wtorek, 17 września 2013

Płomień Crossa/ Sylvia Day

             Tytuł oryginału: Reflected in You
             Autor: Sylvia Day
             Wydawnictwo: Wielka Litera

             Rok wyd.: 2013
             Seria: Crossfire
             Liczba stron: 378


 



                     Z niecierpliwością wyglądałam momentu, kiedy będę mogła napisać kilka słów o drugiej części trylogii „Crossfire”. Chciałam wyrzucić z siebie wrażenia z lektury, ponieważ w głowie siedzi mi już nieopanowana wręcz ochota na przeczytanie części trzeciej. A czuję wewnętrznie, że nie powinnam się do niej zabierać, dopóki nie zrobię „rachunku sumienia” z wrażeń z poprzedniej części. 

                      W „Płomieniu Crossa” spotykamy się ponownie z namiętnością Gideona i Evy. Pierwsze trudności są już za nimi. Eva pokonała niechęć Crossa do stałych związków z kobietami, z którymi sypia i czuje, że jest mu bliższa, niż jakakolwiek kobieta przed nią. Wie, że nawet Corine, była narzeczona Gideona, nie znała nawet niewielkiej części tożsamości człowieka, z którym była zaręczona, tożsamości mrocznej i poranionej, którą ten starał się ukrywać przed światem. Dopiero poznanie Evy, kobiety z równie trudną przeszłością, co jego, pełną namiętności i pasji oraz niskiego poczuci własnej wartości, zmieniło go na tyle, iż postanowił otworzyć się bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczał, że jest w stanie. Poznawanie swoich sekretów i autodestrukcyjnych słabości przyciąga dwoje ludzi coraz bardziej i coraz mocniej ich od siebie uniezależnia. Ich szalona miłość może doprowadzić do szczęśliwego końca lub zmienić się w nienawiść i przynieść ból, a to, jaki będzie jej koniec, zależy tylko od naszych bohaterów. Czy ta miłość ma szansę pokonać piętrzące się trudności, kiedy z jednej strony jest niskie poczucie wartości, zazdrość i ciągła potrzeba szukania dowodów uczucia, a z drugiej obawa przed wyznaniem swoich tajemnic, brzydka przeszłość zagrażająca wewnętrznemu spokojowi Evy, nad którym tak długo pracowała i niska wiara w swoją wartość? Przyszłość trudnego i pełnego przeszkód związku stoi pod znakiem zapytania i zależy od tego, ile ustępstw wobec siebie są w stanie ponieść Eva i Gideon.

                     Związek Evy i Gideona przybiera na sile. Teraz, kiedy Gideon poznał smak miłości, w jej imię postanawia walczyć o swój związek, zagrożony ze względu na jego przeszłość. Nocne koszmary Crossa powodują, że staje się on niebezpieczny dla jedynej osoby, na której mu zależy i dla której zrobiłby wszystko. Godzi się więc na wspólną terapię, która ma pomóc obojgu i wznieść związek na wyższy poziom, pełen zaufania i bez tajemnic.

                    Mimo terapii Gideona wciąż męczą koszmary, podczas których atakuje śpiącą Evę, a jego ataki za każdym razem przypominają młodej kobiecie jej bolesną przeszłość, o której tak pragnie zapomnieć i przez którą omal nie zagubiła samą siebie. Mimo iż noce z Gideonem są jak tykająca bomba zegarowa, Eva decyduje się pozostać przy mężczyźnie, mając nadzieję, że wraz z doktorem Petersenem uda im się opanować senne napaści Gideona, tak bardzo przypominające te, których Eva doświadczyła jako dziecko od Nathana, swojego przyrodniego brata. Jednak fakt, że Gideon ukrywa przed nią swoją przeszłość, mimo iż sam poznał największe brudy jej przeszłości i nie chce z nią rozmawiać o tym, co przeżył w młodości, powoli niszczy Evę. Niszczy jej pewność siebie, pewność, że mężczyzna ją kocha i zmienia jej czyste uczucie w obsesję pełną demonów zazdrości. Czy będzie musiała zostawić mężczyznę swojego życia, aby znów nie zatracić samej siebie? I dlaczego Gideon nie potrafi zrozumieć, jak boli ją każde spotkanie z Corine? Każde zaś wspomnienie „pokoju do ruchania”, do którego zabrał ją Gideon, a który nadal wynajmował, przynosiło gniew nie do zniesienia, który wzmagał w niej niepewność i włączał guzik autodestrukcji, który w latach, gdy była nastolatką, omal nie złamał całego jej życia.

