piątek, 12 lipca 2013

Chamstwo czy kultura? - czyli jak rozmawiać z rodziną.


         Ostatnio dręczy mnie pytanie, jak zachowywać się wobec nieuprzejmości, padających ze strony rodziny? Czy uśmiechać się, udając, że się nie dosłyszało przytyku, czy też może odpalić z tej samej broni? Coraz częściej spotykam się z przykrościami ze strony rodziny i coraz mniejszą mam ochotę tego słuchać. Co dziwniejsze, złośliwe uwagi nie padają ze strony mojej własnej rodziny, lecz ze strony „rodziny przyszywanej”, jak ja to określam. Mam tu na myśli bratową i rodzinę mojego męża, która w dużej części jest niestety bardzo władcza i złośliwa. Wiem, że po ślubie wszyscy jesteśmy rodziną, ale ja mam co do tej zasady, uznanej przez tradycję, nieco inne zdanie. Uważam mianowicie, że takie osoby powinny mieć jak najmniej do powiedzenia w kwestiach, nie związanych z ich własnymi sprawami. Bo czy bratowa powinna uzurpować sobie prawo, żeby chcieć mnie „naprawić”? Czy rodzina męża ma prawo wtrącać się do tego, jak mam prowadzić dom? Czy kogokolwiek obcego powinno obchodzić to, jaka jestem?

         Jestem, jaka jestem. Moja rodzina mnie zaakceptowała, moja mama wychowała mnie na taką, a nie inną osobę. Moje cechy charakteru ukształtowały mnie w osobę o ugruntowanych przekonaniach. Każdy ma prawo do swoich przekonań, myśli i zapatrywań. Nikt nie powinien zmieniać na siłę człowieka tylko dlatego, że mu się ten obraz nie podoba. Jeśli mój mąż wybrał mnie na swoją żonę, pomimo wszystkich moich wad, to znaczy, że je zaakceptował. Zatem jego rodzina nie ma nic do tego, jak ułożyliśmy nasze wspólne życie. Jeśli bratowa zaakceptowała swojego męża, a mojego brata, takim, jakim jest, to świetnie. Ja nie wtrącałam się do ich związku i tego samego oczekuję od niej. Jednak kiedy bratowa czyni pod moim adresem przykre i złośliwe uwagi, to jak zareagować? Udawać, że wszystko jest w porządku i dalej tolerować takie zachowanie? Dalej zbywać je uśmiechem i żartami? Czy też może postawić się przeciwko takiemu traktowaniu i nie zważając na towarzystwo osób postronnych (jak moja mama, jej goście i mój mąż), wreszcie odpowiedzieć tak, jak od samego początku powinnam to robić?

         Moja mama mnie dobrze wychowała. Nie prawię ludziom złośliwości. Kiedy czuję, że czegoś nie powinnam mówić, bo może to komuś sprawić przykrość, nie mówię tego. Nawet jeśli przykrość, którą komuś mogę zaserwować, byłaby zasłużona, bo uczyniona w odwecie za to samo. Jeśli wiem, że mogłabym się obronić tą samą bronią, jaką mnie zaatakowano, to nie robię tego, kiedy widzę, że osoby postronne mogłyby na tym ucierpieć. Poza tym, kto lubi siedzieć przy osobach, które się kłócą? Ja nie. Dlatego unikam kłótni w towarzystwie. Osoby, które robią mi przykrość, nie zważają na towarzystwo. Patrzą krótkowzrocznie- na to, że mogą się swobodnie wypowiedzieć w kwestiach, które są drażliwe. Wiem, że nie powinnam zważać na innych, jeśli druga osoba tego nie robi, ale po prostu nie potrafię inaczej. Tak mnie wychowano. Wychowano mnie dobrze i takie świadectwo chcę ze sobą nieść.

          Dlatego przykro mi niezmiernie, kiedy ktoś wyciąga inne wnioski, i to wyssane z palca, dotyczące mojej osoby. Boli mnie, kiedy oskarżana jestem o złe zachowanie, ponieważ odbieram to jako przytyk do mojej mamy. Bo to ona mnie wychowała, więc jeśli źle się zachowuję w oczach kogoś, oznacza to nic innego, jak porażkę systemu wychowania mojej mamy. I nie jest mi przykro za siebie, bo ja zniosę dużo. Jest mi przykro za moją mamę, która włożyła wiele starań w to, żeby wychować sama małe dzieci. Cierpię więc, kiedy ktoś sugeruje, że wkład jaki poniosła w nasze wychowanie, poszedł na marne. I mimo, iż wiem, że oskarżyciel się myli, to jednak cierpię, zwłaszcza, jeśli przykrość dokonana jest na oczach mojej mamy.

