piątek, 12 września 2014

Thanks for nothing, Nick Maxwell / Debbie Carbin

Great and funny story about a single woman, who discovers being pregnant and has to make a decision what to do with it. She feels that a child will ruined her perfect life, but she can't decide what to do. Delete it or go with it?
If she only has somebody who will help her with that decision...
And that was when she met Hector...

Nice to read, really funny, deserve to be recommended. Believe me, you'll spend fabulous time with Debbie Carbin book.
 
Rachel Covington jest szczęśliwa jako singielka. Jest piękna i doskonale o tym wie. Korzysta ze swoich atutów bez skrupułów, uwodząc mężczyzn.  Ma bujne życie erotyczne, może zdobyć każdego faceta, na którego ma ochotę. Tymi, których porzuciła, nie przejmuje się ani trochę, mimo że ma za sobą szereg złamanych serc. Żałosnym typom, wodzącym za nią wzrokiem jak szczeniaki odłączone od matki, nie daje nawet szansy na krótka pogawędkę. Wie, że jej czas jest zbyt cenny, aby tracić go na tych, którzy jej nie interesują. Wygląd zewnętrzny jest dla niej bardzo ważny. Nie wychodzi z domu bez ułożonych włosów i makijażu. Ma ułożony grafik comiesięcznych wizyt u fryzjerki i kosmetyczki. Dba o swoje ciało, ponieważ wie, że aby być na szczycie, nie może polegać wyłącznie na tym, czym obdarzyli ją rodzice i Bóg.
W pracy też jest najlepsza. Pracuje w firmie Horizon Holidays i w planach ma pobić wynik swojej przełożonej w ilości sprzedanych wakacji. Od kilku lat nikt tego nie dokonał, ale Rachel wie, że jeszcze trochę i będzie pierwsza na liście. Widzi to po reakcji szefowej, gdy ta, z pochmurną miną wywiesza statystyki sprzedażowe. Nie potrafi przegrywać, ponieważ zawsze dostawała to, czego chce.
Jej życie składa się z imprez, spotkań z koleżankami i mężczyznami. Nie interesują jej nudne sprawy rodzinne, a swojego chrześniaka wprost nie znosi, uważając go za małego, niewdzięcznego rozrabiakę. Sama nie wie, jak to się stało, że zgodziła się zostać jego matką chrzestną. Na urodziny małego chodzi niechętnie i stara się, aby wizyty trwały jak najkrócej, a podczas ich trwania unika chłopca jak ognia. Każda zaś wizyta kosztuje ją wiele nerwów. Mimo iż wie, że jest okropną matką chrzestną, nie zamierza się zmieniać, ponieważ nie przywykła myśleć i dbać o innych. Doskonale też wie, że każdy rodzic chętnie zamieniłby się z nią miejscami. W końcu kto by wolał męczyć się z dzieciakami, podczas gdy mógłby mieć życie lekkie, ciekawe i wolne od zobowiązań? Rachel jest przekonana, że jej życie jest idealne i godne pozazdroszczenia i nie zamieniłaby się absolutnie z nikim, ponieważ ma wszystko, czego potrzebuje.
Gdy w firmie pojawia się nowy pracownik, zabójczy Nick Maxwell, wszyscy dokoła sądzą, że tych dwoje atrakcyjnych ludzi powinno być ze sobą. Rachel nie zaprzecza i daje się mężczyźnie poderwać. Spędzają ze sobą romantyczny wieczór, zakończony u niej w mieszkaniu. Kobieta jeszcze o tym nie wie, ale tego dnia rozpoczęło się jej nowe życie. Całkiem odmienne od tego, do czego przywykła. Od tego momentu będzie musiała troszczyć się nie tylko o siebie. Czy podoła zadaniu rodzicielstwa? Zwłaszcza, że Nick Maxwell kilka dni po ich pierwszej randce porzucił ją w sposób, jaki ona zwykła stosować wobec facetów, którzy jej się znudzili. Czy wobec tego powinna mu powiedzieć, że został ojcem? Tym bardziej, że nie zna małego sekretu Nicka, który ten skrzętnie ukrywa? A co, gdyby nikomu nie powiedziała o tym, że jest w ciąży i ją usunęła? Mogłaby spokojnie wrócić do tego, co zna i nie zapuszczać się na zupełnie nieznane rejony, które ja przerażają. Po raz pierwszy w życiu Rachel musi podjąć decyzje, które mogą zaważyć nie tylko na jej życiu. I musi to zrobić całkiem sama. Ale czy na pewno nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc?
 

Kupiłam tę książkę z powodu intrygującego tytułu. Była to jedna z tych angielskojęzycznych pozycji, które znalazłam w sklepie z używanymi ciuchami. Miały być one moim sposobem na naukę języka obcego. Książka Debbie Carbin od razu przyciągnęła moją uwagę. Czasem trudno mi wywnioskować z okładki, tytułu czy nawet opisu, czy w środku znajdę opowieść interesującą czy nudną jak flaki z olejem. Tytuł „Thank you for Nothing, Nick Maxwell” był pewnikiem. Z takim tekstem książka na pewno musi być dobra, powiedziałam sobie. I nie myliłam się.

Czasem mam tak, że zacznę czytać jedną z tych angielskich książek, których mam cały karton i w natłoku obowiązków, braku czasu, czy jeszcze innych, nieznanych przyczyn, nie jestem w stanie przebrnąć przez więcej niż 10 stron i tracę zainteresowanie. Z Debbie Carbin było inaczej. Książka zaczęła się fajnie i z każdą stroną robiło się coraz ciekawiej. Carbin postawiła na oryginalny sposób przedstawienia całej historii z punktu widzenia bohaterki, Rachel Covington, dzięki czemu czujemy się tak, jakbyśmy siedziały z nią przy kawie i słuchały jakiejś opowieści. Czasem nawet udaje się Rachel pobawić w magika i podejrzeć, co robią w tym samym czasie pozostali bohaterowie dramatu. Dodaje to  książce humoru. Rachel opowiada w tak zabawny sposób, że książka, mimo iż nie jest to jedna z tych pozycji, które na zawsze zostają w pamięci czytelnika, staje się książką wyjątkową. Pełną oryginalnego humoru i krytycyzmu bohaterki wobec siebie. Rachel pod wpływem wydarzeń i osób zmienia się z każdym dniem i z osoby egocentrycznej staje się kimś, kto potrafi krytycznie spojrzeć na swoje życie, dojrzeć swoje niedoskonałości i głupotę i docenić to, co w życiu najważniejsze.

