poniedziałek, 9 lutego 2015

Nawałnica mieczy Cz. 2 Krew i złoto / Gra o tron, T. 4, George R.R. Martin


 
Koleżanka, która poleciła mi tę książkę, ostrzegła mnie na samym wstępie. Powiedziała: „Tylko nie przyzwyczajaj się do nikogo, bo ten ktoś może za chwilę umrzeć.” Zdziwiły mnie te słowa, bo przecież śmierć w książce nie jest niczym wyjątkowym, więc skąd te słowa? Śmierć jest w literaturze elementem mającym wzruszyć czytelnika, wycisnąć łzy, uwolnić emocje, przekazać jakieś ważne przesłanie, które zawsze głębiej utrwala się w pamięci, gdy ktoś za nie ginie. Czasem nawet zdarza się, że umiera główny bohater, na ostatnich stronach książki, dla podkreślenia ważności prawd, które niosło jego życie. Nie lubię tego, bo zawsze oczekuję od życia happy endu, nie tylko w fikcji, ale i w rzeczywistości, ale muszę przyznać, że faktycznie takie tragiczne historie przechowuję w pamięci do dziś. Więc może coś w tym jest, że ktoś musi zginąć, aby jego przesłanie dla świata nie umarło nigdy. Jestem w stanie to zrozumieć. Jednak „Gra o Tron” zaskoczyła mnie całkowicie.
W przypadku sagi „Gra o Tron” ze śmiercią spotkałam się dość wcześnie. Było to swego rodzaju introdukcją, wstępem do wszystkich późniejszych wydarzeń. Był to niezbędny łącznik całej historii rodu Starków, mimo to ciężko mi było patrzeć na cierpienia Eddarda Starka, który w swojej ostatniej godzinie wyrzekł się swego honoru dla dzieci. Pragnął je jeszcze zobaczyć, skusił się więc obietnicą łaski i wiecznej służby na Murze w Nocnej Straży. Niestety rezygnacja ze swoich ideałów nie uratowała go. Cierpiałam razem z jego córką Sansą, zmuszoną patrzeć, jak królewski kat ścina jej ojcu głowę, pozwalając, aby zdrada i podłość zwyciężyła nad prawością i honorem. Eddard musiał umrzeć za swój honor, zmuszony haniebnie do przyznania się do win, których nie popełnił, a na końcu umarł, skazany zdradziecko przez swoich oprawców. Żył z honorem, a umarł jako zdrajca. Rozumiałam wówczas, że musi umrzeć tak upodlony, ogłoszony zdrajcą, tracąc wszystko, co było dla niego ważne, aby podkreślić zło, które zalęgło się w Królewskiej Przystani w osobie Cersei Lannister i jej syna Joffreya. Musiałam znieść śmierć Starka, jedynego człowieka, który był w stanie wyciągnąć na światło dzienne cały brud otaczający królewską rodzinę i uratować swego przyjaciela i króla Siedmiu Królestw, Roberta Baratheona. Jego misja musiała skończyć się katastrofą, aby czytelnik mógł opowiedzieć się po właściwej stronie i aby wyglądał zemsty jego rodziny tak gorączkowo jak ja to robiłam. Bo przecież dobro zawsze zwycięża zło, prawda? Przynajmniej w literaturze. Ścierpiałam śmierć honorowego człowieka, aby tych, którzy mu to zrobili, spotkała kara. Za tę i za inne zbrodnie. Taka kolej rzeczy była zrozumiała i trzeba było znieść śmierć dobrego człowieka w imię wyższych celów. Prawda i dobro musiało w końcu zatryumfować, bo tak właśnie wygląda życie w książkach.
Tymczasem wyobraźnia Martina poniosła go na zupełnie inne tory, niż można było się spodziewać. Wiedziałam, że saga „Gra o Tron” jest naprawdę długa, pisana kilka lat i wciąż nie skończona, ale sądziłam, że krok po kroku zemsta wreszcie dosięgnie kłamców i zdrajców pod postacią Lannisterów. Jednak moja cierpliwość na wiele się nie zdała. Przeczytałam już 4 tomy (w tym jeden tysiącstronicowy) i nadal czekam. Tylko że teraz nie jestem już niczego pewna. Ta książka jest inna niż wszystkie, które do tej pory czytałam. Bardziej przypomina ona życie, niż fikcję. Bo wyobraźnia ma moc ukarania złych i nagrodzenia dobrych, natomiast w życiu wygrywają silniejsi, bardziej zakłamani, nieuczciwi i zdradzieccy. W życiu panuje prawo dżungli, w książce prawo wyższości dobra nad złem. W „Grze o Tron” natomiast rządzi prawo autora. Martin opowiedział się po stronie rzeczywistości. W jego książce to ci, którzy są silniejsi, dyktują warunki, a jeśli nawet przychodzi kara, to nie od tych, którzy mają do tego największe prawo. W sadze zło zwycięża raz za razem, przynosząc zgubę tym, którzy nie zasłużyli na śmierć i jeszcze więcej cierpienia, niż było im dane zaznać do tej pory.
Zło odniosło wreszcie druzgocące zwycięstwo, za pozwoleniem R.R. Martina. Przeczytawszy czwarty tom sagi jestem zrozpaczona. Zginęło dwoje ludzi, którzy nie zasłużyli na śmierć, nie doczekawszy się zadośćuczynienia za krzywdy, których doznali. Straciwszy wszystko, co kochali i nie zaznawszy zemsty. Zobaczywszy przed śmiercią, że przegrali wszystko o co tak dzielnie walczyli. Zaznawszy jedynie cierpienia i bólu. Zobaczywszy, że wszystkie poprzednie zwycięstwa obróciły się w proch. Nie mogę przeboleć tych dwóch śmierci. Gdy czytałam ten wątek, nie mogłam w niego uwierzyć. „Jak to?”- zapytywałam samą siebie? „Cersei ma zwyciężyć? To niemożliwe. Przecież to główni bohaterowie! To nie może się tak skończyć!” Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Jeszcze do tego śmierć poniesiona w taki sposób! Gdy skończyłam ten rozdział, byłam przekonana, że wszystko mi się tylko wydawało, że da się to jakoś wytłumaczyć, odkręcić. Że coś źle zrozumiałam i za chwilę okaże się, że rany nie okazały się śmiertelne, że czekają ich tylko lochy. Niestety, następne rozdziały przyniosły potwierdzenie smutnej prawdy. Nie wydawało mi się, wszystko dobrze zrozumiałam. Ludzie, którzy tyle już wycierpieli, zginęli, nie poznawszy pewnych prawd, nie zaznawszy uczucia zemsty, nie odzyskawszy swoich ukochanych.
 Tego było mi już za wiele. Poczułam wściekłość. Na Cersei, na Joffreya, na sprawców tej całej tragedii, na życie, które tak dobrze naśladuje książka Martina. A nawet na niego samego. Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie, jak to możliwe, że autor mógł zabić swoje własne dzieci i  pozwolić, aby zło tak długo tryumfowało. Tak wiele jest krzywd w życiu rzeczywistym, tak wiele bólu i niesprawiedliwości, że szukam tego, czego w nim nie znajduję w książkach. Tymczasem nie jestem już pewna, czy w „Grze o Tron” kiedykolwiek odnajdę sprawiedliwość. Wojnę o Westeros wygrywają ci, którzy walczą podstępem i zdradą, a umierają sprawiedliwi i waleczni, jakby w Siedmiu Królestwach liczyła się tylko brutalna siła. To przywodzi mnie do rozpaczy i wściekłości. Czasami jednak wydaje mi się, że Martin bawi się ze mną, wodzi mnie na sznurkach jak jakąś marionetkę. Tak mną kieruje, abym czuła dokładnie to, co on sobie wymyślił, że powinnam czuć. Czy wyzwolił we mnie tą wściekłość celowo? Jeśli tak, to muszę przyznać, że naprawdę jest genialnym autorem.
Pomimo tego, że książka niebezpiecznie zbliża się do życia, a jej autor jest tak okrutny dla swoich bohaterów, muszę przyznać, że jest to książka, od której człowiek coraz bardziej się uzależnia w miarę czytania. Często jest tak, że im dalej się czyta, tym jest się coraz bardziej znużonym. Tu jednak mamy sytuację odwrotną. Książka wciąga coraz bardziej, nie wiadomo czego się w niej spodziewać, nieoczekiwanych zwrotów akcji w niej nie brakuje, natomiast błędów nie mogę znaleźć w niej żadnych. Tak jak podczas czytania sagi „Gra o Ferrin” (która swoją drogą jest słabą próbą odwzorowania sukcesu sagi Martina) ciągle gubiłam się w gąszczu nieposklejanych ze sobą wątków, widziałam wiele niedoskonałości i dziwnych zwrotów akcji, tak w tej książce wszystko jest uporządkowane, zrozumiałe i wręcz doskonałe. Nie sposób oderwać się od niej, mimo iż czasem dusza się w człowieku buntuje, gdy widzi tyle niesprawiedliwości i krzywdy. Wciąż jednak nie opuszcza mnie nadzieja, że rodzina Starków obroni się przed burzą, jaka ogarnęła ich rodzinę od czasu śmierci Eddarda, a winni za tę zbrodnię wreszcie zapłacą za swoją podłość. W końcu przede mną jeszcze cztery tomy. Aż boję się, co w nich znajdę. Lecz jednocześnie nie jestem w stanie odłożyć teraz książki na półkę. Gorączka ogarnęła mnie zbyt silnie. Mam tylko nadzieję, że moja pacyfistyczna dusza wytrzyma całe cierpienie i zło, które przygotował dla mnie autor.
Tak jak wspominałam przy okazji recenzji poprzedniego tomu, w tej książce nic nie jest pewne. Nie zawsze ten, kto wygląda na złego, naprawdę nosi w sercu zło. Czasem możemy się dowiedzieć, że bohaterowie sagi są zupełnie inni, niż zostali przedstawieni na początku. Nie można ufać swojemu osądowi, bo za chwilę autor może zmusić nas do zmiany światopoglądu. Nie wiadomo też do końca kto jest czyim wrogiem i czy właściwie oceniamy walkę o tron. Czy Mellisandre, która pali ludzi na stosie w imię swojego boga R’llhora naprawdę jest zła i omamiła Stannisa Baratheona, aby go na końcu zdradzić i przejąć władzę nad Westeros, czy też jej głodny ofiar bóg faktycznie jest jedynym ratunkiem  dla Siedmiu Królestw? To jest jak na razie najbardziej zagadkowe pytanie, które mnie dręczy. W końcu Czerwony Kapłan walczący po stronie uciśnionych również szuka pomocy u tego samego boga ciemności. Tak, zdecydowanie nie wiadomo, czego się spodziewać. Zastanawiam się tylko, czy dla autora te zwroty akcji są tak samo nieoczekiwane, jak dla czytelnika. Czy Martin uknuł sobie wszystko 17 lat temu, czy też jego książka żyła i rozwijała się w jego wyobraźni razem z nim. Czy jego bohaterowie mają już rozpisaną całą historię, czy też lata pracy nad książką zmieniają ich tak, jak zmienia ludzi czas? Myślę, że nigdy nie poznam odpowiedzi na to pytanie. Czy to dobrze? Nie mam pojęcia.
Jest jedna rzecz, która mi się w sadze nie podoba. Jak już wspomniałam przy innej okazji, przygody Daenerys, Zrodzonej w Burzy i ostatniej z rodu Targaryenów nie są w ogóle interesujące. Bardziej przypominają mi one baśnie dla dzieci w stylu Opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy (tylko bardziej krwawe) lub „Opowieści z Narni”. Mimo iż krew leje się tam tak jak w całej książce, nie mogę znieść tych rozdziałów. Są nudne, ciągną się jak flaki z olejem i jakoś nie pasują do klimatu „Gry o Tron”. Czyżby była to osobna opowieść, napisana przez Martina i sprytnie wrzucona w dobrze sprzedającą się książkę? Coś mi tak nie pasuje w historii Daenerys, że zawsze, kiedy ją napotykam w książce, nie mogę się doczekać, aż wreszcie zostawię ją gdzieś w tyle, do następnego rozdziału. Jest to także opinia moich koleżanek, od których zaczęła się cała moja przygoda z sagą Martina, więc łudzę się, że nie jestem tak do końca kiepską recenzentką :)
Cieszę się, że trafiłam na sagę „Gra o tron” dopiero teraz, a nie w roku 1998, kiedy został napisany pierwszy tom. Nie wiem jak bym wytrzymała kolejne lata czekania na ukazanie się następnych części. Nie wiem tylko jak wytrwam w oczekiwaniu na pojawienie się kolejnych zapowiadanych części: „The Winds of Winter” (Wiatry zimy?) i „A Dream of Spring” (Marzenia, Sny o wiośnie? – brzmi jak ostatni tom. Może wreszcie doczekam się ukarania winnych zbrodni na rodzinie Starków! Lecz z drugiej strony jak ja przeżyję to, że ulubiona książka już się skończyła?). W końcu minęły już 3 lata odkąd ukazały się tomy „Tańca ze smokami” i od tej pory cisza. Czy autor zdąży ją wydać zanim skończę „Taniec ze smokami”? I czy będę przy okazji skazana na Daenerys Targaryen już do końca książki? Jeśli tak, mam nadzieję, że Martinowi wreszcie uda się ją wpleść w historię nieco bardziej udanie. Trzymam za to kciuki!

niedziela, 18 stycznia 2015

Nawałnica mieczy. Cz. 1 Stal i śnieg./ Gra o tron T. 3, George R.R. Martin



Zachorowałam we właściwym czasie. Choroba odsunęła na bok wszystkie mało znaczące, nudne obowiązki, pracę i wszystko to, co odciąga nas od rzeczy ważnych. Wszystkie te szare rzeczy odłożyłam na bok, bo dostałam od losu tydzień wolnego. Zwolnienie mówi- chora musi leżeć. A cóż bardziej pasuje do choroby jak nie zapalone świeczki, światełka z uschniętej i rozebranej dziś choinki oraz książka, którą pragniemy przeczytać, a czas nas wiecznie od niej odsuwa? Jeśli taka ma być cena za spokój i czas, to jestem w stanie oddać z radością kawałek swojego zdrowia.
Jeśli tak piszę, może to oznaczać tylko jedno. Tęsknotę. Tęsknotę za czasami beztroski, kiedy wystarczyło odsiedzieć swoje w szkole, odrobić zadanie domowe i resztę czasu można było poświęcić na ulubione zajęcia. A na studiach nawet chodzenie do szkoły nie było obowiązkowe, jeśli tylko znalazło się solidną osobę, która pożyczała swoje notatki bez boleści serca. U mnie ten skradziony czas zawsze poświęcony był na książki. Nieważne, czy było to czytanie, czy pisanie. Najbardziej liczył się świat fantazji. Koleżanki, ptaki i słońce za oknem, ciekawy film w telewizji, kolacja- to wszystko przestawało się liczyć, kiedy otwierałam książkę. Nie widziałam lepszego sposobu na spędzenie wolnego czasu. Godziny i dni uciekały, a książki towarzyszyły mi cały czas, zaraz po otwarciu oczu, gdy budzik wyrywał mnie ze snu, przy śniadaniu, przed samym wyjściem do szkoły, bo zostało jeszcze pięć minut do wyjścia.
 Z czasem jednak zauważyłam, że jestem coraz gorszym złodziejem, a czas nie dawał się już tak łatwo złapać. Uciekał tak strasznie szybko, a ja byłam coraz wolniejsza, przygnieciona ciężarem obowiązków i pilnych spraw nie cierpiących zwłoki. Książki zaczęły znikać z mojego życia jak ulatniające się płatki śniegu, które nadają kolorów nawet najbardziej bezbarwnemu dniowi. Z czasem, zauważyłam, jak trudno, niemalże niemożliwe jest dogonić to, co było i co nas tak bardzo cieszyło. Gdy więc za odzyskanie tego, co było tak cenne dla mnie, choć na to mgnienie oka, jakim jest tydzień, trzeba zapłacić chorobą, która minie, jestem w stanie się poświęcić.
Zyskałam calusieńki tydzień na moje ukochane książki. Nareszcie mogłam wczytać się w sagę Georga R.R. Martina bez najmniejszych przeszkód. Odłożyłam na bok wszystko, co mało ważne, obowiązki domowe ograniczając do minimum- do brudzenia jak najmniejszej ilości naczyń, które potem zawsze trzeba umyć, do odkładania ubrań na miejsce, żeby nie zyskały ochoty na gromadzenie się w ogromny stos, który potem będzie próbował przyciągnąć mój wzrok, gdy będę koło niego przechodzić i do zjadania resztek z lodówki, kiedy już naprawdę nie można powstrzymać głodu. Resztę czasu poświęciłam na „Nawałnicę mieczy- cz. 1 Stal i śnieg”, czyli trzecią część sagi „Gra o tron”. I nie wiem, czy to właśnie dlatego, że wreszcie miałam czas, żeby się wczytać, czy też taka już jest natura tej książki, w każdym razie muszę stwierdzić, że z każdą częścią robi się ona ciekawsza. Dzieje się coraz więcej, coraz więcej też jest nagłych zwrotów akcji, co jeszcze bardziej mnie przyciąga do sagi.
Tylko co do jednego nie mogę się przekonać. Czy ktoś, kto bez skrupułów wyrzuca przez okno ośmioletniego chłopca, może mieć tak naprawdę inne oblicze, niż to, które zna świat? W trzeciej części okrywamy, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda, a wcześniejszy wróg może okazać się jedynym przyjacielem, który ma w ręku moc, mogącą pokonać dużo silniejszego wroga. Możliwe też, że to tylko zwykła manipulacja.  Martin pokazuje, że w jego książce nic nie jest do końca pewne, a przetasowanie kart, w wyniku którego zwycięzca zostaje zwyciężonym, może nastąpić w każdej chwili. Ci, którzy wydawali się zepsuci do szpiku kości, mogą nagle okazać się zupełnie innymi ludźmi, a przypisana im rola zmienić o 180 stopni, co przywołuje na myśl przypuszczenie, że książka jest istotą żywą, a pomysły na poszczególne postacie pojawiały się w głowie autora w trakcie pisania książki. A może od początku Martin wiedział, kto okaże się dobry, a kto zły, a tylko postanowił zamydlić oczy swoim czytelnikom, bawiąc się ich wyobraźnią, odsłaniając prawdę dopiero w kolejnych częściach, kawałek po kawałku?
Jestem bardzo ciekawa, co stanie się dalej i czy choć część moich przypuszczeń okaże się trafiona. Dzięki temu, że zyskałam mnóstwo czasu na czytanie, dużo lepiej kojarzę teraz fakty i  ludzi, choć moje lekkomyślne podejście do tej książki na początku mojej przygody z sagą wciąż kładzie się cieniem na mojej pamięci. Nie zawsze skojarzę fakty, zwłaszcza te, które przewinęły się przez książkę dawno temu. Czasem, gdy natrafię na taki moment, gdzie wspomina się czasy wojen Aerysa Obłąkanego Targaryena, mam ochotę cofnąć się do właściwego momentu, przeczytać informacje jeszcze raz i od nowa ułożyć sobie wszystko w głowie. Jednak jest to ciężkie do wykonania, gdy nie ma się słowa drukowanego przed sobą. Czytniki e-booków mają wiele plusów, zwłaszcza ich pamięć i możliwość przechowywania wielu książek jednocześnie jest wspaniałym rozwiązaniem dla kogoś, kto z powodu chorego kręgosłupa nie może nosić opasłych tomów wszędzie tam, gdzie ma ochotę. Jednak ciężko jest „kartkować” elektroniczną książkę, gdy nie wie się dokładnie, czego się szuka i na której to było stronie. Można spędzić tak nawet pół godziny, przewijając tekst do tyłu i do przodu i wreszcie się całkiem pogubić, nie wiedząc nawet, na czym się skończyło. Gdybym miała drukowane tomy, mogłabym sobie niektóre fakty łatwiej ułożyć w głowie, zwłaszcza ich chronologię i nazwiska osób, które miały wpływ na krwawe wydarzenia z przeszłości. Niestety pozostaje mi liczyć na to, że z czasem wszystkie zapomniane wydarzenia ułożą mi się w całość. Teraz mam na to duże szanse, bo zostało mi jeszcze parę dni, które mogę poświęcić na czytanie - mojej największej miłości, która mnie jeszcze nigdy nie zawiodła i która zawsze dawało mi dużo radości.
Obecnie tę radość daje mi saga „Gra o Tron” i jej bohaterowie. Jedynie przygody Ostatniej z Targaryenów, Daenerys, trochę mnie nudzą i nie mogę dla niej odnaleźć nawet nici sympatii, którą bez problemu utkałam dla wszystkich dzieci Catelyn i Eddarda Starka i ich przyjaciół. Nic mnie jakoś w tej dziewczynie nie ciekawi, może nawet mnie ona denerwuje, a jej przygody wydają mi się jakieś takie niezwiązane z książką i nudne, mimo że ciągle się coś dzieje w życiu małej Dany. Ciężko mi stwierdzić dlaczego tak się dzieje. Dość, że z niecierpliwością czekam, aż rozdział o Daenerys się skończy i będę mogła przejść do czegoś ciekawszego.  Męczą mnie też opisy potraw, jakie są spożywane przez bohaterów i z taką błogością są wymieniane w książce. Według mnie nic one nie wnoszą do opowieści, a tylko zabierają czas, który można by poświęcić na coś ciekawszego. Choć są w moim otoczeniu osoby o innym nastawieniu, które uważają, że opisy potraw nadają książce właściwy klimat i kupiły sobie nawet książkę z przepisami potraw z „Gry o tron”, ja nadal trwam w przekonaniu, że bez tych szczegółowych opisów śniadań, obiadów i innych uczt książka na niczym by nie straciła i by była tak samo ciekawa i klimatyczna, a ja nie traciłabym w ten sposób czasu na czytanie o tak mało znaczących i nieciekawych rzeczach jak posiłki spożywane w krainie Westeros.
A teraz wracam do czwartej już części, czyli tomu drugiego „Nawałnicy mieczy”, zatytułowanego „Krew i złoto.” Bardzo mnie ciekawi, czy Arya Stark, co wieczór przed spaniem wymawiająca w swej modlitwie zemsty imię Ogara, zmieni swoje nastawienie do niego, jako że wygląda na to, że będą zmuszeni spędzić trochę czasu razem. Nie mogę się też doczekać, aby sprawdzić, czy brzydka Brienne ma w sobie siłę, by skraść serce człowieka, który dawno temu zapomniał, że każdy człowiek ma w swej piersi taki organ, bez względu na to, jak bardzo się starał, by otoczyć je wysokim murem, wyższym niż ten, który otacza Siedem Królestw i broni dostępu przed  wrogami królestwa.
Zatem znikam i do zobaczenia za kilka dni. Mniemam, że po trzech dniach będę już miała materiał na następny post, ponieważ ostatnie 300 stron poprzedniego tomu przeczytałam w jednym mgnieniu oka, które okazało się jednym wieczorem. A kiedy bateria mojego czytnika zgasła niespodziewanie na 20 stron przed końcem książki, spędziłam jakieś 15 minut w niewygodnej pozycji, kucając koło komputera i jednocześnie ładując czytnik. Ale czego się nie robi z miłości do książek? Przecież nie mogłam czekać ani minuty, aby czytnik zdążył się naładować na tyle, aby pozwolić mi skończyć książkę w jakiejś przyzwoitej pozycji. Kolejna wyższość słowa drukowanego nad elektronicznym. W książce drukowanej bateria na pewno by nie zrobiła mi takiego psikusa i nie skończyła się w najciekawszym momencie. Bo wiecie co? W książce drukowanej baterii nie ma i można ją czytać nawet w świetle świec lub latarni ulicznej, gdy w domu zabraknie prądu. Sprawdziłam : ) No to do usłyszenia : )

piątek, 2 stycznia 2015

Starcie królów - George R.R. Martin / Gra o tron, T.2



Nareszcie to poczułam. Tę miłość do książki, nieodpartą pokusę, aby rzucić wszystko inne w kąt i zanurzyć się w lekturze. Uwielbiam to uczucie kompletnego zapomnienia, przynależności do wymyślonego świata, utożsamienia się z nim, jakby był prawdziwym, otaczającym mnie światem. Uwielbiam oddawać się temu uczuciu, zagłębiać się w nie i w świat, który stworzył dla mnie autor. Kiedy zrozumiałam, że książki Martina potrzebują całej mojej uwagi i kiedy mogłam im ją dać, nasze relacje natychmiast się poprawiły. Już w połowie „Gry o tron” ciężko mi było oderwać się od grubego tomiszcza, które tak długo prosiło się o moją uwagę. Gdy przyszedł czas na drugą część sagi, właściwie wystarczyło, że po dłuższej przerwie przeczytam jeden rozdział, a już nie mogłam się oderwać od kolejnych. Mało znaczące stawało się to, że już zaczynało świtać, że woda w wannie prawie całkiem już wystygła, że zaraz odjedzie ostatni autobus i spóźnię się na spotkanie. Ważne było tylko to, że mogłam przebywać ze wszystkimi ulubionymi bohaterami w krainie magii George’a R.R. Martina.
A tej magii jest w książce coraz więcej. Wraz z pojawieniem się smoków zaczęły budzić się do życia moce, o których opowiadały stare nianie albo bardowie, a w których istnienie ludzie niemal przestali wierzyć. Zaczęło się robić dzięki temu coraz bardziej interesująco. Ja kocham magię tak samo mocno  jak same książki. Wiem, że to tylko wymysł umysłów pełnych wyobraźni, ale tkwiące gdzieś głęboko we mnie dziecko nadal wierzy, że magia istnieje. Dlatego chyba tak bardzo miłuję książki fantasy. W nich wszystko może się zdarzyć i to jest w nich najpiękniejsze. I to, że są tak inne od zwykłego życia, gdzie marzenia się nie spełniają, a szczęście jest luksusem, na który niewielu może sobie pozwolić. Gdy jednak sięgam po książkę fantasy, zapominam o tym wszystkim i osiągam to szczęście, zarezerwowane w prawdziwym życiu tylko dla nielicznych. Oddałam więc swoje serce „Grze o tron” bez najmniejszych skrupułów, bo wiedziałam, że będzie ono bezpieczne z tak doskonałą książką. Jedyne czego się boję, to, że George R.R. Martin nie zdąży napisać kolejnej części zanim ja skończę te, które są obecnie dostępne na rynku wydawniczym. Albo co gorsza, pożegna się z tym światem, zanim ostatnia część ujrzy światło dzienne. A wtedy ze smutku to moje serce może pęknąć na kilka dni, zanim otrząśnie się z uczucia pustki i niezaspokojenia, które wówczas na pewno stanie się jego udziałem.
Póki co jednak cieszę się na myśl o tym, że przede mną jeszcze tyle tomów do przeczytania. Wrosłam całym sercem i umysłem w świat Siedmiu Królestw i nie jestem jeszcze gotowa się z nim żegnać. Ta książka rozjaśnia smutne zimowe, deszczowe wieczory, szare monotonne dni, ciągnące się w nieskończoność. Pomaga przetrwać nudne obowiązki, którym trzeba podołać w pracy, ogrzewa serce w samotne wieczory i dotrzymuje towarzystwa w opustoszałym pokoju. Czasem dochodzi nawet do tego, że cieszę się, iż męża nie ma w domu, bo mogę wtedy czytać. Brzmię jak jakaś niekochająca żona, wiem. Ale nic nie mogę na to poradzić. Kiedy już mnie opęta jakaś książka, to wszystko inne przestaje się liczyć. Nawet teraz nie mogę się już doczekać, aż wstawię ostatnią kropkę za ostatnim zdaniem i wrzucę post na blog, ponieważ jest już pierwsza w nocy, mąż śpi, za oknem deszcz i świszczący wiatr a przede mną weekend – najwspanialsze warunki do czytania takiej książki jak saga „Gra o tron”, gdzie niebezpieczeństwo, okrucieństwo i intrygi mieszają się z odwagą, honorem i nadzieją. Taki zimowy wieczór jest idealną oprawą dla książki pełnej przygód i właśnie to zamierzam za chwilę zrobić. Odpalić czytnik e-booków i zacząć kolejną część „Nawałnicę mieczy”, będącą pierwszą częścią tomu zatytułowanego „Stal i śnieg”.
Poprzednią część, „Starcie królów”, tak mi się dobrze czytało, że nawet nie zauważyłam, kiedy zbliżyłam się do ostatnich stron (takie rzeczy się zdarzają, gdy czyta się e-booki) i nagle książka się skończyła. Ogarnęła mnie wówczas jakaś dziwna pustka, którą mogła wypełnić tylko kolejna część. Wiedziałam jednak, że będę musiała z tą pustką żyć jeszcze jakiś czas, bo musiałam najpierw wyrzucić z siebie wrażenia po przeczytanym właśnie „Starciu królów”, a i czas na zaczynanie nowego tomu był niesprzyjający. Trzeba było najpierw przygotować się do Sylwestra, zadbać o jadło i napitek, rozpocząć towarzyskie spotkania, których pełno zakreśliłam w grafiku. Wiedziałam, że „Nawałnica mieczy” musiała poczekać i pogodziłam się z tym. Mądrzejszą decyzją było odłożyć książkę na kilka dni, zamiast czytać po kilka stron w skradzionym ukradkiem czasie. Szkoda było na to nerwów, a nerwową atmosferę miałabym zapewnioną, gdybym przez książkę spóźniała się na autobus i zaplanowane spotkania. Już mój mąż by o to zadbał. A taką książkę jak saga Martina trzeba czytać w spokoju, najlepiej wieczorem, w atmosferze mroku otaczającego pokój i z wiedzą, że czas jest naszym przyjacielem, a nie wrogiem. Przypominam jeszcze raz- ta książka nie lubi się dzielić. Chce całej naszej uwagi, inaczej odpłaci się nam tym samym- nie pochłonie nas w ogóle. A naprawdę nie ma nic gorszego, jak stracić wspaniałą przygodę tylko dlatego, że nie znaleźliśmy czasu, aby ją przeżyć.
Gdy już wczytałam się w tę książkę, dużo łatwiej było mi zapamiętać, kto jest kim i jaką rolę odgrywa w sadze. A jest to niezmiernie ważne podczas czytania takiej książki jak ta, gdzie pojawia się coraz więcej nazwisk, ludzie giną jak muchy i są zastępowani przez kolejnych, a akcja jest nie tylko rozciągnięta w czasie, ale i przestrzeni. Ciągle przenosimy się do nowych miejscowości, których nazwy są niezmiernie ważne dla kolejności wydarzeń. Musimy je zapamiętać, aby się później kompletnie nie pogubić w chronologii wydarzeń i ich następstwach. Przeskakiwanie od jednego głównego bohatera do drugiego, gdy każdy znajduje się gdzie indziej i przeżywa własne przygody, nie ułatwia zadania. Mi jest wciąż ciężko połapać się w tym wszystkim, ale jest to tylko moja wina, bo czasem sięgam po książkę, chociaż wiem, że czas pozwala mi zapoznać tylko z jednym rozdziałem, czy dwoma, a to zdecydowanie za mało, by przypomnieć sobie wszystko, co do tej pory się działo. Jednak chęć dowiedzenia się, co będzie za chwilę, zwycięża z rozsądkiem i tak oto wpadam w pułapkę czasu i gąszczu nazwisk i nazw miejscowości. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa takiego rozwiązania, ale nie zawsze potrafię opanować ciekawość, zwłaszcza, gdy wyczuję, że kroi się coś ważnego, co może zadecydować o dalszych losach jednego z bohaterów.
Tak właśnie się dzieje z Ogarem i Sansą. Nawet nie wiem kiedy zmieniłam zdanie o tym dwojgu i zaczęłam wypatrywać oznak czegoś wartościowego, czego wcześniej tam nie znalazłam. Na początku Ogar był dla mnie tylko psem okrutnego Joffrey’a, gotowym wykonać każdy jego rozkaz, a Sansa głupiutką dziewczynką, ślepą na to, co się naprawdę wokół niej dzieje, żyjącą w swoim wyimaginowanym świecie, gdzie małe Księżniczki takie jak ona są pępkiem tego świata, który kręci się tylko dla nich. Dopiero zło, którego wcześniej nie zauważała przez złote klapki tkwiące na jej oczach, a którego zaczęła doświadczać, zmieniło ją tak, że wreszcie zajęła ważniejsze miejsce w moim sercu. W końcu stała się godna miana jednej z głównych bohaterek. Nawet teraz, kiedy piszę tego posta, zastanawiam się, co się u niej dzieje i co się z nią stanie, gdy zabrakło Ogara. I wiecie co? Nie jestem już w stanie powstrzymywać ciekawości. Zostawiam Was z książką, na mnie czeka już „Nawałnica mieczy”. Czas dowiedzieć się, co się stanie w następnym rozdziale. Widzimy się niedługo.
P.S. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Samych ciekawych książek i żadnych niewypałów i straty czasu, spędzonego na czytaniu nudnych książek! Szkoda na to czasu! :)

sobota, 22 listopada 2014

Gra o tron T. 1 Pieśń Lodu i Ognia/ George R.R. Martin


Czas biegnie tak szybko, tak niezauważalnie, a ja nie umiem biec na tyle szybko, aby go dogonić. Tyle się dzieje wokół. Praca, obowiązki domowe, rodzinne i te, które każdy obiera wobec siebie. To wszystko zabiera czas książkom, które leżą cierpliwie na półce i czekają. Saga „Gra o tron” George’a R.R Martina, zatytułowana „Pieśń Lodu i Ognia”, spoglądała na mnie smętnie przez ponad miesiąc. Miałam ją zabrać ze sobą na Samos, ale nie znalazło się dla niej miejsca w bagażu. 838 strony to zdecydowanie za dużo na targanie przez pół świata. Zresztą teraz wiem, że i czasu by dla niej zabrakło. Czas upływał więc nieubłagalnie, a ja nawet nie wchodziłam na bloga, bo nie miałam z czym. Jednak wreszcie wracam, ze świeżym słowem w pamięci, które wycisnęło ostatnie łzy na moje policzki wczorajszego wieczoru. Nie napiszę dużo, bo odczuwam wewnętrzne drżenie. Jest to zew, z którym nie potrafię walczyć. Jest to ten rodzaj wołania, który kocham najbardziej, gdy czytam jakąś książkę. Jest to zew zniecierpliwienia, który ciągnie mnie na kanapę, każe mi zapalić świeczki, rzucić wszystko i czytać, czytać, czytać.
                Długo nie mogłam odnaleźć w sobie tego ukochanego uczucia, gdy zaczęłam czytać „Grę”. Miałam wobec tej książki oczekiwania wysokie jak  Burdż Chalifa w Dubaju, a nadzieje wielkie jak terytorium Rosji. W książce tej rozkochały się moje znajome, zaczytując się w niej po kryjomu w pracy, George Martin został okrzyknięty jednym z najbardziej cenionych pisarzy fantastyki, saga doczekała się ekranizacji serialowej, a sama książka przysporzyła autorowi wielu oddanych fanów. To musiał być strzał w dziesiątkę. Wiedziałam, że jak skończą mi się książki, które obrałam sobie za cel, ta będzie następna i na długo zabierze mnie w swój świat, gdzie nie istnieją inni bohaterowie i inne opowieści. Kiedy opowiedziałam koleżance, co zamierzam czytać, popatrzyła na mnie z zazdrością, bo ja byłam dopiero na etapie wkraczania w ten świat, który ona umiłowała, a który musiała opuścić wraz z zakończeniem ostatniego wydanego tomu sagi. Ja witałam się dopiero z jej ukochanym światem, ona nie mogła do niego wejść. Musiała czekać. Powiedziała mi, że chciałaby być na moim miejscu. I że obudziłam w niej chęć ponownego przeczytania sagi. To mnie dodatkowo upewniło, że dokonałam właściwego wyboru.
Poza tym ja kocham książki i filmy fantasy. Kocham krainy, o których nawet nie śniło się filozofom, postacie, które mogła stworzyć do życia tylko ogromna wyobraźnia, czasy nie leżące na linii czasu. Bo przecież krainy, w których rozpoczyna się krwawa gra o tron, nigdy nie istniały, choć opowieść przynosi wrażenie, że umieszczona jest w czasach średniowiecza, z rycerzami, królami i lordami. A jednak jest to tylko wrażenie, bo jak wiemy z kart historii, w czasach przeszłych nie istniały smoki, wilkory, olbrzymy i inne stworzenia, z których nazwami spotykamy się po raz pierwszy w życiu. Ja uwielbiam takie przemieszanie niby-faktów, pozorne osadzenie wydarzeń na historycznej linii czasu z wszystkim tym, co wywodzi się z wyobraźni. Zatem wiedziałam, że jak raz zacznę czytać „Grę o tron”, zginę dla świata.
                A jednak tak się nie stało. Byłam tak bardzo zaskoczona, że przez pierwszy moment nie umiałam sobie wyjaśnić, co się stało. Teraz już wiem i pragnę ostrzec wszystkich przed popełnieniem mojego błędu. Wyjaśnienie jest bardzo proste, a konkluzja bardzo ważna. Wszystko zaczyna się od czasu i na nim też się kończy. Książka jest bardzo wymagająca i nie zdzierży podziału uwagi. Można się w niej zakochać w jednej chwili lub pozostać wobec niej obojętnym, jeśli nie poświęci się jej całego swojego czasu. Pomiędzy jej kartami spotykamy tak wiele postaci, ogrom obco brzmiących imion i nazwisk, że bardzo łatwo można popaść w zobojętnienie lub nawet rezygnację. Nie należy się jednak poddawać. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest odłożyć książkę i czekać na moment, kiedy będzie się mogło podarować jej cały swój czas. Poczekajcie zatem na weekend, zamknijcie się w czterech ścianach swojego pokoju, wyłączcie telefon, zapalcie sobie świeczkę, przykryjcie się kocem, ułóżcie się wygodnie w miejscu, gdzie najbardziej lubicie czytać i zacznijcie tę przygodę jeszcze raz, od początku. Nie wytężajcie umysłów, żeby zapamiętać wszystkie ważne fakty i nazwiska. One w pewnym momencie same wrosną w Wasz umysł i ani się obejrzycie, a obudzicie się w tej krainie, jakby nic innego wokół Was nie istniało. Wydarzenia same zaczną się układać w Waszej głowie w uporządkowaną całość i zaczniecie widzieć jasno i wyraźnie, kojarzyć fakty i wypływające z nich skutki dla bohaterów. Zaczniecie rozumieć, skąd biorą się decyzje podejmowane przez bohaterów i skąd bierze się cała nieufność, którą odczuwają postacie pozytywne. Ja zrobiłam ten błąd, że nie oddałam książce całego swojego umysłu i starałam się dzielić czas wolny pomiędzy karty powieści a inne obowiązki. Czasem czytałam nawet po jednym tylko rozdziale dziennie, a to zbyt mało, aby umiejscowić wydarzenia w miejscu i czasie. Jednak gdy zorientowałam się, dlaczego nie potrafię pokochać „Gry” tak jak moje koleżanki, popełniłam błąd i czytałam dalej, starając się odnaleźć w tych wszystkich faktach i nazwiskach. Nie zaczęłam czytać od początku, tak jak Wam teraz radzę i dlatego nadal łapię się na tym, że nie rozumiem pewnych wydarzeń, nie potrafię umiejscowić nazwisk z konkretnymi faktami, a kiedy odkryta zostaje pewna tajemnica, jak nie za bardzo rozumiem, o co w niej chodzi. Dlatego właśnie z tego miejsca pragnę Was ostrzec, przyszli czytelnicy, żebyście nawet nie próbowali okradać tej książki z czasu, który jej się słusznie należy. Bo ja dopiero w połowie, po jakichś 400 stronach, oddałam jej całą siebie i dopiero od tego momentu, w którym zaszyłam się w czterech ścianach i wyłączyłam na wszystko inne, dałam się porwać nurtowi zdarzeń i wreszcie zrozumiałam, co pokochały tak bardzo moje koleżanki.
                Obecnie jestem na etapie przygotowywania się do kolejnego tomu. Pierwszy skończyłam wczoraj, otarłam ostatnie łzy i chciałam poćwiczyć dla zachowania kondycji fizycznej. Ale nie mogłam się skupić na niczym, ponieważ w moich żyłach płynęło już to uczucie niecierpliwości, które nakazuje mi chwycić następny tom i zanurzyć się po czubek głowy w historii opowiadanej przez Martina. Jednak wiedziałam, że nie mogę się poddać tej naglącej myśli, ponieważ mój mąż miał lada chwila wrócić z pracy, a ja nie chciałam ponownie popełniać tamtego błędu i usiłować podzielić się pomiędzy to, co pokochałam.
                Gdy czytałam „Grę o tron”, najbardziej lubiłam zanurzyć się w gorącej wodzie, zamknąć się w łazience i czytać przez godzinę, narażając skórę na przemoknięcie, a książkę na tragiczny los (bez obaw, jeszcze żadnej nie wypuściłam z rąk, leżąc w wannie). Uwielbiam to uczucie, kiedy woda robi się coraz zimniejsza, a ja czuję, że muszę przeczytać jeszcze ten jeden rozdział i jeszcze jeden i kolejny, bo przecież ciepłą wodę zawsze można dolać, a historii nie należy przerywać w połowie. Gdy książka naprawdę mnie wciągnie, czuję, że potrafię przezwyciężyć nawet największą ochotę na spanie, wiem, że mogłabym  w ogóle nie kłaść się spać i czytać do momentu, kiedy naprawdę trzeba już przestać, bo należy iść do pracy, ale jednocześnie jestem świadoma, że nie mogę zrobić takiego szaleństwa, bo nie byłabym zdolna do żadnej pracy bez odpoczynku. Ale kocham to uczucie gotowości do poświęceń, aby tylko dowiedzieć się, co znajdę na następnej stronie książki. Gdy już dałam się porwać „Grze o tron” tak całkowicie, totalnie, takich momentów było wiele, tak wiele, że nie wszystkim dałam radę się przeciwstawić i zostawiłam za sobą kilka niedospanych dni w pracy. Na szczęście teraz jest weekend, pogoda na zewnątrz nie wzywa do zabawy, a wręcz namawia na kubek gorącej herbaty, ciepły koc i ciastko i na wieczór z dobrą książką. Mnie nie trzeba nakłaniać, bo czuję, że jak tylko skończę ten post, wyciągnę czytnik i zanurzę się w dalsze losy bohaterów. Akurat zaczyna zmierzchać, zapalone świece rzucają coraz piękniejsze światło, próbując przedrzeć się przez zapadający mrok i wiecie co? Uważam, że jest to doskonała pora na „Grę”. Mroczne czasy i tacyż bohaterowie wymagają mrocznej oprawy. A co może być lepszego w takim przypadku od ciemności w pokoju i samotności? Od ciszy przerywanej miarowym tykaniem zegara w kuchni? Świeczek jarzących się w mroku gdzieś tam na stole? Świadomości, że możemy czytać książkę do świtu, bo przecież jest weekend?  Nie ma lepszego momentu jak jesienno-zimowy samotny wieczór, aby utulić się magią książki, która pomaga zapomnieć o wszystkich przykrych czy nudnych obowiązkach, o nieprzyjemnościach, które nas spotkały w pracy czy nudzie codziennego, pełnego rutyny dnia codziennego.
                Pewnie wielu z Was zastanawia się, kiedy napiszę, o czym właściwie jest saga George’a R.R. Martina. Obawiam się, że na tym blogu nie znajdziecie zbyt obszernej informacji. To znajdziecie na setkach innych stron, a zwłaszcza na stronach internetowych księgarni. Ja postawiłam sobie za cel przekonanie Was, że jest to idealna książka na ten nudny czas przedzimowy, kiedy nic się nie dzieje, kiedy jest buro i szaro na zewnątrz, gdy musicie pocieszać się wspomnieniem słońca, które uśmiechało się do nas jeszcze kilkadziesiąt dni temu. Jeśli lubicie fantasy, lub nie przeszkadza Wam, że ktoś puścił wodze wyobraźni, to dajcie się zabrać w tę przygodę, którą ja przeżyłam zaledwie wczoraj. Znajdziecie tam wprawdzie przemoc, intrygi, tyranię i wszelkie żądze, nieobce ludziom, ale na drugiej szali odnajdziecie honor, odwagę, śmiałość, przyjaźń i przywiązanie, a także nadzieję, która pozwoli utrzymać równowagę pomiędzy złem a dobrem. Pozwólcie sobie zanurzyć się w nieznany świat, którego nie znajdziecie za rogiem, spiesząc się do pracy. Aby przeżyć prawdziwą przygodę, trzeba zanurzyć się w nieprawdziwy świat, który jednak mistrzowsko opisany, sprawia wrażenie dziejącego się naprawdę. Jest to książka tak dobra, że śmiało dałabym ją do przeczytania mężczyźnie i kobiecie, bez obaw, że któreś z nich powie, że popełniłam błąd, przychodzą z tą książką do nich.
                Właściwie to wszystko, co mam do powiedzenia o „Grze o tron”. Zapadł już zmrok i czuję narastające wołanie. Tom drugi sagi, „Starcie Królów”, domaga się swojego czasu. Muszę już uciekać, nie potrafię się dłużej opierać wezwaniu. „No i nie powiedziała w końcu, o czym jest ta książka”- pomyślał niejeden z Was. Spokojnie, nadszedł  czas i na to. Jest to opowieść o żądzy władzy, o więzach rodzinnych, intrygach, truciznach i tajemniczych śmierciach. O istotach żyjących za Murem, o których istnieniu pamiętają i wierzą w ich prawdziwość tylko stare nianie. Jest to opowieść o nienawiści, żądzy zemsty, dobroci, zła i słabości. O małych chłopcach, którzy muszą być silni w obliczu strachu, swojej bezsilności i nadchodzącego zła. O innych chłopcach, okrutniejszych od swoich matek, niebezpiecznych w swojej głupocie. O zimie, która nadchodzi i może zmienić przebieg starannie dopracowanej intrygi, w której nagrodą ma być tron. O smokach, które giną w płomieniach i tych, które się z nich odradzają. O miłości, która nakłada bielmo na oczy i takiej, która nakłania do złego. O litości i honorze, który osłabia nawet najsilniejszego. Jest w tej opowieści o wiele więcej, niż mogę przytoczyć, więc nie ma co pisać dalej. Wy też już skończcie czytać i biegnijcie po książkę do biblioteki. Czas się skończył. Czas się zaczął. Czas dowiedzieć się, kto wygrał grę o tron. Tym bardziej, że do gry weszli nowi uczestnicy, a gra zatoczyła szersze kręgi, niż przewidzieli to ci, którzy ją rozpoczęli. Prawdziwa walka dopiero się rozpoczęła…
                Zatem do dzieła. Czas na „Starcie królów”!

                Jest jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się w oczy podczas czytania. Mianowicie to, że poprzednia saga, którą czytałam, napisana przez polską autorkę, Katarzynę Michalak, jest próbą odzwierciedlenia klimatu Gry o tron. „Gra o Ferrin” wzorowana była na sadze Martina, jestem tego pewna. Podobny tytuł, ten sam sposób tytułowania rozdziałów, wprowadzenie dużej ilości przemocy i zabijanie kogo tylko się da przywodzi na myśl „Grę o tron”. Oczywiście przepaść między Michalak a Martinem jest zbyt ogromna, aby porównywać obu autorów, niemniej jednak próba odwzorowania klimatu sagi Martina jest zauważalna. Uznałam, że warto o tym napisać, jako mała ciekawostka. Może kogoś ona faktycznie zaciekawi :)