czwartek, 19 czerwca 2014

Tylko ciebie chcę / Federico Moccia


       
            Po rozstaniu z Babi Step wyje
żdża do Nowego Jorku. Chce dać sobie szansę, by zapomnieć w ten sposób o przeszłości, która już nie wróci, o swoim cierpieniu, o dziewczynie, która podarowała mu to, co najpiękniejsze w życiu, miłość. W Stanach Zjednoczonych może żyć spokojnie, bo ma pewność, że tam jej nie spotka, na ulicy, w restauracji, w sklepie, robiącą jakieś prozaiczne zakupy. To daje mu siłę, aby trwać, pomimo ogromnego bólu, który nosi w sobie.
            Gdy wspomnienia blakną, a on może wreszcie ponownie oddychać, Step postanawia wrócić do Rzymu. Po co? Bo zdobył zawód i powinien znaleźć sobie pracę? Ale przecież to może równie dobrze zrobić za granicą… Bo Rzym to jego dom? Ale dlaczego w takim razie szuka czegoś na lotnisku? A może kogoś? Po co tak naprawdę wrócił? Chce sprawdzić, czy przeszłość to naprawdę już przeszłość? Że uwolnił się od wspomnień i od niej raz na zawsze? Skąd więc to przyspieszone bicie serca, gdy ją widzi na skuterze? Nie, to nie ona, tylko mu się wydawało. Ale skoro na widok obcej dziewczyny, która mu ją przypomina, nie może opanować drżenia, to co zrobi, gdy naprawdę ją zobaczy? Czy dobrze zrobił, że wrócił, skoro tyle miejsc mu ją przypomina? A może wrócił nie po to, czy sprawdzić, że jest na tyle silny, aby mieszkać w mieście, w którym jest ona, tylko po to, aby ją wreszcie spotkać? I co wtedy? Czego się po tym spotkaniu spodziewa?
Wspomnienia wracają, przynosząc cień tamtego bólu z przeszłości. Jednak Step jest silny, stara się zacząć życie od nowa. Ale czy da się to zrobić, gdy jego legenda wciąż krąży po ulicach Rzymu? Legenda o nim i o Babi. Ten napis na moście, Ja i ty, trzy metry nad niebem, wszyscy zdają się go znać i uparli się, aby przypominać o tym Stepowi. Nie da się żyć anonimowo w mieście, gdzie wszyscy cię znają, nawet jeśli ty połowy imion nie pamiętasz. Ale są też tacy, na których ci zależy, o których pamiętasz i którzy chcą ci pomóc wrócić do dawnego życia. Są więc towarzysze bijatyk, koledzy z siłowni, kumple z imprez. Jest też Pallina, kobieta Pollo, jego najlepszego przyjaciela. Przyjaciela, który nie żyje. Jest też matka, która tak bardzo go zawiodła. Tyle cierpienia na ulicach Rzymu, a jednak trzeba iść dalej. Trzeba wreszcie o wszystkim zapomnieć, bo dawne czasy już nie wrócą, to już niemożliwe.
Jednak życie to nie same wspomnienia. To również przyszłość, która ma na imię Gin. Ginevra Biro. Wchodzi przebojem w życie Stepa i sprawia, że wspomnienia się zacierają i liczy się tylko tu i teraz. Dzięki niej Step znowu zaczyna żyć i czuć. Czy to możliwe, aby jeszcze mógł czuć się szczęśliwy? Bez niej? A jednak, to sprawka Gin, że przestaje o niej myśleć, że znajome miejsca nie przywołują już bolesnych wspomnień. Jest dobrze, pięknie. I nagle spotyka Babi. Swoją Babi, uśmiechniętą, piękną, wróciła ze snu. Tak, przeszłość zawsze do nas wraca, choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo chcieli jej uniknąć… Lub pragnęli jej powrotu…

Książka nie spodobała mi się. Ale w nieco innym sensie, niż wtedy, kiedy się mówi, że coś się nam nie podoba, bo jest kompletnie beznadziejne. „Tylko ciebie chcę” została napisana bardzo dobrze, niosła ze sobą część tego klimatu, jaki zapamiętałam z poprzedniej części, zatytułowanej „Trzy metry nad niebem”. Jednak, zgodnie z moim przeczuciem, które podpowiadało mi szeptem, że nie powinnam czytać kontynuacji tej pięknej książki, druga część w ogóle do mnie nie trafiła. Czytało mi się ją gładko, wzruszyłam się kilka razy, a jednak stale czułam ten cień, który kładł się pomiędzy mną, a książką. Są takie tytuły, które nie powinny mieć kontynuacji. Powinny zostać nienaruszone, pozostawione w spokoju, idealne, przynoszące przemyślenia i pragnienia, smutek lub radość. „Trzy metry nad niebem” jest dla mnie taką właśnie książką. Piękną, smutną, idealną. Dwoje ludzi, którzy nie powinni się w sobie zakochać, spotykają się i poznają, jak silna może być prawdziwa miłość. Pokonująca granice, burząca mury, łącząca dwie dusze w jedną całość. Gwałtowna jak burza i przynosząca takie same szkody. Pozostawiająca po sobie zwalone pnie i kałuże deszczu. A może to były łzy? Potrafiąca na zawsze rozdzielić to, co przedtem połączyła i co wydawało się niepodzielne. Czasami bywa tak, że miłość daje nam najcenniejsze wspomnienia, a potem przemienia je tylko we wspomnienia czegoś, co nie może już wrócić, bo zostało bezpowrotnie zniszczone przez nas samych. Tak czasem bywa i trzeba się z tym pogodzić, choćby ta świadomość była bardzo bolesna.
Czasami też jest tak, że do końca chcemy wierzyć w bajki. I na siłę tworzymy nową bajkę, aby zapomnieć o tej poprzedniej, jedynej w swoim rodzaju. Której nie można zastąpić niczym innym, tylko my jeszcze o tym nie wiemy. Federico Moccia dał się ponieść tym złudzeniom, że można odtworzyć to, co niepowtarzalne. I tak jak się tego spodziewałam, pomimo kunsztu pisarskiego, nie przywrócił do życia poprzedniej bajki. A właściwie popsuł trochę to, co wówczas stworzył. Jego nowa książka nie powinna była opowiadać o tamtych bohaterach. Powinna wymyśleć sobie nowych i dla nich stworzyć całkiem nową bajkę, nie mającą nic wspólnego z tamtą, którą wciąż tak dobrze pamiętam. A może to jak za szybko tę drugą książkę przeczytałam? Może powinnam to zrobić po 30 latach, a nie po trzech miesiącach? Może wówczas odebrała bym ją lepiej? Spojrzała na nią łaskawiej?
Jednak stało się. Zrobiłam ten błąd i sięgnęłam po nią, gdy jeszcze miałam na świeżo w pamięci miłość Stepa i Babi. Dlatego nie mogę przestać zadawać sobie pytania, czy to naprawdę było konieczne? Czy naprawdę trzeba było zmienić Babi aż tak bardzo, aby przy niej Gin wydała się lepsza? Przecież Babi wcale taka nie była, nie mogła się aż tak bardzo zmienić w ciągu dwóch lat. Miłość do Stepa wyzwoliła ją z pęt, w jakich żyła, w jakie wcisnęła ją jej matka i środowisko, w którym przyszło jej żyć. Ona naprawdę kochała Stepa i nie zostawiła go z powodu zwykłego widzimisię. Zrobiła to, bo zobaczyła, że te dwa tak różne światy, które na chwilę połączyły się, aby przeżyć coś jedynego i niepowtarzalnego, nie mogą długo obok siebie egzystować, jeśli jedno lub drugie się nie zmieni. Brutalny świat, w którym żył Step, był nie do zaakceptowania. Decyzja, by zostawić chłopaka, była najtrudniejszą decyzją, jaką Babi musiała podjąć. Cierpiała z tego powodu równie mocno jak Step. Związała się z innym, to prawda. Prawdą jest też to, że Alfredo pochodził z jej środowiska i został łatwo zaakceptowany przez matkę. Ale stało się to dlatego, że Step nie potrafił żyć na granicy dwóch światów, a ona uwierzyła, że to, co matka uważała za słuszne, faktycznie bardziej do niej pasowało. To, że ten piękny związek stał się przeszłością, było winą Stepa, który wciąż wracał do swojego brutalnego świata. To on zniszczył ten związek, nie Babi. Mimo to cała wina została przerzucona na Babi. Dokonano na niej straszliwych zmian, by przekonać czytelnika, który jeszcze pamięta tamtą cudowną miłość, że należy o Babi całkowicie zapomnieć, gdyż jest zwykłą jędzą, jak jej konserwatywna matka.
Nie mogłam się zgodzić na ten gwałt na pamięci Babi Gervasi. Przecież to dzięki niej Step złagodniał i zaczął bardziej zwracać uwagę na innych. Dlaczego Babi miała za to zapłacić taką zmianą charakteru w książce „Tylko ciebie chcę”? Owszem, zwariowana Gin bardziej pasuje do Stepa charakterem, jednak to Babi starała się zrobić z niego lepszego człowieka, podczas gdy Gin zdaje się nie mieć nic przeciwko temu, że Step się bije, byle tylko jej bronił. Ciężko mi było patrzeć, jak autor kazał się Babi tak bardzo zmienić, byle tylko usprawiedliwić pojawienie się Gin w życiu Stepa. Moccia postanowił wymyśleć dla Stepa szczęśliwe zakończenie, dla mnie zbyt sztuczne, zbyt na siłę, abym mogła całą tę książkę uznać za świetną. Też lubię happy endy, ale czasami po prostu trzeba zaakceptować fakt, że niektórych historii nie można poprowadzić ku takiemu zakończeniu. W przeciwnym wypadku można zrujnować coś fajnego, jakiś piękny pomysł, godny zapamiętania przez lata.
Książka „Tylko ciebie chcę” byłaby całkiem inna, gdyby wymyślono dla niej zupełnie nowych bohaterów i nie maltretowano się nad pamięcią o nich. Dlatego uważam, że twe dwie książki powinny być czytane zupełnie oddzielnie, nie połączone ze sobą żadną, nawet najcieńszą nicią wspomnień. Sięgnijmy zatem po jedną z tych książek, drugą pozostawiając w spokoju na półce bibliotecznej. Jeśli macie taką sentymentalną duszę jak ja, wyjdzie Wam to na plus. Jeśli zaś nie zwykliście przywiązywać się do bohaterów, myślę, że i tak nie odbierzecie żadnej z tych książek na tyle głęboko, aby polubić „Trzy metry nad niebem” tak bardzo jak ja. A następna książka Mocci „Tylko Ciebie chcę” będzie dla Was zwykłą książką, którą miło się czytało i tyle. I wówczas na pewno tylko zerkniecie na recenzję i nawet nie zwrócicie większej uwagi na słowa w niej zapisane. Dla takich osób Federico Moccia będzie zwykłym autorem, który napisał kilka powieści i tyle. Chociaż ostatecznie myślę, że takie osoby nigdy nie trafią na ten blog :)
Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytających blog i tych, którzy kochają książki tak bardzo jak ja.

sobota, 7 czerwca 2014

Powrót do Ferrinu - Katarzyna Michalak

Obawiałam się, że druga część „Kronik Ferrinu” nie spełni moich oczekiwań. Często się zdarza w literaturze i filmie, że powroty nie są udane. Jednak „Powrót do Ferrinu” zaskoczył mnie tym, że utrzymał poziom swojej pierwszej części. Oczywiście zawsze mogło być jeszcze lepiej, ponieważ Ferrinowi daleko do książki idealnej, ale należy pamiętać, że mogło też być gorzej. Zwłaszcza, że autorka pokusiła się o dialog ze swoją własną historią. Podjęła ryzyko i umieściła Anaelę w tych samych okolicznościach, ale przesuniętych w czasie (o drobnych 200 lat). Kazała swojej bohaterce ponownie przeżywać te same wydarzenia, jednak dając jej możliwość zmiany przyszłości, którą dobrze znała. I to było jej zadanie po powrocie do Ferrinu. Bogowie dali jej szansę odwrócić bieg historii, zapewniając sobie tym samym rozrywkę, którą tak lubili. Tym razem jednak postanowili poddać Anaelę innej próbie. Chcieli sprawdzić, czy potrafi zadawać ból, nienawidzić i zabijać. Ta zaś w tej roli odnalazła się znakomicie.
Zdziwiło mnie to bardzo, ponieważ w poprzedniej części  Anaela starała się uratować kogo tylko się dało, a teraz plamiła sobie ręce krwią, bo tak trzeba. Z chroniącej życie zmieniła się w łatwo wybuchającą wściekłością osobę, która nie cofnie się przed zabiciem, aby ochronić Feri’anę przed jej losem. Ta zmiana kazała mi mieć nadzieję, że dziewczyna zmieniła się nie do poznania, że będzie mądrzejsza, że będzie podejmowała ostrożniejsze i bardziej przemyślane decyzję, jednak tu się zawiodłam. Niejednokrotnie Anaela była nie do zniesienia, kapryśna i nerwowa. Ale widocznie taka musiała być osoba, mająca w sobie moc rozkochania w sobie mężczyzny takiego jak Sellinaris. Bo to właśnie za nim Anaela udała się w drogę powrotną do Ferrinu. Bogowie odebrali go jej, aby zwabić ją do kolejnej Gry, z tymi samymi pionkami, ale na nieco innych zasadach.
I tu pojawia się pierwsza z wielu niekonsekwencji, w których celuje ta książka. Rozpoczyna ją prolog, w którym Karolina zauważa, jak bardzo Sellinaris cierpi na Ziemi, tęskniąc za Ferrinem. Zauważa, że mężczyzna oddala się od niej z każdym dniem i przeczuwa, że pewnego dnia go straci, mimo całej jego miłości i namiętności, którą do niej odczuwa. Kiedy Primea i Saetin, okrutni bogowie Świata Światów postanawiają po raz kolejny zabawić się jej osobą, podąża za Sellinarisem bez wahania, mimo iż wie, co ją czeka po drugiej stronie portalu. Nie chce przeżywać ponownie cierpienia po stracie przyjaciół. Jednak przechodzi przez portal, aby zobaczyć ukochanego mężczyznę jeszcze raz. Właściwie już tu zaczęłam się gubić. Anaela cierpiała na Ziemi, dlatego przeniosła się do Ferrinu. W wymarzonej krainie odnalazła miłość, ale i cierpienie, dlatego nie wahała się oddać życia za Ferrin, za Reikana i Sellinarisa, bo dzięki temu mogła wrócić do domu, do Świata Szarej Śmierci (mimo, iż nigdy nie czuła się tu szczęśliwa). Kiedy bogowie otworzyli przed nią portal powrotny do Ferrinu, przeszła przez niego, mimo iż mogła zostać na Ziemi, w swoim domu. Już tyle razy nie zgadzała się z wolą bogów, więc kolejny bunt nie byłby dla niej problemem. Może, gdyby odmówiła, przeniesiono by ją siłą. A może zostawiono by ją w spokoju. Zdecydowała się jednak podążyć ścieżką swojego nowego losu, właściwie z powodu Sellinarisa, aby go ponownie zobaczyć. A może po to, żeby uratować Ferrin? Czasami ciężko jest mi zrozumieć autorkę, kiedy kieruje działaniami bohaterów. Trochę to wszystko zakręcone i niejasne. Sama już nie wiem, gdzie Anaela, tudzież Karolina, cierpiała bardziej, w Feri’anie czy na Ziemi.
Gdy więc Anaela przechodzi do Ferrinu i odnajduje Sellinarisa, stwierdza, że znalazła się w czasie, gdy Elanora jeszcze żyła, a Eleuzis nie zdążył jeszcze swoimi zdradzieckimi działaniami sprowadzić na Feri’anę zarazy Szarej Śmierci. Nie odbyła się jeszcze wojna o wolność pomiędzy ludzkimi niewolnikami a elfami, Cienie nie zostały zgładzone, a Eden, przemieniony w późniejszy Tartar, jeszcze nie istniał. A co najgorsza, Sellinaris nie pamiętał ani jej, ani łączącego ich uczucia. Wówczas Anaela, pomna na to, jakim cierpieniem duszy mężczyzna musiał zapłacić, aby być przy ukochanej kobiecie i mieszkać z nią z dala od Ferrinu, postanowiła nie dopuścić, aby Sellinaris ponownie ją pokochał. Nie chciała ponownie skazywać go na ból życia poza ukochaną krainą. Pomimo to ścierpła na myśl o tym, że przyjdzie jej walczyć z samą Elanorą o Sellinarisa. Hmmm, to w końcu chciała, żeby ją znowu pokochał, czy chciała mu dać spokój, starając się jedynie zapobiec tragedii, w której Elanora traci duszę i życie, a Sellinaris zmienia się w okrutnego władcę Darraki, pragnącego zemsty i panowania nad całym Światem Światów? Po czym gdzieś w połowie książki Anaela mówi do siebie, że może jeszcze kiedyś się z Sellinarisem spotkają, wyjaśnią sobie wszystko i pokochają, po czym razem wrócą do domu na Ziemi. Tak, zdecydowania Michalak dba o to, żeby czytelnik czuł się zagubiony.
A może to tylko ja jestem za mało inteligentna, aby pojąć wszystkie wydarzenia i ich konsekwencje? Choć nigdy wcześniej nie zdarzało mi się, abym podczas czytania czuła się taka zagubiona. Bywało tak, że zapytywałam samą siebie, czy to ja nie rozumiem jakiegoś wydarzenia, czy też autorka tak wszystko gmatwała, że aż nie było w tym sensu. Może dla niej liczy się tylko to, aby akcja się działa wartko, nawet jeśli jedno wydarzenie nie wynikało z drugiego? Często szukałam nitek powiązań miedzy kolejnymi wydarzeniami, a nawet tym, co działo się w pierwszej części i tym, jak Anaela widziała przeszłe/przyszłe wydarzenia w obecnej Grze. I albo tych nitek nie było, albo ja nie umiała ich znaleźć. Przewracałam strony, cofałam się do poprzedniego wątku, a i tak nie potrafiłam odnaleźć tego, czego szukałam.
Wiele wydarzeń nie miało dla mnie sensu. Dlaczego Sellinaris tak bardzo uwziął się na Anaelę? Dlaczego oskarżał ją o zabójstwo, którego nie popełniła? Czy był aż tak bardzo ślepy, żeby zauważyć, że to nie Anaela sprowadziła na ich krainę nieszczęście, tylko próbowała ją przed tym bronić? Oczywiście poczułam tu lekkie podobieństwo do Harlequinów. W tych małych książeczkach o miłości często silono się na takie wrzucenie bohaterów w absurdalne sytuacje, które miały spowodować chwilową kłótnię i rozstanie bohaterów, aby ich potem na nowo złączyć. Takie też miałam wrażenie podczas spotkań Anaeli z Sellinarisem. Że wszystkie komplikacje miały służyć temu, aby ich potem z wielkim hukiem połączyć, wbrew wszystkim nieporozumieniom.
Zaskoczyło mnie też, w jaki sposób autorka odmalowała Sellinarisa. W pierwszej części poznajemy go jako okrutnego władcę Szarej Śmierci, Wedd’Sarda. Wtedy miał powody, by nienawidzić. Jednak teraz, gdy Anaela wróciła do Ferrinu, to, co miało go zmienić w podłego i nie znającego litości człowieka, jeszcze się nie wydarzyło. A jednak Sellinaris pokazany jest jako mężczyzna twardy, łatwo dający się ponieść nienawiści, człowiek potrafiący zadawać cierpienie. Nie spodziewałam się tego. Jednak na pewno dodało to smaczku tej książce, ponieważ Anaela dzięki temu miała utrudniony dostęp do jego serca. Zabieg autorki był łatwo zrozumiały, ale wolałabym chyba, aby Sellinaris pokazał się z nieco lepszej strony. Żeby był bardziej sprawiedliwy, lepiej oceniał ludzi i był mniej wyniosły. Wreszcie dostałam to, czego oczekiwałam, ale musiałam na to długo czekać i przez to przemiana mężczyzny wydała mi się lekko naciągana, taka właśnie żywcem wyjęta z romansidła. Jednak mimo tego ucieszyłam się, że znowu go „widzę” i że to właśnie o nim będzie ta kolejna część.
Ucieszyło mnie też to, że Michalak postanowiła przywrócić do życia większość bohaterów z pierwszej Gry. Dzięki temu mogłam znowu spotkać Sarisa, Hatirę, Reikana, Amrego. Wprawdzie nie wszystkimi zdążyłam się nacieszyć, ale zadowolona jestem, że Michalak zdecydowała się na ten dość ryzykowny chwyt. Bo może nie wszystkim spodobało się to, że autorka użyła tych samych bohaterów. Może woleliby coś nowego, świeżego. Dla mnie to był jednak wielki plus. Poza tym, mając wpływ na przyszłość, znając wydarzenia, które miały dopiero nastąpić, Anaela stworzyła całkiem inny Wymiar, z zupełnie innym zakończeniem, a więc i książka jest inna, niż „Gra o Ferrin”. Nie trzeba się obawiać, że będzie to ta sama opowieść, ponieważ nic w Ferrinie nie będzie działo się tak samo. A jednak mimo wysiłków Anaeli, los płata jej kolejne figle i w wyniku woli bogów Ferrin zmierza do podobnego finału czyli do wyniszczającej wojny. Jeśli więc tak niewielki wpływ na losy Ferrinu miała Anaela, jeśli z woli bogów krainę czeka ten sam los, to czy dziewczyna stanie na wysokości zadania i wypełni Przepowiednię do końca?
Kołaczą mi się w głowie jeszcze inne zarzuty do autorki. Jej niekonsekwencja w wielu sprawach mnie denerwuje. Najpierw Anaela nie chce żyć w Świecie Szarej Śmierci, a potem nie może się doczekać, kiedy wróci do domu. Nie chce mówić Selllinarisowi, że wcześniej łączyła ich miłość, aby nie zakuwać go w kajdany swojej miłości i nie zmuszać do powrotu na Ziemię, a za chwilę w chwili słabości chce mu opowiedzieć całą historię.
Niedbałość o szczegóły, chaos w wydarzeniach i ich skutkach, niewyjaśnienie pewnych spraw to wszystko sprawia, że odnoszę czasem wrażenie, że Michalak postanowiła, że skoro jest to jej książka, wymysł jej wyobraźni, to może w niej robić wszystko, na co ma ochotę. Ale to nieprawda. Trzeba jeszcze do tego szanować inteligencję czytelnika. Każdy ruch na szachownicy życia musi mieć swoje skutki, jedno wydarzenie musi wypływać z drugiego, aby uniknąć chaosu. W „Kronikach Ferrinuę chaosu jest niestety w nadmiarze. Do tego parcie na to, aby jak najbardziej skomplikować sprawy, by było jak najbardziej interesująco, sprawia, że tego chaosu jest jeszcze więcej. Czasem łapałam się na tym, iż w mojej głowie powstawała myśl, że to wcale nie musiało tak być, gdy czytałam o skutkach jakiejś decyzji.
Autorka bardzo skupia się na tym, aby w książce działo się jak najwięcej. Dlatego czasem stawia przed czytelnikiem jakiegoś bohatera tylko po to, aby go za chwilę zdjąć z szachownicy. Zaś śmierć tego bohatera jest tak szybka i gwałtowna, że czasem aż śmieszna. Weźmy takiego Lanora. Niebezpieczny zabójca do wynajęcia, potrafiący czytać w myślach i władać magią, przed którym każdy czuje strach, nagle pada martwy w najzwyklejszych okolicznościach. Pojawił się tylko na kilka stron. Po co? Aby coś się działo. Ale czy w jego pojawieniu się był jakiś głębszy sens? Nie sądzę.
Ta cześć jest nieco inna niż poprzednia. Autorka jest bardziej łaskawa dla swoich bohaterów. Nie ma aż tyle cierpienia i tragedii. Nie ma absurdalnego wyboru danego przez bogów, jest tylko Przepowiednia, którą trzeba wypełnić. Trochę inni są także głowni bohaterowie. Choć ich główne cechy pozostały bez zmian. Anaela jest jakby mądrzejsza, dojrzalsza. Mniej się buntuje dla samego buntu, choć i w tej części zdarza się jej zachowywać jak rozkapryszone dziecko. Nadal zdarza jej się buntować przed rozkazami, bo taka jest jej natura. Jednak po poprzedniej Grze powinna wiedzieć, że każde jej poczynania rodzą konsekwencje dla innych i powinna była wiedzieć, że musi uważać na to, co robi. Nadal lubi się obrażać, a nawet, gdy jest wzburzona, potrafi podnieść rękę na przyjaciela, bo ten ją obraził. Ładna zrobiła się z niej złośnica, która walczy z wiernym obrońcą i przyjacielem, bo ten podrażnił jej kobiece ego. Nadal potrafi wzbudzić sympatię i gorętsze uczucia w każdym napotkanym mężczyźnie. No ale cóż, Anaela musi być wyjątkowa, żeby wzbudzić zainteresowanie czytelnika.
                Jest to książka, do której można się wielokrotnie przyczepić za różne przewinienia jej autorki, jak niedbałość o szczegóły, chaos, wyrwanie pewnych zdarzeń z kontekstu, ale i tak można się w niej zatracić i zapomnieć o wszystkim innym. Dawno nie czytałam książki, od której nie mogłam się aż tak bardzo oderwać. Czytałam ją w każdej wolnej chwili, nawet w autobusie, mimo mojej choroby lokomocyjnej. Wolałam narazić się nieprzyjemne uczucie w żołądku, niż czekać, aż znajdę się w domu, aby dokończyć przerwany rozdział. Zasypiałam późno, nie bacząc na konieczność wstania następnego dnia rano do pracy, a gdy się budziłam, od razu myślami wracałam do książki. Czytałam ją na stojąco na przystanku, pod obstrzałem zdziwionych ludzi, spieszących razem ze mną do pracy, czytałam zaraz po powrocie z pracy, nie zwracając uwagi na domowników. Przebywałam w swoim świecie, a raczej świecie stworzonym przez Katarzynę Michalak, i nic nie mogło mnie z niego wyciągnąć prócz tego, że książka się po prostu skończy. A gdy wreszcie to nastąpiło, poczęłam gorączkowo szukać następnej części i tym sposobem zamówiłam przedpremierowy egzemplarz „Serca Ferrinu” w księgarni internetowej empik. Po raz pierwszy zdecydowałam się na kupno książki, zamiast czekać cierpliwie na to, aż pojawi się ona w bibliotece, za darmo. Taką moc ma „Powrót do Ferrinu” i jej autorka. Teraz czekam z jeszcze większą niecierpliwością na moją książkę, choć martwi mnie jedno. Jeśli nie będzie w niej Sellinarisa ani Anaeli, ni żadnego z dobrze mi znanych bohaterów, jeśli opowieść pociągnie córka Anaeli, czy nie pożałuję swojego zakupu? Czy nadal ”Kroniki Ferrinu” będą miały moc wyrwania mnie z codzienności? Jaka będzie odpowiedź na to pytanie? Nie mogę się już doczekać!
 

sobota, 17 maja 2014

Gra o Ferrin - Katarzyna Michalak


Karolina, młoda pani anestezjolog, ma już dość życia w świecie szarej codzienności, osamotnienia i egzystencji zgodnie z tym samym scenariuszem dzień za dniem. Gdy pewnego dnia jedzie na zgłoszenie do samobójczyni, odkrywa, że dziewczyna, która skacząc z piątego piętra tak skutecznie usiłowała się zabić, jest podobna do niej niczym siostra bliźniaczka. Po tym zdarzeniu, gdy nie udaje jej się uratować dziewczyny sama czuje, że traci chęć do życia w świecie Szarej Śmierci, jak nazywa ten świat, w którym przyszło jej żyć.
W jednej chwili decyduje się odejść do innego wymiaru, do świata ze swoich marzeń. Jej decyzję przyspiesza Łukasz, najlepszy przyjaciel, który łamiąc dane jej słowo, wyjawia, że chce pojąć ją za żonę, niepomny niechęci Karoliny do mężczyzn z powodu przeszłych wydarzeń. Gdy wyrzuca go z domu, Karolina opłakuje całe swoje smutne i monotonne życie, po czym przygotowuje się do teleportacji, której magiczne słowa wyczytała w księdze czarów swojej ciotki Maryli, zwanej również Amarillą dell’Soll, przyniesionej przez Łukasza, zanim pokazano mu drzwi.
W jednej chwili Karolina jest w swoim maleńkim pokoiku, otoczona rysunkami jednorożców, szepcząc zaklęcie, by w następnej obudzić się w wyśnionej krainie Ferrinu, w samym środku toczonej tam wojny o władzę. Z pokonanej przez życie Karoliny zmienia się w Anaelę dell’Idarei, o której stara przepowiednia mówi jako o tej, która uratuje Ferrin przed zgubą. Jednak Anaela nie wie, że zatajono przed nią najważniejszą cześć proroctwa. Według Smoczej Przepowiedni bowiem dziewczyna będzie musiała dokonać najtrudniejszego w swoim życiu wyboru i złożyć w ofierze to, czego nie jest zdolna poświęcić.
Utkany z marzeń świat. Marzeń, które stały się moimi. Tak mogłabym określić tę książkę. Nie znam się kompletnie na fantastyce, nie jestem jej superfanką. Za to kocham to, co wyzwala we mnie chęć do ucieczki z tego świata i zagłębienia się w zupełnie inną rzeczywistość. Uwielbiam książki, które potrafią obudzić we mnie pragnienia zrzucenia zwykłej, ziemskiej powłoki i przeobrażenia się w inną osobę. Kocham zatracać się w czyjejś wyobraźni i zapominać się zupełnie podczas czytania. „Gra o Ferrin” spełniła moje oczekiwania. Otrzymałam to, czego zawsze szukałam w książce typu fantasy. Zatraciłam się, zapomniałam na chwilę o tym, że jestem tylko zwykłą dziewczyną, czytającą książkę. Bo póki czytałam „Grę o Ferrin”, byłam kimś zupełnie innym. Przeniosłam się do zupełnie innego świata, w którym wszystko jest możliwe, gdzie potęga miłości jest silniejsza niż całe zło świata, a na pozór zwykła osoba włada mocami, o których istnieniu nie miała pojęcia.
Myślę, że to drzemiące we mnie dziecko, otwierające szeroko buzię na dźwięk słowa magia, sprawia, że nie mogę się oprzeć pokusie sięgnięcia po fantastykę. To dziecko z wypiekami na twarzy i błyszczącymi z zachwytu oczami zagłębia się w wyimaginowane światy i uśmiecha się z zadowoleniem za każdym razem, gdy namówi mnie na sięgnięcie po tego typu literaturę. A ja lubię w sobie to dziecko i lubię mu sprawiać radość. Cieszę się, gdy znowu czuję je w sobie, bo wiem, że niedługo opuszczę ziemski padół, gdzie wszystko wydaje się takie nudne i zwyczajne i przeniosę się w miejsca niezwykłe, gdzie szarość dnia nie ma dostępu. Dla mnie książki wspomagające wyobraźnię są lepsze niż narkotyk. Wspaniale jest zanurzyć się w taki wyimaginowany świat i zapomnieć o smutkach dnia codziennego. I to bez skutków ubocznych.
„Gra o Ferrin” była dla mnie niespodzianką. Napisała ją polska autorka, znana najbardziej ze swoich ciepłych opowiadań obyczajowych, a dla mnie jest to mieszanka zabójcza. Polska ksiązka i do tego obyczajówka? Nuuuuda. Tym razem jednak dałam szansę Katarzynie Michalak, bo bardzo byłam ciekawa jak jej pójdzie pisanie książki fantasy. W końcu jej „erotyk”, który wcześniej czytałam, wcale nie był taki polski, bo przypominał raczej zagraniczne romanse. Zaryzykowałam więc i cóż, nie zawiodłam się. Zostałam zabrana w wycieczkę po cudownej krainie i wcale nie czułam, że przyłożyła do tego rękę Polka. Czytało mi się tak dobrze, że nie potrafiłam się od Ferrinu oderwać, i ciężko było mi potem wrócić do codziennej szarości. Głowę miałam wypełnioną wspomnieniami z książki i cieszyłam się, że dałam szansę Michalak, aby poprawiła swój wizerunek w moich oczach, bo po tym, jak przeczytałam „Mistrza”, miałam mieszane uczucia. Jej spojrzenie na fantastykę spodobało mi się i jakoś nie potrafię sobie wyobrazić innych jej, bardziej znanych książek. Szczerze mówiąc nie wydaje mi się, abym miała sięgnąć po jej opowiadania obyczajowe, bo po Ferrinie nie zniosłabym zwykłego opowiadania o zwykłych losach zwykłej dziewczyny. Zdaję sobie sprawę, że Michalak daleko do innych pisarzy fantastyki, jak choćby Tolkiena i że „Gra o Ferrin” nie jest idealna, jednak książka na tyle mi się spodobała, że doskonale się bawiłam, rozgrywając razem z bohaterami książki grę o Ferrin. Pomimo wszystkich niedoskonałości tej książki musiałam przyznać przed samą sobą, że była to świetna przygoda dla mojego spragnionego magii umysłu.
Postanowiłam jednak ostrzec innych czytelników przed minusami tej książki, tak, aby każdy mógł sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy warto sięgnąć po tę książkę, czy nie. Ja osobiście znalazłam w niej to, czego szukałam, czyli wrota do innego świata i to jest dla mnie najważniejsze. Minusy tej książki są dla mnie sprawą drugorzędną, ponieważ nie zaważyły znacząco na odbiorze historii, którą chciała opowiedzieć Michalak. Czas, abyście i wy mogli podjąć decyzję, czy chcecie zanurzyć się w świat fantazji autorki. Zatem zaczynamy.
Książka od pierwszych stron pełna jest akcji. Autorka gotowa jest od razu wciągnąć czytelnika w swój wyimaginowany świat i nie zanudza go przydługimi wstępami. Ma to jednak ujemny wpływ na pierwszy rozdział,  gdyż wydaje się on bardzo chaotyczny (zresztą nie będzie to jedyny moment chaosu w książce). Miał on za zadanie być pewnego rodzaju pomostem pomiędzy rzeczywistością Karoliny a magicznym światem Ferrinu. Wyszło z tego coś dziwnego. Ten pierwszy rozdział miał wytłumaczyć, dlaczego Karolina zdecydowała się uciec w świat fantazji, a zamiast tego czytelnik otrzymuje chaotyczną próbę tłumaczenia, która tylko wszystko jeszcze bardziej komplikuje sens wszystkiego. Zamiast wytłumaczyć, stawia przed czytelnikiem kolejne pytania, nie udzielając na nie odpowiedzi. Muszę przyznać, że nigdy nie otrzymałam odpowiedzi na zadane wówczas przez mój umysł pytania (np. czy dziewczyna, która popełniła samobójstwo faktycznie była siostrą bliźniaczką Karoliny?) i nieco mnie to zdziwiło, bo spodziewałam się owego wyjaśnienia, gdyż inaczej ten pierwszy rozdział nie miał dla mnie żadnego sensu. Mogłam też czegoś nie zrozumieć, w końcu nie jestem ekspertem od literatury fantasy, jednak mam nieodparte wrażenie, że autorka zapomniała o tym drobnym fakcie, iż każde zdarzenie należy jakoś wytłumaczyć.
Nie do końca też zrozumiałam, czy przeplatanie świata magii ze światem codzienności miało jakiś ukryty sens, ani co oznaczały te urywki. Czy Karolina faktycznie przeniosła się do innego świata? Czy też były to majaki chorego umysłu, zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym.? A może były to tylko zwierzenia pisarki, która wyjaśniała, w jaki sposób wymyślała swoich bohaterów, bazując na jakimś scenariuszu filmowym opowiadającym o ludziach chorych umysłowo? Tu moja wyobraźnia okazała się mieć granice, bo nie starczyło mi konceptu, aby rozwiązać zagadkę.
W mojej głowie powstały też inne pytania, na które nie znalazłam odpowiedzi i zastanawiam się, czy faktycznie ich nie było, czy też tylko mnie one umknęły. Bo czasami miałam wrażenie, że brakowało w tej książce pewnych powiązań przyczynowo-skutkowych i kiedy autorka starała się wyjaśnić niektóre wydarzenia, ja wciąż nie potrafiłam w tych tłumaczeniach odnaleźć owych powiązań ani sensu. Innymi słowy to, co miało tłumaczyć, gmatwało sprawy jeszcze bardziej. Być może ja nie rozumiałam pewnych rzeczy, mimo kilkukrotnego czytania odpowiednich fragmentów. A być może to autorka troszeczkę się gubiła w swojej opowieści, skoncentrowana głównie na tym, aby akcja się toczyła wartko, bez względu na brak sensu niektórych wydarzeń.
Czasami miałam wrażenie, że cała historia z Ferrinem była tylko przykrywką dla historii miłosnej, która toczyła się na kartach książki. Oczywiście nie mam nic przeciwko pisaniu o miłości, bo ja uwielbiam romantyczne opowiadania, jednak wolałabym, aby nie było  aż tak bardzo widoczne, że wszystkie wydarzenia miały na celu sprowadzić dwoje bohaterów na ścieżkę uczucia.
Wydaje mi się również, że Michalak nie umie za bardzo tworzyć żeńskich bohaterów tak, aby można ich było polubić od pierwszego spotkania. Na bazie dwóch książek autorki muszę stwierdzić, że jej bohaterki na siłę chcą się wyróżnić na tle innych kobiet, a nawet bohaterów męskich, przez co bywają nie tylko słodkie, niewinne i naiwne, ale i trochę denerwujące. I tak Anaela czasem zachowuje się jak dzieciak, który buntuje się dla samego tylko buntu, przez co cierpią inni. Zachwyca się jak dziecko jednorożcami lub smokami, zamiast skupić się na zadaniu, jakie ma przed sobą. No i oczywiście rozkochuje w sobie każdego napotkanego mężczyznę, bo tak cudownej istocie jak ona żaden nie potrafi się oprzeć. A to dlatego, że jest tak wyjątkowa. A przynajmniej tak stara się ją pokazać autorka. Owszem, Anaela bywa dzielna i uparta w pozytywnym sensie (choć gdy mówi do siebie w sposób zdrobniały, to nawet mnie, osobie o otwartym umyśle, chce się płakać), ale nie bardzo widzę dlaczego każdy mężczyzna tracił dla niej od razu głowę. Ale być może daje o sobie znać typowa zazdrość kobieca, która przesłania mi mój obiektywizm J
Za to męskich bohaterów autorka umie obdarzyć takimi cechami, aby spodobali mi się od pierwszego wejrzenia (pomijając to, że każdy z nich musiał być przystojny, a niektórzy nawet nieludzko piękni). Amre, który broni Anaeli nawet za cenę własnego życia, Reikan, obdarzony honorem, gotów postawić się nawet własnemu ojcu, by sprawiedliwości stało się zadość i oczywiście okrutny Sellinaris Weddsa’rd, w którym drzemią tak skrajne cechy charakteru, że nie da się go nie lubić. W ogóle mam wrażenie, że ja cierpię na jakiś syndrom sztokholmski. Nie da się inaczej wytłumaczyć, dlaczego tak łatwo potrafię się zakochać w człowieku zabijającym bez mrugnięcia okiem swoich wrogów, tylko dlatego, że jednocześnie ma on słabość do głównej bohaterki. Cóż, widocznie jestem beznadziejnym przypadkiem, którym łatwo manipulować, gdy da mu się marchewkę na kiju, czyli nadzieję, że każdego mężczyznę można zmienić, dając mu miłość. Może powinnam zostać drugą Matką Teresą? J
Jak już wspomniałam, jest w książce sporo chaosu. Rzeczy, których nie wytłumaczono lub których próby tłumaczenia powodowały jeszcze większy chaos. Ktoś, kto powinien nie żyć, nagle wstaje, bez żadnego wytłumaczenia, z jedną tylko natrętną myślą, którą dyktuje skory do ukrywania błędów innych umysł: „przecież on jest magiem, na pewno dlatego ma wiele żyć”. Tylko czy na pewno ja sama powinnam na własną rękę szukać wytłumaczenia pewnych zdarzeń? Czy ciągłe zapytywanie siebie i bezskuteczne poszukiwanie odpowiedzi na zadawane pytania pomiędzy wierszami są wyznacznikiem dobrej powieści? A tych pytań było wiele. Zbyt wiele. Do tego nagłe pojawianie się postaci, bez wytłumaczenia, skąd się nagle wzięły w tym konkretnym miejscu, przyprawiały mnie o palpitację serca. No cóż, pod tym względem książka nieco kuleje.
To by było na tyle. Jeśli chcecie poczytać bardziej krytyczną analizę ujawniającą wszystkie błędy autorki, zapraszam na blog Czarne owce literatury. (Gdy przejrzałam zamieszczoną tam analizę „Gry o Ferrin”, aż wstyd mi było, że książka tak mnie wciągnęła. No ale cóż, trzeba być uczciwym względem siebie i umieć przyznać, że coś się spodobało, nawet jeśli powinno z tego powodu pokraśnieć ze wstydu J). Pragnę zaznaczyć, że nie jestem krytykiem, nie znam się na gatunkach literackich. Nie potrafię rozpoznać, czy książka posiada wszystkie najważniejsze cechy swojego gatunku, czy jest dobrze napisana i czy nie zawiera błędów, które na zawsze powinny wykluczyć ją z konkretnego gatunku. Nie zajmuję się analizami, nie oceniam książek jak krytyk literacki, nie interpretuję dzieł literackich. Ja tylko piszę to, co czuję podczas czytania książek. Podczas czytania „Gry o Ferrin” czułam przede wszystkim radość i spełnienie. Chciałam zapomnieć o wszystkim i udać się do krainy magii, i to mi się udało. Chciałam znowu mieć naście lat i wierzyć w niemożliwe i dostałam to. Czy mogę wymagać od książki więcej? Oczywiście. Zawsze możemy wymagać więcej i więcej. Tylko, że mi wystarczyło to, co zaoferowała mi Katarzyna Michalak. Dostałam miłość, magię i wiarę w moc uczuć. To, że książka zawiera w sobie wiele wad z punktu widzenia gatunku, nie ma dla mnie tak wielkiego znaczenia. Najważniejsze, że zatraciłam się w tej książce i nie chciałam wracać do codzienności. I wiecie co? Pomimo jej wad chcę wrócić do Ferrinu. Chcę wrócić do świata wyobraźni pani Michalak, bo gdy czytam, jestem jak dziecko, które przyjmuje na wiarę to, co je otacza, nawet jeśli niektórych rzeczy nie da się wytłumaczyć lub których zapomniano wytłumaczyć. Zatem już niedługo powrócę do Ferrinu w ślad za Anaelą. Obie znikniemy na chwilę, aby pogrążyć się w magii i tym co nieosiągalne w tym szarym świecie istniejącym poza wyobraźnią.
Wydawnictwo Albatros, Wyd. I, 2010, s. 422, Warszawa 28 września 2004