piątek, 24 lipca 2015

Korfu- wyspa dziurawych dróg i golasów



W Grecji zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia dwa lata temu, gdy nasze plany wakacyjne niespodziewanie pokrzyżowała zmienna polska pogoda. Miały być jak co roku Sudety, ale nagłe powodzie zmusiły nas do obmyślenia planu B. Poznaliśmy wówczas naszego nowego, dobrego przyjaciela, stronę www.easygo.pl. Ona pozwoliła nam wyszukać ofertę odpowiadającą naszym skromnym środkom finansowym, a nawet błyskawicznie zmienić plan B w plan C, gdy okazało się, że ktoś sprzątnął nam sprzed nosa okazyjny tydzień na Majorce, nad którym intensywnie zastanawialiśmy się cały dzień. Wyszliśmy dodatnio na tym niezdecydowaniu, ponieważ niewielka ilość czasu, jaka pozostała do rozpoczęcia urlopu, którą właściwie można było liczyć w godzinach oraz ogromna potrzeba wyjechania na wakacje, a także rodząca się ciekawość świata, zmusiły nas do elastyczności i szybkich decyzji. Polegały one na całkowitej zmianie miejsca lokalizacji i powiększenia funduszu urlopowego o niewielką kwotę 600 zł. Była to kwota tak niewielka, że wymagała od nas kombinacji w iście Copperfieldowskim stylu. Na szczęście okazaliśmy się całkiem dobrymi magikami i wyczarowaliśmy pieniądze znikąd. To nam pozwoliło wydłużyć wakacje do kolejnego tygodnia i otworzyć się na Grecję.
Ten niewielki zbieg okoliczności sprawił, że odkryliśmy smak miłości na nowo. Zakochaliśmy się w podróżowaniu i oddaliśmy nasze serca Grecji i jej przepięknym wyspom. Straciliśmy głowy dla niesamowitego klimatu, jaki można spotkać tylko tam- klimatu otwartości i przyjaźni, pogodzenia ze światem, bliskości z naturą i niespiesznego życia, którego tak bardzo brakuje w Polsce. W Grecji wszyscy są jedną wielką rodziną, kontemplującą smak życia i radującą się każdą chwilą. Potrafiącą połączyć obowiązki z życiem rodzinnym i towarzyskim. Otwartą na ludzi i inne kultury. Żyjącą nie tylko dla siebie, ale i dla innych- przyjaciół, innych członków rodziny, przypadkowo spotkanych ludzi, a także dla życia samego w sobie.
Ten klimat radości z życia związał nas z Grecja na zawsze. Kiedyś ktoś nam powiedział, że ten, kto raz odwiedzi Teneryfę, ten zostawi tam cząstkę siebie i zawsze już będzie chciał do niej wracać. Ale to nie mogła być prawda. Teneryfa była zbyt chamska, głośna i zbyt nachalna. Po prostu zbyt turystyczna. Do Teneryfy nie poczuliśmy nic, prócz zmęczenia, znudzenia i tęsknoty za domem. Jednak to, co było niemożliwe na Wyspach Kanaryjskich, stało się faktem na wyspach greckich.  Piękno tego regionu równa się pięknu, jakie tkwi w jego mieszkańcach. Spokój, jaki ludzie noszą w sobie rozciąga się na przyrodę, którą są otoczeni. Tę ciszę i spokój słychać nawet w miejscowościach typowo turystycznych, wystarczy tylko na kilka metrów oddalić się od swojego hotelu.
Gdy tylko to zrobimy, zaraz wciąga nas zapach, obraz i dźwięki Grecji. A gdy odważymy się na taką wycieczkę wieczorem, dostajemy w zamian zwiększoną dawkę najlepszych cech Grecji. Otoczą nas zapachy kwiatów na drzewach, cykanie świerszczy, których nieustająca gra unosi się nad dolinami, gdzie wśród ciemności możemy dostrzec niewielkie oświetlone punkty domostw, zajrzeć z daleka w ciepło płynące z okien i wyobrażać sobie życie przeciętnej greckiej rodziny. Odszukać o zmierzchu wśród pól i łąk wiejską zagrodę i dojrzeć jej ciche piękno, ciemniejące na tle pasa jasności, które na horyzoncie zostawiło zachodzące słońce, jako swoistą pamiątkę i obietnicę jeszcze piękniejszego jutra. A w tej wycieczce nigdy nie jesteśmy sami, bo towarzyszą nam żółte oczy wszędobylskich, ciekawskich  kotów, które tylko czekają na odrobinę uwagi.

