziwiające zachowanie koleżanki. Okazało się oczywiście, że starsza kobietka wysiadała po kilku przystankach, dużo wcześniej niż ja i znajoma. Niezręcznie więc się wygramoliła, jeszcze podczas jazdy autobusu, żeby zdążyć wysiąść jak drzwi się otworzą. Wszyscy zaś wiemy, że wstawanie z siedzenia podczas jazdy autobusu jest nie lada wyzwaniem, zwłaszcza jak kierowca lubi ostro przyhamować. Potem stało się coś jeszcze mniej przeze mnie zrozumiałego. Po tym jak starsza kobieta wysiadła, a w autobusie wciąż były tłumy, moja znajoma usiadła spokojnie na swoim zewnętrznym miejscu, zupełnie nie nauczona lekcją ze starszą kobietą, taranując tym samym kolejnemu pasażerowi możliwość skorzystania z wolnego siedzenia. Chyba jednak zachowanie zwierząt łatwiej jest zrozumieć niż ludzkie…

     Nie mogę też nie wspomnieć o zjawisku masowo szerzącym się wśród mężczyzn w różnym wieku, w którym występują dwie odmiany: „Jestem gość więc siedzę z rozwalonymi kolanami” oraz „Jestem szefem więc siedzę na dwóch krzesłach”. Uwielbiam kiedy mężczyźni to robią. Uwielbiam prawdziwych mężczyzn, którzy zachowują się tak męsko ;) Jednak przez to zabierają dla siebie dwa miejsca, mimo ze bez problemu zmieściliby się na jednym. I znowu mamy problem, my, reszta społeczeństwa, bo przecież nie usiądziemy panu na tym kolanie, jakkolwiek mogłoby mu się to spodobać. Nie widzę też osobiście przyjemności przytulania się do obcego mężczyzny, nawet w walce o miejsce siedzące. Musiałam dodać ten ustęp, żeby nie było, że tylko kobiety zachowują się nieelegancko w autobusach J

     Kolejnym utrapieniem trawiącym nasze autobusowe społeczeństwo jest egoizm w najwyższym stopniu, jakim jest nie pozwalanie na wejście kolejnym pasażerom, bo ma się ochotę stać przy drzwiach, żeby na swoim przystanku wysiąść bez problemu, bez różnicy czy przystanek jest za chwilę czy za pół godziny. Ileż to razy denerwowałam się, bo ledwie weszłam do zatłoczonego przy drzwiach autobusu, bo ludzie nie chcieli się przesuwać ku środkowi, który był jeszcze w stanie przyjąć sporą ilość pasażerów! Albo w drugą stronę: chcę wysiąść a tam już zbity tłum czekających na zewnątrz ludzi, zostawiają Ci tylko wąski przesmyk, przez który mógłbyś przecisnąć swoje ciało gdybyś był nadzwyczaj chudym dzieckiem i nie widzą, że chcesz wysiąść a nie możesz bo już patrzą jak zahipnotyzowani do wnętrza autobusu, lustrując wzrokiem wolne miejsca.
    Nie da się również nie wspomnieć o pchaniu się na współpasażerów plecakami i torbami wszelkiego rodzaju, zamiast zdjąć je z ramienia i trzymać w ręku. Jest jeszcze jedna mała rzecz, która mnie strasznie denerwuje. Nie wiem, czy ktoś z Was się z tym spotkał, ale wydaje mi się, że jest to dość powszechne zjawisko. Otóż gdy wyciągam z torby/kieszeni telefon komórkowy, to stojący lub siedzący najbliżej współpasażer czuje nieodpartą chęć zajrzenia mi w komórę i poczytania wiadomości, które właśnie piszę lub odczytuję. Muszę wtedy zbliżyć telefon do siebie jak się da, żeby mieć choć odrobinę prywatności w autobusie. Może ludzie cierpią na ogólny brak przyjaciół lub własnego życia i muszą się posiłkować czyimś, by lepiej się czuć? Bo jeśli nie to, to zostaje mi już tylko zwykła ludzka ciekawość. A raczej wścibstwo. Ach, jeżdżąc autobusami można by było napisać pracę psychologiczną na temat ludzi i ich zachowań ;)

     To wszystko co przychodzi mi obecnie na myśl. Pomijam całkowicie grubiańskie i agresywne zachowania, które pozostawiam policji, a także zbyt głośne rozmowy przez telefon czy ze współpasażerem, gdzie jesteśmy zmuszeni do słuchania ludzkich historii, których słuchac nie chcemy, pisków, śmiechów i nawet założenie słuchawek od mp3 nie pomaga. Jeśli Wy znacie jakieś ciekawe czy irytujące zachowania autobusowe to chętnie posłucham J

     P.S. Rozmawiałam dziś rano z koleżanką o zwyczajach andrzejkowych, gdy nagle przypomniało mi się, że jak co roku zapomniałam w wigilię Andrzejek (czyli wczoraj) włożyć pod poduszkę karteczki z imionami mężczyzn, aby rano wyciągnąć jedną i zobaczyć, który jest mi przeznaczony. Zatroskałam się, a po chwili rozchmurzyłam. Przecież nie muszę już tego robić, bo już wiem, kto mi jest przeznaczony. Mój mąż ;p

2 komentarze:

Kamila pisze...

ugh, autobusy to naprawdę udręka! wiele razy spotykałam się ze zjawiskiem "siedząca reklamówka" - uprzejmy młody człowiek ustępuje miejsca starszej kobiecinie z zakupami, a ta zamiast usiąść to kładzie tam te wszystkie siaty i do tego stoi w przejściu - no rewelacja. a Ci ludzie stojący blisko drzwi? znam, znam. znam na dobra sprawę wszystko to co tutaj opisałaś, podróż autobusem to jak spacer w dzikiej dżungli, a ludzie to takie małpy ;-)

Gone_With_The_Books pisze...

Ach dzisiaj też się denerwowałam w autobusie na te małpie zachowania. Jak czytałam Twój komentarz to przypomniało mi się jak wielokrotnie omal mi kierowca drzwiami tyłka nie przytrzasnął bo przez tłum stojący przy drzwiach nie mogłam wejść do środka. A dzisiaj weszła dwójka i się minute zastanawiali gdzie usiąść, tarasując wąskie wejście. Ech to się nigdy nie skończy :)