piątek, 11 stycznia 2013

Opowieści z Narnii/ C.S.Lewis/ Lew, Czarownica i stara szafa

      Pewnego razu czworo rodzeństwa, Łucję, Edmunda, Zuzannę i Piotra wysłano z Londynu na wieś, aby uchronić je przed wojennym zgiełkiem. Zamieszkały w wielkim starym domu u pewnego Profesora. Dzieci nie były zachwycone tym pomysłem, ale nie mogły nic zrobić, ponieważ były dziećmi i zawsze dorośli decydowali za nich. Następnego dnia zaczął padać deszcz i dzieci, aby zająć czymś czas, zdecydowały się na zwiedzanie ogromnego domu. W pewnym momencie znaleźli się w wielkim, pustym pokoju, gdzie stała tylko wielka, stara szafa. Prócz niej i martwej muchy, nie było tu nic ciekawego. A że dzieci interesują się tylko ciekawymi rzeczami, to szybko opuściły pokój w poszukiwaniu przygód gdzie indziej. Została tylko Łucja, która chciała sprawdzić, czy drzwi szafy dadzą się otworzyć. Okazało się, że ustąpiły pod naporem jej małych paluszków bez większego problemu. Znalazła w niej futra i czym prędzej się w nich zanurzyła, ponieważ bardzo lubiła zapach i dotyk futer. Za pierwszym rzędem futer był kolejny rząd, więc Łucja weszła w głąb szafy, zostawiając drzwi otwarte, ponieważ wiedziała, że to bardzo głupio zamknąć się w obcej szafie. Zagłębiała się coraz bardziej i bardziej i w pewnym momencie zaczęło jej skrzypiec pod nogami. Myśląc że są to kulki naftaliny, schyliła się aby ich dotknąć. Zamiast jednak tego, czego się spodziewała, dotknęła czegoś bardzo dziwnego. A przynajmniej było to dziwne w tych okolicznościach. Okazało się, że to co myliła z naftaliną, było po prostu śniegiem. I gdyby nie znalazła tego w szafie, gwarantuję, że Łucja od razu rozpoznałaby skrzypienie i miekkość śniegu. Pod palcami zaś zaczęła wyczuwać gałęzie drzew, co zdziwiło ją jeszcze bardziej. I nagle, po kilku krokach, znalazła się w niezwykłej, baśniowej krainie, gdzie gazowe lampy świeciły w środku lasu a fauny próbowały zaklinać dzieci czarami, aby oddać je w ręce złej czarownicy.
      Na szczęście Łucji nic się nie stało, wróciła bezpiecznie do swojego świata, odprowadzona przez skruszonego fauna, a kiedy odnalazła swoje rodzeństwo, okazało się, że godziny spędzone w tajemniczej krainie, nie były nawet minutami w jej własnym świecie. Oczywiście nikt Łucji nie uwierzył, gdy opowiedziała swą niezwykłą historię, mimo iż należało się spodziewać, że dzieci mają na tyle wielką wyobraźnię, że nie odrzucają niezwykłości tylko dlatego, że nagle sekretna szafa zmieniła się w najzwyklejszą szafę z futrami i tylną, najnormalniejszą ścianą. Skończyło się to wielką kłótnią i obrazą, podsycaną przez niewybredne żarty Edmunda, którego charakter pozostawiał wiele do życzenia ostatnimi czasy.
      Po kilku dniach napiętych stosunków między rodzeństwem, przyszedł znowu deszczowy dzień i dzieci postanowiły pobawić się w chowanego. Łucja oczywiście kroki swe skierowała do pokoju z szafą, mając nadzieję, że po raz kolejny magia zadziała i znajdzie się w krainie swoich marzeń. Przypadkowo Edmund znalazł się w tym samym miejscu co Łucja i widząc, jak znika w szafie, postanowił zrobić jej kawał i wystraszyć ją na śmierć. Wszedł więc do szafy, nie zauważony przez Łucję i ku swomu zdziwieniu znalazł się w tajemniczej krainie, o której opowiadała mu siostra i którą tak srogo wyśmiał, narażając się tym każdemu z rodzeństwa. Tak spotkał złą Czarownicę, która omamiła go swoimi czarami i kazała sprowadzić do jej zamku całą czwórkę rodzeństwa, ku ich zgubie. Edmund zaś, będąc pod wływem czarów i swego złego charakteru, przystał na propozycje Czarownicy, tym bardziej, że miał obiecane królowanie baśniową krainą i pokazanie tym samym rodzeństwu swojej wyższości.
      Przy drzwiach szafy Edmund spotkał Łucję. Gdy oboje z Łucją wrócili do swojego świata, Edmund udał, że wymyślił sobie swoją obecność w Narnii, aby zrobić dowcip Łucji, doprowadzając do kolejnej kłótni między rodzeństwem. Pewnego razu okoliczności tak się złożyły, że cała czwórka rodzeństwa znalazła się w szafie, chowając się przed Panią Macready, gospodynią domu i wszyscy przenieśli się do niezwykłej krainy, rozpoczynając serię jeszcze bardziej niezwykłych przygód, które na zawsze zmieniły życie dzieci.

     Konfrontowanie wspomnień z dzieciństwa ze spojrzeniem dorosłego człowieka to nie moja działka. Nie czuję się z tym dobrze i nigdy tego nie lubiłam. Kiedy jednak na półce u koleżanki dostrzegłam „Opowieści z Narnii” nie mogłam przestać o nich myśleć. Najpierw co chwilę mój wzrok wędrował do książki. Potem odważyłam się ją dotknąć, nawet przejrzeć, po czym ją odłożyłam z zamiarem nie brania jej więcej do ręki. Książka była potężna, mnie bolały plecy, a przede mną była jeszcze wycieczka do szkoły językowej. Jednak serce i rozum to dwie różne bajki. I zawsze jest tak, że jeden drugiego nie słucha. Zatem po godzinie znowu podeszłam do półki i wzięłam książkę, po czym usiadłam z nią na kolanach i tak sobie rozmawiałam z koleżanką, a między nami leżała książka. I czekała na mój ruch. Ostatkiem sił podeszłam jeszcze raz do półki z przekonaniem, że wybiorę sobie coś, czego jeszcze nie czytałam, zamiast zagłębiać się w znane i lubiane historie. Mój wybór padł na„Harrego Pottera”. Któż o nim nie słyszał? Któż nie chciałby tej rozsławionej książki przeczytać? Przecież miliony dzieciaków za nią szalały, przecież nawet dorośli ją czytają! Dlaczego ja jeszcze jej nie poznałam? Wzięłam więc pierwszy tom i zaczęłam czytać. Zostawiłam moje dwie koleżanki i męża jednej z nich samym sobie i skupiłam się na "Harrym Potterze". Myślałam, byłam wręcz przekonana, że książka mnie wciągnie tak bardzo, że trzeba mnie będzie od niej siłą odrywać. Bo jednak zawsze wydawało mi się, że ciekawą książkę potrafię rozpoznać. Czytałam więc i czytałam, oczekując na znajomy dreszczyk emocji, który zawsze czuję, gdy rozpoczyna się u mnie głód czytania. A dzieje się tak za każdym razem, gdy książka okazuje się interesująca. Gdyby nie działo się to w podświadomości, mogłabym powiedzieć, że słyszę w głowie moment, który mogłabym określić jako kliknięcie, kiedy coś we mnie zaskoczy i wtedy wszystko dookoła przestaje istnieć i jesteśmy tylko ja i książka. Wprawdzie niekulturalne by to było w obecności znajomych tak się wczytać, ale wiedziałam, że jak zbyt długo będę siedzieć w książkach, to mnie siłą od nich oderwą. 