Z każdym dniem spędzonym w Grecji nasza miłość do tego kraju, kultury i stylu życia ludzi rosła jak dobrze wyrobione ciasto drożdżowe. A gdy pewnego dnia za sprawą żółtego matiza z przeskakującą dwójką wyrwaliśmy się z okowów naszego hotelu i podawania wszystkiego pod nos, z transportem na plażę włącznie i poznaliśmy Grecję od nieturystycznej strony, nasza miłość wykroczyła poza zwykłe turystyczne granice i na zawsze związała nas z tym krajem. Związała nas tak silnie, że wróciliśmy do naszego małego raju już cztery miesiące później, gdy na easygo wyszukaliśmy wyspę Samos. Nauczeni doświadczeniem  wiedzieliśmy, że nie damy się związać z jednym miejscem i jednym hotelem, bo nasza miłość pchała nas w kierunku poznawania. 

Chcieliśmy zwiedzić małe i dzikie plaże, poznać życie codzienne w wioskach mijanych po drodze, gdzie żaden wielbiciel All inclusive nie mógł dotrzeć, gdzie można było zrobić zdjęcie przy kolorowej ścianie wiejskiego domu otoczonego winogronem i drzewami granatowca. Gdzie na opustoszałych ulicach można spotkać tylko wygrzewające się w słońcu koty i jakiegoś staruszka, idącego powoli w niewiadomym kierunku, wspierając się na lasce i nie zwracając uwagi na dwoje zagubionych w tym spokoju turystów, zatrzymujących się przy każdej opuszczonej chatynce i zaglądających w każdą wąską i klimatyczną uliczkę, którą napotkają po drodze. To właśnie podczas takich wycieczek można sobie uszczknąć spalone w słońcu i ociekające słodyczą grono czy zerwać otwierający się i ukazujący dojrzały środek granat. Oczywiście pod warunkiem, że nie boimy się przyłapania na gorącym uczynku :)
 
Aby to wszystko przeżyć, wiedzieliśmy, że potrzebujemy więcej funduszy na wynajem samochodu i ofertę bez opcji All inclusive, aby nic, nawet kusząca oferta pysznych i obfitych lunchów nie zatrzymała nas w drodze do poszukiwania przygód. Na naszej drugiej wycieczce poświęciliśmy więc wygody dla większej sprawy i nie żałowaliśmy tej decyzji nawet przez minutę. Budżet wycieczki znacznie wzrósł w porównaniu z naszą pierwszą przygodą na Krecie, ale dzięki temu zyskaliśmy znacznie więcej. Poznaliśmy zwykłe życie zwykłych ludzi, zwiedziliśmy miejsca, które w innych okolicznościach nie byłyby dla nas dostępne. Udawaliśmy żołnierzy przeprawiających się przez wodospad, wspinaliśmy się naszą wypożyczoną Pandą na wzgórza, skąd roztaczały się piękne widoki, które mogliśmy kontemplować w samotności. Gubiliśmy drogę szukając ukrytych plaż Megalo i Mikro Seitani. I nawet nie przeszkadzało nam to, że ich nie znaleźliśmy. Najważniejsze dla nas było to, że przeżywaliśmy przygodę, że byliśmy blisko siebie i blisko natury. I że mieliśmy przed sobą cel i tylko od nas zależało, czy dopniemy swego.
Prawdziwej Grecji nie poznaje się siedząc na balkonie hotelowego pokoju, czy na tarasie głównej restauracji. Trzeba podjąć pewne ryzyko, trzeba znaleźć w sobie odwagę, aby radzić sobie samemu w obcym kraju, wśród ludzi, z którymi musimy porozumiewać się w języku obcym dla obojga stron. Ryzyko, że nie odczytamy dobrze mapy i przez godzinę będziemy się kręcić po szutrowej drodze prowadzącej donikąd. Ale to, jaką Grecję poznamy, zależy tylko od tego, czy jesteśmy w stanie podjąć to ryzyko, bo największe piękno tego kraju kryje się poza miejscowościami turystycznymi. Ono kryje się za każdym kamieniem, wzgórzem, strumykiem i drzewem. Za każdą starą chatką i za każdym uśmiechem, którym obdarzają się sąsiadki, siedzące wieczorami na plastikowych krzesełkach przed swoimi domostwami. Za każdym ukradkowym zerknięciem w okno, za którym ukrywa się wśród starych mebli para staruszków, oglądających razem telewizję i chcących razem przejść tę drogę, która im jeszcze pozostała. Dopiero podejmując to ryzyko, mamy szansę bliżej poznać ludzi, którzy dają nam dach nad głową czy serwują smakowitą kolację. I dopiero wtedy możemy zobaczyć, jak przyjaźni są to ludzie i zakochać się w nich, w ich stylu życia i w ich kraju.