                   Tak jak się spodziewałam, Corine dała się ostro we znaki Evy. Jej wybuchowy charakter, niskie poczucie własnej wartości i niszczące milczenie Gideona na temat własnej przeszłości, brak zaufania do niej, który każe mu trzymać język za zębami, był sporą pożywką do uczucia zazdrości, które toczyło Evę od momentu, gdy dowiedziała się, kim Corine była dla Gideona. Dodatkowo jego brak zrozumienia jej obaw co do Corine podsycał w niej niepewność co do jego uczucia. Gideon wzbraniał się przed wypowiadaniem słowa „kocham Cię”, które uważał za zbyt słabe i niezdolne do wyrażenia jego prawdziwych, silnych uczuć do Evy, nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo kobieta potrzebowała tych pustych według niego słów. Mężczyzna zaś uważał, że tylko czynami i seksem może jej wyrazić, co tak naprawdę do niej czuje. 

                   Na skutek intryg Corine i rozmowy z doktorem Terrencem Lucasem, który wlał w duszę Evy podejrzliwość, a także skrawkiem tajemnicy, którą odkrył przed nią Gideon w związku z jego znajomością z doktorem, jej wiara w uczucia Gideona słabnie. A kiedy dodatkowo mężczyzna, wbrew swoim obietnicom, nie pojawia się na spotkaniu z psychiatrą, doktorem Petersenem, a następnego dnia zdjęcia jego i Corine oblegają plotkarskie witryny internetowe, świat Evy zaczyna rozpadać się na kawałki. Nie może zrozumieć, dlaczego Gideon nie potrafi z nią rozmawiać o swojej przeszłości, podczas gdy ona tej rozmowy tak bardzo potrzebuje. Czy te wydarzenia doprowadzą do końca jej związku z mężczyzną, który był jej światem, powietrzem, obsesją, bez którego nie potrafiła funkcjonować?

                    Muszę przyznać, że zainteresowanie drugą częścią rodziło się we mnie powoli i raz wzmagało się, innym razem opadało. Jednak gdzieś w połowie książki autorce wreszcie udało się złapać moją uwagę i coraz bardziej komplikując już i tak trudny związek, usidliła moją ciekawość raz na zawsze. Teraz nie mogę się doczekać, aby dorwać trzeci tom i sprawdzić, czy Evie i Gideonowi wreszcie udało się pokonać swoje demony.

                    Myślę, że główną przeszkodą, która nie potrafiła mi zatracić się w tej książce, była erotyka. Wciąż nie mogłam opanować wrażenia, że czytam pornograficzną książkę. Nie odpowiadał mi sposób przekazania mi przez autorkę relacji seksualnych bohaterów. Był za mało subtelny jak na mój gust i nieodmiennie przywodził na myśl pornografię. Denerwowały mnie też te ciągłe orgazmy i natężenie scen seksu. Mimo, iż wiedziałam, że seks był jedynym sposobem, dzięki któremu Gideon potrafił okazywać swoje emocje i uczucia, czułam, że scen tych jest tam za dużo i często nic nie wnosiły do historii, prócz zapełnienia stron.

                   Denerwowało mnie trochę stosowanie przez autorkę przypomnień. Każdej osobie, która pojawiała się na scenie, towarzyszyło krótkie wprowadzenie do historii, jakby pani Day szczególnie zależało na zachęceniu nowych czytelników, którzy wcześniej nie sięgnęli do pierwszej części trylogii. Uważam to za zbędne, ponieważ nie sądzę, aby można było tomy tej trylogii czytać osobno, bez osadzenia w całości. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić osobę, która znajdowałaby przyjemność w czytaniu historii wyrwanej z kontekstu, bez której nie potrafiłaby tak naprawdę zrozumieć tego, co łączyło Gideona i Evę, mimo tych krótkich wprowadzeń.

                  Zauważyłam też kilka błędów w e-booku, który czytałam. Jakby osoba, do której należała korekta tekstu, trochę zawaliła sprawę, w celu jak najszybszego przygotowania książki dla odbiorców. Uważam takie niedociągnięcia za niedopuszczalne w przypadku bestsellerów, dzięki którym wydawnictwo zarabia kupę kasy. Należałoby się nieco bardziej przyłożyć do pracy nad tłumaczeniem, które będzie czytane przez tysiące czytelników. Ale to tylko takie moje małe przemyślenia na ten temat.

