piątek, 28 lipca 2017

Jessica Mercedes Kirschner




Bardzo lubię młodych, inspirujących, energicznych ludzi. Przebywając w ich towarzystwie, choćby wirtualnie, mam wrażenie, jakby czas się cofnął i przeżywam swoją drugą młodość. Czuję się znowu zdolna do wszystkiego, jakby lata, które są za mną i wszystkie złe rzeczy, jakie się wydarzyły, nigdy nie istniały. Chce mi się znowu żyć pełną parą i spełniać dawno zapomniane marzenia. I co więcej znowu czuję, że są one w zasięgu ręki.
Kto nie przeżył już najlepszych lat swojego życia na pewno nie zrozumie, o czym mówię, Ale jeśli jesteście w wieku 35 lat i później to na pewno znacie ten stan ducha, to dziwne zmęczenie i poddanie się fali życia bez walki. Ja czasami zapominam, że mam przed sobą drugą połowę życia i że nie wszystko się jeszcze dla mnie skończyło. Przygnieciona obowiązkami i pracą, z której już dawno nie czerpię satysfakcji, staję się zrzędą i sama przestaję siebie lubić. A otoczona innymi zrzędami w jeszcze bardziej podeszłym wieku zdaję się raz po raz rezygnować z tego, co jeszcze życie może przynieść.
Ale kiedy spotykam na swojej drodze nietuzinkową osobistość, pełną wiary w siebie i gotową wziąć się z życiem za bary, nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ubywa mi lat i znowu zaczynam tryskać energią. Ponownie zaczynam myśleć o tym, czego nie udało mi się zrealizować, a o czym wciąż marzę, gdy mam lepsze dni. Znowu zaczynam tworzyć w głowie szalone plany, nie zważając na to, że powinnam już być stateczną panią, która myśli tylko o stałej pracy i ogólnej życiowej stabilizacji. Znowu zaczynam dostrzegać, że stabilizacja jest nudna i wcale nie jest tym, czego oczekuję. Że dałam się po prostu nabrać na to, co społeczeństwo chce mi wcisnąć na siłę, aby dopasować mnie do anonimowego tłumu.
Ale przy osobach młodych i świeżych przypomina mi się, że mam swoje własne plany i marzenia oraz że życie ma mi jeszcze mnóstwo do zaoferowania, muszę tylko mieć odwagę, aby po to sięgnąć. Przy tych osobach czuję się tak samo młoda i energiczna jak oni i wcale nie czuję, że stoję daleko za nimi z racji wieku i mniejszej zdolności absorbowania wszystkiego, co się z życiem wiąże. Pomysły same przychodzą mi do głowy i bardzo chce mi się je realizować. Dlatego uwielbiam przebywać wśród takich ludzi, bo sama zaczynam czuć, że mogę więcej i mogę lepiej niż kiedykolwiek dotychczas.
Żeby żyć tak, jak tego chcę i przede wszystkim nie zapominać o tym- potrzebuję inspiracji. Bez nich tracę oddech i nie chce mi się nic. Z nimi chcę wszystkiego i wiem, że mogę tego dokonać. I ja wcale nie poszukuję inspiracji, nie mam na to czasu. To one znajdują mnie. Albo po prostu potrafię je dostrzec wśród codziennych rzeczy. Skąd wiem, że są inspiracjami? Bo od razu czuję się lepiej. Czuję lekkość bytu i chcę się w niej pławić. Bo kiedy inspiracja znika, ucieka ze mnie życie jak powietrze ze starego balonu. A ja lubię to uczucie bycia na haju i to, że mogę je mieć za darmo. Wolę upajać się moimi inspiracjami, nawet jeśli w oczach innych ludzi są one małostkowe, śmieszne czy niezrozumiałe, niż szukać zapomnienia w używkach.
Moimi używkami są moje inspiracje, to co mnie otacza. Od najbardziej typowych jak śpiew ptaków, maki na polu pszenicy latem czy promień słońca przebijający się przez chmury. Jeśli mówimy o chmurach mogą to być białe puchate chmury nad zielonymi łąkami czy podświetlone złotem od zachodzącego słońca. Gdy mówimy o słońcu, może to być jego zmierzch wyciszający wszystko wokół i zmieniający świat w feerię przygasłych i majestatycznych barw. Może to być też czerwonozłota kula na horyzoncie i ogromna tarcza ospałego słońca witającego nowy dzień. Inspiracją może być ulubiona piosenka, kojarząca się z czymś miłym, wywołująca wspomnienie czegoś co zajmuje specjalne miejsce w moim sercu. Może to być piękne zdjęcie czy piękna osoba, uwieczniona na pięknym zdjęciu. Jednak najbardziej inspirują mnie charaktery ludzkie. Bo dają największego kopa.

To ludzie są dla mnie największą inspiracją. Ich pomysłowość, energia. To, czego dokonują, to, że nie boją się sięgać po swoje marzenia. Tym człowiekiem może być ktoś, kogo dumnie nazywam od lat przyjacielem, albo ktoś, kogo spotykam tylko dwa razy w tygodniu w szkole językowej czy nawet ktoś przypadkowy, podrzucony przeze mnie na stopa i z którym wymieniłam parę historii podczas półgodzinnej wspólnej jazdy. Jazdy, podczas której ten ktoś od razu mnie rozgryzł i dobrał się do mojego prawdziwego ja, ukrytego pod warstwami zapomnienia, ktoś, kto w pół godziny potrafił mnie podsumować jednym słowem lepiej, niż ja byłabym w stanie sama to zrobić. Może to być także ktoś, kogo spotkam w Internecie. Bo Internet jest pełen inspiracji, wystarczy tylko mieć oczy szeroko otwarte.
Jako osoba wykształcona i kochająca książki, uwielbiająca o nich pisać, mam, wydawałoby się, dość małostkowe zainteresowania. Czytam blogi modowe i oglądam zdjęcia na nich umieszczane. Ktoś by pomyślał, że upadłam na głowę, że zachowuję się jak nastolatka, która potrzebuje swojego idola do życia, bo sama nie potrafi żyć. Ale to nie jest tak, jak się wydaje.
Każdy potrzebuje inspiracji, czy to stulatek, czy nastolatek. Nasi dziadkowie inspirowali się swoimi rodzicami, nauczycielami, mężami i żonami. Nie mieli innych możliwości, więc korzystali z tego, co mieli pod ręką. My mamy Internet i korzystamy z niego na takich samych zasadach, jak kiedyś ludzie z naszej przeszłości, gdy spotykali się na pogaduchach u sąsiada czy czytali gazety bądź wsłuchiwali się w wiadomości lokalne płynące z radia. My mamy inne możliwości, ale wszyscy szukamy tego samego- sensu życia i inspiracji, bo bez nich nie da się żyć. Każdy potrzebuje swojego idola, z którego będzie mógł czerpać wzorce i wszystko, czego potrzebuje do swojego rozwoju. A czy to będzie polityk czy ktoś z sieci, to naprawdę nie ma znaczenia. Ważne, aby nas inspirował i pchał do działania.
Ja w Internecie znajduję piękno uwiecznione na fotografiach. Interesuję się tym od dawna. Szukam piękna wszędzie gdzie się da. Nie interesuję się modą, interesuję się pięknem. A najwięcej tego, czego szukam, znajduję na stronach związanych z modą. Trudno, to przecież nic zdrożnego. Nie chodzi mi o ubrania, tylko o to, jak pięknie wyglądają w nich ludzie. Jak wielu z nich potrafi uwiecznić niepowtarzalny klimat jednym pstryknięciem, podczas gdy malarz potrzebuje na to wielu godzin ciężkiej pracy. Ja na tych modowych zdjęciach widzę piękno ludzi, otoczenia, miejsc, klimatu. To mnie inspiruje i każe się rozwijać w dziedzinach nie związanych zupełnie z modą. A nawet gdyby moje zainteresowania były związane ściśle z modą, nie uważałabym, że to coś złego. Jeśli dawałoby mi radość, byłoby to w porządku.
Kiedy wśród tych pięknych zdjęć odnajdę dodatkowo niepowtarzalny charakter, cieszę się podwójnie. To takie rzadkie spotkać kogoś, z kim się dobrze rozumie, z kim się z prawdziwą radością spędza czas, kto mu imponuje i motywuje do działania. Ja przeglądam bardzo niewiele blogów. I skupiam się wyłącznie na tych związanych z modą, bo tam mogę odnaleźć wszystko to, czego szukam- piękna i siły charakteru. Niełatwo mnie przekonać do siebie, dlatego na Instagramie śledzę tylko 9 osób. Nie wszystkie osoby czytam. Niektóre tylko oglądam. Inne sprawiają, że moje życie jest jakieś takie bardziej kolorowe. Nie sądzę, aby ta liczba obserwowanych profili miała się znacznie zmienić. W ciągu paru dobrych lat urosła zaledwie do tych 9 osobistości. Myślę o tym, aby na stałe wpleść osobę dziesiątą, która zasługuje na moją uwagę nie tylko z powodu zdjęć, ale i treści umieszczanych na swojej stronie. Myślę, że ten moment nastąpi lada dzień. Od paru miesięcy myślę też, aby poświęcić jej osobny wpis. Ale najpierw muszę przemyśleć, co dokładnie czuję do tej osoby., zanim zasłuży na moją pełną uwagę.