Na każdej wyspie, jaką zwiedziliśmy, nauczyliśmy się o Grecji czego innego, a każda nowa rzecz przynosiła jeszcze więcej uczucia do tego kraju. Na Krecie nauczyliśmy się kochać przyrodę, plaże, ciepłą wodę i sprzyjający klimat. Na Samos pokochaliśmy styl życia, spokój i ciszę, a także poczucie wielkiej przygody. Kiedy więc w tym roku planowaliśmy wakacje, wybór był oczywisty. Musiała to być Grecja. Miała być Kreta z pełnym wyżywieniem, jednak życie chciało inaczej. Chciało, abyśmy poznali kolejny aspekt Grecji. Ludzi.
Z bliżej nieokreślonych powodów ceny wycieczek do Grecji w terminie zahaczającym o tzw. polski długi weekend wzrosły tak niesamowicie, że przekroczyły nasze najśmielsze wymagania i najszerzej zakrojone przygotowania. Na miejscu okazało się, że za te pieniądze nie otrzymaliśmy od Rainbow Tours nic więcej niż gdybyśmy wykupili wycieczkę w innym terminie, o połowę taniej. Ceny za hotele zostały ustalone już dawno temu na kilka lat pomiędzy hotelarzami a biurami podróży, więc całą nadwyżkę, jaką zarobili, Rainbow zgarnął dla siebie. Nic więc dziwnego, że za te dodatkowe zapłacone pieniądze i tak nie było hotelowego basenu, warunki lokalowe przypominały "polską działkę", a łazienkę zalewało tak samo jak tydzień wcześniej czy później. Gdyby nie ogrom naszej miłości do Grecji, moglibyśmy czuć się zawiedzeni. Na szczęście zostało tylko uczucie zniesmaczenia, które szybko minęło, zagubione gdzieś pomiędzy jedną plażą a drugą.

Zanim zaczęliśmy planować naszą wycieczkę w szczegółach, postaraliśmy się o odpowiednią i jak na nasze możliwości finansowe szaloną kwotę w wysokości 350 euro, za którą mieliśmy kupić wolność w postaci samochodu i paliwa oraz przekąsek kupowanych na plażę, a resztę miał nam zapewnić magiczny zestaw słów: "all inclusive". Nigdy jeszcze nie byliśmy tak dobrze przygotowani finansowo. Jednak nasza miłość do nowych wyzwań i przygód musiała być już tak dobrze znana w niebie, że zadecydowano za nas na długo przed tym, jak wymieniliśmy pierwsze złotówki na euro. Nasz cel został wytyczony przez siły wyższe, nam zostało tylko pogodzić się z losem. Przyszło nam to łatwo, ponieważ poczuliśmy zapach nowości i zew poznania. W jednej chwili zapomnieliśmy o wszystkich słowach, rzucanych na wiatr, w których przekonywaliśmy samych siebie, że musimy mieć zapewnione wyżywienie, bo tylko wtedy będzie nas stać na tę wycieczkę. Gdy dostaliśmy szansę na poznanie nowej wyspy, kwestie finansowe przestały mieć takie znaczenie, jak jeszcze chwilę wcześniej. Z dnia na dzień zdecydowaliśmy się na jedyną wycieczkę, na którą było nas stać. Korfu, najbardziej zielona z wysp greckich. To było coś, czego jeszcze nie doświadczyliśmy. Po wysuszonych powulkanicznych glebach Teneryfy musieliśmy spędzić dwa tygodnie na Krecie, aby wyleczyć tamtą traumę, spowodowaną jednostajnym krajobrazem. Kreta pod tym względem nie była bardzo bogata, a jednak jej krajobraz był mniej surowy, bardziej różnorodny, a nawet miejscami przypominał Polskę, gdy na swej drodze mijaliśmy stojących tam liściastych strażników. Samos przywitało nas jeszcze większą dawką zieleni, choć były to w większości gaje oliwne. Za to Korfu było balsamem na nasze oczy. Takiego bogactwa zieleni jeszcze w Grecji nie widzieliśmy. Bajeczne szmaragdowe wzgórza, doliny, w których ukryte były miasteczka, z przyklejonymi do siebie domkami w kolorze pasteli, zbocza górskie i trzymające się ich kurczowo domki i hotele. Takie widoki nie raz wstrzymały dech w moich piersiach i czułam, że mogłabym utonąć w nich na zawsze. A wszystko to otaczało morze, z refleksami słońca na swojej granatowo-turkusowej tafli. 

