wtorek, 23 kwietnia 2013

Internetional House - szkoła języka angielskiego dla osób z blokadą


     
         Mieliście kiedyś coś takiego: ktoś się do Was zwraca po angielsku, wy wszystko rozumiecie, a kiedy chcecie coś odpowiedzieć, z Waszych ust wydobywa się tylko „Agrhhhgr”? Ja miałam tak bardzo często. I zawsze było mi z tego powodu bardzo źle. Już za dzieciaka zazdrościłam moim koleżankom i kolegom, że chodzą na prywatne lekcje, że potrafią się porozumieć po angielsku. Połowa osób w mojej klasie chodziła na korepetycje lub do prywatnych szkół nauczających języków obcych. Dla mnie to było tylko odległe marzenie. Pusty portfel urągał moim potrzebom i śmiał mi się w żywe oczy. Byłam skazana wyłącznie na nauczycieli w podstawówce i w szkole średniej. Kiedy nadszedł czas studiów i moment wyboru języka obcego, miałam już tak serdecznie dość poziomu i stylu nauczania języków obcych w polskich szkołach, tak bardzo bałam się, że będę odstawać od reszty grupy (język angielski miał być nauczany na poziomie średnio zaawansowanym, a ja nie czułam nawet, że jestem na poziomie podstawowym), że wybrałam język włoski od podstaw. Wszyscy zaczynaliśmy od zera, dlatego nie bałam się tego nowego wyzwania. Była to dobra zabawa, szło mi nawet dość dobrze, nie bałam się niczego. Dziś już nic nie pamiętam z tych dwóch lat nauki, ale nie jest to dla mnie ważne. Poszłam na język włoski, żeby jakoś przetrwać, aby uciec od złych stopni, których spodziewałam się na nauce języka angielskiego. Bo tak naprawdę zawsze interesował mnie właśnie angielski.

      Nie mam dobrego zdania na temat poziomu nauczania w polskich szkołach. Mogłabym na palcach jednej ręki wymienić nauczycieli z pasją, z poczuciem misji, takich, którzy mnie czegoś nauczyli. Nie umiem gotować, mimo że kończyłam szkołę gastronomiczną. Studia to był czas spokoju i relaksu. Nie umiem też języka angielskiego, mimo iż „uczyłam” się go przez ok. 8 lat. Jak to możliwe? Powiem Wam jak. Zawdzięczam to moim tak zwanym nauczycielom- ludziom, których celem powinno być nauczanie. Niestety większość z nich albo czuła, że ich celem jest przetrwanie w świecie za pomocą pobierania wypłaty, lub po prostu nie była przygotowana do nauczania. Z tego to powodu w szkole podstawowej co roku mieliśmy nowego nauczyciela języka obcego i każdy z nich zaczynał swoją misję od początku, zapominając zupełnie, że uczy kolejne roczniki. Zupełnie jakbyśmy istnieli poza jakimkolwiek systemem nauczania. Po tych 8 latach nauki właściwie powinnam doskonale wiedzieć tylko to, że ”ja jestem” to „I am”, że „on jest” to nic innego jak „He is”. Bo wałkowaliśmy to z każdym nauczycielem, ciągle od początku. Potem zaczynało się tłumaczenie słówek, a potem całych zdań z języka angielskiego na język polski. I nagle, po kilku takich lekcjach, gdzie absolutnie żaden nauczyciel nie zadał sobie trudu, aby nauczyć nas jak posługiwać się językiem angielskim do tworzenia zdań w tymże języku, dostawaliśmy zadanie domowe, w którym mieliśmy opowiedzieć w kilku angielskich zdaniach o sobie. What the fuck? Jak to? Przecież ja umiem tylko tłumaczyć na polski! Oczywiście zawsze dostawałam słabe oceny z tego zadania domowego, które było powtarzane co roku. W zasadzie mogłabym poprosić kogoś o pomoc w napisaniu kilku zdań o sobie, po czym nauczyć się ich na pamięć, i co roku częstować nowego nauczyciela moją dobrze opracowaną historyjką. Na pewno miałabym piątkę.

