Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść przygodowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 czerwca 2014

Powrót do Ferrinu - Katarzyna Michalak

Obawiałam się, że druga część „Kronik Ferrinu” nie spełni moich oczekiwań. Często się zdarza w literaturze i filmie, że powroty nie są udane. Jednak „Powrót do Ferrinu” zaskoczył mnie tym, że utrzymał poziom swojej pierwszej części. Oczywiście zawsze mogło być jeszcze lepiej, ponieważ Ferrinowi daleko do książki idealnej, ale należy pamiętać, że mogło też być gorzej. Zwłaszcza, że autorka pokusiła się o dialog ze swoją własną historią. Podjęła ryzyko i umieściła Anaelę w tych samych okolicznościach, ale przesuniętych w czasie (o drobnych 200 lat). Kazała swojej bohaterce ponownie przeżywać te same wydarzenia, jednak dając jej możliwość zmiany przyszłości, którą dobrze znała. I to było jej zadanie po powrocie do Ferrinu. Bogowie dali jej szansę odwrócić bieg historii, zapewniając sobie tym samym rozrywkę, którą tak lubili. Tym razem jednak postanowili poddać Anaelę innej próbie. Chcieli sprawdzić, czy potrafi zadawać ból, nienawidzić i zabijać. Ta zaś w tej roli odnalazła się znakomicie.
Zdziwiło mnie to bardzo, ponieważ w poprzedniej części  Anaela starała się uratować kogo tylko się dało, a teraz plamiła sobie ręce krwią, bo tak trzeba. Z chroniącej życie zmieniła się w łatwo wybuchającą wściekłością osobę, która nie cofnie się przed zabiciem, aby ochronić Feri’anę przed jej losem. Ta zmiana kazała mi mieć nadzieję, że dziewczyna zmieniła się nie do poznania, że będzie mądrzejsza, że będzie podejmowała ostrożniejsze i bardziej przemyślane decyzję, jednak tu się zawiodłam. Niejednokrotnie Anaela była nie do zniesienia, kapryśna i nerwowa. Ale widocznie taka musiała być osoba, mająca w sobie moc rozkochania w sobie mężczyzny takiego jak Sellinaris. Bo to właśnie za nim Anaela udała się w drogę powrotną do Ferrinu. Bogowie odebrali go jej, aby zwabić ją do kolejnej Gry, z tymi samymi pionkami, ale na nieco innych zasadach.
I tu pojawia się pierwsza z wielu niekonsekwencji, w których celuje ta książka. Rozpoczyna ją prolog, w którym Karolina zauważa, jak bardzo Sellinaris cierpi na Ziemi, tęskniąc za Ferrinem. Zauważa, że mężczyzna oddala się od niej z każdym dniem i przeczuwa, że pewnego dnia go straci, mimo całej jego miłości i namiętności, którą do niej odczuwa. Kiedy Primea i Saetin, okrutni bogowie Świata Światów postanawiają po raz kolejny zabawić się jej osobą, podąża za Sellinarisem bez wahania, mimo iż wie, co ją czeka po drugiej stronie portalu. Nie chce przeżywać ponownie cierpienia po stracie przyjaciół. Jednak przechodzi przez portal, aby zobaczyć ukochanego mężczyznę jeszcze raz. Właściwie już tu zaczęłam się gubić. Anaela cierpiała na Ziemi, dlatego przeniosła się do Ferrinu. W wymarzonej krainie odnalazła miłość, ale i cierpienie, dlatego nie wahała się oddać życia za Ferrin, za Reikana i Sellinarisa, bo dzięki temu mogła wrócić do domu, do Świata Szarej Śmierci (mimo, iż nigdy nie czuła się tu szczęśliwa). Kiedy bogowie otworzyli przed nią portal powrotny do Ferrinu, przeszła przez niego, mimo iż mogła zostać na Ziemi, w swoim domu. Już tyle razy nie zgadzała się z wolą bogów, więc kolejny bunt nie byłby dla niej problemem. Może, gdyby odmówiła, przeniesiono by ją siłą. A może zostawiono by ją w spokoju. Zdecydowała się jednak podążyć ścieżką swojego nowego losu, właściwie z powodu Sellinarisa, aby go ponownie zobaczyć. A może po to, żeby uratować Ferrin? Czasami ciężko jest mi zrozumieć autorkę, kiedy kieruje działaniami bohaterów. Trochę to wszystko zakręcone i niejasne. Sama już nie wiem, gdzie Anaela, tudzież Karolina, cierpiała bardziej, w Feri’anie czy na Ziemi.
Gdy więc Anaela przechodzi do Ferrinu i odnajduje Sellinarisa, stwierdza, że znalazła się w czasie, gdy Elanora jeszcze żyła, a Eleuzis nie zdążył jeszcze swoimi zdradzieckimi działaniami sprowadzić na Feri’anę zarazy Szarej Śmierci. Nie odbyła się jeszcze wojna o wolność pomiędzy ludzkimi niewolnikami a elfami, Cienie nie zostały zgładzone, a Eden, przemieniony w późniejszy Tartar, jeszcze nie istniał. A co najgorsza, Sellinaris nie pamiętał ani jej, ani łączącego ich uczucia. Wówczas Anaela, pomna na to, jakim cierpieniem duszy mężczyzna musiał zapłacić, aby być przy ukochanej kobiecie i mieszkać z nią z dala od Ferrinu, postanowiła nie dopuścić, aby Sellinaris ponownie ją pokochał. Nie chciała ponownie skazywać go na ból życia poza ukochaną krainą. Pomimo to ścierpła na myśl o tym, że przyjdzie jej walczyć z samą Elanorą o Sellinarisa. Hmmm, to w końcu chciała, żeby ją znowu pokochał, czy chciała mu dać spokój, starając się jedynie zapobiec tragedii, w której Elanora traci duszę i życie, a Sellinaris zmienia się w okrutnego władcę Darraki, pragnącego zemsty i panowania nad całym Światem Światów? Po czym gdzieś w połowie książki Anaela mówi do siebie, że może jeszcze kiedyś się z Sellinarisem spotkają, wyjaśnią sobie wszystko i pokochają, po czym razem wrócą do domu na Ziemi. Tak, zdecydowania Michalak dba o to, żeby czytelnik czuł się zagubiony.