Mimo iż książkę można nazwać bajką, mimo, iż łatwo określić, kto jest złym, a kto dobrym charakterem, mimo iż zakończenie jest z góry napiętnowane happy endem, a zmiana zachodząca w Rachel jest przewidywalna, to jednak jest w tej książce coś niezwykłego. Jak już zaczęłam czytać, to nie spoczęłam, dopóki nie dowiedziałam się, że książka zakończyła się dokładnie tak, jak się tego spodziewałam. Chyba sekret tkwi w bohaterach. Nick Maxwell jest tak pusty, jak tylko może być pusty przystojniak, który zna swoją wartość. Od pierwszej minuty dziwiłam się, jak ktoś taki może zaimponować dziewczynie tak pewnej siebie i swojej seksualności, jak Rachel Covington. Odpowiedź na to pytanie znalazłam szybciej, niż się spodziewałam. Szybko okazało się, że Rachel jest wierną kopią Nicka, dlatego tak dobrze do siebie pasowali. Z tą jedną różnicą, że Rachel nie tylko potrafiła się zmienić, ale i dostrzec, że do tej pory błądziła.  Jej życie nie było już dla niej takie idealne jak przedtem, a decyzja, co począć z niechcianą ciążą, okazała się trudniejsza, niż można się było spodziewać po egoistce.

Jednak jej egoizm zabarwiony był dużą dozą humoru, która ratowała kobietę przed uczuciem politowania, jakie mogłabym odczuć do takiego charakteru. Zapałałam więc zamiast tego sympatią do tej zagubionej dziewczyny, trzymając kciuki za to, aby udało jej się uratować przed tym niby idealnym, ale tak naprawdę pustym życiem bez żadnego celu.

Książka zawiera wiele zabawnych momentów, jest też pełna romantyzmu, a to jest coś, co mnie przyciąga jak światło ćmę. Bardzo dobrze się ją czyta. Nie wybucha się co chwilę śmiechem, ale czyta się ją z ledwo widocznym uśmieszkiem na ustach. A po przeczytaniu ostatniego zdania ma się wrażenie, że nie zmarnowało się ani jednej minuty. Sama końcówka dla mnie osobiście była już mało interesująca, ponieważ poświęcona była gloryfikacji macierzyństwa, a w tej kwestii jestem jak Rachel z początku książki- kompletnie niezainteresowana. Ale wątek trzeba skończyć, gdy już raz się go zaczęło, więc przymknęłam na to oko i przeczytałam książkę do końca. Uważam, że jest to tytuł dobry na poprawę humoru, na miłe spędzenie czasu, na samotne wieczory, na długą podróż pociągiem, na piknik na łące. Zabawi młodą dziewczynę ale i dojrzałą kobietę. Co do mężczyzn to nie jestem pewna, ale myślę, że oni woleliby coś z wojną lub pościgami. Dlatego moje drogie Panie, nacieszcie się tą książką same, spędźcie z nią miło czas, ale polećcie ją raczej swojej koleżance, niż mężowi czy partnerowi. Oni raczej jej nie docenią. Wy natomiast tak.

Przyjemnego czytania moje drogie. Bądźcie wyrozumiałe dla Rachel. Ona potrzebuje tylko trochę czasu, sama dostrzeże swoje błędy, dajcie jej tylko szansę. I trzymajcie za nią kciuki. A na pewno się nie zawiedziecie.

piątek, 22 sierpnia 2014

Serce Ferrinu - Katarzyna Michalak

Tytuł: Serce Ferrinu
Autor: Katarzyna Michalak
Seria: Kroniki Ferrinu, T. III
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie (jestem zaskoczona, że znalazłam dwa lub trzy błędy w tym przecież znanym wydawnictwie z długą historią. Czyżby osoba odpowiedzialna za korektę przysnęła podczas sprawdzania książki?)
Rok wydania: 2014, wydanie I
Strony: 493

 
 
Długo zabierałam się za tę książkę. Trzymałam ją na półce miesiąc, myśląc o niej cały czas i czasem spoglądając na nią ciekawym okiem. Jednak mijały dni, a ja wciąż nie mogłam zdobyć się na to, by przypomnieć jej, po co się znalazła w moim mieszkaniu. I nie wynikało to z obawy, że książka będzie nieciekawa, ani z jakichś złych wspomnień z poprzednich części. Było wręcz odwrotnie. Nie dotykałam jej tak długo, ponieważ czułam, że nie będę mogła dla niej wygospodarować odpowiedniej ilości czasu. Byłam zabiegana, uczyłam się dużo, odchudzałam się, więc ciągle coś tam ćwiczyłam lub tańczyłam. Bałam się, że jak już raz ją otworzę, to żadna siła mnie od niej nie odciągnie. A zbyt wiele projektów i celów, które sobie założyłam, czekało na mój wolny czas. Nie mogłam przecież odstawić wszystkiego na dwa dni, miałam też towarzyskie zobowiązania. No i domowe. Przecież jestem żoną, czuwam nad naszym ogniskiem domowym. Musiałam mieć na oku całe moje życie. Nie mogłam poświęcić się tylko i wyłącznie książce. A wiedziałam, że tak właśnie będzie. Przecież „Serce Ferrinu” musiało być ciekawe, pochłaniające bez resztek całą moją uwagę. Nie mogłam się w nią zagłębiać po trochu. Świat Ferrinu wciągnął mnie od pierwszej strony, gdy tylko Anaela po raz pierwszy przeszła przez portal do magicznego Świata Światów. Chciałam tam za nią podążyć, ale wiedziałam, że nie będę chciała wracać do normalnego świata z powodu jakichś tam obowiązków, zatem nie mogłam sobie pozwolić na spełnienie tej zachcianki od razu.
Omijałam więc książkę szerokim łukiem, mimo iż zaraz po przeczytaniu drugiej części„Kronik Ferrinu” gorączkowo poszukiwałam następnej w bibliotekach. A kiedy się okazało, że „Serce Ferrinu” jeszcze nie zostało wydane, przerzuciłam się na księgarnie internetowe. Na stronie empiku znalazłam obietnicę szybszego zdobycia książki wówczas błyskawicznie podjęłam postanowienie, aby książkę kupić. A wiecie ile książek kupiłam w życiu? Ani jednej! Zawsze znalazła się jakaś biblioteka, albo pomocna koleżanka, która użyczyła ciekawy tytuł.
Tym razem czułam zbyt wielkie rozgorączkowanie, aby czekać. Nie miałam pieniędzy na ten cel, mimo to tego samego dnia złożyłam zamówienie przez Internet. Jakież było moje zmartwienie, gdy okazało się, że owa „przedsprzedaż”, oferowana przez empik, dawała mi tylko tydzień, może dwa tygodnie forów, zanim książka miała ukazać się w księgarniach stacjonarnych? Ale cóż było robić? Mimo gorączki, trawiącej mój umysł, czekałam cierpliwie kolejne dwa tygodnie, aż wreszcie nadszedł upragniony sms- mogę odebrać zamówienie. Pobiegłam do księgarni jak na skrzydłach, wyciągnęłam z czarnej dziury pieniądze i z dumą wracałam do domu. Opakowanie otworzyłam oczywiście po drodze, bo koniecznie chciałam pogłaskać okładkę, aby zżyć się z moją książką (szkoda, że to nie moja własna książka, którą napisałam w pocie czoła- za nią też byłabym gotowa zapłacić :) ), zanim zagłębię się w historię w niej ukrytą. Gdy wróciłam do domu, odłożyłam ją na półkę i … czekałam. Na właściwy czas. Który nie nadchodził, choć mijały kolejne dni, a książka zdążyła pojawić się w księgarniach. Tak minął sobie miesiąc, gorączkę schowałam gdzieś w zakamarku mózgu, zajmując się sprawami, które nie mogły czekać.
Wreszcie nadszedł ten czas, kiedy nie byłam w stanie dłużej czekać. Zabrałam książkę ze sobą do pracy, kazałam jej czekać 8 godzin, po czym pojechałyśmy razem na wycieczkę rowerową. Gdy znalazłam wygodne miejsce na rozłożenie koca i swojego zmęczonego pozycją siedzącą ciała, wzięłam książkę. Popatrzyłam chwilę na okładkę, próbując wyobrazić sobie, jak wspaniale będzie wrócić do baśniowej krainy Katarzyny Michalak. W momencie, gdy mój wzrok padł na pierwsze słowa, byłam zgubiona.
Wiem, że jej książki o Ferrinie nie są arcydziełami swojego gatunku (aczkolwiek najbardziej złośliwi twierdzą, że „Kroniki Ferrinu” mijają się z wszelkimi gatunkami, bo nie jest to ani fantasy, ani s-f, ani nie pasują do innych podobnych gatunków literackich), są chaotyczne i niedoskonałe, ale wiecie co? Nie obchodzi mnie to. Nie potrafię być kapryśna wobec książki, która niemal od pierwszego zdania (właściwie dopiero od przejścia do innego Wymiaru, do Świata Światów, mało mnie interesuje życie na Ziemi, mam je na co dzień) porywa mnie w fantastyczną krainę wyobraźni, gdzie jest magia, magiczne zwierzęta i jednorożce. Przecież ja kocham jednorożce i nie wstydzę się do tego przyznawać, choć w moim wieku powinnam interesować się tylko małymi dziećmi i ich wychowywaniem. Ale wydaje mi się, że jestem jakaś taka wyjątkowa. I nie chodzi mi wcale o komplement pod własnym adresem. Chodzi mi o to, że jestem oderwana od rzeczywistości, w której przyszło mi żyć, ciągle chodzę z głową w chmurach i chętnie opuszczam ten świat bez wyobraźni, który nazywa się Ziemią. A jednocześnie potrafię w nim przetrwać bez większego szwanku na umyśle i do tego staram się udoskonalać swoje doczesne życie nauką i pracą nad sobą, aby dobrze mi się żyło. Ale nic mnie tak bardzo nie pociąga jak wyobraźnia. A tego nie mogę odmówić Michalak. Jak więc mogę nie przymknąć oka na niedoskonałości jej pisarstwa, skoro dzięki niej czuję się tak cudownie? Uwielbiam świat wyobraźni, a Michalak wyciąga do mnie rękę i daje mi to, czego potrzebuję jak powietrza.
Może jestem prosta i kiepski ze mnie krytyk, skoro zachwycam się książką, którą niejeden nie tknąłby nawet za cenę nudzenia się jak mops, ale ja uwielbiam Ferrin, który stworzyła dla mnie jego autorka. Jestem jak dziecko, które swoją naiwnością zadziwia otoczenie. Nie lubię szarości zwykłego dnia, obowiązków, tego, co należy czy trzeba. Za to kocham uciekać z tego naszego zwykłego świata, pełnego prawdziwych problemów, do innego, takiego wymyślonego, gdzie nic nie jest prawdziwe, a jednocześnie wszystko jest cudowne. I nawet nie przeszkadza mi okrucieństwo Ferrinu i jego mieszkańców. Ważne,  bym mogła uciec w świat wyobraźni i nigdy z niego nie wracać.
Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Skończyła się też moja przygoda z Ferrinem. Musze czekać na kolejny tom, który, mam nadzieję, jest już w połowie napisany. Tymczasem chcę się zająć nieco bardziej przyziemnymi sprawami, a mianowicie krytyką. Nie rozumianą dosłownie, a raczej tak literacko (wprawdzie zawsze chciałam być krytykiem filmowym, ale z braku laku zabawię się w krytyka literackiego, na którego się kompletnie nie nadaję, bo nie mam odpowiedniej wiedzy i wyczucia i łatwo mnie naciągnąć na zachwyt przy byle historyjce, która mnie się po prostu spodobała).
Jak już wyczytaliście pomiędzy moimi zachwytami- brakuje tylko ochów i achów- „Serce Ferrinu” wciągnęło mnie niemiłosiernie. Te 493 strony pochłonęłam w dwa dni, odstawiając na bok wszystko inne- męża, przyjaciół, ćwiczenia, naukę. Nie liczyło się dla mnie nic, tylko Ferrin. I mimo, iż brzmi to jak cytat wyciągnięty żywcem z książki, tak właśnie było. Czytało mi się bardzo dobrze, szybko, wyobraźnia chłonęła wszystko jak gąbka wodę. Nie potrafię nie polecić tej książki dalej. Polecam ją, nie fanom fantasy i innych baśni, tylko wszystkim tym, którzy kochają grę w wyobraźnię. Jeśli ktoś jest nastawiony tylko na wybrany przez siebie gatunek i przeczytał tysiące tomów ulubionego gatunku literackiego, nie doceni tej książki, a raczej zobaczy same błędy autorki i to znacznie więcej, niż ja jestem w stanie dojrzeć. Ale ci, którzy lubią się zapomnieć przy książce i uwielbiają, jak ja, znaleźć się w wyimaginowanym świecie zupełnie innym niż ten, z którego troskami musimy codziennie walczyć, na pewno polubią „Kroniki Ferrinu”.
Jak już wspomniałam w poprzedniej „recenzji” Kronik, główną bohaterką została Gabriela, córka Anaeli. Sama Anaela zeszła z podium i ukryła się gdzieś w snach. Obawiałam się tej zmiany bohaterów, bo to jest coś, co zawsze ciężko znoszę. Nie lubię żegnać tych, których zdążyłam polubić. Na pocieszenie dostałam ten sam żywy i jednocześnie denerwujący charakterek (jak można jednocześnie lubić i wkurzać się na tę samą osobę? Nie mam pojęcia, ale można) podobny jak dwie krople wody do Anaeli. Tak jak ona, Gabriela popełnia wiele błędów, jest nieodpowiedzialna i porywcza, a jednak potrafi zjednać sobie miłość i szacunek osób ze swojego otoczenia. Potrafi się też poświęcić dla tych, których kocha. Stara się chronić życie pod każdą postacią i zaprowadzić pokój w zwaśnionych krainach Świata Światów. Słowem, musi dokończyć misję swej matki, uratować Ferrin i cały Świat Światów przed wyniszczającą wojną. Jest Wybawicielką ze Smoczej Przepowiedni, która mówi, że tylko ona może przynieść zmęczonej krainie spokój i sprawiedliwość.
Gabriela trafia do Ferrinu chwilę po tym, jak Anaela zostaje ścięta. Nie przeżywamy więc jeszcze raz tej samej historii,  w innej odsłonie, jak to było w „Powrocie do Ferrinu”, co jest na pewno zaletą najnowszej Kroniki. Wadą jest zbytnie przybliżenie do baśni, zwłaszcza w ostatnich rozdziałach. Pod koniec książki ma się nieodparte wrażenie, iż czyta się jedną z Opowieści z Narnii, a przypominam, że C.S. Lewis napisał je dla dziecka. Zaś intencją Michalak, jak mi się wydaje, było trafienie do jak największej rzeszy czytelników, głównie dorosłych. Stąd rzucające się w oczy niedopasowanie końcówki książki do pozostałej koncepcji książki. Chociaż te merliny gdzieś w połowie… Lwiany mi pasują, uwielbiam je, ale merliny jakoś bardziej wydają mi się odpowiednie dla dziecięcych bajek.
Na kartach książki mamy mnóstwo cierpienia, poświęcenia, walki o dobroć i sprawiedliwość, jak powiedziałaby Czarodziejka z Księżyca, oraz mnóstwo przykładów niesubordynacji Wybawicielki, która nie słucha nikogo, bo wie lepiej, jak ocalić świat i swoich bliskich. Oczywiście ma rację częściej niż miała ją Anaela, a jej niesubordynacja najczęściej kończy się czymś dobrym, a nie kolejną dawką cierpienia, jak to było w przypadku matki Gabrieli. Mała Gabrysia, mimo iż młodsza zaledwie o 3 lata od Anaeli, gdy ta trafiła do Świata Światów, musi walczyć o szacunek, co nie przychodzi jej łatwo, bo często zachowuje się jak rozkapryszone dziecko. Można by pokusić się o stwierdzenie, że poszła w ślady mamy, w końcu to jej nieodrodna córka. Chociaż spodziewałam się po Michalak, że zmusi się do trochę większego wysiłku umysłowego i nie będzie korzystać z utartych przez siebie wzorców i wymyśli dla Gabrieli nieco inny temperament. Ale książka musi się dobrze czytać, a ognisty kolor włosów musi przecież pasować do charakterku. I czyż Anaela nie sprzedawała się świetnie? Możliwe, że autorka zastosowała taki środek bezpieczeństwa, aby mieć pewność, że fani Kronik przyjmą Gabrielę z otwartymi ramionami, bo mimo zmiany bohaterki, otrzymują wierną kopię poprzedniej, tej ukochanej i ulubionej.
Tak jak to było w przypadku Anaeli, wszyscy dość szybko Gabrysię pokochali, choć raczej miłością ojcowską. Chociaż z jednej rzeczy w kopiowaniu postaci Anaeli autorka zrezygnowała i chwała jej za to. Szkoda tylko, że postanowiła też zmienić Sellinarisa w bestię żądną krwi, która po śmierci Anaeli zrobiła się jeszcze bardziej mściwa i okrutna. Nie spodobała mi się ta zmiana, ponieważ nie pasowała zupełnie do obrazu Sellinarisa, jaki nam dała w dwóch poprzednich częściach. Można by powiedzieć, że zbezcześciła jego obraz. Wprawdzie był on okrutny, ale jednocześnie nie potrafił skrzywdzić kobiety tak, jak to zrobił w „Sercu Ferrinu”. W tej trzeciej części nie byłam w stanie czuć do niego nic innego jak tylko nienawiść.  A przecież to ten sam Sellinaris, w którym się zakochałam w poprzednich częściach, mimo iż potrafił być bardzo okrutny. Teraz dostałam zupełnie innego człowieka, którego nie sposób było pokochać. I on też nie potrafił kochać. Zabrano mu brutalnie te przymioty, które w poprzednich częściach stworzyły z niego istotę mroczną, ale godną pożądania. Teraz nie zostało z niej już nic. Wielka szkoda. Wolałabym zamiast tego, aby Gabriela trafiła do Ferrinu w momencie, kiedy Sellinarisa już by nie było w tamtym Wymiarze, niż patrzeć na jego upadek.
Tak jak to było w poprzednich częściach, jest dużo akcji, dużo krwi i wyciskania łez historiami mającymi właśnie taki cel. Jest też kilka historii wciśniętych na siłę, które do akcji nie wprowadzają nic, prócz tych kilka dodatkowo zapisanych stron, jakby przy ich pisaniu autorce zależało wyłącznie na tym, aby książka była jak najgrubsza. Dlatego też Michalak dorzuciła kilka nudnawych wątków i historyjek, lub zwyczajnie niedopracowanych, hołdując zasadzie- niech się dzieje (bez względu na jakość).
Na okładce wydawca napisał, że książki Katarzyny Michalak przesycone są emocjami. I muszę się z tym zgodzić, jednak pozwolę sobie na małą krytykę w związku z tym faktem. Mam nieodparte wrażenie, że na tym przede wszystkim autorka buduje akcję, nie troszcząc się zbytnio o zasadność występowania owych wyciskaczy łez. Katarzyna Michalak stara się grać emocjami swoich czytelników, pragnąc je wzbudzić tak często, jak tylko się da. Tak więc Gabriela umiera lub prawie umiera lub walczy z szaleństwem kilka razy (sprytnie, Pani Michalak, wiedziałaś dobrze, że to mnie wzruszy za każdym razem), przypada jej też w udziale cierpienie, którego nie zaznała jej matka. To ciągłe umieranie może niestety znudzić co bardziej wybrednych czytelników. No i czyż nie mieliśmy wystarczającej dawki tego w pierwszej części? Przydałoby się autorce kilka świeżych pomysłów, zanim postanowi wydać „Wojnę o Ferrin”.
W „Sercu Ferrinu” pojawia się również miłość, bo w książkach Katarzyny Michalak miłość musi być i koniec. Ja oczywiście nie protestuję, jako że jestem od niej uzależniona. Jednak to uczucie, podarowane Gabrieli dell'Soll, jest zbyt mdłe, aby mogło mnie zainteresować. Jest, bo jest. A może to wina wspomnień o niepohamowanym uczuciu, jakie łączyło Anaelę i Sellinarisa? Na otarcie łez dostałam z powrotem Sarisa, jednego z tych bohaterów, którego pojawienie się zawsze witam z radością. W prezencie otrzymałam również kilka dialogów, których w książce baśniowo- fantasy nie powinno być. Zbyt były przyziemne i psuły całą koncepcję. Ale na szczęście pojawiały się na tyle rzadko, że szybko udawało mi się o nich zapomnieć.
Jest też oczywiście chaos, bo tego Michalak nie potrafi się pozbyć. Jest rozwiązanie kilku zagadek, których nie wyjaśniono w poprzednich częściach, ale i pojawiają się pewnie niezgodności, których nie da się wytłumaczyć, a zostały wprowadzone chyba tylko po to, aby umilić czytelnikowi spacer po Ferrinie. Znowu gnębi mnie pytanie, czy pewne rzeczy naprawdę się nie zgadzają, czy może to ja znowu nie zrozumiałam, dlaczego coś musi być takie, a nie inne? Jednak najważniejsze, że dobrze się bawiłam z moimi wymyślonymi przyjaciółmi, mimo iż nie zaznałam dreszczu emocji związanego z miłością między Gabrielą i… nie powiem kim :)
Przymykam zatem oko na wszystkie niedoskonałości książki, bo bardziej niż przemyślane do ostatniej literki szczegóły, trwanie przy gatunku, jaki się obrało czy sens przedstawionych faktów,  cenię sobie emocje, dobrą zabawę i zapomnienie. Bo wiecie co? Czytając „Serce Ferrinu” bawiłam się świetnie, płakałam jak jakaś płaczka do wynajęcia i całkiem zapomniałam o Bożym Świecie :)

 Książka została napisana 12 lipca 2009 roku więc myślę, że nie będę musiała długo czekać na kolejny tom.
 
P.S. Jeśli ktoś ma ochotę odkupić ode mnie tę książkę, zapraszam. Cena 30 zł z przesyłką. Stan idealny.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Dlaczego mężczyźni nie powinni interesować się modą


               Świat zmierza w jakimś dziwnym, szalonym kierunku. Kobiety, czy to wiedzione falą emancypacji, czy też potrzebie dorównania mężczyznom, garną się do zawodów uznawanych za typowo męskie, uprawiają męskie zawody, wymagające dużej siły fizycznej i psychicznej. Nawet ubierają się w ciuchy o męskich krojach. Choćby zwykłe boyfriend jeans przypominają o tym, że kobiety poczuły w sobie pragnienie, by być postrzegane jak mężczyźni- silne, znające swoją wartość, zawsze pierwsze i najlepsze. Jednak w tym trendzie zachowują swoją kobiecość. Gdy nakładają męską część garderoby, fryzurą, make-upem, dodatkami podkreślają swoje kobiece atuty, bo przy tym wciąż chcą wyglądać kobieco, pięknie, sexy. Widocznie uważają,  że w kontraście z męskimi ubraniami ich kobiecość jest jeszcze mocniej wydobyta na światło dzienne.

              Niestety mężczyźni poszli w ślady kobiet. Zwrócili swoją uwagę w kierunku tematów zdominowanych przez kobiety. Odnaleźli w sobie potrzebę, aby dobrze się ubrać i wyglądać ładnie. W zamian, mam takie nieodparte wrażenie, zrezygnowali ze swojej męskości. Bo mężczyzna nie powinien wyglądać ładnie, tylko dobrze, schludnie. Po prostu męsko. Sklepy odzieżowe szybko zauważyły wzrastające zainteresowanie modą u mężczyzn i pospieszyły z odpowiedzią na te potrzeby. Zalały półki ubraniami, które miały w sobie damski pierwiastek. I zrobiły to tak umiejętnie, że wielu mężczyzn nawet się nie zorientowało, że dobrowolnie zaczęli rezygnować z tego, co kiedyś było uznawane za powód do dumy.

                Jeszcze niedawno to głównie sklepy ZARA i H&M hołdowały nowemu damskiemu trendowi na dziale męskim. Obecnie z przykrością zauważam, że w sieciówkach naprawdę ciężko znaleźć męskie ubrania pozbawione damskiego pierwiastka. Może jeszcze sklepy sportowe są go całkowicie pozbawione. I całe szczęście, bo obawiam się, że niedługo nie będę miała gdzie wysłać męża na zakupy. Bo jestem tradycjonalistką i lubię jak mężczyzna wygląda jak mężczyzna.

                 Niestety mam coraz większy problem w odróżnianiu kobiet i mężczyzn, kiedy widzę z daleka idącą w moim kierunku sylwetkę. Właściwie to powinnam cały czas chodzić z otwartymi ze zdziwienia ustami. Mam wrażenie, że mężczyźni chodzą w przebraniach próbując ukryć to, co dała im natura. Jest to przerażająca wizja. Czy to seksmisja 2? Tylko, że tym razem to mężczyźni sami pozbawiają się swoich atutów. Młodzi mężczyźni zapuszczają grzywki w stylu Justina Biebera, przekłuwają uszy, noszą torby i torebki przez ramię, duże szale i kominy, kardigany, białe delikatne trampeczki, krótkie jeansowe spodenki przed kolana z podwiniętymi nogawkami, spodnie ze ściągaczami, pokazującymi kostki, obcisłe spodnie, koszule w kwiaty, choć wcale nie są na Hawajach, buty przypominające krojem i wzorami damskie. Do czego to wszystko prowadzi? Czy niedługo kobiety same będą musiały wkręcać żarówki i przeczyszczać rury w łazience, bo mężczyźni w tym czasie będą chodzić na pokazy mody? Kiedy jadę rowerem do pracy w moim sportowym stroju i widzę te męsko-damskie twory wyprodukowane przez dzisiejszy świat naśladownictwa, czuję się bardziej męsko niż niejeden mijany mężczyzna. A przy tym jestem stuprocentową kobietą, lubiącą fatałaszki, kwiatki i filmy romantyczne. Dlaczego więc tak się czuję?

                Uważam, że mężczyźni nie powinni interesować się modą, bo zaczynają wyglądać groteskowo. Czy za kilka lat zmienią się w Conchitę Wurst, która chce być kobietą, a nie może do końca zrezygnować ze swojej męskości? Zaczynam tęsknić za wizerunkiem dawnego macho, męskiego egoisty, którego wcześniej nie mogłam po prostu znieść. Ale zbyt mnie dzisiaj męczą próby odróżnienia, czy na ulicy mija mnie gej, czy po prostu mężczyzna, który chce ładnie wyglądać. Tylko, że mężczyzna nie powinien wyglądać ładnie, ale jak samiec. Jego ubiór, jak i cały wizerunek, nie powinien wprowadzać w błąd co do orientacji seksualnej czy przynależności płciowej. Dzisiaj te granice tak potwornie się zacierają, że obawiam się, iż za kilak lat nie będzie na kim oka zawiesić i trzeba będzie wybierać między mężczyzną bardziej lub mnie gejopodobnym. Może i stawiam swoje tezy zbyt dosadnie, ale mam nadzieję, że w ten sposób faceci otrząsną się z tego dziwnego transu, spojrzą wreszcie na siebie w lustrze i postanowią na powrót stać się prawdziwymi samcami rodem z westernów. Już nawet zdzierżę plucie tytoniem do spluwaczki. Choć obawiam się, że jest to tylko moje niespełnione marzenie.

                Pozostaje mi więc oglądanie westernów i starych filmów z nadzieją, że te męskie czasy, tak łatwo dziś porzucone, kiedyś znowu wrócą. I będę mogła cieszyć się widokiem Bruce’a Willisa, ścigającego terrorystów w poplamionej, niegdyś białej podkoszulce, lub szukającego piątego elementu, by móc uratować świat. Chociaż chwileczkę… czy w tym filmie Willis nie nosił pomarańczowej podkoszulki i krótkiej kurteczki przypominającej ramoneskę? I białych bandażowych rękawków? No ale wybaczcie moi drodzy, on uratował świat przed złem absolutnym. Co może być bardziej męskiego?

                 Ale Wy Panowie obudźcie się, odrzućcie w diabły swoją wewnętrzną kobietę i stańcie się na powrót samcami Alfa, którzy nie dbają o to, co mają na sobie, dopóki jest to czyste i schludne. Chyba, że akurat ratujecie świat, wtedy plamy na koszulkach opinających mięśnie (ukazane nie dla szpanu, tylko dlatego, że jest gorąco i trzeba było podwinąć rękawy J)  i pot spływający po plecach jest dozwolony J Ale na pewno nie różowe spodnie, espadryle w kwiaty i chusta przewiązana w pasie!

wtorek, 5 sierpnia 2014

Nowe życie starych spodni

Czy Wy też tak macie, że Wasze ulubione jeansowe spodnie zawsze dziurawią się w kroku? Wciąż wyglądają jak nowe, ale nie da się ich już nosić, bo przez tą wielką dziurę wiatr wieje? Naprawdę jest to frustrujące. Gdyby to była chociaż jakaś super oldshoolowa dziura w kolanie... Ale nie, moje jeansy zawsze dziurawią się w kroku! Za każdym takim przypadkiem spodnie lądowały w śmieciach. Tym razem się zbuntowałam. Jak to tak? Mam je wyrzucać, gdy nosiłam je zaledwie kilka miesięcy? O nie. Nie tym razem. Jest lato w pełni, krótkie spodenki jak najbardziej się przydadzą. Wystarczy tylko kilka minut pracy, ostre nożyczki i już mamy nowiutką parę szortów :)








Wpis bardzo nieksiążkowy, ale pomyślałam, że może komuś przyda się ten pomysł :) Spodenki fajnie się strzępią już po pierwszym założeniu, więc nie ma potrzeby bawić się w wyciąganie nitek pęsetą.

Pozdrawiam wszystkie kobiety, które nie cierpią dziur w spodniach :)

wtorek, 15 lipca 2014

Uzależniona od LOVE AND GREAT SHOES



                Ostatnimi czasy uzależniłam się od dużej dawki pozytywnej energii, którą otrzymuję w prezencie od Justyny i Kasi, wspaniałych dziewczyn, prowadzących blog Love and great shoes Blog ten przeglądam od ponad dwóch lat. Umieściłam go na liście Top 7 moich ulubionych blogówmodowych. Stał się on jednym ze składników mojego codziennego życia zanim jeszcze stał się popularny. Gdy go odkryłam, licznik odwiedzin był znacznie skromniejszy, komentarze nieliczne, styl Kasi nieco inny od obecnego. Właściwie to przegapiłam ten moment, w którym dziewczyny podbiły serca rzeczy czytelników. Nie zauważyła tego, ponieważ dla mnie one od początku były kimś, kto zasługiwał na uwagę i dziwiłam się, że tak niewiele osób doceniało pomysłowość Justyny i Kasi i odmienność ich bloga od innych, które obserwowałam. Nie potrafię do końca uchwycić i opisać tej cechy, która powodowała, że ten blog wyróżniał się na tle innych, które kiedyś przypadkiem odwiedziłam. Może to przez niewymuszoność stylizacji, urok dziewczyn, ich fotogeniczne rysy, sympatię, którą wymuszały ich charaktery? Niewiele można powiedzieć o osobie, którą się zna wyłącznie przez zdjęcia i komentarze, ale mnie to wystarczyło. Uśmiechy, tak szczere i sympatyczne, od razu trafiły do mojego serca. Polubiłam tak blog jak i jego prowadzące. A zwłaszcza polubiłam diastemkę Kasi, tę drobną niedoskonałość, która nadawała jej wyjątkowości, a była często komentowana jako minus w urodzie Kasi. Mnie zaś ten szeroki uśmiech od razu powiedział, że mam do czynienia ze wspaniałym charakterem, diastema zaś wyróżniała Kasię z tłumu. Wprawdzie za jakiś czas przyjdzie mi się pożegnać z tym widokiem, ponieważ Kasia postanowiła ukryć się w tym anonimowym tłumie i pozbyć się swojej cechy charakterystycznej, lecz nawet to nie zmieni faktu, że wciąż będzie tą wspaniałą dziewczyną sprzed dwóch lat, którą przypadkiem odkryłam w gąszczu internetowych bzdur.

                Przyjaźń jest jednym z najcenniejszych darów, jakie ofiarowuje nam życie. Zawsze doceniałam prawdziwą przyjaźń, jakże więc mogłabym pozostać obojętna na przyjaźń Kasi i Justyny? To jeden z takich związków, który nadaje sens życiu, wywołuje uśmiech na twarzy, łączy na całe życie, rysuje wspaniałe i ciekawe historie, pozwala uwierzyć w bezinteresowność. Na przyjaciółce można polegać w każdej sytuacji, czas z nią spędzany mija jak jedna chwila, można cały dzień strawić na rozmowach o niczym, bez poczucia, że straciliśmy choćby minutę, a godziny wydają się być sekundami. Można się spotykać codziennie, a zawsze jest temat do rozmowy, choćby nawet wracało się do tych samych tematów z poprzedniego dnia. W przyjaźni nie istnieje nuda ani zazdrość. Jest to uczucie uzależniające swoimi pozytywnymi wibracjami. Ja dałam się usidlić tej przyjaźni. I jestem od niej coraz bardziej uzależniona.

                 Od dobrego miesiąca jestem niemal codziennie na blogu, sprawdzając czy dziewczyny dodały coś nowego. Zauważyłam, że gdy jestem na którejś ze stron należących do LGS (skrót od bloga) poprawia mi się humor. Nie jestem płytką dziewczyną. W blogach modowych bardziej niż ciuchy interesują mnie ludzie, piękno, jakie pokazują na zdjęciach i radość życia, które z pasją przeżywają. Mówiąc, że nie jestem płytką dziewczyną, bronię się z góry przed oskarżeniami, że skoro oglądam ciuchy z takim zainteresowaniem, to muszę być niezbyt rozgarnięta. Ale prawda jest inna, nie jestem płytka. Mam swoje zainteresowania. Uwielbiam tańczyć, jazda rowerem i pikniki, nadają sens mojemu życiu, kiedy nie mam innej alternatywy dla spędzanie czasu w mieście latem. Kocham książki, a godziny, jakie spędziłam na oglądaniu filmów ułożyłyby się w całkiem nowe życie. Uwielbiam spotykać się z przyjaciółmi, mogłabym pogłaskać każdego przechodzącego psa lub kota, lubię uczyć się języków obcych, wspaniale się czuję, gdy mogę udawać profesjonalnego fotografa. Uwielbiam piękno w każdej postaci, lubię je oglądać uwiecznione na fotografii. Kocham czekoladę. Lubię od czasu do czasu wypróbować dla przyjaciół jakiś nowy przepis na potrawę lub ciasto. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Choć czasem czuję, że moje życie jest nudne, przewidywalne i rutynowe, to gdy zaczynam się nad tym głębiej zastanawiać, wychodzi mi całkiem inny wynik. Ale jak każdy, mam czasem swoje chwile zwątpienia. Wówczas przychodzą mi na pomoc inni ludzie.

                 Lubię podglądać cudze życia. Gdy wieczorami spaceruję ulicami, nie potrafię się powstrzymać przed zajrzeniem w rozjarzone światłami okna. Spoglądam pomiędzy firanki, widzę sylwetki ludzi, krzątające się w swoim życiu. Od szklanych ekranów od razu odwracam wzrok, bo wiem, że tam nie znajdę nic interesującego. Ale jak tylko dojrzę pomiędzy firankami żonę przygotowującą kolację dla swojego męża, matkę bujającą niemowlę, dzieci bawiące się z psem, roześmianych przyjaciół, kradnących dla siebie przyjemne chwile spośród tak samo wyglądających dni, wówczas muszę na chwilę przystanąć pod takim oknem. Czasami czuję się wtedy jak dziewczynka z zapałkami, marznąca w obojętnym świecie, która stara się ogrzać szczęściem innych. Jestem szczęśliwa, mam cudowne życie, lecz lubię podglądać życie innych. Moja wyobraźnia pracuje wówczas na najwyższych obrotach. Wyobrażam sobie, jak bardzo ci ludzie są szczęśliwi, czerpię radość z ich radości, mimo iż tak naprawdę są to tylko moje wyobrażenia. Bo czyż można stwierdzić, że człowiek jest szczęśliwy, spoglądając przez chwilę przez firankę?

                   Mimo to takie podglądanie cudzego życia budzi we mnie radość. Gdy ktoś odsłania mi kawałek swojego życia, jest to takie uczucie, jakbym uczestniczyła w jakiejś bajce. Wszędzie królują uśmiechy, radość, przeżywanie życia w całej jego pełni. Może to dlatego tak bardzo lubię przeglądać blogi modowe? Zdjęcia są jak okna bez firanek. Mogę spokojnie zajrzeć do środka, bez obaw, że firanka zasłoni mi to szczęście, które spodziewam się odnaleźć po drugiej stronie szyby. Gdy zaś na zdjęciach odnajduję piękno, radość i szczerość, dzień od razu staje się przyjemniejszy.

                   Na LGS zawsze znajduję same pozytywne uczucia. Prawdziwa przyjaźń już taka jest. Nie ma w niej negatywnych przeżyć. Pasja jest kolejnym pozytywnym uczuciem, która wpływa na moje własne życie. Gdy widzę, jak ktoś z pasją oddaje się swoim zainteresowaniom, ten widok dodaje mi sił, aby dorzucić jeszcze więcej pasji do tego, co sprawia mi przyjemność i zmienia zwykłe dni w bajkę. Chyba dlatego uzależniłam się od Kasi i Justyny. Ich przyjaźń dodaje mi sił w codziennej walce o przetrwanie wśród nudy dorosłego życia, a pasja, z jaką dziewczyny oddają się swoim zainteresowaniom sprawia, że jeszcze bardziej chce mi się żyć i starać przeżyć swe życie właściwie. Młodość wyróżnia się tym, że ma się siłę sprostać każdemu zadaniu, że chce się robić dużo więcej, niż można zmieścić w 24 godzinach, ma się niespożytkowane siły, które utrzymują powieki otwarte nawet wtedy, gdy czujemy zmęczenie po pracy, które prostują plecy i każą iść tu i tam, spotkać się z kimś miłym, zrobić jeszcze to i to. Pamiętam jeszcze tamte odległe czasy młodości i choć codziennie borykam się z chronicznym zmęczeniem, wywołanym rannym wstawaniem i pracą, to gdy wchodzę na blog LGS, wstępuje we mnie drugie życie i od razu chce mi się więcej. To chyba jest fenomen tych dziewczyn. Ich wesołość jest zaraźliwa, pasja życia uzależniająca, a siły do walki z życiem wręcz pomagają mi  uporać się z własnym zmęczeniem. Lubię to uczucie odrodzenia, gdy wchodzę na blog lub instagram LGS.



                  Lubię wspólne zdjęcia dziewczyn. Są takie wesołe i pozytywne. Uwielbiam oglądać filmiki z udziałem Kasi i Justyny na YouTubie. Ich siłą jest przyjaźń. Filmy, w których dziewczyny występują osobno, są również ciekawe, jednak gdy Justyna i Kasia są razem, dopiero wtedy jest moc i power. Tak pozytywnych charakterów nie spotyka się codziennie. Ich wspólne filmy wywołują uśmiech na mojej twarzy. Mogę je oglądać codziennie, po kilka razy. Zawsze myślę sobie wtedy, że chciałabym te dziewczyny poznać, czuję, że dobrze byśmy się razem bawiły. Ich siła przyciągania jest tak wielka, że mogę nawet słuchać o rzeczach, które kompletnie mnie nie interesują, tak ciekawie dziewczyny opowiadają o przyziemnych sprawach. Bije od nich tak wiele pozytywnej energii, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Ta energia bije od nich i wpływa na mnie przez ekran. Jak to jest możliwe? Wystarczy, że obejrzę jeden ich film i od razu na duszy robi mi się lepiej, lżej... nagle czuję, że potrafię zrobić rzecz, która wcześniej wydawała mi się niemożliwa, przetrwać kolejny nudny dzień w pracy bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym czy natychmiast podjąć się czegoś, co odwlekałam z powodu braku sił. Jak one to robią? Jak to się dzieje, że zerknę na profil dziewczyn na Instagramie, a od razu mam tysiące pomysłów na dzień i mnóstwo zamiarów w głowie, które wydają się tak bardzo możliwe do spełnienia, mimo że wcześniej sama myśl o nich wywoływała ból głowy? Nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Mam tylko nadzieję, że dziewczyny nie przestaną nagrywać, prowadzić blog i nigdy nie pozwolą, aby walka z szarą rzeczywistością kiedykolwiek zerwała tę nić przyjaźni, którą dziewczyny utkały pośród gąszczu obojętności, fałszu i brudu życia. I że nie przestaną się nią z nami, czytelnikami bloga, dzielić.


              Moje ulubione filmiki:

Update: Działalność bloga zakończona w marcu 2015 roku. Dziewczyny przeniosły swoją działalność na youtube i instagram.

czwartek, 10 lipca 2014

Prośba do reklam

Wszędzie reklamy...

Reklamy! Dajcie już spokój! Dajcie odetchnąć. Nie pojawiajcie się na każdym kroku. Nie podążajcie za mną wszędzie, gdzie pójdę. Uciekłam przed Wami w Internet. To przez Was nie słucham już radia. To Wy kazałyście mi zrezygnować z telewizora. To Wy kradniecie mój spokój, gdy pragnę relaksu przed szklanym ekranem.

Dlaczego jesteście też tutaj? Odejdźcie! Dlaczego podążacie za kursorem? Czemuż nie mogę Was przewinąć? Gdzie podział się magiczny krzyżyk, który mnie od Was uwolni? Przynajmniej dopóki nie przejdę na inną stronę?

Ten odcinek trwa tylko 25 minut! Dlaczego przerywacie mi go dwukrotnie? Przecież zaraz będzie koniec! I tak  mocno zacisnę oczy, zasłonię uszy rękami, żeby tylko nie dotarł do mnie Wasz wibrujący, nachalny głos i abym nie musiała na Was patrzeć!

Skąd tyle tych wyskakujących okienek? Jesteście jak uprzykrzone muchy, latające nad uchem w najgłębszej fazie snu. Wiecie jak to boli, gdy trzeba się obudzić, otworzyć oko, podnieść rękę, żeby ją odgonić? I co to da? Za chwilę przyfrunie z powrotem! Skąd się to bierze? Ach tak? Pisałam ankietę? Wypominacie mi tamto? Że wybrałam właśnie te wyskakujące okienka? Wtedy nie wiedziałam, co to będzie oznaczać. Nie sądziłam, że będziecie się rozmnażać w takim tempie. Że nie da się Was spokojnie przewinąć, przymknąć oczu, jakby Was w ogóle nie było. Bo przecież teraz rzucacie się od razu do oczu jak wygłodniałe wilki. Tamta ankieta to błąd przeszłości. Wybaczcie mi go i zniknijcie raz na zawsze!

Mam to coś, co nazywacie wolą. Nie muszę Was słuchać, aby wiedzieć, co lubię. Nie potrzebuję Was, aby wiedzieć, co chcę kupić. Zostawcie mi chociaż Internet, nie każcie mi z niego rezygnować! Gdzie mam przed Wami uciec? Co mi pozostanie? Czy i w książkach będę się na Was natykać co drugą stronę? Czy zamierzacie zastąpić tradycyjną ilustrację? Czy nie ma dla Was świętości?

Nie chcę Was, odejdźcie!

Nienawidzę Was!