          Kiedyś dobra koleżanka mojej mamy oskarżyła mnie przy niej, że nie jestem dobrze wychowana, bo całuję się z chłopakiem przy niej. Kazała nam iść w krzaki. A chodziło o zwykłe stanie koło siebie i kilka szybkich całusów. I to okropne zachowanie wywołało gwałtowny wybuch tejże koleżanki, która była również matką mojej bratowej. Nie wypowiedziałam ani słowa, mimo iż wiele słów cisnęło mi się na usta. Zachowałam dla siebie moje gwałtowne myśli przez wzgląd na mamę, której zrobiło się bardzo przykro za ten atak- widziałam to po jej minie. Zyskałam pewność po krótkiej rozmowie z mamą, w której bez problemu się wybroniłam. Widziałam, jak było jej przykro, że oskarżono ją o złe wychowanie dzieci i do dziś nie mogę zapomnieć tego uczucia cierpienia, jakie mnie wtedy opanowało.

        Teraz podobnych przykrości doznaję ze strony bratowej, a mimo to staram się trzymać fason i obracać wszystko w żart. Wszystkie niesprawiedliwe uwagi, kierowane pod moim adresem, puszczam mimo uszu, choć mam niezmierną ochotę odpowiedzieć w podobnym, złośliwym tonie. Wychowanie mojej mamy sprawia jednak, że milczę. Ale powoli zaczynam mieć dość tego, aby każdy, kto ma na to ochotę, poprawiał sobie humor na mojej osobie. Czasem aż język mnie świerzbi, żeby zacząć się bronić i raz na zawsze ukrócić przytyki. Wciąż jednak wzgląd na moją mamę powstrzymuje mnie przed nietaktami, które ja często muszę znosić ze strony mojej „przyszywanej rodziny”.

         Niedawno usłyszałam od bratowej, że mi się powodzi. Oczywiście był to przytyk do mojej tuszy. Tu pozwoliłam sobie na małą docinkę, żeby chociaż moje ciało zostawiono w spokoju. Odpowiedziałam więc, uśmiechając się od ucha do ucha: „Tobie też, jak widzę.” Bratowa coś tam odpowiedziała i temat się skończył, bo sama nie grzeszyła ładną figurą. Żeby więc ukrócić moje ewentualne ataki na samą siebie, wolała zmienić temat. Po tym zdarzeniu zauważyłam, że warto odpowiadać ludziom w takim samym tonie, w jakim oni zwracają się do nas.

         Niestety zmiana tematu nie wyszła mi na dobre, ponieważ bratowa szybko przeszła do swojego ulubionego tematu: dzieci. Kiedyś powiedziałam jej, że nie lubię dzieci. Teraz muszę często wysłuchiwać przytyków do mojego stosunku do dzieci. Moja bratowa uważa, że każda kobieta powinna być taka sama jak ona, czyli ubóstwiać dzieci. Według niej ja jestem osobą chorą psychicznie, ponieważ jestem inna. A prawda jest taka, że dla mnie dzieci są obojętne. Nie znaczy to, że ich nie lubię. Po prostu nie widzę potrzeby kontaktu z dziećmi, ale jak jakieś dziecko się do mnie przytuli, nie odpycham go ze wstrętem. Czasem nawet pobawię się z maluchem, jednak na dłuższą metę jest to dla mnie uciążliwe. Każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z małymi dziećmi wie, że one wymagają od nas, dorosłych, maksymalnej uwagi. Ja natomiast lubię chodzić własnymi ścieżkami i robić to, na co mam ochotę. Męczy mnie zatem ciągłe towarzystwo dzieci, gdyż muszę się wtedy zajmować wyłącznie nimi.