      Jednak przeczytałam kilka pierwszych rozdziałów i nic się nie stało. Nic nie zaskoczyło. A zamiast tego nie mogłam się opędzić od natarczywej myśli, że książka jest zbyt dziecinna dla mnie. A przecież nieraz udowodniłam, że jako osoba dorosła potrafię czytać książki dla dzieci i młodzieży z takim samym jak oni zainteresowaniem i nawet nie czuć tak bardzo, że historia którą czytam jest skierowana do dużo młodszych niż ja czytelników. Przy "Harrym Potterze" jednak stwierdziłam, że jestem już za stara na tę opowieść. A skoro tylko odłożyłam Pottera na półkę, zaraz pobiegłam do "Opowieści z Narnii". Teraz już wiedziałam, że za nic na świecie nie zostawię tej książki takiej osamotnionej na półce. Podjęłam odważną decyzję, by sprawdzić, czy to co zapamiętała moja dziecięca wyobraźnia będzie dokładnie tym samym kilkanaście lat później. Przed oczami stanęły mi wspomnienia jak żywe. W głowie tańczyły mi obrazy widziane oczami wyobraźni, przemieszane ze wspomnieniami z filmu. Dołączyły do tego emocje, które wtedy odczuwałam, a które teraz wdzierały mi się w serce tak, jakbym znowu była tamtym dzieckiem, które niemal na bezdechu pochłaniało opowieści o magicznej krainie Narnii, do której trafia się przez drzwi starej szafy. Wiedziałam, że ponowne spotkanie z tą książką będzie czymś niezwykłym, czymś, na co warto było czekać tyle lat i na co słusznie się odważyłam. Byłam przekonana, że nie jestem jeszcze za dorosła na tą książkę.
Jakże się jednak pomyliłam... Już dawno nie byłam tak zaskoczona jak wtedy, gdy otworzyłam książkę na pierwszej opowieści. Najpierw było bardzo emocjonująco. Od pierwszej strony autor nie zawracał sobie głowy snuciem długich opisów na temat dzieci, które za chwilę miały poznać Narnię. Lewis od razu przeszedł do rzeczy. Króciuteńki opis tego, jak dzieci dostały się do starego domu Profesora trochę mnie zdziwił, bo nie pamiętałam już stylu pisania autora, ale wytłumaczyłam sobie, że to dobrze, bo Narnia czeka i nie warto tracić czasu na rzeczy mało ważne. Mój zapał więc zamiast nieco ostygnąć, urósł do rozmiarów kuli ziemskiej. Przykleiłam więc wzrok z powrotem do zapisanych kartek i wtopiłam się w opowieść. A raczej tak mi się zdawało. Jednak z każdą następną stroną zaczęłam dostrzegać, że coś jest nie tak, że nie tak miało być. Bo zamiast przenieść się do wyczarowanej w umyśle autora krainy, ja wciąż stąpałam trzeźwo po swoim własnym, rzeczywistym świecie. Coraz częściej mój obraz zapamiętany z dzieciństwa mąciły pytania, które same wskakiwały do głowy i krzyczały prosto do ucha: "przecież to nie tak", "to nie może tak być", "jaki śmieszny, dziecinny opis"... Nie mogłam pojąć co się stało. Niby ta sama historia, a jednak inna, jakby odarta z magii, nieco przyblakła... 
     Kiedy już Łucja, najmłodsza z czworga rodzeństwa, przeszła w końcu przez tajemniczą szafę do jeszcze bardziej tajemniczego świata i spotkała fauna Tumnusa pod latarnią na Latarnianym Pustkowiu, mój umysł trochę odżył. Do tej pory, nawet jako osobnik dorosły, który utracił dużą część ze swojej dawnej wybujałej wyobraźni, nadal wielbię tę scenę. Nie wiem czy to dlatego, że jest świetnie opisana, czy też może dlatego, że pierwsze spotkanie z Narnią musi się wydawać czymś niezwykłym. Co ja piszę? Ono jest niezwykłe! Ten moment, w którym najpierw jesteśmy w zwykłym świecie, gdzie trwa wojna i gdzie nikt nie wierzy dzieciom, gdy mówią o czarach i tajemniczych zjawiskach, a potem razem z Łucją wchodzimy do zwykłej na pozór szafy podczas zabawy w chowanego i zamiast dotknąć ściany za wieszakami z futrami, nagle przedostajemy się do zupełnie innego świata niż nasz, gdzie wszystko jest możliwe, a czas płynie sto razy szybciej niż u nas. Do świata gdzie zwierzęta mówią, gdzie las żyje własnym życiem i zapełniony jest istotami, które w naszym świecie nie mają prawa istnieć- to musi być naprawdę coś! W tym wzniosłym momencie wszyscy jesteśmy dziećmi i odczuwamy prawdziwą radość mogąc nareszcie opuścić ten zwykły szary świat i odtąd żyć wśród czarów. Tak właśnie się czułam, gdy przeszłam po raz pierwszy od dawien dawna do krainy zwanej Narnią. Ten drugi rozdział, kiedy Łucja wchodzi do szafy, na zawsze pozostanie w mojej pamięci czymś niezwykłym, czymś, co będę pamiętać całe życie, ilekroć sobie przypomnę, że kiedyś czytałam książkę pt. "Opowieści z Narnii".
   

    Potem jednak, kiedy Łucja wróciła do swojego własnego świata, wróciła również dorosła osoba, jaką jestem. Osoba trzeźwo patrząca na świat, która czasem daje się ponieść fantazji (ale tylko przy dobrej książce czy fascynującym filmie:)). Ta dorosła osoba kazała mi zauważyć naiwność opisów, kazała mi zwrócić uwagę na dziecięcy język, jakiego używa autor, żeby jeszcze bardziej dotrzeć do swoich czytelników. Gdy Łucja opowiada rodzeństwu o tym, co zobaczyła po drugiej stronie szafy, a żadne z nich nie chciało jej uwierzyć i zaczęło oskarżać ją o kłamstwa, o zbytnią dziecinność i wyśmiewać się z niej, wtedy zauważyłam, że jednak jestem już za stara na tę książkę. Męczyły mnie niektóre opisy, jak choćby opisy tego, co dzieci jadły na śniadanie, obiad i kolację, czy tego, że nawet podczas najbardziej zagorzałych bitew czy podczas ucieczki, musiano zjeść przyzwoity posiłek. I tak na przykład pierwsze spotkanie u państwa Bobrów okraszone było dokładnym opisem tego, czym dzieci zostały poczęstowane w bobrowej chatce. A więc były kartofle gotowane na piecu i podane z wielką kostką złocistego masła, którą każdy mógł nabierać do kartofli tyle, ile miał ochotę. Był też świeży pstrąg usmażony w pół godziny po złowieniu przez Pana Bobra i podany w pół minuty po zdjęciu z patelni. Był też chleb i dzban kremowego mleka dla dzieci oraz kufel piwa dla Pana Bobra z beczułki stojącej w kącie. A na deser była wielka strucla z marmoladą, polukrowana z wierzchu i dopiero co wyjęta z pieca. A po strucli była podana herbata świeżo ugotowana na ogniu.
          Było to dla mnie zbyt naiwne i trochę śmieszne. I naprawdę muszę przyznać, że jestem zaskoczona prostotą tych opowieści. A najdziwniejsze jest to, że kiedyś działały one na moją wyobraźnię niesamowicie mocno, a wspomnienia o tym co wówczas przeczytałam gdy byłam dzieciakiem spoczywały we mnie tyle lat i były tak mocno osadzone, że aż rwały się do tej książki, gdy ją zobaczyłam ponownie po tych wszystkich latach. To właśnie tamte wspomnienia wywołały we mnie burzę emocji na widok "Opowieści..." i kazały mi wziąć tę książkę do domu. A teraz emocje gdzieś opadły i pozostała zwykła przyjemność czytania dobrej książki. Kiedyś była to dla mnie książka niezwykła, pokazująca rzeczy, o których mi się nie śniło. Była to książka, której wspomnienie potrafiło przetrwać w mojej głowie tyle lat bez szwanku i wywołać tak wielką chęć przeczytania jej ponownie oraz wywołało przekonanie, że podczas czytania znowu będzie tak wspaniale, magicznie, wyjątkowo.
     Tak się nie stało i bardzo nad tym ubolewam. Wciąż uważam, że jest to interesująca książka, ale myślę, że najwięcej korzyści z jej czytania wyciągną jednak dzieci. Co do młodzieży to nie jestem pewna, bo patrząc na nich mam wrażenie, że stąpają bardziej trzeźwo po ziemi niż niejeden dorosły. A żeby mieć przyjemność w poznawaniu Narnii i jej wielkiego i mocarnego opiekuna Lwa Aslana, trzeba mieć otwarte horyzonty i bujną wyobraźnię. A to są cechy wybitnie dziecięce.

     Czytając opowieści obecnie, nawet Biała Czarownica nie wydawała mi się tak straszna, tak przeniknięta złem i żądzą władzy. Nawet dziwne zjawiska w postaci mówiących zwierząt, faunów, driad, duchów drzew, nie były tak niezwykłe jak kiedyś. Nawet Aslan nie był tak wspaniały jak go zapamiętałam. Wszystko straciło swój dawny blask i lśniło tylko swoim własnym odbiciem. Dwa razy też poczułam rozczarowanie. Jedno z nich spowodowane było moją niechęcią do zmian. Jak już przyzwyczaiłam się do Łucji, Edmunda, Piotra i Zuzanny, nagle dwoje z nich zostało mi zabranych i zastąpionych przez dwoje innych bohaterów. A kiedy już przywykłam do myśli, że nigdy już nie "zobaczę" Piotra i Zuzanny, tak jak oni już nigdy nie mieli zobaczyć Narnii według słów Aslana, raptem okazało się, że przy okazji następnej opowieści również Łucja oraz Edmund dostali bezpowrotny bilet do swojego własnego świata, a dalsze opowieści snute były o zupełnie nowych bohaterach. Nie pamiętałam tego. Moje wspomnienia były na tyle zatarte, że nie zdołałam zapamiętać, że tylko trzy pierwsze opowieści mają wyraźny związek ze sobą, a dalsze łączyła już tylko Narnia i dawne historyczne opowieści o pierwszych królach Narnii, którymi byli Łucja, Zuzanna oraz Piotr i Edmund, a które przekazywane były z pokolenia na pokolenie. Bardzo mnie to poruszyło, ponieważ ja nie cierpię, kiedy bohaterowie, których polubiłam, nagle znikają ze sceny, by już się na niej nie pojawić. Nie lubię zmian bohaterów i zastępowania ich zupełnie innymi. Tak jak nie lubię, gdy w serialu zmienia się aktorów grających tę samą postać. Uważam, że lepiej usunąć postać całkowicie niż zastępować ją nową twarzą i udawać, że jest to wciąż ta sama osoba, którą poznaliśmy na początku serialu. 
     Tak więc, kiedy w drugiej opowieści zatytułowanej "Książę Kaspian", Piotr mówi Łucji, że on i Zuzanna są zbyt dojrzali na to, aby wrócić kiedykolwiek do Narnii, miałam nos zwieszony na kwintę. Ciężko było mi się z tym pogodzić, zwłaszcza, że w następnej opowieści "Podróż Wędrowca do świtu" wprowadzono nagle na scenę kuzyna Łucji i Edmunda, Eustachego, który budził we mnie tylko antypatię. I kiedy już przyzwyczaiłam się, że zostało mi tylko dwoje z czworga rodzeństwa, nagle Aslan rzekł do Łucji: "Moja najmilsza, ty i twój brat już nigdy nie wrócicie do Narnii. Jesteście już za dorośli i musicie teraz zacząć przybliżać się bardziej do waszego świata." Ogarnął mnie wtedy prawdziwy smutek. Wcale nie chciałam, aby moi ulubieni bohaterowie zniknęli na zawsze z opowieści i pojawiali się tylko w starych legendach. Jaka więc była moja rozpacz, gdy każda następna opowieść przynosiła swoich własnych bohaterów, możecie sobie tylko wyobrazić.
      Dopiero na samym końcu, w opowieści pod tytułem: "Ostatnia bitwa", rodzeństwo, które poznałam od pierwszych stron książki, spotkało się ponownie w Narnii razem z innymi bohaterami poprzednich opowieści. I właśnie tu poczułam kolejne rozczarowanie, choć można by to nazwać również smutkiem. Poczułam wielki smutek, ponieważ wyjaśniło się czym tak naprawdę jest Narnia i kim jest Lew Aslan i mimo, że podejrzewałam to od jakiegoś czasu, nie chciałam tej myśli dopuścić do siebie. Chciałam wierzyć, że Narnia to tylko i wyłącznie magiczna kraina, wyjątkowa i wspaniała, gdzie dobro zawsze zwycięża zło, bo tak to już jest z magicznymi krainami. Gdy więc mimo zapewnień Alsana, że Łucja, Edmund, Piotr i Zuzanna już nigdy nie zobaczą Narnii, troje z nich pojawiło się nagle w tej cudownej krainie, zaraz po tym, jak przestała ona istnieć, i wtedy zaczęłam wszystko rozumieć. Jednak to, czego się dowiedziałam, napełniło moje serce smutkiem, a nie radością. Nie zamierzam podawać tutaj żadnych wyjaśnień, ponieważ nie lubię opowiadać zakończenia. Wolę wierzyć, że sami po nie sięgniecie, przeczytawszy mój opis.
      Poczułam smutek również dlatego, ponieważ ostatnia opowieść przyniosła tyle cierpienia mieszkańcom Narnii, że ciężko było mi przeżyć myśl, że w Narnii może mieszkać ktoś tak zły do szpiku kości, aby siać zniszczenie i chaos w tej pięknej, spokojnej krainie. I kiedy Narnia zaczęła powoli kończyć swój żywot, to z jednej strony cieszyłam się, a z drugiej smuciłam. Cieszyłam się, że los Narnii jest przesądzony, bo nie chciałam, aby była ona dalej brukana przez zło. Czułam to samo, co mieszkańcy Narnii, kiedy mówili: "Wolelibyśmy umrzeć tu i teraz niż doczekać takich czasów". Z drugiej jednak strony, pomimo tego, że nie czułam tak wielkiego przywiązania do tej książki jak dawniej, to jednak smutno mi było żegnać się na zawsze z tą krainą. Bądź co bądź było w niej coś niezwykłego, bajecznego i czarownego i nie chciałam, aby się to wszystko skończyło. Na pocieszenie otrzymałam z ust Aslana wyjaśnienie, co się stało, że dzieci znalazły się ponownie w Narnii i choć pocieszenie to przyniosło tylko dodatkowy smutek, to jednak w jakiś sposób pozwoliło mi wytłumaczyć sobie, że prawdziwa Narnia nigdy nie umrze i zawsze będzie na nas czekać. Także na koniec zmieniłam się jednak w to dziecko z przeszłości, które nie chciało żegnać ukochanej książki i dopiero to to było dla mnie prawdziwym pocieszeniem.