      Potem nagle przechodziliśmy do nauki czasów gramatycznych, oczywiście tłumacząc gotowe zdania na język polski. Gdzieniegdzie trzeba było wstawić w wolną lukę odpowiednio przekształcony czasownik, aby zdanie miało odpowiedni czas gramatyczny. Czy ktoś w tym momencie podjął się tego, aby nam wytłumaczyć jak się takie zdanie w czasie gramatycznym tworzy w związku z codziennym życiem? Nie. Tylko powiedziano nam coś podobnego: -no, tu musicie wstawić „do” na początku, potem czasownik i macie już zdanie”. A co z resztą zdania? A jak to odnieść do codziennego życia? A jak powiedzieć w tym czasie, że coś się robi, robiło, czy będzie robić? No ale najważniejsze już przecież było: zdanie już stworzone, bez tłumaczenia, w jaki sposób ono powstało, trzeba tylko wstawić odpowiednią formę „do” lub „does” w pustą krateczkę. No i przetłumaczyć je na polski. Hmm, co ja z tego wszystkie rozumiałam? Nic oczywiście. Potrafiłam za to całkiem nieźle tłumaczyć zdania z angielskiego na polski. I tylko to mi pozostało z tej całej ośmioletniej nauki- umiejętność tłumaczenia i całkiem niezły zasób słówek. A czy potrafiłam choć najprostszą myśl wyartykułować po angielsku? A niby jak? No chyba, że ktoś by mi je wcześniej napisał po angielsku, ja bym sobie to przełożyła na polski, a potem się nauczyła tego angielskiego zdania na pamięć i korzystała z niego jak z książki do rozmówek polsko-angielskich :)

     Do tej pory nie potrafię pojąć dlaczego tak właśnie się nas uczyło. 8 lat nauki i ani jednego zdania nie potrafić stworzyć? Nie umieć wziąć udziału nawet w najprostszej rozmowie? To się w głowie nie mieści. Czasami rozmawiałam na ten temat ze znajomymi. Za każdym razem opowiadałam jak wyglądała nasza „nauka” języka angielskiego w szkole i skarżyłam się, że „nikt nas nie nauczył jak się tworzy zdania po angielsku”. Dzisiaj myślę, że mogłam się wtedy spotykać z całkowitym i ukrywanym niezrozumieniem. No bo przecież uczyliśmy się czasów- tak? No to jak mogę mówić, że nikt nas nie nauczył jak się tworzy zdanie? No bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że aby stworzyć jakieś zdanie, trzeba najpierw zastanowić się w jakim czasie chce się to powiedzieć, potem użyć odpowiednich dla tego czasu form, i dopiero potem dodać tak zwaną „resztę” zdania. Ja zawsze myślałam, że to powinno wyglądać tak jak na polskim: Że będziemy mieć podmiot zdania, orzeczenie itd. A dlaczego nie wiedziałam o co chodzi w tym całym tworzeniu zdań po angielsku? Bo żaden z nauczycieli nam tego nie powiedział. Przechodziliśmy z tematu na temat, bez żadnego uzasadnienia, jak używać tego, czego się uczymy, w codziennym życiu. Mieliśmy już gotowe zdania, kilka słów na początek o głównej regule, co się powinno znaleźć w takim zdaniu w odpowiednim czasie i tyle. Lecieliśmy z tematami jakby się nam gdzieś spieszyło i zawsze mieliśmy już gotowe zdania z lukami do wypełnienia.

    W szkole średniej było podobnie. Robiliśmy zadania na lekcjach w taki sam sposób, a do domu dyktowano nam zdania po polsku do napisania w odpowiednim czasie gramatycznym. I za każdym razem moje zadania domowe były poprawne tylko w tej części, gdzie miałam użyć regułę, reszta zdania zaś była kompletnie pomieszana, szyk zdań był nieprawidłowy, źle używałam przyimków i innych części zdania. Słowem- tragedia.

      Potem był taki okres w moim życiu, że kompletnie nie myślałam o tym języku.  Gdzieś we mnie umarła potrzeba posługiwania się tym językiem. Wiedziałam, że i tak się go nie nauczę. No bo skoro 8 lat nauki nic nie dało, to widocznie jestem kompletnym nieukiem jeśli chodzi o języki obce. Cieszyłam się tylko, że na maturze nie musiałam zdawać angielskiego, bo czułam, że bym musiała się obejść w życiu bez tego papierka. Żyłam sobie dalej spokojnie, zepchnąwszy dawne marzenia w podświadomość, kompletnie ignorując to, że my, Polacy, nie jesteśmy na świecie sami. Aż pewnego dnia zaczęłam chodzić na tańce i tam poznałam pewnego Hiszpana, kolegę. Jeśli w ogóle mogę tak nazwać kogoś, z kim nie rozmawiałam. Posługiwaliśmy się tylko językiem ciała, gdyż oboje tylko ten jeden wspólny język mieliśmy. Na początku próbował on do mnie zagadać, łudził się chyba, że wszyscy ludzie znają ten międzynarodowy język, jakim jest angielski. Szybko jednak zorientował się, że nie władam tym językiem za dobrze, kiedy zapytał mnie, gdzie pracuję. Odpowiedziałam mu wówczas niepełnym zdaniem, nie znając przecież reguł wysławiania się w tym języku: „In library”. Spojrzał na mnie skonsternowany i zapytał: „where?”. Wydało mi się to dziwne, bo przecież znam słowo „biblioteka”. No ale pomyślałam, że na pewno nie usłyszał, bo było głośno w klubie. Powtózyłam więc, zadowolona z tego, że przynajmniej coś potrafię powiedzieć po angielsku: „IN LIBRARY”. A on dalej patrzył na mnie pytająco. „I don’t understand” – usłyszałam w odpowiedzi. Co? – pomyślałam? Nie ma takiego słowa czy co? „Books” – rzuciłam, bez ładu i składu. I dopiero wtedy mój dobry hiszpański kolega zrozumiał, o co mi chodziło. Dzisiaj wiem, że po prostu źle wymawiałam to słowo i dlatego nie wiedział on, o co mi chodzi. Po tym zdarzeniu nasza rozmowa kończyła się zanim się zaczęła, a polegała na wymianie tych samych zdawkowych frazesów na przywitanie: „How are you”, „I’m fine. And you?”, „OK.”. Właściwie to uciekałam przed nim, aby tylko nie rozpoczął znowu męczącej dla mnie rozmowy. To było ponad moje siły. Chyba zrozumiał, bo przestał narzucać mi się z jakąkolwiek rozmową, co odczuwałam jako prawdziwe wybawienie.

     Na szczęście widywaliśmy się zawsze w klubie pełnym ludzi i głośnej muzyki, więc nie było to podejrzane ani w złym guście. Niestety raz spotkaliśmy się przypadkowo poza klubem. Akurat padało i schroniłam się przed deszczem. Kiedy go zobaczyłam, jak z uśmiechem idzie w moją stronę, również uciekając przed deszczem- zamarłam z przerażenia. Wiedziałam, że tym razem nie będę mogła schować się w tłumie albo wśród głośnej muzyki. Do samego końcu łudziłam się, że będziemy tylko stać koło siebie i nie będziemy prowadzili rozmowy. Przeliczyłam się. Chłopak albo bardzo chciał porozmawiać, albo zwyczajnie zapomniał o moich problemach komunikacyjnych. To było najdłuższe 10 minut  moim życiu. Czekaliśmy, aż deszcz przestanie padać, rozmawiając przez ten czas radośnie. Nie. Nie było w tym żadnej radości. Przynajmniej nie z mojej strony. No i nie wiem, czy można to było nazwać rozmową. Bo rozmowa chyba polega na obopólnej wymianie zdań. Tymczasem najczęściej z moich ust słychać było taki dźwięk: „eeeeeee”. Czasem występowało bardziej inteligentne „I don’t know”, przetykane moim uciemiężonym uśmiechem i rozpaczliwym spojrzeniem kierowanym w stronę chmur. W końcu przestało padać i rozeszliśmy się w swoje strony. Kiedy zostałam sama, z mojej piersi wydarło się najgłośniejsze westchnienie ulgi, jakie kiedykolwiek słyszał świat.

    To wszystko sprawiło, że się zamknęłam w sobie całkowicie. Zaczęłam obawiać się wypowiadania się w tym języku, a nawet bałam się cudzoziemców, bo przecież nie wiedziałam, co zrobię, kiedy któryś się do mnie odezwie. Z tych obaw wyrosła ogromna bariera, której nie potrafiłam przełamać. Obawa, która sznurowała mi usta i nie pozwalała nawet próbować mówić po angielsku. Bałam się, że się ośmieszę, że nie zostanę zrozumiana. Wolałam więc milczeć. Opanowałam do perfekcji zdanie „I don’t sapek English”, nie wierząc do końca, czy jest to właściwe zdanie z punktu widzenia gramatycznego. W ogóle przestałam wierzyć w to, że kiedykolwiek umiałam cokolwiek w tym języku. Sama zasznurowałam sobie usta, mimo że jestem dość towarzyska i lubię rozmawiać. Jednak lubię rozmawiać, kiedy ja rozumiem i mnie rozumieją.

    Jednak minął jakiś czas i zaczęło mi to przeszkadzać. Niby umiałam, a nie umiałam. Rozumiałam co się do mnie mówi, a nie potrafiłam odpowiedzieć. Słowa z trudem ze mnie wychodziły, a kiedy powiedziałam coś źle, zaraz się zamykałam i już nie chciałam z siebie wydusić ani słowa po angielsku. Zaczęłam myśleć o tym, żeby zapisać się do szkoły językowej, tym bardziej, że bratowa mnie namawiała. Na przeszkodzie jak zwykle stanęły fundusze, a raczej ich brak. Ostatecznie postanowiłam pouczyć się sama, czytając krótkie teksty po angielsku i ucząc się za pomocą Internetu. Drukowałam sobie lekcje i czytałam je wieczorami. Ale to nie było to, czego szukałam. Lekcje szybko uciekały z głowy, poza tym wciąż chciałam się nauczyć jak tworzyć zdania po angielsku. Wyszukałam sobie lekcję w Internecie i nauczyłam się jej. Dowiedziałam się, że w prostym zdaniu angielskim musi znaleźć się podmiot, orzeczenie i reszta zdania. Nie chciałam się jeszcze uczyć czasów gramatycznych, bo wydawało mi się to najtrudniejsze, a nie wiedziałam wtedy, że bez tych czasów nie nauczę się tego, na czym mi najbardziej zależało: na tworzeniu całych zdań i używania ich podczas prowadzenia konwersacji. Krążyłam w kółko nawet o tym nie wiedząc. Uczyłam się o rzeczownikach, przyimkach, czasownikach, a to wszystko było oderwane od siebie, nie mogło więc przynieść wielkich efektów. Do tego nie wiedziałam, czy wymawiam słowa prawidłowo, a w pamięci wciąż miałam wspomnienie nieszczęsnej biblioteki i zdziwione myśli, dlaczego mój rozmówca nie wiedział, o co mi chodzi. Dość szybko mój zapał minął, pozostały mi po tym zadrukowane, nigdy nie przeczytane kartki z lekcjami języka angielskiego.

     Pewnego dnia rozmawiałam z kolegą i jakoś nasza rozmowa zeszła na naukę języka. Ja mu powiedziałam, co mnie trapi, a on opowiadał o International House- szkole, gdzie lekcje języka angielskiego są prowadzone w całości po angielsku, przez native speakerów, a więc obcokrajowców. Już dużo wcześniej słyszałam o tej szkole od mojego chłopaka (ale wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym się uczyć w szkole, gdzie nawija się w obcym języku, tym samym, który sprawiał mi taką trudność). Kolega powiedział, że gdy po raz pierwszy poszedł do tej szkoły, był pewien swoich umiejętności językowych. Zdawał maturę z angielskiego i otrzymał dobre stopnie. Ale kiedy poszedł do IT (International House), szczęka mu opadła, jak zobaczył, na jakim wysokim poziomie prowadzone są lekcje i jak wysoki poziom znajomości języka mają pozostali uczniowie. Powiedział, że poczuł się wtedy bardzo mały i zrozumiał, że tak naprawdę nie umiał tego języka. Opowiadał, że uczęszczanie do tej szkoły wiele mu dało, że uczestniczył później w rozmowie kwalifikacyjnej prowadzonej w tym języku przez Polkę i po kilku minutach takiej rozmowy jego przyszła szefowa poprosiła go o dalszą rozmowę po polsku, gdyż nie czuła się dłużej na sile rozmawiać z moim kolegą w języku angielskim, tak wysokie były jego umiejętności. Bardzo polecał mi tę szkołę i wtedy po raz pierwszy pojawiła się w mojej głowie nieśmiała myśl- a czemu nie?

     Niestety razem z tą myślą pojawiła się i druga-  jak mogę się uczyć angielskiego, kiedy w szkole nie mówi się po polsku, a ja nie umiem rozmawiać w tym języku? Wiedziałam, że dobrze sobie radzę ze słuchaniem i rozumieniem, ale prawdziwą przeszkodą, nie do pokonania, jawiła mi się konwersacja. Ja miałabym odpowiadać na zapytania? Ja miałabym mówić po angielsku już od pierwszej lekcji??! Ludzie, przecież ja nie umiem angielskiego i chcę się dopiero go nauczyć! Swoje obawy wyraziłam w rozmowie z dobrą koleżanką, która jak się okazało, również uczyła się w International House przez trzy lata. Ona to właśnie rozwiała moje najgorsze obawy, że nie będę wiedziała o czym się mówi na lekcjach i nie będę potrafiła odpowiedzieć na zadane pytanie. Przekonywała mnie, że wszystko zrozumiem, ponieważ nauczyciele dostosowują się do poziomu każdego ucznia, że tłumaczą bardzo wolno i wyraźnie i że właściwie ja mogłabym śmiało iść na któryś z wyższych poziomów, jako, że kiedyś już się uczyłam angielskiego. Mówiła, że na poziomie początkującym będę się nudziła, mimo że starałam się jej zobrazować mój problem psychologicznej bariery, którą wzniosło przede mną życie, a którą sama podwyższyłam po zdarzeniu z hiszpańskim kolegą.
      Nie doszłyśmy do porozumienia co do poziomu, na jaki powinnam startować, ale nasza rozmowa miała ogromne skutki- nabrałam ochoty na pójście do tej szkoły. Pomyślałam, że jedynym sposobem, aby obalić w sobie tę trudną do pokonania barierę, jest pójście tam, gdzie nie będę miała wyjścia- albo zacznę rozmawiać po angielsku, albo nikt mnie nie będzie rozumiał. Chciałam sobie stworzyć taką małą Anglię, bo wydawało mi się to najszybszym sposobem nauki tego języka. Moja koleżanka zgodziła się z tym i opowiedziała mi o przypadku swojej mamy. O tym, jak uczyła się sama z książek i z Internetu, o tym jak opanowała większość reguł rządzących tym językiem, i o tym jak jej język uwiązł w gardle na lotnisku, gdy pewien obcokrajowiec zadał jej pytanie w języku, który zdawało jej się dobrze znała. Wiedziała o co ten człowiek pytał, znała odpowiedź, a mimo to nie potrafiła się przemóc i mu odpowiedzieć. Wiem dobrze co ją powstrzymało, bo byłam taka sama. Powstrzymał ją brak wiary w siebie, brak okazji do obcowania z żywym językiem i zwykły strach przed ośmieszeniem. Właśnie to musiałam w sobie zwalczyć i jedyny ratunek widziałam w nauce razem z native speakerami. Ostatecznie przekonała mnie właśnie moja koleżanka, opowiadając mi, że w taki sam sposób uczyła się belgijskiego, kiedy pojechała do Belgii na roczny wolontariat.

     Kiedy myśl o nauce w International House rozkwitła we mnie, nic mnie już nie mogło powstrzymać. Trochę się tego wszystkiego obawiałam, zwłaszcza jak bratowa opowiadała o swojej pierwszej lekcji języka angielskiego, na którą się w końcu zapisała i o tym jak grali w zabawę podobną do kalambur, prowadzoną po angielsku. Byłam przerażona kiedy usłyszałam, jak mówiła o tym, że opowiadała o okularach przeciwsłonecznych. Kiedy jej słuchałam, zdałam sobie sprawę, że ja nawet o głupich okularach przeciwsłonecznych nie byłabym w stanie opowiedzieć. Trochę mnie to zbiło z tropu i niemal przekonało o bezsensowności swojego postanowienia, ale ostatecznie zwalczyłam w sobie tę obawę. Miałam już dość marnowania czasu, bicia się z myślami, marnowania tych 8 lat nauki w szkole. Wreszcie chciałam zrobić coś dla siebie. Uzbierałam potrzebną kwotę. Nie było to łatwe, szkoła była droga, ale postanowiłam spróbować.

     Nie chciałam się uczyć w polskiej szkole, z polskimi nauczycielami, nawet jeśli lekcje miałyby być prowadzone w całości po angielsku. Tam miałabym poczucie, że w razie czego będę mogła zapytać o coś po polsku i zostałaby mi udzielona pomoc. A ja chciałam być zmuszona mówić tylko i wyłącznie po angielsku, a to mogła mi dać tylko szkoła pełna obcokrajowców, nie mówiących po polsku.

     Koniecznie chciałam iść na poziom dla początkujących, ponieważ chciałam się wszystkiego nauczyć od początku, a już zwłaszcza tworzenia zdań, bez której to umiejętności nie wyobrażałam sobie prowadzenia konwersacji. Okazało się, że aby zapisać się do szkoły, trzeba napisać test kompetencji, a potem- o mój Boże!- przeprowadzić krótką rozmowę po angielsku z jednym z nauczycieli! Dopiero miałam się tego nauczyć a już kazali mi rozmawiać! Byłam przerażona, tym bardziej, że nie byłam na to przygotowana psychicznie. Test był dość prosty, bo był to test wyboru. Coś na kształt tego, jak uczono mnie w szkole podstawowej. Wypadłam w miarę dobrze, kiedy jednak prowadzono mnie na rozmowę, nogi się pode mną uginały. I moje obawy nie okazały się wyssane z palca. Już przy pierwszym, mało skomplikowanym pytaniu, włączyła się we mnie moja słynna blokada. W mojej „rozmowie” było więcej „eeee” i „I don’t know” niż prawdziwej rozmowy. Wyszłam z niej kompletnie wyczerpana psychicznie, ale dumna, bo udało mi się zakwalifikować na poziom początkujący, dokładnie tak jak chciałam. Była więc we mnie radość, że udało mi się zrobić to, co planowałam, przemieszana z żałością, że jednak nie jestem lepsza w angielskim niż się sama sobie wydawałam. Gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że jednak coś tam umiem powiedzieć. Jednak bariera i słaba wiedza wygrały. Zapisałam się na poziom tzw. „fałszywy początkujący” (Elementary), idealny dla osób takich jak ja, które niewiele umieją, ale miały kiedyś styczność z tym językiem. Niżej jest już poziom tzw. „początkujący” (Beginner), dla osób, które nigdy nie miały styczności z tym językiem i nie umiałyby nawet nazwać przedmiotów, które widzą dookoła siebie. Wydaje mi się, że wybrano dla mnie poziom idealny, bo ja wiem, że „kot” to „cat”, ale nie potrafiłam powiedzieć całym zdaniem, że widzę kota na drzewie. Mimo że znam słowa „widzieć” i „drzewo” po angielsku.

