Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura przygodowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2018

Nauka języka angielskiego może być przyjemnością. Pomysł na prezent świąteczny


Jako, że święta zbliżają się wielkimi krokami i jest coraz mniej czasu na zakup prezentów, spieszę z pewnym pomysłem dla kochających książki i jednocześnie fanów nauki języków obcych, na który natknęłam się przypadkowo w Empiku. Co więcej, sama sprawiłam sobie ten prezent, bo nie mogłam się oprzeć wyjątkowo niskiej cenie i genialnemu pomysłowi, na który ktoś wreszcie wpadł i rozwiązał największy problem, na jaki zawsze się natykam, gdy sięgam po literaturę obcojęzyczną w ramach nauki. Jestem już na takim etapie nauki, że jedyną rozsądną rzeczą, jaką mogę zrobić, jest czytanie jak najwięcej i podłapywanie w ten sposób nowych słówek.
Bo wiadomo, że najlepiej pamiętamy coś, co najczęściej powtarzamy i używamy. A żeby powtarzanie nie było monotonne, dobrym pomysłem jest wykorzystywanie naszych hobby do tego. Moim ulubionym zajęciem jest czytanie, dlatego najczęściej sięgam po literaturę piękną, gdy mam ochotę pobyć trochę z językiem obcym. Uwielbiam to z dwóch powodów- dostaję fajną historię i mogę poćwiczyć gramatykę, bez większego skupiania się na zasadach. Jestem wzrokowcem i najlepiej wpada mi w pamięć coś, co zobaczę na papierze. Książka, jaką znalazłam w Empiku dała mi jeszcze trzecie rozwiązanie, na które dawno czekałam, a które zawsze zabierało zbyt dużo czasu i było bardzo kłopotliwe, gdy chciałam robić to sama. Dlatego chylę czoła przed tymi, którzy nie tylko wpadli na ten pomysł, ale i włożyli ogrom pracy w jego wykonanie. Zwłaszcza, że tytuły, jakie wybrali do swoich tłumaczeń, są tytułami o wysokim poziomie trudności, jako że zawierają starą angielszczyznę i sformułowania, które dawno wyszły z użycia. Oszczędzili mi w ten sposób mordęgi i pozwoliły mi nauczyć się rzeczy, których w zwykłym podręczniku do nauki nigdy bym nie znalazła.
Mówię tu o wydawnictwie poltext i ich tłumaczeniach znanych i kultowych książek: Ani z Zielonego Wzgórza, Dumy i Uprzedzenia oraz Tajemniczego Ogrodu. Te trzy książki znalazłam w Empiku w cenie 30 zł i gdyby nie brak funduszy, zabrałabym wszystkie do domu. Każda z nich na okładce ma oznaczony poziom nauki. Tajemniczy Ogród B1, Ania z Zielonego Wzgórza B2 oraz Duma i Uprzedzenie C1. Nie wiem co wpłynęło na tę klasyfikację, ale uważam, że pierwsze dwa tytuły należą raczej do poziomu C1, podczas gdy Duma i Uprzedzenie, jako najmłodsza i zawierająca najwięcej staroangielskiego, jest na poziomie C2. Czytałam ją kiedyś w oryginale i mimo, że zrozumiałam wiele, napotkałam natrzęsienie zwrotów i słów, których znaczenia nie znałam i gdybym chciała je wszystkie odnaleźć we współczesnych słownikach, zajęłoby mi to wieki, jeśli w ogóle by udało mi się je namierzyć. Tymczasem mi najbardziej zależało na tym, aby nacieszyć się znaną, bo czytaną wielokrotnie historią.
Wydaje mi się, że przez to, iż znałam książkę na pamięć, pomogło mi to w jej zrozumieniu, mimo długich opisów i bardzo wyszukanego słownictwa, cechującego pisarstwo Austen. Czytałam też inną pozycję autorki i było mi już trudniej ją zrozumieć, bo nie znałam jej tak dobrze, jak znałam Dumę. Stąd moje śmiałe stwierdzenie, że poziomy nauki są nieco zaniżone. Przekonałam się o tym, jak tylko zaczęłam czytać Anię. Byłam przeświadczona iż będzie to łatwa książka, ze względu na to dla jakiego czytelnika została przeznaczona, tymczasem okazało się, że utonęłam w nowym dla mnie słownictwie już w pierwszym akapicie. I gdyby nie pomoc wydawnictwa i podwójne czytanie każdego akapitu, dużo z tej książki by mi umknęło.
W swoim życiu przeczytałam już wiele tytułów w języku angielskim, ale rzadko skupiałam się na szukaniu nieznanego słownictwa, bo jedyne co mnie interesowało, to dowiedzieć się, co się za chwilę wydarzy. Również wiedziałam, że ćwiczę w ten sposób naturalne myślenie i mówienie w języku obcym, bo zapamiętywałam wyrażenia, sposób układania zdań, pewne formuły, z których nauką miałam problem, bo nie miałam jak ich przećwiczyć w prawdziwym życiu, czy też utrwalałam podstawowe czasy gramatyczne, co pozwalało mi na lepsze rozumienie, kiedy je stosować. I to zawsze powtarzałam moim koleżankom, które miały problemy z nauką angielskiego- rekomendowałam im czytanie książek angielskich tak, jakby czytały zwykłą literaturę- dla przyjemności, bez skupiania się na gramatyce, poszczególnych słowach, których znaczenia w zdaniu nie znały, nakazując im skupiać się na ogólnym znaczeniu i rozumieniu, o czym jest dany akapit. Mnie to bardzo pomogło i czuję, że gdyby nie takie podejście i wiele przeczytanych książek, miałabym większe problemy z wysławianiem się w języku obcym. I to, że czytam angielskie książki zauważyli również moi nauczyciele, ponieważ widzieli, że nie robię typowych dla początkujących błędów, które czasem robią nawet bardziej zaawansowani słuchacze.
W tym roku postanowiłam bardziej skupić się na słownictwie, bo zauważyłam, jak wielkie mam braki, zwłaszcza z przymiotnikami. Uświadomiła mi to głęboko książka Barbary Tate „West End Girls”, zawierająca tak wiele przymiotników, że aż głowa mnie rozbolała z wrażenia. Z czego może 1% był mi znany. Nie tego człowiek się spodziewa po 6 latach nauki, prawda?
Dlatego gdy zobaczyłam Anię w empiku, gdy zajrzałam do środka i zobaczyłam jaki jest jej układ, od razu wiedziałam, że ta książka wyląduje na mojej półce. Wybrałam właśnie ją, bo Dumę i Uprzedzenie czytałam zaledwie rok temu, a Tajemniczy Ogród był dużo cieńszy, a ja lubię, gdy cena odpowiada jakości towaru (jak to się mówi po angielsku „good value for money”). I uważam, że książka o połowę cieńsza powinna być o połowę tańsza. Natomiast Ani dawno nie miałam w rękach i bardzo zapragnęłam odświeżyć sobie tę dobrze znaną historię. I uważam, że bardzo dobrze zrobiłam, bo dostałam w cenie 30 złotych świetną historię, dużo stron na długie zimowe dni jak i cały ogrom słów do nauczenia, podany w taki sposób, że człowiek wcale nie czuje, że się uczy. A wszyscy wiemy, jak to wspaniale działa na motywację, gdy nikt nas nie naciska i nauka jest wpleciona w zabawę.
Cały pomysł książki jest bardzo prosty, ale jak do tej pory nikt wcześniej się tego nie podjął. Być może odstraszył go multum pracy. Poczynając od pierwszego akapitu, na marginesie mamy tłumaczenia słów, wyrażeń i króciutkie wskazanie etymologii słów pochodzących ze staroangielskiego, które wyszło już z użycia (dla przykładu: ruther=rather- i tłumaczenie słowa). Proste, wygodne i piękne w swej prostocie. Dzięki temu wspaniałemu pomysłowi nie muszę już tracić czasu na ciągłe wyciąganie telefonu i sprawdzanie w słowniku słów, które mnie ciekawią, bo wystarczy, że przeniosę wzrok na margines i już mam wytłumaczenie.
I teraz czytanie książek po angielsku jest znacznie przyjemniejsze, gdy nie muszę się już zastanawiać, co znaczą poszczególne słowa. Oczywiście nie wszystkie słowa są wytłumaczone i czasem trzeba zajrzeć do słownika, ale jest to o wiele mniej pracy, dzięki czemu mogę skupić się na zupełnie czymś innym, mianowicie na smakowaniu tych słów, czytaniu powtórnie każdego akapitu, aby zapamiętać słowo lepiej, jak i skupiając się bardziej na konstrukcji każdego zdania i sposobie użycia poszczególnych powiedzeń. Z tym wydawnictwem nie tylko czytam książkę, ale naprawdę uczę się myślenia w języku obcym. Uważam, że rozwiązanie to znacznie ułatwiło mi naukę i dzięki niemu będę mogła wznieść się chociaż pół poziomu wyżej w nauce.
Oprócz wyjaśnień na marginesach co jakiś czas napotykamy ćwiczenia, które jeszcze bardziej utrwalą wiedzę i pozwolą jeszcze lepiej zrozumieć język. Całe lata czekałam na takie książki i wreszcie się doczekałam. Mam nadzieję, że wydawnictwo pójdzie o krok dalej i sięgnie po współczesne i poczytne tytuły, bo ja na pewno po takie książki sięgnę. I jak myślicie, czyż nie jest to wspaniały prezent dla każdego pochłaniacza książek? Ja na pewno kupię wszystkie dostępne tytuły, bo uważam, że warto. A jeśli interesują Was inne języki, widziałam wydania w językach: włoskim, hiszpańskim i francuskim. Gdyby nie to, że znam tylko podstawy włoskiego i hiszpańskiego, kupiłabym także tamte pozycje. Tymczasem skupię się na Ani z Zielonego Wzgórza, bo zimowe wieczory są długie, a historia Lucy Maud Montgomery ciepła i wciągająca, jak picie gorącej czekolady.
P.S. Jako dodatkowe ćwiczenie, można czytać tę książkę na głos, np. leżąc w wannie. A potem odsłuchać audiobook udostępniony na stronie wydawnictwa i sprawdzić, jakie słowa wymawiamy źle oraz uczyć się szybkiego czytania z tym audiobookiem na słuchawkach i z książką papierową w ręku. Pomysł warty wprowadzenia w życie. Ja na pewno tak zrobię. Czas wziąć się poważnie za naukę, w przyszłym roku kolejny zagraniczny wyjazd. Nie ma na co czekać, nikt tego za mnie nie zrobi! Więc jeśli nie macie żadnego pomysłu na prezent, a macie w swoim kręgu kogoś zakochanego w czytaniu i naukach języków obcych, to pozwalam Wam skorzystać z tego konceptu. I nie dziękujcie, cieszę się, że mogłam pomóc :)