A może to tylko ja jestem za mało inteligentna, aby pojąć wszystkie wydarzenia i ich konsekwencje? Choć nigdy wcześniej nie zdarzało mi się, abym podczas czytania czuła się taka zagubiona. Bywało tak, że zapytywałam samą siebie, czy to ja nie rozumiem jakiegoś wydarzenia, czy też autorka tak wszystko gmatwała, że aż nie było w tym sensu. Może dla niej liczy się tylko to, aby akcja się działa wartko, nawet jeśli jedno wydarzenie nie wynikało z drugiego? Często szukałam nitek powiązań miedzy kolejnymi wydarzeniami, a nawet tym, co działo się w pierwszej części i tym, jak Anaela widziała przeszłe/przyszłe wydarzenia w obecnej Grze. I albo tych nitek nie było, albo ja nie umiała ich znaleźć. Przewracałam strony, cofałam się do poprzedniego wątku, a i tak nie potrafiłam odnaleźć tego, czego szukałam.
Wiele wydarzeń nie miało dla mnie sensu. Dlaczego Sellinaris tak bardzo uwziął się na Anaelę? Dlaczego oskarżał ją o zabójstwo, którego nie popełniła? Czy był aż tak bardzo ślepy, żeby zauważyć, że to nie Anaela sprowadziła na ich krainę nieszczęście, tylko próbowała ją przed tym bronić? Oczywiście poczułam tu lekkie podobieństwo do Harlequinów. W tych małych książeczkach o miłości często silono się na takie wrzucenie bohaterów w absurdalne sytuacje, które miały spowodować chwilową kłótnię i rozstanie bohaterów, aby ich potem na nowo złączyć. Takie też miałam wrażenie podczas spotkań Anaeli z Sellinarisem. Że wszystkie komplikacje miały służyć temu, aby ich potem z wielkim hukiem połączyć, wbrew wszystkim nieporozumieniom.
Zaskoczyło mnie też, w jaki sposób autorka odmalowała Sellinarisa. W pierwszej części poznajemy go jako okrutnego władcę Szarej Śmierci, Wedd’Sarda. Wtedy miał powody, by nienawidzić. Jednak teraz, gdy Anaela wróciła do Ferrinu, to, co miało go zmienić w podłego i nie znającego litości człowieka, jeszcze się nie wydarzyło. A jednak Sellinaris pokazany jest jako mężczyzna twardy, łatwo dający się ponieść nienawiści, człowiek potrafiący zadawać cierpienie. Nie spodziewałam się tego. Jednak na pewno dodało to smaczku tej książce, ponieważ Anaela dzięki temu miała utrudniony dostęp do jego serca. Zabieg autorki był łatwo zrozumiały, ale wolałabym chyba, aby Sellinaris pokazał się z nieco lepszej strony. Żeby był bardziej sprawiedliwy, lepiej oceniał ludzi i był mniej wyniosły. Wreszcie dostałam to, czego oczekiwałam, ale musiałam na to długo czekać i przez to przemiana mężczyzny wydała mi się lekko naciągana, taka właśnie żywcem wyjęta z romansidła. Jednak mimo tego ucieszyłam się, że znowu go „widzę” i że to właśnie o nim będzie ta kolejna część.
Ucieszyło mnie też to, że Michalak postanowiła przywrócić do życia większość bohaterów z pierwszej Gry. Dzięki temu mogłam znowu spotkać Sarisa, Hatirę, Reikana, Amrego. Wprawdzie nie wszystkimi zdążyłam się nacieszyć, ale zadowolona jestem, że Michalak zdecydowała się na ten dość ryzykowny chwyt. Bo może nie wszystkim spodobało się to, że autorka użyła tych samych bohaterów. Może woleliby coś nowego, świeżego. Dla mnie to był jednak wielki plus. Poza tym, mając wpływ na przyszłość, znając wydarzenia, które miały dopiero nastąpić, Anaela stworzyła całkiem inny Wymiar, z zupełnie innym zakończeniem, a więc i książka jest inna, niż „Gra o Ferrin”. Nie trzeba się obawiać, że będzie to ta sama opowieść, ponieważ nic w Ferrinie nie będzie działo się tak samo. A jednak mimo wysiłków Anaeli, los płata jej kolejne figle i w wyniku woli bogów Ferrin zmierza do podobnego finału czyli do wyniszczającej wojny. Jeśli więc tak niewielki wpływ na losy Ferrinu miała Anaela, jeśli z woli bogów krainę czeka ten sam los, to czy dziewczyna stanie na wysokości zadania i wypełni Przepowiednię do końca?