                  Potwierdzam też to, co pisałam pod poprzednim postem- wrażenie uczestniczenia w tych samych warsztatach pisarskich autorek „Crossfire” i „Pięćdziesięciu odcieni” pozostało. Obie autorki wplotły kryminalny wątek w swoje historie. Z tym wyjątkiem, że tak jak u James wydało mi się to niepotrzebnym podkręcaniem akcji, to w przypadku Day jestem pod wrażeniem tak udanej zagrywki. Czytając Greya zdenerwowałam się tylko na nieudolne poczynania autorki, aby podsycić zainteresowanie ostatnią częścią swojej trylogii, tak u Crossa poddałam się zupełnie temu wątkowi. Jedyne, co mnie razi w tej kryminalnej historii u Sylvii Day, to fakt, że policjanci, prowadzący śledztwo, wykazali się bardziej ludzkimi cechami niż profesjonalizmem. Za to z przerażeniem zauważyłam u siebie, podczas czytania tego wątku, cechę, o której nawet nie chcę myśleć. Mianowicie gotowość wybaczenia przestępstwa w imię miłości. Zawsze myślałam, że życie jest dla mnie czarno-białe. „Płomień Crossa” otworzył mi oczy i zwrócił uwagę na tę cechę mojej osobowości, której wcześniej u siebie nie znałam.


                Ten ostatni wątek zmył wcześniejsze wrażenia lekkiego znudzenia, które towarzyszyło mi podczas pierwszej 1/3 książki i teraz rozpala we mnie gorączkę ciekawości tego, co się stanie w trzeciej części. Jestem ciekawa, czy dowód miłości Gideona wreszcie uspokoi Evę i jej rozszalałe poczucie zazdrości i niedowartościowania? Ile jeszcze można zrobić w imię miłości? Ile Gideon jeszcze jest w stanie poświęcić dla swojego uczucia do Evy? I czy człowiek, którego ojciec popełnił samobójstwo, jest w stanie poradzić sobie z tak silnymi uczuciami, które go wiążą z kobietą będącą jego obsesją? Co się może stać, jeśli ją straci? Cóż, obym jak najszybciej się o tym przekonała. Ponieważ czuję, jak z każdym dniem trawi mnie coraz większa gorączka ciekawości. Chyba spalę się doszczętnie, zanim zdobędę trzeci tom trylogii.

                Jest jeszcze jedna myśl, która powstała w mojej głowie podczas czytania dwóch części trylogii Crossfire i której istnienie dopiero sobie uświadomiłam. Mimo swojej żenującej romantycznej natury, która pozwala mi wierzyć w bajki, denerwowała mnie początkowo nachalna próba autorki, aby przekonać mnie, iż taka oślepiająca, odbierająca oddech, namiętna miłość może istnieć. W Greya i Anę uwierzyłam od razu. Ale coś w stylu pisania Sylvii Day nie pozwalało mi uwierzyć w Crossa i Evę. Ich wzajemne zainteresowanie było jak rozbłysk na niebie podczas burzy- gwałtowne, nieokiełznane i nieuzasadnione. Jako dusza romantyczna jestem w stanie uwierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia, jednak brakowało mi u tych dwoje tej iskierki, która pozwoliłaby mi uwierzyć w słowa autorki, że tych dwoje łączy płomień od pierwszego wejrzenia. Ja tego płomienia nie czułam, nie ściskało mnie w żołądku, kiedy Gideon pojawiał się obok Evy, nie szalałam też na punkcie głównego bohatera, jak to się zawsze ze mną dzieje, gdy daje się porwać historii. Czegoś mi brakowało w książce. Były tylko słowa, a nie było uczuć i czynów, przytłumionych słowami i seksem. A przynajmniej ja tego nie czułam tak, jak chciała autorka. Nie zapomniałam się całkowicie. Nie zapomniałam o świecie. Czegoś brakowało. Tylko nie potrafię opisać, czego. Może wiarygodności? I dopiero pod koniec drugiego tomu dałam się złapać i wreszcie uwierzyłam, że między tym dwojgiem jest coś więcej niż tylko zwykła chemia. Zaczęłam „widzieć”, odczuwać uczucie, które było między Gideonem i Evą, o istnieniu którego Sylvia Day próbowała mnie usilnie przekonać od pierwszego rozdziału pierwszego tomu. Mam nadzieję, że to uczucie prawdy będzie mi towarzyszyło przez cały kolejny tom, którego nie mogę się już doczekać :)

Czy to przypadek, że ten samochód stanął na mojej drodze? :)

Brak komentarzy: