Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecane. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Strasburg jako przedstawiciel najładniejszych miast Francji


Miasto nad rzeką Ren, po francuskiej stronie, bliski sąsiad niemiecki, doskonałe miejsce na weekendowy wypad po pracy, miasto tak ładne i interesujące, że nie można go pominąć na swojej liście celów do zobaczenia, mieszkając w zachodniej części Niemiec. Miasto tak bardzo różniące się swoim klimatem od swojego sąsiada, że nie sposób nie zauważyć, że jest to już inne
państwo, mimo że położone tak blisko granicy. Ten post dotyczy wprawdzie Niemiec, ale postanowiłam wrzucić Strasburg do tego samego wora, bo jest tak niesamowicie blisko i jest tak ciekawym obiektem do obserwacji różnic kulturowych, że na podstawie tego jednego miasta możecie rozeznać się szybko, jak się żyje we Francji w porównaniu z niemiecką stroną tego samego regionu. Przy dzisiejszej łatwości w poruszaniu się po krajach europejskich byłoby grzechem nie zaplanować sobie choćby kilku godzin w tym mieście, choć uważam, że jest to też świetne miejsce do zamieszkania. Nie dość, że piękne, to jeszcze ciekawe i na granicy dwóch światów. Doskonale zorganizowane, dostarcza nam
także wszystkiego, co do dobrego życia jest potrzebne- dobrej komunikacji, pięknego starego miasta, mnóstwa knajp, towarzystwa na ulicach i przepięknych budynków, tak typowo architektonicznie zaprojektowanych pod smak francuski. Do tego odmienna kultura widoczna gołym okiem i spora przestrzeń do zwiedzania- po prostu miasto idealne.

Już wcześniej wspominałam, że jestem pod wrażeniem Francji. Strasburg,
zwłaszcza w porównaniu z Niemcami, potwierdza atrakcyjność tego kraju pod względem kulturowym, architektonicznym i ogólnego klimatu. Najlepiej tę
różnicę widać w sąsiednim, już niemieckim miasteczku Kehl, zaraz po przekroczeniu granicy. Z pięknego pod względem architektonicznym, wesołego, gwarnego i w pozytywnym tego znaczeniu słowa, chaotycznego na pierwszy rzut oka miasta, wjeżdżamy w uporządkowaną strukturę niemiecką, z nowocześniejszymi budynkami i zwykłością codziennego dnia. Strasburg natomiast to ruch, rowery, roześmiane tłumy nad rzeką i ludzie poruszający się w każdą możliwą stronę we wszystkich możliwych środkach lokomocji. Byłam pod wrażeniem jak ten cały chaos pięknie się ze sobą zgrywa i jak w tym całym gwarze można dobrze funkcjonować.

Gdy wkroczymy na stare miasto i zaczniemy krążyć po ulicach,
zauważymy, że pomimo pewnej dozy nieporządku i pozornego zamętu, Francuzi znaleźli metodę na bezstresowe życie. Samochody zatrzymują się przed rowerzystami niekoniecznie trzymającymi się jakichkolwiek reguł ruchu drogowego. Z kolei ci zgrabnie poruszają się pośród spacerujących pieszych i choć ciągle ktoś na siebie trąbi, to nie widziałam żadnej niebezpiecznej sytuacji, w której doszłoby do spięcia pomiędzy autobusami, tramwajami, rowerzystami, pieszymi, skuterami i samochodami. Jakby każdy wiedział na ile może sobie pozwolić w swojej niesubordynacji i jakby każdy respektował swoje prawo do niezachowania porządku, tworząc w ten sposób wspaniałą harmonię elastyczności i dyscypliny.

Już we wcześniejszych postach wspominałam o nagminnym niestosowaniu kierunkowskazów przez kierowców francuskich oraz niedostosowywaniu

prędkości do znaków drogowych. Gdy trzeba jechać szybciej, jadą wolniej, a gdy
trzeba zwolnić, w magiczny sposób przyspieszają, jakby manifestując swoją wolność do dostosowywania się do reguł wyznaczanych przez rząd; jakby
podkreślając, że jest to tylko ich dobra wola, że w ogóle się do nich stosują i to
wyłącznie w granicach rozsądku i w ramach zachowania bezpieczeństwa na drodze. Nie ma więc się co dziwić, gdy zajedzie nam drogę kierowca wjeżdżający z drogi podporządkowanej, dziękując nam roztargnionym machnięciem ręki za to, że pozwoliliśmy na to wymuszenie, lub gdy blokują nas kierowcy z przodu i z tyłu, gdy zostawiamy samochód na parkingu na poboczu ulicy. Normalnym jest parkowanie na trzeciego na chwilę, w połowie na ulicy, w połowie blokując inne, stojące obok zaparkowane auta. Kierowcy skuterów śmigający nam między lusterkami? Do tego powinni nas już dawno przyzwyczaić polscy motocykliści. Kierowcy francuskich skuterów przynajmniej wyprzedzają z właściwej strony. Rowery przecinające się
w jednej wielkiej chaotycznej harmonii, jak wiedzione na niewidzialnych pajęczych sieciach. Jest to rzecz normalna, a ich płynność w tworzeniu zamętu zachwyca, gdy wjeżdżają wszyscy na raz na skrzyżowanie, mijając się swobodnie jak artyści swojego fachu, jednocześnie nie zważając na prawa kierowców samochodów, którzy grzecznie czekają na swoją kolej, w milczeniu akceptując to dziwne szaleństwo.

A gdy już myślimy, że wiemy wszystko o francuskiej komunikacji, nagle widzimy w centrum na wąskiej uliczce, z wyznaczonymi pasami dla rowerzystów
i siecią mini skrzyżowań, jak te same rowery, jeszcze niedawno uwikłane w swoim bezładnym tańcu na ruchliwej ulicy nagle stają się wzorem wszelkich cnót i przestrzegania zasad ruchu drogowego, zgrabnie wkomponowując się w trudną do ogarnięcia chaotyczną sieć samochodów, przechodniów, jednokierunkowych uliczek otoczonych dwoma pasami dla rowerzystów mogących poruszać się w obu kierunkach, pomiędzy wyskakującymi co chwila skrzyżowaniami z równie wąskimi uliczkami. Francuzi nigdy nie przestaną mnie zadziwiać swoją swobodą w interpretowaniu przepisów, jak i całego życia w ogólności.

To chyba wynika ze zwykłej radości życia i unikania stresów, na które
narażeni jesteśmy na każdym kroku. Dużo łatwiej jest po prostu żyć tak jak się da i nie zamartwiać się wszystkimi możliwymi scenariuszami, mandatami i ograniczeniami. Dlatego tak duża jest różnica między karnością Niemców, sterowanych mandatami, radarami i innymi prawnymi barierami, a wolnymi Francuzami, którzy w tym całym chaosie, który sami kreują, potrafią się tak dobrze poruszać. I mimo, że sama musiałabym się tego długo uczyć, to bardzo mi się ta wolność podoba i chętnie bym się jej poddała na co dzień.

Dlatego jak zafascynowana patrzyłam na te wszystkie tłumy na mieście, na tę ruchliwość, pozornie bezładną, a jednocześnie tak dobrze zorganizowaną
jak prace w mrowisku i chłonęłam tę wyczuwalną atmosferę relaksu i wolności widoczną na ulicach Strasburga. Oblegane puby i restauracje na starym mieście, gwar na ulicach, uśmiechnięte twarze, wszechobecni rowerzyści ubrani jak z paryskiego żurnala, dbający o każdy szczegół swojego stroju, zaparkowane niedbale rowery gdzie tylko się dało, ten cały klimat aktywności o każdej porze dnia- zachwyciło mnie to i ciężko mi było wyjeżdżać z tego słonecznego, szczęśliwego miasta.

We Francji słońce wydaje się być piękniejsze niż w Niemczech, a życie
swobodniejsze. I jeśli co do tego drugiego jestem pewna, tak wiem, że pierwsze to tylko złudzenie optyczne spowodowane inną architekturą i tym, jak światło odbija się od jasnych i zdobnych fasad zabudowań, jak klimatycznie wyglądają otoczone drewnianymi okiennicami okna kamienic, jak majestatycznie wyglądają monumentalne kamienice w centrum miasta, jak pięknie załamują się promienie słoneczne na powierzchni Renu, jak wesoło wyglądają ogrody z kwitnącymi magnoliami i jak uroczo prezentują się obsypane kwieciem dzikie drzewa owocowe kwitnące przy prywatnych domkach. Wprawdzie stary rynek Strasburga trochę przypomina bawarską Norymbergę w niektórych miejscach, to poza tym jest bardzo francuski i do tego bardzo szykowny.

Gdy porównacie mieszkańców przypadkowego niemieckiego miasta z eleganckim Strasburgiem, od razu rzuci się Wam w oczy różnica w ubiorze.
Strasburg to taki mały Paryż, stolica wschodniej francuskiej mody, gdzie każdy dba o wygląd i starannie dobiera elementy ubioru, nawet gdy wybiera się na rower. Podczas gdy Niemcy na rower zakładają praktyczne, sportowe lub specjalnie do tego przeznaczone ubrania, strasburska śmietanka młodzieżowa będzie prezentować przemyślany styl i szyk, w którym dobrze wygląda się tak na rowerze, jak i na skuterze, czy spacerując grupkami ze znajomymi po ulicach miasta. Pokusie, aby wyglądać dobrze, poddają się starsi i młodsi, rodowici Francuzi jak i imigranci, jeśli nie podążają za kanonami swojej religii. Zjawisko to jest tak interesujące, że ciężko oderwać oczy od wysmakowanej strasburskiej prezencji. To wszystko jest bardzo miłe dla oka i niejako egzotyczne po spokojnym i nudnym stylu niemieckim.

Być może jest to spowodowane urokiem samego miasta, bo jak tu wyglądać byle jak skoro miasto tak bardzo się wyróżnia, nie tylko na tle miast
niemieckich, ale i francuskich. Jest to miasto, na które zwraca się uwagę, bo samo w sobie jest stylowe i interesujące. I do tego dobrze zorganizowane. Wszędzie na ulicach wydzielone są drogi rowerowe, czy jest to samo centrum miasta, czy osiedle mieszkalne. Prawa rowerzystów są respektowane przez kierowców innych środków komunikacji, dzięki czemu poruszanie się na rowerze wydaje się być na tyle bezpieczne, że nie dziwi ilość rowerów na mieście. Dobrze rozbudowana sieć komunikacji miejskiej dostarczy nas w wybrane przez nas miejsce bez najmniejszego problemu, ponieważ tramwaje i autobusy odjeżdżają co chwilę. A jest gdzie jeździć, bo w mieście znajdziemy piękne i spokojne dzielnice, mini parki i skrawki zieleni w samym centrum, z pięknie przystrzyżonymi trawnikami i kolorowymi kwiatami. Wszędzie, gdzie się nie obejrzymy wyrastają śliczne
kamienice i monumentalne budowle bibliotek, kościołów i pałaców, wspaniałe katedry, które przyciągają wzrok przechodnia, katedra Najświętszej Marii Panny ściągająca turystów z całego świata, zwykłe kameralne osiedla, gdzie króluje spokój i architektoniczny smak, a budynki uniwersyteckie z daleka nęcą swoimi zdobnymi fasadami i ogrodami, będącymi oazami spokoju w tym ruchliwym
mieście. Warto dać sobie chwilę czasu i przejść się takim ogrodem, chłonąc atmosferę akademickiego życia. Zwłaszcza polecam Jardin botanique de l’Université de Strasbourg i jego palmiarnię, którą można zwiedzać bez konieczności kupna biletu.

Gdy zaś chodzi o życie uniwersyteckie, Strasburg jest esencją akademickiego klimatu. Budynki uniwersyteckie są okazałe, mieszczą się w
zabytkowych pałacach, z ogromnymi ogrodami, po których można się kręcić nawet jeśli się nie jest studentem i obserwować życia na uczelni z boku. Polecam skorzystać z takiej okazji, chłonąć energię młodych ludzi, którzy wciąż są pełni planów i nadziei, których energia płynie wśród wesołych rozmów, gdy studenci zbiorą się w grupkach na papierosie między jednymi zajęciami a drugimi. Warto też pokręcić się po osiedlu akademików, za Place de la République, bo klimat życia studenckiego, lekko uboższego, da się tam najbardziej wyczuć. Tam też najbardziej widoczny jest wpływ niemiecki w architekturze, ze swoją wspaniałością i monumentalnością, którą najbardziej widać w niemieckich pałacach za czasów panowania pruskiego.

Na przykładzie Strasburga można też zauważyć kulturowe różnice na
przykładzie dbania o rowery. Podczas gdy w Karlsruhe (podaję to miasto za przykład, bo spędziłam w nim najwięcej czasu na obserwacjach społecznych aspektów życia w Niemczech) połowa miasta jeździła na rowerach miejskich typu Gazelle i to najstarszej generacji, a druga połowa była w posiadaniu niezadbanych kolarzówek z popękanymi siodełkami, a duża ilość rozczłonkowanych lub dawno zapomnianych szkieletów rowerów czekała na swoich właścicieli stojąc cierpliwie przy parkanach, tam
gdzie zostały zostawione, z opuszczonymi łańcuchami, flakami na kołach, zepsutymi koszykami i pordzewiałymi zabezpieczeniami, z których część odpadła od ramy ze starości, tak w Strasburgu właściciele rowerów lepiej się z nimi obchodzili, były nowocześniejsze i znacząco mniejsza ilość rowerowych zwłok walała się po mieście. Ucieszył mnie ten większy respekt Francuzów wobec rowerów i sprawił, że polubiłam ten naród jeszcze bardziej. Bo tak słynący z dbania o czystość Niemcy okazali się bezwzględni jeśli chodzi o złomowanie swoich wiernych towarzyszy, porzucając ich gdzie się dało, bez cienia szacunku lub choćby przemyśleń na temat czystości miasta.

Strasburg to urocze i wesołe miasto, z niepowtarzalnym klimatem, będącym esencją francuskiego myślenia. Tam po prostu trzeba pojechać i
zaczerpnąć choć odrobinę tej aktywności i francuskiej wolności. Ja tam się czułam wspaniale i nie miałabym nic przeciwko przeprowadzce do Strasburga. Tyle pięknych miejsc do zobaczenia, ta cała energia i szaleństwo odpowiada całkowicie mojemu charakterowi. Być może będziecie mieć takie same odczucia wobec tego miasta możliwości i energii, a dowiecie się tylko wówczas, gdy sami je odwiedzicie. Zatem polecam Wam to gorąco i au revoir, do następnej wspólnej podróży.

piątek, 3 maja 2019

Frankfurt nad Menem- miasto przyszłości




Miasto, które najbardziej zapadło mi w pamięć i które najbardziej mnie zaskoczyło. Które poznawałam powoli, próbując zrozumieć wszystkie zjawiska, jakie rzuciły mi się w oczy. Bo to miasto nie jest zwykłym przedstawicielem
swojego państwa, jest to raczej ewenement i skarbnica informacji o społeczeństwie, jako, że na jednym terenie mamy zamkniętych codziennie milion ludzi, z których 1/3 to dojeżdżający do miasta, a ponad połowa to przedstawiciele imigracji z całego świata, ściągnięci tu obietnicą lepszego życia na najwyższym poziomie. Gdy zaś sny i marzenia niektórych z nich legły w mniejszych lub większych gruzach, dało to podwaliny do kolejnych społecznych zjawisk, będących niezwykłym tematem do obserwacji socjologicznych, jednocześnie stanowiących sygnał ostrzegawczy dla tak popularnego dziś ruchu wielokulturowości i otwartości. Bo Frankfurt jest doskonałym przykładem na to, do czego prowadzi otwartość i jakie są skutki multinarodowości oraz przeludnienia.

Należy pamiętać, że duże miasto to duże możliwości i duże pieniądze, ale i duże opłaty,  a także problemy, wyrastające z gęstości zaludnienia. Frankfurt
nad Menem jest swego rodzaju przedstawicielem wielkomiejskości i wszystkim, co za tym idzie. Po godzinie 17 zdają się wylegać na ulice tłumy pracowników, chętnych do relaksu po godzinach spędzonych za biurkiem i miasto wówczas robi się jeszcze gwarniejsze niż do południa, zwłaszcza w centrum, a ulubione miejsca do spożywania posiłków stają się zatłoczone jak sobotni targ w Polsce. A nawet taki targ blednie w porównaniu z dwoma placami we Frankfurcie, gdzie można kupić jedzenie, wino i piwo prosto z foodtrucków. Na mojej drodze znalazły się dwa takie place. Przy Börsenstrasse (Börsenplatz) i drugi w centrum miasta, w okolicy Konstablerwache. Na jednej małej
przestrzeni w godzinach wieczornych gromadzi się takie mrowie ludzi, że harmider jest nie do opisania. Rozmowy prowadzone w różnych językach, śmiechy, skwierczenie mięsa na grillu, nawoływanie siebie, zamawianie jedzenia, ludzie stoją jeden obok drugiego w jednej wielkiej grupie,  której trudno oddzielić tych, którzy się znają od tych, którzy należą już do kolejnej grupy znajomych. A wszystko to w jednym wielkim teatrze ludzkich charakterów, które spotykają się w jednym miejscu dla tego samego celu- relaksu.

Życie w dużym mieście ma swoje plusy i minusy. Jednak nie sposób nie zauważyć, że Frankfurt nie jest zwykłym dużym miastem i oprócz powszednich zjawisk społecznych tak charakterystycznych dla dużych miast, ma on i swoje własne odrębne oblicze, które z jednej strony fascynuje, z drugiej dziwi, a nawet przeraża. I żeby to zrozumieć, trzeba naprawdę skupić się na otoczeniu, oddychać kulturą tego miasta, które przez lata zbudowało sobie swój swoisty klimat, którego nie da się podrobić.

Przede wszystkim składają się na tę specyfikę dwie sprawy- pieniądze i ludzie. Nieprzypadkowo mówi się o Frankfurcie „europejski Nowy Jork”. Mamy tu skupione ogromne pieniądze w postaci światowej rangi banków, znaczące domy brokerskie obrały sobie to miasto przyszłości za siedzibę, tutaj obraca się milionami każdego dnia i to widać na ulicach.

Ludzie nie ubierają się tu jak typowi Niemcy, zwyczajnie i nie rzucając się w oczy. Tutaj wszyscy zdają się chcieć wyróżniać się z tłumu. Mijają nas same
garnitury, markowe ciuchy i ludzie dzierżący w rękach torby z zakupami ze znanych sklepów. Ekskluzywne sklepy odzieżowe okupują centrum miasta, prezentując się dumnie jeden po drugim na skrzyżowaniu Goethestrasse i Börsenstrasse. Przy drzwiach rośli i przystojni jak światowi modele ochroniarze w świetnie skrojonych garniturach, w białych rękawiczkach otwierający drzwi przed frankfurcką śmietanką towarzyską wychodzącą z zadowolonymi uśmiechami z papierowymi torbami dzierżącymi skarby w postaci najnowszych torebek Channel i Gucci, jakby były to najbardziej w świecie liczące się rzeczy. Obok za oszkloną szybą najprzystojniejszy na świecie krawiec
jakiego moje oko widziało szykuje szyty na miarę garnitur dla jakiegoś szczęściarza, któremu sny o bogactwie spełniły się w tym mieście wielkich możliwości, a galerii sztuki mamy tu całe natrzęsienie, wystarczy choćby wejść w Fahrgasse, gdzie jedna obok drugiej prezentują swoją twórczość mini galerie otwarte dla każdego. A na to wszystko patrzą dumnie odbijające w swoich szklanych ścianach promienie słoneczne wieżowce za frankfurckim mostem brooklyńskim.

Chodząc po mieście faktycznie czujemy się jak w Nowym Jorku. Jest most
brooklyński, jest park w centrum kojarzący się z Central Park, jest Bronx który lepiej omijać jeśli nie tęskni się za niepotrzebnymi przygodami, jest też oczywiście Manhattan, którego widać z daleka. Znajdzie się tu też małe Las Vegas dla fanów szybkich potajemnych ślubów. A gdzieżby indziej czuć się jak w Ameryce jak nie siedząc popołudniami nad Menem, patrząc na niemiecki Manhattan popijając piwo w zaciszu pasa zieleni wzdłuż rzeki, gdy za plecami biegają miłośnicy joggingu i zdrowego życia w mieście stresu i dużych pieniędzy.

Gdy zwykłe codzienne piwo i kiełbasa z grilla nam nie wystarczają do
relaksu po stresującym dniu, mamy do wyboru liczne parki, w których odstresujemy się za darmo oraz ogrody botaniczne, które za drobną opłatą możemy zwiedzać codziennie, zwłaszcza posiadając kartę miejską. Są to naprawdę ładne ogrody, więc warto odłożyć to 7 euro do innej kieszeni i pokręcić się po dobrze prowadzonych ogrodach i jego atrakcjach, jak choćby Palmengarten przy ruchliwej Miquelallee.

Warto się tam udać także po to, aby oddalić się nieco od największego centrum i pospacerować w cichych i bardzo ładnych osiedlach mieszkalnych,
gdzie w przepięknych kamienicach mieszkają właściciele czarnych Mercedesów, Bentleyów, Bugatti, Porshe Tesli, Jaguarów i Maserati, zaparkowanych skromnie na poboczu ogromnych i pomalowanych na jasny kolor budynków, stojących obok siebie, dumnie prężąc fasady otoczone kwitnącymi magnoliami w mini ogrodach, będących drugim must have bogatych mieszkańców miasta. A pośród tych domów kręcą się policjanci zaopatrzeni w karabiny maszynowe do skutecznej obrony właścicieli tych wszystkich dóbr, płacących zapewne niemałe podatki w celu wykupienia spokoju.

Dziwnym trafem tych samych policjantów próżno by szukać w okolicy Taunusstrasse, gdzie bez problemu w ciągu dnia można
spotkać grupki czarnych mężczyzn w stanie upojenia alkoholowego i/lub narkotykowego, wpatrujących się bezczelnie w oczy przechodniów, którzy kompletnie nie wiedzą, czego się spodziewać po takim miejscu. Jeśli lubicie niezapomniane wrażenia, kasyna i bary z tańczącymi nago paniami, ta ulica jest dla Was. Jeśli jesteście ciekawi jak żyje frankfurcka biedota, ta ulica jest dla Was. Jeśli chcecie na własne oczy zobaczyć, że nie wszystkie marzenia się spełniają w tym mieście-
odwiedźcie tę ulicę. Jeśli chcecie zobaczyć gorsze oblicze Frankfurtu, wiecie co robić. Tamta egzotyczna okolica opowie Wam całą swoją czarną historię i pokaże Wam różne socjologiczne zachowania w mieście, gdzie ponad 50 procent społeczeństwa należy do emigracji, a spora jego część żyje z pomocy państwowej lub z minimalnej pensji.

Taunusstrasse (zwaną- jak wyczytałam z Internetu- dzielnicą czerwonych latarni) pokaże Wam, że nie wszystko jest kolorowe we Frankfurcie i trzeba się
dobrze zastanowić nad swoimi granicami przed zamieszkaniem tutaj. Czy będzie Wam odpowiadało zaludnienie miasta, jego kulturowe pomieszanie, ilość muzułmanów w mieście i ta ciągła pogoń za pieniądzem, którą można domniemywać patrząc na co mieszkańcy miasta wydają pieniądze i jak się relaksują codziennie po pracy. Mieszkanie w takim wielokolorowym mieście jak Frankfurt ma swoje plusy i minusy i trzeba wszystko wziąć pod uwagę. Oczywiście jest wiele plusów przemawiających za przeprowadzką w tak egzotyczne miejsce- piękne osiedla, dużo możliwości i atrakcji, bary i restauracje każdego pokroju, jest co robić i jest czym dojechać. Jest gdzie się relaksować i przy czym. I chyba taki codzienny relaks jest niezbędny, bo duże pieniądze oznaczają też duży stres, może dlatego mieszkańcy Frankfurtu palą papierosy jak oszalali i rzucają się w wir zakupów i picia alkoholu po południu, nawet jeśli jest to tylko jedna lampka wina czy butelka piwa.

Frankfurt to naprawdę ciekawe i kolorowe miasto, nie tylko w związku z multi kulturowością. Ludzie są tu dobrze ubrani, ładni (jeśli większość populacji to przybysze ze świata, nie dziwi atrakcyjność wizualna mieszkańców miasta, tak bardzo odbijająca się od urody typowo niemieckiej) i przynoszą ze sobą przyzwyczajenia swojej kultury, niejako narzucając ją innym. Różne kultury nakładają się tu na siebie i powstaje swoista mieszanina barw, języków i zachowań, zmieniająca się w zależności od tego, która kultura akurat dominuje, jak zmieniają się kolory w kalejdoskopie.

Ale na pewno zawsze widoczna jest tu kultura pieniądza i dążenie do pokazania się światu od jak najatrakcyjniejszej strony. 

Dlatego nie powinien
dziwić natłok atrakcyjnie ubranych i uczesanych ludzi, ani nawet fantazja niektórych z nich, która przebija się pomiędzy „zwyczajną atrakcyjność” innych. Starsza pani, która wygląda jakby wyszła z XIX wiecznego teatru, w białych rajstopach i bordowych atłasowych ciżemkach oraz mocno pomalowaną twarzą nie powinna dziwić. Zielone włosy, kolczyki i glany to również normalna sprawa. Młody człowiek w stroju high fashion? Nie ma problemu, wystarczy się rozejrzeć dookoła. Frankfurt to miasto ludzi odważnych i otwartych na inność, chcących wyrażać siebie w różny sposób, pragnących być zauważonym pośród tego tłumu wylewającego się z miejsc pracy po godzinie 17. Jeśli dojrzycie
skromnie ubranego człowieka pośród tych wszystkich pawich piór, w jakie stroi się większa część mieszkańców, będzie to oznaczało, że spotkaliście rodowitego Niemca, który żyje po swojemu i nie obchodzi go jak widzą go inni.  Gdy dojrzycie atrakcyjnie wyglądającego człowieka, będzie to prawdopodobnie imigrant, zwłaszcza jeśli jest urodziwy.

Być może to brzmi jak proste i niesprawiedliwie generalizowanie na podstawie zbyt małej ilości informacji, ale wydaje mi się, że te moje spostrzeżenia są celne. Frankfurt jest zdominowany przez przyjezdnych, przez inne kultury i nowoczesne sposoby myślenia, przez marzenia o zaistnieniu i wybiciu się z powszedniości i dążeniu do wielkich pieniędzy. Natomiast Niemcy chcą żyć w spokoju i względnym dostatku, a wyścig szczurów pozostawiają tym, którzy przyjechali do ich kraju aby wziąć w nim udział i zgarnąć najlepszą nagrodę- bogactwo.

Nieprzypadkowo właśnie Frankfurt stał się miejscem takiego wyścigu.
Mieszczą się tu najróżniejsze instytucje finansowe, tu kreci się biznes, tu obraca się pieniędzmi i tu jest szansa, że da się zgarnąć coś dla siebie. I te pieniądze widać, nie tylko w postaci strzelistych wież drapaczy chmur, luksusowych sklepów, ekskluzywnych samochodów i bogatych osiedli. Duże pieniądze widać na ulicach. Gospodarka ma się tu dobrze. Ludzie zarabiają po to, aby wydawać, więc każdy na tym wyścigu szczurów
zyskuje. Tu nie ma biznesów, które się nie udadzą przy odrobinie pracy, bo jest taki popyt na wszystko, że miasto jest w stanie wchłonąć jeszcze więcej pomysłów i ludzi. To co z tego, że lotnisko i dworzec są siedzibą kieszonkowców, podwyższających statystyki przestępstw w mieście. Tu i tak corocznie będzie się powiększała liczba populacji. Bo każdy będzie chciał przynajmniej spróbować, każdy zobaczy tu możliwość dobrej przyszłości, nikt nie będzie się zastanawiał nad minusami miasta, tylko rzuci się w ten wir i albo przetrwa, albo zostanie strawiony przez silniejszych, którzy nie pozwolą się rozepchnąć nowym.

Miasto wielkich biznesów zawsze będzie przyciągało nowe rzesze ludzi
pomysłowych i sępów, którzy chcą skorzystać z sukcesu innych. Frankfurt natomiast jest doskonałym zapleczem do biznesu. Gospodarka się kręci, połączenie miasta dzięki międzynarodowemu lotnisku i dobremu węzłowi komunikacyjnemu będzie tylko biznes wspomagało. To pewnie dlatego przylatują tu bogaci biznesmeni z Chin, wyglądający jak członkowie chińskiej mafii rodem z filmów gangsterskich.
To tutaj jest skupisko światowych luksusowych marek z wszelkich gałęzi biznesu i tutaj ludzie tak bardzo dbają o siebie, uprawiając jogging przedłużający sprawność fizyczną i umysłową, relaksując się codziennie przy lampce wina na mieście i smażonej kiełbasie, paradoksalnie to życie skracając. I w tym mieście rowery nie walają się po kątach, na wpół przerdzewiałe i rozwalone, bo są nowocześniejsze, droższe i warte tego, aby o nie dbać.

Frankfurt jest wspaniałą mieszaniną wszystkiego, co reprezentuje sobą
człowiek- siły, słabości, pomysłowości, kombinatorstwa, elastyczności i łatwości w dostosowywaniu się do zmieniających się warunków i wszystkich rodzajów uczuć, którym się poddaje w życiu. Jeśli chcecie tego doświadczyć, zarezerwujcie sobie tydzień we Frankfurcie nad Menem, odłóżcie telefony, otwórzcie szeroko oczy i zanurzcie się w tej niezwykłej mapie ludzkich niedoskonałości i efektów potęgi ludzkiego umysłu. Będzie to na pewno wycieczka niezapomniana.

Trochę ten świat, który Was otoczy, jest przejaskrawiony i sztuczny, ale taki już jest człowiek, gdy zaplącze się we własnych pragnieniach i dążeniach- zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością i zapomina, co się w życiu liczy a co jest
tylko mrzonką, niewartą pogoni. Jednych życie sprowadzi na ziemie, inni umrą szczęśliwi w swojej bańce umysłowej, w której się zamknęli. Kolejni zaś otworzą oczy i wyjadą w inne, spokojniejsze i szczęśliwsze miejsce, gdzie (rzucę tutaj cliché) bliski kontakt z naturą i prostymi ludźmi pomoże im wyprostować sposób myślenia, nadwyrężony przez dziwny świat wykreowany w mieście przyszłości, jakiego przedstawicielem jest Frankfurt i znowu będą mogli spokojnie oddychać atmosferą normalności. Miasto jest fascynujące, jak każda rzecz, która jest inna niż to, co znamy, ale na dłuższą metę czuję, że nie sprawdziłoby się dla mnie i by mnie zmęczyło swoją energią, tak jak męczy po czasie egzotyka. Znacznie bliższy moim upodobaniom jest Strasburg, którego serce zdaje się bić dokładnie w tym rytmie, w jakim bije moje. Ale to już temat na osobną opowieść.