Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2019

Don't you want me?/ India Knight



Książka miała być fantastyczna, porywająca, zaskakująca  i zabawna do utraty tchu, a w mojej ocenie była typową przedstawicielką nowoczesnej anglojęzycznej literatury. Owszem, zabawną, ale nie ponadprzeciętnie. Zaskakującą zaś nie była wcale, bo jeśli wyjąć z niej seks, wokół którego się obraca, zostaje nam zwykła komedia romantyczna z przerysowanymi męskimi charakterami i równie przejaskrawionymi postaciami trzecioplanowymi, z typowym happy endem (ups, przepraszam za spoiler; ale dość wcześnie widzimy do czego wszystko zmierza, więc czuję, że mogę sobie pozwolić na tę małą niezręczność) i dziwnymi imionami, jakby współcześni pisarze uparli się, że jak nie ma oryginalnego imienia, książka w magiczny sposób przestanie być zabawna. Męczy mnie ten trend już od jakiegoś czasu i liczyłam na małą odmianę, tyle peanów pochwalnych naczytałam się z okładki książki. Tymczasem rzeczywistość nie odbiegała od tego, do czego przyzwyczaiły mnie obecne listy książkowych bestsellerów. Zresztą już po okładce i zapowiedzi z okładki mogłam wyczytać, z czym przyjdzie mi się zetknąć. Doświadczenie to kopalnia wiedzy, muszę to tu przyznać.
Ale od początku. Książka opowiada o kobiecie przed czterdziestką, z dwoma nieudanymi związkami z przeszłości, które zaowocowały córką, rozwodem i okazałym domem wraz z alimentami pozwalającymi na spokojne życie oraz gronem najbliższych przyjaciół, z których dwójka to byli partnerzy seksualni. Jak przystało na nowoczesną literaturę, która uczy nas tolerancji do wszystkiego co się rusza, mamy też ojca z zapędami homoseksualnymi i grupkę szalonych matek, z którymi bohaterka opowieści zgodziła się spotykać raz w tygodniu przez wzgląd na dobro dziecka. Te wtorki na placu zabaw pokazują nam kobiety od najgorszej, najgłupszej strony i było mi naprawdę ciężko przez to przebrnąć, jako że ja nigdy takich kobiet nie spotkałam i nie rozumiem, jak autorka, również kobieta, może tak nisko osądzić własny gatunek. Jeśli miało to posłużyć podniesieniu książki na wyższy poziom dowcipu, to niestety nie udało się w moim przypadku, ponieważ ja preferuję inteligentne dowcipy zamiast te, bazujące na najniższych cechach i pobudkach ludzkich.
Kolejną rzeczą, którą oceniam nisko jest przekaz. India Knight daje nam głównego bohatera, który oprócz opiekuńczości wobec swojej współlokatorki i jej dziecka, poczucia humoru, męskości i wizualnie dobrze skonstruowanego męskiego ciała, jest jednocześnie typowym samcem bez cienia empatii, nie stroniącego od alkoholu, narkotyków i kobiet na jedną noc. Jeśli to jest współczesny Rhett Butler, to współczuję dzisiejszym pokoleniom, jeśli takie wzory stawia się im przed oczami. Zaczynam mieć też wątpliwości, czy książki nadal są wartościowym źródłem informacji o życiu. Kiedyś człowiek wzorował się na postaciach, uczył się o nich, czerpał wszelaką wiedzę z przekazów zapisanych pomiędzy kartkami. Dzisiaj mam wrażenie, że pisarstwo zeszło na złe tory w pogoni za pieniądzem, produkując „dzieła” opierające swoje historie na najniższych ludzkich cechach i pobudkach, które są dla społeczeństwa najbardziej pociągające, aby w ten sposób czerpać zyski ze sprzedaży, nie dbając zupełnie o przekaz. Czy tak nisko upadliśmy w swoim rozumowaniu? Jak inteligentny homo sapiens może tak mało korzystać z tego, co dała mu ewolucja?
Jak przystało na nowoczesne standardy, India Knight uczy nas egzystencji w zgodzie z zen, feng shui i innymi regułami dobrego życia, typu zero waste czy reszty nowoczesnego badziewia, które pokazuje nam od nowa jak żyć, jakbyśmy sami tego nie wiedzieli. Zatem z jej książki dowiadujemy się między innymi w jaki sposób możemy stać się ludźmi cywilizowanymi i utrzymywać bliskie i zdrowe kontakty z naszymi byłymi. Wystarczy tylko przyjmować ich w swoim domu i pozwolić im zapraszać panny do tegoż domu czy nawet zezwolić im na seks z nowymi partnerami pod naszym dachem, gdzie wychowujemy nasze dziecko, które przecież jest w tym wieku, gdzie chłonie wiedzę jak gąbka. Do tego pozwalajmy naszym męskim przystojnym przyjaciołom również mieszkać pod naszym dachem i sprowadzać co noc inną kobietę, aby słuchać jak uprawiają dziki seks za ścianą, po czym prosić ich o seksualne porady i opowiadać im wszystko o swoim życiu intymnym. Dobrze jest też chodzić do łóżka z przygodnymi facetami, których się dopiero poznało, bo przecież po rozstaniu z ostatnim stałym partnerem minęło zbyt dużo czasu i człowiek ma prawo być wygłodniałym. Nie ważne, że następnego dnia stwierdzamy, iż gra niewarta była świeczki i najlepiej tegoż dnia żałować swoich wyborów tak bardzo, że aż wstyd jest o tym myśleć. Tak, zdecydowanie tego potrzebuję w dzisiejszych czasach, przekonania że po trzydziestce muszę brać co popadnie, bo przecież nic lepszego mi się nie należy. Chyba, że to będzie maniak seksualny z wieloma nałogami, bo przecież jest przystojny, więc parę rzeczy można mu darować. Nawet jeśli nas też w te nałogi wciąga i nasze dziecko patrzy w niego jak w obrazek, więc i w przyszłości będzie czerpać z niego wzorce zachowań. Tak, zdecydowanie książka Indii Knight jest cenną pozycją na liście każdego miłośnika książek. Niesie przecież ze sobą wspaniałe wzorce dla każdego. I do tego jest pełna humoru, przynajmniej w mniemaniu autorki i wydawcy książki.
Ale dość tego narzekania jak stara ciotka klotka. Trzeba iść z duchem czasu i obniżyć oczekiwania. Zatem przełykam obrazę gatunku żeńskiego i nieperfekcyjnego księcia z bajki i przechodzę do mocnych stron tego tytułu.
Należy ona w istocie do książek z gatunku zabawnych i jeśli się nad tym głęboko zastanowić, to również bardzo współczesnych. Obecnie książę z bajki musi być zabawny, pomocny i dobry w łóżku, gdyż wszystko w dzisiejszych czasach kręci się wokół seksu. Więc jeśli facet daje nam mityczne podwójne orgazmy i potrafi nas przegrzmocić pięć razy dziennie, tak, żebyśmy nie potrafiły chodzić, a do tego magicznie potrafi gotować jak szef najlepszych kuchni świata ze wszystkimi gwiazdkami Michelin oraz zajmuje się naszym dzieckiem jak najcudowniejszy ojciec, to wszystkie jego grzeszki idą na bok. Zwłaszcza jak wszystkie te plusy stoją w zupełnej sprzeczności z pozostałymi partnerami, których życie stawia na naszej drodze, obowiązkowo nadając im najgorsze cechy męskie- świr, zboczeniec, żyjący w swoim własnym wirtualnym świecie czy podstarzały Don Juan po operacjach plastycznych. Wtedy każdy kto potrafi sklecić parę normalnych słów będzie się wydawał gwiazdką z nieba. Zabawne, że ja nigdy w swoim życiu nie spotkałam takich dziwolągów, jakie wymyśliła autorka, co daje mi prawo przypuszczać, że są one owocem wyłącznie wyobraźni silącej się na oryginalność. A wystarczyło postawić naprzeciw Franka Boga Seksu paru zwykłych nudziarzy, żyjących bliżej realnego świata i by to w zupełności wystarczyło, aby nasz główny bohater wyglądał przy nich jak wygrana w loterii. Ale pomijając te heroiczne prześmiewcze wysiłki autorki, książkę się dobrze czytało i nawet była w miarę zabawna. Erotyczna, trochę odważna, ale też bardzo nieprawdziwa. Z zanadto wymyślnymi historiami i bohaterami pobocznymi.
Drugą mocną stroną są główni bohaterzy, których da się lubić. Fakt, że byli partnerzy głównej bohaterki Stelli są przerysowani, a Frank jest pełen męskich wad, niepasujących do księcia z bajki, których się nam wciska za dzieciaka, to i tak zasłużyli oni na moją sympatię, bo wydawali się jedynymi normalnymi i inteligentnymi ludźmi w tej całej historii. On zbyt idealny, ona z dwoma niepasującymi do siebie obliczami- silnej kobiety, która daje sobie radę sama w szalonym świecie jaki ją otacza, a jednocześnie podlotka, który dziwi się wszystkim nowinkom seksualnym i która nigdy nie przeżyła porządnego orgazmu oraz boi się wyznać swoje prawdziwe uczucia, gdy wreszcie je odkrywa. Wiem, że brzmi to jak straszny spoiler, ale ta książka nie jest niczym innym jak zwykłą komedią romantyczną ubraną  w nieco ostrzejsze piórka. A wiadomo, jak wszystkie te filmy się kończą. Jeśli więc nie lubicie wiedzieć od samego początku, jak się potoczy akcja, sięgnijcie po coś innego, bo książka Indi Knight jest przewidywalna i taka trochę niedojrzała, mimo że Knight próbuje się tu bawić w dorosłą, która wie o życiu wszystko. Być może stąd się wzięło rozszczepienie jaźni Stelli i te wszystkie okropne charaktery, o których nie da się czytać i wymyślne przywary bohaterów oraz takowe ich imiona i przedziwne historie życiowe. Jednak główny motyw Franka i Stelli jest na tyle ciekawy, że można przetrwać wszystkie niedociągnięcia książki, aby poczytać historię Kopciuszka w nieco odkurzonym i odświeżonym wydaniu.
I to by było na tyle jeśli chodzi o „Don’t you want me?”. Książka ma swoje słabe i mocne strony i można ją przeczytać jak nie ma nic innego pod ręką. Jednak nie polecałabym jej nastolatkom ze względu na seksualną stronę tej powieści oraz nieprawdziwość bohaterów. Świat tak nie wygląda jak w tej książce i choć pewne rzeczy są niestety prawdziwe, nie wydaje mi się słuszne zakrzywianie im obrazu życia w tym trudnym wieku. Jednak kobieta po 30-tce może znaleźć w tym pewnego rodzaju pocieszenie i na pewno zrozumie niektóre sprawy lepiej i może nawet uśmiechnie się z nieudolnych żartów raz czy dwa oraz łacniej przymknie oko na niedoskonałość Franka, gdy w zamian za to dostaną nadzieję, że każdej z nas należy się kolejna szansa na lepsze życie. Bo wszystkie do tego dążymy i postać Franka wiarę w nową, czystą kartę podtrzymuje na tyle silnie, że książka nadaje się do przeczytania dla każdej z nas.

wtorek, 9 października 2018

Jest tam kto? / Marian Keyes



Ostatnio czytałam fajną książkę. Bardzo zabawna, chociaż traktująca o ciężkich sprawach, łatwa w czytaniu, lekka, przyjemna i wciągająca. Długo leżała w moim pudle, omijana szerokim łukiem, bo nie wyglądała zbyt zachęcająco. Dodatkowo kojarzyłam autorkę z inną książką pt. ”Trzecia strona medalu”, którą pamiętam jako książkę letnią, niby do poczytania, ale jednak ze średniej półki. Wreszcie jednak przyszedł ten moment, że potrzebowałam czegoś na szybko i nie przebierając, chwyciłam co pierwsze wpadło w rękę.
I bardzo mile się zaskoczyłam, bo okazało się, że książka „Jest tam kto” idealnie trafiła w mój gust i dała mi to, czego potrzebowałam w tamtym momencie- rozrywkę na wysokim poziomie. Na tym etapie swojego życia szybko potrafię oddzielić ziarno od plew w wielu sytuacjach, w tym gdy chodzi o książki. Tu już od pierwszej strony wiedziałam, że tym razem Marian Keyes się postarała i że stworzyła książkę inną od wszystkich.
Przejrzawszy na szybko bibliografię autorki zauważyłam, że porusza się ona w tematyce rozrywki i nowoczesnego, angielskiego stylu życia i takowych problemów. Nie jestem fanką takich książek, ponieważ problemy, jakie są w nich opisywane, różnią się znacznie od tych przyziemnych spraw, które dotykają mnie na co dzień. Być może spowodowane jest to różnicami kulturalnymi. I są to różnice tak wielkie, że zazwyczaj odnoszę wrażenie, iż są mocno przerysowane. Ale raczej stawiam na dzisiejszą modę wśród dzisiejszych pisarzy, aby opowiadać w taki sposób, aby zaciekawić człowieka, bez względu na to, jak daleko od normalnego życia zaprowadzi ich wyobraźnia. To zapewne jest głównym źródłem moich problemów w znalezieniu ciekawej książki dzisiaj.
Ja wychowana jestem na zupełnie innych tytułach, światowych klasykach, które zna każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą. Dlatego jest mi ciężko znaleźć sobie miejsce w tym dzisiejszym świecie, gdy pisze się książki, kiedy nie ma się nic konkretnego do powiedzenia. Gdy pisze się je na jedno kopyto, zgapiając pomysły jeden od drugiego, wymyślając na siłę niedorzeczności, które mają rozśmieszyć czytelników, wrzucając przynajmniej raz słowo „gej” do swojej książki, aby być w zgodzie z modą na tolerancję. Mnie to już wszystko męczy, męczą mnie bliźniacze historie, męczy mnie brak przekazu i pomysłu. Dlatego rzadziej dzisiaj sięgam po książki, bo nie lubię tego uczucia zawodu. Kiedyś książki były moimi najlepszymi przyjaciółmi, dzisiaj mnie nudzą i szukam przyjaciół w Internecie.
Jednak od czasu do czasu znajdzie się coś, co wyróżnia się w jakiś sposób w tym świecie jednorakości. I chociaż książka „Jest tam kto” nie jest objawieniem, ani czymś wyjątkowym i niespotykanym, to jednak nosi w sobie sporo oryginalności i pomysłowości, a także inteligentnego dowcipu, który nie nuży. Dlatego postanowiłam ją tu wyróżnić, jako pozycja obowiązkowa dla tych, którzy szukają w książkach rozrywki dużego kalibru i smaku.
Gdy sięgałam po „Jest tam kto” nie spodziewałam się fajerwerków. Dlatego gdy je dostałam, nie mogłam uwierzyć, że jest to ta sama autorka, która napisała „Trzecią stronę medalu”. Dostałam świetny pomysł, zaskakujący obrót spraw, ciekawe charaktery i zabawnych drugo i trzecioplanowych bohaterów. Do tego należy dołożyć humor na wysokim poziomie i doprowadzenie książki do końca bez jednego upadku i mamy doskonałą lekturę do torebki.
Książka skierowana jest do kobiet, wątpię, aby mężczyzna znalazł w niej coś dla siebie, ponieważ tematyka jest typowo kobieca, a poczucie humoru autorki obraca się wokół tych spraw, dlatego polecam ją wyłącznie dla kobiet, za to wszelkiego wieku i wszelkiego doświadczenia życiowego. Myślę, że każda z nich ubawi się setnie a i może czegoś się nauczy, bo na końcu znajduje się ciekawy przekaz, który jest oczywisty, ale czasem zapominamy o sprawach oczywistych, gdy życie nam dokopie.
Jeśli chodzi o „Jest tam kto”, książka nie uniknęła lekkiego przerysowania, jak przystało na literaturę współczesną, na tak zwane hity roku i top 1 z listy dziesięciu najlepiej sprzedających się bestsellerów. Ale można to autorce wybaczyć, bo przerysowanie to jest lekkostrawne, podane z wyczuciem i zagubione gdzieś pomiędzy prawdziwymi problemami oraz wybornym poczuciem humoru, zwłaszcza gdy chodzi o matkę Anny Walsh, która jest prawdziwym smaczkiem tej książki i potrafi rozśmieszyć do łez. Również autorka dostrzegła potencjał w tej postaci i stworzyła całą książkę poświęconą wyłącznie „Mammy Walsh”, ale przyznam szczerze, że obawiam się, czy nie było to zbyt śmiałe posunięcie. Czasem nie warto ciągnąć jednego pomysłu zbyt długo, bo można się przejechać i znudzić odbiorcę. Jednak „Mammy Walsh” podawana po kawałeczku, jako punkt rozrywkowy w rozgrywającym się dramacie Anny Walsh, jest bardzo przyjemną odskocznia, która nigdy nie nudzi. I wydaje mi się, że tak powinno zostać. Bo odgrzewane kotlety nigdy nie smakują tak samo dobrze.
Również sama główna bohaterka nie nudzi i nie denerwuje. Cały czas trzymamy za nią kciuki, aby uporała się ze swoją tragedią i wróciła do normalnego życia, w czym pomaga jej cała szalona rodzina Walsh, którą ciężko porównać do jakiejkolwiek innej rodziny. Największe przerysowanie zdarzyło się autorce właśnie w tej rodzinie, ale naprawdę nie jest to tak bardzo dające po oczach, zwłaszcza z mamuśką Walsh, która tylko bawi i nie denerwuje. Bo tak naprawdę takich mamusiek może być na świecie pełno i wiele z nas może rozpoznać w nich własne matki.
Podsumowując, książka jest zabawna i utrzymująca ciekawość czytelnika do ostatniej kartki. Kończy się przyjemnie, zaczyna się fajnie i utrzymuje poziom przez cały czas. Będzie idealna na zbliżające się zimowe wieczory. Będzie również miłym prezentem pod choinkę dla wszystkich kobiet w rodzinie. Kto lubi postarać się wcześniej o świąteczne prezenty, to ma już pierwszy pomysł ode mnie. A i ja sama mam ochotę na zrobienie sobie podobnego prezentu. Nęci mnie tytuł „Lucy Sullivan wychodzi za mąż” Keyes. Być może niedługo znajdzie się tu recenzja tej książki. A tymczasem- do następnego!

środa, 12 września 2018

Eva Rice/ The Lost out of Keeping Secrets



Cofam to, co napisałam pod poprzednim postem. O dobrych książkach czasem też nie wiadomo co napisać. Człowiek boi się dotknąć ich słowami, żeby nie urazić, nie uronić niczego, żeby nie zapomnieć odkryć wszystkich aspektów, odsłonić każdą mocną stronę, a także z obawy, że nie podoła zadaniu i nie nakreśli tych aspektów tak, jak na to zasługują. Skąd to wiem? Bo wreszcie po latach spotkałam współczesną książkę, która zdaje się być wyjęta z innych czasów i dorównuje świetnością literaturze minionych wieków. I jest tak dobra, że boję się, iż nie dam rady jej opisać, dlatego od 10 minut wpatruję się w pustą stronę dokumentu word i nie wiem jak zacząć. Zabrakło mi słów dla książki, której poszukiwałam tyle lat i która spełniła wszystko moje oczekiwania. A teraz ja nie mogę spełnić jej oczekiwań. Jedyne, czego książka chce, to nie być zapomnianą. A ja nie potrafię jej tego zapewnić, bo zabrakło mi słów na opisanie jej świetności. Zabawne prawda?
Książka, która mnie poruszyła od pierwszego zdania, to „Utracona sztuka dochowywania tajemnic” Evy Rice. Już sam tytuł sugeruje, że to będzie coś niezwykłego, prawda? Wymyślenie dobrego tytułu to największa zmora pisarza. Gdy ten nie będzie wystarczająco intrygujący, historia, jaką ukrywa może nigdy nie zostać odkryta. I cały trud pisarza włożony w wykreowanie świetnej powieści może pójść na marne za sprawą paru liter na okładce książki. Eva Rice nie tylko stworzyła ponadczasową, wciągającą opowieść, ale i złożyła w jedną całość tytuł, który nie tylko pasuje do historii, jaką opisuje, ale i subtelnie zwraca uwagę przechodnia na siebie. Jest jak skinienie ręki, domagającej się w delikatny sposób uwagi. A ciężko jest przejść obok niespotykanego tytułu obojętnie.
Gdy już damy się nakłonić do sięgnięcia po tę pozycję, już po pierwszym akapicie będziemy wiedzieli, że natrafiliśmy na coś innego, wartościowego, zaskakująco dobrego i wyjątkowego. To jakiego języka używa autor, jak perfekcyjnie buduje zdania, jak wciąga czytelnika od pierwszej chwili do swojego świata, nie bawiąc się w żadne zapowiedzi i budowanie napięcia, jak subtelnie porusza się w świecie literatury, jak idealnie dobiera słowa do epoki, którą wybrał, to wszystko sprawia, że od razu wiemy, że natrafiliśmy na skarb, w którego znalezienie już dawno przestaliśmy wierzyć.
Książka Evy Rice jest dowodem na to, że dzisiejsza literatura wcale nie musi być krzykliwa, mroczna, zagadkowa, szybka, seksowna czy krwawa, żeby była dobra. Owszem, sensacja lepiej się sprzedaje i daje szybciej zarobić, niż subtelność i mądrość, ale czy polecilibyście te pełne przemocy i innych niskich ludzkich odczuć swojej nastoletniej siostrzenicy lub osiemdziesięcioletniej babci? Czy bez rumieńca wstydu będziecie czytać miażdżące recenzje o książce, którą Wy przeczytaliście jednym tchem i z wypiekami na twarzy? Czy za trzydzieści lat nie spojrzycie wstecz i nie powiecie sobie „Cóż za okropny gust miałem? No ale byłem wtedy młody i głupi”?
Natomiast nigdy nie doznacie takich negatywnych uczuć z „Utraconą sztuką dochowywania tajemnic”. Jest to książka mądra, intrygująca, inna, wciągająca, wielopokoleniowa i przede wszystkim niezapomniana. Jest to pozycja z górnej półki, wokół której nie dzieją się żadne kontrowersje. Nie jest to tytuł, który przynosi skrajne recenzje czy skrajne uczucia. Jest to natomiast książka budująca, inteligentna, delikatna, pełna ciepła i mądrości. I może wydać się nudna z tego opisu, ale to tylko wrażenie. Jest to wyrafinowana historia, napisana ze smakiem i z dużą dozą kunsztu pisarskiego. Wierzcie mi, takich książek się dzisiaj nie spotyka. W dobie mody na mocne wrażenia, to co wyszukane i odwołujące się do najwyższych uczuć, schodzi na drugi plan. Mimo to myślę, że takie pozycje jak ta są lepszym lekarstwem na wszelkie rany, które próbujemy zaleczyć w szybkich książkach. Zadziałają mocniej i na dłużej, opatulając nas dobrem, pogodą ducha, siłą charakteru i nadzieją.
„Utracona sztuka dochowywania tajemnic” jest to wyrafinowana opowieść o uczuciach. Nie tylko w relacjach damsko-męskich, ale i uczuciach związanych z zagubieniem, dorastaniem w trudnych czasach oraz zduszonymi namiętnościami. Widzimy świat oczami nastolatki, której przyszło żyć w ciężkich warunkach powojennych, patrzącej na ruiny świata, który dobrze znała i która mimo wszystkich przeciwności losu nie poddaje się i walczy o swoje prawo, by być nastolatką, by móc się zakochać i być szczęśliwą, nawet jeśli to, co kiedyś było, zniknęło na jej oczach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ta książka opowiada o sile, jaka drzemie w młodzieży, o tym jak łatwo potrafią się oni dostosować do nowych warunków, jak mocno i żywo płynie w nich krew, która nakazuje im przeć do przodu, nawet jeśli wszystko dookoła nich rozpadło się na kawałki. Opowiada o prawie młodych do zapomnienia o tym co było, po to by pójść do przodu, nawet gdy dotychczasowy porządek musiał ustąpić nowemu. I o tym, że młodzi mają prawo rzucić się w wir nowego świata, bez oglądania się za siebie.
Historia Penelopy Wallace umiejscowiona jest we wczesnych latach 50-tych, krótko po zakończeniu II Wojny Światowej, gdy Anglia, jak i cały świat, znowu zaczyna oddychać i cieszyć się prostymi rzeczami pomimo wcześniejszej pożogi i upadku. Umiejscowienie akcji w tych czasach nie tylko dodało jej smaku, ale i podkreśliło trudną sytuację Penelopy i innych jej podobnych, którzy chcieli żyć dalej i cieszyć się muzyką, dobrym jedzeniem, przejażdżkami po mieście i innymi głupotami, nie zamartwiając się stanem posiadania ani utraconymi możliwościami. Ponieważ Penelopa i jej brat, Inigo, oraz ich rówieśnicy widzą kolejne szanse i możliwości nawet w upadłym świecie i wiedzą, że mogą je zdobyć tylko wtedy, gdy nie będą się oglądać za siebie. A swoją żarliwością i miłością do życia zarażają dorosłych, nawet tych, którzy dawno się poddali.
Gdybym była recenzentką profesjonalną, napisałabym, że jest to również piękna opowieść o słodko-gorzkich uczuciach towarzyszących pierwszej miłości oraz o przyjaźni. Jednakowoż jako czytelnik stroniący od drętwych opisów kojarzących się z lekturami szkolnymi napiszę, że w podróży przez prawie dorosłe życie towarzyszy Penelopie przypadkowo poznana, ekscentryczna jak na swój wiek ale i wizjonerska pod kątem nowych trendów w modzie, Charlotte. Charlotte, której obecność jest jak powiew świeżości, ze swoim odważnym spojrzeniem na życie i nowatorskimi poglądami. Ze swoim gorzkim uczuciem do chłopaka, którego kochać nie powinna oraz ze swoją energią, która pozwala jej żyć dalej pełną piersią, pomimo poświęcenia jakiego dokonała w życiu dla dobra rodziny. Jest to tak wciągająca postać, pełna charakteru i życia, że nie dziwi nas więź, jaką poczuła Penelopa do osoby całkiem jej obcej jeszcze parę minut wcześniej. Zwłaszcza gdy widzimy w jakim otoczeniu żyć musi Penelopa, w otoczeniu, które bardziej przypomina grób dawno pogrzebanych nadziei niż dom rodzinny. Do tego dochodzi kuzyn Charlotte, Harry, nieszczęśliwie zakochany w zblazowanej, nie stroniącej od alkoholu i lekkomyślnej młodej aktorki, która dla pieniędzy porzuca Harrego, wrzucając go tym samym w otchłań zazdrości i rozpaczy, chociaż dla wprawnego oka widać, że w tym związku nie było żadnego uczucia. Natomiast brat Penelopy, Inigo, myśli tylko o muzyce i marzy o karierze piosenkarskiej, wbrew woli matki, która widzi dla niego inną, tradycyjną drogę kariery. Wszystko po to, by zatrzymać go przy sobie i zapewnić rodzinie stały dochód.
Opozycją do młodych, pełnych życia i zapału oraz planów na życie są starsi, ciotka Charlotte, spisująca dzieje swojego życia i matka Penelopy i Inigo. Ta ostatnia żyjąca przeszłością, załamująca ręce nad ruiną rodzinnego majątku, nie potrafiącą dostosować się do nowych warunków i pragnąca zatrzymać przy sobie dzieci, w niedoli swoich myśli, z której nie potrafi się wyrwać.
Książka jest niekonwencjonalna ze względu na czas umiejscowienia wydarzeń. Dało to pisarce możliwości wplecenia historii Penelopy i Charlotty w znaczące dla świata okoliczności, a tym samym do zastosowania bardziej zaawansowanego języka tamtejszej podupadłej arystokracji. Dzięki tym zabiegom książka dodatkowo zyskuje na wartości, dobrze i gładko się ją czyta, bardzo łatwo się zaangażować w życie każdej z postaci, a także w całą historię. Niespotykany w dzisiejszych czasach, wysublimowany dobór słów i delikatność przekazu sprawia, że tę książkę należy zaliczyć do wyjątkowych. A w związku z tym jest to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto kocha literaturę i uwielbia zapomnieć się przy dobrej książce. Polecam ją dla osobników każdej płci, wieku i do każdej aktywności, czy to będzie plaża na Hawajach, czy park w mieście, czy też wanna z gorącą wodą w zimowy wieczór. Jest to książka, koło której nie można przejść obojętnie. I mimo, że nie ma w niej fajerwerków, da nam ona większą przyjemność czytania, niż te wszystkie nowoczesne fabuły, które starają się wyprzedzić pędzące życie. Z książką Evy Rice wreszcie odpoczniecie od wyścigu szczurów i znowu zaczniecie dostrzegać wyraźnie, co jest w życiu ważne. I zaczniecie cieszyć się życiem pod czujnym okiem trenerów życia, Penelopy, Charlotte i Inigo.