Ciąg dalszy moich przygód rowerowych. Chcąc zaoszczędzić z
marnej wypłaty kilka groszy, narażam się na znacznie większe koszta. Nadeszła bowiem
ta podświadomie wyczekiwana chwila- konfrontacja ze strażą miejską. Wynik
starcia: 1:0 dla nich. Nie dostałam wprawdzie mandatu- tym razem- ale sytuacja
wzburzyła mnie na tyle, iż muszę się wypowiedzieć na temat nieludzkich
przepisów ustawy o ruchu drogowym.
Jechałam dzisiaj jak co rano do pracy na moim rowerze i
myślałam o tym, jak świetnie się jeździ tym środkiem lokomocji. Tyle widoków do
obejrzenia i to świeże, rześkie powietrze, które sprawia, że chce się żyć.
Jechałam oczywiście chodnikiem, z wytężoną na przechodniów uwagą i niedaleko
pracy spotkałam przemiłych panów ze straży miejskiej. Zostałam pouczona, że
muszę jeździć ulicą. Usłyszałam, że ruch rano jest niewielki (tylko dlaczego
pan strażnik nie pomyślał, że pewnie będę wracać do domu o innej godzinie, niż
porannej…) i że tylko w przypadku opadów deszczu i śniegu oraz mocnego wiatru
mam prawo jeździć chodnikiem. Na nic się zdało moje tłumaczenie, że nie znam
przepisów drogowych i boję się jeździć ulicą. Mam tak robić i koniec.
Od tamtego zdarzenia minęły już trzy godziny, a ja wciąż
biję się z myślami. No bo jak mam jeździć ulicą, kiedy tam jest tak
niebezpiecznie? Co to za argument, że rano jest mały ruch i wszystko w związku
z tym będzie dobrze? Ile razy oglądałam przez okna autobusu, kiedy jechałam
rano do pracy, porozbijane auta, czekające na przyjazd policji? Jak mam jechać
ulicą, kiedy mam do przejechania główne arterie miasta, zakorkowane codziennie
w godzinach mojego powrotu z pracy? Jak mam przejeżdżać przez trzy
niebezpieczne ronda, na których notuje się w moim mieście więcej kolizji niż na
innych odcinkach drogi? Wiecie co by ze mnie zostało w przypadku takiej
kolizji? Nic. Kawałek bezkształtnego mięsa, leżący na poboczu. I kilka
powyginanych rur, które kiedyś były rowerem. I na nic mi pocieszenie, że miałam
pierwszeństwo, jeśli już będę leżeć w kostnicy lub w grobie. A może będę miała
więcej szczęścia i jako warzywo sztucznie utrzymywane przy życiu, przeżyję
jeszcze kilkadziesiąt lat, stając się ciężarem dla rodziny i państwa, które będzie
musiało łożyć na moje świadczenia zdrowotne. A może będę tylko kaleka na całe
życie? A kto wie, przy moim szczęściu tylko mi rękę lub nogę połamie, lub
przekręci mój psujący się kręgosłup tak, że nie będę już pamiętać, jak to jest
żyć bez bólu…
Tak się narzeka na motocyklistów. Ze za szybko jadą, za
bardzo brawurowo. A kiedy dochodzi do wypadku, często śmiertelnego, z udziałem
motocyklisty i auta osobowego, to pierwsze, co ludziom do głowy przychodzi, to
myśl, że winny na pewno był motocyklista, bo jechał za szybko, lub niezgodnie z
przepisami. Ale ja z własnego doświadczenia wiem, jak wielu kierowców aut
osobowych jeździ niezgodnie z przepisami. A nawet jeśli ja będę jeździć powoli
i ostrożnie oraz będę przestrzegać przepisów, to nikt mi nie zagwarantuje, że
inni uczestnicy ruchu drogowego będą się zachowywać tak samo.
Artykuł 4 ustawy o przepisach ruchu drogowego mówi: ”
Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że
inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego, chyba że
okoliczności wskazują na możliwość odmiennego ich zachowania.” Ja z kolei widzę
wokół siebie same dowody, wskazujące na odmienne zachowanie współuczestników
tego ruchu. Jak więc mam jeździć ulicą razem z innymi, nieszanującymi przepisów
uczestnikami ruchu drogowego, kiedy to ja ucierpię w razie kolizji? Już kiedyś
pisałam o tym, że rowerzyści przeszkadzają zirytowanym, zdenerwowanym z powodu
zakorkowanych ulic, kierowcom aut i autobusów. Ja nie jestem na tyle odważna,
aby w tym natłoku aut opanować strach, kiedy wyprzedza mnie auto większe,
szybsze i cięższe ode mnie. A kiedy wyprzedza mnie autobus, modlę się o to,
żeby mnie nie zahaczył i nie wciągnął pod koła. Ile razy byłam świadkiem
wtargnięcia na pasy na zielonym świetle samochodu, którego kierowca zapędził
się i źle obliczył prędkość swojego auta? Jak to ma się do owego czwartego
artykułu? I przede wszystkim: jak mam z takim poczuciem nieufności i zagrożenia
wjeżdżać na ulicę bez żadnej ochrony? Bo kask na głowie i żółta kamizelka nie
są żadną ochroną przed bezmyślnością kierowców. Nie mogę odpowiadać za innych rowerzystów, tak jak jeden nieostrożny kierowca nie stanowi o pozostałych. Czy więc to, że jakiś rowerzysta potrącił kogoś na chodniku, sprawia, że wszyscy rowerzyści jeżdżący po chodniku są niebezpieczni? Jeśli patrzyć na sprawy przez taki pryzmat, powinno się zabronić jeździć autami, ponieważ są one niebezpieczne dla przechodniów. Rowerzysta ma więc jeździć jezdnią, ryzykując własnym życiem i stając się zawalidrogą. W przypadku rowerzystów zasada domniemanej niewinności, zawartej w artykule 4 ustawy o przepisach ruchu drogowego po prostu nie istnieje. A uważam, że powinno się nam pozwolić jeździć chodnikami, obwarować to pozwolenie odpowiednimi przepisami o dozwolonej prędkości, zachowaniu ostrożności i nakazie pierwszeństwa dla pieszych na chodniku. Po czym należałoby nam zaufać, że tych przepisów będziemy przestrzegać, dopóki nie udowodni się nam inaczej- wszystko zaś zgodnie z wyżej zacytowanym artykułem: "Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego..."
Jest w moim mieście taka ulica, którą jeżdżą wszyscy:
autobusy, samochody osobowe i ciężarowe. Jest to jedna z głównych i najczęściej
zakorkowanych ulic miasta. Prowadzi ona poza miasto, więc ruch na niej jest
niemożliwy. Nie ma wzdłuż niej chodników, więc zmuszona jestem jechać ulicą na
tym odcinku drogi. Przez to, że tak wiele kół tę drogę rozjeżdżało, powstały
tak wielkie koleiny, że nie da się jechać poboczem. Łatwo sobie wyobrazić, do
jakiej pasji może doprowadzić kierowców jeden rowerzysta, jadący w ślimaczym
tempie środkiem pasa, bo koleiny spychają go na ten środek. Nie trzeba też
dużej wyobraźni, aby domyślić się, jak kierowcy aut zachowują się w przypadku,
gdy widzą rowerzystę na swojej drodze i ogromny korek przed sobą. Każdy chce
jak najszybciej dojechać do celu, a kiedy na drodze jest przeszkoda, trzeba ją
wyminąć, nawet kosztem tej przeszkody. Kierowcy aut wymuszają pierwszeństwo, spychają z ulicy, bo rowerzyści za wolno jadą i przeszkadzają. Jak opowiadam moją przygodę znajomym z prawem jazdy, za każdym razem słyszę, że lepiej, jak rowerzyści jeżdżą chodnikami, bo są zwykłymi zawalidrogami. Niestety przepisy przepisami, trzeba je przestrzegać, nawet kosztem rozsądku...
Sieć dróg rowerowych nie istnieje. W moim mieście takie
wyznaczone trasy pojawiają się nagle i tak samo szybko znikają, prowadząc
prosto na chodnik lub na ulicę pod prąd. Najciekawszy jest pewien krótki
odcinek, który z jednej strony wyrasta nagle z chodnika, po którym nie wolno mi
się poruszać rowerem i kończy się nagle ogromnym krawężnikiem i żeby wjechać z
niego na ulicę, musiałabym pokonać spory krawężnik, pas ruchu po prąd i tory
tramwajowe. Ciekawe po co ktoś wytyczył tę trasę? Która ma zaledwie kilkanaście
metrów długości…
Zawsze mi się wydawało, że przepisy, które stanowi państwo,
mają służyć obywatelom. Dlatego stosuję się do nich. Nie przechodzę na
czerwonym świetle, ani w niedozwolonym miejscu, nie przebiegam przez ulicę, nie
wymuszam pierwszeństwa na przejściach dla pieszych, zsiadam z roweru i prowadzę go przez pasy. Robię wszystko, czego
władza ode mnie oczekuje. Stosuję się do wszystkich przepisów, tylko do tego
jednego nie mogę się dostosować, tego, który nakazuje mi jeździć rowerem ulicą,
ponieważ godzi on w moje poczucie bezpieczeństwa. A prawo powinno chronić
obywateli, a nie zmuszać ich do zachowań niebezpiecznych i zagrażających życiu
i zdrowiu. Nie potrafię dostosować się do nakazu jazdy rowerem po ulicy,
ponieważ boję się o moje życie.
Nie jeżdżę po chodnikach dlatego, że chcę świadomie łamać
prawo. Robię to dlatego, ponieważ jestem świadoma zagrożeń, panujących na
ulicy. Pisałam w poprzednim poście (link) o swoich obawach. Wiem, jak
niebezpiecznie zachowują się kierowcy na drodze, zwłaszcza kiedy są
zdenerwowani. A jak tu się nie denerwować, kiedy się człowiek rano spieszy do
pracy, a tu mu na drodze zawadza jadący powoli rowerzysta? Albo gdy są korki…
Dla mnie jest to niepojęte.
