wtorek, 23 lipca 2013

Kilka słów o Winnetou/ Karol May



            Kiedy wszyscy czytają „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, ja wyłamuję się i sięgam po stare, dobre książki z młodości. Ostatnio żadna książka, która wpadła mi w ręce, nie przykuła mojej uwagi. Wewnętrznie zaś paliła mnie potrzeba czytania, której nie miałam czym ugasić. Po 3 tygodniach męczarni i bezskutecznych poszukiwań, postawiłam na książkę, która kiedyś, kilkanaście lat temu, zabrała mnie w magiczny świat przygody. Zadziwiłam swoim wyborem wujka, który zaskoczył mnie telefonem podczas czytania, a kiedy zdradziłam mu, co czytam, powiedział ze zdziwieniem: „Żartujesz!?” Od razu wzięło mu się na wspominki z własnego dzieciństwa, kiedy pod wpływem czytanej przeze mnie książki jego wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i dawała pole do dziecinnych zabaw. Wcale się nie zdziwiłam, że tytuł, który mu podałam przez telefon, wywołał tyle miłych i żywych wspomnień. Ta książka skradła kiedyś moje serce i obdarowała mnie najpiękniejszymi wspomnieniami, które dać może tylko ciekawa książka przeczytana w młodości.

             Tęsknota za ponownym przeżyciem wspaniałej przygody zaprowadziła mnie do biblioteki młodzieżowej i stamtąd wyniosłam trzy tomy wspomnień, zatytułowanych „Winnetou”. Wracając do domu z naręczem książek, nie potrafiłam opanować wewnętrznego wzruszenia i uśmiechu zadowolenia, który błąkał mi się na ustach. Taką nieokiełzaną radość przeżywałam ostatnio lata świetlne temu. A teraz, już za chwilę, miałam ponownie wkroczyć w świat fantazji Karola Maya i czułam całą sobą, że i tym razem się nie zawiodę.

             Jak tylko zamknęły się za mną drzwi mieszkania, rzuciłam się na łóżko i otworzyłam pierwszy tom. Stara, pożółkła książka, z czarno-białymi rysunkami, z których wyskakiwali myśliwcy preriowi i Indianie, szara okładka z nieciekawym na dzisiejsze czasy malunkiem- to wszystko nie miało dla mnie znaczenia. Wiedziałam, jaka ogromna wartość kryje się dla mnie na tych zaczytanych stronicach i niemal czułam pod palcami tę radość przeszłych pokoleń małych czytelników, którzy z rozdziawionymi buziami wkraczali w świat prawdziwej, wytęsknionej przygody.

           Pierwsze słowo, które na mnie wyzierało z książki, dawało obietnicę zapomnienia się w tej lekturze. Słowo „Greenhorn”, którym zapoczątkowano pierwszy rozdział, spozierało na mnie z utęsknieniem, zachęcając do wkroczenia w ten niezwykły świat minionych wieków. Kto wie, kiedy ostatnio tę książkę ktoś trzymał z zamiarem przeczytania. Czułam, że tak samo jak ja miałam potrzebę przeczytania wciągającej książki, tak samo ten tom z utęsknieniem wyglądał osoby, która by ożywiła dawne postacie stworzone przez pisarza. Przez moment nieufność zagościła w moim sercu. Czy ta książka, czytana przeze mnie 15 lat temu, wciąż mnie będzie zachwycać? Przecież minęło tyle lat, a już nie pierwszy raz się przekonałam, że to, co było kiedyś, mogło już dawno umrzeć i nie da się tego wzniecić. Jednak nadzieja na spełnienie kazała moim oczom spocząć na żółtych, zmęczonych, a jednak wciąż żywych stronicach.