       Czas teraz zająć się opisem bohaterów pierwszej opowieści. Kiedy Aslan przybywa do Narnii, by wyzwolić ją spod panowania samozwańczej królowej, czar jej magii pryska, zanim jeszcze rozpoczęła się walka między siłami Aslana a żołnierzami Jadis. Wieloletnia zima ustępuje pola nadchodzącej wraz z Aslanem wiośnie i nagle las przechodzi w kilka godzin to, co zwykle dzieje się od stycznia do maja. Przy okazji mamy piękny opis wiosny, który warto przytoczyć w całości:


„Wkrótce jednak Edmund zauważył, że płatki śniegu biegnące im na spotkanie i oblepiające ubrania, są jakby większe i bardziej mokre. Jednocześnie stwierdził, że nie jest mu już tak strasznie zimno. Pojawiła się mgła. Rzeczywiście z każdą chwilą robiło się coraz cieplej i coraz bardziej mglisto (…). Naokoło rozlegały się dziwne dźwięki, ale hałas, jaki teraz robiły sanie, i krzyki karła, przynaglającego Reny do biegu, nie pozwalały Edmundowi rozpoznać, co to jest. Nagle sanie zgrzytnęły straszliwie po raz ostatni, gwałtownie w coś uderzyły i zatrzymały się. Dalej nie można już było jechać. Zapanowała cisza i teraz chłopiec mógł już się wsłuchać w owe dziwne dźwięki. Dziwny, słodki, szumiący i świergotliwy szmer – dziwny, a przecież nieobcy, kiedyś już go słyszał- gdyby tylko przypomniał sobie gdzie! Ależ tak, to szmer płynącej wody! Wszędzie naokoło, choć jeszcze niewidoczne, płynęły strugi i strumienie (przypominam, że zanim Aslan nadszedł, cała Narnia spowita była śniegiem, a rzeki skute lodem)- świergocące, mruczące, pluskające i bulgoczące, a nawet (w oddali) ryczące. Edmundowi drgnęło coś w sercu (chociaż nie bardzo wiedział dlaczego), kiedy zdał sobie sprawę z tego, że mróz ustąpił. A jeszcze bliżej słychać było wszędzie klip-klip-klip z gałęzi drzew. I nagle, kiedy wpatrywał się w jedno z drzew, wielka śniegowa czapa zsunęła się z gałęzi i z głośnym pacnięciem spadła na ziemię. Po raz pierwszy, odkąd przybył do Narnii, zobaczył ciemną zieleń jodły. (…) Teraz śnieg już naprawdę topniał w oczach, a wszędzie naokoło zaczęły pojawiać się plamy zielonej trawy. Dopóki nie przyjdzie Wam patrzeć na śnieżny świat tak długo jak Edmundowi, dopóty trudno Wam będzie wyobrazić sobie ulgę, jaką mu sprawiły te zielone plamy po niekończącej się bieli. (…) Z każdą minutą plamy zielonej trawy robiły się coraz większe, a śniegu było coraz mniej. Z każdą minutą coraz więcej drzew zrzucało swoje śnieżne kożuchy. Wkrótce, gdzie tylko można było okiem sięgnąć, zamiast białych kształtów widniały ciemnozielone jodły albo czarne gałęzie nagich jeszcze dębów, buków i wiązów. Potem biała dotąd mgła zrobiła się złocista, a w końcu rozwiała się zupełnie. Fale cudownego słonecznego światła zalały poszycie puszczy, a nad głowami, między wierzchołkami drzew, zajaśniało błękitne niebo.
Wkrótce zdarzyło się jeszcze więcej cudownych rzeczy. W pewnym momencie, kiedy doszli do skraju zagajnika srebrnych brzóz, Edmund zobaczył murawę pokrytą wszędzie żółtymi kwiatkami- chelidoniami. Plusk wody stawał się coraz głośniejszy; w końcu musieli się przedostać przez prawdziwy strumień. Rosły nad nim kwitnące przebiśniegi. (…) Nie minęło pięć minut, gdy dostrzegł z tuzin złotych, purpurowych i białych krokusów, rosnących wokół jakiegoś starego drzewa. Potem usłyszał dźwięk jeszcze słodszy od pluskania wody. Tuż przy ścieżce, którą szli, zaćwierkał nagle z gałęzi jakiś ptaszek i natychmiast odpowiedział mu trochę dalej drugi. I wówczas, jakby to był sygnał, rozległo się ze wszystkich stron ćwierkanie i świergotanie, a za chwile cały las rozbrzmiewał śpiewem ptaków, a gdziekolwiek Edmund spojrzał, widział ptaki ulatujące z gałęzi albo szybujące nad głowami, albo ścigające się nawzajem, albo sprzeczające się żartobliwie między sobą, albo układające sobie dzióbkami pióra. (…)
Teraz nie było już ani śladu mgły. Niebo stawało się coraz bardziej błękitne i pojawiły się białe obłoki. Na rozległych polanach wyrastały z traw pierwiosnki. Powiał lekki wiaterek, zdmuchujący krople soku z kołyszących się gałęzi drzew i przynoszący ze sobą jakieś cudowne, orzeźwiające wonie. Drzewa zaczęły odżywać na dobre. Modrzewie pokrywały się zielenią, szczodrzeńce złotem. Wkrótce buki wypuściły delikatne, przezroczyste listki. Kiedy pod nimi szli, światło również pozieleniało. Naokoło bzykały pszczoły, uganiające się za swoimi sprawami.
-To nie jest odwilż – powiedział karzeł, nagle zatrzymując się- To WIOSNA. Co teraz zrobimy? Twoja zima została zniweczona. Mówię ci! To robota Aslana. (…)”

       Gdy wraz z pojawieniem się Aslana w Narnii czary Białej Czarownicy zaczęły słabnąć, i wiosna wywalczyła wreszcie swój powrót, pojawił się też Święty Mikołaj i to w bardzo zaskakującym momencie. Gdy po pierwszej nocy w Narnii, przespanej w bobrowej kryjówce, dzieci i Bobry usłyszały dzwonki przy saniach, myslały, że to Biała Czarownica zaczęła im deptać po piętach. Jednak okazało się, że to sam Święty Mikołaj wrócił do Narnii, aby obdarować dzieci prezentami. I tak każdy dostał swój prezent, który był jednocześnie bronią przeciw Białej Czarownicy. Łucja zatem otrzymała magiczny napój, który leczył z najgorszej rany oraz mały sztylet do obrony własnej, Zuzanna dostała róg, zdolny przywołać pomoc oraz łuk, który nie chybiał i strzały, Piotr dostał miecz i tarczę. Edmund był w tym czasie w niewoli u Jadis i tam dostawał swoje "prezenty" (siarczysty policzek i suchą kromkę chleba) ;). Do tego Święty Mikołaj obdarował Panią Bobrową nową maszyną do szycia, a pana Bobra naprawą i wykończeniem tamy, z której był tak dumny i nową śluzą. Do tego wszystkiego dorzucił pyszne śniadanie. Może dla Was śniadanie w ramach prezentu brzmi niedorzecznie i śmiesznie, jednak dla zziębniętych dzieci gorąca herbata z cukrem i kremową śmietanką brzmiała jak najlepszy prezent.




       Gdy Czarownica została pokonana (nie boję się w tym jednym konkretnym przypadku wspomnieć jak zakończyła się opowieść, ponieważ jest to baśń, a baśni kończą się zawsze dobrze :)), Aslan odszedł niepostrzeżenie i wrócił do swojej krainy.

        A kim właściwie jest Biała Czarownica? Nieco przypomina Królową Śniegu z bajek Hansa Christiana Andersena, a przekabacenie Edmunda przywodzi na myśl historię Kaja i jego porwanie przez Królową Śniegu. Jednak historia z Narnii jest zupełnie inna. Pochodzenie Czarownicy wyjaśniłam pokrótce przy okazji spotkania z rodziną Bobrów. Jednak to, w jaki sposób znalazła się w Narnii i zawładnęła nią na wiele lat, by rządzić nią swoja okrutną ręką, autor odkrył przed nami przy okazji opowieści „Siostrzeniec Czarodzieja”. Wraz z nowymi bohaterami, Digorym i Julią Pole, pierwszymi ludźmi w Narnii, udajemy się w dwa miejsca- do prawdziwego, umarłego królestwa Białej Czarownicy Jadis oraz do rodzącej się dopiero Narnii. Za pomocą magicznych pierścieni, stworzonych przez pustego, a jednocześnie złego wuja Andrzeja, chłopiec i dziewczynka przeskakiwali z jednego świata do drugiego i wreszcie napotkali bardzo stary świat pięknej i okrutnej Jadis, gdzie słońce płonęło dziwnym, umierającym, czerwonym światłem. Tam, w umarłym mieście Charn, zniszczonym przez pozbawioną uczuć i żądną władzy czarownicę i królową, udało im się złamać zaklęcie samej Jadis i zbudzić ją ze snu, w który sama się zaklęła po zniszczeniu Charn. Szybko jednak spostrzegli swój błąd, bo już po pierwszych słowach, a potem po jej opowieści na temat tego, jak to się stało, że Charn jest wymarłe, zrozumieli, iż zbudzili zło w najczystszej postaci. Zauważyli, że jedyne na czym Jadis zależało, była władza. Pretendowała ona do najsilniejszej królowej świata i aby osiągnąć swój cel, była gotowa nie tylko przelać krew swoich wojowników bez zbędnych uczuć żalu czy współczucia, ale i zniszczyć swój świat, byle tylko nie oddać władzy swojej siostrze. Okrucieństwo jej biło ze słów:


„Ja byłam królową. Oni byli MOIMI ludźmi. PO CÓŻ innego w ogóle istnieli, jeśli nie po to, by spełniać moją wolę.”
       Obie siostry były czarownicami i obie chciały sprawować władzę. Jednak Jadis była silniejsza, poza tym poznała magiczne zaklęcie, zwane Żałosnym Słowem, zdolnym zniszczyć cały świat, za wyjątkiem osoby, która je wypowiedziała. Nie mogąc zaś wygrać inaczej, Jadis wolała zniszczyć swój świat, niż choćby podzielić się władzą, nawet z kimś ze swojej rodziny. Jadis była pewna, że zaklęcie zniszczyło cały świat, bo nie wiedziała, że poza jej starym światem istnieją jeszcze inne, dużo młodsze. Nawet nazwała się ostatnią królową świata. Gdy zaś od Digorego i Julii dowiedziała się, że istnieją inne, młodsze światy, zapragnęła dostać się do nich, by przejąć władzę. Tak oto dostała się na chwilę do świata ludzi, by tam siać grozę, a potem została ściągnięta do dziwnego świata, w którym nie było nic prócz ciemności. I tak oto, w tej opowieści, mamy okazję przyglądać się stworzeniu Narnii, które to zaczęło się od śpiewu. Wraz z tym śpiewem zaczął pojawiać się świat, złożony z nieba, gwiazd, słońca, roślin, zwierząt. Gdy tworzenie Narnii dobiegło końca i pojawił się Aslan, którego śpiew był kreatorem tego pięknego świata, Czarownica uciekła, a Aslan wyrzekł słowa:
„Ten świat nie ma jeszcze pięciu godzin, a już wkroczyło weń zło”.
       Później w obronie Narnii posadzono magiczne drzewo, które miało trzymać Czarownicę z daleka, póki rosło. Niestety Jadis zjadła owoc z zaczarowanego drzewa, dało jej to moc, wieczne piękno i nieśmiertelność. Tak więc dopóki drzewo rosło, Narnia była bezpieczna, jednak miał nastać taki czas, kiedy Czarownica miała zagrozić bezpieczeństwu Narnii i właśnie wtedy, podczas panowania złej Czarownicy, wkraczamy razem z Łucją po raz pierwszy do magicznego kraju mówiących zwierząt i czujących drzew.


      A kim był Aslan? Na to już każdy musi sobie sam odpowiedzieć, zależy to bowiem od interpretacji opowieści. Dla mnie był Bogiem w ciele lwa. Tak właśnie rozumiem jego własne słowa, pojawiające się w różnych opowieściach. W historiach zaś przedstawiano go jako króla Puszczy, syna Wielkiego Władcy zza Morza. Aslan opiekował się wieloma krajami i mieszkał w swoim odległym kraju, gotów przyjść z pomocą zawsze wtedy, gdy był potrzebny. W opowieści „Podróż Wędrowca do świtu” mamy nawet okazję uchylić rąbka tajemnicy otaczającego Krainę Aslana. Znaleźliśmy ją za Ostatnim Morzem, za Końcem Świata, na Ostatnim Wschodzie i mogliśmy przez promienie rażącego słońca dostrzec zarysy tej pięknej Krainy:




