Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat obyczajowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat obyczajowy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 listopada 2018

Jodie Picoult/ Bez mojej zgody


Jedną z bardziej wartościowych książek współczesnych , jakie przeczytałam od początku prowadzenia bloga, jest dramat rodzinny „Bez mojej zgody”, celującej w tym gatunku literackim autorki, Jodi Picoult. Tytuł ten nie jest całkowicie wolny od wad skażonego lenistwem współczesnego pisarstwa, ale przez dobór języka, który już na pierwszy rzut oka można sklasyfikować jako bardzo dojrzały oraz trudnej tematyki (w której zakradł się zupełnie niepotrzebny wątek miłosny- jak widać żaden ze współczesnych autorów nie może oprzeć się pokusie paplania o wszystkim i o niczym, byle tylko powiększyć wolumen książki) z jaką autor postanowił się rozprawić, spowodowały, że w swojej głowie mogłam ją od razu zaklasyfikować do książek z wyższej półki. Jednak mimo iż jest to dobra książka, to zdecydowałam się szybko z nią rozprawić, ponieważ nie jest ona książką wybitną. W tej recenzji chciałabym zająć się głównie jej słabymi stronami, ponieważ one najbardziej mnie zajęły i przede wszystkim- zaskoczyły.

Początkowo ich nie widziałam. Zachłysnęłam się językiem książki, tak bardzo dorosłym oraz trudnymi do rozwiązania dylematami, jakie podsunęła mi autorka. Byłam pod ogromnym wrażeniem i już od pierwszych kart próbowałam rozwiązać wszystkie trudne wybory, przed jakimi postawiona została rodzina Fitzgerald w momencie, gdy jedno z dwójki dzieci zachorowało na rzadką formę białaczki. W momencie, gdy matka decyduje się począć kolejne dziecko, idealnie zaprogramowane genetycznie w celu uratowania chorej córki Kate, zaczyna się największy problem, mianowicie zatarcie granicy między dobrem a złem oraz stale nawracające pytanie, dotyczące prawa o decydowaniu o swoim własnym losie i swoim ciele.

To tu zaczyna się największy problem do rozwiązania i pojawia się mnóstwo dylematów, gdy okazuje się, że Kate potrzebuje coraz więcej pomocy od swojej młodszej siostry Anny, swojej jedynej pasującej dawczyni. Cała rodzina zaczyna żyć chorobą Kate, ich dni są dostosowane do tego, czy Kate czuje się dobrze, czy musi jechać do szpitala na kolejną dawkę lekarstw bądź chemii. Sara Fitzgerald, chcąc uratować córkę, gubi się w nowej rzeczywistości, poświęcając wszystkich członków rodziny dla zdrowia i życia chorej córki. W swej samotnej walce nie zauważa, że traci kontakt z najstarszym dzieckiem Jesse, że odrzuca wszystkie osoby, które wcześniej były jej drogie i że nie tylko sama przestała żyć, ale to samo poświęcenie narzuca innym członkom rodziny, czyniąc życie ich wszystkich nie do zniesienia.

I tak bardzo jest to przez autorkę zaakcentowane, że zaczynamy widzieć, iż głównym dylematem wcale nie jest to, czy słusznym jest przyzwolenie na projektowanie dzieci na własne potrzeby, wkraczając tym samym na pole zarezerwowane wyłącznie dla Boga, ani też to, czy Anna powinna mieć własne zdanie na temat tego, czy chce poświęcać swoje ciało dla dobra siostry, lecz to, jak łatwo zagubić się w życiu, gdy za bardzo skupiamy się na jednym problemie, generując kolejne i kolejne, które ostatecznie prowadzą do samozniszczenia.

Taka przynajmniej była moje interpretacja, gdy tylko zaczęłam czytać pierwszy rozdział poświęcony Annie. Książka podzielona jest na krótkie rozdziały, jak sztuka teatralna, w których wypowiadają się po kolei wszyscy członkowie rodziny, za wyjątkiem Kate, będącej tłem wszystkich rozdziałów. Mimo iż nie słyszymy, co dziewczynka ma do powiedzenia, nie sposób zapomnieć o jej obecności, gdyż jej choroba jest katalizatorem wszystkich problemów, nawarstwiających się w rodzinie Fitzgeraldów od momentu, gdy okazało się, że aby utrzymać Kate przy życiu, trzeba poświęcić Annę oraz, jak się później okazało wraz z kolejnymi odsłonami, wszystkich członków rodziny.

Czytając wywody Anny na temat tego, jak bardzo czuje się osamotniona i zmuszana do życia, którego nie chce; wczuwając się w sytuację Braiana, męża Sary, który bierze dodatkowe godziny, aby tylko nie być w domu, w którym panuje pustka i piętrzące się problemy, który tęskni za normalnym życiem; śledząc poczynania Jessego, wpadającego w coraz to kolejne kłopoty, aby tylko wyładować gniew za to, że nie może pomóc umierającej siostrze; towarzysząc Sarze, która musi walczyć sama nie tylko przeciwko chorobie Kate ale i przeciwko całemu światu, który zdaje się robić wszystko, aby odebrać jej ukochaną córkę; widzimy, że choroba Kate położyła się cieniem na całą rodzinę, nie pozwalając jej żyć normalnie i zmuszając do czekania na nieuchronną śmierć Kate, zawieszając wszystko wokół.

Tak bardzo skupiłam się na wyłuskaniu prawdziwego problemu, do którego rozwiązania zmuszała mnie Jodi Picoult, że początkowo nie zauważyłam pewnych zgrzytów, które z czasem stały się tak wyraźne, że zaczęły przeszkadzać mi w odbiorze książki.

Przede wszystkim zgubiłam prawdziwy wątek. I nie wiem już czy faktycznie chodziło o rozwiązanie kwestii źródła problemów w rodzinie Fitzgerald, aby przestrzec czytelników przed zbytnim skupianiem się na jednym temacie, bo można zgubić pozostałe, niemniej ważne kwestie. Zaczynam wątpić, aby autorka faktycznie tak głęboko weszła w ten problem i podejrzewam, że może jednak faktycznie chciała się rozprawić wyłącznie z odpowiedzią na pytanie, czy Anna miała prawo samodecydowania o swoim ciele jako niedojrzała nastolatka, mimo iż wszystkie dowody świadczyły o jej bardzo dorosłym spojrzeniu na zaistniałe wydarzenia, czy też powinna oddać to prawo swoim rodzicom, którzy z definicji powinni wiedzieć lepiej, co dla ich dzieci jest dobre, nawet jeśli widocznie zatracili kontakt z rzeczywistością. Chciałam wierzyć, że Picoult dojrzała głębszą stronę tych problemów, ale nie mam już pewności, czy tak faktycznie było, czy autorkę przeceniłam.

Kolejna sprawa, że autorka nie odpowiedziała tak naprawdę na zadane przez siebie pytanie. Do samego końca nie wiemy, czy Anna powinna mieć prawo decydowania o samej sobie, czy jest wystarczająco dojrzała, aby dostrzec wszystkie aspekty sprawy. Fakt, sąd wydał decyzję w tej sprawie, jednak autorka nie odpowiedziała, czy decyzja ta była słuszna. Jedyne co nam dała to podkreślenie tego, co wszyscy i tak już wiemy. Mianowicie, że życie nie jest łatwe, a podejmowanie każdej decyzji, a zwłaszcza takiej, która może zaważyć na życiu innych, jest niesamowicie trudne. Nasuwa mi się więc pytanie, po co w takim razie zadawać jakiekolwiek pytania, jeśli nie ma się przygotowanych odpowiedzi? Tylko po to, aby sprzedać książkę, po to, aby się czymś zająć? Czy było to zwykłe dumanie przy herbacie typu: co by było, gdyby? Jeśli tak było, to czy faktycznie powinnam klasyfikować tę książkę tak wysoko?