          Nie można mi też łatwo zamydlić oczu. Wiem z obserwacji, że rodzice sami często są zmęczeni swoimi obowiązkami rodzicielskimi i chętnie by je porzucili na kilka dni. Dlatego cieszą się, kiedy ich pociechy zajmują się gośćmi, krzykiem lub płaczem domagając się ich uwagi, ponieważ mogą wtedy sami odpocząć od swoich własnych dzieci. Wiem co mówię, ponieważ nieraz widziałam to zadowolenie w oczach rodziców, że ktoś choć na chwilę uwolni ich od ich własnych dzieci.

          Kiedy więc ktoś mi ciągle robi przytyki o to, że nie lubię dzieci, szlag mnie trafia. Czy ja naprawdę muszę kochać wszystkie dzieci na świecie, żeby inne kobiety wreszcie postrzegały mnie jako stuprocentową kobietę? Czy ciągle achami i innymi okrzykami szczęścia na widok dziecka muszę udowadniać, że uwielbiam ciężar opieki nad dziećmi?

          Kilka dni temu odwiedziłam moją mamę z mężem z okazji jej imienin. Była już tam starsza ciotka, na końcu wpadł również mój brat z żoną i dziećmi. Kiedy nowe towarzystwo się pojawiło, skończyła się normalna rozmowa na różne interesujące tematy i zaczęło się wodzenie wzrokiem za dziećmi i rozmowa na ich temat. Dla mnie w tym momencie wizyta była już zakończona, bo temat dzieci jest mi nieznany, więc nie za bardzo mogłam brać udziału w rozmowie. Jednak zostałam z uwagi na to, aby znowu nie zostać oskarżoną o to, że nie lubię dzieci, że się nimi nie zajmuję i nie przychodzę do brata i bratowej w odwiedziny. Niestety sama wykopałam tym pod sobą dołek, ponieważ poleciały takie teksty: 1. „Ta ciocia lubi dzieci”- powiedziała bratowa, kiedy starsza ciotka zaczęła się bawić z maluchami; 2. „A Ty nawet nie widziałaś jeszcze naszego nowego mieszkania, bo do nas nie przychodzisz. Widzisz, Twój mąż u nas był.”; 3. „Jak ja coś zasugeruję, to Ty od razu wiesz, że to do Ciebie jest.”

      A oto, co mi się cisnęło na usta, kiedy to usłyszałam:

1.     Czy po urodzeniu dzieci nie masz już innych tematów do rozmowy? Czy Twoje życie musi się kręcić wyłącznie wokół dzieci? To już się robi tak samo nudne, jak Ty.

2.     Gdybym przyszła zobaczyć nowe mieszkanie sama z siebie, na pewno bym usłyszała, ze jestem ciekawska. A zaproszenia jakoś nigdy nie otrzymałam, chociaż stałam kiedyś pod Waszymi oknami, czekając na męża, który przywiózł Wam narzędzia do remontu.

3.     Bo Ty nie potrafisz sugerować delikatnie, tylko walisz prosto z mostu to, co masz do powiedzenia. Zachowujesz się jak słoń w składzie porcelany, jak więc mam nie słyszeć brzęku tłuczonych naczyń?

 

         Wszystkie te myśli zachowałam jednak dla siebie. Wiadomo, przy mamie i starszej ciotce trzeba umieć się zachować.

         Na końcu zaś, kiedy bratowa powiedziała, że muszą z mężem jeszcze zjeść truskawki przed wyjazdem na wakacje, ja zażartowałam sobie, że chętnie przyjdę na truskawki. Oto jaką otrzymałam odpowiedź: „Ty to zawsze jesteś taka interesowna.” Zamurowało mnie. Ja interesowna? Czy oni nie potrafią rozróżnić żartu? Czy interesem jest odwiedzenie kogoś? Czy oni naprawdę myślą, że nie stać mnie na truskawki? Czy oni naprawdę sądzą, że poświęcę się dla kilku truskawek i pójdę z nimi do mieszkania, gdzie będę musiała zajmować się brzdącami? No i przecież oczywiste jest, że nie będę się pchała komuś do mieszkania tuż przed wyjazdem, gdy wiem, że czeka ich jeszcze pakowanie. A nade wszystko, czy osoba, która prosi o pomoc w remoncie swoich bliskich, a nawet mojego męża, nie płacąc im za tę ciężką przysługę, może kogoś oskarżać o interesowność z powodu kilograma truskawek?