Kołaczą mi się w głowie jeszcze inne zarzuty do autorki. Jej niekonsekwencja w wielu sprawach mnie denerwuje. Najpierw Anaela nie chce żyć w Świecie Szarej Śmierci, a potem nie może się doczekać, kiedy wróci do domu. Nie chce mówić Selllinarisowi, że wcześniej łączyła ich miłość, aby nie zakuwać go w kajdany swojej miłości i nie zmuszać do powrotu na Ziemię, a za chwilę w chwili słabości chce mu opowiedzieć całą historię.
Niedbałość o szczegóły, chaos w wydarzeniach i ich skutkach, niewyjaśnienie pewnych spraw to wszystko sprawia, że odnoszę czasem wrażenie, że Michalak postanowiła, że skoro jest to jej książka, wymysł jej wyobraźni, to może w niej robić wszystko, na co ma ochotę. Ale to nieprawda. Trzeba jeszcze do tego szanować inteligencję czytelnika. Każdy ruch na szachownicy życia musi mieć swoje skutki, jedno wydarzenie musi wypływać z drugiego, aby uniknąć chaosu. W „Kronikach Ferrinuę chaosu jest niestety w nadmiarze. Do tego parcie na to, aby jak najbardziej skomplikować sprawy, by było jak najbardziej interesująco, sprawia, że tego chaosu jest jeszcze więcej. Czasem łapałam się na tym, iż w mojej głowie powstawała myśl, że to wcale nie musiało tak być, gdy czytałam o skutkach jakiejś decyzji.
Autorka bardzo skupia się na tym, aby w książce działo się jak najwięcej. Dlatego czasem stawia przed czytelnikiem jakiegoś bohatera tylko po to, aby go za chwilę zdjąć z szachownicy. Zaś śmierć tego bohatera jest tak szybka i gwałtowna, że czasem aż śmieszna. Weźmy takiego Lanora. Niebezpieczny zabójca do wynajęcia, potrafiący czytać w myślach i władać magią, przed którym każdy czuje strach, nagle pada martwy w najzwyklejszych okolicznościach. Pojawił się tylko na kilka stron. Po co? Aby coś się działo. Ale czy w jego pojawieniu się był jakiś głębszy sens? Nie sądzę.
Ta cześć jest nieco inna niż poprzednia. Autorka jest bardziej łaskawa dla swoich bohaterów. Nie ma aż tyle cierpienia i tragedii. Nie ma absurdalnego wyboru danego przez bogów, jest tylko Przepowiednia, którą trzeba wypełnić. Trochę inni są także głowni bohaterowie. Choć ich główne cechy pozostały bez zmian. Anaela jest jakby mądrzejsza, dojrzalsza. Mniej się buntuje dla samego buntu, choć i w tej części zdarza się jej zachowywać jak rozkapryszone dziecko. Nadal zdarza jej się buntować przed rozkazami, bo taka jest jej natura. Jednak po poprzedniej Grze powinna wiedzieć, że każde jej poczynania rodzą konsekwencje dla innych i powinna była wiedzieć, że musi uważać na to, co robi. Nadal lubi się obrażać, a nawet, gdy jest wzburzona, potrafi podnieść rękę na przyjaciela, bo ten ją obraził. Ładna zrobiła się z niej złośnica, która walczy z wiernym obrońcą i przyjacielem, bo ten podrażnił jej kobiece ego. Nadal potrafi wzbudzić sympatię i gorętsze uczucia w każdym napotkanym mężczyźnie. No ale cóż, Anaela musi być wyjątkowa, żeby wzbudzić zainteresowanie czytelnika.
                Jest to książka, do której można się wielokrotnie przyczepić za różne przewinienia jej autorki, jak niedbałość o szczegóły, chaos, wyrwanie pewnych zdarzeń z kontekstu, ale i tak można się w niej zatracić i zapomnieć o wszystkim innym. Dawno nie czytałam książki, od której nie mogłam się aż tak bardzo oderwać. Czytałam ją w każdej wolnej chwili, nawet w autobusie, mimo mojej choroby lokomocyjnej. Wolałam narazić się nieprzyjemne uczucie w żołądku, niż czekać, aż znajdę się w domu, aby dokończyć przerwany rozdział. Zasypiałam późno, nie bacząc na konieczność wstania następnego dnia rano do pracy, a gdy się budziłam, od razu myślami wracałam do książki. Czytałam ją na stojąco na przystanku, pod obstrzałem zdziwionych ludzi, spieszących razem ze mną do pracy, czytałam zaraz po powrocie z pracy, nie zwracając uwagi na domowników. Przebywałam w swoim świecie, a raczej świecie stworzonym przez Katarzynę Michalak, i nic nie mogło mnie z niego wyciągnąć prócz tego, że książka się po prostu skończy. A gdy wreszcie to nastąpiło, poczęłam gorączkowo szukać następnej części i tym sposobem zamówiłam przedpremierowy egzemplarz „Serca Ferrinu” w księgarni internetowej empik. Po raz pierwszy zdecydowałam się na kupno książki, zamiast czekać cierpliwie na to, aż pojawi się ona w bibliotece, za darmo. Taką moc ma „Powrót do Ferrinu” i jej autorka. Teraz czekam z jeszcze większą niecierpliwością na moją książkę, choć martwi mnie jedno. Jeśli nie będzie w niej Sellinarisa ani Anaeli, ni żadnego z dobrze mi znanych bohaterów, jeśli opowieść pociągnie córka Anaeli, czy nie pożałuję swojego zakupu? Czy nadal ”Kroniki Ferrinu” będą miały moc wyrwania mnie z codzienności? Jaka będzie odpowiedź na to pytanie? Nie mogę się już doczekać!
 