Tak wspaniałych widoków niektórzy nie widzą w całym swoim życiu, a mnie to wszystko było dane. Wspaniałe plaże, piaszczyste i kamieniste, nieziemski widok ze wzgórz na Porto Timoni i jej podwójna plaża, wspinaczka kamienną ścieżką, aby ją zobaczyć i wykąpać się w jej wodach, węże uciekające spod butów w drodze na ukryte plaże Agios Stefanou Sinion- Kavos Aria i Kavos Gianopounda, kojący widok z plaży w Ipsos, kręte drogi prowadzące do Paleokastritsa i zapierające dech widoki, droga na szczyt wzgórza aby zwiedzić klasztor na szczycie góry Pantokrator, a potem palenie hamulców podczas drogi powrotnej równie krętymi drogami jak do Paleo, przepiękne wzgórza otaczające podróżnych z każdej strony i ogromne połacie niezamieszkanej przestrzeni, gdzie króluje roślinność z ostrymi jak szpilki krzewinami. Na Korfu nie ma aż tylu gajów oliwnych jak na Samos, choć niewątpliwie jest to wyspa, gdzie obok turystyki ludzie utrzymują się z roli. Jednak na Korfu roślinność żyje bardziej tak, jak chce, niż na Samos. Być może człowiek przegrał tę walkę dlatego, że piękne wzgórza, które tak mnie zachwyciły, są trudne do uprawy, gdyż są strome i pną się stęsknione ku niebu i słońcu tak wysoko, że człowiek zrezygnował tu ze swojego panowania. Dzika przyroda wprowadza zupełnie inny klimat, niespotykany na pozostałych wyspach greckich. Z oddali wzgórza i doliny wyglądają nieziemsko pięknie, pokryte ciemną zielenią greckiej dżungli, rozjaśnionej gdzieniegdzie przez jasne plamy domków i kolorowych dachów, przytulonych do siebie, jakby bały się, że zostaną wchłonięte przez roślinność, gdy tylko oddalą się zbytnio od siebie. 

Widok magiczny, otoczony błękitną plamą morza jońskiego rozkochał mnie do szaleństwa. Napawałam się nim jak tylko wsiadaliśmy w auto i wznosiliśmy się nad poziomem morza. Wąskie uliczki, klimatyczne małe domki i restauracyjki z trzema stolikami na krzyż. Ścigające nas spojrzenia zadumanych starszych panów popijających popołudniową kawę lub rozmawiających z właścicielem baru. Wiecznie wpatrzone w mijane samochody staruszki, siedzące w czarnych ubraniach przed swoimi chatkami. Zieleniejące w oddali strome zbocza. Ciepły wiatr okalający twarz. Wijące się wśród wzgórz szare węże ulicy. Przytulone do siebie sklepiki z pamiątkami wzdłuż najbardziej widowiskowych szlaków. Uśmiechnięci ludzie na każdym kroku. Nie, wobec tego wszystkiego nie można przejść obojętnie. 

Korfu jest piękne nawet wtedy, gdy przychodzi burza i jej ciemne chmury przesłaniają pół horyzontu, tworząc przepiękne widowisko słońca walczącego z natarczywym deszczem. A deszcze tam przychodzą częściej niż na inne wyspy greckie, niosąc życie bujnej roślinności Korfu. Ale burza przechodzi szybko, pozostawiając po sobie rześkie powietrze, które już po kilku godzinach przegania słońce, Pan i Władca greckich wysp. Czasami burza zostawia pamiątkę zimnej wody i fal na morzu, dodając tym samym uroku wieczornym spacerom wzdłuż piaszczystych i obrzuconych glonami plaż. Wszędobylskie jaskółki sprawiają, że Polak czuje się jak w domu, przypominając sobie wszystkie wieczory, jakie spędził jako dziecko na wsi u dziadków, odczuwając radość i spokój jednocześnie. 