Widzicie, niełatwo mnie do siebie przekonać. Trzeba naprawdę ogromnego samozaparcia i talentu, aby skupić na sobie moją uwagę. A jeszcze trudniej jest ją zatrzymać. Paru osobom się udało i od wielu lat śledzę ich internetowe poczynania bez większej przerwy. Z paru osób zrezygnowałam, gdyż przestały mnie inspirować. Parę osób dodałam do listy, ponieważ zaczęły mnie fascynować. Jednych oglądam na youtube, innych obserwuję tytko na Instagramie, innych odwiedzam tylko na blogu, zależnie od tego, czego u nich szukam. Czasem potrzebuję nowych inspiracji i czasem je znajduję.
Jessikę Mercedes (wybaczcie, nie wiem jak się odmienia to imię) znalazłam przypadkowo. Oczywiście słyszałam o niej już dużo wcześniej. Nie jest to dziwne, jeśli człowiek obraca się w świecie blogów modowych. Jednak jej początki były na tyle słabe, że nie potrafiłam się do niej przekonać. I nie chodziło tu wcale o blog, którego nie znałam, a o osobowość i sposób prezentacji samej siebie. Jessica dość szybko wypracowała sobie miejsce w  świecie mody. Zaczęły dostrzegać ją projektanci, marki odzieżowe i magazyny modowe. Jej blog miał coraz więcej wyświetleń, przez co dziewczyna zaczęła obracać się w świecie biznesu coraz szybciej i coraz prężniej. Przewijała się także i w moim świecie parokrotnie za sprawą innej blogerki, która mi imponowała. Ale sama Jessica nie potrafiła przebić się przez sito mojej wyobraźni. Myślę, że duży wpływ na to miała sprawa społecznego odbioru tej odważnej dziewczyny. Mówiła głośno o swoich sukcesach, nie bała się opowiadać o tym, że zarabia na blogu i to ją pogrążało w oczach „pracującego” społeczeństwa.
Do mnie ten obraz również docierał i myślę, że chcąc nie chcąc patrzyłam na Jessicę Kirschner przez pryzmat tego, jak widzą ją inni i oraz z urywków jej wystąpień na portalach plotkarskich. Do tego doszło dość kiepskie wykonanie programu J&J Fashion Show na Eska.tv i przepis na fiasco był gotowy.
Minęło parę lat i zmieniło się wszystko. Straciłam zainteresowanie paroma blogami, także tym najpopularniejszym, który do tej pory śledziłam dość lojalnie. Życie poszło do przodu, osoby ewoluowały, jedne w mało dla mnie interesującym kierunku, inne w sposób, który potrafiłam zaakceptować. Ale wciąż gdzieś tam majaczyła jakaś nuta tęsknoty za dawnymi czasami, kiedy blogi modowe nazywane były szafiarskimi i kiedy dziewczyny, które je prowadziły, miały pomysły na to, jak zaistnieć w świecie Internetu. I były to pomysły czasem szalone, czasem odważne, ale zawsze nieodmiennie interesujące. Często bardziej niż obecnie. Jednak znalazła się wśród nich osoba, której ewolucja była niezaprzeczalnie pozytywna i której za żadne skarby bym nie odwróciła. Jest nią właśnie Jessica Mercedes.
 Ta dziewczyna zmieniła się nie do poznania. Poszła do przodu jak burza i zdaje się, że nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Ni stąd ni zowąd stała się osobą dla mnie bardzo ważną, bo inspirującą mnie na co dzień. Zobaczyłam, że jej wizerunek, jaki do tej pory znałam, był fałszywy. Był odzwierciedleniem nieuzasadnionej niechęci ludzkiej i mediów, które stworzyły coś, co nie istniało. Dzięki swojej pracy Jessica przebiła się przez ten negatywny wizerunek i stworzyła zupełnie inny obraz siebie, który przekazuje obecnie sama, za pomocą swoich kanałów, stając się niezależna od innych portali i mediów. A kiedy ta niezależność stała się faktem, okazało się, że Jessica jest zupełnie kimś innym niż przedstawiały ją polskie media. Jest to wizerunek, który znacznie bardziej lubię i który uważam, że jest znacznie prawdziwszy, bo nieprzefiltrowany przez pryzmat polskiej niechęci do wszystkiego, co nie zostało wypracowane przy taśmie produkcyjnej czy w kopalni. Wygląda na to, że Jessica Mercedes dobrze zrobiła postanawiając zrezygnować z pośredników, którzy odbierali jej samodzielność w kreowaniu swojego wizerunku.
Patrząc wstecz wydaje się, że dziewczyna miała kiepskich doradców lub nie miała ich wcale, stąd taki słaby wizerunek jej jako osoby w przeszłości. Dzisiaj wyłania się z Internetu osoba bardzo pozytywna i pełna pomysłów, energiczna i pracowita. Osoba, która potrafiła walczyć ze swoimi słabościami i która nie boi się o nich mówić. Która kocha wyzwania i uwielbia mówić do swoich obserwatorów. Która czerpie przyjemność z obcowania z nimi i która potrafi inspirować tłumy. Która przekuła swój sukces w rozpoznawalną markę, bo miała odwagę, by spróbować wybić się ponad etykietkę „szafiarki”. Która miała odwagę sięgnąć po swoje marzenia i tym samym stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych „influencerów” w Polsce i na świecie. A przede wszystkim która jest naturalna i swoją energią zaraża innych każdego dnia. Do tego jest pozytywnie nastawiona do świata i potrafi śmiać się z siebie. Doceniam takie cechy charakteru najbardziej.
Gdy próbuję sobie przypomnieć jak to się stało, że Jessica Mercedes znalazła się wśród tych 9 osób, od których zaczynam dzień, to nie potrafię sobie przypomnieć. Czy gdzieś o niej usłyszałam w Internecie i postanowiłam sprawdzić o co chodziło? Czy może sama sobie o niej przypomniałam i chciałam sprawdzić, może porównać z Maffashion, jak to wszyscy zdają się robić? Naprawdę nie mogę sobie przypomnieć jak to się stało. Dość, że gdy znalazłam jej kanał na youtube, zmieniłam o niej całkowicie zdanie i zakochałam się w jej energii na zabój. Co do tego zdania, to muszę się poprawić- ja nie zmieniłam o niej zdania tylko wyrobiłam sobie własne. I Wam radzę to samo. Nie słuchajcie mediów, nie słuchajcie mnie, czy koleżanek. Po prostu same sprawdźcie, czy Wam taka osoba pasuje. Ja uważam ją za niesamowicie inspirującą i dlatego odwiedzam jej kanał na youtube jak i profil na Instagramie tak często, jak przystało na osobę uzależnioną od poczucia szczęścia i zadowolenia.
I znowu trzeba tu wrócić do tematu, który poruszyłam na samym początku moich wywodów. Tu nie chodzi o ciuchy, o pieniądze czy o biznes. Tu chodzi o podejście do życia. Inspirowanie do dążenia do własnych celów i marzeń. To jest właśnie to, co mnie ciągnie do tej dziewczyny. Jej świeżość, energia, gotowość do podejmowania nowych wyzwań, wysokie cele jakie sobie stawia. I ciągłe dążenie do ich osiągnięcia. Nie narzekanie, nie zauważanie trudności, wyśmiewanie ich i rzucanie się na nowe cele. Podoba mi się jej dążenie, aby próbować nowych rzeczy, jej pomysłowość oraz sposób bycie. Jej szczerość i namiętność, wiara w siebie i przekonanie, że to, co robi, jest dobre. To, że nie poddaje się, że tak namiętnie opowiada o tym, co ją interesuje, mimo iż społeczeństwo lekceważy tematykę, którą ona kocha. Podoba mi się w tej dziewczynie to, że wyznacza sobie kierunki i z nich nie rezygnuje tylko dlatego, że komuś się to nie podoba. I że dąży do celu bez względu na to, co o niej myślą. To musi inspirować każdego, bez względu na rodzaj zainteresowań czy to, że uważamy, że ta dziewczyna jest spoko, czy nie.
Mnie do niej przyciąga głównie jej charakter. Jest bardzo ciekawy i złożony. Jest też silny. Ujmujący i świeży. Lubię słuchać, jak z pasją opowiada o ciuchach, kosmetykach czy wyjazdach, mimo iż ¾ tych rzeczy wcale mnie nie interesuje. Lubię słuchać jak opowiada ciekawostki o miejscach, które odwiedza. Dla mnie jest urodzoną mówczynią, przez co każdy jej film staje się małym arcydziełem, do którego chce się wracać po kilka razy. Jedne filmy są lepsze, inne mniej ciekawe, a jednak za każdym razem jej osoba sprawia, że wszystko staje się jeszcze bardziej interesujące niż jest. Jej ewolucja od czasów J&J Fashion show jest tak widoczna, że naprawdę śmiem twierdzić, że ktoś jej bardzo źle doradził w przeszłości, jak ma prowadzić swoje programy. Lub obecnie ma naprawdę dobrych doradców i trenerów. Bo tak jak kiedyś nie dało się słuchać Jessiki bez irytacji, tak dzisiaj nie da się tego robić bez przyjemności.
Myślę, że na jej odbiór miał ogromny wpływ fakt, że dziewczyna zwalczyła rzeczy, które uważała za swoje słabości i nareszcie czuje się komfortowo w swoim ciele. Dużo robi też doświadczenie ale i widać gołym okiem, że Jessica nie jest już dziewczyną z Internetu, a kobietą, która zna swoje mocne strony.
Jessica Mercedes przeszła bardzo dużą zmianę. Tak w wyglądzie, jak i w charakterze. Stała się pewna siebie i to naprawdę przebija się w każdym jej filmie. Już nie jest skrępowana występowaniem przed kamerami, nie denerwuje się tym, co może powiedzieć źle, jest naturalna i żywiołowa i to wszystko zaowocowało ogromną ilością fanów i subskrybentów kanału na youtube. Jej filmy trafiają do szerokiego grona odbiorców, bo są ciekawe i dobrze zmontowane, a przede wszystkim kręcone z pomysłem. Są inne od tego, co można znaleźć w Internecie i dlatego tak dobrze się je ogląda. Mam wrażenie, że Jessica Mercedes wyznacza trendy nie tylko w modzie. Myślę, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy. I na pewno nie musi się martwić o koniec epoki bloggerów, bo ona już dawno wyszła poza ten obszar i ciągle wytycza sobie nowe kierunki rozwoju. Bardzo przyjemnie się na to patrzy.
Charaktery takie jak ten są rzadkością i naprawdę należy je docenić. Ktoś kto tak swobodnie porusza się w tak różnych obszarach musi być naprawdę utalentowany. Zresztą potwierdza to zainteresowanie nią wszystkich branż biznesu. Widać to w kampaniach, w jakich bierze udział. Przebija się to w jej filmach, czy montowanych samodzielnie, czy na zlecenie dla marek, które podejmują z nią współpracę. Ta dziewczyna rozwija się w szybkim tempie, a jej ewolucja jest zauważalna gołym okiem- wystarczy porównać sobie te dwa filmy, czy zobaczyć, jak profesjonalnie pozuje prezentując styl velvet czy pokazując fryzury w stylu Anji Rubik . Nie ma już w niej ani grama zdenerwowania, widać, że czuje się dobrze w swojej skórze oraz bardzo kobieco i bardzo to w niej lubię. Że jest odważna i nie wstydzi się tego pokazywać i o tym mówić.
Pomysłowość Jessiki objawia się nie tylko w ciekawych ujęciach podczas kręcenia filmów, ale i w interesującym montażu. Nie wiem czy sama jest za wszystko odpowiedzialna, czy pracuje dla niej ktoś, kto nad tym czuwa, jednak myślę, że nawet w tym drugim przypadku jej kreatywność nie pozwoliłaby jej na całkowite oddanie w cudze ręce swoich pomysłów i że bardziej jest to współpraca niż praca kogoś innego.
Ogólnie w przypadku Jessiki Kirschner skupiam się głównie na kanale na youtube jak i na Instagramie. Nie korzystam z jej strony internetowej, ponieważ moda interesuje mnie najmniej. Jestem uzależniona od jej osobowości oraz od pięknych zdjęć. I te dwa kanały dostarczają mi dokładnie tego, czego potrzebuję. Mimo to warto przejrzeć całą historię tej strony, która powstawała jako blog, prowadzony przez 16-letnią dziewczynę z dużą odwagą, wyobraźnią i kompleksami, aby ostatecznie przeobrazić się w pełnowartościową i wielofunkcyjną firmę. Warto zobaczyć na własne oczy jak wyglądała ewolucja Jessiki Mercedes, bo tylko wtedy zobaczycie kim ona naprawdę jest, jak długą drogę przebyła, aby znaleźć się w miejscu, gdzie rozpoznają ją rzesze ludzi i żeby zobaczyć, jak doskonale odnajduje się na wszystkich płaszczyznach, na których postanowiła działać.
Zobaczycie, że zaczynała od sieciówek i designerskich torebek wypożyczanych za pieniądze, by skończyć na własnej linii odzieżowej produkującej stroje kąpielowe. Poznacie ją głębiej i poczujecie jej pasję, a to pozwoli Wam lepiej ją zrozumieć i uświadomić sobie, że nieważne, jakie się ma cele, lecz ważne, aby do nich dążyć bez względu na to, ile siły i samozaparcia trzeba w to włożyć. A to z kolei może zainspiruje Was do walki o swoje własne marzenia i może kiedyś napiszecie tej dziewczynie o wielkiej wyobraźni jak bardzo wpłynęła ona na Wasze życie. A to na pewno bardzo ją ucieszy.

Filmy, które według mnie najbardziej zasługują na uwagę:
1.       Zdecydowany numer jeden- Bangkok.
Jest to majstersztyk montażu i pomysłu. Nie ma tam żadnych fałszywych kroków, nie ma absolutnie nic do czego można by się było przyczepić. Opowieść i obrazy są doskonale ze sobą zgrane. Koncept, aby połączyć sceny nagrywane na miejscu z opowiadaniem już z domu podniósł ten film do rangi najciekawszego filmu Jessiki jak na razie. Ten film nadaje się do jakiegoś programu podróżniczego w telewizji.
Zauważyłam, że Jessica Mercedes ma dar opowiadania, który podtrzymuje uwagę widza, dlatego powinna jak najczęściej się udzielać w swoich filmach. Zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia, a jej wtrącenia wyczytane z Internetu czy z przewodników świetnie je zastępują i przekonują widza, aby samemu zobaczyć te zakątki świata, które dziewczyna odwiedza. Najbardziej lubię te podróżnicze filmy, ponieważ są one nietypowe i niezwykle interesujące. Pokazują miejsca od strony nie tylko turystycznej, ale i kulturowej. Dodatkowo mamy tu podane różne ciekawostki, których być może nie chciałoby nam się samodzielnie szukać w przewodniku. Poza tym opowiedziane w tak ciekawy sposób, w jaki nam je przekazuje Jessica, są o wiele bardziej interesujące niż mogłyby być przekazane na papierze.
Do tego mamy wgląd w świat mody i biznesu, którego nie oferują inne filmy podróżnicze oraz mamy szansę podejrzeć ciekawe życie osoby z tak niejednoznaczną pracą, jaką ma Jessica Mercedes Kirschner. Nie trzeba już chyba nawet wspominać o ładnych ubraniach i ładnych twarzach, które przewijają się przez wszystkie filmy bloggerki-youtuberki-właściciela portalu modowego (widzicie jak trudno jest opisać fach tej niezwykle interesującej osobistości?). Wszystko jest podane w sposób wyważony, nie sposób się przy tych filmach nudzić. Drobne potknięcia językowe są do wybaczenia. Pamiętajmy, że są to filmy amatorskie, a nie nagrywane w profesjonalnym studiu. Choć wiele ujęć wygląda naprawdę profesjonalnie, tak dobrze są dopracowane.
Co do samego montażu, jest naprawdę dopracowany do każdego szczegółu. Obrazy i muzyka przenikają się wzajemnie z głosem lektorki, do tego dochodzi dobrze dobrana gestykulacja i przebitki z lookbook, ze świetnie pozowanymi ujęciami (być może jest to zasługa profesjonalnej firmy, bo jednak wyjazd odbył się pod egidą Pandory; mimo to jednak zmontowanie wszystkiego w jedną spójną całość było nie lada wyzwaniem, za który należy się sporo uznania), z których przebija silna osobowość i pewność siebie. Mamy tu też idealnie dobraną muzykę, która kojarzy się z tajskimi klimatami. Różnorodność zawarta w tym konkretnym filmie jest jego przepisem na sukces. Mogłabym ten film oglądać codziennie :)
 
2.       Filmy z Malediwów i Aruby.
Ze szczególnym uwzględnieniem Aruby. Ciekawy pomysł, aby pokazać Malediwy od strony turystycznej i kulturowej. Nigdy się szczególnie nie interesowałam tą stroną świata (szczerze mówiąc nawet nie wiem dokładnie jaka to strona) i zawsze byłam przekonana, że wyspy te mają coś wspólnego z Afryką (pewnie przez te ogorzałe od słońca twarze). Tymczasem dzięki tym filmom dowiedziałam się, że jest to teren muzułmański, a ruch na ulicach jest lewostronny. Doceniam to w filmach Jessiki, że zawsze możemy się z nich dowiedzieć czegoś interesującego dotyczącego kultury miejsc, w których przebywa. Dla mnie jest to najciekawszy aspekt tych filmów, jak i wypadów zagranicznych w ogóle. Pewnie dlatego tak doceniam te małe wtrącenia.

Najciekawszym z tych trzech filmów była Aruba. Trochę przydługawy jak na drugie i trzecie oglądanie, ale wciąż pełen życia i ciekawego ujęcia wyspy. Sama lubię zwiedzać wszystkie zakątki, zwłaszcza te nieturystyczne, miejsc, w  których jestem, dlatego ten film tak jest bliski mojemu sercu.

Jedyne co mnie trochę drażni to (nad)używanie drona. Ktoś mógłby powiedzieć, że to profesjonalizm. Ja, że to objaw wykorzystywania pomysłów od innych, a nie tego oczekuję od kogoś tak kreatywnego jak Jessica. Gdybym chciała oglądać program przyrodniczy, włączyłabym program pierwszy telewizji polskiej. Bo właśnie z tym kojarzą mi się te wszystkie ujęcia. Fajnie jest zobaczyć te wszystkie piękne miejsca z góry, ale jednocześnie takie rzeczy jak rzut na całą wyspę z góry każdy już gdzieś widział, czy to w telewizji czy Internecie. Dlatego według mnie dron tylko w uzasadnionych przypadkach- jak yoga na środku morza/oceanu, czy jakieś niedostępne miejsce, do którego nie da się dojechać, opuszczona plaża, której piękna nie da się pokazać z dołu, takiego typu sytuacje. Mimo to, film przyciągający uwagę i dobrze zmontowany.
3.       Dubaj

Trochę za długie sprawozdanie z samego pokazu makijażu, ale oprócz tego kolejny majstersztyk. Ciekawe ujęcia, trochę humoru, dużo interesujących informacji o samym Dubaju jak i o kulturze. Do wielokrotnego oglądania. Piękny lookbook na pustyni, dobrze dobrana i wpadająca w ucho muzyka, bardzo dobry montaż.
4.       Śladami sex and the city
Pasjonująca wycieczka po Nowym Jorku z licznymi ciekawostkami, sporą dawką dobrego humoru i interesującymi miejscami do zwiedzania. Do tego świetnie dobrana muzyka i szybkie tempo akcji. Ciut przydługawy, ale odczuwa się to dopiero po kilku razach ;)
5.       Jak nosić velvet trend i Włosy w stylu Anji Rubik.

Mistrzowskie pozowanie w obu filmach, esencja pewności siebie i znajomości swojej wartości. Przez te filmy przebija to, że Jessica ma pomysł na siebie i skutecznie go realizuje. Jakaż to ogromna różnica, gdy wrócimy do jej filmów zrobionych trzy lata temu. Tam było uczucie braku komfortu i niepewności, dzisiaj to wszystko znikło, jakby nigdy nie istniało. Dobrze, że tamte filmy jeszcze są dostępne w sieci, ponieważ jeszcze bardziej widoczna jest ewolucja tej dziewczyny i bardziej człowiek docenia to, że ciągle pracuje nad sobą i stara się rozwijać, mimo iż osiągnęła już tak wiele. Spełnia własne marzenia, a to jest najważniejsze.

6.       Tydzień w Mediolanie/ Weekend w Nowym Jorku
O dziwo bardzo polubiłam film głównie o pokazach mody, pewnie dlatego, że fajnie zmontowany. Przy okazji zwiedzamy odrobinę Mediolanu. Piękne widoki i ciekawie zrobione ujęcia. I oczywiście fajnie się słucha o tych pokazach z ust Jessiki. Po Mediolanie warto odwiedzić Nowy Jork z Jessiką, Tatianą i Szymonem. Ogólnie wolę, żeby w filmach, które kręci dziewczyna z udziałem jej znajomych, ci znajomi po prostu milczeli. Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale dla mnie te osoby psują efekt, bo zazwyczaj nie mają nic ciekawego do powiedzenia. A jak się nie ma nic ciekawego do przekazania, to się milczy, prawda? Wyjątkiem jest właśnie Szymon, który jest skromny, ma poukładane w głowie i dobrze się go słucha. I nie stara się gwiazdorzyć na siłę. Ciekawa osobowość.
Lubię oglądać filmy Jessiki z Nowego Jorku, ponieważ są one szybkie jak życie tego miasta i fajnie podane. Widać, że lubi ona Nowy Jork i trochę o nim wie i lubi o tym opowiadać. Miło się tego słucha.

Bardzo też spodobały mi się filmy z pokazów mody. Montaż jest bardzo profesjonalny, a wszystko przedstawione tak ciekawie, że nie sposób się przy tych filmach nudzić. Może dlatego, że są dobrze opowiedziane, a może dlatego, że nie skupiają się wyłącznie na pokazach, bo poprzetykane stylizacjami samej jemerced, jak i ciekawostkami z przebiegu pokazów.






Kto jeszcze nie zna tego kanału, a ma ochotę obejrzeć coś nowego i świeżego, serdecznie go polecam. Dziewczyna jest energiczna, inspirująca i magnetyzująca. Nie wiem, co w niej jest takiego szczególnego, co daje właśnie ten efekt, ale naprawdę ciężko się oderwać od tych filmów, są tak pełne radości i zadowolenia z życia. Widać, że dziewczyna cieszy się każdym swoim najmniejszym sukcesem i prowadzi takie życie, jakie sobie wymarzyła. Ja też czuję, że mogę dojść do takiego punktu w życiu, właśnie za sprawą obcowania z nią. 
Może to śmieszne, ale tak właśnie jest. Po obejrzeniu jej filmów czuję się zadowolona z siebie (mimo, że nic nie zrobiłam wyjątkowego między jednym filmem a drugim), zdolna góry przenosić i nic nie jest mi straszne, nawet ponura pogoda za oknem. Nagle mam głowę pełną pomysłów i czuję, że potrafię przekonać do siebie świat. To jest naprawdę cenne uczucie, a jeszcze cenniejsza jest umiejętność wprawiania ludzi w taki nastrój. A to właśnie potrafi Jessica Mercedes Kirschner. Nawet gdy opowiada o rzeczach, które mnie z reguły nie interesują, potrafi mnie zainteresować. Nawet gdy pokazuje swój dzień, kiedy tak naprawdę nic nie robi, nie nudzę się z nią. Każdy film jest świetnie
zmontowany, relacje z pokazów odpowiednio krótkie i okraszone żywą muzyką. Jej opowieści dotyczące tych pokazów zawsze ciekawe, aż się czasem człowiek zastanawia, dlaczego nigdy wcześniej nie uważał mody za coś wartego uwagi. Ogólnie Jessica każdy temat, który ją pasjonuje, potrafi obrócić w coś interesującego i żywego i myślę że to zasługa tego, że potrafi przelać własne pasje na innych. Dlatego też jeśli wzdragacie się przed modą, kosmetykami i makijażami, ale lubicie pozytywnych ludzi i piękne miejsca, zajrzyjcie na jej kanał, nie patrząc na to, co inni o niej myślą. Trzeba pamiętać, że osoba publiczna, do tego młoda i szczęśliwa, zawsze wywołuje skrajne emocje, a my mamy rozum po to, aby wydrzeć spomiędzy tego wszystkiego prawdę. A
prawda jest prosta- jeśli chcesz poczuć się zainspirowany, kanał Jessiki Mercedes zapewni ci to uczucie na pewno. Mam nadzieję, że będzie na youtubie przez długi czas, bo uzależniłam się od tego uczucia bycia na pozytywnym haju, które to uczucie aż tętni na jej kanale. Dlatego odwiedźcie go czym prędzej jeśli lubicie się inspirować życiem i odważnymi ludźmi.
               
 
P.S. Zdjęcia pochodzą z początków blogowania jemerced.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Stephanie Zia/ Keeping mum





Ostatnio przeczytałam dziwną książkę. Tak dziwną, że nawet nie potrafię sobie przypomnieć tytułu, ani autora. Mój mózg uznał prawdopodobnie, że są to informacje niegodne zapamiętania. Nie dziwię mu się, pewnie oboje doszliśmy do tego samego wniosku, mianowicie, że autorka nie miała kompletnie pomysłu na swoją książkę.
Miała ona być bardzo zabawna, według tego, co przeczytałam na odwrocie książki, ale szczerze mówiąc tematyka nie bardzo nadawała się na strojenie sobie żartów. Problemy małżeńskie i zdrada,  opisane w najbardziej humorystyczny sposób, jakoś tak godzą w moralny system człowieka, zabraniając mu się śmiać. A co dopiero, gdy książka nie ma polotu i jest napisana tyle o ile, aby coś stworzyć? Wówczas naprawdę nie ma o czym mówić. Jako dramat- ten pomysł wydawał się sensowny. Ale z drugiej strony pisać książkę bez zakończenia, to chyba też nie ma większego sensu. Bo moim zdaniem zabierając się za pisanie, musimy mieć jakiś przekaz do opowiedzenia. Inaczej jest nudno i bez sensu. Gdy do tego wpleciemy pojawiające się i znikające dzieciaki, które nie wiadomo po co kręcą się wokół wszystkich postaci, robi się prawdziwa gmatwanina wiejąca nudą. Czy trzeba było aż tak często wprowadzać maluchy na scenę, aby podkreślić, że bohaterka ma dzieci i żyje życiem niepracującej matki i wspierającej męża wiernej żony?
Może miało to sens, ale potrzeba prawdziwego kunsztu, aby opisać to życie w taki sposób, aby nie zanudzić czytających osób na śmierć. Choć być może taki był tego cel- aby pokazać, jak nudne życie miała bohaterka i jak bardzo dawało jej to prawo zboczyć z dawno obranego kursu, aby dać upust narastającej przez lata frustracji. Nawet jeśli było to słuszne, to i tak przekazane nieumiejętnie. Marzyłam, aby te wtrącenia o dzieciach skończyły się, a one jak na złość wlekły się niemiłosiernie przez całą opowieść, jakby chciały podkreślić, że dokonałam złego wyboru, decydując się na tę książkę.
Mimo tych wszystkich negatywnych słów na początku, muszę podkreślić, że książka nie była tragiczna. Owszem, często wiało nudą, brak pomysłu uwidocznił się na końcu opowieści, a źle podany morał zmuszał człowieka do zastanawiania się, po co w ogóle ta książka powstała, ale mimo tego wszystkiego temat był dobry i ciekawy, zabrakło tylko pomysłu, co z nim zrobić.
O czym jest książka? W skrócie- o życiu małżeńskim. O tym jak nasze życie zawodowe wpływa na to, jakimi jesteśmy partnerami. O tym, jak życie naszych przyjaciół wpływa na nasze własne. I wreszcie o tym jak poświęcenie dla partnera wpływa na nas samych, a co za tym idzie- na wszystko inne.
Carla, główna bohaterka, matka dwójki dzieci, żona odnoszącego sukcesy kreatora designerskich krzeseł, od lat żyje w swoim ustabilizowanym życiu. Wspiera dzieci w rozwoju, a także stoi murem za mężem, którego podziwia i kocha całym sercem. A jednak na ich idealnym życiu pojawia się rysa, kiedy pewna lokalna gazeta postanawia opisać dom, w którym mieszka Carla z rodziną. Dom, który oboje z mężem wyremontowali z takim gustem, że aż zasłużyli na wyróżnienie w prasie. Kiedy pojawia się na planie reporterka i usilnie próbuje wmówić wszystkim, że za obraz całości odpowiada Tom, mąż Carli, po raz pierwszy widzimy, jak bardzo kobieta zrezygnowała z siebie na rzecz kariery swojego męża. Mimo frustracji, jaką odczuwa, gdy słyszy jak pomijany jest jej wkład w stworzenie domu, usuwa się w cień, rzucając tylko od czasu do czasu uwagi do reporterki i męża, przypominając im o swojej obecności i dokonaniach na polu dekorowania wnętrz.
Również później zauważamy, że Carla pozwala mężowi grać pierwsze skrzypce w sprawach mogących mieć wpływ na życie całej rodziny. Mimo iż jest niezadowolona z tego, jak mąż prowadzi interesy, pozwala mu ostatecznie podejmować ważne decyzje tak, jak tego chce Tom. Pozwala mu także narzucać swoje zdanie w sprawie sprzedaży ukochanego domu w razie gdyby sprawy z interesami nie poszły tak, jak było zaplanowane. Wreszcie pozwala Tomowi na flirtowanie z ekstrawagancką Danielle na jej oczach, nie mówiąc ani słowa tylko dlatego, że Tom zaraz się obrusza i gniewa parę dni, jeśli Carla zwróci mu uwagę na jego złe zachowanie. Do tego dochodzi rozpad związku przyjaciół, którzy po paru latach małżeństwa decydują się na dziwny rodzaj separacji, w którym każde z nich miało mieć osobne życie seksualne, mimo iż dalej mieszkali razem dla dobra dzieci i nadal okazyjnie uprawiali seks ze sobą. Ta ostatnia sprawa tak bardzo absorbuje Carlę, że za wszelką cenę pragnie się ona dowiedzieć, co było przyczyną tak dziwnej decyzji, z której oboje przyjaciół wydaje się być zadowolonych. Carla czuje, że jeśli się tego nie dowie, jej pielęgnowany od lat pogląd na życie małżeńskie legnie w gruzach i co za tym idzie, całe jej życie.
Wreszcie pod wpływem rozmyślań nad sensem bycia w związku oraz nad sensem swojego ułożonego życia, coś w Carli pęka i pod wpływem alkoholu decyduje się na zdradę, szybki skok w bok, którego potem żałuje do końca książki i waha się z decyzją, czy powiedzieć o tym mężowi, czy nie.
Tematyka jest bardzo ciekawa, do tego wyjęta z życia, co jeszcze dodaje pieprzyku historii. Czytelnik przeżywa z bohaterką jej rozterki, zastanawiając się razem z nią co się właściwie przyczyniło do zdrady i czy słuszne jest pozbycie się ciężaru z serca, aby tylko móc znowu oddychać swobodnie. Nic nie jest czarno-białe i to powoduje, że te urywki czyta się bardzo dobrze, dopóki nie zostają przerwane życiem szkolnym dzieci Carli i jej kręgu znajomych i wszystkim, co jest z tym związane.
Rozterki Carli są najciekawszym wątkiem tej książki. Można zaobserwować jak dochodzi do zdrady, jakie czynniki na to wpływają i jak sama zdrada wpływa na nas. Natomiast wszystkie wybory już po zdradzie wydają się złe. A jednak trzeba coś wybrać i to kładzie się cieniem na całe nasze życie. Bo ukrycie zdrady i uciekanie od konsekwencji własnych działań może popchnąć do kolejnych głupich kroków i w efekcie rozpadu związku, natomiast przyznanie się niemal gwarantuje rozpad związku, ale i komfort czystego sumienia, do którego dąży człowiek pchany narzuconymi przez społeczeństwo normami.
Czytelnik nie wie, co ma począć i razem z Carlą prowadzony jest przez autorkę po drodze przez piekło. Z jednej strony wszyscy czujemy, że prawo Carli do odegrania się na mężu jest święte, z drugiej nie możemy słuchać przyjaciółki Carli, która z jednej strony namawia ją na ciągnięcie romansu dla wyzwolenia własnej duszy, a z drugiej wypomina jej lekkomyślność, gdy Carla okazuje choćby cień zazdrości o swojego męża. Z jednej strony zgadzamy się z tą przyjaciółką, że Carla zbyt długo musiała w milczeniu cierpieć z powodu swojego męża i braku własnego życia, z drugiej nasz system moralny buntuje się przeciw kłamstwu. Jednak podjąć decyzję jest coraz trudniej, zwłaszcza gdy widzimy coraz więcej ukrywanych do tej pory przez Carlę skaz na jej małżeństwie. Kobieca natura buntuje się przeciw temu, czego dowiaduje się o Tomie i przez co musiała przechodzić Carla, z drugiej strony czepiamy się ślepo braku dowodów, przekonania o tym czym jest miłość oraz tego, jak powinna zachowywać się kobieta szanująca się i kochająca swojego mężą. Nic nie jest proste, nic nie jest jasne, a im więcej się o tym myśli, tym sprawa wydaje się coraz bardziej zagmatwana. Jedno jest pewne, szybko przekonujemy się, że Carla wcale nie jest zadowolona ze swojego życia, bo widzimy, że czegoś  jej w nim brakuje i że cały ten biznes ze zdradą nigdy by się nie wydarzył, gdyby kobieta nie zrezygnowała ze swoich potrzeb z miłości do człowieka, który wydaje się coraz mniej na tę miłość zasługiwać.
Czytelnik jest trzymany w pewnym napięciu, co jest najsilniejszą stroną tej książki, i ciągle się zastanawia, co z tego wszystkiego wyniknie. I wiecie co dostaje na koniec? Nic. Zero odpowiedzi. Jedynie frustrację i gniew na samego siebie, że oczekiwał odpowiedzi na trudne życiowe tematy z literatury przeznaczonej na poprawienie nam humoru.
Wiem, że naiwne było to z mojej strony oczekiwać odpowiedzi na tak fundamentalne pytania z takiej książki, ale pomyślałam, że skoro już autorka zabrała się za ten trudny temat, to ma dla mnie jakąś odpowiedź, może wziętą z własnego doświadczenia. Że dowiem się czegoś ważnego, co pomoże mi zrozumieć, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Tymczasem nie otrzymałam żadnej odpowiedzi prócz zapewnienia, że jak będziesz siedzieć cicho, to wszystko się samo ułoży i że Twój partner nagle zrozumie, jaki skarb ma przy sobie.
No cóż, przyznam że bardzo się zawiodłam. Nie spodziewałam się rozwiązania wszystkich swoich życiowych problemów, jednak spodziewałam się znaleźć chociaż parę odpowiedzi. Tymczasem książka jest jedną wielką pochwałą zdrady i podsumowaniem, które można by nazwać happy endem, bez rozwiązania problemów oraz ich źródeł. A co za tym idzie, nie ma ona zbyt wielkiej wartości w moich oczach. Można przeczytać, ale dla relaksu, jeśli w ogóle można się zrelaksować przy prawdziwych problemach. Może nie jest to książka dla kobiet? Może to taki przewodnik dla mężczyzn o kobietach, aby uświadomić im, że kobiety też zdradzają i że zdrada zupełnie nie wpływa na ludzkie życie? No nie wiem. Naprawdę nie rozumiem tej książki ani całego zamysłu. Pozostaje Wam zdać się na własną opinię. Przeczytajcie i zobaczcie sami. Mi się książka nie podobała. Dla Was może być świetna. Ale mimo to nie spodziewajcie się, że będziecie pękać ze śmiechu lub że na Waszych ustach będzie igrać wesoły uśmiech przez całą lekturę, jak nas zapewnia wydawca. Nie, tego na pewno nie będzie. A na jakie uczucia możecie liczyć podczas lektury? Cóż, zobaczcie sami.

piątek, 14 lipca 2017

Miłosna układanka/ David Nicholls

Dawno w moim kufrze z używanymi książkami nie ukrywał się tak dobry i ambitny tytuł. Mam tam pełno pośrednich i słabych autorów, romansidła i obyczajówki, słabsze i gorsze i czasem sama się zastanawiam, dlaczego panuje tam taka różnorodność i jednocześnie jednakowość? Wygląda na to, że instynktownie sięgam po te same historie, zwabiona kolorowymi okładkami i obietnicą miłości, do której ciągnę jak mucha na lep. Przez to często książki, o których piszę, są na pewnym poziomie, ale nie są wyjątkowe i czasem ciężko jest o nich opowiedzieć, bo są do siebie bardzo podobne.
Jednak czasami trafiam na coś wyjątkowego lub głębszego od reszty i wówczas cieszę się jak dziecko, które znalazło lizaka ukrytego w plecaku i dawno zapomnianego. Bardzo lubię te wyjątkowe chwile spędzane z książkami i każda perełka sprawia, że ten czas jest jeszcze milszy.
Ciekawe jest to, że książka o której chcę napisać, w pierwszej chwili nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych uczuć. Próbowałam przeczytać jeden rozdział i nie mogłam, bo wydawał mi się nudny i pełen chaosu. Nie wiem co się wówczas stało, ale myślę, że nie byłam odpowiednio skupiona i nie rozumiałam o czym tak naprawdę czytam, język wydawał mi się za trudny (czytałam w oryginale).
Za drugim podejściem wszystko zmieniło się diametralnie. Wcześniejszy bełkot zmienił się w wyważony dobór słów i od pierwszej strony zrozumiałam, że to nie będzie zwykła lekka książka o perypetiach miłosnych jakiejś pary, coś na kształt komedii romantycznej, pomieszanej z obyczajówką. Styl opowiadania Davida Nichollsa, autora książki, zapowiadał od pierwszych stron coś głębszego, nad czym trzeba będzie się zastanowić. Nie było w tej książce zwykłych zabawnych dialogów cechujących komedie romantyczno-obyczajowe, za to wszędzie czyhał inteligentny i głęboki męski humor. Pisany w pierwszej osobie przypominał nieco „Chłopców z ferajny” i tym podobne historie, które czyta się lub ogląda wielokrotnie, nawet po latach. Nicholls nie zawiódł mnie na żadnym etapie swojego opowiadania, a jego styl bardzo przypadł mi do gustu, mimo iż jego bohater już nie tak bardzo. Ale to zwykłe rozdarcie między światem mężczyzn i kobiet sprawia, że Brian Jackson nigdy nie będzie moim idolem, gdyż zachowuje się jak typowy facet. Jak widać wszyscy są tacy sami niezależnie od wieku i tego czy istnieją czy też są wytworem czyjejś wyobraźni (męskiej w tym wypadku, co pozwala wiele zrozumieć J).
Do końca nie wiedziałam czym tak naprawdę była ta historia- obyczajówką, dramatem, romansem? Myślę, że wszystkim po trochu. Może dlatego tak mi się ją dobrze czytało, bo nie dało się jej zaszufladkować? Bo była głębsza niż parę poprzednich książek wyłowionych z kufra? Wiecie, ja bardzo lubię historie o nastolatkach, bo nie są one tak płaskie jak historie opowiadające o dorosłym życiu. Wydaje się, że dużo łatwiej napisać dobrą książkę o ludziach, którzy dopiero kształtują swoje osobowości w miarę pogłębiania wiedzy o życiu. Takie książki częściej są ciekawe, a tematyka w nich poruszana jest głębsza i bardziej zróżnicowana. A przynajmniej taka była książka „Miłosna układanka” („Starter for ten” w oryginale) Davida Nichollsa.
Tematem książki są perypetie Briana Jacksona, chłopaka z klasy robotniczej, który opuszcza małe rodzinne miasto i kolegów, z którymi spędził młodość, aby studiować na prestiżowym uniwersytecie. Według Briana w życiu najbardziej liczy się wiedza, więc studia były dla niego naturalną koleją rzeczy, mimo że jego koledzy nie podzielali jego entuzjazmu.
Brian zamierza porządnie przyłożyć się do studiów, jednak gdy przybywa na uniwersytet, wszystkie jego plany spełzają na panewce za sprawą pochodzącej ze średniej klasy Alice Harbinson, w której zakochuje się bez pamięci. Piękna Alice jest odzwierciedleniem marzeń Briana o miłości, mimo iż prócz swego piękna zewnętrznego dziewczyna jest głupia jak but i skupiona wyłącznie na sobie i swoich potrzebach. Do tego prowadzi bogate życie seksualne i ma bardzo dziwne podejście do życia (jak i cała jej rodzina). Jednak to wszystko Brianowi wcale nie przeszkadza i ugania się za nią jak pies, mimo iż na pierwszy rzut oka widać, że nie ma żadnych szans i że dziewczyna bawi się nim jak każdym innym facetem.
Niestety mężczyźni są ślepi i nie widzą co jest dla nich dobre i Brian jest doskonałym tego przykładem. Zaślepienie pięknem Alice nie pozwala mu spostrzec prawdziwego piękna wrażliwej intelektualistki Rebecci Epstein. I mimo iż Brian stara się zasłużyć na względy Rebecci, tak jakby czuł, że oboje do siebie pasują, to jednak niszczy wszystko swoją pogonią za niedoścignionym, psując  nie tylko swoje stosunki z Rebeccą, ale także wszelkie swoje szanse na ukończenie studiów.
Ogólnie książka jest bardzo interesująca i dobrze się ją czyta. Charaktery wszystkich bohaterów są ostre i wyraźne, widać, że autor ma w sobie talent, a jego książki mają to głębokie coś, co odróżnia je od chłamu pisanego pod publikę. Jednak będąc dziewczyną, nie da się nie czuć rozdrażnienia skierowanego w stronę Briana. Jego postępowanie wobec Rebecci oraz niesamowita ślepota sprawiają, że chce się nim wstrząsnąć i krzyknąć- „Obudź się!”. I mimo iż wiem, że to dobrze świadczy o autorze i książce, to jednak wolałabym mieć możliwość aby bardziej polubić głównego bohatera. Tymczasem mogłam czuć wyłącznie irytację na cały męski rodzaj za to, jak faceci potrafią być niesamowicie głupi. Jeśli o to chodziło autorowi- udało się, gratulacje J
Myślę, że książka nada się dla obu płci i każdego wieku powyżej dwudziestki. Młodsza część naszego społeczeństwa może nie zrozumieć przesłania książki i widzieć w niej tylko dobrą i zabawną historię o nastolatkach. Tymczasem jest to coś więcej niż umilacz czasu i tak należy tę książkę odbierać. Jest to jakby nie patrzeć dramat i cały czas myślę o filmie „American Beauty” gdy myślę o książce Davida Nichollsa. To jest ten sam poziom, tylko historia nieco inna. Ale tak samo hipnotyzująca i tak samo nie możemy się od niej oderwać, ciekawi co będzie dalej. Myślę, że na odbiór książki znacząco wpłynęło to, że jest pisana w pierwszej osobie. Możemy dzięki niej poznać wszystkie, nawet te najbardziej płytkie, myśli głównego bohatera. Dzięki temu poznajemy kunszt autora, jak i lepiej widzimy to, kim naprawdę jest Brian Jackson- chłopakiem z klasy robotniczej, którego nie zmieni nawet najlepszy uniwersytet.

Jestem ciekawa następnego tytułu Davida Nichollsa i jeśli przyjdzie mi jeszcze się z tym autorem spotkać, nie zawaham się i z radością sięgnę po kolejne jego dzieła. I Wam polecam zrobić to samo.

wtorek, 6 czerwca 2017

Debbie Macomber/ A mother's gift

         

          Ostatnio zaczęłam grzebać w kufrze z książkami i wyciągnęłam jedną na chybił trafił. Autorka nieznana, tytuł nic nie mówił, krótkie streszczenie wspominało o miłości, okładka była radosna, miła dla oka i z różowymi akcentami. Cóż więcej chcieć od książki dla kobiety, która marzyła o odrobinie relaksu? Zresztą wszystkie książki z kufra i tak kiedyś zostaną przeczytane, więc dlaczego by nie wybrać właśnie tej, właśnie tego dnia?
          Cóż, książka, a raczej pisarka, nie zawiodła mnie, ale szczerze mówiąc liczyłam na coś zupełnie innego. Widocznie zwiódł mnie opis na okładce. Spodziewałam się lekkiej obyczajówki, z miłością w tle, otrzymałam zbiór opowieści (jeśli zbiorem można nazwać dwie historie) rodem z harlequin.
Wiecie, kiedyś czytałam taki rodzaj książek całkiem namiętnie, przez co zapewne mam nieco wypaczony pogląd na świat i miłość. Ale teraz dorosłam nieco i taki rodzaj literatury nie jest mi już bliski. Jest zbyt fantastyczny, aby mógł być chociaż zbliżony do życia. Lubię czasem zapomnieć jak okrutny jest świat, ale romanse pod egidą harlequina przedstawiają świat tak wymyślny, że aż nieprawdopodobny. A gdy chcę poczytać o czymś nieprawdopodobnym, obecnie wolę sięgnąć po sci-fi niż po typowy romans, w którym wszyscy żyją szczęśliwie po kres swoich dni. Oczywiście przedtem przechodząc jakąś gehennę, straszliwe przeżycie, które sprawia, że na nowo muszą nauczyć się kochać, by na końcu odnaleźć miłość swojego życia. No cóż, już z tego wyrosłam i świadomie omijam taki rodzaj literatury, bo szczerze mówiąc- nudzi mnie niemiłosiernie.
             Dwie opowieści, które znalazłam w książce „A mother’s gift” (niestety nie udało mi się znaleźć polskiego tytułu, ale książki tej pisarki są dostępne w polskich tłumaczeniach), były dokładnie takie, jak opisałam wyżej, czyli miały dokładnie taki sam szkielet jak wszystkie opowieści harlequin. Gdy to stwierdziłam, poczułam się troszkę zawiedziona. Ale ja zawsze, daję szansę każdej książce, dopóki mnie nie zacznie zanudzać na śmierć.
             Debbie Macomber nie zamordowała mnie swoimi opowieściami, ale też nie zachwyciła. Fakt, pierwszą z opowieści, „Ślub z ogłoszenia” (widzicie to? Nawet tytuł brzmi jak wyjęty z harlequinowych opowieści), czytało mi się lekko i nawet wyczuwałam napięcie między bohaterami, ale mimo to nad opowieścią cały czas krążyła, niczym sęp nad padłym zwierzęciem, stygma typowego romansu harlequin. I mimo że przeczytałam ją jednym haustem, musicie pamiętać, że wychowałam się na romansach i dlatego „Ślub z ogłoszenia” mi się całkiem spodobał. Ktoś z wyższym stopniem inteligencji emocjonalnej może te książki odrzucić z niechęcią już po pierwszym rozdziale. Ja powiem, że „Ślub z ogłoszenia” nadaje się na książkę, którą wrzucamy do koszyka rowerowego, udając się na piknik, czy do torby plażowej, zmierzając z ręcznikiem pod pachą nad morze. Umili Wam też podróż w autobusie, pod warunkiem, że nie wstydzicie się, że jesteście czytelnikami literatury niższych lotów. Jeśli jednak lubicie czytać o idealnej miłości i nie macie nic przeciwko temu, że otaczają Was ludzie z Times pod ręką (choć w polskich warunkach byłaby to pewnie Gazeta Wyborcza), to akurat ta opowieść uprzyjemni Wam te cenne chwile, które czasem kradniemy dla siebie.

            Druga z powieści, „Zdobyć serce Carol”, niestety była dużo słabsza. Stworzona na tej samej zasadzie, była jednak nudniejsza i szczerze mówiąc nic się w niej nie działo. Tak jak w pierwszej historii między bohaterami dało się wyczuć iskry (typowo harlequinowe, ale jednak), tak tu nie było niczego. Byłam znudzona od początku do końca, ale nie tak straszliwie, żeby odłożyć książkę, nie kończąc jej. Jednak nie miałam większej przyjemności w jej czytaniu i właśnie wtedy stwierdziłam, że Debbie Macomber nie jest pisarką dla mnie. Może kiedyś byłoby inaczej. Dziś jestem już zbyt dojrzała na taką literaturę i nie zamierzam z wypiekami na twarzy szukać kolejnych tytułów tej autorki. Tym bardziej, że zraziła mnie do siebie budowaniem swoich książek na tej samej podstawie, przez co miałam wrażenie, że czytam jedną i tą samą książkę (mimo iż podejście bohaterów się różniło i jedna była ciekawa, a druga nudna). No ale czasem już się tak w życiu zdarza, że to, co wybieramy przypadkiem, staje się sukcesem, a to, co poddajemy procesowi starannej selekcji- klapą. Nie ma co się zrażać i trzeba próbować po raz kolejny. Ja czuję, że następna książka wyciągnięta z kufra spotka się z bardziej przychylną recenzją. Przecież nie można ciągle źle wybierać, prawda?

niedziela, 21 maja 2017

50 twarzy Greya/ Ciemniejsza strona Greya- film


Gdy pisałam recenzję głośnej książki „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, w podsumowaniu stwierdziłam, że jestem otwarta na film o tym samym tytule, nad którym właśnie pracowano. Byłam ciekawa jak udało się scenarzystom przenieść tak śmiały pomysł z kart książki na duży ekran. W końcu był to dość odważny erotyk, przeniesienie go do kin mogło wywołać sporo kontrowersji. Film był jednym z najbardziej oczekiwanych premier ostatnich kilku lat, jednak stanąć oko w oko z oryginałem i nie zepsuć go- to było ogromne wyzwanie. Adaptacja mogła być zarówno wielkim sukcesem jak i wielką klapą. Szczerze mówiąc obawiałam się tego filmu, tego, że gdy go obejrzę, zepsuje mi on sposób w jaki zapamiętałam bohaterów, jak i całą historię. Bałam się, że aktorzy wszystko zepsują swoją złą interpretacją obrazów, które miałam w głowie.
Powoli zaczęłam się zamykać na ten pomysł. Potem obejrzałam nieciekawie stworzony trailer, który nie zachęcał do obejrzenia filmu (ktoś powinien za to beknąć, naprawdę; tak złej reklamy filmu dawno nie widziałam). Zderzyło się to z recenzją znajomej, której film się nie spodobał. Usłyszałam to, co chciałam usłyszeć, potwierdziły się moje obawy i postanowiłam nie sprawdzać na własne oczy jak się sprawy mają. Uprzedzona od pewnego czasu do całego pomysłu zapomniałam o jednej ważnej rzeczy- o tym, że ile jest ludzi, tyle jest gustów. I zawsze, ale to zawsze, powinniśmy sami sprawdzić fakty, które ktoś nam podaje na tacy.
Minęły dwa lata, a ja wciąż czułam dziwną awersję do tego filmu. Ilekroć o nim słyszałam, cieszyłam się, że go nie obejrzałam. Teraz wiem, że wszystkiemu był winien strach. Nikt nie chce, żeby jego bohaterowie, których sobie wymarzył, obrócili się w proch. Nikt nie lubi, gdy świat, który stworzył w głowie, został im brutalnie zabrany.
Wiem, że to może dziwnie brzmieć, gdy mówi się o wymyślonych bohaterach, a nie o żywych ludziach i namacalnych sprawach, ale myślę, że ta teza dotyczy wszystkiego co nas otacza. A nasze wyobrażenia stanowią dużą cząstkę nas. Dlatego tak łatwo zakochujemy się w kimś, kogo nie widzieliśmy na oczy, a tylko z nim piszemy. To dlatego po paru miesiącach związku nagle czujemy się odarci ze wszystkiego, co ważne, bo pierwsze zauroczenie mija i nie potrafimy sobie poradzić z konfrontacją wyobrażeń z prawdziwym życiem.
Dla mnie książki są częścią życia, są czymś prawdziwym i namacalnym. Nigdy nie staram się przypominać sobie, że to, co właśnie czytam, to tylko książka. Nawet jak całkowicie daję się ponieść emocjom podczas czytania, zawsze w głębi duszy wiem, że to, co czytam, to nieprawda. I to mi wystarczy. Gdy czytam, czuję się szczęśliwa z moimi wyobrażeniami i to mi wystarcza. Życie wówczas staje się ciekawsze i łatwiejsze do zniesienia. Nie chcę, aby ktoś mi to zabierał, tylko dlatego, że jest to świat nierzeczywisty. Wiadomo, że kiedyś trzeba będzie się obudzić, ale chcę, aby była to moja decyzja. I obudzę się, kiedy będę na to gotowa, a nie wtedy, gdy ktoś włączy mi budzik bez mojej wiedzy i zgody.
Tak właśnie było z tym filmem. Spostrzegałam go jak taki niechciany budzik. Dlatego pogodziłam się z myślą, że nie obejrzę adaptacji książki E.L. James i za każdym razem, gdy o niej pomyślałam, czułam irracjonalną, ale silną niechęć.
Aż tu nagle obudziło się we mnie dawno pogrzebane zainteresowanie za sprawą gorącej i nabrzmiałej emocjami recenzji youtuberki Kasi z loveandgreatshoes. Jej relacja wzbudziła we mnie niesamowitą ciekawość i pewnego dnia zebrałam się na odwagę i stwierdziłam, że czas skonfrontować swoje obawy z rzeczywistością. I to było właśnie coś, czego potrzebowałam. Dzięki Kasi miałam okazję obejrzeć kawał naprawdę dobrej adaptacji i jestem jej za to wdzięczna. To będzie dla mnie nauczka, żeby nigdy nie zamykać się na nowe doświadczenia z powodu irracjonalnych lęków.
Zdaję sobie sprawę, że na temat tego filmu krążą skrajne opinie, ale mi naprawdę się spodobał. Do tego stopnia, że przewijałam dialogi i ważne dla historii sceny po kilka razy. Co więcej, obejrzałam pierwszą część dwa razy w ciągu tygodnia. Aż wstyd się do tego przyznawać, ale całkiem się w tym filmie zagubiłam. Zauroczył mnie Grey, co było całkiem oczywiste i oczekiwane, ale także Anastasia, co mnie już kompletnie zaskoczyło. Bo do książkowej Any musiałam się odrobinę dłużej przekonywać, podczas gdy filmowa Anastasia okazała się strzałem w dziesiątkę. Oboje bohaterowie wprowadzili historię wymyśloną przez E.L. James na całkiem inny poziom, wyższy poziom. Wprawdzie końcówka pierwszego tomu książki bardziej mną wstrząsnęła niż film, a moment, w którym Christian przestraszył się, że ponownie straci Anę był w drugim tomie bardziej chwytający za serce, to jednak myślę, że jest to wynik tego, że to, co sobie wyobrazimy zawsze działa na nas bardziej niż to, co widzimy.
Jednak pomimo tego uważam, że film, i to obie części, był lepszy niż książka. Rzadko się to zdarza w moim świecie wykreowanym przez wyobraźnię, dlatego jeszcze raz podkreślam, że nie należy się bać takich konfrontacji, bo może z nich wyniknąć coś dobrego. (Aczkolwiek pewnie sama sobie będę musiała przypomnieć te słowa, gdy trzeba będzie skonfrontować inną książkę ;)).
W tym filmie wszyscy stanęli na wysokości zadania, mimo iż poprzeczka było ustawiona wysoko. Scenariusz był świetny, pozostawiono w nim najważniejsze wątki i wycięto niepotrzebną gadaninę. Reżyseria trzymała w napięciu przez cały film, a aktorzy ani na moment nie zapomnieli z czym się mierzą. Do tego świetnie dobrana muzyka i wybrane sceny erotyczne spowodowały, że historia trudnej relacji między skrzywdzonym Christianem i niewinną Anastasią była jednocześnie podniecająca i głęboka. Od samego początku rodziło się oczekiwanie, że Ana całkowicie zmieni życie Greya i wyprowadzi go z ciemnej otchłani, w jakiej do tej pory żył. I mimo tej pewności, że Anastasia jest kimś niezwykłym, jednocześnie zaserwowana nam była pewność, że droga do serca Greya będzie niebywale trudna i pełna poświęceń. A kiedy zraniona Ana wyszła z fortecy Christiana, wierząc że już go nigdy więcej nie zobaczy, cała postać Greya mówiła nam jak wstrząśnięty jest Christian jej odejściem oraz wszystkim, co się między nimi wydarzyło.
Bardzo spodobało mi się samo zakończenie. Też czułam się wstrząśnięta, gdy drzwi windy zamknęły się za Aną, bo mimo iż znałam dobrze historię, nie mogłam uwierzyć, że zdobyła się ona na to, aby zostawić człowieka, którego pokochała tak mocno, aby dla niego zmierzyć się ze swoimi lękami. I jakże inne były ich emocje od czasu, gdy się pierwszy raz spotkali i gdy drzwi windy zamykały się za Anastasią, poruszoną do głębi swoją pierwszą rozmową z Christianem Greyem i napięciem, jakie się między nimi wytworzyło od podczas krótkiego wywiadu. Reżyser zadał sobie również spory trud, aby zachęcić do obejrzenia kolejnej części, pokazując na samym końcu krótkie urywki z życia osamotnionych bohaterów, by na końcu zwiększyć napięcie o 100%, gdy Christian nagle wstaje od stołu bez słowa wyjaśnienia i opuszcza firmowe spotkanie ze zdecydowanym spojrzeniem. Wówczas wiemy, do kogo się tak spieszy i nie ma już siły, abyśmy nie poszli do kina, aby zobaczyć, co z tego wyniknie.
Być może fani trylogii o Greyu będą mieli za złe reżyserowi skupienie się bardziej na relacji wewnętrznej między bohaterami, na tym, co działo się w ich głowach i na uczuciach, jakie nimi targały, niż na samym seksie, ale dla mnie to był strzał w dziesiątkę. Po pierwsze w kinie nie można pokazać wszystkiego, a po drugie, ta książka tak naprawdę była o miłości, a seks był tylko przykrywką i sposobem na przyciągnięcie czytelnika. W filmie pozostawiono najważniejsze erotyczne sceny i pokazano je ze smakiem, nie zabijając jednak w nich erotyzmu. Seksu było tyle, ile było trzeba, a skupienie się na relacji między bohaterami i trudnej walce o duszę Christiana spowodowało, że film był dużo lepszy, niż tego oczekiwałam. I ani przez minutę nie czułam się znudzona czy znużona, bo napięcie między bohaterami było tak wyczuwalne, że można by je było krajać nożem.
Doskonałe wyważenie seksu i uczuć sprawiło, że zakochałam się w tym filmie za zabój. I w tym Christianie, którego stworzył scenarzysta, reżyser i sam aktor. Zakochałam się w jego oddaniu do Any, jego gotowości do poświęceń dla niej i tego, że nie odpuścił, mimo iż ostatni jego błąd był tak brzemienny w skutkach. Zakochałam się w też w Anastasji, w jej upartym charakterze i otwartości jej umysłu. W tym, że nie dała się sprowadzić Christianowi do roli, której oboje tak naprawdę nie chcieli. Polubiłam ją za siłę i za to, że potrafiła odejść, gdy Christian przekroczył jej granice. I za to, że się nie poddawała, mimo że miała naprzeciw siebie trudnego przeciwnika. Ana z filmu była od początku pokazana jako osoba silna, co nieco odbiegało od książkowej wersji, ale taką ją bardziej wolałam. I Christian chyba też, mimo że nie potrafił tego przyznać przed samym sobą.
Film jest bardziej dramatem niż erotykiem, ale mi to jak najbardziej odpowiadało. Myślę, że to dlatego zakochałam się w nim od pierwszego spotkania bohaterów w nieskazitelnym biurze Christiana Greya. I pewnie dlatego nie mogłam się doczekać, aż znajdę czas, aby obejrzeć drugą część. I też pewnie dlatego oglądałam ją dwa razy dłużej, przewijając najważniejsze momenty, zwłaszcza te, gdzie bohaterowie zadają sobie nawzajem ból, który miał ich otworzyć na siebie nawzajem.
Druga część również trzymała mnie w napięciu, zwłaszcza że na scenę weszła Pani Robinson, do której Ana czuła prawdziwą odrazę i która próbowała przekonać ją, że Christian szybko się nią znudzi, bo nie zna jego prawdziwego oblicza. Lub po prostu nie chce go znać. Te momenty, w których Ana musi walczyć z Panią Robinson o Greya, były najciekawszymi momentami, przy których napięcie rosło, a szanse Any na zdobycie całego Christiana malały. Te przepychanki, których świadkiem był rozdarty Grey, świetnie budowały napięcie i pokazywały, jak bardzo Christian jest zagubiony w swoim szarym świecie i jak bardzo potrzebował on kogoś takiego jak Ana, kto mógł pokazać mu jak fałszywy był świat wykreowany dla niego przez Elenę Lincoln, czyli Panią Robinson. Sceny te uświadamiały nam, z jak trudną sprawą musi się zmierzyć Anastasia i nie pozwalały przysnąć ani na moment. Samo zakończenie nie było już tak ciekawe i właściwie w ogóle nie zachęcało do obejrzenia ostatniej części, ale ja myślę, że zmierzę się ze swoimi uprzedzeniami i znajdę jeszcze trochę czasu dla Greya i Any.
Ale to, co chciałam powiedzieć, to że mimo tego, iż druga część również bardzo mi się podobała, to jednak najbardziej dopracowana i znacząca była część pierwsza. Zapewne dlatego, że jest naładowana walką dwóch silnych osobowości i ta walka jest łatwo wyczuwalna. Człowiek od pierwszych minut zaczyna kibicować Anastasji, która od początku musi walczyć przeciwko potrzebie kontroli i dominacji Christiana, przeciwko czemuś, czego jej serce nie mogło znieść, mimo zapewnień Christiana, że rezygnacja z własnej woli uczyni ją wolną i szczęśliwą.

Ta walka, która może zakończyć się utratą Christiana jest kluczowym elementem pierwszej części i powoduje, że na własne oczy widzimy drobne zmiany, które zachodzą w zamkniętym w sobie Greyu i to nas wciąga powoli i nieustannie jak ruchome piaski. I myślę, że to jest kluczem sukcesu „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. W „Ciemniejszej stronie Greya” te zmiany są już znaczące i czujemy, że szala wygranej przechyla się na stronę Any i mimo iż Christian boi się, że Ana znowu od niego odejdzie, nie mogąc zaakceptować jego prawdziwego oblicza, my tak naprawdę czujemy, że to się nie stanie, że ci dwoje są sobie pisani. To powoduje, że napięcie nie jest aż tak silne jak w pierwszej części. Ale mimo to zachęcam do jej obejrzenia ze względu na piękno tego filmu i oczywiście ze względu na demoniczną Panią Robinson, zagraną w świetny sposób przez Kim Basinger. Ja na pewno obejrzę tę część jeszcze raz, jak tylko trochę ochłonę. Na razie potrzebuję dużej dawki snu, bo przez Greya nie spałam do 1 w nocy. Ale jak się ma Greya pod ręką, sen jest ostatnią rzeczą, która przychodzi do głowy ;)