czwartek, 13 grudnia 2012

Biały Kieł / Jack London

            „Biały Kieł” jest to książka z mojego dzieciństwa, pod wpływem której zapragnęłam pisać książki, a nawet miałam w planach zostać wielką pisarką. Sławną oczywiście. Jak się łatwo domyśleć, moja pierwsza książka opowiadała o psie rasy Siberian Hysky. Dlaczego? Bo jest to rasa niezwykle przypominająca wilki. A Biały Kieł był wilkiem. Tak wiec mój psi bohater nie mógł być jamnikiem, dobermanem ani niczym innym jak Husky. Mojego bohatera nazwałam jedynym możliwym imieniem, którego znieść mogła moja pisarska wyobraźnia: nosił dumne imię Wilk- ponieważ musiał się kojarzyć z wilkami z powieści "Biały Kieł". Kierowałam się tą prostą drogą dedukcji być może dlatego, że od czasu jak przeczytałam książkę Jacka Londona zakochałam się na zabój w wilkach. Zbierałam obrazki przedstawiające wilki, pojedyncze sztuki lub całe watahy. W portfelu nosiłam zdjęcie szczerzącego kły wilka, bo tak sobie właśnie wyobrażałam Białego Kła- wiecznie rozzłoszczonego, zmuszonego walczyć o życie. A być może wybrałam psa przypominającego wilka na bohatera mojej pierwszej książki, ponieważ mój dziecięcy umysł podświadomie chciał skorzystać z gotowego wzorca, który osiągnął tak wielki sukces? Skoro już miałam zostać sławną pisarką to po co ryzykować z zupełnie nową historią? Tak więc pisałam i pisałam przy moim biureczku, na starym krześle z oparciem i przy małej lampce nocnej. Pisałam w każdej wolnej chwili. Nie wychodziłam na dwór po lekcjach, tylko spędzałam wieczory przy biurku. Pisałam ołówkiem, aż został z niego sam ogryzek ołówka, z którym nie potrafiłam się rozstać. Spędziłam z nim tyle dni, zapełniłam nim niezliczoną ilość stron; nie mogłam go tak po prostu wyrzucić. Zatytułowałam go nawet w myślach szczęśliwym ołówkiem. Czułam z nim silna więź. On znał wszystkie moje myśli, przelewał je do zeszytu, wiedział, że następną książkę chciałam napisać na styl ukochanego „Przeminęło z wiatrem”, pomagał mi stworzyć jej szkic. Zostawiłam go więc na szczęście, malutki ogryzek nie mozliwy już do utrzymania go w dłoni. Znalazłam mu honorowe miejsce w biureczku i leżał tam przez wiele miesięcy, podczas gdy zaczęłam pisać kolejnym ołówkiem, potem kolejnym i kolejnym. Żaden następny ołówek nie miał już dla mnie takiego znaczenia jak ten pierwszy żółty ołóweczek, kupiony za pieniądze wyproszone od mamy.