Tyle było rozważań w książce, rozpatrywano przypadek Fitzgeraldów od strony każdego członka rodziny i każdego zainteresowanego, że człowiek oczekiwał jakichś odpowiedzi, a tymczasem nie otrzymał niczego, prócz zapewnienia, że zawsze ktoś przegra i od tych decyzji zależy, ilu będzie przegranych. W mowach prawników można było wyczytać, że decyzje podejmowane przez rodzinę nie były ani złe, ani dobre, a jedynie trudne i potrzebne. Ale epilog pokazuje, jak bardzo te decyzje zaważyły negatywnie na całej rodzinie, jak zniszczyły ją bardziej, niż podłamałaby ją śmierć Kate. Są to oczywiście tylko moje przypuszczenia, ale śledząc relacje rodziny, formujące się poprzez lata choroby Kate, zauważyłam, że w tej wojnie jest coraz więcej rannych, niż to wszystko warte. Czy chodziło autorce o wysnucie własnych wniosków? O wymuszenie „debaty publicznej”, na której nie będzie właściwych odpowiedzi ani wniosków? Czy każdy z nas miał znaleźć w tej książce własne odpowiedzi na wybrane przez siebie kwestie? Jeśli tak, to może faktycznie była to książka wybitna?

Z tego, co wyczytałam o Jodi Picoult, autorka zajmuje się w swojej książce trudnymi sprawami, z wieloma możliwymi odpowiedziami i obliczami tej samej kwestii. Być może więc Picoult zauważyła, że takie książki dobrze się sprzedają i poszła trochę na łatwiznę, obierając trudne tematy, ale nie zadając sobie trudu, aby przejrzeć z czytelnikiem wszystkie aspekty poruszanych przez siebie spraw? Bo jeśli się mylę, to skąd w tym dramacie znalazł się wątek taniego melodramatu w postaci historii prawnika Campbella i jego miłostki z lat młodzieńczych? Skąd tak szybkie rozprawienie się z prawem Anny do głosu? Tyle rozważań i krótkie rozwiązanie problemu, które tak naprawdę było podkreśleniem tego, że nie możemy żyć, tak jakbyśmy chcieli, bo życie i tak za nas zdecyduje. A może to jest ta odpowiedź, której tak nadaremnie poszukiwałam? Że nieważne, co się zrobi, to i tak się przegra? Jeśli taki jest morał, jest to bardzo smutne zakończenie, mówiące, że nie warto walczyć, bo i tak się przegra. Jednak nie narzekam tu na morał, bo wybór zakończenia muszę, chcąc nie chcąc, pozostawić pomysłodawczyni całej historii. Chciałam tu tylko podkreślić, że zakończenie było zbyt krótkie i szybkie, nieadekwatne do toczącej się przez 400 stron sprawy. Nie podoba mi się, że skwitowano całe życie Anny tak szybko i prosto, podkreślając, jak mało ważna była dla swoich rodziców ta niewinna istota, poczęta z niewłaściwych w moim mniemaniu pobudek.

Strasznie się gubię w tych wszystkich poruszonych w książce wątkach i to zaburza moją ocenę tego tytułu. Nie wiem o co autorce chodziło. O dobrą sprzedaż? O próbę odpowiedzi na jedno pytanie, na które odpowiedzi tak naprawdę nie ma, bo jest zbyt trudne? O napisanie dramatu wartego zapamiętania, w którym lekko się pogubiła? Czy też może podczas pisania książki powstało nieproszone i niezaplanowane wiele pobocznych wątków, które jednak zostały miło przez autorkę przywitane jako możliwość zagmatwania sytuacji jeszcze bardziej, co miało pozwolić wznieść się książce na wyżyny pisarstwa? Czy te wątki naprawdę powstały przypadkowo? Może jednak zostały dokładnie zaplanowane? Ale jeśli tak, to skąd ten chaos na końcu, ten brak odpowiedzi na każde zadane pytanie, te wszystkie ofiary? Czy był to chaos drobiazgowo zaprogramowany czy po prostu wszystko wymknęło się spod kontroli?

Gdy piszę ten post widzę, że i w niego zakradł się chaos, widocznie jest to zaraźliwe. A może właśnie z tym samym problemem musiała radzić sobie autorka? Zbyt wiele kwestii do przemyślenia, zbyt wielu zainteresowanych, aż w końcu sama się zagubiła w tym, co chciała powiedzieć? Czy ja również się zagubiłam, czy jednak ktoś tam zrozumiał, co miałam do przekazania?

Ostatnią słabą stroną książki jest używanie tego samego zabiegu literackiego w odniesieniu do wszystkich postaci. Mimo iż każda z nich opisywała swoją własną sytuację, łatwo byłoby ją pomylić z inną postacią, jako że wszystkie posługiwały się tym samym językiem. Przydałoby się tu większe zróżnicowanie w charakterze i języku postaci.

Jeśli chodzi o mocne strony, to podobały mi się trzy rzeczy. Pierwsza to bardzo dojrzały język i dojrzałe spojrzenie Anny na rodzinę Fitzgeraldów. Była to najmocniejsza rola w książce. Reszta to tylko jej cienie. Druga to fakt, że dałam się oszukać autorce i nie przewidziałam jednej małej rzeczy, która w ferworze akcji zupełnie mi zaginęła. Wyciągnięcie jej na wierzch na samym końcu było elementem wysoce zaskakującym i niespodziewanym. Ostatni pozytyw dotyczył podkreślenia zależności między naszym zaślepieniem a tym, jak wielką mamy siłę, aby kształtować świat wokół nas. I jak ważne jest, aby nie stracić z oczu wszystkich celów, by nie poświęcać innych celów dla jednego dążenia, bo możemy zrobić więcej krzywdy niż pożytku.

Bo czy żal rodzica za utraconym dzieckiem będzie większy niż żal za tym, że nie wykorzystało się szans dotyczących pozostałych dzieci, kiedy jest już za późno? Czy żal do samego siebie, że nie potrafiło się uleczyć chorego na raka dziecka będzie tym samym co żal za tym, że nie poświęcało się innym dzieciom uwagi, co bardzo zaważyło na ich rozwoju i szczęściu? Gdy doskonale wiemy, że jedno jest poza naszą kontrolą, podczas gdy drugie zależy wyłącznie od nas? Czy ten żal może nas zabić, gdy wiemy, że nie będziemy mogli cofnąć straconego czasu? Czy łatwiej otrząśniemy się po śmierci dziecka, na którą jesteśmy od lat przygotowani, niż po tym, jak zorientujemy się, że nie możemy się cofnąć i naprawić wszystkich swoich błędów? Uważam, że był to bardzo ważny przekaz, nawet jeśli był poboczny czy przypadkowy. I niech to będzie moim zakończeniem.

Pamiętajcie, żeby podczas życiowej burzy nie stracić z oka żadnego z życiowych celów, bo żaden z nich nie jest ważniejszy od innych i gdy już raz go stracimy, możemy już nie mieć szansy, aby go odzyskać. A gdy już stracimy cząstkę nas, to i tak przegramy.

Książkę polecam wszystkim tym, którzy lubią stawiać się przed życiowymi dylematami i nie boją się trudnych decyzji. Bo tych znajdziecie w „Bez mojej zgody” bez liku. Przyjemnego, jeśli można tak powiedzieć o tej książce, czytania.