        Oj, wierzcie mi, chciałam to wszystko wykrzyczeć. Chciałam zauważyć, że to nie ja byłam interesowna, kiedy dzwonili do nas tylko po to, aby pożyczyć narzędzia, czy poprosić mojego męża o pomoc w przeprowadzce lub zatrudnić mojego męża w roli darmowego pracownika przy remoncie. Ale przemilczałam. Sprawa narzędzi i remontu nie jest moją sprawą. Mój mąż się z nimi umówił, ja nie miałam prawa się w to wtrącać (choć wiem, że bratowa na moim miejscu na pewno by się nie powstrzymała). No i nie chciałam robić burdy w mieszkaniu mojej mamy i przy mamie. Jednak od tamtej pory przyszło mi na myśl, żeby skończyć z tą swoją uprzejmością i dobrym wychowaniem i odpłacać chamstwem za chamstwo. Co z tego będzie? Zobaczymy.

        Moja koleżanka przestała się krępować. Na zaczepki ze strony „przyszywanej rodziny” odpowiada tak, że nikomu już nie chce się wysuwać w jej stronę żadnych oskarżeń. Na oskarżenia, że w ogóle nie przychodzi do szwagra odpowiada: „Wy też wiecie, gdzie mieszkamy. Czemu do nas nie przychodzicie? Babcia sama całe dnie siedzi w domu, przyjdzie ją odwiedzić.” (mieszkają z mężem z jego i szwagra babcią). Jako, że nikomu nie chce się odwiedzać starej babki, temat szybko zniknął. Na zapytanie, kiedy postara się o dziecko, inna moja koleżanka ma dwa rodzaje odpowiedzi: Małżeństwu odpowiada, że nikomu do sypialni nie zagląda i tego samego oczekuje od innych. Parę pyta w odwecie za niezdrową ciekawość, kiedy wezmą ślub, jeśli jest to dla nich drażliwy temat. Takie odzywki gwarantują moim koleżankom spokój. Zaczynam myśleć, że ja za dużą cenę płacę za swoją życzliwość i chyba czas się zmienić w jędzę, taką samą, jaka mnie akurat atakuje.

         Przed ślubem ciotka mojego męża ciągle mówiła: „Jakie Ty będziesz miał życie z tą dziewczyną (przy mnie!!!): nie gotuje, nie pierze, nie prasuje… oj biedny będziesz.” Uśmiechałam się tylko na to, choć w duszy się we mnie gotowało. Umiem gotować, jak trzeba będzie- wypiorę i wyprasuję. Ale mężczyzna też ma ręce i też to wszystko potrafi, ponadto oboje chodzimy do pracy. Nie zamierzałam zostać niewolnicą mojego męża, on o tym wiedział i akceptował to. Dlaczego więc ciotka uważała, że ktoś dał jej prawo wypowiadać się w cudzych sprawach, skoro nikt jej nie pytał o zdanie?

         Dostało mi się również za to, że serwetę nazwałam serwetką. No bo jak to tak? Jak można nie odróżniać serwety od serwetki? Co to za żona ze mnie będzie? Hmmm… pokażcie mi jakiegoś chłopa, który się będzie przejmował, jakie serwety czy serwetki żona jego będzie kładła na stół! Większość nawet nie zauważy, że coś jest na stole!

         Czasem cisną mi się na usta słowa, w których mówię, że ciotka wszystko w domu robi, jak prawdziwa, stuprocentowa żona, a mimo to miłości w tym domu nie ma i domownicy nie mogą na siebie patrzeć. Ale jakże mogłabym tak powiedzieć drugiej osobie? Co moja mama by na to pomyślała? Takich przykrości nikomu się nie czyni. Tylko dlaczego inni zapominają o tej zasadzie?

          Rozpisałam się, ale temat jest dla mnie ważny. Jesteśmy z mężem partnerami. Dlaczego więc nie mamy sobie nawzajem pomagać? Czasy niewolnictwa dawno minęły i ja nie zamierzam ich wprowadzać do swojego domu. Wtrącanie się w  nie swoje sprawy jest chyba cechą narodową Polaków. Wiem, że nie da się tego zwalczyć u wszystkich, ale walkę trzeba podjąć. Mnie krępują więzy dobrego wychowania, ale czuję, że powoli zaczynają one się rozluźniać. Nie chcę być ciągle workiem do bicia i przyjdzie taki czas, że oddam cios. I będzie on tak samo bolał mojego przeciwnika, jak zabolał mnie jego atak. Myślę, że po kilku siniakach z obu stron, wreszcie podejście „rodziny” do mnie się zmieni.