            Jak się zapewne domyślacie, książka nie tylko nie odniosła powalającego sukcesu, ale nawet nie ujrzała światła dziennego. Spoczęła na zawsze w biurku, jako pamiątka mojej naiwności i marzeniach o posiadaniu pisarskiego talentu. Po tej próbie zrozumiałam, że nie można automatycznie posiadać talentu tylko dlatego, że przeczytało się niezliczone ilości książek i niektóre z nich pokochało się na całe życie. Jednak nie miałam serca wyrzucić pracy setek minut spędzonych przy słabym świetle lampki nocnej. Bądź co bądź było to moje dzieło, efekt mojej wyobraźni, część mnie. Ta książka jest ze mną nadal. Przeprowadziła się do nowego mieszkania i zajęła miejsce razem z innymi szpargałami, szkicami, które nigdy nie przerodzą się w powieść. I proszę, nie próbujcie mnie pocieszyć mówiąc, że może powinnam spróbować wrócić do tamtej książki, skończyć ją i zobaczyć co z tego wyjdzie. To niepotrzebne. Nie będę sobie sama mydlić oczu. Kilkanaście lat temu otworzyła mi je nauczycielka języka polskiego, a potem ja sama zrzuciłam sobie klapki z oczu.

            A było to tak: pełna optymizmu postanowiłam pochwalić się ulubionej nauczycielce, że tworzę dzieło, którym kiedyś zapiszę się na zawsze w dziejach literatury. Zapytałam się jej, czy nie zechciałaby rzucić swoim doświadczonym okiem na twór mojej pracy. Oczywiście zgodziła się. Zapewne jęknęła, gdy zobaczyła rękopis stworzony ołówkiem, w zeszycie w kratkę, linijka pod linijką. W jej wieku na pewno było meczące czytać cos takiego. Mimo wszystko zrobiła to dla mnie. Bardzo mnie lubiła, a zwłaszcza lubiła we mnie to, że nigdy nie wymigiwałam się od przeczytania żadnej lektury i pisałam prace klasowe na piątki. Mogłam więc liczyć na jej szczerą opinię. Jednak myślę, że postarała się być dla mnie jak najmniej krytyczna, kiedy przyszłam po tygodniu po jej opinię. Usłyszałam: „Jest dobrze napisana”. Ale musielibyście słyszeć w jaki sposób było to powiedziane. Bez emocji. Gdy wróciłam do domu, postanowiłam sama przeczytać to co napisałam. A było tego połowa zeszytu 80-kartkowego. Gdy to zrobiłam, zrozumiałam czemu słowo wypowiedziane przez nauczycielkę pozbawione było emocji. Bo taka właśnie była moja książka. Stylistycznie dobrze napisana, ale bez emocji. Przewidywalna. Kopiująca czyjś pomysł. Zwykła próba odtworzenia myśli. Tak jakbyście próbowali przelać na papier zapamiętany kiedyś przepis na ciasto. Sama nie byłam w stanie przebrnąć przez te 80 zapisanych stron. Przerwałam gdzieś w połowie, niemal usypiając z nudów. Zrozumiałam w jednej chwili, że nauczycielka oszczędziła mi przykrości, nie mówiąc mi tego wszystkiego, a wręcz wypowiadając słowa, które mogłyby być komplementem i który mógłby być tak przeze mnie odczytany, gdyby nie jasność mojego umysłu i to, że spodziewałam się co najmniej okrzyków zachwytu. Ale myślę, że dobrze mi to zrobiło. Po co podgrzewać płonne nadzieje i pozwalać na to, aby życie mniej łagodnie weryfikowało naszą pracę. Na szczęście nie załamałam się, bo byłam jeszcze zbyt młoda i nie zaczęłam robić wszystkiego w kierunku przyszłej kariery pisarskiej. Jednak zrobiło mi się smutno. A potem schowałam zapisany zeszyt, wyrzuciłam szczęśliwy ołóweczek i pochowałam pakiet ołówków zakupionych na poczet przyszłej kariery. Pozostało mi po moich nadziejach kilka wspomnień, kilka szkiców, puste zeszyty i nie naostrzone ołówki oraz miłość do książek, która nigdy nie umrze. No i brak szczególnego pomysłu na życie. Nie miałam planu B i nadal go nie wymyśliłam w wieku 30 lat. Pozostałością po marzeniu z dawnych lat jest mój blog. Coś tam mogę nabazgrać, skupiam się tu na opisywaniu czyjegoś talentu i czerpię z tego taką samą radość jak wtedy, gdy siedziałam do późnej nocy z ołówkiem, który był szczęśliwy tylko z nazwy.