„(…) A tam – na zachodzie, poza słońcem – ujrzeli pasmo gór. Były tak wysokie, że albo nigdy nie zobaczyli ich szczytów, albo o tym zapomnieli. Żadne z nich nie zapamiętało, czy po tamtej stronie widać było niebo. A góry musiały być naprawdę poza światem. Jakiekolwiek inne góry, nawet gdyby miały tylko jedną piątą ich wysokości, pokrywałby lód i śniegi. Te jednak były zielone i ciepłe, pokryte lasami i poznaczone wodospadami tak wysoko, jak tylko można było sięgnąć wzrokiem. I nagle ze wschodu uderzył powiew wiatru (…). Trwało to zaledwie sekundę, ale tego, co ów podmuch wiatru przyniósł ze sobą, żadne z trojga dzieci już nigdy nie zapomniało. Przyniósł zapach i dźwięk – dźwięk muzyki. Edmund i Eustachy nigdy później nie chcieli o tym mówić. Łucja potrafiła tylko powiedzieć: „To było takie, jakby miało mi za chwilę pęknąć serce!”. Zapytałem ją wtedy: „To było takie smutne?” „Smutne? O nie”- odpowiedziała Łucja. Nikt w łodzi nie miał wątpliwości, że tam, poza Końcem Świata, widzieli wówczas Krainę Aslana”.


       Jednak gdy wejdzie się w Ostateczny Wschód, to już na zawsze zostaje się w Krainie Aslana, co jeszcze bardziej przekonuje mnie, iż Aslan jest Bogiem. Wydaje się też, że gdy w następnej opowieści Eustachy wraca do Narnii razem z Julią Pole, rozpoczynają oni swoja wędrówkę właśnie z Krainy Aslana. Tak przynajmniej kojarzą się wysokie, pokryte trawą równiny, poza którymi zieje przepaść bez widocznego dna.

       Dla każdego droga do Krainy Aslana wiedzie inną drogą. Rzekł Aslan do Edmunda, Łucji i Eustachego:


„Dla was drzwi do Krainy Alsana są we waszym własnym świecie. (…) Do mojego kraju można się dostać z każdego świata”.
       A Gdy Łucja zapytała, czy w świecie ludzi Aslan też istnieje, odrzekł:
„Jestem. Ale tam noszę inne imię. Musicie mnie rozpoznać pod tym imieniem. Właśnie dlatego zaprowadzono was do Narnii. Przez to, że poznaliście mnie trochę tutaj, będziecie mogli poznać mnie lepiej tam”.
        Ostatnia zaś opowieść wyjaśnia zagadkę prawdziwej Narnii, co jak już wspomniałam, przyniosło mojemu sercu niezmierny smutek.


  


     Co do samej książki, jej autor C.S Lewis napisał najpierw jedną powieść, którą zatytułował "Lew, Czarownica i stara szafa". Napisał ją w 1949 roku dla swojej chrześniaczki z piękną dedykacją, której znaczenie doskonale rozumiem i które dociera do mnie z całą swoją siłą:
Do Lucy Barfield

Moja droga Lucy,
Napisałem tę opowieść dla ciebie, ale kiedy zaczynałem ją pisać, nie zdawałem sobie sprawy, że dziewczynki rosną szybciej niż książki. W rezultacie jesteś już za stara na bajki, a kiedy tę książkę wydrukują i oprawią, będziesz jeszcze starsza. Pewnego dnia będziesz jednak dostatecznie stara, aby znowu do bajek wrócić. Możesz wtedy zdjąć tę książkę z jakiejś wysokiej półki, odkurzyć i powiedzieć mi co o niej myślisz. Prawdopodobnie będę wtedy tak głuchy, że nie będę nic słyszał, i tak stary, że nie będę niczego rozumiał, ale na pewno będę wciąż twoim kochającym cię ojcem chrzestnym.

     C.S. Lewis stworzył potem jeszcze sześć kolejnych tomów swojej historii, które znane są obecnie jako cykl "Opowieści z Narnii". A oto tytuły tomów we właściwej kolejności:
Lew, Czarownica i stara szafa
Książę Kaspian
Podróż "Wędrowca do świtu"
Srebrne krzesło
Koń i jego chłopiec
Siostrzeniec Czarodzieja
                                                 Ostatnia bitwa

     Na koniec dodam, że najlepiej czytało mi się dzieło C. S. Lewisa w weekend, w nocy, kiedy nic mnie nie rozpraszało i kiedy mogłam czytać do 4 nad ranem. Kiedy wszyscy śpią a w domu jest cicho i spokojnie, najłatwiej w sobie rozbudzić magię. W ciemnościach nocy, rozpraszanej ciepłym światłem lampy, znowu poczułam miłość do Narnii, dość bliską temu uczuciu, które mnie ogarniało, gdy po raz pierwszy poznawałam tę krainę magii.

     Nie byłabym sobą, gdybym nie odniosła się również do ekranizacji. Widzieliśmy w kinie ekranizacje trzech pierwszych tomów powieści Lewisa w produkcji Walta Disneya. Na rok 2015 planowana jest ekranizacja "Srebrnego krzesła". Ja skupię się na opisie pierwszej części filmu pod tytułem: "Lew, Czarownica i stara szafa", ponieważ jest mi najbliższa z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że odświeżyłam sobie ów film wczoraj, nie tylko na potrzeby posta, ale i dlatego, że naszła mnie ogromna ochota obejrzeć Narnię widzianą okiem reżysera Andrew Adamsona. Drugim powodem była chęć odzyskania wspomnień z dzieciństwa. Po prostu chciałam być znowu tym dzieckiem, które w Narnii odnalazło to, czego od zawsze potrzebowało: odrobiny magii w życiu. Pamiętałam, że film zrobił na mnie duże wrażenie i wiedziałam, że może dokonać tego, czego nie udało się książce- przenieść mnie w czasie. Pamiętacie jeszcze jak za dzieciaka chłonęliście filmy fantastyczne? Z jaką ufnością podchodziliście do opowiadanych Wam historii? Jak cieszyliście się, kiedy mogliście przebywać w świecie, w którym czary są na porządku dziennym? Pamiętacie jeszcze, jak zapominaliście o bożym świecie, bo wciągnęła Was jakaś ciekawa historia? Czy też tak mieliście, że wierzyliście w to, co Wam opowiadał film lub książka? Ja to wszystko pamiętałam jak przez mgłę a bardzo chciałam wrócić do tamtych czasów. Chciałam wierzyć, że miejsca takie jak Narnia istnieją i mógł mi w tym pomóc tylko dobrze zrobiony film.

    Nie wiem jak reżyser to zrobił, ale udało mu się. Stworzył cudowną Narnię, pełną piękna i magii. Nie wiem czy to za sprawą kostiumów, muzyki czy dobrze wybranych aktorów mających zagrać rodzeństwo Pevensie, fakty są takie, że odwalił kawał dobrej roboty. Rzadko mam ochotę użyć takich mocnych słów na blogu, ale tu nie mogłam się powstrzymać. Już od pierwszych momentów filmu, kiedy rodzeństwo weszło do domu Profesora, dało się wyczuć, że będzie tu można przeżyć jakąś wielką przygodę. Od razu czułam dreszczyk emocji i zaczęłam się wczuwać w akcję. Georgie Henley, która odegrała rolę Łucji, zrobiła to z ogromnym wyczuciem, tak że zapominałam całkowicie o tym, że jest to tylko gra aktorska. Potrafiła całą swoja osobą ukazać ciekawość świata i ekscytację dziecka, które po raz pierwszy zetknęło się z czarami. A kiedy weszła do Narnii przez drzwi starej szafy, w ogóle się nie przelękła, tylko okazała radość, jaką może odczuwać tylko dziecko, gdy spotkało je coś niewyobrażalnie dziwnego i niewiarygodnego. Co więcej od razu uwierzyła w to co zobaczyła i nawet przez chwilę nie starała się tego negować, tak jak robiła to Zuzanna, gdy spotykało ją coś, co przeczyło logice. Oglądając Łucję czułam się jakbym to ja spotkała fauna Tumnusa, jakby to mnie zdarzyły się te wszystkie niemożliwości, a w moim sercu pęczniała miłość do tego filmu i do Narnii. Właśnie tego oczekiwałam od ekranizacji. Reżyser sprawił, że uwierzyłam we wszystko, co mi pokazał. I powiem Wam, że czułam się z tym szczęśliwa. Zupełnie jakby Narnia z wyobraźni ożyła i zaczęła mnie otaczać ze wszystkich stron. Myślę, że mogłam czuć taką samą radość, jaką czuła Łucja, kiedy zamiast oprzeć się o tylną ścianę szafy, jej stopy dotknęły śniegu. Piękna muzyka, która towarzyszyła temu zdarzeniu spowodowała, że czułam wzniosłość tej chwili, targały mną takie emocje jakbym sama przeżywała to, co Łucja. A kiedy dziewczynka natrafiła w środku lasu na latarnię i muzyka raptownie się urwała, poczułam, że za chwilę zdarzy się coś jeszcze bardziej niezwykłego. Bardzo doceniam takie momenty i filmy, które potrafią sprawić, że przeżywam je całą sobą. Tak dobrze zrobione filmy zawsze wysoko u mnie punktowały. 



     Co do różnic między filmem a książką zauważyłam tylko jedną, widoczną gołym okiem, a poza nią film tylko nieznacznie różnił się od powieści. Jeśli chodzi o te drobne różnice to mam tu na myśli mało ważne sceny zagrane nieco inaczej. Mam tu na myśli na przykład lisa. W książce nie znalazła się dla niego żadna ważna rola, on tylko ucztował razem z wiewiórkami przy jedzeniu, podarowanym im przez Świętego Mikołaja, który powrócił w te strony po latach wygnania przez Jadis, Białą Czarownicę. Szybko też stał się kamienną figurą razem ze swoimi rudowłosymi towarzyszami. W filmie natomiast dzielny lis stanął przed Białą Czarownicą, próbując zmylić pościg za Bobrami i dziećmi, omal nie przypłacając swojej odwagi życiem. Kolejną drobną róznicą był moment, kiedy rodzeństwo schowało się całą czwórką w szafie, w książce uciekało przed wycieczką, którą oprowadzała Pani Macready, w filmie natomiast podczas gry w palanta Edmund stłukł szybę i zepsuł zbroję rycerską, po czym wszyscy zaczęli uciekać przed Panią Macready, która usłyszawszy rwetes, chciała zobaczyć, co było jego powodem. W książce to Zuzanna zaproponowała, aby schronić się w garderobie przed wycieczką, a Piotr otworzył drzwi szafy, natomiast w filmie to Edmundowi zależało na tym, aby jak najszybciej przyprowadzić brata i siostry do Białej Czarownicy. A gdy wszyscy znaleźli się u rodziny bobrów i nagle spostrzeżono, że Edmund zniknął podsłuchawszy wcześniej o Aslanie i jego armii, w filmie dzieci i bóbr pobiegli śladami Edmunda aż pod pałac Białej Czarownicy i dopiero widząc jak Edmund wchodzi do środka postanawiają spotkać się z Aslanem, w książce natomiast zaraz jak tylko Bóbr powiedział, że Edmund zdradził i jest po stronie Czarownicy, postanowiono uciekać przed jej zastępami prosto na spotkanie z Aslanem. A gdy rodzeństwo wróciło przez starą szafę do swojego świata, w filmie od razu natknęli się na Profesora, który akurat wszedł do pustego pokoju, gdzie stała szafa, natomiast w książce nikt nie widział ich powrotu, to oni sami poszli do Profesora, aby mu wytłumaczyć, dlaczego w szafie brakuje czterech futer. Gdy zaś na końcu opowieści w filmie następnej nocy Łucja próbowała przedostać się z powrotem do Narnii przez drzwi szafy i napotkała siedzącego w pokoju Profesora, który wytłumaczył jej, że drzwi do Narnii zamknęły się na zawsze, tak w książce Profesor od razu po powrocie rodzeństwa z Narnii wytłumaczył im, że na następną wycieczkę do Narnii dostaną się już inną drogą:
    "...nie sądzę, aby mogło coś dobrego wyniknąć z próby powrotu do Narnii przez drzwi szafy w celu przyniesienia tych płaszczy. Nie dostaniecie się już do Narnii TĄ drogą (...) No więc, tak, oczywiście, kiedyś jeszcze do Narnii powrócicie. Kto raz został królem Narnii, na zawsze nim pozostanie. Ale nie próbujcie nigdy używać tej samej drogi. Powiem więcej: nie PRÓBUJCIE w ogóle tam się dostać. To się stanie samo, właśnie wtedy, kiedy nie będziecie się o to usilnie starać (...)".
         Zauważyłam również dość znaczną różnicę w udziale rodziny Bobrów w ratowaniu Narnii. Były to pierwsze istoty, pomijając drozda, które czwórka rodzeństwa spotkała na swojej drodze, kiedy wspólnie przeszli przez starą szafę do baśniowej Narnii. Pan Bóbr od razu rozpoznał w dzieciach synów Adama i córki Ewy, o których mówiła prastara przepowiednia i zabrał ich ze sobą do swojej chatki nad tamą, zbudowaną przez siebie na rzece. Tam razem z Panią Bobrową ugościli dzieci obiadem i przedstawili im ich rolę w zgładzeniu Białej Czarownicy, która swoimi czarami terroryzowała od dawna Narnię, pogrążając ją w wiecznej zimie i odbierając jej mieszkańcom Boże Narodzenie. A tylko dzieci potrafią zrozumieć jak straszna jest zima bez Świętego Mikołaja i prezentów. Pan Bóbr przekazał dzieciom słowa prastarej przepowiedni, wróżącej czasy, kiedy w Narnii pojawi się czworo istot z plemienia ludzi i uratują Narnię spod panowania Białej Czarownicy, gdy zasiądą na czterech tronach w Ker-Paravelu. Bowiem tylko człowiek mógł rządzić Narnią i zasiadać w siedzibie królów, natomiast Biała Czarownica sama ogłosiła się królową Narnii, podając się za człowieka, gdy tymczasem była potomkinią Lilith, która w prastarych czasach ogłosiła sie żoną Adama, a naprawdę pochodziła od dzinów, z drugiej zaś strony Jadis pochodziła z olbrzymów. Dzieci bardzo chciały pomóc Panu Tumnusowi, który został uwięziony w pałacu Czarownicy za pomoc w ucieczce Łucji, wiec Pan Bóbr próbował ich przekonać, że jedyną szansą dla Pana Tumnusa jest spotkanie z Aslanem, Królem puszczy, mogącym uratować nie tylko Pana Tumnusa, ale i całą Narnię. Przez cały czas opowiadania Pana Bobra o tym jak zła i niegodziwa jest Jadis, Edmund, będący pod wpływem jej czarów, buntował się na myśl o tym, że ktoś może tak źle mówić o jego królowej, która obiecała mu tron Narnii. Odrzucał od siebie myśl, że zaprzyjaźnił się z kimś do gruntu złym, tym bardziej, że Jadis trafiła bezbłednie w czuły punkt Edmunda, który miał już dość przewodnictwa straszego brata i traktowanie go przez Piotra jak dziecko. A to właśnie Biała Czarownica, o której tak źle mówił Bóbr, obiecała mu, że będzie rządził nie tylko całą Narnią, ale i swoim rodzeństwem. Gdy więc w chatce Bobrów zaczęto mówić o potędze Aslana, Edmund zadał pytanie, czy Czarownica nie mogłaby zamienić Aslana w kamień, na co Pan Bóbr wybuchnął pogardliwym śmiechem. Gdy towarzystwo w domku zorientowało się, że podczas trwania opowieści Edmund zniknął, Pan Bóbr od razu domyślił się jego zdrady.
         Rodzina Bobrów wzięła sobie za cel doprowadzić dzieci przed oblicze Aslana, tak bardzo bowiem wierzyła w jego pomoc i w prawdziwość przepowiedni, mówiących o córkach Ewy i synach Adama oraz o potędze Aslana, potrafiącej zabić Białą Czarownicę i ponownie sprowadzić wiosnę do Narnii. Poza tym Pan Bóbr bardzo nienawidził złej czarownicy i można śmiało powiedzieć, że jego postawa była wzorcowym przykładem uczuć, jakie panowały w Narnii wśród dobrych zwierząt, które nie przeszły na stronę Białej Czarownicy. Rodzina Bobrów nie zważając na swoje własne bezpieczeństwo, tak w filmie jak i w książce, postanowiła przyczynić się do ratowania Narnii, przyprowadzając przed oblicze Aslana dzieci ludzkie. Jednak w książce nic ich złego nie spotkało, dotarli bez większych problemów do Kamiennego Stołu, miejsca spotkania z Aslanem a ich dom nad tamą ocalał, podczas gdy w filmie został roztrzaskany przez wilki Białej Czarownicy, które niemal dopadły Bobry i dzieci w bobrowym domku. W filmie Pan Bób został zamieniony w kamień, w książce nic takiego nie miało miejsca. W książce dzieci chciały iść do Aslana, aby ten pomógł im uwolnić Pana Tumnusa, w filmie bardzo się temu opierali i tylko zniknięcie Edmunda przekonało ich do pójścia za radami rodziny Bobrów. W filmie dodano kilka scen, jak ucieczka przed saniami przez zamarznięte jezioro, które to sanie ostatecznie okazały sie sanami Świętego Mikołaja, nie Białej Czarownicy, podczas gdy książka mowiła o spotkaniu ze Świętym Mikołajem pod starą kryjówką Bobrów, gdzie dzieci przespały pierwszą noc w Narnii. W filmie była również scena walki z wilkami nad wodospadem, gdzie Pan Bóbr mógł wykazać się dzielną postawą wobec niebezpieczeństw. Ale w opowieźściach książkowej i filmowej,Pan Bóbr jak i jego żona wykazali się nadzwyczajną odwaga przeciwstawiając się rządom Białej Czarownicy, mimo iż zdawali sobie sprawę, jak sroga kara ich będzie czekać w przypadku przyłapania na gorącym uczynku. Jednak nic sobie oboje nie robili z niebezpieczeństw, gdyż nienawidzili Białej Czarownicy, i kochali prawowitego Króla Aslana. Postanowili więc zrobić wszystko, by pomóc mu przywrócić tron prawowitym władcom, którymi mieli być potomkowie Adama i Ewy.

     
     Drobne różnice między filmem a książką nie są niczym niezwykłym. Wydaje mi się nawet, że nie można ich uniknąć, bo nad tymi obrazami pracują dwa różne umysły, każdy ze swoimi własnymi pomysłami. Te drobne różnice, które opisałam, miały tylko pokazać, że film był dość wierną ekranizacją powieści S.C Lewisa. Natomiast jest jedna wielka, powiedziałabym ogromna różnica, którą zauważyłam właściwie od razu. Jest nią rozmach. Kto czytał kiedykolwiek "Opowieści z Narnii" ten wie, że są to proste opowieści, przeznaczone dla dzieci. A dzieciom wiele nie potrzeba, by poruszyć ich wyobraźnię i ich zaciekawić. Język powieści był właściwie językiem dziecka. Natomiast film skierowany był także do starszych kinomaniaków. Być może właśnie poszerzenie odbiorów sprawiło, że prosta opowieść za sprawą reżysera zmieniła się w cudowną baśń dla wszystkich. Krótkie opisy walk urosły do wielkich bitew, a każda z sześciu niedługich opowieści urosła do rangi choćby trylogii "Władcy pierścieni" Petera Jacksona. Być może to herezja, ale tak właśnie odczuwam i proszę o przebaczenie wszystkich fanów tejże trylogii, bo zdaje sobie sprawę, że oni sądzą, iż nic nie jest tak dobre jak "Władca pierścieni" :)
     

Też bym miała taką minę wchodząc pierwszy raz do Narnii :)













    Mam nadzieję, że mój przesycony emocjami opis zachęci Was do lektury i do obejrzenia filmu. Ja samą siebie tak zachęciłam, że dzisiaj na wieczór planuję odwiedzić Narnię po raz drugi i uratować księcia Kaspiana przed jego wujem Mirazem wraz z rodzeństwem Pevensi:)

P.S. Po opublikowaniu posta obejrzałam jeszcze "Księcia Kaspiana" oraz "Podróż Wędrowca do świtu" i muszę stwierdzić, że tak jak księcia jeszcze dało się oglądać z jako taką przyjemnością, to Wędrowiec znudził mnie całkowicie. Ale nie ma co winić reżysera, ta opowieść w oryginale też mnie nie zachwyciła. Zupełnie jakby zabrakło pomysłu autorowi. Niby tyle się działo, ale to wszystko nie przemówiło do mojej wyobraźni, a nawet ją uśpiło. Jedynie muszę pochwalić grę aktora, któremu przypadła rola Eustachego. Był jeszcze bardziej denerwujący niż w opowieści :) Brakowało mi też Piotra i Zuzanny oraz małej Łucji. W trzeciej ekranizacji była starsza i niestety zabrakło w jej grze aktorskiej tej magii, którą tak polubiłam w pierwszej części i którą odegrać doskonale może tylko dziecko.

P.S. Widzę, że niektórzy z Was szukają tutaj pewnych informacji na temat książki Lewisa. Jeśli macie jakieś pytania, możecie je tu zadać, odpowiem w miarę możliwości, jeśli jeszcze będę pamiętać :)

Brak komentarzy: