Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2018

Nauka języka angielskiego może być przyjemnością. Pomysł na prezent świąteczny


Jako, że święta zbliżają się wielkimi krokami i jest coraz mniej czasu na zakup prezentów, spieszę z pewnym pomysłem dla kochających książki i jednocześnie fanów nauki języków obcych, na który natknęłam się przypadkowo w Empiku. Co więcej, sama sprawiłam sobie ten prezent, bo nie mogłam się oprzeć wyjątkowo niskiej cenie i genialnemu pomysłowi, na który ktoś wreszcie wpadł i rozwiązał największy problem, na jaki zawsze się natykam, gdy sięgam po literaturę obcojęzyczną w ramach nauki. Jestem już na takim etapie nauki, że jedyną rozsądną rzeczą, jaką mogę zrobić, jest czytanie jak najwięcej i podłapywanie w ten sposób nowych słówek.
Bo wiadomo, że najlepiej pamiętamy coś, co najczęściej powtarzamy i używamy. A żeby powtarzanie nie było monotonne, dobrym pomysłem jest wykorzystywanie naszych hobby do tego. Moim ulubionym zajęciem jest czytanie, dlatego najczęściej sięgam po literaturę piękną, gdy mam ochotę pobyć trochę z językiem obcym. Uwielbiam to z dwóch powodów- dostaję fajną historię i mogę poćwiczyć gramatykę, bez większego skupiania się na zasadach. Jestem wzrokowcem i najlepiej wpada mi w pamięć coś, co zobaczę na papierze. Książka, jaką znalazłam w Empiku dała mi jeszcze trzecie rozwiązanie, na które dawno czekałam, a które zawsze zabierało zbyt dużo czasu i było bardzo kłopotliwe, gdy chciałam robić to sama. Dlatego chylę czoła przed tymi, którzy nie tylko wpadli na ten pomysł, ale i włożyli ogrom pracy w jego wykonanie. Zwłaszcza, że tytuły, jakie wybrali do swoich tłumaczeń, są tytułami o wysokim poziomie trudności, jako że zawierają starą angielszczyznę i sformułowania, które dawno wyszły z użycia. Oszczędzili mi w ten sposób mordęgi i pozwoliły mi nauczyć się rzeczy, których w zwykłym podręczniku do nauki nigdy bym nie znalazła.
Mówię tu o wydawnictwie poltext i ich tłumaczeniach znanych i kultowych książek: Ani z Zielonego Wzgórza, Dumy i Uprzedzenia oraz Tajemniczego Ogrodu. Te trzy książki znalazłam w Empiku w cenie 30 zł i gdyby nie brak funduszy, zabrałabym wszystkie do domu. Każda z nich na okładce ma oznaczony poziom nauki. Tajemniczy Ogród B1, Ania z Zielonego Wzgórza B2 oraz Duma i Uprzedzenie C1. Nie wiem co wpłynęło na tę klasyfikację, ale uważam, że pierwsze dwa tytuły należą raczej do poziomu C1, podczas gdy Duma i Uprzedzenie, jako najmłodsza i zawierająca najwięcej staroangielskiego, jest na poziomie C2. Czytałam ją kiedyś w oryginale i mimo, że zrozumiałam wiele, napotkałam natrzęsienie zwrotów i słów, których znaczenia nie znałam i gdybym chciała je wszystkie odnaleźć we współczesnych słownikach, zajęłoby mi to wieki, jeśli w ogóle by udało mi się je namierzyć. Tymczasem mi najbardziej zależało na tym, aby nacieszyć się znaną, bo czytaną wielokrotnie historią.
Wydaje mi się, że przez to, iż znałam książkę na pamięć, pomogło mi to w jej zrozumieniu, mimo długich opisów i bardzo wyszukanego słownictwa, cechującego pisarstwo Austen. Czytałam też inną pozycję autorki i było mi już trudniej ją zrozumieć, bo nie znałam jej tak dobrze, jak znałam Dumę. Stąd moje śmiałe stwierdzenie, że poziomy nauki są nieco zaniżone. Przekonałam się o tym, jak tylko zaczęłam czytać Anię. Byłam przeświadczona iż będzie to łatwa książka, ze względu na to dla jakiego czytelnika została przeznaczona, tymczasem okazało się, że utonęłam w nowym dla mnie słownictwie już w pierwszym akapicie. I gdyby nie pomoc wydawnictwa i podwójne czytanie każdego akapitu, dużo z tej książki by mi umknęło.
W swoim życiu przeczytałam już wiele tytułów w języku angielskim, ale rzadko skupiałam się na szukaniu nieznanego słownictwa, bo jedyne co mnie interesowało, to dowiedzieć się, co się za chwilę wydarzy. Również wiedziałam, że ćwiczę w ten sposób naturalne myślenie i mówienie w języku obcym, bo zapamiętywałam wyrażenia, sposób układania zdań, pewne formuły, z których nauką miałam problem, bo nie miałam jak ich przećwiczyć w prawdziwym życiu, czy też utrwalałam podstawowe czasy gramatyczne, co pozwalało mi na lepsze rozumienie, kiedy je stosować. I to zawsze powtarzałam moim koleżankom, które miały problemy z nauką angielskiego- rekomendowałam im czytanie książek angielskich tak, jakby czytały zwykłą literaturę- dla przyjemności, bez skupiania się na gramatyce, poszczególnych słowach, których znaczenia w zdaniu nie znały, nakazując im skupiać się na ogólnym znaczeniu i rozumieniu, o czym jest dany akapit. Mnie to bardzo pomogło i czuję, że gdyby nie takie podejście i wiele przeczytanych książek, miałabym większe problemy z wysławianiem się w języku obcym. I to, że czytam angielskie książki zauważyli również moi nauczyciele, ponieważ widzieli, że nie robię typowych dla początkujących błędów, które czasem robią nawet bardziej zaawansowani słuchacze.
W tym roku postanowiłam bardziej skupić się na słownictwie, bo zauważyłam, jak wielkie mam braki, zwłaszcza z przymiotnikami. Uświadomiła mi to głęboko książka Barbary Tate „West End Girls”, zawierająca tak wiele przymiotników, że aż głowa mnie rozbolała z wrażenia. Z czego może 1% był mi znany. Nie tego człowiek się spodziewa po 6 latach nauki, prawda?
Dlatego gdy zobaczyłam Anię w empiku, gdy zajrzałam do środka i zobaczyłam jaki jest jej układ, od razu wiedziałam, że ta książka wyląduje na mojej półce. Wybrałam właśnie ją, bo Dumę i Uprzedzenie czytałam zaledwie rok temu, a Tajemniczy Ogród był dużo cieńszy, a ja lubię, gdy cena odpowiada jakości towaru (jak to się mówi po angielsku „good value for money”). I uważam, że książka o połowę cieńsza powinna być o połowę tańsza. Natomiast Ani dawno nie miałam w rękach i bardzo zapragnęłam odświeżyć sobie tę dobrze znaną historię. I uważam, że bardzo dobrze zrobiłam, bo dostałam w cenie 30 złotych świetną historię, dużo stron na długie zimowe dni jak i cały ogrom słów do nauczenia, podany w taki sposób, że człowiek wcale nie czuje, że się uczy. A wszyscy wiemy, jak to wspaniale działa na motywację, gdy nikt nas nie naciska i nauka jest wpleciona w zabawę.
Cały pomysł książki jest bardzo prosty, ale jak do tej pory nikt wcześniej się tego nie podjął. Być może odstraszył go multum pracy. Poczynając od pierwszego akapitu, na marginesie mamy tłumaczenia słów, wyrażeń i króciutkie wskazanie etymologii słów pochodzących ze staroangielskiego, które wyszło już z użycia (dla przykładu: ruther=rather- i tłumaczenie słowa). Proste, wygodne i piękne w swej prostocie. Dzięki temu wspaniałemu pomysłowi nie muszę już tracić czasu na ciągłe wyciąganie telefonu i sprawdzanie w słowniku słów, które mnie ciekawią, bo wystarczy, że przeniosę wzrok na margines i już mam wytłumaczenie.
I teraz czytanie książek po angielsku jest znacznie przyjemniejsze, gdy nie muszę się już zastanawiać, co znaczą poszczególne słowa. Oczywiście nie wszystkie słowa są wytłumaczone i czasem trzeba zajrzeć do słownika, ale jest to o wiele mniej pracy, dzięki czemu mogę skupić się na zupełnie czymś innym, mianowicie na smakowaniu tych słów, czytaniu powtórnie każdego akapitu, aby zapamiętać słowo lepiej, jak i skupiając się bardziej na konstrukcji każdego zdania i sposobie użycia poszczególnych powiedzeń. Z tym wydawnictwem nie tylko czytam książkę, ale naprawdę uczę się myślenia w języku obcym. Uważam, że rozwiązanie to znacznie ułatwiło mi naukę i dzięki niemu będę mogła wznieść się chociaż pół poziomu wyżej w nauce.
Oprócz wyjaśnień na marginesach co jakiś czas napotykamy ćwiczenia, które jeszcze bardziej utrwalą wiedzę i pozwolą jeszcze lepiej zrozumieć język. Całe lata czekałam na takie książki i wreszcie się doczekałam. Mam nadzieję, że wydawnictwo pójdzie o krok dalej i sięgnie po współczesne i poczytne tytuły, bo ja na pewno po takie książki sięgnę. I jak myślicie, czyż nie jest to wspaniały prezent dla każdego pochłaniacza książek? Ja na pewno kupię wszystkie dostępne tytuły, bo uważam, że warto. A jeśli interesują Was inne języki, widziałam wydania w językach: włoskim, hiszpańskim i francuskim. Gdyby nie to, że znam tylko podstawy włoskiego i hiszpańskiego, kupiłabym także tamte pozycje. Tymczasem skupię się na Ani z Zielonego Wzgórza, bo zimowe wieczory są długie, a historia Lucy Maud Montgomery ciepła i wciągająca, jak picie gorącej czekolady.
P.S. Jako dodatkowe ćwiczenie, można czytać tę książkę na głos, np. leżąc w wannie. A potem odsłuchać audiobook udostępniony na stronie wydawnictwa i sprawdzić, jakie słowa wymawiamy źle oraz uczyć się szybkiego czytania z tym audiobookiem na słuchawkach i z książką papierową w ręku. Pomysł warty wprowadzenia w życie. Ja na pewno tak zrobię. Czas wziąć się poważnie za naukę, w przyszłym roku kolejny zagraniczny wyjazd. Nie ma na co czekać, nikt tego za mnie nie zrobi! Więc jeśli nie macie żadnego pomysłu na prezent, a macie w swoim kręgu kogoś zakochanego w czytaniu i naukach języków obcych, to pozwalam Wam skorzystać z tego konceptu. I nie dziękujcie, cieszę się, że mogłam pomóc :)

wtorek, 9 października 2018

Jest tam kto? / Marian Keyes



Ostatnio czytałam fajną książkę. Bardzo zabawna, chociaż traktująca o ciężkich sprawach, łatwa w czytaniu, lekka, przyjemna i wciągająca. Długo leżała w moim pudle, omijana szerokim łukiem, bo nie wyglądała zbyt zachęcająco. Dodatkowo kojarzyłam autorkę z inną książką pt. ”Trzecia strona medalu”, którą pamiętam jako książkę letnią, niby do poczytania, ale jednak ze średniej półki. Wreszcie jednak przyszedł ten moment, że potrzebowałam czegoś na szybko i nie przebierając, chwyciłam co pierwsze wpadło w rękę.
I bardzo mile się zaskoczyłam, bo okazało się, że książka „Jest tam kto” idealnie trafiła w mój gust i dała mi to, czego potrzebowałam w tamtym momencie- rozrywkę na wysokim poziomie. Na tym etapie swojego życia szybko potrafię oddzielić ziarno od plew w wielu sytuacjach, w tym gdy chodzi o książki. Tu już od pierwszej strony wiedziałam, że tym razem Marian Keyes się postarała i że stworzyła książkę inną od wszystkich.
Przejrzawszy na szybko bibliografię autorki zauważyłam, że porusza się ona w tematyce rozrywki i nowoczesnego, angielskiego stylu życia i takowych problemów. Nie jestem fanką takich książek, ponieważ problemy, jakie są w nich opisywane, różnią się znacznie od tych przyziemnych spraw, które dotykają mnie na co dzień. Być może spowodowane jest to różnicami kulturalnymi. I są to różnice tak wielkie, że zazwyczaj odnoszę wrażenie, iż są mocno przerysowane. Ale raczej stawiam na dzisiejszą modę wśród dzisiejszych pisarzy, aby opowiadać w taki sposób, aby zaciekawić człowieka, bez względu na to, jak daleko od normalnego życia zaprowadzi ich wyobraźnia. To zapewne jest głównym źródłem moich problemów w znalezieniu ciekawej książki dzisiaj.
Ja wychowana jestem na zupełnie innych tytułach, światowych klasykach, które zna każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą. Dlatego jest mi ciężko znaleźć sobie miejsce w tym dzisiejszym świecie, gdy pisze się książki, kiedy nie ma się nic konkretnego do powiedzenia. Gdy pisze się je na jedno kopyto, zgapiając pomysły jeden od drugiego, wymyślając na siłę niedorzeczności, które mają rozśmieszyć czytelników, wrzucając przynajmniej raz słowo „gej” do swojej książki, aby być w zgodzie z modą na tolerancję. Mnie to już wszystko męczy, męczą mnie bliźniacze historie, męczy mnie brak przekazu i pomysłu. Dlatego rzadziej dzisiaj sięgam po książki, bo nie lubię tego uczucia zawodu. Kiedyś książki były moimi najlepszymi przyjaciółmi, dzisiaj mnie nudzą i szukam przyjaciół w Internecie.
Jednak od czasu do czasu znajdzie się coś, co wyróżnia się w jakiś sposób w tym świecie jednorakości. I chociaż książka „Jest tam kto” nie jest objawieniem, ani czymś wyjątkowym i niespotykanym, to jednak nosi w sobie sporo oryginalności i pomysłowości, a także inteligentnego dowcipu, który nie nuży. Dlatego postanowiłam ją tu wyróżnić, jako pozycja obowiązkowa dla tych, którzy szukają w książkach rozrywki dużego kalibru i smaku.
Gdy sięgałam po „Jest tam kto” nie spodziewałam się fajerwerków. Dlatego gdy je dostałam, nie mogłam uwierzyć, że jest to ta sama autorka, która napisała „Trzecią stronę medalu”. Dostałam świetny pomysł, zaskakujący obrót spraw, ciekawe charaktery i zabawnych drugo i trzecioplanowych bohaterów. Do tego należy dołożyć humor na wysokim poziomie i doprowadzenie książki do końca bez jednego upadku i mamy doskonałą lekturę do torebki.
Książka skierowana jest do kobiet, wątpię, aby mężczyzna znalazł w niej coś dla siebie, ponieważ tematyka jest typowo kobieca, a poczucie humoru autorki obraca się wokół tych spraw, dlatego polecam ją wyłącznie dla kobiet, za to wszelkiego wieku i wszelkiego doświadczenia życiowego. Myślę, że każda z nich ubawi się setnie a i może czegoś się nauczy, bo na końcu znajduje się ciekawy przekaz, który jest oczywisty, ale czasem zapominamy o sprawach oczywistych, gdy życie nam dokopie.
Jeśli chodzi o „Jest tam kto”, książka nie uniknęła lekkiego przerysowania, jak przystało na literaturę współczesną, na tak zwane hity roku i top 1 z listy dziesięciu najlepiej sprzedających się bestsellerów. Ale można to autorce wybaczyć, bo przerysowanie to jest lekkostrawne, podane z wyczuciem i zagubione gdzieś pomiędzy prawdziwymi problemami oraz wybornym poczuciem humoru, zwłaszcza gdy chodzi o matkę Anny Walsh, która jest prawdziwym smaczkiem tej książki i potrafi rozśmieszyć do łez. Również autorka dostrzegła potencjał w tej postaci i stworzyła całą książkę poświęconą wyłącznie „Mammy Walsh”, ale przyznam szczerze, że obawiam się, czy nie było to zbyt śmiałe posunięcie. Czasem nie warto ciągnąć jednego pomysłu zbyt długo, bo można się przejechać i znudzić odbiorcę. Jednak „Mammy Walsh” podawana po kawałeczku, jako punkt rozrywkowy w rozgrywającym się dramacie Anny Walsh, jest bardzo przyjemną odskocznia, która nigdy nie nudzi. I wydaje mi się, że tak powinno zostać. Bo odgrzewane kotlety nigdy nie smakują tak samo dobrze.
Również sama główna bohaterka nie nudzi i nie denerwuje. Cały czas trzymamy za nią kciuki, aby uporała się ze swoją tragedią i wróciła do normalnego życia, w czym pomaga jej cała szalona rodzina Walsh, którą ciężko porównać do jakiejkolwiek innej rodziny. Największe przerysowanie zdarzyło się autorce właśnie w tej rodzinie, ale naprawdę nie jest to tak bardzo dające po oczach, zwłaszcza z mamuśką Walsh, która tylko bawi i nie denerwuje. Bo tak naprawdę takich mamusiek może być na świecie pełno i wiele z nas może rozpoznać w nich własne matki.
Podsumowując, książka jest zabawna i utrzymująca ciekawość czytelnika do ostatniej kartki. Kończy się przyjemnie, zaczyna się fajnie i utrzymuje poziom przez cały czas. Będzie idealna na zbliżające się zimowe wieczory. Będzie również miłym prezentem pod choinkę dla wszystkich kobiet w rodzinie. Kto lubi postarać się wcześniej o świąteczne prezenty, to ma już pierwszy pomysł ode mnie. A i ja sama mam ochotę na zrobienie sobie podobnego prezentu. Nęci mnie tytuł „Lucy Sullivan wychodzi za mąż” Keyes. Być może niedługo znajdzie się tu recenzja tej książki. A tymczasem- do następnego!

środa, 12 września 2018

Eva Rice/ The Lost out of Keeping Secrets



Cofam to, co napisałam pod poprzednim postem. O dobrych książkach czasem też nie wiadomo co napisać. Człowiek boi się dotknąć ich słowami, żeby nie urazić, nie uronić niczego, żeby nie zapomnieć odkryć wszystkich aspektów, odsłonić każdą mocną stronę, a także z obawy, że nie podoła zadaniu i nie nakreśli tych aspektów tak, jak na to zasługują. Skąd to wiem? Bo wreszcie po latach spotkałam współczesną książkę, która zdaje się być wyjęta z innych czasów i dorównuje świetnością literaturze minionych wieków. I jest tak dobra, że boję się, iż nie dam rady jej opisać, dlatego od 10 minut wpatruję się w pustą stronę dokumentu word i nie wiem jak zacząć. Zabrakło mi słów dla książki, której poszukiwałam tyle lat i która spełniła wszystko moje oczekiwania. A teraz ja nie mogę spełnić jej oczekiwań. Jedyne, czego książka chce, to nie być zapomnianą. A ja nie potrafię jej tego zapewnić, bo zabrakło mi słów na opisanie jej świetności. Zabawne prawda?
Książka, która mnie poruszyła od pierwszego zdania, to „Utracona sztuka dochowywania tajemnic” Evy Rice. Już sam tytuł sugeruje, że to będzie coś niezwykłego, prawda? Wymyślenie dobrego tytułu to największa zmora pisarza. Gdy ten nie będzie wystarczająco intrygujący, historia, jaką ukrywa może nigdy nie zostać odkryta. I cały trud pisarza włożony w wykreowanie świetnej powieści może pójść na marne za sprawą paru liter na okładce książki. Eva Rice nie tylko stworzyła ponadczasową, wciągającą opowieść, ale i złożyła w jedną całość tytuł, który nie tylko pasuje do historii, jaką opisuje, ale i subtelnie zwraca uwagę przechodnia na siebie. Jest jak skinienie ręki, domagającej się w delikatny sposób uwagi. A ciężko jest przejść obok niespotykanego tytułu obojętnie.
Gdy już damy się nakłonić do sięgnięcia po tę pozycję, już po pierwszym akapicie będziemy wiedzieli, że natrafiliśmy na coś innego, wartościowego, zaskakująco dobrego i wyjątkowego. To jakiego języka używa autor, jak perfekcyjnie buduje zdania, jak wciąga czytelnika od pierwszej chwili do swojego świata, nie bawiąc się w żadne zapowiedzi i budowanie napięcia, jak subtelnie porusza się w świecie literatury, jak idealnie dobiera słowa do epoki, którą wybrał, to wszystko sprawia, że od razu wiemy, że natrafiliśmy na skarb, w którego znalezienie już dawno przestaliśmy wierzyć.
Książka Evy Rice jest dowodem na to, że dzisiejsza literatura wcale nie musi być krzykliwa, mroczna, zagadkowa, szybka, seksowna czy krwawa, żeby była dobra. Owszem, sensacja lepiej się sprzedaje i daje szybciej zarobić, niż subtelność i mądrość, ale czy polecilibyście te pełne przemocy i innych niskich ludzkich odczuć swojej nastoletniej siostrzenicy lub osiemdziesięcioletniej babci? Czy bez rumieńca wstydu będziecie czytać miażdżące recenzje o książce, którą Wy przeczytaliście jednym tchem i z wypiekami na twarzy? Czy za trzydzieści lat nie spojrzycie wstecz i nie powiecie sobie „Cóż za okropny gust miałem? No ale byłem wtedy młody i głupi”?
Natomiast nigdy nie doznacie takich negatywnych uczuć z „Utraconą sztuką dochowywania tajemnic”. Jest to książka mądra, intrygująca, inna, wciągająca, wielopokoleniowa i przede wszystkim niezapomniana. Jest to pozycja z górnej półki, wokół której nie dzieją się żadne kontrowersje. Nie jest to tytuł, który przynosi skrajne recenzje czy skrajne uczucia. Jest to natomiast książka budująca, inteligentna, delikatna, pełna ciepła i mądrości. I może wydać się nudna z tego opisu, ale to tylko wrażenie. Jest to wyrafinowana historia, napisana ze smakiem i z dużą dozą kunsztu pisarskiego. Wierzcie mi, takich książek się dzisiaj nie spotyka. W dobie mody na mocne wrażenia, to co wyszukane i odwołujące się do najwyższych uczuć, schodzi na drugi plan. Mimo to myślę, że takie pozycje jak ta są lepszym lekarstwem na wszelkie rany, które próbujemy zaleczyć w szybkich książkach. Zadziałają mocniej i na dłużej, opatulając nas dobrem, pogodą ducha, siłą charakteru i nadzieją.
„Utracona sztuka dochowywania tajemnic” jest to wyrafinowana opowieść o uczuciach. Nie tylko w relacjach damsko-męskich, ale i uczuciach związanych z zagubieniem, dorastaniem w trudnych czasach oraz zduszonymi namiętnościami. Widzimy świat oczami nastolatki, której przyszło żyć w ciężkich warunkach powojennych, patrzącej na ruiny świata, który dobrze znała i która mimo wszystkich przeciwności losu nie poddaje się i walczy o swoje prawo, by być nastolatką, by móc się zakochać i być szczęśliwą, nawet jeśli to, co kiedyś było, zniknęło na jej oczach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ta książka opowiada o sile, jaka drzemie w młodzieży, o tym jak łatwo potrafią się oni dostosować do nowych warunków, jak mocno i żywo płynie w nich krew, która nakazuje im przeć do przodu, nawet jeśli wszystko dookoła nich rozpadło się na kawałki. Opowiada o prawie młodych do zapomnienia o tym co było, po to by pójść do przodu, nawet gdy dotychczasowy porządek musiał ustąpić nowemu. I o tym, że młodzi mają prawo rzucić się w wir nowego świata, bez oglądania się za siebie.
Historia Penelopy Wallace umiejscowiona jest we wczesnych latach 50-tych, krótko po zakończeniu II Wojny Światowej, gdy Anglia, jak i cały świat, znowu zaczyna oddychać i cieszyć się prostymi rzeczami pomimo wcześniejszej pożogi i upadku. Umiejscowienie akcji w tych czasach nie tylko dodało jej smaku, ale i podkreśliło trudną sytuację Penelopy i innych jej podobnych, którzy chcieli żyć dalej i cieszyć się muzyką, dobrym jedzeniem, przejażdżkami po mieście i innymi głupotami, nie zamartwiając się stanem posiadania ani utraconymi możliwościami. Ponieważ Penelopa i jej brat, Inigo, oraz ich rówieśnicy widzą kolejne szanse i możliwości nawet w upadłym świecie i wiedzą, że mogą je zdobyć tylko wtedy, gdy nie będą się oglądać za siebie. A swoją żarliwością i miłością do życia zarażają dorosłych, nawet tych, którzy dawno się poddali.
Gdybym była recenzentką profesjonalną, napisałabym, że jest to również piękna opowieść o słodko-gorzkich uczuciach towarzyszących pierwszej miłości oraz o przyjaźni. Jednakowoż jako czytelnik stroniący od drętwych opisów kojarzących się z lekturami szkolnymi napiszę, że w podróży przez prawie dorosłe życie towarzyszy Penelopie przypadkowo poznana, ekscentryczna jak na swój wiek ale i wizjonerska pod kątem nowych trendów w modzie, Charlotte. Charlotte, której obecność jest jak powiew świeżości, ze swoim odważnym spojrzeniem na życie i nowatorskimi poglądami. Ze swoim gorzkim uczuciem do chłopaka, którego kochać nie powinna oraz ze swoją energią, która pozwala jej żyć dalej pełną piersią, pomimo poświęcenia jakiego dokonała w życiu dla dobra rodziny. Jest to tak wciągająca postać, pełna charakteru i życia, że nie dziwi nas więź, jaką poczuła Penelopa do osoby całkiem jej obcej jeszcze parę minut wcześniej. Zwłaszcza gdy widzimy w jakim otoczeniu żyć musi Penelopa, w otoczeniu, które bardziej przypomina grób dawno pogrzebanych nadziei niż dom rodzinny. Do tego dochodzi kuzyn Charlotte, Harry, nieszczęśliwie zakochany w zblazowanej, nie stroniącej od alkoholu i lekkomyślnej młodej aktorki, która dla pieniędzy porzuca Harrego, wrzucając go tym samym w otchłań zazdrości i rozpaczy, chociaż dla wprawnego oka widać, że w tym związku nie było żadnego uczucia. Natomiast brat Penelopy, Inigo, myśli tylko o muzyce i marzy o karierze piosenkarskiej, wbrew woli matki, która widzi dla niego inną, tradycyjną drogę kariery. Wszystko po to, by zatrzymać go przy sobie i zapewnić rodzinie stały dochód.
Opozycją do młodych, pełnych życia i zapału oraz planów na życie są starsi, ciotka Charlotte, spisująca dzieje swojego życia i matka Penelopy i Inigo. Ta ostatnia żyjąca przeszłością, załamująca ręce nad ruiną rodzinnego majątku, nie potrafiącą dostosować się do nowych warunków i pragnąca zatrzymać przy sobie dzieci, w niedoli swoich myśli, z której nie potrafi się wyrwać.
Książka jest niekonwencjonalna ze względu na czas umiejscowienia wydarzeń. Dało to pisarce możliwości wplecenia historii Penelopy i Charlotty w znaczące dla świata okoliczności, a tym samym do zastosowania bardziej zaawansowanego języka tamtejszej podupadłej arystokracji. Dzięki tym zabiegom książka dodatkowo zyskuje na wartości, dobrze i gładko się ją czyta, bardzo łatwo się zaangażować w życie każdej z postaci, a także w całą historię. Niespotykany w dzisiejszych czasach, wysublimowany dobór słów i delikatność przekazu sprawia, że tę książkę należy zaliczyć do wyjątkowych. A w związku z tym jest to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto kocha literaturę i uwielbia zapomnieć się przy dobrej książce. Polecam ją dla osobników każdej płci, wieku i do każdej aktywności, czy to będzie plaża na Hawajach, czy park w mieście, czy też wanna z gorącą wodą w zimowy wieczór. Jest to książka, koło której nie można przejść obojętnie. I mimo, że nie ma w niej fajerwerków, da nam ona większą przyjemność czytania, niż te wszystkie nowoczesne fabuły, które starają się wyprzedzić pędzące życie. Z książką Evy Rice wreszcie odpoczniecie od wyścigu szczurów i znowu zaczniecie dostrzegać wyraźnie, co jest w życiu ważne. I zaczniecie cieszyć się życiem pod czujnym okiem trenerów życia, Penelopy, Charlotte i Inigo.