     Dziś jestem po półtora roku nauki w tej szkole i jestem zachwycona. Teraz potrafiłabym nie tylko powiedzieć, że widzę tego cholernego kota na drzewie, ale i że ścigał go pies. Tak, tak moi drodzy, potrafiłabym powiedzieć drugie zdanie w czasie przeszłym! I to całym zdaniem! Co więcej, mogłabym to powiedzieć do kogoś obcego i to obcokrajowca! Nie mogę w to uwierzyć, ale bariera runęła! Nadal czuje zawstydzenie, że coś powiedziałam źle, nadal czerwienię się, gdy widzę, że obcokrajowiec nie rozumie, co do niego mówię, ale obecnie nie powstrzymuje mnie to od mówienia. A niech będzie sobie źle, a niech mnie nie rozumieją! Jak nie otworzę ust, to i tak mnie nie zrozumieją! A tak może uda mi się powiedzieć myśl takimi słowami, że w końcu zostanę zrozumiana. Umiem już posługiwać się trzema czasami, wiem już, że bez ich znajomości nie mogłabym stworzyć zdania po angielsku, dowiedziałam się, jak się mówi słowo „library” tak, żeby zostać zrozumianym ;) Teraz wiem, że niektóre słowa zakorzenione w mojej głowie wymawia się zupełnie inaczej, niż sądziłam. Jestem bardziej otwarta i odważna, mniej się przejmuję drobnymi niepowodzeniami, kiedy mówię no i mam straszną ochotę mówić, mówić, MÓWIĆ! :) Czasami mówię sobie w głowie różne zdania, stosownie do sytuacji, ćwicząc w ten sposób myślenie po angielsku. Pomaga mi to potem znaleźć inne słowa na określenie tego, co myślę, kiedy widzę, że mój rozmówca mnie nie rozumie. Ostatnio przyłapałam się nawet na chęci porozmawiania z pewnym obcokrajowcem, którego poznała na tańcach moje koleżanka. Dodatkowo byłam dumna z siebie, kiedy koleżanka opowiadała, jaka była zła na siebie, bo nie potrafiła poprowadzić rozmowy z tym obcokrajowcem, jako że nie znała języka. Ja natomiast z radością pomyślałam, że mogłabym i umiałabym z nim choć troszkę porozmawiać. Ach co za radość! Dla osoby, która nie potrafiła nawet ust otworzyć w obecności obcokrajowca, nawet wymówienie swojego imienia połączonego z wiekiem jest wielkim zwycięstwem :D

    Miałam rację, kiedy myślałam, że jedynym dla mnie ratunkiem jest skok na głęboką wodę. Bo nie umiem tego lepiej nazwać. W IT byłam po prostu zmuszona nauczyć się pływać, a więc w tym przypadku- mówić po angielsku. Cieszyłam się, że zanim poszłam na pierwszą lekcję, trochę się pouczyłam, bo przez te wszystkie lata po ukończeniu szkoły nie potrafiłabym nawet odmienić czasownika „be” przez osoby, gdyby nie ta moja samodzielna nauka. Nie dała wielu wyników, ale przynajmniej przypomniałam sobie podstawy podstaw tego języka. Najważniejsze dla mnie jest to, o czym wspomniałam- nareszcie umiem tworzyć te nieszczęsne zdania i udało mi się zburzyć barierę psychologiczną. A to wszystko dzięki temu, że w kontakcie z nauczycielami nie mogłam mówić ani słowa po polsku, bo było to i tak daremne. Teraz wiem, że to najlepsza metoda. Dzisiaj jestem najlepszą osobą w klasie. I najbardziej zmotywowaną do nauki, a wiem to dlatego, że sama tak czuję (nie opuszczam żadnej lekcji, chyba że naprawdę nie mogę przyjść) i że na ocenie końcowej tak opisał mnie mój nauczyciel. Mimo, że mało zarabiam, to jednak poświęcam inne swoje potrzeby i odkładam pieniążki na następny rok. W zeszłym roku, kiedy pojechałam na Teneryfę, udało mi się chwilę porozmawiać z trenerem po angielsku, podczas skoku na paralotni. Kto wie, może już za kilka lat będę potrafiła bez zająknięcia opowiedzieć o wszystkim, o czym pomyślę? Mam taką nadzieję :)