Piękno Korfu nie objawia się tylko widokami, zapachami i odgłosami. Jest to także piękno mieszkające w ludziach. Dwa tygodnie tam spędzone pozwoliło mi dojść do wniosku, że wyspa ta daleka jest od kultury All inclusive. Mnogość restauracji, barów i maleńkich kawiarni, a także rodzinnych małych hoteli przynosi całkiem jednoznaczne wnioski. Na Korfu wychodzi się do ludzi, a nie zamyka przed nimi w ścianach hotelowej restauracji i uginających się od jadła stołów w formie bufetu. Restauracje zachęcające do wstąpienia na english full breakfast, małe piekarnie, gdzie można kupić świeże pieczywo i markety codziennie dowożące świeże warzywa i owoce, ogólnodostępne baseny przy niemal każdej większej restauracji, kuszące swoim błękitem nawet w głębi lądu, przyjacielski klimat panujący przy stolikach i otwarte do późna, grające karaoke klubo-kawiarnie są na porządku dziennym. Nikt tam nie chodzi z kolorowymi opaskami na przegubie, w naszej ulubionej restauracji codziennie spotykamy nowe osoby, i nie wiedzieć kiedy zostajemy wciągnięci do wspólnej pogawędki z całkiem obcymi nam ludźmi przez obrotnego kelnera. To wszystko sprawia, że turyści stają się bardziej otwarci na siebie nawzajem, a kultury mieszają się ze sobą, połączone przez tę piękną krainę i jej mieszkańców. 

Wbrew temu, co sądzi się o mieszkańcach Grecji, mieszkańcy Korfu wydają się pracowici, a ich życie osobiste i towarzyskie miesza się z pracą w składną całość. Pewnie nie ma innej możliwości, jeśli w pracy spędza się większą część dnia. Sklepy, markety i wypożyczalnie otwarte są od rana do późnego wieczora, niektóre niemal do północy. Restauracje i bary jeszcze dłużej, jeśli klienci dopisują. Tylko w połowie dnia, kiedy skwar jest nie do zniesienia, część mieszkańców znika za zamkniętymi drzwiami, które otworzą się za kilka godzin, aby potem trwać otwarte do północy. Co wtedy robią? Zapewne spędzają czas z bliskimi, jeśli im również dana jest sjesta. Jeśli zaś nie mają tyle szczęścia, przyprowadzają swoje dzieci do pracy lub pracują całymi rodzinami w jednym miejscu, starając się zarobić przez te kilka miesięcy w roku wystarczająco dużo, aby zimą przetrwać bez zajęcia, jeśli nie udało im się znaleźć pracy w centrum miasta. Widać później te pociechy, kręcące się wokół kontuaru, gdzie przyjmowani się klienci, przed drzwiami sklepu, bawiące się czym popadnie czy też spoglądające ze zdjęć porozkładanych na tyle blisko, aby móc na nie co jakiś czas zerkać. Telewizor w pracy nie jest czymś niezwykłym, gdy życie osobiste z zawodowym jest tak ściśle ze sobą powiązane, że nie da się go rozdzielić, nie kradnąc tożsamości.