             Nie trzeba mi współczuć. Nie żałuję niczego. Miałam marzenie i próbowałam je osiągnąć. To się liczy najbardziej. Najbardziej niewiarygodne jest to, ile na swojej drodze spotykam osób, które miały podobne marzenie jak ja. Czy to jest przypadek? Czy zupełnie nieświadomie dobieramy znajomych tak, że są oni podobni do nas? Czy też wyczuwamy to przez skórę i dlatego od razu czujemy sympatię do ludzi do nas podobnych? Dlaczego to piszę? Okazało się, że pracuję z koleżanką, która również miała pisarską przygodę. Również nieudaną. A całą szkołę średnią przesiedziałam z dziewczyną, z którą potrafiłam niezliczoną ilość godzin rozmawiać o książkach i ulubionych filmach. No i ona oczywiście też pisała. Co więcej ufała mi i dawała mi do oceny swoje powieści. Napisała ich więcej niż ja i potrzebowała więcej czasu na pogodzenie się z myślą, że obie nie posiadamy talentu. Wciąż utrzymujemy kontakt i wiem, że ona swoje „książki” też trzyma dla potomnych. Ot, może będzie czym bawić wnuki. Jestem ciekawa ilu jeszcze miłośników książek spotkam na swojej drodze i ilu z Was marzyło kiedyś o tym, że Wasze książki będą czytane z przyjemnością przez pokolenia… Zapewne będzie coraz trudniej o takich ludzi w dobie Internetu i telewizji. Ja również dałam się skraść sieci i przez kilka lat nie tknęłam nowej książki. Jednak już się otrząsnęłam i teraz nie wiem, jak mogłam porzucić książki dla czegoś tak bezdusznego jak Internet. Moje życie bez nich było puste. Na szczęście wróciłam do świata żywych, a Internetu używam tylko do rozwijania swoich pasji.

            Skoro już się zwierzyłam ze swojego sekretu, o którym wielu znajomych nie ma pojęcia, zwierzę się też z kolejnego. Mam skłonność do dygresji. Lubię sobie porzucić główny temat, powędrować po niezbadanych szlakach mojego umysłu i nawet nie widzę, kiedy to robię. Tak się właśnie stało teraz. Miałam pisać o Jacku Londonie a pisałam o sobie. Podkulam więc ogon swojej wyobraźni i wracam myślami na główne tory.


           Wiem, że to co będę teraz pisać, bazuje na wspomnieniach sprzed lat. Na wspomnieniach stworzonych oczami i myślą dziecka. Ale robię to z przekory. Zdaję sobie sprawę, że teraz, jako osoba dorosła, mogłabym zupełnie inaczej odebrać tę książkę. Nie będę jej jednak czytać ponownie. Lubię moje wspomnienia o tej książce z dzieciństwa. Nie chcę sobie mieszać w życiu nowymi wspomnieniami. Choć myślę, że nie byłoby z nimi tak źle gdybym dodała trochę doświadczenia czytelniczego jako trzydziestolatka. Ja kocham zwierzęta a książka jest o zwierzętach i podejściu człowieka do tych istot, jakże więc miałabym przestać kochać tę książkę tylko dlatego, że dorosłam i inaczej patrzę na świat? Jednak najbardziej bliskie mojemu sercu jest to co czułam, gdy po raz pierwszy czytałam o Białym Kle, dlatego właśnie pod wpływem tamtego dziecka, wciąż głęboko tkwiącego we mnie, napiszę parę słów o powieści Jacka Londona.

           Książka jest typową przygodówką. Ja skierowałabym ją do dzieci i młodzieży. Myślę, że oni najbardziej by docenili przygody wilka z domieszką psiej krwi. Osoby starsze nie mają już takiej wyobraźni ani empatii. Mogliby nie wzruszyć się nad losem zwierzęcia źle traktowanego przez człowieka. Za dużo w swoim życiu widzieli, aby uronić łzę nad okrucieństwem człowieka wobec zwierzęcia. Człowiek młody i pełen ideałów natomiast będzie wymarzonym czytelnikiem dla tej książki. On nigdy nie pomyśli, że zwierzę żyje po to, by służyć człowiekowi, że nie czuje, nie myśli, więc nie ma prawa walczyć o swoją wolność. Ponieważ należy do człowieka. I człowiek może zrobić z nim wszystko, na co ma ochotę. Osoba z młodym, świeżym umysłem będzie pamiętała, że to zwierzęta były pierwsze na świecie i dopiero człowiek przyszedł, odebrał im wolność i stał się władcą wszystkiego co żyje. Tylko młody osobnik zrozumie jak wielką krzywdę człowiek może wyrządzić zwierzęciu i być może zapłacze nad jego losem.

           Powieść pokazuje życie zwierząt ich oczami. Ukazuje, że zwierzęta też potrafią cierpieć i łatwo je zranić, tak jak człowieka. W książce śledzimy losy pół-krwi wilka, osieroconego za młodu, który trafił pod „opiekę” człowieka. Przekazywany z rąk do rąk jak rzecz bez uczuć i wolnej woli ,dostaje się w ręce okrutnego człowieka, który wyczuł w posiadaniu dzikiego i agresywnego wilka interes życia. Jako, że wilk nie miał szczęścia do ludzi, od małego pozbawiony poczucia bezpieczeństwa, czuł, że musi walczyć o przetrwanie. Nie znalazł się na jego drodze nikt, kto potrafiłby radzić sobie z dzikimi zwierzętami. Żyjąc w ciągłym strachu, wśród ludzi dziczał jeszcze bardziej, od środka. Stał się niebezpieczny dla ludzi, którzy go takiego stworzyli. Gdy zostaje oddany w ręce człowieka trudniącego się organizowaniem walk psów, jego życie staje się udręką. Głodzony i ćwiczony do jeszcze większej agresywności, staje się maszyną do zabijania. W swojej dzikości i zapamiętaniu nie ma sobie równych. Wygrywa wszystkie walki, przynosząc spory dochód swojemu właścicielowi i rozsławiając go w kręgach ludzi trudniących się psimi walkami. Wreszcie trafia na psa silniejszego od siebie, zaprawionego w boju buldoga, którego zwały skóry charakterystyczne dla tej rasy okazały się niezawodnym sposobem na przetrwanie ataku wilka. Wilk słynął z tego, że rzucał się od razu na gardło przeciwnika i w ten sposób wygrywał walkę w ciągu kilku sekund. Tym razem jednak nie było sposobu, aby wygrać z buldogiem. Bo zamiast w gardło, wilk wbił kły w chroniące je fałdy skóry. Tymczasem jego przeciwnik zadał wilkowi cios w odsłoniętą pierś. Walka od początku była przesądzona. Jednak wilk nie chciał odpuścić. Zaciskał szczęki coraz bardziej, jednak jego zęby tylko ślizgały się na skórze buldoga, który również nie zwalniał swojego uścisku. Wilk słabł z każdą chwilą, a pomoc nie nadchodziła. Zamiast tego jego właściciel zaczął go okładać kijem, aby wzbudzić w wilku agresję i pobudzić go do walki. Nagle stał się cud. W krąg ludzi otaczających walczące psy wkroczyli dwaj mężczyźni i siłą rozdzielili przeciwników, wkładając kij między zęby buldoga. Była to ostatnia chwila, aby ocalić wilka przed śmiercią.
      Wybawcą okazał się młody człowiek imieniem Matt. Towarzyszył mu jego opiekun. Wykupili oni ledwie żywego wilka od jego poprzedniego właściciela, który widząc, w jakim stanie znajduje się wilk, uznał, że jeszcze zrobił dobry interes. Sądził bowiem, że wilk nie przeżyje nawet nocy.

          Jednak Białemu Kłowi inny los był pisany. Nie tylko przetrwał noc pod czułą opieką Matta, ale całkiem wyzdrowiał z ran. Przynajmniej tych fizycznych. Ponieważ rany na psychice pozostały. Gdyby obejrzał go któryś z naszych weterynarzy, myślę, że natychmiast zapadłby wyrok: śmierć. Zwierzę tak agresywne nie ma prawa żyć i narażać ludzi na niebezpieczeństwo. Takie też było zdanie przyjaciela Matta, Sama. Matt nie uląkł się groźnych zębów i przestróg przyjaciela. Zobaczył w oczach wilka cos, co nie pozwoliło mu się poddać. Ciężką i ostrożną pracą zdobył zaufanie zwierzęcia, które obdarzyło go w zamian miłością wielką i wierną. Wkrótce też Biały Kieł odpłacił Mattowi za uratowanie życia.

          Niby zwykła powieść przygodowa, jakich pełno się przewinęło w historii literatury, a mimo to „Biały Kieł” zajął szczególne miejsce w moim sercu. Zaraz obok "Winnetou" jest jedną z najlepiej wspominanych przeze mnie książek przygodowych. Od małego kochałam zwierzęta, jednak po przeczytaniu tej książki moja miłość do nich sięgnęła zenitu. Do dzisiaj też pamiętam sceny walk i opis tych scen. Właśnie wtedy zakochałam się w Białym Kle. Pokochałam tego walecznego i odważnego wilka, gdy czytałam o tym jak wygrywał wszystkie walki. I mimo, że przemawiało przez niego okrucieństwo, to jednak ja wiedziałam, że to człowiek był wszystkiemu winien. Ktoś, kto nieumiejętnie prowadzi psa, może zmienić go w krwiożerczą bestię nawet dzisiaj. Wiedziałam, że dla Białego Kła te organizowane walki były walką o własne życie i gdyby nie został do tego zmuszony, nigdy by nie przelał niewinnej krwi. Czułam, że tkwi w nim dobro i z uśmiechem czytałam o tym, jak Matt walczył o psychikę wilka z niezłomnością i wiarą w powodzenie planu. Ten młody chłopak tak samo jak ja wierzył, że zwierzę oddane pod dobrą opiekę potrafi pokochać człowieka, nawet jeśli wcześniej dostawał od niego tylko razy zadawane kijem i przykaz zabijania w jego imieniu. Bo tak naprawdę to ludzie są okrutni, a nie zwierzęta.

          Do tej pory wspominam z rzewnością powieść Jacka Londona. Utkwiła ona głęboko w mojej świadomości jak kilka innych wspaniałych dzieł i cieszę się, że jest przestrzeń, gdzie mogę się dzielić tymi książkami z innymi. Mam nadzieję, że jakiś miłośnik zwierząt i dobrej książki sięgnie po „Białego Kła” pod wpływem tego postu i będzie czerpał z niej tyle przyjemności ile kiedyś miała z powieści mała Angelika J

           Kiedy przeczytam jakąś wyjątkowo dobrą książkę, po jej ukończeniu sięgam po inne dzieła autora. I w tym przypadku nie było inaczej. Koniecznie chciałam zobaczyć, co jeszcze napisał London. A że w szkolnej bibliotece dostępny był tylko "Zew krwi", to poznałam tylko te dwie jego książki. Jakże się ucieszyłam, gdy okazało się, że "Zew krwi" także jest o zwierzęciu i jego walce o przetrwanie. Ta książka jednak już tak bardzo mnie nie poruszyła. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć ze szczegółami o czym była. A mam dobrą pamięć do tytułów, które ukochałam. Jestem pewna, że przeczytałam "Zew krwi" z przyjemnością, mogę tę książkę z czystym sercem polecić, ale tak naprawdę dla mnie istnieje tylko jedna powieść Jacka Londona i jest nią "Biały Kieł". Reszta może nie istnieć. Nie będzie mi żal, nie będę tęsknić. Ale "Białego Kła' będę zawsze wspominać z prawdziwą przyjemnością i polecać każdemu, kto zapyta mnie o dobrą książkę przygodową. I nie będę chciała słyszeć ani jednego złego słowa o niej. Także miejscie się na baczności w komentarzach i piszcie tylko o tym, że kochacie tę książkę tak samo mocno jak ja :)