    Polecam wszystkim z podobnymi problemami właśnie taki sposób nauki. Nie musi to być oczywiście International House, ale jakakolwiek szkoła, która zatrudnia obcokrajowców w roli nauczycieli. To pozwoli Wam się otworzyć i nauczyć więcej i solidniej niż w szkole z polskimi nauczycielami. Co więcej utrwali się Wam wiedza na zawsze. W mojej szkole uczą bez oderwania od codzienności, jak to było w podstawówce. Czasów i innych reguł uczę się poprzez lekcje wzięte z życia. Nawet niekiedy nie zauważam, że uczę się właśnie jakiegoś czasu, dopóki nie natrafię w książce na regułę, od której zawsze zaczynaliśmy w polskiej szkole. Tutaj najpierw poznaję różne sytuacje życiowe i posługiwanie się językiem w tych sytuacjach, a dopiero potem dowiaduję się, że nauczyłam się właśnie nowego czasu gramatycznego. I nareszcie wiem, kiedy i w jakich sytuacjach używa się poszczególnych czasów. W przeszłości uczono mnie tylko jak wygląda szkielet czasu gramatycznego i krótkiej regułki o tym, w jakich okolicznościach się go używa. A potem było ćwiczenie na gotowych zdaniach, z wypełnianiem pustych pól. Nie pozwolono nam ćwiczyć tych życiowych, codziennych sytuacji, w których powinno się używać poszczególnego czasu. W IT natomiast głównie o to chodzi. Dzięki takiej formie uczenia się, bardzo związanej z codziennym życiem, nie tylko rozumiem to, czego się uczę, ale i zapamiętuję to bez problemu, dzięki czemu potrafię dobrze wpleść użycie odpowiedniego czasu gramatycznego w rozmowie. Bardzo dużo rozmawiamy, nauczyciel poprawia naszą wymowę i nie pozwala, abyśmy trwali w jakimś mylnym przekonaniu co do wymowy czy użycia słowa czy czasu. Ciągle jesteśmy zmuszani do tworzenia własnych zdań na przykładzie tych, które spotkaliśmy w książce, tworzymy własne historyjki, rozmawiamy ze sobą i z nauczycielem. Jestem tak zadowolona z postępów w nauce, że nie mogę się doczekać tego, czego się nauczę w przyszłym roku. Tak, jestem pełna motywacji! :)

     Opowiedziałam tę historię tak dokładnie po to, żeby zostać zrozumianą. Chciałam pokazać, co było moim największym problemem, który powstrzymywał mnie przed wszczęciem rozmowy po angielsku. Teraz to już wszystko za mną, dzięki nauczycielom, którzy zburzyli we mnie ten mur. Wiem, że jeszcze wiele pracy przede mną, ale fundamenty pod solidną wiedzę zostały położone :)

Adres internetowy szkoły w województwie kujawsko-pomorskim tutaj

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

To tak niesamowite, że tutaj trafiłam, że aż nie wierzę! Mam taaaaaaaaaaaaaaak samo! Identyczna sytuacja! Tyle lat w szkole i cholera problem z wymową (np. kiedy powiedziałam znajomemu "I like games where I can be a driver" nie zrozumiał ostatniego słowa nawet jak wymówiłam je kilka razy i wciąż myślał, że chodzi mi o "dragon". Było mi strasznie głupio. Na pewno skorzystam z Twojej notki! Uwielbiam Cię!

Gone_With_The_Books pisze...

O, dziękuję :) Nie sądziłam, że ktoś mnie kiedyś bedzie uwielbiał za to, że byłam takim kapuścianym głąbem z angielskiego :D
Dziwię się temu chłopakowi, w końcu to całkiem normalne, że dziewczyna lubi czasem pobyć sobie smokiem :D Takie sytuacje są niestety żenujące i całkiem okropne :) Aż się nie chce nic mówić :) Na szczęście ja już mam to za sobą dzięki mojej wspaniałej szkole, która potrafi rozwiązać język nawet takiej wrażliwej na własne błędy osobie jak ja :D