           Pamiętajcie zatem o swoich prawach. Macie prawo bronić swoich przekonać i swojej duszy. Jeśli nie krępują Was żadne więzy, czyńcie co do Was należy i nie dawajcie sobie w kaszę dmuchać, tak jak ja. Bo kiedy rodzinka zauważy, że może się na Was wyżywać, będzie to robić z ochotą. Działajcie więc, oczywiście w wyważony sposób, aby tylko ugryźć przeciwnika i nie wywołać tym samym wojny. Powodzenia życzę. Wam i sobie! :)

8 komentarzy:

Kinga pisze...

Drażliwy temat.
Swoją drogą masz okropną bratową.
Jednak wiem, że ciężko jest wykrzyczeć to wszystko w twarz, będąc dobrze wychowanym.
Aktualnie przechodzę to z moją teściową i jej wtrącaniem się w wychowywanie mojego synka.
Okropne. ;/

Kania pisze...

Moja Droga... jesteś inteligentną osobą, więc wierzę, że niedługo z bezbronnej ofiary przeistoczysz się w przebiegłą żmijkę, która z uśmiechem na ustach, każdej atakującej Cię osobie zaserwuje taką ripostę, że pójdzie im w pięty i raz na zawsze odechce wtrącać w Twoje, w Wasze życie i sprawy. Oczywiście nie chodzi o odpłacenie tą samą monetą, czyli tekstem pozbawionym jakąkolwiek kulturą, lecz o odpowiedź godną tak dobrze wychowanej osoby.
Czytając Twój tekst, samej zrobiło mi się przykro z powodu Twojej mamy, więc tym bardziej rozumiem jakie jest to bolesne dla Ciebie.
Nie pozwalaj więcej na takie traktowanie. Milczeniem dajesz przyzwolenie na takie ataki, z każdej strony, zwłaszcza od osób, które są najmniej do tego upoważnione.
Życzę Ci powodzenia, wierzę, że niedługo uporasz się z tym problemem:)
pozdrawiam:)

Gone_With_The_Books pisze...

Moja bratowa kiedyś była inna. Można było z nią pogadać na przeróżne tematy i nie była taka kłótliwa, byłyśmy naprawdę blisko. Więc sobie myślę, że albo ona się zmieniła, albo ja ;)

Anonimowy pisze...

a mnie dziwi Twój mąż. Czy on przy swojej rodzinie nie może Cie obronić?

Gone_With_The_Books pisze...

Też się nad tym czasami zastanawiam. Ale myślę, że on może nie zauważać po prostu, że zachowanie jego rodziny bywa chamskie, bo w niej się wychował i prawdopodobnie myśli, że to w porządku. Kiedy czasem zwracam mu uwagę na różne niuanse, to nawet tego nie komentuje, jakby nie było to nic niezwykłego czy gorszącego. Będę go chyba musiała po prostu nauczyć kilku rzeczy, między innymi rozpoznawania chamstwa :)

Anonimowy pisze...

Świetny tekst. Też nie znoszę pouczania przez bratową i oczekiwania, że będę robić to czego rodzina oczekuje. Jesteś bardzo mądra i sobie poradzisz.
Czasem myślę, że najgorsza jest obojętność i staram się być obojętna w stosunku do niektórych. To działa. Niestety co do pozostałych aż się ciśnie na usta kilka szczerych słów.
Życzę powodzenia.

Mrs. Puzel pisze...

Niedawno zaczęłam lekko "pluć jadem", tylko że w taki sposób, jakby to ująć, zalatujący kulturą. Dzięki temu ludzie zaczęli mi mniej przykrości robić. Nie jest jeszcze idealnie, ale cieszę się, że coś się poprawia i robię się bardziej asertywna.
Powodzenia innym! :)

Gone_With_The_Books pisze...

Cóż, mi jeszcze wiele brakuje do asertywności. Czasem nawet nie potrafię się upomnieć o źle wydaną resztę przy kasie, bo mi głupio. A to raczej nie ja powinnam się czuć głupio, prawda? Niestety ciężko walczyć ze swoim własnym mózgiem.