Strażnik miejski powiedział mi, że jeśli stać mnie na
mandaty, to mogę jeździć chodnikiem. Prawda jest taka, że nie stać mnie nawet
na nowe ubrania czy na bilet autobusowy, czasem nawet na jedzenie pod koniec
miesiąca nie mam już funduszy. Taki mandat w wysokości 50 zł byłby dla mnie
ciosem w samo serce. Jednak dla mnie droższe jest moje życie i wolę zapłacić
taki mandat, niż popełnić samobójstwo tylko dlatego, że ktoś wymyślił tak
nieludzkie i oddalone od rzeczywistości przepisy.
Nie znam nawet podstaw ruchu drogowego. Ale zamierzam się
ich nauczyć. Postanowiłam sobie tak i tak też zrobię. Ale nawet jak będę miała
je już w małym paluszku i tak nie będę jeździć ulicą. Chcę żyć, chcę być zdrowa
i nie chcę się świadomie narażać na niebezpieczeństwo. Mam jeszcze tyle lat do
przeżycia. Równie dobrze mogłabym się rzucić pod koła samochodu, a skutek byłby
taki sam, jak wówczas, gdybym wyjechała z moim rowerem na ulicę.
Być może spisywanie rowerzystów za jazdę chodnikiem jest
wynikiem zgłoszeń pieszych o niebezpiecznych zachowaniach rowerzystów. Ale nikt
nie mówi o tych niebezpiecznych zachowaniach, które są wynikiem brawurowych
zachowań pieszych. Piesi mają chyba najwięcej chęci do łamania przepisów
drogowych: wkraczają na ulicę na czerwonym świetle, przebiegają w
niedozwolonych miejscach- myślę, że straż miejska miałaby w swoich statystykach
więcej kolizji z udziałem: pieszy- samochód, niż z udziałem: pieszy-rowerzysta.
Gdybym chciała zgłaszać każde wtargnięcie pieszego na drogę rowerową w
nieoznakowanym miejscu, lub każde wymuszenie pierwszeństwa na mojej specjalnie
wyznaczonej trasie, musiałabym się co chwila zatrzymywać i mój czas jazdy
wydłużyłby się podwójnie. Ale nie robię tego, bo szkoda mi czasu i wiem, że
zawsze zahamuję na czas, bo mam oczy szeroko otwarte. Wystarczy, że piesi też
otworzą oczy i zaczną się zachowywać nieco bardziej odpowiedzialnie, a wszyscy
poczujemy się bardziej bezpiecznie- rowerzyści, piesi i kierowcy aut oraz autobusów
i tramwajów.
Gdy mój mąż dowiedział się o moim porannym zdarzeniu, udał
się do siedziby straży miejskiej po informacje. Potwierdził to, co ja sama
usłyszałam, mianowicie że mogę jeździć po chodniku w przypadku opadów i silnego
wiatru. Dodał także do tej listy jazdę z dzieckiem jako opiekunka. Ale moje
pytanie brzmi: czy życie dziecka jest więcej warte niż życie dorosłego? I skąd
się wziął ten przepis? Czyżby stąd, że wszyscy wiedzą, jak niebezpieczne są
ulice dla rowerzystów i stąd ta ochrona nieletnich? Tylko skąd się wzięły te
wyjątki? Czy wszyscy nie jesteśmy równi wobec prawa?
Przychodzi mi na myśl jeszcze artykuł trzeci wcześniej
wymienionej ustawy, który mówi, że : „Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca
się na drodze są obowiązani zachować ostrożność albo gdy ustawa tego wymaga –
szczególną ostrożność, unikać wszelkiego działania, które mogłoby
spowodować zagrożenie bezpieczeństwa lub porządku ruchu drogowego, ruch ten
utrudnić albo w związku z ruchem zakłócić spokój lub porządek publiczny
oraz narazić kogokolwiek na szkodę. Przez działanie rozumie się również
zaniechanie.” Jeśli ja wyjadę na ulicę rowerem, to nie tylko spowoduję
zagrożenie, ale i narażę siebie na szkodę. Najzwyczajniej w świecie zdecyduję
się popełnić samobójstwo w majestacie prawa. Bo tak nakazują przepisy. Ale czy
tak powinno być? W myśl tego artykułu unikam zdarzeń zagrażających nie tylko mnie, ale i innym uczestnikom ruchu drogowego, ze względu na nieznajomość przepisów, których zresztą ustawa ode mnie nie wymaga i po prostu nie wjeżdżam na tę jezdnię. I mam za to dostać mandat?
Apeluję więc do tych, od których zależy prawo, aby zmienili
niebezpieczne dla mnie przepisy na bardziej ludzkie, takie, które będą
uwzględniały moje bezpieczeństwo. Proszę o możliwość jazdy chodnikiem,
chociażby do 5 km/h. Proszę o nie zmuszanie mnie do jazdy po ulicy. Błagam o
nie odbieranie mi chleba przez mandaty, których nie jestem w stanie uniknąć w
mojej walce o własne życie. Jestem pewna, że przepisy ruchu drogowego da się
tak dostosować, aby były one bezpieczne dla wszystkich. Bo póki co zagrażają
one mojemu życiu, zdrowiu i mojemu budżetowi. Powrót do obowiązku posiadania
karty rowerowej i tak niczego nie zmieni, bo taka karta nie zapewni rowerzystom
bezpieczeństwa, tak jak nie daje go kamizelka odblaskowa i kask na głowę.
Stłuczki i kolizje się zdarzają, a wychodzi z niej zwycięsko ten, który jest
silniejszy. A to sprawia, że już na starcie jesteśmy na straconej pozycji.
Marzy mi się, aby wreszcie ktoś pomyślał o nas, o naszym bezpieczeństwie i
spojrzał na nas inteligentniejszym wzrokiem niż dotychczas i zamiast tworzyć
kolejne nakazy, wreszcie stworzył życiowe przepisy, których przestrzeganie
zapewni ochronę zdrowia i życia, a nie będzie je narażać.
Ostatnio moim głównym środkiem lokomocji jest rower. I
teraz, kiedy jeżdżę dwa razy dziennie rowerem, aby dojechać do pracy, zaczynam
dostrzegać, jakie trudne jest życie rowerzysty. I wcale nie mam tu na myśli
ciągłej ucieczki przed deszczem, czy potrzeby przebierania spoconych ubrań, gdy
już dotrze się na miejsce. Pomijam na razie także to, że mało jest na mieście
porządnych stojaków na rowery, gdzie można przyczepić swój pojazd za ramę
rowerową, a nie za koło (żeby się po powrocie nie zdziwić, że z naszego roweru
zostało tylko koło i zapięcie zabezpieczające). Zapominam na chwilę o ciągłych
obawach o swój środek lokomocji, który w ciągu kilku minut pracy złodziejskiej
może niepostrzeżenie zmienić właściciela. To też są sprawy utrudniające
poruszanie się rowerem. Ale największą moją udręką jest zupełnie inny obszar.
Chodzi mi mianowicie o powierzchnię do jeżdżenia. Prawda
jest taka, że wszystkim rowerzyści przeszkadzają. Przepisy drogowe zabraniają
poruszania się rowerem po chodniku, zobowiązując rowerzystów do jeżdżenia po
ulicy, lawirując i codziennie walcząc o życie wśród spieszących i nieuważnych
kierowców aut lub do szukania specjalnych dróg rowerowych, których w naszym
kraju jak na lekarstwo. Do rozpaczy doprowadza mnie to, że nasze drogi rowerowe
wyrastają znikąd i do nikąd prowadzą. W związku z tą niekompatybilnością
przepisów drogowych i rzeczywistości, rowerzyści narażani są na falę
nienawiści, lub łagodniej ujmując, złości.
Cudownie, że ktoś, kto tworzył przepisy drogowe, martwił się
o nasze bezpieczeństwo i stworzył specjalnie dla nas ten nakaz jeżdżenia po
wyznaczonych drogach rowerowych. Szkoda tylko, że nikt nie zastanowił się nad
tym, jak wygląda infrastruktura tychże dróg w naszym kraju. Ja gołym okiem wiem
to, co powinni wiedzieć i czemu powinny przeciwdziałać władze miast. Dróg
rowerowych jest za mało, są bezmyślnie stawiane, bez sieci połączeń między
jedną nicią a drugą i często prowadzą pod koła samochodów. Na mojej codziennej
trasie widnieje przynajmniej jedna taka ścieżka rowerowa. Pojawia się nagle,
dzieląc chodnik na dwa obszary i tak samo nagle znika, jak mara senna czy duch.
Wracając z pracy ulicą (próbując trzymać się nakazów kodeksu drogowego) mogę zjechać
z tejże ulicy (tu również trzymam się przepisów, zabraniających mi jeździć
ulicą, gdy tylko pojawi się droga dla rowerów) wprost na krawężnik,
oddzielający mnie od mojej pojawiającej się nagle ścieżki rowerowej (pod
warunkiem, że nie rozwalę sobie podczas tego manewru koła lub nie przewrócę się
pod koła pędzących samochodów), po czym mogę śmiało przydeptać na pedały, aby
wreszcie moją, stworzoną specjalnie dla mojej wygody i wygody przechodniów,
rowerową drogą pomknąć do domu… przez mniej więcej kilometr. Bo nagle droga rowerowa
się urywa i prowadzi prosto na chodnik, a przede mną wyrasta groźna tablica, że
dalej nie mogę już jechać. Co mi pozostaje, jeśli nadal chcę żyć w zgodzie z
przepisami drogowymi? Lawirować znowu między ludźmi lub zsiąść z roweru i
kolejne 3 kilometry przejść pieszo, prowadząc mój środek lokomocji koło siebie,
lub przejechać przez pas trawy oddzielający nagle zanikłą ścieżkę rowerową od
ulicy i zeskoczyć na rowerze, niczym jakiś kaskader, z krawężnika, starając się
nie wjechać w nadjeżdżający samochód, po czym ruszyć wraz ze sznurkiem aut,
przyczyniając się do własnej śmierci, lub powiększenia korka ulicznego.
W drugą stronę, na tym samym odcinku, jest jeszcze
ciekawiej. Jadę dokładnie tą samą trasą rowerową, ponieważ nie ma miejsca, aby
po obu stronach ulicy wytyczyć trasę dla rowerzystów, po czym, gdy nagle przed
moimi oczami wyrasta tablica zakazująca mi dalszego ruchu, mogę moimi właśnie
nabytymi umiejętnościami kaskadera zeskoczyć ładnie z krawężnika na ulicę,
idealnie pod prąd. Albo znowu wjechać między ludzi, podążających chodnikiem do
swoich obowiązków.
Dodam, że kompletnie nie znam się na przepisach drogowych,
nie wiem, kiedy mam pierwszeństwo, a kiedy powinnam kogoś przepuścić. A już na
samą myśl o pokonaniu jakiegokolwiek ronda w moim mieście, gdzie co rusz są
stłuczki, serce zamiera mi w piersiach. Jestem więc zmuszona jeździć
nieistniejącymi drogami rowerowymi lub, wbrew przepisom, chodnikami.
Ewentualnie mogę też całkowicie zrezygnować z jazdy rowerem, przyczyniając się
do narastania tłuszczu wokół moich organów wewnętrznych, upadku kondycji
fizycznej, pogłębiania krzywizn kręgosłupa od siedzącej pracy, powiększając
tłumy, oblegające autobusy, odbierając tym samym starszym i schorowanym osobom
możliwość swobodnego poruszania się komunikacją miejską, a nawet stając się
tysięczną osobą w kolejce po rehabilitację wymęczonych siedzeniem kończyn.
Wiecie co, wolę jednak codziennie narażać się na mandat za
jeżdżenie po chodnikach, a jednak mieć trochę ruchu w tym codziennym zgiełku.
Moim obecnym marzeniem jest, aby ktoś przy władzy wreszcie popukał się w głowę,
popatrzył na infrastrukturę dróg rowerowych i zbudował porządny plan, całą sieć
powiązań między takimi drogami, które nie znikają nagle, nie zmuszają do
nagłego włączania się do ruchu samochodowego i trzymają nas w bezpiecznej
odległości od przechodniów. Moim zaś pomniejszym marzeniem jest to, aby
budowniczy takich tras rowerowych pamiętali o naszych wrażliwych na wstrząsy
szprychach w kołach i darowali sobie stawianie wcale nie niskich krawężników,
oddzielających ulicę i przejście dla pieszych i rowerzystów. Zapewne ideą tego
bezsensownego rozwiązania jest zmuszenie rowerzysty do przyhamowania, zanim ten
wjedzie na ulicę. Ale prawda jest taka, że ten, kto pędzi na złamanie karku i
tak nie przyhamuje, tylko podniesie się na pedałach, żeby zminimalizować
wstrząsy, ryzykując przy okazji bezpieczeństwo własne i kierowcy nadjeżdżającego
w tym samym czasie auta. Reszta myślących użytkowników rowerów zatrzyma się,
lub zwolni przed wjazdem na ulicę z własnej ostrożności, nieważne, czy będzie
tam krawężnik, czy nie. Mnie denerwują te krawężniki, bo przez nie mam
skrzywione koło, mimo iż przy każdym takim zjeździe zwalniam do maksimum. Ale
te wszystkie mikrowstrząsy, którym ulega mój rower, po miesiącach użytkowania
muszą się odbić na kołach. A nikt mi za naprawę nie zapłaci.
W moim mieście jest jedna trasa marzeń, dla ludzi takich jak
ja: którzy chcą bezproblemowo dostać się z jednej, odległej części miasta, do
drugiej. Ta trasa wiedzie przez kilkanaście kilometrów i w 40 minut pozwala mi
ominąć cały ruch uliczny, wszystkie krawężniki, chodniki, przechodniów, kilka
osiedli i już jestem w drugiej części miasta. Kocham tę trasę, ponieważ nie
muszę na niej ryzykować własnego życia ani swojego spokoju sumienia. Bo czasem,
jadąc ostrożnie chodnikiem, widzę te złe, nierozumiejące spojrzenia, jakimi
jestem częstowana na swoich trasach. Kiedyś nawet trafiła mi się wiązka obelg
od pewnego staruszka za to, że ośmieliłam się jechać rowerem po polnej drodze w
parku, którą to drogą dziadek skrócił sobie swój spacer do domowych pieleszy.
Byłam tym niesprawiedliwym atakiem tak zaskoczona i zszokowana, że do dzisiaj,
jadąc chodnikiem, podświadomie wyczekuję jakiegoś ataku w moją stronę.
To prawda, że wielu rowerzystów, kiedy jadą, uważają się za
panów świata i pędzą jak szaleni, niemal z cyrkową zręcznością wymijając
wystraszonych przechodniów. Ale nie powinno się z tego powodu wrzucać
wszystkich do jednego wora. Kiedy ja jeżdżę chodnikiem, ponieważ zmusza mnie do
tego nieistniejąca infrastruktura ścieżek rowerowych i instynkt
samozachowawczy, ostrzegający mnie przed jazdą ulicą, wiem, że jestem tu
intruzem i tak też się czuję. Dlatego zwalniam, kiedy jadę koło przechodniów, a
kiedy przejeżdżam obok dziecka lub zwierzęcia, to równie dobrze mogłabym iść,
takim ślimaczym tempem się poruszam, pamiętając, że dzieci i zwierzęta mogą być
nieprzewidywalne. I pomimo tych wszystkich środków ostrożności, wciąż mijam te
niezadowolone spojrzenia i aż kulę się wewnętrznie na myśl o ataku. Obawiam się
też policjantów i straży miejskiej, modląc się w duchu, żeby zrozumieli moją
potrzebę poruszania się rowerem i obawę jeżdżenia jedną drogą z samochodami.
W starciu z samochodem rowerzysta ma naprawdę niewielkie
szanse. Niech nawet ma tę żółtą odblaskową kamizelkę, kask na głowie i oczy
dokoła głowy. I tak na szalonych kierowców nic nie poradzi, gdy ktoś będzie,
celowo lub przypadkowo, próbował zepchnąć go z drogi. Wiem, też wrzucam
wszystkich kierowców aut do jednego wora, ale nieraz już byłam zmuszona jechać
poboczem i byłam świadkiem różnych brawurowych zachowań na drodze, gdy trzeba
było mnie wyminąć, bo kierowcy się spieszyło i nie chciał czekać, aż samochód z
naprzeciwka przejedzie, dając mu wolną rękę do bezpiecznych manewrów. Mam tez
wrażenie, że kierowcy nie zdają sobie sprawy, jaki odrzut ma szybko mijający
samochód. Gdy taka fala szybkości uderzy w rowerzystę, może się to skończyć
tragicznie. Czasem, kiedy jadę z mężem naszym starym samochodem i ktoś nas
szybko mija, czuję że nasz samochód aż zarzuca od tego pędu drugiego samochodu.
Niby przepisy się zmieniły i rowerzysta jest teraz
pełnoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego, ma więc prawo jechać środkiem pasa
na ulicy, to jednak każdy rowerzysta wie, że te przepisy są nierealne. Nawet
najszybszy rowerzysta przegrywa z możliwościami samochodu. Ludzie są z kolei z
natury niecierpliwi i kiedy jadą samochodem, chcą dojechać na miejsce szybko i
bez przeszkód. A jadący sobie środkiem pasa rowerzysta jest taką przeszkodą,
którą trzeba jak najszybciej i niekoniecznie bezpiecznie dla niego, ominąć.
Niedawno nawet miałam rozmowę z moją zmotoryzowaną kierowniczką, która
narzekała na jadących ulicą rowerzystów, spowalniających i tak już spowolniony
korkami ruch.
Nawet kontra-pasy, wydzielane dla rowerzystów, są solą w oku
kierowców. Taki pas rok temu wyznaczono wzdłuż głównej ulicy mojego miasta.
Kiedyś były tam parkingi, gdzie można było zostawić samochód i udać się do
jednego z licznych sklepów usytuowanych wzdłuż tej ulicy. Obecnie miejsce to
zostało zabrane kierowcom samochodów i oddane do użytku rowerzystom. Zgiełk z
powodu tego rozwiązania zrobił się niesamowity. Wszyscy (prócz nareszcie
uszczęśliwionych rowerzystów) byli niezadowoleni. Kierowcy, bo nie mają gdzie
swoich aut stawiać, sklepikarze, bo ruch im od razu maleje, kiedy nie ma
parkingów. Zatem władze podjęły decyzję, że kontra-pas będzie dla rowerzystów
dostępny tylko w okresie letnim. I znów rowerzyści przegrali z kretesem z
czyimiś interesami. Ale chyba w tym przypadku nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ponieważ okazuje się, że kontra-pas jest właściwie ziemią niczyją, w związku z tym każdy zagarnia ją dla siebie. I w ten sposób staje się on prawdziwym zagrożeniem dla rowerzystów. W moim mieście taki kontra-pas idzie wzdłuż jednej z najbardziej ruchliwych ulic miasta. Jeden dość wąski pas ma pomieścić rowerzystów jadących w obie strony. A że jest usytuowany zaraz przy chodniku, znienacka wyskakują na niego piesi, przechodzący w niedozwolonych miejscach przez ulicę. Również kierowcy aut zapominają całkiem, że ten odcinek trasy przeznaczony jest dla rowerzystów, a nie dla mijających się aut. Ale nie tylko mijają się na nim auta, łamiąc przepisy drogowe i zagrażając rowerzystom. Wjeżdżają na niego bez ostrzeżenia auta, wyjeżdżające z przecinających główną drogę pomniejszych ulic. W ogóle przy tym nie zważając na kontra-pas i na jadących nim rowerzystów. Dzięki tej kompletnej ignorancji pewnego dnia mój kolega wylądował na przystanku, próbując wyminąć przeszkody w postaci przechodniów i aut, nagle wkraczających lub wjeżdżających na jezdnię.
Ale co się dziwić, że kierowcy nie szanują przestrzeni wydzielonej wzdłuż ulic, skoro nie szanują również dróg rowerowych przecinających ulice wraz z pasami dla pieszych. Kilkakrotnie byłam świadkiem, na tym samym odcinku, często zakorkowanym, jak kierowcy aut wjeżdżają na taką drogę rowerową, zatrzymując się przed pasami dla pieszych, ale kompletnie ignorując drogę rowerową, całkowicie zagradzając w ten sposób ruch dla rowerzystów, którzy muszą wówczas kluczyć między pieszymi lub czekać na kolejne światła i modlić się, aby znów jakiś nieodpowiedzialny kierowca nie wciskał się na siłę w rząd stojących w korku aut.
Nikt nas nie chce, nikt nas nie szanuje. Rowerzystów jest
coraz więcej, a możliwości ruchu tym środkiem lokomocji nie przybywa. Kierowcy
nas nie chcą, bo przeszkadzamy, piesi nas nienawidzą, bo ponoć narażamy ich na
niebezpieczeństwo. A co z rowerzystami, którzy nieraz napotykają na specjalnie
dla nich wyznaczonych trasach, pieszych, przechadzających się z minami panów wszechświata
z wózkami, z dziećmi, z psami i nawet całymi grupkami, udając lub nie
zauważając, że właśnie tarasują przejazd dla rowerów? Niestety piesi
zapominają, że trasa rowerowa jest jak ulica i nie jest to kolejny chodnik,
utworzony dla ich wygody. Ludzie wiedzą, że po ulicy nie można sobie
spacerować, ale jakby zapominali, że trasa rowerowa też jest ulicą, ale dla jednośladów.
Często mijam takie „ślepe” przypadki, spacerujące sobie z głową w chmurach,
zdziwieni, że nagle wyrasta przed nimi rowerzysta, cofając się tylko odrobinę,
aby przepuścić tego jednego rowerowego natręta i pozostając na tej trasie,
jakby to było ich niepisane prawo. Często też ludzie, wychodzący np. z
autobusu i przecinający na pasach trasę rowerową, nie idą po niej w
wyznaczonych do tego miejscach, tylko idą sobie wzdłuż takiej drogi, ignorując
to, że pasy się już dawno skończyły lub przechodząc na całej długości takiej
trasy, jakby nie widząc pasów przejścia w jednym konkretnym miejscu. Gdyby
poruszali się w taki sam sposób po ulicy, dostaliby mandat. Wiedzą o tym,
dlatego nikt tak nie zachowuje się na ulicy. Nie robią tego także dla własnego bezpieczeństwa, bo
nikt nie chce być rozjechany przez samochód. Ale trzeba pamiętać, że to samo
może stać się na drodze rowerowej. Tam też można zostać potrąconym, wkraczając
nagle w nieoznakowanym miejscu pod koła roweru. Nie powinno się zapominać, że
droga rowerowa jest równie niebezpieczna, co ulica pełna samochodów. A kiedy
zwróci się uwagę takiemu zabłąkanemu przechodniowi, tak jak to przechodnie nie
omieszkają robić na swojej przestrzeni chodnika, to od razu następuje obraza i
wyzwiska. Kultura i troska o własne bezpieczeństwo powinna być zakodowana w
genach lub uczona w szkołach, niestety czasem mam wrażenie, że już dawno
zaniknęła, wraz z rozwojem cywilizacji. Niebezpieczeństwo dla rowerzystów stanowią także ludzie spacerujący z pieskami wzdłuż tras rowerowych. Brak wyobraźni powoduje, że pozwalają swoim pupilom wędrować na rozciągliwych smyczach po całej szerokości chodnika, także tam, gdzie zaczyna się droga rowerowa. A niestety taka cienka, czarna smycz nie jest czymś, co łatwo zobaczyć, jadąc rowerem. W taki sposób znajomy kolegi wplątał się w smycz, ciągnąc zwierzaka za sobą. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak niebezpieczna była ta sytuacja, zarówno dla człowieka, jak i zwierzęcia.
Brak zrozumienia kładzie się cieniem na moje codzienne
podróże rowerowe. A rower jest najlepszym środkiem lokomocji, jakie wymyślono.
Jest tani w eksploatacji, ekologiczny, tani do kupienia, jest mnóstwo serwisów rowerowych,
gdzie można za małe pieniądze naprawić uszkodzenia. Rower wspomaga zdrowie,
jest napędzany siłą własnych mięśni, więc żadne zwierzę nie cierpi dla
przyjemności rowerzysty, jest szybki, wszędzie można nim dojechać, a jazda nim
to czysta przyjemność. Gdyby nie brak tras rowerowych, ciągle czające się niebezpieczeństwo
utraty roweru na rzecz złodzieja i niewielka ilość miejsc, gdzie można
„zaparkować” rower, powiedziałabym, że rower to ideał. Ale na wszystko można
znaleźć rozwiązanie. Lecz by tego chcieć, najpierw trzeba zrozumieć problemy
rowerzystów, którym łatwo można zaradzić. Wystarczy tylko odrobina kultury,
chęci i zrozumienia. Życzę wszystkim rowerzystom, aby pozytywne dla nas zmiany
wreszcie się dokonały i byśmy bez problemu mogli jeździć naszym super środkiem
lokomocji bez miliona trosk na głowie.
P.S. Ostatnio znajomej policjant powiedział, że jeśli już musi jechać chodnikiem, to powinna jeździć przy samej ulicy i wtedy powinno być ok. Postanowiłam wypróbować tę poradę i już po jednym dniu stwierdziłam, że nadaje się do kosza. Kiedy jeździ się po chodniku, wśród pieszych, należy zachowywać się tak, jak oni- mianowicie poruszać się bez żadnych zasad. Jeździć tam, gdzie akurat jest wyrwa, odgadywać przyszłe wydarzenia, aby nie zderzyć się z nagle zmieniającą kierunek osobą. Kiedy próbowałam jeździć przy ulicy, tak jak polecał pan policjant, okazało się, że jestem zmuszona dużo częściej do różnych dziwnych manewrów pomiędzy przechodniami, dużo niebezpieczniejszymi dla mnie i dla nich. Po prostu człowiek na chodniku jest władcą i królem i nie zamierza respektować innych użytkowników swojego małego królestwa. Zatem pozostaję przy swoim własnym, z pozoru chaotycznym sposobie poruszania się po chodniku na rowerze, ale dużo sensowniejszym i bezpieczniejszym dla wszystkich.
P.S.2 Wczoraj byłam świadkiem, jak rowerzysta wjechał na ulicę drogą rowerową, a kierowca auta, który akurat przejeżdżał i musiał się zatrzymać, krzyknął przez okno, że pasy są dla pieszych. Piszę o tym, ponieważ zdenerwował mnie ten incydent. Jeśli ktoś nie zna się na przepisach, pozwalających przejechać przez ulicę na drodze rowerowej (na której nawiasem mówiąc nie ma pasów, tylko prowadzi przez jezdnię tuż obok pasów), to nie powinien się wymądrzać.
A oto przykład, w jakim poważaniu ma się drogi rowerowe w naszym pięknym kraju:
Drogi "duchy" - pojawiają sie i znikają, prowadzą przez nieznane lądy, pozostawiając po sobie klimat zamieszania:
... I na końcu mały żarcik dla rozładowania poważnej atmosfery posta...
Moja mama pochodzi ze wsi. Atam ludzie mają zupełnie inną mentalność. Przynajmniej ci, których znam,
czyli ludzie starsi, poprzednie pokolenie. Oni mierzą wartość zwierząt ich
przydatnością w gospodarstwie. Jeślinie
widzą pożytku ze zwierząt, po prostu ich nie trzymają. I tak psy pilnują
obejścia, bronią drób przed atakami lisów, koty polują na myszy i inne
gospodarskie szkodniki. Na wsi nie traci się pieniędzy na weterynarzy. Jeśli
zwierzę zachoruje, czeka się czy jego organizm sam da sobie radę z chorobą.
Jeśli pies lub kot zdechnie, zastępuje się go innym. Bez zbędnych uczuć, jeśli
nie liczyć kłopotu znalezienia następnego zwierzaka.. A sprawę kontroli narodzin załatwia się samemu, w dość brutalny sposób. Inaczej ma się sprawa z krowami czy świniami.
Gdy te zachorują, wzywa się weterynarza, ale nie z powodu wyższych uczuć, ale by
uratować włożone w zwierzę pieniądze. Może i powoli się to zmienia na wsiach,
ale wciąż psy cierpią na łańcuchach, a młode kociaki zdychają bez pomocy
lekarskiej. Ja pamiętam z czasów kiedy byłam dzieckiem, że nie planowane
kocięta i psiaki topiono, aby pozbyć się niewygodnego kłopotu. Nikt wtedy nie
myślał, aby oddać je do schroniska, bo takie były tylko w miastach, a szkoda
było pieniędzy na paliwo. Nie wiem, czy dużo się w tej kwestii na wsi zmieniło od czasu
mojego dzieciństwa, ale nie sądzę. Jednak nie chcę o tym myśleć,
gdyż powoduje to ból w moim sercu. Dla mnie każda żywa istota zasługuje na to,
by żyć, nawet jeśli inni uważają, że jest nieprzydatna.
Mimo, że jestem córką mojej matki,
wychowanej w braku miłości do zwierząt, jestem zupełnie inna niż ona. Kocham
wszystkie zwierzęta i chciałabym pomóc każdemu, które potrzebuje pomocy. Mam
takie wspomnienie z dzieciństwa, które zawsze wywołuje w moich oczach łzy
bezsilności. Pewnego dnia znalazłam pod oknami naszego bloku malutkiego
kociaczka. Być może został porzucony przez matkę żyjącą na wolności, ale równie
dobrze mógł go wyrzucić z domu człowiek, dla którego był problemem. Kociak miał
zaropiałe oczka i nic nie widział. Ciągle tylko miauczał, jakby chciał
przywołać matkę. Ta jednak była głucha na jego wołania. Gdy usłyszałam to
piskliwe miauczenie, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak pewien mężczyzna
wrzuca kociaka do niewielkiego dołku, gdzie tkwiło okno od piwnicy. Kociak,
mimo że nic nie widział, instynktownie wydrapał się z tego dołka i zaczął iść w
kierunku mężczyzny, prawdopodobnie czując jego zapach. Na to mężczyzna wrzucił
go ponownie do dołka i odszedł. Pewnie chciał, żeby kociak wszedł przez okno do
piwnicy. Widocznie nie zdawał sobie sprawy, że okno było zbyt wysoko i kociak, nic
nie widząc, mógłby się zabić, spadając do piwnicy. Szybko więc wyszłam z domu i
zabrałam go z tego niebezpiecznego miejsca. Niestety nie miałam z nim co
zrobić, bo mama nie chciała go widzieć w domu. Wyszłam więc z nim z mieszkania,
i poszłam w jakieś ciche miejsce na podwórko. Tam usiadłam i otulałam kociaka
dłońmi, chroniąc go przed chłodem. Nie miałam pieniędzy aby kupić dla niego
mleka, w domu zaś nie było nic stosownego dla niego, czym mogłabym go nakarmić.
Mama natomiast nie chciała słyszeć o jego zatrzymaniu. Byłam zdana sama na
siebie, małe dziecko, które rozpaczliwie chciało pomóc biednemu zwierzęciu.
Jednak jedyne co mogłam zrobić, to trzymać go na rękach i od czasu do czasu
przemywać mu oczka rumiankiem, którego kilka saszetek pożyczyłam od kuzynki.
Nigdy nie zapomnę tego
uczucia bezsilności. Żałowałam, że nie jestem dorosła. Wtedy na pewno miałabym
pracę i mogłabym kupić małemu przybłędzie wszystko czego potrzebował. Miałabym na pewno swój
dom, gdzie mogłabym go zatrzymać. Jedyną pociechą dla mnie było to, że kociak
milkł i zasypiał jak tylko brałam go w dłonie. Był tak mały i bezbronny, czułam
że beze mnie nie przeżyje. Gdy tylko stawiałam go na czymś, co nie miało mojego
ciepła i zapachu, kociak zaraz zaczął miauczeć i próbował iść na swoich drżących
łapkach. A kiedy znów go brałam na ręce lub na kolana, momentalnie się
uspokajał. Siedziałam tak z nim wiele godzin, w ogóle nie czując upływającego
czasu. Wreszcie zapadł zmierzch i trzeba było kociaka gdzieś odstawić. Nie
mając innego wyjścia, zaniosłam go do piwnicy. Wzięłam jakąś starą szmatę,
znalezioną na dworze i zrobiłam mu posłanie koło naszych drzwi do komórki
piwnicznej. Przedtem dokładnie przeszukałam korytarze, z nadzieją, że znajdę
matkę malca. Nadzieje okazały się płonne i musiałam z ciężkim sercem zostawić
malucha samego. Oczywiście miauczał za mną, ale choć serce mi pękało, nie
miałam innego wyjścia. Bałam się co zastanę następnego dnia. Kiedy z
drżącym sercem schodziłam do piwnicy z samego rana, miałam różne okropne wizje. Żadna z
nich na szczęście nie okazała się prawdziwa. Kotek wciąż był tam, gdzie go
zostawiłam. Był cichutko, na pewno zmęczony płaczem, jednak kiedy usłyszał moje
kroki i moje wołanie, zaczął znowu miauczeć i iść w moją stronę. A kiedy brałam
go na ręce, zaraz zasypiał. Tak spędziliśmy dwa dni, spędzając wiele godzin
razem. Kotek otrzymał imię Miniuś. Dałam mu kawałek pasztetu, który niezdarnie lizał,
nie wiedząc jak zrobić użytek z małych ząbków. Raz podeszła do nas starsza pani
i powiedziała do mnie, że męczę kotka. Sama nic dla niego nie zrobiła, chociaż
miała większe możliwości niż ja, a tylko potrafiła mówić mi bezduszne i nieprzemyślane rzeczy, robiąc mi tym wielką
przykrość. W końcu nastał wieczór i musiałam odnieść kotka do piwnicy. Znał już
swoją szmatkę, więc kiedy go na niej sadzałam, był cichutko, tylko trochę miauczał.
Nie ruszał się też niej, jakby się bał, że się zgubi i go nigdy nie odnajdę. Kiedy
go ostatni raz zostawiłam na szmatce w piwnicy i wychodziłam na klatkę,
usłyszałam trzech chłopców, którzy kręcili się po piwnicy. Piwnica w moich
czasach była źródłem wielu zabaw dziecięcych i tego dnia się złożyło, że tych trzech
chłopaków znalazło się przypadkowo koło mojego malutkiego Miniusia. Usłyszałam
tylko: „zobaczcie, kotek!”. Byłam wtedy tylko małą dziewczynką, a stawianie
czoła trzem chłopakom to było dla mnie za wiele. Wyszłam z piwnicy i jak struta
kręciłam się po podwórku, po czym po pół godzinie wróciłam sprawdzić, jak się
ma moje maleństwo. Niestety zostałam tylko pustą szmatkę i ciszę dookoła. Kotek
nie zareagował na moje wołanie ani go nigdzie nie znalazłam. Znalazłam się w
otchłani rozpaczy i do dnia dzisiejszego pamiętam każdą minutę tamtych
wydarzeń. Myśl, że coś się stało Miniusiowi była dla mnie zbyt bolesna, więc
wytłumaczyłam sobie, że któryś z chłopaków wziął małego do siebie i się nim
zaopiekował lepiej niż ja mogłam. Ale wciąż męczę się z niepewnością, co się właściwie z nim stało...
Tamto wydarzenie było dla mnie
podwójnie bolesne, bo nie dość, że sama nie mogłam nic zrobić, to moja mama
odmówiła pomocy, ponieważ jej serce stwardniało przez lata patrzenia, jak źle
się traktuje zwierzęta w jej środowisku. Żyjąc w otoczeniu ludzi, którym
świadomość cierpienia zwierząt była obca, uznała że życie kociaka jest za mało
warte, aby poświęcić mu pieniądze i czas. Nie wzruszyła jej nawet prośba
wrażliwego dziecka, bo nie rozumiała moich uczuć. Pewnie nawet nie zdaje sobie
sprawy, że wspomnienie tamtego wydarzenia z dzieciństwa wciąż mnie rani. Trudno
jej się dziwić, skoro została wychowana w twardych warunkach, gdzie liczył się
tylko człowiek i jego przetrwanie.
Ja jestem zupełnie inna, mam
całkowicie odmienne poglądy. Moja mama śmieje się z ludzi, którzy rozmawiają ze
zwierzętami, uważa, że psy powinny żyć wyłącznie przy budzie, prędzej by chyba
umarła niż zjadła u kogoś, kto pozwala psu wylizywać talerze po jedzeniu. Gdy
ogląda w wiadomościach program o maltretowanych zwierzętach i słyszy, że ludzie
za złe traktowanie zwierząt otrzymują kary, dziwi się, że ktoś się w ogóle
takimi sprawami zajmuje i mówi, że sądy lepiej by zajęły się karaniem
prawdziwych przestępców. Wtedy ja jej tłumaczę, że ludzie mają ochronę,
natomiast zwierzęta są zupełnie bezbronne i nikt nie dba o ich bezpieczeństwo,
tak mało one dla ludzi znaczą. Jednak wiem, że to w ogóle do niej nie trafia i
przy następnych tego typu wiadomościachznowu słyszę te same, pełne pogardy dla zwierzątteksty. Podczas gdy ja uważam, że zwierzęta
nie służą wyłącznie zaspokojeniu naszych potrzeb, że też czują ten sam ból co
człowiek i należy im się godne traktowanie, moja mama wyśmiewa potrzebę ludzi,
którym zdechło zwierzę, do godnego pochowania zwłok zwierzęcia na cmentarzu dla
zwierząt. Wychowana w przekonaniu, że zwierzę to rzecz i można ją wyrzucić, gdy
staje się niepotrzebna, nie potrafi zrozumieć miłości, którączłowiek może czuć do innej istoty,
nie będącej człowiekiem. Ta przepaść między nami dwiema dała impuls do moich
dzisiejszych rozważań. Czy naprawdę jest w tym coś złego, że chowamy naszych
zwierzęcych przyjaciół, z którymi przeżyliśmy czasem wiele lat, na specjalnym
cmentarzu? Czy to wstyd i hańba, że potem odwiedzamy te groby? Czy to śmiechu
warte, że uronimy łzę nad takim grobem, lub gdy wspominamy nasze wierne zwierzęta?
Jako miłośniczka zwierząt nie mogę
być obiektywna w tej sprawie, zdaję sobie z tego sprawę. Jednak czy nie wydaje
się Wam, że istota żyjąca, oddychająca i czująca, nie ma prawa do szacunku i
miłości? Ja wiem, że zwierzęta potrafią kochać, bo inaczej jak wytłumaczyć to,
że bite i dręczone zwierze wciąż jest lojalne wobec ludzi? Nie traci zaufania i
wciąż kocha człowieka? Jak wytłumaczyć fakt, że w wiadomościach co jakiś czas
pojawia się informacja o psach ratujących życie ludzkie? I wcale nie mówię o
tych specjalnie w tym celu trenowanych. Mówię tu o zwykłych domowych psach.
Uważam, że za taką bezwarunkową miłość należy odpłacić się tym samym.
Dlatego uważam, że nie ma absolutnie
nic wstydliwego okazywać uczucia swoim pupilom, a po ich śmierci oddać im hołd,
chowając ich na cmentarzu dla zwierząt, lub chociażby w przydomowym
ogródku. A gdy komuś nie starcza wspominanie zwierzątka, nie mam nic przeciwko
odwiedzaniu jego grobu, jeśli komuś ma to pomóc z uporaniem się z poczuciem
straty. Wszystko co kochamy i tracimy ma jakiś wpływ na nas. Dlaczego więc mamy
się wstydzić jednych uczuć, a innych nie? Dlaczego wspominanie zmarłych osób z
rodziny jest w porządku, a zmarłych zwierzęcych przyjaciół, do których
przywiązaliśmy się przez lata- już nie? Wszystko zależy od poziomu wrażliwości
poszczególnych osób, i nie powinniśmy brać sobie za cel śmianie się z uczuć i
przekonańinnych, nawet jeśli nasze
przekonania są zupełnie inne.
A czy sama miłość do zwierząt,
jawnie okazywana, musi być czymś złym? Przecież to normalne, że kochamy coś, co
widzimy codziennie i co sprawia nam radość. Jako dzieci każde z nas miało
ulubioną zabawkę, którą kochało ponad wszystko i nikt się z tego nie śmiał.
Dlaczego więc śmiać się z miłości do żywego stworzenia? Poza tym jak tu nie
kochać zwierząt? Są one takie słodkie. Każde z nich ma jakieś swoje zabawne
przyzwyczajenia, zupełnie jak ludzie. To świadczy o tym, że mają, jeśli nie
duszę, to chociaż uczucia, które należałoby szanować. Jak przebiegnę myślami po
swoich znajomych posiadających zwierzęta, to stwierdzam, że każdy z tych
zwierzaków ma swoje charakterystyczne cechy, wyróżniające je spośród innych
zwierząt, tak jak każdy człowiek jest inny i niepowtarzalny w tłumie ludzi.
Na przykład wilczur Fox, mimo że już
dawno jest dorosły, wciąż zachowuje się jak szczeniak. Cieszy się niesamowicie
z każdej wizyty, rzuca się na ludzi z radością, nie zważając na to, że jak
stanie na tylne łapy, to przewyższa niejednego człowieka. Jako powitanie nie
ściska ręki jak człowiek, ale na swój zwierzęcy sposób robi dokładnie to samo,
tylko pyskiem. Chwyta delikatnie rękę w przegubie i trzyma ją przez chwilę w
pysku jak patyk. Nie wiadomo z jakiego powodu boi się różnych rzeczy, które moi
znajomi wykorzystują, żeby zagradzać pokój dzienny podczas ich nieobecności.
Robią to w obawie przed zniszczeniami, jakich Fox mógłby dokonać w ich
mieszkaniu z nudów. Takimi straszakami są wiklinowy papasan, drabina, odkurzacz
i zielone hula-hop. I wystarczy, że w progu położą hula-hop, a pies nie wejdzie
do pokoju. Tylko czasem się zdarzy, że pod wpływem wielkiej odwagi, czy
zwykłego zapominalstwa, gdy nie zauważy leżącego hula-hop, wejdzie do pokoju,
lecz potem nie jest w stanie z niego wyjść, ogarnięty strachem. I tak jak
zawsze na odgłos otwieranych drzwi przybiega w szale radości, tak odgrodzony
hula-hop tylko szczeka nieszczęśliwie w progu pokoju dziennego, prosząc ouwolnienie. Jest przy tym tak
zabawny i słodki, że moi znajomi nie są w stanie złościć się na niego, że
przeszedł przeszkodę, nawet jeśli znajdą w pokoju resztki odgryzionej tapety,
czy kabla. Fox jest tak inteligentny, że jak coś zbroi to dobrze o tym wie i nie
chce wtedy przyjść na zawołanie i patrzeć na podtykany mu zepsuty przedmiot.
Przywoływany z naciskiem w głosie przyjdzie tylko na chwilę, ale jak zobaczy,
że chodzi o zniszczoną rzecz, zaraz ucieka spojrzeniem, a potem umyka w kąt, na
swoje posłanie, chcąc odnaleźć tam ratunek. Kiedyś pogryzł pilota od
telewizora. Znajomi następnego dnia kupili nowy i położyli na kanapie.
Zapatrzyli się w telewizor i przestali zwracać uwagę na psa. A kiedy w pewnym
momencie, zaniepokojeni jakimś delikatnym dźwiękiem, nie pasującym do
codziennych odgłosów, spojrzeli na Foxa, ten leżał już z nowym pilotem między
zębami i nadgryzał go z jednej strony. Widocznie zdziwił się, że pilot znowu
jest cały i postanowił rozgryźć tę tajemniczą sprawęJ
Inni znajomi posiadają dwa pieski
tej samej rasy, obie suczki, Negrę i Pusię. Pierwsza pojawiła się u nich Pusia i była bardzo
kochana. Pozwalano jej spać w łóżku i tak do tego przywykła, że zawsze
wieczorem biegła pierwsza do łóżka i czekała na swoich właścicieli. A rano
czaiła się z piłką tenisową nad nimi i patrzyła pilnie w oczy. A kiedy oczy te
otworzyły się, pierwsze co się ujrzało był pysk wyczekującej Pusi, która zaraz
jak tylko zobaczyła, że jej właściciele nie śpią, rzucała się lizać ich po
twarzy. A kiedy przywitaniu stało się zadość, kładła przed nimi piłkę, żądając
zabawy.
Potem przyszła malutka Negra i nagle
Pusia poczuła się odsunięta. Wiadomo, że szczeniak potrzebuje na początku dużo
uwagi i Pusia to zauważyła. Najpierw była jedyna, potem dostrzegła, że pojawiła
się inna istota, która odebrała jej miłość i uwagę właścicieli. Przez długi czas nie
mogła zaakceptować malucha, mimo że były tak naprawdę siostrami. Jak tylko
Negra dotknęła jej miski, Pusia nie chciała już jeść tego, co tam było. Zachowywała
się jak dziecko zazdrosne o nowo narodzoną siostrzyczkę. Kiedy o tym usłyszałam,
utrwaliło się we mnie przekonanie, że zwierzęta też mają uczucia wyższe,
którymi tak szczycą się ludzie. Gdyby to nie była prawda, Pusia nie zachowywała
by się jak zazdrosne o miłość rodziców dziecko. Kiedy więc ludzie ranią
zwierzęta, ranią je nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Na szczęście po jakimś
czasie Pusia zaakceptowała Negrę i teraz są wielkimi przyjaciółkami. Czasem
nawet jedzą na przemian z własnych misek. Bawią się często razem, a czasem
Negra psoci się Pusi jak małe dziecko. Widać też między nimi ogromną różnicę.
Pusia jest stateczna i spokojna, a szczytem zabawy jest dla niej bieganie po
piłeczkę, przynoszenie jej i oczekiwanie na następny rzut. Może się tak bawić
całymi godzinami i wymęczyć każdego swoją niespotykaną energią, jeśli chodzi o
bieganie za piłką. Podczas jedzenia grzecznie czeka, nie doprasza się o smaczny
kąsek. Gdy przyjdzie wieczór, udaje się spokojnie do łóżka i czeka na przyjście
właścicieli.
Za to Negra jest jak mały szaleniec. Uwielbia przebywać z
człowiekiem i nie pójdzie spać, dopóki znajomi nie udadzą się do łóżka.
Będzie leżała tak długo obok, póki bedzie słyszała głosy właścicieli. Szczytem zabawy dla niej jest zabawa z człowiekiem i podgryzanie go. Podczas
jedzenia wskakuje wszystkim na kolana, by znaleźć się bliżej stołu, po czym
próbuje ściągnąć z niego smakowite kąski, gdy tylko przez chwilę się na nią nie
patrzy. Pochłania wszystko, co dostanie, albo co spadnie ze stołu. Tak samo
szybko zje kurczaka, oliwkę czy mandarynkę. Czasem się śmiejemy, że pewnie
nawet nie czuje smaku tego, co je, tak szybko wszystko przełyka, żeby mieć czas
na wyżebranie jak największej ilości smakowitych kąsków. Uwielbia wylizywać
talerze i sztućce, za każdym razem zaglądając do zmywarki, gdy się do niej
wkłada naczynia. Skacze jak szalona próbując wyrwać człowiekowi jedzenie z
ręki, a taki z niej mały słodziak, że wcale nie musi tego robić, bo pod jej
przymilnym spojrzeniem ugina się nawet najtwardszy przeciwnik dokarmiania psów
jedzeniem ze stołu. Te słodką parę pokochałam z miejsca i myślę, że nikt, kto
posiada choć odrobinę wrażliwości, nie oparłby się temu uczuciu, gdyby poznał
te dwa psiaki.
Z kolei inny znajomy posiada pięknego
owczarka imieniem
Brutus. Jest to kolejny słodziak, na widok którego odczuwam niesamowitą radość.
Jest to pies niezwykły, jedyny w swoim rodzaju. Niby taki jak każdy inny, ale
swoją radością życia i miłością do człowieka wybija się ponad inne. Uwielbia
wykonywać polecenia swojego pana i z taką miłością i radością wpatruje się w
jego ręce pokazujące polecenia, że na sam widok Brutusa oczekującego na nowe
polecenie, uśmiecham się bezwiednie. Uwielbia bawić się w ogrodzie i uciekać
przede mną i gdybym miała tyle siły co on, moglibyśmy się tak bawić od rana do
wieczora. Zawsze rano biega od jednej osoby do drugiej, starając się podzielić
swoją miłość pomiędzy każdego po równo. Zawsze przybiega rano do łóżka, żeby
pobudzić wszystkich śpiących, a kiedy się ze mną wita, najpierw się wtula w nogi, potem kładzie dwie
łapy na moje kolana, potem zaczyna się pchać na mnie całym cielskiem, za nim idzie
jedna tylna łapa i po chwili siedzi już całym ciałem na moich kolanach i na
kanapie, radośnie rozrzucając sierść gdzie się tylko da.
Uwielbia też stać pod nogami, i jak tylko zobaczy, że ktoś stoi z lekko rozsuniętymi nogami, zaraz się tam wciska i z ogromną radością malującą się w oczach patrzy się na wszystkich obecnych, jakby dopraszając się oklasków za tak wspaniałą sztuczkę.
Może to co napisałam o oczach Brutusa, że widać w niej szczerą radość, wydaje
się niektórym dziwne, ale naprawdę u niektórych zwierząt widać w całej
sylwetce, w „uśmiechu” lub w oczach wiele uczuć, których tak im się
konsekwentnie odmawia.
Ludziom wydaje się, że zwierzęta nie czują tak jak my. Według nich nie są istotami rozumnymi, więc
nie myślą, nie odczuwają, potrafią tylko czuć fizyczny ból. Ja jednak myślę, że
one mogą odczuwać znacznie więcej niż nam się wydaje. Próbowałam to udowodnić
wyżej, ale mam jeszcze dwa przykłady, które wydaje mi się, udowadniają, że mam
rację. Na poparcie mojej tezy wspomnę dwa pieski- jeden którego właścicielem, a
raczej opiekunem jest koleżanka z imprez salsowych- Gacek oraz pudelek,
należący do przyjaciółki ze szkoły średniej.
Gacuś został znaleziony przypadkowo. Nie wiadomo czy został
porzucony przez któregoś z mieszkańców, czy przypadkiem wślizgnął się przez
zamykające się drzwi do klatki. Gdy znalazła go moja koleżanka był małym, przestraszonym
szczeniakiem. Siedział w ciemnym kącie, ledwo go było widać, jako że miał
czarną sierść. Był skulony, siedział we własnych odchodach i drżał na całym ciele.
Całe jego jestestwo wyrażało strach. Nie było przy nim matki, nie miał sie do
kogo przytulić, niepewność i brak poczucia bezpieczeństwa spowodowały, że wolał
sikać pod siebie, niż ruszyć się ze swojego kąta w poszukiwaniu matki,
rodzeństwa, czy pożywienia. Nie wiadomo jak długo czekał na ratunek, ale myślę,
że przez cały ten czas mógł odczuwać dokładnie to samo co człowiek mógłby czuć w podobnej sytuacji:
przerażenie, niepewność. A kiedy został wzięty na ręce, wyniesiony z ciemnego
kąta, umyty i nakarmiony, jestem pewna, że odczuwał wdzięczność. Bo jak inaczej
wytłumaczyć to, że dawał się karmić tylko mojej koleżance, garnął się do niej,
a kiedy już doszedł do siebie, wszędzie za nią chodził i nie odstępował na
krok? Obecnie jest już podstarzałym psem, a wciąż sprawia wrażenie, jakby
pamiętał tamtego małego, przestraszonego psiaka i te ręce, które go uratowały.
Do dzisiaj nie pozwala podejść żadnemu mężczyźnie do swojej pani i chodzi za
nią krok w krok. Śpi w łóżku razem z nią i leży w nim tak długo, dopóki jego
pani nie wstanie. Stał się takim samym śpiochem jak ona. Mnie się wydaje, że
przejął zwyczaje swojej pani, ponieważ tak bardzo ją kocha, że chce jej
pilnować, aby nic jej się nie nigdy stało i odpłacić tym samym za uratowanie życia
tamtemu przerażonemu i opuszczonemu szczeniakowi.
Imienia drugiego zwierzaka nie pamiętam ale bardzo lubiłam tego
małego, radosnego pudelka, który wyglądał jak siedem nieszczęść. Mimo
nieuleczalnej choroby i bólu, jaki mu choroba serwowała, gdy widział człowieka,
jakby zapominał o wszystkim co złe i garnął się do niego, w poszukiwaniu
miłości i dotyku. Pewnego dnia, gdy choroba zdawała się zwyciężać, koleżanka
postanowiła pieska uśpić. Tak się złożyło, że akurat byłam u niej w
odwiedzinach. Sunia była radosna, stale się koło nas kręciła i właściwie ciągle
kazała się głaskać. Gdy przyjechał weterynarz, sunia jakby straciła ducha.
Zaczęła się bać i uciekać, ledwo dało się ją przywołać. Ludziom wydaje się, że
to zwykły strach przed lekarzem, przed zastrzykami i bólem, który im się
kojarzy z wizytami u weterynarzy z przeszłości. Ale mnie sie wydaje, że to coś
więcej. Wydaje mi się, że sunia czuła, że coś jej zagraża. Jednak mimo
przerażenia podeszła do nas, bo wołała ją osoba, którą kochała. Nie boję sie tu
określenia- ponad życie. I tak jak człowiek potrafi się poświęcić dla dobra
innego, tak samo ten pies opanował swój strach, żeby spełnić polecenie
ukochanego człowieka. Kiedy sunia leżała na stole, a weterynarz golił jej
kawałek skóry, w którą miał wbić śmiercionośną igłę, jej ciałem raz po raz wstrząsał
dreszcz. Była przerażona i było to po niej widać. Jednak gdy zaczęłyśmy ją
głaskać dla uspokojenia, jej mały ogonek drgał z radości. Żałuję, że zwierzętom
nie da się wytłumaczyć, co będzie się działo i dlaczego. Może chociaż w pewnym
stopniu by je to uspokoiło w takiej chwili. A tak muszą umierać w strachu, nie rozumiejąc co
się dzieje. Może nawet z poczuciem zdrady w gasnącym sercu. Biedna psina usnęła
nie wiedzieć kiedy, otoczona kochającymi ludźmi, ale do dzisiaj boli mnie to,
jak bardzo to zwierzę musiało cierpieć duchowo w tamtych minutach i jak bardzo
musiała się wtedy bać. Widziałam jej przerażone oczy, czułam drżenie całego
ciała i nie dam sobie powiedzieć, że zwierzęta potrafią odczuwać tylko fizyczny
ból. Nawet jeśli spotka je cierpienie ze strony człowieka, one i tak będą mu
ufać i kochać go. Jeśli więc one obdarzają nas takimi uczuciami, dlaczego nie możemy
wysilić się na wzajemność?
Ktoś powie, że psy i koty to co innego, są bardziej rozumne
niż inne zwierzęta i przez to, że pozostają w ciągłym kontakcie z ludźmi,
potrafią wykazać się namiastką uczucia. Jednak moja znajoma od Gacusia miała
też królicę. Słodką miniaturkę, którą ciągle tuliła i nauczyła czym jest dotyk
człowieka. Królisia zachowywała się tak, jakby rozumiała przynajmniej tyle co
Gacek. Gdy poczuła potrzebę czułości, kicała w stronę człowieka i dopraszała
się o głaskanie. Lubiła wskakiwać na łóżko, zawsze w tym samym miejscu i tam
szukała kogoś, kto mógłby ją pogłaskać po uszach. Jednego razu, gdy byłam w
odwiedzinach u koleżanki i leżałam na łóżku, w pewnym momencie królica zaczęła
się kręcić koło łóżka. Na to moja znajoma powiedziała, żebym się trochę
odsunęła, bo zagradzam króliczkowi miejsce, w którym zawsze wskakiwał na
łóżko. W chwili gdy spełniłam jej prośbę, zwierzątko kicnęło i już było na
łóżku. Króliczka miała też inny zwyczaj- gdy moja koleżanka jadła śniadanie,
wskakiwała na fotel obok i oczekiwała na poczęstunek. Raz koleżanka dała jej pół
swojej bułki, a królica zamiast wziąć tą, którą podetknięto jej pod pyszczek,
szybko ściągnęła z talerza drugą połówkę, tak jakby koniecznie chciała zjeść
to, co było przeznaczone dla jej pani. Gdy widzi się takie rzeczy, trudno
uwierzyć że zwierzęta to tylko puste skorupy bez duszy, które tylko śpią, jedzą
lub trwają w oczekiwaniu na jedzenie i spanie.
A weźmy chociaż wiejskie psy
trzymane przy budach. Często bywa tak, że na pierwszy rzut oka wydają się
groźne, a kiedy się do nich podejdzie, w jednej chwili zmieniają się w
majtający ogonem futrzany kłębek, który podskakuje i łasi się do człowieka. A
kiedy ten chce odejść, kłębek rzuca się na niego, jakby chciał powiedzieć- nie
odchodź! Takie psy są spragnione ludzkiego towarzystwa, bo spędzają swój żywot
w ograniczonej przestrzeni przypięte do krótkiego łańcucha. Mówię to z własnego
doświadczenia. Kiedyś jako dziecko odwiedziłam z mamą jej znajomych na wsi.
Poszłam pobawić się na podwórek, ale zanim wyszłam, ostrzeżono mnie, abym nie
zbliżała się do budy i do psa, ponieważ zwierzę jest groźne i fałszywe.Niełatwo jest jednak odwieźć dziecko od
szalonych zachowań. Zrobiłam więc wręcz przeciwnie. Kręciłam się tylko koło
budy. Pies wodził za mną wzrokiem i lekko machał ogonem. To był dla mnie znak
do dalszych działań. Wbiegłam do kuchni, schwyciłam jakiś smaczny kąsek,
ukryłam go pod bluzką i wróciłam do psiaka. Rzucałam mu jedzenie z daleka,
potem coraz bliżej i bliżej, aż wreszcie prawie podałam mu kąsek z ręki. Kiedy
pies zjadł ostatni kawałek kiełbaski, zauważyłam, że dalej radośnie macha
ogonem i stara się wyciągnąć ku mnie łeb. Nie kazałam mu długo czekać. Zaczęłam
go głaskać i okazało się, że pies był bardzo przyjazny. Potem za każdym razem
gdy mnie widział, biegł do mnie i prawie wyrywał łańcuch, żeby tylko się do
mnie łasić. Aż któregoś dnia odkryto moją zażyłość z psiakiem i znajoma mamy
była bardzo zdziwiona, że pies nie tylko nic mi nie zrobił, ale i mnie polubił.
Mnie się natomiast wydaje, że ona nie oceniała psa według tego, jakim naprawdę
był, tylko tego, jakim chciała żeby był. Widziała więc w nim bezduszną i nieczułą rzecz do
pilnowania podwórka.
Są jednak tacy ludzie, którzy
dostrzegają w zwierzętach istoty żyjące, czujące, a nie tylko rzeczy stworzone
przez Boga, aby służyły ludziom. Tacy ludzie potrafią docenić miłość, otrzymaną
przez zwierzę. Tacy ludzie, gdy stracą swoich małych przyjaciół, zapytani, potrafią bez
zastanowienia opisać ich charakterystyczne cechy i zachowania, które śmieszyły
bądź rozczulały. Mimo, że to tylko zwierzęta, na zawsze pozostają w ich
pamięci, jako że traktowane są jak członkowie rodziny. Nic dziwnego - w końcu
żyją z nimi przez tyle lat, dzielą z nimi godziny i lata, a kiedy umierają,
pozostawiają po sobie pustkę, której nie da się niczym zastąpić. Niedawno
rozmawiałam z Martą, prowadzącą bloga Karmelkowe życie. Poznałyśmy się przypadkiem. W którymś z
postów ze swoimi zdjęciami umieściła swojego kotka, Felka. Zdjęcie stało się
moim ulubionym, tak wiernie pokazywało gibkość i ciekawski charakter kota.
Patrząc na tamto zdjęcie miałam wrażenie, że kot, mimo że zatrzymany w ruchu,
za chwilę zrobi krok w moim kierunku. To piękne, żywe ujęcie przemawiało
codziennie do mojej wyobraźni, poprawiając mi humor każdego dnia. Potem gdzieś
zdjęcie zgubiłam, napisałam więc do Marty z prośbą o jego przysłanie. Okazało
się, że w międzyczasie Felek umarł. Pozostało po nim
kilka pięknych wspomnień, o których spisanie poprosiłam Martę od razu, jak
tylko się dowiedziałam o Felku. Zrobiła to z ochotą, ponieważ mogła w ten
sposób ożywić choć na chwilę swojego zwierzęcego przyjaciela. Ja zaś zdecydowałam
się umieścić jej list do mnie na blogu, bo uważam, że kot tak wspaniały jak
Felek zasługuje, by o nim wspominać jak najczęściej:
Dziś chcę napisać trochę o Felku. Kotka mnie ma
ze mną już 3 tygodnie. W wieku trzech lat zachorował na kocią białaczkę.
Choroba były na tyle silna, że nie dało się już niczego zrobić. By oszczędzić
kotkowi bólu musieliśmy go uśpić. Było mi bardzo smutno. Myślę, że ze śmiercią
łatwiej jest się pogodzić gdy przychodzi z Biegiem czasu. Łatwiej jest
pozbierać się po śmierci bliskiej osoby, gdy umarła ze starości niż z powodu
wypadku czy nagłej choroby. Podobnie jest ze zwierzakami. Było mi przykro bo
kotek odszedł niespodziewanie. Żałowałam, że tak krótko było dane mu być z
nami. Widziałam jak się męczył w ostatnich dniach. Straciłam małego
przyjaciela.
W pewnym momencie zadałam sobie
pytanie...Dlaczego aż tak bardzo to przeżywam? I tu nasunęło się smutne
stwierdzenie...Felek był moim przyjacielem..przede wszystkim dlatego że był. Z
nim czułam się mniej samotnie, grzał moje kolana, umilał czas mruczeniem,
rozśmieszał...jak każdy kot. Oczywiste jest to, że kot nie dorówna człowiekowi,
który rozumie, czuje, jest zdolny do prawdziwych uczuć. Pies to może być inna
bajka. Tyle się słyszy o zwierzętach ratujących życie człowiekowi. Pies rozumie
więcej. Jeśli właściciel jest smutny, umie to wyczuć...szturcha zimnym noskiem,
skowyczy jakby chciał powiedzieć ''ej, będzie dobrze''. Potem zrozumiałam, że
to czego będzie mi brakować, z czym Felek będzie się zawsze wiązał w moich wspomnieniach,
to w głównej mierzę to co stworzyłam sama. Przede wszystkim jego liczne
imiona.. Felix, Felek, Felicjan, Felicjaneczek, Felicjanek, Feluncik. Nazywałam
go tygryskiem i przystojniakiem. Felek przez większość swojego życia miał
śliczną sierść. Kocur siedział z klasą, przymrużał oczy, patrzył na mnie. Można
powiedzieć, że niezły amant z niego... przystojniak. Czasami wskakiwał na naszą
ladę kuchenną w poszukiwaniu smakowitych kąsków. Przyłapany na gorącym uczynku
,pośpiesznie zeskakiwać (zawsze z klasą) z lady… dotąd słyszę dźwięk jego łapek
uderzających o kuchenną terakotę.
Tej zimy nazwałam go moim zimowym misiem i
eskimoskiem. No cóż, przecież misie zapadają w sen zimowy… Szkoda, że mój
już się nie obudzi…
Nie wszystko było jednak stworzone przeze
mnie...Z Felkiem bawiłam się w chowanego. On uciekał i chował się, a gdy go
znalazłam, to wyskakiwał z ukrycia i biegł w kolejne miejsce. Gdy wychodziłam
na dwór to zawsze chodził za mną, czy to po podwórku czy po pobliskiej,
piaskowej ulicy. Nie wyobrażam sobie wiosny i lata bez niego. W naszym ogrodzie
będzie pusto. Felek był bardzo żywiołowym kociakiem. Pamiętam, że kiedyś
bawiliśmy się z nim piłką. Gdy dwie osoby rzucały ją między sobą, on
podskakiwał w powietrzu i robił piruety. Baletnica;) Można to nazwać zabawą w
głupiego jasia. Gdy Felek był starszy zrobił się bardziej spokojny i
ospały. Preferował dziwne pozycje. Kładł się na grzbiecie i wszystkie łapy
unosił do góry, albo zwijał się w ciasną kulkę a przednimi łapkami zasłaniał
sobie uszy i oczy. Często wygrzewał się też na moim kaloryferze. Miał za to
mętlik w głowie co do spania na moim łóżku, ponieważ raz mu pozwalałam tam
wchodzić a innym razem już nie.
Felek dużo chorował. Raz został ugryziony,
najprawdopodobniej przez psa lub innego kota. Wiele razy woziliśmy go do
weterynarza, ale nikt wtedy nie mówił o białaczce. Pod koniec życia Feluś
bardzo dużo spał, mało jadł .Nie chciał nawet swojego ulubionego dania - porcji
rosołowej.
Będzie mi brakowało mojego Felka. Wszystko co
dobre kiedyś się kończy. Pozostają wspomnienia. Myślę, że smutek związany z
odejściem zwierzaków jest rzeczą normalną. Świadczy o naszej wrażliwości i
przywiązaniu do naszych podopiecznych.”
Myślę,
że istotę tego przywiązania może tak naprawdę zrozumieć ten, kto dzielił swoje
życie ze zwierzakiem. Ludzie, którzy kiedys posiadali zwierzaka wiedzą, że codziennie przebywanie z istotą tak słodką
i niewinną jak zwierzę, codzienne patrzenie jak się rozwija i jak przywiązuje
do nas, powoduje, że łączy nas z tą istotą niewidzialna więź, która przynosi
ból, kiedy zostaje przerwana. Kiedy zmuszeni jesteśmy patrzeć na chorobę
człowieka- boli nas serce i dusza. Kiedy choruje zwierzę, które znamy od
małego, patrzyliśmy jak rośnie, jak nabiera swoich przyzwyczajeń, nie ma
możliwości, aby jego choroba nas nie obeszła. Ciężko nam patrzeć, gdy
nasi rodzice się starzeją i niedołężnieją. Kiedy to samo dotyka nasze domowe
zwierzaki, też jakaś wrażliwa struna w sercu drży i boli, bo starość przybliża
naszych pupilów do śmierci. A śmierć i starość nierozerwalnie połączona jest z
cierpieniem.
Gacuś, zwierzęcy przyjaciel mojej znajomej, od
małego był żywym psem. Zawsze chętny do zabawy, nie spuszczał z oka człowieka,
gdy ten trzymał czekoladę lub inny smakołyk. A kiedy dostał kawałek słodkości
na odczepnego, szybko go zjadał i ponownie wbijał wyczekujący wzrok w
ofiarodawcę. Był tak słodki, kiedy to robił, że ode mnie potrafił wyżebrać
nawet pół czekolady, choć wiedziałam, że to dla niego bardzo niezdrowe. Jednak
nie potrafiłam się nigdy oprzeć tym jego słodkim oczom. Kiedy szłyśmy z Gackiem
na spacer, nie pozwalał podejść do nas żadnemu mężczyźnie. Być może było to
wynikiem jakichś traumatycznych przeżyć sprzed okresu, kiedy został znaleziony
na klatce schodowej. A może instynktownie wyczuwał niebezpieczeństwo i chciał
nad nami czuwać. Kiedy siadałyśmy na ławce, Gacuś ciągle ocierał się pyskiem
opatrzonym w kaganiec o nasze kolana, brudząc je niemiłosiernie. Ale jak tu się
gniewać o coś, co było robione bez złych zamiarów i w tak słodki sposób, że
tylko śmiać się chciało? Gdy przychodziłam do koleżanki do domu, Gacek zawsze
rzucał się na mnie z radością, a potem leciał po ulubiona piłeczkę i wsuwał mi
ją do ręki, napraszając się o zabawę. Kiedy się czegoś przestraszył lub czymś
się zestresował, zachowywał się jak dziecko, mianowicie siusiał pod siebie,
zupełnie jakby zapomniał, że jest dorosłym psem.
Potem przyszła starość i choroba stawów. Gacek
nie chciał już wychodzić na długie spacery, po kilku minutach ciągnął nas do
domu. Już nie chodzi na spacer trzy razy dziennie, tylko rano i wieczorem. Jest zbyt zmęczony po porannym spacerze, żeby wyjść jeszcze po południu i wieczorem. Na szczęscie jego pęcherz moczowy działa prawidłowo i potrafi wytrzymać aż do wieczora. A kiedy czuje, że nie wytrzyma, idzie się wysiusiać na balkon, taki grzeczny z niego zwierzak. Wciąż jest radosnym psem, ale postępująca choroba i zaćma odbija się w
całym jego ciele. Nie potrafi już przechodzić w specjalnie dla niego zrobionym
otworze w drzwiach do pokoju mojej znajomej. Trzeba mu zawsze drzwi otwierać, kiedy chce wyjść z pokoju,
w którym obie przebywamy i zostawiać je uchylone na wypadek, gdyby chciał wejść
z powrotem. Mimo to wciąż niezgrabnie włazi na łóżko, bo to było jego miejsce
od zawsze, no i może być wtedy blisko swojej pani. Znajoma zrobiła mu schodki, po których uczy
się wchodzić. Gdy mnie teraz widzi, nie rzuca się już na mnie jak dawniej, ale
macha radośnie ogonem i powoli idzie po ulubiona piłeczkę, bez której nie może
zasnąć. Kiedyś, gdy ją zgubił, bo wleciała gdzieś za łóżko, znajoma nie mogła
pójść spać, póki nie odnalazła zguby, bo pies ciągle się kręcił po pokoju w jej poszukiwaniu. A gdy chce zwrócić na siebie uwagę, trąca łapką, domagając się pieszczot. Gdy go głaszczę, traci równowagę i przewraca się, ale zawsze wstaje i wtula się we mnie, nadstawiając zadek do drapania. Czasem zastanawiam się, jak to będzie,
kiedy Gacek odejdzie. Będzie mi go strasznie brakowało, bo tak słodkiego i
rozumnego psa jeszcze nie spotkałam. Gdyby w razie jego śmierci znajoma
chciałaby go dać na cmentarz dla zwierząt, wcale bym się nie zdziwiła. Dla nas
obu jest to członek jej rodziny i czasem śmiejemy się, że ja jestem jego
ciocią, a ona mamą. Co w tym złego? Nie widzę nic, czego musiałabym się
wstydzić. I nigdy nie będę drwić sobie z ludzi, którzy po śmierci zwierzaka
oddali mu hołd.
"drabinka" Gacusia :)
A jakie jest Wasze zdanie? Czy zwierzęta
zasługują na miłość, szacunek i wspomnienia po śmierci? Czy dla Was to „tylko”
zwierzę, z którym można robić co się chce, bo jest własnością człowieka? Czy pochowalibyście
godnie zwłoki Waszego pupila, czy po prostu bez emocji zakopalibyście zwierzaka
i szybko o nim zapomnieli? Rozpisałam się zanadto, ale taka już jest moja miłość do zwierzaków- nieograniczona :)