piątek, 22 sierpnia 2014

Serce Ferrinu - Katarzyna Michalak

Tytuł: Serce Ferrinu
Autor: Katarzyna Michalak
Seria: Kroniki Ferrinu, T. III
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie (jestem zaskoczona, że znalazłam dwa lub trzy błędy w tym przecież znanym wydawnictwie z długą historią. Czyżby osoba odpowiedzialna za korektę przysnęła podczas sprawdzania książki?)
Rok wydania: 2014, wydanie I
Strony: 493

 
 
Długo zabierałam się za tę książkę. Trzymałam ją na półce miesiąc, myśląc o niej cały czas i czasem spoglądając na nią ciekawym okiem. Jednak mijały dni, a ja wciąż nie mogłam zdobyć się na to, by przypomnieć jej, po co się znalazła w moim mieszkaniu. I nie wynikało to z obawy, że książka będzie nieciekawa, ani z jakichś złych wspomnień z poprzednich części. Było wręcz odwrotnie. Nie dotykałam jej tak długo, ponieważ czułam, że nie będę mogła dla niej wygospodarować odpowiedniej ilości czasu. Byłam zabiegana, uczyłam się dużo, odchudzałam się, więc ciągle coś tam ćwiczyłam lub tańczyłam. Bałam się, że jak już raz ją otworzę, to żadna siła mnie od niej nie odciągnie. A zbyt wiele projektów i celów, które sobie założyłam, czekało na mój wolny czas. Nie mogłam przecież odstawić wszystkiego na dwa dni, miałam też towarzyskie zobowiązania. No i domowe. Przecież jestem żoną, czuwam nad naszym ogniskiem domowym. Musiałam mieć na oku całe moje życie. Nie mogłam poświęcić się tylko i wyłącznie książce. A wiedziałam, że tak właśnie będzie. Przecież „Serce Ferrinu” musiało być ciekawe, pochłaniające bez resztek całą moją uwagę. Nie mogłam się w nią zagłębiać po trochu. Świat Ferrinu wciągnął mnie od pierwszej strony, gdy tylko Anaela po raz pierwszy przeszła przez portal do magicznego Świata Światów. Chciałam tam za nią podążyć, ale wiedziałam, że nie będę chciała wracać do normalnego świata z powodu jakichś tam obowiązków, zatem nie mogłam sobie pozwolić na spełnienie tej zachcianki od razu.
Omijałam więc książkę szerokim łukiem, mimo iż zaraz po przeczytaniu drugiej części„Kronik Ferrinu” gorączkowo poszukiwałam następnej w bibliotekach. A kiedy się okazało, że „Serce Ferrinu” jeszcze nie zostało wydane, przerzuciłam się na księgarnie internetowe. Na stronie empiku znalazłam obietnicę szybszego zdobycia książki wówczas błyskawicznie podjęłam postanowienie, aby książkę kupić. A wiecie ile książek kupiłam w życiu? Ani jednej! Zawsze znalazła się jakaś biblioteka, albo pomocna koleżanka, która użyczyła ciekawy tytuł.
Tym razem czułam zbyt wielkie rozgorączkowanie, aby czekać. Nie miałam pieniędzy na ten cel, mimo to tego samego dnia złożyłam zamówienie przez Internet. Jakież było moje zmartwienie, gdy okazało się, że owa „przedsprzedaż”, oferowana przez empik, dawała mi tylko tydzień, może dwa tygodnie forów, zanim książka miała ukazać się w księgarniach stacjonarnych? Ale cóż było robić? Mimo gorączki, trawiącej mój umysł, czekałam cierpliwie kolejne dwa tygodnie, aż wreszcie nadszedł upragniony sms- mogę odebrać zamówienie. Pobiegłam do księgarni jak na skrzydłach, wyciągnęłam z czarnej dziury pieniądze i z dumą wracałam do domu. Opakowanie otworzyłam oczywiście po drodze, bo koniecznie chciałam pogłaskać okładkę, aby zżyć się z moją książką (szkoda, że to nie moja własna książka, którą napisałam w pocie czoła- za nią też byłabym gotowa zapłacić :) ), zanim zagłębię się w historię w niej ukrytą. Gdy wróciłam do domu, odłożyłam ją na półkę i … czekałam. Na właściwy czas. Który nie nadchodził, choć mijały kolejne dni, a książka zdążyła pojawić się w księgarniach. Tak minął sobie miesiąc, gorączkę schowałam gdzieś w zakamarku mózgu, zajmując się sprawami, które nie mogły czekać.
Wreszcie nadszedł ten czas, kiedy nie byłam w stanie dłużej czekać. Zabrałam książkę ze sobą do pracy, kazałam jej czekać 8 godzin, po czym pojechałyśmy razem na wycieczkę rowerową. Gdy znalazłam wygodne miejsce na rozłożenie koca i swojego zmęczonego pozycją siedzącą ciała, wzięłam książkę. Popatrzyłam chwilę na okładkę, próbując wyobrazić sobie, jak wspaniale będzie wrócić do baśniowej krainy Katarzyny Michalak. W momencie, gdy mój wzrok padł na pierwsze słowa, byłam zgubiona.
Wiem, że jej książki o Ferrinie nie są arcydziełami swojego gatunku (aczkolwiek najbardziej złośliwi twierdzą, że „Kroniki Ferrinu” mijają się z wszelkimi gatunkami, bo nie jest to ani fantasy, ani s-f, ani nie pasują do innych podobnych gatunków literackich), są chaotyczne i niedoskonałe, ale wiecie co? Nie obchodzi mnie to. Nie potrafię być kapryśna wobec książki, która niemal od pierwszego zdania (właściwie dopiero od przejścia do innego Wymiaru, do Świata Światów, mało mnie interesuje życie na Ziemi, mam je na co dzień) porywa mnie w fantastyczną krainę wyobraźni, gdzie jest magia, magiczne zwierzęta i jednorożce. Przecież ja kocham jednorożce i nie wstydzę się do tego przyznawać, choć w moim wieku powinnam interesować się tylko małymi dziećmi i ich wychowywaniem. Ale wydaje mi się, że jestem jakaś taka wyjątkowa. I nie chodzi mi wcale o komplement pod własnym adresem. Chodzi mi o to, że jestem oderwana od rzeczywistości, w której przyszło mi żyć, ciągle chodzę z głową w chmurach i chętnie opuszczam ten świat bez wyobraźni, który nazywa się Ziemią. A jednocześnie potrafię w nim przetrwać bez większego szwanku na umyśle i do tego staram się udoskonalać swoje doczesne życie nauką i pracą nad sobą, aby dobrze mi się żyło. Ale nic mnie tak bardzo nie pociąga jak wyobraźnia. A tego nie mogę odmówić Michalak. Jak więc mogę nie przymknąć oka na niedoskonałości jej pisarstwa, skoro dzięki niej czuję się tak cudownie? Uwielbiam świat wyobraźni, a Michalak wyciąga do mnie rękę i daje mi to, czego potrzebuję jak powietrza.
Może jestem prosta i kiepski ze mnie krytyk, skoro zachwycam się książką, którą niejeden nie tknąłby nawet za cenę nudzenia się jak mops, ale ja uwielbiam Ferrin, który stworzyła dla mnie jego autorka. Jestem jak dziecko, które swoją naiwnością zadziwia otoczenie. Nie lubię szarości zwykłego dnia, obowiązków, tego, co należy czy trzeba. Za to kocham uciekać z tego naszego zwykłego świata, pełnego prawdziwych problemów, do innego, takiego wymyślonego, gdzie nic nie jest prawdziwe, a jednocześnie wszystko jest cudowne. I nawet nie przeszkadza mi okrucieństwo Ferrinu i jego mieszkańców. Ważne,  bym mogła uciec w świat wyobraźni i nigdy z niego nie wracać.
Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Skończyła się też moja przygoda z Ferrinem. Musze czekać na kolejny tom, który, mam nadzieję, jest już w połowie napisany. Tymczasem chcę się zająć nieco bardziej przyziemnymi sprawami, a mianowicie krytyką. Nie rozumianą dosłownie, a raczej tak literacko (wprawdzie zawsze chciałam być krytykiem filmowym, ale z braku laku zabawię się w krytyka literackiego, na którego się kompletnie nie nadaję, bo nie mam odpowiedniej wiedzy i wyczucia i łatwo mnie naciągnąć na zachwyt przy byle historyjce, która mnie się po prostu spodobała).
Jak już wyczytaliście pomiędzy moimi zachwytami- brakuje tylko ochów i achów- „Serce Ferrinu” wciągnęło mnie niemiłosiernie. Te 493 strony pochłonęłam w dwa dni, odstawiając na bok wszystko inne- męża, przyjaciół, ćwiczenia, naukę. Nie liczyło się dla mnie nic, tylko Ferrin. I mimo, iż brzmi to jak cytat wyciągnięty żywcem z książki, tak właśnie było. Czytało mi się bardzo dobrze, szybko, wyobraźnia chłonęła wszystko jak gąbka wodę. Nie potrafię nie polecić tej książki dalej. Polecam ją, nie fanom fantasy i innych baśni, tylko wszystkim tym, którzy kochają grę w wyobraźnię. Jeśli ktoś jest nastawiony tylko na wybrany przez siebie gatunek i przeczytał tysiące tomów ulubionego gatunku literackiego, nie doceni tej książki, a raczej zobaczy same błędy autorki i to znacznie więcej, niż ja jestem w stanie dojrzeć. Ale ci, którzy lubią się zapomnieć przy książce i uwielbiają, jak ja, znaleźć się w wyimaginowanym świecie zupełnie innym niż ten, z którego troskami musimy codziennie walczyć, na pewno polubią „Kroniki Ferrinu”.
Jak już wspomniałam w poprzedniej „recenzji” Kronik, główną bohaterką została Gabriela, córka Anaeli. Sama Anaela zeszła z podium i ukryła się gdzieś w snach. Obawiałam się tej zmiany bohaterów, bo to jest coś, co zawsze ciężko znoszę. Nie lubię żegnać tych, których zdążyłam polubić. Na pocieszenie dostałam ten sam żywy i jednocześnie denerwujący charakterek (jak można jednocześnie lubić i wkurzać się na tę samą osobę? Nie mam pojęcia, ale można) podobny jak dwie krople wody do Anaeli. Tak jak ona, Gabriela popełnia wiele błędów, jest nieodpowiedzialna i porywcza, a jednak potrafi zjednać sobie miłość i szacunek osób ze swojego otoczenia. Potrafi się też poświęcić dla tych, których kocha. Stara się chronić życie pod każdą postacią i zaprowadzić pokój w zwaśnionych krainach Świata Światów. Słowem, musi dokończyć misję swej matki, uratować Ferrin i cały Świat Światów przed wyniszczającą wojną. Jest Wybawicielką ze Smoczej Przepowiedni, która mówi, że tylko ona może przynieść zmęczonej krainie spokój i sprawiedliwość.
Gabriela trafia do Ferrinu chwilę po tym, jak Anaela zostaje ścięta. Nie przeżywamy więc jeszcze raz tej samej historii,  w innej odsłonie, jak to było w „Powrocie do Ferrinu”, co jest na pewno zaletą najnowszej Kroniki. Wadą jest zbytnie przybliżenie do baśni, zwłaszcza w ostatnich rozdziałach. Pod koniec książki ma się nieodparte wrażenie, iż czyta się jedną z Opowieści z Narnii, a przypominam, że C.S. Lewis napisał je dla dziecka. Zaś intencją Michalak, jak mi się wydaje, było trafienie do jak największej rzeszy czytelników, głównie dorosłych. Stąd rzucające się w oczy niedopasowanie końcówki książki do pozostałej koncepcji książki. Chociaż te merliny gdzieś w połowie… Lwiany mi pasują, uwielbiam je, ale merliny jakoś bardziej wydają mi się odpowiednie dla dziecięcych bajek.
Na kartach książki mamy mnóstwo cierpienia, poświęcenia, walki o dobroć i sprawiedliwość, jak powiedziałaby Czarodziejka z Księżyca, oraz mnóstwo przykładów niesubordynacji Wybawicielki, która nie słucha nikogo, bo wie lepiej, jak ocalić świat i swoich bliskich. Oczywiście ma rację częściej niż miała ją Anaela, a jej niesubordynacja najczęściej kończy się czymś dobrym, a nie kolejną dawką cierpienia, jak to było w przypadku matki Gabrieli. Mała Gabrysia, mimo iż młodsza zaledwie o 3 lata od Anaeli, gdy ta trafiła do Świata Światów, musi walczyć o szacunek, co nie przychodzi jej łatwo, bo często zachowuje się jak rozkapryszone dziecko. Można by pokusić się o stwierdzenie, że poszła w ślady mamy, w końcu to jej nieodrodna córka. Chociaż spodziewałam się po Michalak, że zmusi się do trochę większego wysiłku umysłowego i nie będzie korzystać z utartych przez siebie wzorców i wymyśli dla Gabrieli nieco inny temperament. Ale książka musi się dobrze czytać, a ognisty kolor włosów musi przecież pasować do charakterku. I czyż Anaela nie sprzedawała się świetnie? Możliwe, że autorka zastosowała taki środek bezpieczeństwa, aby mieć pewność, że fani Kronik przyjmą Gabrielę z otwartymi ramionami, bo mimo zmiany bohaterki, otrzymują wierną kopię poprzedniej, tej ukochanej i ulubionej.
Tak jak to było w przypadku Anaeli, wszyscy dość szybko Gabrysię pokochali, choć raczej miłością ojcowską. Chociaż z jednej rzeczy w kopiowaniu postaci Anaeli autorka zrezygnowała i chwała jej za to. Szkoda tylko, że postanowiła też zmienić Sellinarisa w bestię żądną krwi, która po śmierci Anaeli zrobiła się jeszcze bardziej mściwa i okrutna. Nie spodobała mi się ta zmiana, ponieważ nie pasowała zupełnie do obrazu Sellinarisa, jaki nam dała w dwóch poprzednich częściach. Można by powiedzieć, że zbezcześciła jego obraz. Wprawdzie był on okrutny, ale jednocześnie nie potrafił skrzywdzić kobiety tak, jak to zrobił w „Sercu Ferrinu”. W tej trzeciej części nie byłam w stanie czuć do niego nic innego jak tylko nienawiść.  A przecież to ten sam Sellinaris, w którym się zakochałam w poprzednich częściach, mimo iż potrafił być bardzo okrutny. Teraz dostałam zupełnie innego człowieka, którego nie sposób było pokochać. I on też nie potrafił kochać. Zabrano mu brutalnie te przymioty, które w poprzednich częściach stworzyły z niego istotę mroczną, ale godną pożądania. Teraz nie zostało z niej już nic. Wielka szkoda. Wolałabym zamiast tego, aby Gabriela trafiła do Ferrinu w momencie, kiedy Sellinarisa już by nie było w tamtym Wymiarze, niż patrzeć na jego upadek.
Tak jak to było w poprzednich częściach, jest dużo akcji, dużo krwi i wyciskania łez historiami mającymi właśnie taki cel. Jest też kilka historii wciśniętych na siłę, które do akcji nie wprowadzają nic, prócz tych kilka dodatkowo zapisanych stron, jakby przy ich pisaniu autorce zależało wyłącznie na tym, aby książka była jak najgrubsza. Dlatego też Michalak dorzuciła kilka nudnawych wątków i historyjek, lub zwyczajnie niedopracowanych, hołdując zasadzie- niech się dzieje (bez względu na jakość).
Na okładce wydawca napisał, że książki Katarzyny Michalak przesycone są emocjami. I muszę się z tym zgodzić, jednak pozwolę sobie na małą krytykę w związku z tym faktem. Mam nieodparte wrażenie, że na tym przede wszystkim autorka buduje akcję, nie troszcząc się zbytnio o zasadność występowania owych wyciskaczy łez. Katarzyna Michalak stara się grać emocjami swoich czytelników, pragnąc je wzbudzić tak często, jak tylko się da. Tak więc Gabriela umiera lub prawie umiera lub walczy z szaleństwem kilka razy (sprytnie, Pani Michalak, wiedziałaś dobrze, że to mnie wzruszy za każdym razem), przypada jej też w udziale cierpienie, którego nie zaznała jej matka. To ciągłe umieranie może niestety znudzić co bardziej wybrednych czytelników. No i czyż nie mieliśmy wystarczającej dawki tego w pierwszej części? Przydałoby się autorce kilka świeżych pomysłów, zanim postanowi wydać „Wojnę o Ferrin”.
W „Sercu Ferrinu” pojawia się również miłość, bo w książkach Katarzyny Michalak miłość musi być i koniec. Ja oczywiście nie protestuję, jako że jestem od niej uzależniona. Jednak to uczucie, podarowane Gabrieli dell'Soll, jest zbyt mdłe, aby mogło mnie zainteresować. Jest, bo jest. A może to wina wspomnień o niepohamowanym uczuciu, jakie łączyło Anaelę i Sellinarisa? Na otarcie łez dostałam z powrotem Sarisa, jednego z tych bohaterów, którego pojawienie się zawsze witam z radością. W prezencie otrzymałam również kilka dialogów, których w książce baśniowo- fantasy nie powinno być. Zbyt były przyziemne i psuły całą koncepcję. Ale na szczęście pojawiały się na tyle rzadko, że szybko udawało mi się o nich zapomnieć.
Jest też oczywiście chaos, bo tego Michalak nie potrafi się pozbyć. Jest rozwiązanie kilku zagadek, których nie wyjaśniono w poprzednich częściach, ale i pojawiają się pewnie niezgodności, których nie da się wytłumaczyć, a zostały wprowadzone chyba tylko po to, aby umilić czytelnikowi spacer po Ferrinie. Znowu gnębi mnie pytanie, czy pewne rzeczy naprawdę się nie zgadzają, czy może to ja znowu nie zrozumiałam, dlaczego coś musi być takie, a nie inne? Jednak najważniejsze, że dobrze się bawiłam z moimi wymyślonymi przyjaciółmi, mimo iż nie zaznałam dreszczu emocji związanego z miłością między Gabrielą i… nie powiem kim :)
Przymykam zatem oko na wszystkie niedoskonałości książki, bo bardziej niż przemyślane do ostatniej literki szczegóły, trwanie przy gatunku, jaki się obrało czy sens przedstawionych faktów,  cenię sobie emocje, dobrą zabawę i zapomnienie. Bo wiecie co? Czytając „Serce Ferrinu” bawiłam się świetnie, płakałam jak jakaś płaczka do wynajęcia i całkiem zapomniałam o Bożym Świecie :)

 Książka została napisana 12 lipca 2009 roku więc myślę, że nie będę musiała długo czekać na kolejny tom.
 
P.S. Jeśli ktoś ma ochotę odkupić ode mnie tę książkę, zapraszam. Cena 30 zł z przesyłką. Stan idealny.

wtorek, 23 lipca 2013

Kilka słów o Winnetou/ Karol May



            Kiedy wszyscy czytają „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, ja wyłamuję się i sięgam po stare, dobre książki z młodości. Ostatnio żadna książka, która wpadła mi w ręce, nie przykuła mojej uwagi. Wewnętrznie zaś paliła mnie potrzeba czytania, której nie miałam czym ugasić. Po 3 tygodniach męczarni i bezskutecznych poszukiwań, postawiłam na książkę, która kiedyś, kilkanaście lat temu, zabrała mnie w magiczny świat przygody. Zadziwiłam swoim wyborem wujka, który zaskoczył mnie telefonem podczas czytania, a kiedy zdradziłam mu, co czytam, powiedział ze zdziwieniem: „Żartujesz!?” Od razu wzięło mu się na wspominki z własnego dzieciństwa, kiedy pod wpływem czytanej przeze mnie książki jego wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i dawała pole do dziecinnych zabaw. Wcale się nie zdziwiłam, że tytuł, który mu podałam przez telefon, wywołał tyle miłych i żywych wspomnień. Ta książka skradła kiedyś moje serce i obdarowała mnie najpiękniejszymi wspomnieniami, które dać może tylko ciekawa książka przeczytana w młodości.

             Tęsknota za ponownym przeżyciem wspaniałej przygody zaprowadziła mnie do biblioteki młodzieżowej i stamtąd wyniosłam trzy tomy wspomnień, zatytułowanych „Winnetou”. Wracając do domu z naręczem książek, nie potrafiłam opanować wewnętrznego wzruszenia i uśmiechu zadowolenia, który błąkał mi się na ustach. Taką nieokiełzaną radość przeżywałam ostatnio lata świetlne temu. A teraz, już za chwilę, miałam ponownie wkroczyć w świat fantazji Karola Maya i czułam całą sobą, że i tym razem się nie zawiodę.

             Jak tylko zamknęły się za mną drzwi mieszkania, rzuciłam się na łóżko i otworzyłam pierwszy tom. Stara, pożółkła książka, z czarno-białymi rysunkami, z których wyskakiwali myśliwcy preriowi i Indianie, szara okładka z nieciekawym na dzisiejsze czasy malunkiem- to wszystko nie miało dla mnie znaczenia. Wiedziałam, jaka ogromna wartość kryje się dla mnie na tych zaczytanych stronicach i niemal czułam pod palcami tę radość przeszłych pokoleń małych czytelników, którzy z rozdziawionymi buziami wkraczali w świat prawdziwej, wytęsknionej przygody.

           Pierwsze słowo, które na mnie wyzierało z książki, dawało obietnicę zapomnienia się w tej lekturze. Słowo „Greenhorn”, którym zapoczątkowano pierwszy rozdział, spozierało na mnie z utęsknieniem, zachęcając do wkroczenia w ten niezwykły świat minionych wieków. Kto wie, kiedy ostatnio tę książkę ktoś trzymał z zamiarem przeczytania. Czułam, że tak samo jak ja miałam potrzebę przeczytania wciągającej książki, tak samo ten tom z utęsknieniem wyglądał osoby, która by ożywiła dawne postacie stworzone przez pisarza. Przez moment nieufność zagościła w moim sercu. Czy ta książka, czytana przeze mnie 15 lat temu, wciąż mnie będzie zachwycać? Przecież minęło tyle lat, a już nie pierwszy raz się przekonałam, że to, co było kiedyś, mogło już dawno umrzeć i nie da się tego wzniecić. Jednak nadzieja na spełnienie kazała moim oczom spocząć na żółtych, zmęczonych, a jednak wciąż żywych stronicach.



          Zaczęłam czytać. Początkowa nieufność znikła po trzech stronach. Byłam zdumiona. Jak to możliwe, że jeszcze niedawno próbowałam czytać trzy inne książki i po około 100 stronach nie poczułam nic, prócz irytacji i znudzenia, a tutaj kilka stron sprawiło, że zapomniałam o obowiązkach przykładnej żony i pani domu i pożerałam słowa jak wygłodniały wilk? Trzy tomy, z których każdy liczył po ok. 500 stron, przeczytałam w tydzień. Tyle samo czasu zajęło mi mozolne przekopywanie się przez 200 stron dzieła Lwa Tołstoja pod tytułem: „Wojna i pokój”, zakończone ostatecznie niepowodzeniem. Po tamtej książce mój wewnętrzny duch czytelniczy nieomal umarł, ale ożywiłam go „Winnetou” i teraz ma się lepiej niż kiedykolwiek. Taką moc mają dzieła Karola Maya.

         Już kiedyś wspominałam na blogu o „Winnetou” Karola Maya, ale pisałam z pamięci i raczej był to zlepek informacji na temat całokształtu twórczości Maya. Dziś chciałam się skupić na tej jednej konkretnej książce. Jest ona całkowicie poświęcona postaci Winnetou, Indianina, Apacza, niezwykłego człowieka, najbardziej sprawiedliwego wśród Indian, cieszącego się sławą wielkiego i odważnego wojownika, którego podziwiali nawet jego wrogowie. Postać Winnetou przewija się również przez inne książki Karola Maya, poświęcone życiu na prerii, jednak ta jedna, konkretna pozycja skupiona jest tylko na postaci Apacza. Jest to pasjonująca historia i tak żywo opowiedziana, jakby wszystko działo się na naszych oczach. Słowa Karola Maya w magiczny sposób przenoszą nas prosto na prerię i razem z jego bohaterami doświadczamy niezwykłych przygód, a prerie i sawanny stają się naszym domem. Po przeczytaniu zaś wszystkich tomów budzi się w nas tęsknota za takim życiem w wolności, kiedy nie ograniczają nas ściany, a dokoła króluje otwarta przestrzeń. Czujemy w ślad za słowami Old Shatterhanda, że ten, kto raz zaznał życia na prerii, nie będzie już potrafił bez niej żyć, mimo że często jest to życie surowe i niebezpieczne. Ale jednocześnie jest to życie pełną piersią i do tego właśnie tęsknimy, do uczucia, że naprawdę się żyje, a nie tylko wegetuje.

          Kiedy jako nastolatka po raz pierwszy czytałam „Winnetou”, przez sposób, w jaki Karol May opowiadał swoją historię, zastanawiałam się, czy rzeczywiście to wszystko, o czym pisze, wydarzyło się naprawdę. May pisał w pierwszej osobie, dając wrażenie, jakoby opisywał swoje własne przeżycia. W książce nazywał siebie Charles’em (spolszczone imię Karol to właśnie Charles), Winnetou nazywał go Sharlih (czyli Karol w indiańskim narzeczu), a kiedy spotykał się z nowymi ludźmi, opowiadał, że jest pisarzem. Raz nawet pojawiła się scenka sprzeczki z Samem Hawkensem, podczas której Charles powiedział przyjacielowi, że opisze go w swojej książce, tym samym doprowadzając osobliwego Sama niemal do furii. Później, kiedy Sam zgodził się wystąpić w książce Charles’a, poprosił młodego pisarza, aby ten pominął niektóre jego wpadki. Wówczas Charles wyznał mu, że chce opisać sytuacje i ludzi dokładnie takimi, jakie były i stwierdził, że jeśli ma kłamać, to woli w ogóle nie pisać o zdarzeniach i nie wymieniać osób. Mimo, że pochłaniałam książki jak człowiek umierający z głodu, nie interesowałam się jednak nigdy biografiami pisarzy. Nie wiedziałam wówczas nic o Karolu Mayu, dodatkowo miałam ogromną wyobraźnię i wiarę w to, co czytam. Biłam się więc z myślami i niemal uwierzyłam, że wszystko to, o czym czytałam, wydarzyło się naprawdę i że pisarz opisuje właściwie swoje przeżycia z pobytu na prerii. Dodatkowo chciałam wierzyć, że ktoś taki jak Winnetou naprawdę żył. I choć czasem trudno mi było uwierzyć w prawdziwość niektórych historii, to jednak polubiłam Old Shatterhanda, czyli Karola, tak, jakby ten faktycznie przemierzał niezmierzone prerie razem z Apaczem. Wszystko, co May opisywał, było takie żywe i prawdziwe, że z trudem dopuszczałam do siebie myśl, że te zapierające dech w piersiach historie i ci wszyscy niezwykli, dzielni i waleczni ludzie, są tylko wytworem czyjejś wyobraźni.

            Tym razem jednak z ciekawości rzuciłam okiem na krótką notkę biograficzną umieszczoną na skrzydle okładki. I wówczas moje nadzieje prysły jak bańka mydlana. Dowiedziałam się, że wszystko, o czym czytałam, zrodziło się w wyobraźni autora. Ponadto sam autor był zupełnym przeciwieństwem Old Shatterhanda. Był wątły i chorowity, podczas gdy Old Shatterhand odznaczał się ogromną siłą, dzięki której zyskał swój przydomek preriowy, ponieważ jednym uderzeniem ręki potrafił powalić na ziemię nawet najtęższego człowieka. Umiał wybornie strzelać, był inteligentny, przebiegły i waleczny. Karolowi Mayowi zarzucano zaś, że nigdy nie był na prerii i nie znał tego życia, nie znał Indian, a mimo to pisał o czymś, o czym nie miał zielonego pojęcia. Jego opisy Ameryki pochodziły nie z własnego doświadczenia i wiedzy, lecz ze studiowania mapy. Mnie to nie przeszkadzało mi to zupełnie, ponieważ sama niewiele się znałam na tym temacie, a wystarczało mi to, co pokazał mi Karol May.

            Nie przeszkadzało mi również to, że postacie przedstawiane przez pisarza były czarno-białe, a to również zarzucano Mayowi w czasach, kiedy ukazywały się jego książki. Ale czy ludzie zawsze muszą mieć różne odcienie szarości? Jeśli Old Shatterhand miał być dobry i sprawiedliwy, cieszyło mnie to. Jeśli Santer, wróg Winnteou i Old Shatterhanda, raz zabił dla bogactwa, czy należałoby oczekiwać od niego, że nagle zawróci ze złej drogi i zacznie czynić dobro? I nawet jeśli Winnetou i jego przyjaciel byli niepokonani, to czy było w tym coś złego? W dzisiejszych czasach tacy byliby superbohaterowie i nikt by nie zarzucał ich twórcom nadmiernego idealizmu. Ja przyjmuję wszystko, o czym pisał May, z ufnością i bez zastrzeżeń.

          Jedyne, co mi się nie podobało, to wykorzystanie tego samego motywu aż trzy razy. Chodzi mi o trzy momenty, w których osoby, które przewidziały swoją śmierć, zaraz po tym umierali, zabici od zabłąkanej kuli (Kleki-Petra, Old Death). Ale pomijając ten fakt, książka zabrała mnie w tak piękna podróż, że myślę, iż jeszcze kiedyś do niej wrócę.

          A o czym właściwie jest książka? Przede wszystkim o przyjaźni. Młody Karol May przenosi się do Ameryki. Tam pracuje jako prywatny nauczyciel. Na swojej drodze spotyka osobliwego rusznikarza Henry’ego i szybko przypada staremu do gustu. I mimo, że starszy mężczyzna jest zamknięty w sobie i nieco kłótliwy, poznaje w młodym Karolu materiał na prawdziwego myśliwca. Nie mogąc znieść tego, aby młody człowiek marnował się na kiepsko opłacanej posadzie, gdzie nie może wykorzystać całej swojej zręczności w strzelaniu, biciu się i jeździe konnej, załatwia mu w tajemnicy przydział jako pracownik kolei. Jego praca miała polegać na odmierzaniu na dzikiej prerii drogi dla pociągu, który miał przejeżdżać przez okolice, zamieszkałe przez Indian. Szybko więc wyrusza na prerię z innymi pracownikami, a do ich ochrony przeznaczono kilku myśliwych, z których trzech niemalże od razu zostało przyjaciółmi młodego nauczyciela. Od momentu, w którym wszyscy udają się w oznaczone miejsce, zaczyna się dla nowicjusza prawdziwa przygoda, ponieważ mieli pracować znajdowało się na terenie najbardziej zagrożonym obecnością Indian, a sama preria była miejscem, gdzie nie można było ufać nikomu, tylko samemu sobie.  

          Jako „greenhorn” (człowiek niedoświadczony), Karol uczy się pod okiem zabawnego i doświadczonego myśliwego Sama Hawkensa, jak przetrwać na dzikiej prerii. Bardzo szybko okazuje się, że uczeń przerósł mistrza i jeszcze szybciej młodzieniec dostaje prawdziwy preriowy przydomek, Old Shatterhand, który oznacza nic innego, jak grzmocąca ręka. Wkrótce, przydomek ten stał się sławny nie tylko na prerii, ale i w miastach. Old Shatterhand szybko przekonuje się również, jak niebezpieczni są Indianie, kiedy zmuszony jest walczyć o swoje życie i życie swoich przyjaciół. Poznaje młodego Winnetou, oraz jego ojca, wodza wszystkich Apaczów, a także uwalnia ich z rąk Kiowów, innego szczepu Indian, zaciekłych wrogów Apaczów. Robi to w tajemnicy przed wszystkimi, a zwłaszcza przed samymi pojmanymi, a tajemnicę tę wyjawia dopiero wówczas, gdy swoją rozwagą i dzielnością sam wywalcza sobie życie, podczas śmiertelnego pojedynku w obozie Apaczów . Swoim uczynkiem wywalczył sobie również dozgonną przyjaźń Winnetou, i właśnie o tej niezwykłej i silnej przyjaźni czytamy przez trzy tomy.

       Akcja dzieje się wartko i szybko, tak, że nawet przez chwilę nie odczuwamy znużenia, a wręcz łakniemy coraz więcej i więcej. Przyjaźń między Apaczem, a białym człowiekiem pociąga czytelnika i szybko podbija jego serce. Dzielność i mądrość Old Shatterhanda oraz prawość i odwaga Winnetou sprawia, że ten duet staje się niezwyciężony. Ludzie ci są niezwykli i nie da się ich nie kochać. W chwili śmierci Winnetou płakałam jak bóbr, tak bardzo pokochałam tego jedynego w swoim rodzaju Indianina.

        Winnetou przedstawiony jest tu jako wyjątkowy człowiek. Mimo, że Indianin, był inny, niż cała jego rasa.  Swego czasu trafił do Apaczów biały człowiek i nauczał ich chrześcijaństwa. Indianie był to lud dziki, ze swoimi tradycjami i Bogiem, Wielkim Manitou, którzy zabijali swoich wrogów bez mrugnięcia okiem. Z kolei biały, nazwany przez Apaczów Kleki-Petra, uczył ich, że Bóg białych miłuje wszystkie swoje dzieci, nie zważając na kolor skóry i jest miłosierny, nawet dla grzeszników. Winnetou pod wpływem tych nauk, całe swoje życie szukał potwierdzenia tych prawd, przekazanych przez białego duchowego przewodnika. Jednak ciężko mu było uwierzyć w nauki chrześcijaństwa, tak często spotykał się z niesprawiedliwością i złem. Jednak kiedy spotkał Old Shatterhanda, zaczął się nieznacznie zmieniać. Kiedy Santer zabił jego ojca Inczu-Czunę i siostrę Nszo-Czi, Winnetou poprzysiągł w nagłym bólu, że wykopie topór wojenny przeciwko całej rasie białych. Chciał zjednoczyć wszystkie szczepy indiańskie i rozpocząć walkę na śmierć i życie z białymi, którzy nieśli ze sobą tylko śmierć i zgubę całej rasie czerwonoskórych. Jednak po rozmowie z Old Shatterhandem porzucił swoje plany zemsty na białej rasie, pragnąć tylko zemsty na mordercy swojej rodziny, Santerze. Młody wódz szybko zasłynął ze swojej sprawiedliwości i stał się obrońca życia ludzkiego. Winnetou chciał być przyjacielem nie tylko wszystkich czerwonoskórych, ale i białych, mimo że Indianie skazani byli na zagładę przez tę rasę, której Apacz chciał bronić przed wrogimi im Indianami.

         Z czasem, żyjąc obok Old Shatterhanda i przeżywając z nim przygody, widząc, że jego przyjaciel jest przeciwny rozlewowi krwi i nawet najgorszego wroga oszczędza, nawet z narażeniem własnego życia, Winnetou powoli przeżywa duchową przemianę. W ostatnim tomie ta przemiana dobiega końca, kiedy młody Apacz wyznaje, że nie będzie już zdejmował skalpów swoim wrogom, ani liczył tych, którzy zginęli od jego srebrnej strzelby. Na końcu zaś poświęcił swoje życie za życie rodziny białych osadników, od których pierwszy raz usłyszał pieśń Ave Maria, która wzruszyła go do głębi serca. Od tego momentu uwierzył w Boga białych, miłującego całą ludzkość i wyznał przed śmiercią Old Shatterhandowi, że został chrześcijaninem. Jego grób zaś ozdobiony został nie skalpami wrogów, jak to było w tradycji Indian, lecz krzyżem chrześcijańskim.

          Była to piękna opowieść, a chwila śmierci niepokonanego Winnetou była bardzo wzruszająca. Wtedy dopiero zobaczyłam, jak bardzo pokochałam tego wspaniałego bohatera i jak bardzo jego osoba stała mi się bliska.

          W książce przedstawione są same osobliwe postacie. Old Death, Sam Hawkens, Gruby Walker, Sans-ear, czy Old Firehand. Sami dzielni myśliwi, a każdy z nich miał swoją historię, godną opowiedzenia. Jednak tak naprawdę w moim sercu na stałe zagościł jedynie Winnetou i Old Shateterhand. Ten ostatni nie tylko był waleczny i sprawiedliwy, ale też zawsze mówił prawdę, nawet jeśli narażało go to na niebezpieczeństwo. Często też nie mówił nowo poznanym osobom, że jest tym sławnym preriowcem, o którym rozprawia się na preriach, wywołując tym samym zabawne sytuacje i pomyłki. Old Shatterhand i Winnetou stali się nierozłączni a ich przyjaźń była niezwykła. Kiedy Winnetou przed śmiercią rozmawiał ze swoim przyjacielem, wyjawił mu, że Old Shatterhand był dla niego błogosławieństwem, gdyż nauczył go miłować wszystkich ludzi, nawet wrogów i pozwolił mu uwierzyć, w naukę Kleki-Petry.

          Karol May był wspaniałym pisarzem. Potrafił tchnąć w wymyślone przez siebie postacie życie, przez co zapadają one w pamięć i żyją w naszych głowach. Mimo, że tak naprawdę nie znał życia, które opisywał w swoich książkach, stały się one ponadczasowe i czytane przez pokolenia. Akcja toczy się wartko i wciąga od pierwszych stron. A po przeczytaniu książki odczuwa się niedosyt i smutek nad całą rasą indiańską, która skazana była na zagładę z chwilą, gdy biały człowiek w swej zachłanności zapragnął bogatych terytoriów, na których osiedlili się Indianie. I aż ze smutkiem  chce się powiedzieć w ślad za Karolem May: „Tu spoczywa czerwona rasa; nie stała się ona wielką, gdyż nie dano jej osiągnąć wielkości.”