środa, 12 września 2018

Eva Rice/ The Lost out of Keeping Secrets



Cofam to, co napisałam pod poprzednim postem. O dobrych książkach czasem też nie wiadomo co napisać. Człowiek boi się dotknąć ich słowami, żeby nie urazić, nie uronić niczego, żeby nie zapomnieć odkryć wszystkich aspektów, odsłonić każdą mocną stronę, a także z obawy, że nie podoła zadaniu i nie nakreśli tych aspektów tak, jak na to zasługują. Skąd to wiem? Bo wreszcie po latach spotkałam współczesną książkę, która zdaje się być wyjęta z innych czasów i dorównuje świetnością literaturze minionych wieków. I jest tak dobra, że boję się, iż nie dam rady jej opisać, dlatego od 10 minut wpatruję się w pustą stronę dokumentu word i nie wiem jak zacząć. Zabrakło mi słów dla książki, której poszukiwałam tyle lat i która spełniła wszystko moje oczekiwania. A teraz ja nie mogę spełnić jej oczekiwań. Jedyne, czego książka chce, to nie być zapomnianą. A ja nie potrafię jej tego zapewnić, bo zabrakło mi słów na opisanie jej świetności. Zabawne prawda?
Książka, która mnie poruszyła od pierwszego zdania, to „Utracona sztuka dochowywania tajemnic” Evy Rice. Już sam tytuł sugeruje, że to będzie coś niezwykłego, prawda? Wymyślenie dobrego tytułu to największa zmora pisarza. Gdy ten nie będzie wystarczająco intrygujący, historia, jaką ukrywa może nigdy nie zostać odkryta. I cały trud pisarza włożony w wykreowanie świetnej powieści może pójść na marne za sprawą paru liter na okładce książki. Eva Rice nie tylko stworzyła ponadczasową, wciągającą opowieść, ale i złożyła w jedną całość tytuł, który nie tylko pasuje do historii, jaką opisuje, ale i subtelnie zwraca uwagę przechodnia na siebie. Jest jak skinienie ręki, domagającej się w delikatny sposób uwagi. A ciężko jest przejść obok niespotykanego tytułu obojętnie.
Gdy już damy się nakłonić do sięgnięcia po tę pozycję, już po pierwszym akapicie będziemy wiedzieli, że natrafiliśmy na coś innego, wartościowego, zaskakująco dobrego i wyjątkowego. To jakiego języka używa autor, jak perfekcyjnie buduje zdania, jak wciąga czytelnika od pierwszej chwili do swojego świata, nie bawiąc się w żadne zapowiedzi i budowanie napięcia, jak subtelnie porusza się w świecie literatury, jak idealnie dobiera słowa do epoki, którą wybrał, to wszystko sprawia, że od razu wiemy, że natrafiliśmy na skarb, w którego znalezienie już dawno przestaliśmy wierzyć.
Książka Evy Rice jest dowodem na to, że dzisiejsza literatura wcale nie musi być krzykliwa, mroczna, zagadkowa, szybka, seksowna czy krwawa, żeby była dobra. Owszem, sensacja lepiej się sprzedaje i daje szybciej zarobić, niż subtelność i mądrość, ale czy polecilibyście te pełne przemocy i innych niskich ludzkich odczuć swojej nastoletniej siostrzenicy lub osiemdziesięcioletniej babci? Czy bez rumieńca wstydu będziecie czytać miażdżące recenzje o książce, którą Wy przeczytaliście jednym tchem i z wypiekami na twarzy? Czy za trzydzieści lat nie spojrzycie wstecz i nie powiecie sobie „Cóż za okropny gust miałem? No ale byłem wtedy młody i głupi”?
Natomiast nigdy nie doznacie takich negatywnych uczuć z „Utraconą sztuką dochowywania tajemnic”. Jest to książka mądra, intrygująca, inna, wciągająca, wielopokoleniowa i przede wszystkim niezapomniana. Jest to pozycja z górnej półki, wokół której nie dzieją się żadne kontrowersje. Nie jest to tytuł, który przynosi skrajne recenzje czy skrajne uczucia. Jest to natomiast książka budująca, inteligentna, delikatna, pełna ciepła i mądrości. I może wydać się nudna z tego opisu, ale to tylko wrażenie. Jest to wyrafinowana historia, napisana ze smakiem i z dużą dozą kunsztu pisarskiego. Wierzcie mi, takich książek się dzisiaj nie spotyka. W dobie mody na mocne wrażenia, to co wyszukane i odwołujące się do najwyższych uczuć, schodzi na drugi plan. Mimo to myślę, że takie pozycje jak ta są lepszym lekarstwem na wszelkie rany, które próbujemy zaleczyć w szybkich książkach. Zadziałają mocniej i na dłużej, opatulając nas dobrem, pogodą ducha, siłą charakteru i nadzieją.
„Utracona sztuka dochowywania tajemnic” jest to wyrafinowana opowieść o uczuciach. Nie tylko w relacjach damsko-męskich, ale i uczuciach związanych z zagubieniem, dorastaniem w trudnych czasach oraz zduszonymi namiętnościami. Widzimy świat oczami nastolatki, której przyszło żyć w ciężkich warunkach powojennych, patrzącej na ruiny świata, który dobrze znała i która mimo wszystkich przeciwności losu nie poddaje się i walczy o swoje prawo, by być nastolatką, by móc się zakochać i być szczęśliwą, nawet jeśli to, co kiedyś było, zniknęło na jej oczach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ta książka opowiada o sile, jaka drzemie w młodzieży, o tym jak łatwo potrafią się oni dostosować do nowych warunków, jak mocno i żywo płynie w nich krew, która nakazuje im przeć do przodu, nawet jeśli wszystko dookoła nich rozpadło się na kawałki. Opowiada o prawie młodych do zapomnienia o tym co było, po to by pójść do przodu, nawet gdy dotychczasowy porządek musiał ustąpić nowemu. I o tym, że młodzi mają prawo rzucić się w wir nowego świata, bez oglądania się za siebie.
Historia Penelopy Wallace umiejscowiona jest we wczesnych latach 50-tych, krótko po zakończeniu II Wojny Światowej, gdy Anglia, jak i cały świat, znowu zaczyna oddychać i cieszyć się prostymi rzeczami pomimo wcześniejszej pożogi i upadku. Umiejscowienie akcji w tych czasach nie tylko dodało jej smaku, ale i podkreśliło trudną sytuację Penelopy i innych jej podobnych, którzy chcieli żyć dalej i cieszyć się muzyką, dobrym jedzeniem, przejażdżkami po mieście i innymi głupotami, nie zamartwiając się stanem posiadania ani utraconymi możliwościami. Ponieważ Penelopa i jej brat, Inigo, oraz ich rówieśnicy widzą kolejne szanse i możliwości nawet w upadłym świecie i wiedzą, że mogą je zdobyć tylko wtedy, gdy nie będą się oglądać za siebie. A swoją żarliwością i miłością do życia zarażają dorosłych, nawet tych, którzy dawno się poddali.
Gdybym była recenzentką profesjonalną, napisałabym, że jest to również piękna opowieść o słodko-gorzkich uczuciach towarzyszących pierwszej miłości oraz o przyjaźni. Jednakowoż jako czytelnik stroniący od drętwych opisów kojarzących się z lekturami szkolnymi napiszę, że w podróży przez prawie dorosłe życie towarzyszy Penelopie przypadkowo poznana, ekscentryczna jak na swój wiek ale i wizjonerska pod kątem nowych trendów w modzie, Charlotte. Charlotte, której obecność jest jak powiew świeżości, ze swoim odważnym spojrzeniem na życie i nowatorskimi poglądami. Ze swoim gorzkim uczuciem do chłopaka, którego kochać nie powinna oraz ze swoją energią, która pozwala jej żyć dalej pełną piersią, pomimo poświęcenia jakiego dokonała w życiu dla dobra rodziny. Jest to tak wciągająca postać, pełna charakteru i życia, że nie dziwi nas więź, jaką poczuła Penelopa do osoby całkiem jej obcej jeszcze parę minut wcześniej. Zwłaszcza gdy widzimy w jakim otoczeniu żyć musi Penelopa, w otoczeniu, które bardziej przypomina grób dawno pogrzebanych nadziei niż dom rodzinny. Do tego dochodzi kuzyn Charlotte, Harry, nieszczęśliwie zakochany w zblazowanej, nie stroniącej od alkoholu i lekkomyślnej młodej aktorki, która dla pieniędzy porzuca Harrego, wrzucając go tym samym w otchłań zazdrości i rozpaczy, chociaż dla wprawnego oka widać, że w tym związku nie było żadnego uczucia. Natomiast brat Penelopy, Inigo, myśli tylko o muzyce i marzy o karierze piosenkarskiej, wbrew woli matki, która widzi dla niego inną, tradycyjną drogę kariery. Wszystko po to, by zatrzymać go przy sobie i zapewnić rodzinie stały dochód.
Opozycją do młodych, pełnych życia i zapału oraz planów na życie są starsi, ciotka Charlotte, spisująca dzieje swojego życia i matka Penelopy i Inigo. Ta ostatnia żyjąca przeszłością, załamująca ręce nad ruiną rodzinnego majątku, nie potrafiącą dostosować się do nowych warunków i pragnąca zatrzymać przy sobie dzieci, w niedoli swoich myśli, z której nie potrafi się wyrwać.
Książka jest niekonwencjonalna ze względu na czas umiejscowienia wydarzeń. Dało to pisarce możliwości wplecenia historii Penelopy i Charlotty w znaczące dla świata okoliczności, a tym samym do zastosowania bardziej zaawansowanego języka tamtejszej podupadłej arystokracji. Dzięki tym zabiegom książka dodatkowo zyskuje na wartości, dobrze i gładko się ją czyta, bardzo łatwo się zaangażować w życie każdej z postaci, a także w całą historię. Niespotykany w dzisiejszych czasach, wysublimowany dobór słów i delikatność przekazu sprawia, że tę książkę należy zaliczyć do wyjątkowych. A w związku z tym jest to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto kocha literaturę i uwielbia zapomnieć się przy dobrej książce. Polecam ją dla osobników każdej płci, wieku i do każdej aktywności, czy to będzie plaża na Hawajach, czy park w mieście, czy też wanna z gorącą wodą w zimowy wieczór. Jest to książka, koło której nie można przejść obojętnie. I mimo, że nie ma w niej fajerwerków, da nam ona większą przyjemność czytania, niż te wszystkie nowoczesne fabuły, które starają się wyprzedzić pędzące życie. Z książką Evy Rice wreszcie odpoczniecie od wyścigu szczurów i znowu zaczniecie dostrzegać wyraźnie, co jest w życiu ważne. I zaczniecie cieszyć się życiem pod czujnym okiem trenerów życia, Penelopy, Charlotte i Inigo.

piątek, 14 lipca 2017

Miłosna układanka/ David Nicholls

Dawno w moim kufrze z używanymi książkami nie ukrywał się tak dobry i ambitny tytuł. Mam tam pełno pośrednich i słabych autorów, romansidła i obyczajówki, słabsze i gorsze i czasem sama się zastanawiam, dlaczego panuje tam taka różnorodność i jednocześnie jednakowość? Wygląda na to, że instynktownie sięgam po te same historie, zwabiona kolorowymi okładkami i obietnicą miłości, do której ciągnę jak mucha na lep. Przez to często książki, o których piszę, są na pewnym poziomie, ale nie są wyjątkowe i czasem ciężko jest o nich opowiedzieć, bo są do siebie bardzo podobne.
Jednak czasami trafiam na coś wyjątkowego lub głębszego od reszty i wówczas cieszę się jak dziecko, które znalazło lizaka ukrytego w plecaku i dawno zapomnianego. Bardzo lubię te wyjątkowe chwile spędzane z książkami i każda perełka sprawia, że ten czas jest jeszcze milszy.
Ciekawe jest to, że książka o której chcę napisać, w pierwszej chwili nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych uczuć. Próbowałam przeczytać jeden rozdział i nie mogłam, bo wydawał mi się nudny i pełen chaosu. Nie wiem co się wówczas stało, ale myślę, że nie byłam odpowiednio skupiona i nie rozumiałam o czym tak naprawdę czytam, język wydawał mi się za trudny (czytałam w oryginale).
Za drugim podejściem wszystko zmieniło się diametralnie. Wcześniejszy bełkot zmienił się w wyważony dobór słów i od pierwszej strony zrozumiałam, że to nie będzie zwykła lekka książka o perypetiach miłosnych jakiejś pary, coś na kształt komedii romantycznej, pomieszanej z obyczajówką. Styl opowiadania Davida Nichollsa, autora książki, zapowiadał od pierwszych stron coś głębszego, nad czym trzeba będzie się zastanowić. Nie było w tej książce zwykłych zabawnych dialogów cechujących komedie romantyczno-obyczajowe, za to wszędzie czyhał inteligentny i głęboki męski humor. Pisany w pierwszej osobie przypominał nieco „Chłopców z ferajny” i tym podobne historie, które czyta się lub ogląda wielokrotnie, nawet po latach. Nicholls nie zawiódł mnie na żadnym etapie swojego opowiadania, a jego styl bardzo przypadł mi do gustu, mimo iż jego bohater już nie tak bardzo. Ale to zwykłe rozdarcie między światem mężczyzn i kobiet sprawia, że Brian Jackson nigdy nie będzie moim idolem, gdyż zachowuje się jak typowy facet. Jak widać wszyscy są tacy sami niezależnie od wieku i tego czy istnieją czy też są wytworem czyjejś wyobraźni (męskiej w tym wypadku, co pozwala wiele zrozumieć J).
Do końca nie wiedziałam czym tak naprawdę była ta historia- obyczajówką, dramatem, romansem? Myślę, że wszystkim po trochu. Może dlatego tak mi się ją dobrze czytało, bo nie dało się jej zaszufladkować? Bo była głębsza niż parę poprzednich książek wyłowionych z kufra? Wiecie, ja bardzo lubię historie o nastolatkach, bo nie są one tak płaskie jak historie opowiadające o dorosłym życiu. Wydaje się, że dużo łatwiej napisać dobrą książkę o ludziach, którzy dopiero kształtują swoje osobowości w miarę pogłębiania wiedzy o życiu. Takie książki częściej są ciekawe, a tematyka w nich poruszana jest głębsza i bardziej zróżnicowana. A przynajmniej taka była książka „Miłosna układanka” („Starter for ten” w oryginale) Davida Nichollsa.
Tematem książki są perypetie Briana Jacksona, chłopaka z klasy robotniczej, który opuszcza małe rodzinne miasto i kolegów, z którymi spędził młodość, aby studiować na prestiżowym uniwersytecie. Według Briana w życiu najbardziej liczy się wiedza, więc studia były dla niego naturalną koleją rzeczy, mimo że jego koledzy nie podzielali jego entuzjazmu.
Brian zamierza porządnie przyłożyć się do studiów, jednak gdy przybywa na uniwersytet, wszystkie jego plany spełzają na panewce za sprawą pochodzącej ze średniej klasy Alice Harbinson, w której zakochuje się bez pamięci. Piękna Alice jest odzwierciedleniem marzeń Briana o miłości, mimo iż prócz swego piękna zewnętrznego dziewczyna jest głupia jak but i skupiona wyłącznie na sobie i swoich potrzebach. Do tego prowadzi bogate życie seksualne i ma bardzo dziwne podejście do życia (jak i cała jej rodzina). Jednak to wszystko Brianowi wcale nie przeszkadza i ugania się za nią jak pies, mimo iż na pierwszy rzut oka widać, że nie ma żadnych szans i że dziewczyna bawi się nim jak każdym innym facetem.
Niestety mężczyźni są ślepi i nie widzą co jest dla nich dobre i Brian jest doskonałym tego przykładem. Zaślepienie pięknem Alice nie pozwala mu spostrzec prawdziwego piękna wrażliwej intelektualistki Rebecci Epstein. I mimo iż Brian stara się zasłużyć na względy Rebecci, tak jakby czuł, że oboje do siebie pasują, to jednak niszczy wszystko swoją pogonią za niedoścignionym, psując  nie tylko swoje stosunki z Rebeccą, ale także wszelkie swoje szanse na ukończenie studiów.
Ogólnie książka jest bardzo interesująca i dobrze się ją czyta. Charaktery wszystkich bohaterów są ostre i wyraźne, widać, że autor ma w sobie talent, a jego książki mają to głębokie coś, co odróżnia je od chłamu pisanego pod publikę. Jednak będąc dziewczyną, nie da się nie czuć rozdrażnienia skierowanego w stronę Briana. Jego postępowanie wobec Rebecci oraz niesamowita ślepota sprawiają, że chce się nim wstrząsnąć i krzyknąć- „Obudź się!”. I mimo iż wiem, że to dobrze świadczy o autorze i książce, to jednak wolałabym mieć możliwość aby bardziej polubić głównego bohatera. Tymczasem mogłam czuć wyłącznie irytację na cały męski rodzaj za to, jak faceci potrafią być niesamowicie głupi. Jeśli o to chodziło autorowi- udało się, gratulacje J
Myślę, że książka nada się dla obu płci i każdego wieku powyżej dwudziestki. Młodsza część naszego społeczeństwa może nie zrozumieć przesłania książki i widzieć w niej tylko dobrą i zabawną historię o nastolatkach. Tymczasem jest to coś więcej niż umilacz czasu i tak należy tę książkę odbierać. Jest to jakby nie patrzeć dramat i cały czas myślę o filmie „American Beauty” gdy myślę o książce Davida Nichollsa. To jest ten sam poziom, tylko historia nieco inna. Ale tak samo hipnotyzująca i tak samo nie możemy się od niej oderwać, ciekawi co będzie dalej. Myślę, że na odbiór książki znacząco wpłynęło to, że jest pisana w pierwszej osobie. Możemy dzięki niej poznać wszystkie, nawet te najbardziej płytkie, myśli głównego bohatera. Dzięki temu poznajemy kunszt autora, jak i lepiej widzimy to, kim naprawdę jest Brian Jackson- chłopakiem z klasy robotniczej, którego nie zmieni nawet najlepszy uniwersytet.

Jestem ciekawa następnego tytułu Davida Nichollsa i jeśli przyjdzie mi jeszcze się z tym autorem spotkać, nie zawaham się i z radością sięgnę po kolejne jego dzieła. I Wam polecam zrobić to samo.