Niezwykła jest ta elastyczność i pomysłowość. Praktycznie żyć w miejscu pracy jest czymś nie do pomyślenia dla mnie. A tymczasem poznałam kogoś, kto pokazał mi, że praca nie musi być tylko obowiązkiem, ale może też być miłym spędzeniem czasu z obcymi ludźmi. Ten ktoś pomógł mi poczuć się na Korfu jak w domu, a wracając jak co wieczór na kolację do restauracji, czułam się, jakbym wracała do domu przyjaciela, a nie do obcego mi miejsca, gdzie powinien liczyć się tylko pieniądz. Wchodząc pierwszy raz do restauracji mieszczącej się nieopodal naszego hoteliku, nie przypuszczałam, że stanie się ona moim ulubionym miejscem, gdzie będę spędzać czas niemal każdego wieczoru. Osobą, która stała się w moich oczach prawdziwą grecką esencją był Janis. Powitał nas z uśmiechem na twarzy, uścisnął dłoń i przedstawił się jako nasz kelner. Krótko później stał się przyjacielem, z którym można było porozmawiać na wszystkie tematy, dowiedzieć się co nieco o życiu na wyspie i poczuć się jak u siebie.
Janis sprawił, że restauracja stała się bardziej niezwykła, a jedzenie jeszcze smaczniejsze, ponieważ zupełnie zapomnieliśmy, że jesteśmy tylko klientami z obcego kraju, że nikogo nie znamy i wywodzimy się z zupełnie innej kultury. Wciągał nas w pogawędki z zupełnie obcymi ludźmi, dzielił się z nami wspomnieniami z bogatej przeszłości, pokazywał zdjęcia i zawsze dorzucał coś od siebie do kolacji, za co nie musieliśmy płacić, nieważne czy była to szklanka wody, czy lampka wina, kawałek świeżo przywiezionego ciasta czy deser lodowy. Na przywitanie dostawaliśmy szeroki uśmiech, a na koniec dnia kieliszek likieru z kumkwatu i uścisk ramion. Czuliśmy się tam jak u siebie i wszystkie restauracje, jakie odwiedziliśmy porównywaliśmy do „naszej restauracji”. Czułam się tam nieskrępowana, nawet gdy ściskał mnie obcy facet, czy całował w czoło za to, że musieliśmy czekać na zamówienie, bo kompletnie zapomniano o naszej obecności. Wiedziałam, że nie muszę się stroić czy silić na napiwki, na które nie było nas stać, bo i tak nasza następna wizyta zostanie przywitana tak samo szerokim uśmiechem jak wtedy, gdy zostawiliśmy 2 euro napiwku. A gdy pewna starsza para z Angli namawiała nas na inną restaurację, z lepszą obsługą i jedzeniem, zgodnie z mężem stwierdziliśmy, że nie potrzebujemy nic więcej, bo Janis daje nam to, czego potrzebujemy- poczucie luzu, nieskrępowania i przyjacielskiej atmosfery. Lubiliśmy słuchać jego opowiastek, dzielić się z nim naszymi wspomnieniami, czy dawać się wciągać w pogawędkę gdy już staliśmy przy drzwiach, gotowi do wyjścia. Te pół godziny dłużej w miłym towarzystwie mijało jak pięć minut.

To od niego dowiedzieliśmy się jak żyje się na wyspie i z jakimi trudnościami trzeba sobie radzić poza sezonem. On nam opowiadał o wartościach w rodzinie i małżeństwie, jakby chciał ustrzec nas przed tymi samymi błędami, jakie sam popełnił. To on starał się wytłumaczyć nam, na czym polega stereotyp greckiego lenistwa i podłoże tego stereotypu i to także on był tym człowiekiem, który tchnął w nas ducha radości z małych rzeczy i i poszukiwania szczęścia wśród problemów codziennego życia. Powiedział nam, że pomimo tego, iż mógł żyć z rodzicami we względnym luksusie, ale poza granicami kraju, wybrał swój dom rodzinny, ponieważ jest tu szczęśliwy. Pomimo trudności gospodarczych jego kraju, ciężaru wyżywienia rodziny, jaki tkwi na jego barkach, konieczności pracy 7 dni w tygodniu bez urlopu przez pół roku, a następne pół przy zbiorach oliwek we własnym gaju, pomimo bolących pleców Janis kochał swoje życie i swój kraj zbyt mocno, aby poświęcić go dla wygód. Gdyby nam zaś o tym wszystkim nie powiedział, nigdy byśmy nie zgadli, że też walczy o przetrwanie jak każdy z nas. Wszystkie kłopoty, z jakimi musi się zmagać w życiu, chowają się za uśmiechem i jest to uśmiech prawdziwego szczęścia. Dzięki niemu czuję, że nie chcę już jęczeć nad tym, jak mam ciężko w życiu, bo to nieprawda. Nie chcę być sfrustrowana zarobkami i pracą, zazdrosna o powodzenie innych czy agresywna dla drugiego człowieka tylko dlatego, że jest mi ciężko. Ukradłam sobie kawałek tej pogody ducha, która biła od Janisa i zamierzam ukryć głęboko w sercu jako osobisty skarb i najmilsze wspomnienie. 

Janis dał mi jeszcze jeden prezent. Nie tylko pokochałam tych niefrasobliwych ludzi, ale i poczułam się przez chwilę jak jedna z nich, gdy ostatniego dnia pobytu usłyszeliśmy za plecami klakson przejeżdżającego obok skutera, na którym siedział nasz kelner we własnej osobie. Janis specjalnie dla nas zatrzymał się na poboczu, aby chwilę z nami porozmawiać i umilić ostatnie godziny pobytu na Korfu swoim szerokim uśmiechem i gadatliwą kompanią. Było to tak miłe, że sprawiło, iż poczułam się jak mieszkanka Agios Stefanos, gdzie wszyscy się znają i nigdy nie zapominają się pozdrowić, gdy mijają się na drodze.


Nie tylko Janis sprawił, że polubiliśmy Greków. Sprawili to też właściciele wypożyczalni aut, którzy pozdrawiali nas, gdy w niebieskim samochodzie przemykaliśmy obok ich „salonu”. Była to również zasługa rodziny prowadzącej mini market, w której co drugi dzień kupowaliśmy słodycze i warzywa na śniadanie. Nie było dnia, aby nas nie zagadali czy pożegnali polskim „do widzenia”. Był to też właściciel hotelu, w którym mieszkaliśmy, w pierwszy dzień zapraszający nas na kumkwatową nalewkę. Był to właściciel restauracji, w której jadaliśmy kolacje, który ostatniego wieczora podarował nam ekstra kolejkę gry w bilard, tak po prostu, sam od siebie. Wszyscy byli przyjaźni i otwarci i nie spotkaliśmy się z niemal żadnymi przejawami nachalności, którą czasem można spotkać w większych kurortach. Tylko raz kelner machnął na nas lekceważąco ręką, jakby mówił: „A idźta sobie, jak nie to nie”, gdy dwukrotnie odmówiliśmy wstąpienia do restauracji, w której pracował. Prócz tego jednego incydentu zawsze spotykaliśmy się z uprzejmością i przychylnością.
Jednak Korfu ze wszystkimi swoimi wspaniałościami zaskoczyło mnie nieprzyjemnie tytułowymi dziurami na drogach i nudystami na publicznych plażach. Już na Krecie nauczyłam się, że pod promieniami słonecznymi ludzie zachowują się bardziej swobodnie niż w naturalnych warunkach bytowych. Podczas dwóch pierwszych tygodni na greckich wakacjach naoglądałam się więcej cycków niż w ciągu całego swojego życia. Turystki nie krępowały się stanikami i opalały ciała, nawet te najmniej ponętne. Bez względu na wiek i wagę kobiety w wieku mojej matki pozostawiły gdzieś w domach wstyd i paradowały topless dla swoich mężów, którzy nawet nie zwracali na nie uwagi. Po pierwszym szoku kulturowym przywykłam do tego dość szybko, ponieważ były to widoki na porządku dziennym.
Na Korfu musiałam sięgnąć do jeszcze głębszych pokładów tolerancji, ponieważ tam zjawisko to osiągnęło jeszcze wyższy poziom. Tam ludzie pozbywali się resztek swoich hamulców i bezpruderyjnie paradowali nago na plażach, jakby chwaląc się swoimi ciałami. Nie zważając na dzieci bawiące się na plaży, kobiety i mężczyźni bez skrępowania opalali swoje intymne strefy, pływali w morzu i stojąc u brzegu spoglądali w stronę horyzontu. Takie widoki można było spotkać nawet na najbardziej uczęszczanej plaży. 

Pierwsza taka sytuacja wywołała we mnie szok, druga utrwaliła zdziwienie a trzecia uświadomiła, że na Korfu jest to normalne. Nie wiem, czy to zjawisko dotyczyło tylko turystów, czy tylko mieszkańców wyspy, czy też może wszystkich, ale do dzisiaj nie mogę wyjść z szoku, że wyspa jest schronieniem dla rozprzężenia obyczajów. Jednego dnia udało nam się nawet trafić na samotną i ukrytą plażę, która okazała się prywatnym rajem dla naturystów. Nie zostaliśmy tam nawet dwóch minut, ponieważ pomimo mojej otwartości na różnice kulturowe, pewne rzeczy wciąż pozostają poza granicą mojej tolerancji.
Co do dróg, zdziwiłam się że są jeszcze inne miejsca na świecie poza Polską, gdzie dziury na drogach wyrastają jak grzyby po deszczu. Nie spodziewałam się takiej przykrej niespodzianki, ponieważ ani na Krecie, ani na Samos, nie spotkałam się z taką ilością dziurawych dróg jak na Korfu. A było ich tu tyle co kotów na Krecie i Samos razem wziętych. Pojawiały się w tak zaskakujących miejscach, że nawet najbardziej czujny kierowca musiał choć raz dziennie w którąś z nich wpaść. W niektórych miejscach założyły prawdziwe gangi i kiedy już ktoś myślał, że ominął wszystkie niebezpieczeństwa, nagle za zakrętem pojawiała się ta ostateczna, najgłębsza i najbardziej zdradziecka dziura, pochłaniająca pół koła. Zdarzały się też bliźnięta, usadowione w tak idealnej odległości od siebie, że brały w swe objęcia oba koła od razu, albo chwytały jedno, gdy drugiemu udało się zbiec. Takie przyjemniaczki zdarzały się nawet na głównych drogach, przy wjeździe do dużego miasta, gdzie przez wiele kilometrów droga zwodziła całkiem dobrą jakością, by na końcu złapać kierowcę z uśpioną czujnością w pułapkę i niemal zniszczyć felgi jego auta. 


Być może jest to jakiś spisek warsztatów samochodowych uknuty na spółkę z władzami miasta, bo nikt tych dziur nie łata, a można spotkać i takie miejsca, gdzie jedna łata nachodzi na drugą, a na samym środku tych łat czai się dziura, której nie widać z powodu innego koloru nawierzchni. Przy samym wjeździe do Rody prawie udało nam się zgubić obie felgi, gdy chwyciły nas w objęcia przeżarte bliźniaki o porażającej głębokości i długości, grubością idealnie wpasowując się w szerokość kół. Po trzech dniach bliźniaki zasypano i załatano, ale groza tamtego miejsca przez dobre dwa dni spędzała nam sen z powiek.
Dzięki tym wszystkim dziurom mogłam się bardziej skupić na pilotowaniu mojego męża zamiast tracić czas na podziwianie widoków, w których tak się zakochałam. Do ostatniego dnia pobytu cierpłam na myśl o tym, że będziemy musieli zapłacić za zniszczone koło. Dlatego też pilnowaliśmy się, aby nie wydać wszystkich pieniędzy, które zabraliśmy ze sobą, na wypadek wymuszonej wizyty w warsztacie samochodowym. Nauczyłam się też, że nasze polskie drogi są w całkiem niezłej kondycji i już nigdy nie będę na nie narzekać, bo w porównaniu z drogami Korfu, nasze ulice są marzeniem każdego kierowcy.

To było prawdziwe zrządzenie losu, że trafiliśmy akurat na tę spokojną wyspę, z widokami, które były balsamem na duszę i ludźmi, dzięki którym odpoczęłam i zrelaksowałam się. Gdybyśmy zdecydowali się na okazję, która pojawiła się tydzień wcześniej, nie zobaczylibyśmy pięknych widoków Korfu, ani nie poznalibyśmy tylu wspaniałych ludzi i nie odkrylibyśmy nowych perspektyw. Tęsknie za tamtymi miejscami, za niewymuszonym klimatem luzu i radości życia. Mam nadzieję, że gospodarka Grecji oprze się zaglądającej jej w oczy kryzysowi i że przynajmniej raz w roku będę mogła odwiedzać mój prywatny raj na ziemi, jaki znalazłam na wyspach greckich.

3 komentarze:

Alen pisze...

Tak się zastanawiam co z ciebie za kobietą jeżeli mając możliwość korzystania z plaż dla naturystów na Korfu ty je krytykujesz.Przecież jesteś chyba kobieta i powinno ci zależeć na pięknie opalonym ciele a nie jego zeszpeceniu białymi paskami. Chyba ze nalezysz do tzw wiejskich bab , które pielegnuja myja i pokazuja tylko swoja buzię. Reszta co tam :)

malcolm x pisze...

Najbardziej zachęciłaś mnie i żonę tymi plażami nudystów bo od 15 lat nimi jesteśmy. A właściwie info na ten temat nas interesuje 😀

Gone_With_The_Books pisze...

W takim razie Korfu jest idealne dla Was :) Tylko uważajcie na te dziury jak będziecie jechać na plaże nudystów ;)