          Zaczęłam czytać. Początkowa nieufność znikła po trzech stronach. Byłam zdumiona. Jak to możliwe, że jeszcze niedawno próbowałam czytać trzy inne książki i po około 100 stronach nie poczułam nic, prócz irytacji i znudzenia, a tutaj kilka stron sprawiło, że zapomniałam o obowiązkach przykładnej żony i pani domu i pożerałam słowa jak wygłodniały wilk? Trzy tomy, z których każdy liczył po ok. 500 stron, przeczytałam w tydzień. Tyle samo czasu zajęło mi mozolne przekopywanie się przez 200 stron dzieła Lwa Tołstoja pod tytułem: „Wojna i pokój”, zakończone ostatecznie niepowodzeniem. Po tamtej książce mój wewnętrzny duch czytelniczy nieomal umarł, ale ożywiłam go „Winnetou” i teraz ma się lepiej niż kiedykolwiek. Taką moc mają dzieła Karola Maya.

         Już kiedyś wspominałam na blogu o „Winnetou” Karola Maya, ale pisałam z pamięci i raczej był to zlepek informacji na temat całokształtu twórczości Maya. Dziś chciałam się skupić na tej jednej konkretnej książce. Jest ona całkowicie poświęcona postaci Winnetou, Indianina, Apacza, niezwykłego człowieka, najbardziej sprawiedliwego wśród Indian, cieszącego się sławą wielkiego i odważnego wojownika, którego podziwiali nawet jego wrogowie. Postać Winnetou przewija się również przez inne książki Karola Maya, poświęcone życiu na prerii, jednak ta jedna, konkretna pozycja skupiona jest tylko na postaci Apacza. Jest to pasjonująca historia i tak żywo opowiedziana, jakby wszystko działo się na naszych oczach. Słowa Karola Maya w magiczny sposób przenoszą nas prosto na prerię i razem z jego bohaterami doświadczamy niezwykłych przygód, a prerie i sawanny stają się naszym domem. Po przeczytaniu zaś wszystkich tomów budzi się w nas tęsknota za takim życiem w wolności, kiedy nie ograniczają nas ściany, a dokoła króluje otwarta przestrzeń. Czujemy w ślad za słowami Old Shatterhanda, że ten, kto raz zaznał życia na prerii, nie będzie już potrafił bez niej żyć, mimo że często jest to życie surowe i niebezpieczne. Ale jednocześnie jest to życie pełną piersią i do tego właśnie tęsknimy, do uczucia, że naprawdę się żyje, a nie tylko wegetuje.

          Kiedy jako nastolatka po raz pierwszy czytałam „Winnetou”, przez sposób, w jaki Karol May opowiadał swoją historię, zastanawiałam się, czy rzeczywiście to wszystko, o czym pisze, wydarzyło się naprawdę. May pisał w pierwszej osobie, dając wrażenie, jakoby opisywał swoje własne przeżycia. W książce nazywał siebie Charles’em (spolszczone imię Karol to właśnie Charles), Winnetou nazywał go Sharlih (czyli Karol w indiańskim narzeczu), a kiedy spotykał się z nowymi ludźmi, opowiadał, że jest pisarzem. Raz nawet pojawiła się scenka sprzeczki z Samem Hawkensem, podczas której Charles powiedział przyjacielowi, że opisze go w swojej książce, tym samym doprowadzając osobliwego Sama niemal do furii. Później, kiedy Sam zgodził się wystąpić w książce Charles’a, poprosił młodego pisarza, aby ten pominął niektóre jego wpadki. Wówczas Charles wyznał mu, że chce opisać sytuacje i ludzi dokładnie takimi, jakie były i stwierdził, że jeśli ma kłamać, to woli w ogóle nie pisać o zdarzeniach i nie wymieniać osób. Mimo, że pochłaniałam książki jak człowiek umierający z głodu, nie interesowałam się jednak nigdy biografiami pisarzy. Nie wiedziałam wówczas nic o Karolu Mayu, dodatkowo miałam ogromną wyobraźnię i wiarę w to, co czytam. Biłam się więc z myślami i niemal uwierzyłam, że wszystko to, o czym czytałam, wydarzyło się naprawdę i że pisarz opisuje właściwie swoje przeżycia z pobytu na prerii. Dodatkowo chciałam wierzyć, że ktoś taki jak Winnetou naprawdę żył. I choć czasem trudno mi było uwierzyć w prawdziwość niektórych historii, to jednak polubiłam Old Shatterhanda, czyli Karola, tak, jakby ten faktycznie przemierzał niezmierzone prerie razem z Apaczem. Wszystko, co May opisywał, było takie żywe i prawdziwe, że z trudem dopuszczałam do siebie myśl, że te zapierające dech w piersiach historie i ci wszyscy niezwykli, dzielni i waleczni ludzie, są tylko wytworem czyjejś wyobraźni.

            Tym razem jednak z ciekawości rzuciłam okiem na krótką notkę biograficzną umieszczoną na skrzydle okładki. I wówczas moje nadzieje prysły jak bańka mydlana. Dowiedziałam się, że wszystko, o czym czytałam, zrodziło się w wyobraźni autora. Ponadto sam autor był zupełnym przeciwieństwem Old Shatterhanda. Był wątły i chorowity, podczas gdy Old Shatterhand odznaczał się ogromną siłą, dzięki której zyskał swój przydomek preriowy, ponieważ jednym uderzeniem ręki potrafił powalić na ziemię nawet najtęższego człowieka. Umiał wybornie strzelać, był inteligentny, przebiegły i waleczny. Karolowi Mayowi zarzucano zaś, że nigdy nie był na prerii i nie znał tego życia, nie znał Indian, a mimo to pisał o czymś, o czym nie miał zielonego pojęcia. Jego opisy Ameryki pochodziły nie z własnego doświadczenia i wiedzy, lecz ze studiowania mapy. Mnie to nie przeszkadzało mi to zupełnie, ponieważ sama niewiele się znałam na tym temacie, a wystarczało mi to, co pokazał mi Karol May.

            Nie przeszkadzało mi również to, że postacie przedstawiane przez pisarza były czarno-białe, a to również zarzucano Mayowi w czasach, kiedy ukazywały się jego książki. Ale czy ludzie zawsze muszą mieć różne odcienie szarości? Jeśli Old Shatterhand miał być dobry i sprawiedliwy, cieszyło mnie to. Jeśli Santer, wróg Winnteou i Old Shatterhanda, raz zabił dla bogactwa, czy należałoby oczekiwać od niego, że nagle zawróci ze złej drogi i zacznie czynić dobro? I nawet jeśli Winnetou i jego przyjaciel byli niepokonani, to czy było w tym coś złego? W dzisiejszych czasach tacy byliby superbohaterowie i nikt by nie zarzucał ich twórcom nadmiernego idealizmu. Ja przyjmuję wszystko, o czym pisał May, z ufnością i bez zastrzeżeń.

          Jedyne, co mi się nie podobało, to wykorzystanie tego samego motywu aż trzy razy. Chodzi mi o trzy momenty, w których osoby, które przewidziały swoją śmierć, zaraz po tym umierali, zabici od zabłąkanej kuli (Kleki-Petra, Old Death). Ale pomijając ten fakt, książka zabrała mnie w tak piękna podróż, że myślę, iż jeszcze kiedyś do niej wrócę.

          A o czym właściwie jest książka? Przede wszystkim o przyjaźni. Młody Karol May przenosi się do Ameryki. Tam pracuje jako prywatny nauczyciel. Na swojej drodze spotyka osobliwego rusznikarza Henry’ego i szybko przypada staremu do gustu. I mimo, że starszy mężczyzna jest zamknięty w sobie i nieco kłótliwy, poznaje w młodym Karolu materiał na prawdziwego myśliwca. Nie mogąc znieść tego, aby młody człowiek marnował się na kiepsko opłacanej posadzie, gdzie nie może wykorzystać całej swojej zręczności w strzelaniu, biciu się i jeździe konnej, załatwia mu w tajemnicy przydział jako pracownik kolei. Jego praca miała polegać na odmierzaniu na dzikiej prerii drogi dla pociągu, który miał przejeżdżać przez okolice, zamieszkałe przez Indian. Szybko więc wyrusza na prerię z innymi pracownikami, a do ich ochrony przeznaczono kilku myśliwych, z których trzech niemalże od razu zostało przyjaciółmi młodego nauczyciela. Od momentu, w którym wszyscy udają się w oznaczone miejsce, zaczyna się dla nowicjusza prawdziwa przygoda, ponieważ mieli pracować znajdowało się na terenie najbardziej zagrożonym obecnością Indian, a sama preria była miejscem, gdzie nie można było ufać nikomu, tylko samemu sobie.  

          Jako „greenhorn” (człowiek niedoświadczony), Karol uczy się pod okiem zabawnego i doświadczonego myśliwego Sama Hawkensa, jak przetrwać na dzikiej prerii. Bardzo szybko okazuje się, że uczeń przerósł mistrza i jeszcze szybciej młodzieniec dostaje prawdziwy preriowy przydomek, Old Shatterhand, który oznacza nic innego, jak grzmocąca ręka. Wkrótce, przydomek ten stał się sławny nie tylko na prerii, ale i w miastach. Old Shatterhand szybko przekonuje się również, jak niebezpieczni są Indianie, kiedy zmuszony jest walczyć o swoje życie i życie swoich przyjaciół. Poznaje młodego Winnetou, oraz jego ojca, wodza wszystkich Apaczów, a także uwalnia ich z rąk Kiowów, innego szczepu Indian, zaciekłych wrogów Apaczów. Robi to w tajemnicy przed wszystkimi, a zwłaszcza przed samymi pojmanymi, a tajemnicę tę wyjawia dopiero wówczas, gdy swoją rozwagą i dzielnością sam wywalcza sobie życie, podczas śmiertelnego pojedynku w obozie Apaczów . Swoim uczynkiem wywalczył sobie również dozgonną przyjaźń Winnetou, i właśnie o tej niezwykłej i silnej przyjaźni czytamy przez trzy tomy.

       Akcja dzieje się wartko i szybko, tak, że nawet przez chwilę nie odczuwamy znużenia, a wręcz łakniemy coraz więcej i więcej. Przyjaźń między Apaczem, a białym człowiekiem pociąga czytelnika i szybko podbija jego serce. Dzielność i mądrość Old Shatterhanda oraz prawość i odwaga Winnetou sprawia, że ten duet staje się niezwyciężony. Ludzie ci są niezwykli i nie da się ich nie kochać. W chwili śmierci Winnetou płakałam jak bóbr, tak bardzo pokochałam tego jedynego w swoim rodzaju Indianina.

        Winnetou przedstawiony jest tu jako wyjątkowy człowiek. Mimo, że Indianin, był inny, niż cała jego rasa.  Swego czasu trafił do Apaczów biały człowiek i nauczał ich chrześcijaństwa. Indianie był to lud dziki, ze swoimi tradycjami i Bogiem, Wielkim Manitou, którzy zabijali swoich wrogów bez mrugnięcia okiem. Z kolei biały, nazwany przez Apaczów Kleki-Petra, uczył ich, że Bóg białych miłuje wszystkie swoje dzieci, nie zważając na kolor skóry i jest miłosierny, nawet dla grzeszników. Winnetou pod wpływem tych nauk, całe swoje życie szukał potwierdzenia tych prawd, przekazanych przez białego duchowego przewodnika. Jednak ciężko mu było uwierzyć w nauki chrześcijaństwa, tak często spotykał się z niesprawiedliwością i złem. Jednak kiedy spotkał Old Shatterhanda, zaczął się nieznacznie zmieniać. Kiedy Santer zabił jego ojca Inczu-Czunę i siostrę Nszo-Czi, Winnetou poprzysiągł w nagłym bólu, że wykopie topór wojenny przeciwko całej rasie białych. Chciał zjednoczyć wszystkie szczepy indiańskie i rozpocząć walkę na śmierć i życie z białymi, którzy nieśli ze sobą tylko śmierć i zgubę całej rasie czerwonoskórych. Jednak po rozmowie z Old Shatterhandem porzucił swoje plany zemsty na białej rasie, pragnąć tylko zemsty na mordercy swojej rodziny, Santerze. Młody wódz szybko zasłynął ze swojej sprawiedliwości i stał się obrońca życia ludzkiego. Winnetou chciał być przyjacielem nie tylko wszystkich czerwonoskórych, ale i białych, mimo że Indianie skazani byli na zagładę przez tę rasę, której Apacz chciał bronić przed wrogimi im Indianami.

         Z czasem, żyjąc obok Old Shatterhanda i przeżywając z nim przygody, widząc, że jego przyjaciel jest przeciwny rozlewowi krwi i nawet najgorszego wroga oszczędza, nawet z narażeniem własnego życia, Winnetou powoli przeżywa duchową przemianę. W ostatnim tomie ta przemiana dobiega końca, kiedy młody Apacz wyznaje, że nie będzie już zdejmował skalpów swoim wrogom, ani liczył tych, którzy zginęli od jego srebrnej strzelby. Na końcu zaś poświęcił swoje życie za życie rodziny białych osadników, od których pierwszy raz usłyszał pieśń Ave Maria, która wzruszyła go do głębi serca. Od tego momentu uwierzył w Boga białych, miłującego całą ludzkość i wyznał przed śmiercią Old Shatterhandowi, że został chrześcijaninem. Jego grób zaś ozdobiony został nie skalpami wrogów, jak to było w tradycji Indian, lecz krzyżem chrześcijańskim.

          Była to piękna opowieść, a chwila śmierci niepokonanego Winnetou była bardzo wzruszająca. Wtedy dopiero zobaczyłam, jak bardzo pokochałam tego wspaniałego bohatera i jak bardzo jego osoba stała mi się bliska.

          W książce przedstawione są same osobliwe postacie. Old Death, Sam Hawkens, Gruby Walker, Sans-ear, czy Old Firehand. Sami dzielni myśliwi, a każdy z nich miał swoją historię, godną opowiedzenia. Jednak tak naprawdę w moim sercu na stałe zagościł jedynie Winnetou i Old Shateterhand. Ten ostatni nie tylko był waleczny i sprawiedliwy, ale też zawsze mówił prawdę, nawet jeśli narażało go to na niebezpieczeństwo. Często też nie mówił nowo poznanym osobom, że jest tym sławnym preriowcem, o którym rozprawia się na preriach, wywołując tym samym zabawne sytuacje i pomyłki. Old Shatterhand i Winnetou stali się nierozłączni a ich przyjaźń była niezwykła. Kiedy Winnetou przed śmiercią rozmawiał ze swoim przyjacielem, wyjawił mu, że Old Shatterhand był dla niego błogosławieństwem, gdyż nauczył go miłować wszystkich ludzi, nawet wrogów i pozwolił mu uwierzyć, w naukę Kleki-Petry.

          Karol May był wspaniałym pisarzem. Potrafił tchnąć w wymyślone przez siebie postacie życie, przez co zapadają one w pamięć i żyją w naszych głowach. Mimo, że tak naprawdę nie znał życia, które opisywał w swoich książkach, stały się one ponadczasowe i czytane przez pokolenia. Akcja toczy się wartko i wciąga od pierwszych stron. A po przeczytaniu książki odczuwa się niedosyt i smutek nad całą rasą indiańską, która skazana była na zagładę z chwilą, gdy biały człowiek w swej zachłanności zapragnął bogatych terytoriów, na których osiedlili się Indianie. I aż ze smutkiem  chce się powiedzieć w ślad za Karolem May: „Tu spoczywa czerwona rasa; nie stała się ona wielką, gdyż nie dano jej osiągnąć wielkości.”

Brak komentarzy: