niedziela, 1 marca 2015

Uczta dla wron, Cz. 1, Cienie śmierci / Gra o tron, T.5, George R.R. Martin


 

Mam wrażenie, że Martin stworzył ten tom niejako na przeczekanie. Nie pozwala swym głównym bohaterom na zbyt odważne działania, skupia się na mniej ważnych osobnikach, wprowadza nowe postacie, których żywot trwa zbyt krótko, aby zwrócić na nich większą uwagę i oddala tym wszystkim bardziej wartką akcję. Nie znajduje w sobie odwagi, by zmienić losy bohaterów w jakiś znaczący sposób, uspokaja atmosferę w książce, uśmiercając pomniejsze, mało ważne dla książki postacie. Pozwala na pewien zastój w swojej wielkiej historii.
Zastanawiam się, dlaczego to robi. Może chce dać odetchnąć swoim czytelnikom po śmierci Robba Starka i lady Catelyn, jego matki? To aż dwie szokujące śmierci w jednym tomie. Tak ważni bohaterowie. Przecież Robb Stark, postać bez skazy, wojownik mający wygrać wojnę o tron (czy tylko ja to czułam? Czy też moje własne wyobrażenia zaniosły mnie na manowce?), nagle zostaje brutalnie zepchnięty z planszy, a pozostaje po nim tylko pamięć i łzy. A także Catelyn, ta dobra kobieta, której jedyną wadą było to, że nie mogła pokochać bękarta swojego męża i wysłała Jona Snow na wieczną służbę na Murze? Nie zasłużyła na potępienie, każdej kobiecie ciężko by było przebaczyć zdradę, zwłaszcza gdy jej dowód codziennie kole w oczy. Czy zasłużyła na karę? Okrutna to kara stracić męża i patrzeć na śmierć syna. Ale cała „Gra o tron” jest okrutna. Mimo to autor chyba po ostatnich wydarzeniach postanowił trochę spasować, pozwolić czytelnikom wyjść z szoku i żałoby po śmierci dwójki bohaterów. Reszta dzieci Starków pozostała bez rodziców, bez domu i nadziei. Rozrzuceni po całym kraju, bez żadnych wieści o rodzeństwie, tułający się wśród obcych, lękający się o swoje życie. Trzeba dać im wszystkim odpocząć.
Moje myślenie wydaje się całkiem prawdopodobne. Zginął też Tywin Lannister, kolejny rozdający karty i ważny dla losów Książęcej Przystani człowiek, którego podstępne działania doprowadziły do zguby dziedzica Winterfell, króla północy, Robba Starka i jego matki. Karty zostały mocno przetasowane i chociaż zwycięstwo chyli się znacząco na stronę Lannisterów, których sojusze zdają się dawać im jeszcze silniejszą pozycję niż mieli do tej pory, to  mimo wszystko czuje się w powietrzu klimat odmiany. Jakiegoś mocnego skrętu w jedną lub w drugą stronę. Mam wrażenie, że autor nie chce odsłaniać na razie wszystkich swoich kart, woli trzymać czytelników w napięciu. Tylko czy odkładanie akcji przez prawie 300 stron to na pewno taki dobry pomysł? Przyznaję, że czasem czułam lekkie znużenie. Po śmierci Joffrey’a i Tywina, Cersei rozpaczliwie poszukuje nowych przyjaciół, wszędzie węszy zdradę i spiski, jednak nie podejmuje żadnych większych działań. Północ została strącona z planszy i na razie o niej ucichło, a Żelaźni Ludzie szukają nowego króla po śmierci Balona Greyjoya. Stannis stacjonuje na Murze i na razie zniknął z pola widzenia. Niewiele się dzieje, bohaterowie poprzedniej części zostali odsunięci na bok i zastąpieni pomniejszymi pionkami. Niewiadomo co się stało z Sandorem Clegane, gdy Arya zostawiła go wykrwawiającego się na śmierć. Słychać tylko jakieś pogłoski, świadczące, że żyje. Chyba że jest to życie takie, jakie zostało podarowane Berricowi Dondarionowi. Czy pomiędzy życiem a śmiercią można jeszcze coś odczuwać? Czy on i Sansa jeszcze kiedykolwiek się zobaczą? Nadal nie mogę wybaczyć głupiutkiej Aryi, że go zostawiła na pewną śmierć po tym, jak uratował jej życie. Polubiłam go pomimo jego szorstkości, gwałtowności i służeniu Joffrey’owi, a nie lubię, jak się tak źle traktuje moich ulubieńców. Nie słychać też nic o zmartwychwstałej mocą boga R’llhora lady Catelyn. Dowiadujemy się też, że cebulowy rycerz, jeden z nielicznych honorowych rycerzy w całym Westeros, zginął, zdradzony pod sztandarem rozmów pokojowych i nie wiem czy w to wierzyć, czy nie. Na razie sztormy ustały, liczone są szkody i to by było tyle akcji w „Cieniach śmierci”.
Jak już wspomniałam, pojawiają się nowe pionki w grze. Możliwe, że to do tej pory niedoceniany Żelazny ród będzie teraz największym wrogiem Cersei Lannister, nie Stannis i jego zausznica Mellisandre, jak do tej pory przypuszczałam. Euron Wronie Oko, brat Balona, jednego z pięciu królów, którzy walczyli o tron Westeros i zginęli, obecnie najsilniejszy pretendent do tronu Żelaznych Wysp, zdaje się znalazł broń, która może dać mu siłę, jaka może zaważyć na losach całej Westeros. Jako jedyny dał posłuch plotkom o pojawieniu się trzech ostatnich smoków i ujrzał w nich nadzieję nie tylko na tron po Balonie Greyjoyu, ale i widoki na władnie całymi Siedmioma Królestwami. Była to jedyna wzmianka godna uwagi i zapowiadająca wielkie zmiany w grze o tron. Martin postanowił nie ruszać swoich głównych pionków, pozwalając im się przyczaić na jakiś czas, a rozgrywa partię mniej ważnymi figurami. To sprawia, że akcja trochę wolno się toczy i można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że odrobinę zawiało nudą. Na pewno autor niejedno zaskoczenie dla nas szykuje, ale nie chce jeszcze wyciągać z rękawa wszystkich asów. Może boi się za szybko pokazać swoją strategię? A może planuje rozciągnąć swoją dobrze sprzedającą się historię na tyle tomów, ile się da? Mam nadzieję, że jest to tylko jednorazowe potknięcie, taki przypadek. Ulegnięcie pokusie. Jeden nudniejszy, 257 stronicowy tom zniosę, ale teraz żądam akcji! Czyżby książka zmieniła mnie w żądną krwi hienę? Nie, ja tylko chcę poruszeń na planszy i w sercu.
        Są jednak i jasne strony tego tomu. Jest Brienne, która szuka Sansy Stark i jeszcze nie zdaje sobie prawy, że obraz wielbionego, lecz martwego króla Renly’ego powoli zaciera się w jej głowie na rzecz Jaimego Lannistera. Jest też sam Królobójca, który wreszcie ma szansę być takim, jakim zawsze pragnął być- nieskazitelnym rycerzem Gwardii Królewskiej, tak jak wielbiony przez niego Arthur Dayne, Miecz Poranka. Jedynie Brienne i czytelnicy znają jego mroczne sekrety i wiedzą, w jaki sposób narodził się Królobójca. Tylko my wiemy, z jakim okrucieństwem spotkał się młody chłopak pełen ideałów i jak ono zmieniło go w człowieka, który gotów był zepchnąć dziecko w śmierć dla wielbionej kobiety. Lecz lochy i obietnica dana lady Catelyn, a także spotkanie z Brienne i Krwawymi Komediantami zmieniły Jaimego nie do poznania. Teraz, znając jego sekrety, tak długo skrywane przed wszystkimi i widząc, jak bardzo się zmienił, nie można już oprzeć się pokusie polubienia jedynego Lannistera, który nosi w sobie honor. Daleką drogę musiał przebyć, aby go odnaleźć, a gdy to się wreszcie stało, nawet jego własna spiskująca siostra nie potrafi go rozpoznać. Jestem z niego dumna, a jednocześnie zaczynam się bać o Jaimego. Boję się, że będzie musiał srogo zapłacić za to swoje nowe braterstwo z honorem. Obawiam się, że Cersei Lannister będzie chciała pozbyć się swojego brata, skoro nie może już wykorzystywać go do swoich brudnych rozgrywek. Trzymam kciuki za Jaime’go i za Brienne. Mam wrażenie, że jest to jedyna kobieta, która może przynieść szczęście Królobójcy. Jedyna osoba wierząca w niego i wiedząca, ile przeżył. Ona widziała jego upadek i poznała go lepiej, niż ktokolwiek inny. Tylko czy najbrzydsza kobieta, jaką spotkał Jaime, może zająć miejsce pięknej Cersei? Wygląda na to, że Jaime naprawdę bardzo się zmienił. Ale chyba pytanie powinno brzmieć- czy zdąży dożyć momentu, w którym dowie się, że czasem cenniejsze jest to, co ukryte głęboko wewnątrz niż to, czego wszyscy mogą dotknąć na zewnątrz. I czego na pewno wszyscy dotykali za pozwoleniem złotowłosej właścicielki?
Kolejnym elementem, który niezmiennie przyciąga uwagę jest Cersei Lannister. Jej knowania i spiski jeszcze wielu ludzi przywiodą do zguby, a jej ambicja i pragnienie władzy zapewni jej moją dozgonną nienawiść i wrogów do końca trwania jej panowania. Wciąż liczę, że spotka ją kara za liczne grzechy, ale zaczynam godzić się z myślą, że jej postać pozostanie z nami już do końca. Dokoła niej mogą ginąć ludzie, ale Cersei nie ima się śmierć. Zapłaciła jednak ogromną karę za swoje przewinienia, ale nawet śmierć jej okrutnego syna Joffreya nie sprawiła, by jej żądza władzy osłabła. Cersei jest zaślepiona swoimi pragnieniami, nie widzi, że to jej czyny doprowadziły do śmierci chłopca i szuka winnych wokół siebie, ale nie widzi krwi swojego syna na własnych dłoniach. Dla Cersei Lannister nie ma już nadziei. Ona nie zmieni się nigdy. Nigdy nie zauważy swoich błędów w wychowaniu dzieci, nigdy też nie będzie miała współczucia dla tego, co brzydkie. Zabicie własnego brata tylko dlatego, że urodził się karłem, jest dla niej tak naturalne jak zamknięcie książki po jej przeczytaniu. Gdy Jaime stracił rękę, zaczyna traktować go inaczej niż przedtem, nazywając go głupcem i natychmiast zastępując go w łożu kimś, kto bardziej przydaje się jej knowaniom. O tak, na Cersei i jej nienawiść do wszystkiego, co się jej sprzeciwia, zawsze mogę liczyć. Dzięki niej wszystko się kręci, a jej spisków starczy na jeszcze kilka tomów.
Mimo iż autor wstrzymał akcję, dając nam na pocieszenie kilka pomniejszych wojenek, knowań i zatargów, usunął w cień ważniejsze postacie, nie dając znać co dzieje się z Brannem i Rickonem, zamknął Sansę w Orlim Gnieździe, a Aryę  w Domu Czerni i Bieli, gdzie nic się nie dzieje, zastępując jej przygodami postać nudnej Daenerys Targaryen (znowu mam nieodparte wrażenie, iż czytam Baśnie 1001 nocy).
Mimo iz ogólnie nic znaczącego się nie dzieje w tym tomie, wciąż jest to książka, która przykuwa. Przy której zapomina się o spacerze, mimo iż pierwsze oznaki wiosny jeszcze przed chwilą ciągnęły nas na świeże powietrze, gdzie dźwięk telefonu wywołuje tylko zniecierpliwienie. Podczas czytania której odkłada się na bok wszystkie ambitne plany, zapisane w pamięci dzień wcześniej. Jest to książka, którą ukradkiem czyta się w pracy, nosi się ją wszędzie ze sobą, bo przecież zawsze można przeczytać kilka stron czekając na autobus na przystanku. A po zamknięciu ostatniej strony z trudem zmusza się do pójścia do łóżka, bo przecież na półce leży już kolejna część. Saga „Gra o tron” jest  jedną z tych książek, które zabierają nas w niezwykłą podróż po wyimaginowanych światach, przez które człowiek nie potrafi sobie wyobrazić, jak ma potem żyć bez tego świata, gdy już zamknie ostatnią stronę ostatniego tomu. Gdy czytam tę książkę, żałuję, że nie mam znowu 15 lat, bo mogłabym wówczas przeczytać wszystkie 8 tomów w 8 dni, wliczając w to prawie 1000 stron „Starcia królów”. Ale dzisiaj wieczorem znowu poczuję się jak nastolatka bez obowiązków. Wolna chata, długa kąpiel i „Sieć spisków”- oto moje plany na wieczór.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Nawałnica mieczy Cz. 2 Krew i złoto / Gra o tron, T. 4, George R.R. Martin


 
Koleżanka, która poleciła mi tę książkę, ostrzegła mnie na samym wstępie. Powiedziała: „Tylko nie przyzwyczajaj się do nikogo, bo ten ktoś może za chwilę umrzeć.” Zdziwiły mnie te słowa, bo przecież śmierć w książce nie jest niczym wyjątkowym, więc skąd te słowa? Śmierć jest w literaturze elementem mającym wzruszyć czytelnika, wycisnąć łzy, uwolnić emocje, przekazać jakieś ważne przesłanie, które zawsze głębiej utrwala się w pamięci, gdy ktoś za nie ginie. Czasem nawet zdarza się, że umiera główny bohater, na ostatnich stronach książki, dla podkreślenia ważności prawd, które niosło jego życie. Nie lubię tego, bo zawsze oczekuję od życia happy endu, nie tylko w fikcji, ale i w rzeczywistości, ale muszę przyznać, że faktycznie takie tragiczne historie przechowuję w pamięci do dziś. Więc może coś w tym jest, że ktoś musi zginąć, aby jego przesłanie dla świata nie umarło nigdy. Jestem w stanie to zrozumieć. Jednak „Gra o Tron” zaskoczyła mnie całkowicie.
W przypadku sagi „Gra o Tron” ze śmiercią spotkałam się dość wcześnie. Było to swego rodzaju introdukcją, wstępem do wszystkich późniejszych wydarzeń. Był to niezbędny łącznik całej historii rodu Starków, mimo to ciężko mi było patrzeć na cierpienia Eddarda Starka, który w swojej ostatniej godzinie wyrzekł się swego honoru dla dzieci. Pragnął je jeszcze zobaczyć, skusił się więc obietnicą łaski i wiecznej służby na Murze w Nocnej Straży. Niestety rezygnacja ze swoich ideałów nie uratowała go. Cierpiałam razem z jego córką Sansą, zmuszoną patrzeć, jak królewski kat ścina jej ojcu głowę, pozwalając, aby zdrada i podłość zwyciężyła nad prawością i honorem. Eddard musiał umrzeć za swój honor, zmuszony haniebnie do przyznania się do win, których nie popełnił, a na końcu umarł, skazany zdradziecko przez swoich oprawców. Żył z honorem, a umarł jako zdrajca. Rozumiałam wówczas, że musi umrzeć tak upodlony, ogłoszony zdrajcą, tracąc wszystko, co było dla niego ważne, aby podkreślić zło, które zalęgło się w Królewskiej Przystani w osobie Cersei Lannister i jej syna Joffreya. Musiałam znieść śmierć Starka, jedynego człowieka, który był w stanie wyciągnąć na światło dzienne cały brud otaczający królewską rodzinę i uratować swego przyjaciela i króla Siedmiu Królestw, Roberta Baratheona. Jego misja musiała skończyć się katastrofą, aby czytelnik mógł opowiedzieć się po właściwej stronie i aby wyglądał zemsty jego rodziny tak gorączkowo jak ja to robiłam. Bo przecież dobro zawsze zwycięża zło, prawda? Przynajmniej w literaturze. Ścierpiałam śmierć honorowego człowieka, aby tych, którzy mu to zrobili, spotkała kara. Za tę i za inne zbrodnie. Taka kolej rzeczy była zrozumiała i trzeba było znieść śmierć dobrego człowieka w imię wyższych celów. Prawda i dobro musiało w końcu zatryumfować, bo tak właśnie wygląda życie w książkach.
Tymczasem wyobraźnia Martina poniosła go na zupełnie inne tory, niż można było się spodziewać. Wiedziałam, że saga „Gra o Tron” jest naprawdę długa, pisana kilka lat i wciąż nie skończona, ale sądziłam, że krok po kroku zemsta wreszcie dosięgnie kłamców i zdrajców pod postacią Lannisterów. Jednak moja cierpliwość na wiele się nie zdała. Przeczytałam już 4 tomy (w tym jeden tysiącstronicowy) i nadal czekam. Tylko że teraz nie jestem już niczego pewna. Ta książka jest inna niż wszystkie, które do tej pory czytałam. Bardziej przypomina ona życie, niż fikcję. Bo wyobraźnia ma moc ukarania złych i nagrodzenia dobrych, natomiast w życiu wygrywają silniejsi, bardziej zakłamani, nieuczciwi i zdradzieccy. W życiu panuje prawo dżungli, w książce prawo wyższości dobra nad złem. W „Grze o Tron” natomiast rządzi prawo autora. Martin opowiedział się po stronie rzeczywistości. W jego książce to ci, którzy są silniejsi, dyktują warunki, a jeśli nawet przychodzi kara, to nie od tych, którzy mają do tego największe prawo. W sadze zło zwycięża raz za razem, przynosząc zgubę tym, którzy nie zasłużyli na śmierć i jeszcze więcej cierpienia, niż było im dane zaznać do tej pory.
Zło odniosło wreszcie druzgocące zwycięstwo, za pozwoleniem R.R. Martina. Przeczytawszy czwarty tom sagi jestem zrozpaczona. Zginęło dwoje ludzi, którzy nie zasłużyli na śmierć, nie doczekawszy się zadośćuczynienia za krzywdy, których doznali. Straciwszy wszystko, co kochali i nie zaznawszy zemsty. Zobaczywszy przed śmiercią, że przegrali wszystko o co tak dzielnie walczyli. Zaznawszy jedynie cierpienia i bólu. Zobaczywszy, że wszystkie poprzednie zwycięstwa obróciły się w proch. Nie mogę przeboleć tych dwóch śmierci. Gdy czytałam ten wątek, nie mogłam w niego uwierzyć. „Jak to?”- zapytywałam samą siebie? „Cersei ma zwyciężyć? To niemożliwe. Przecież to główni bohaterowie! To nie może się tak skończyć!” Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Jeszcze do tego śmierć poniesiona w taki sposób! Gdy skończyłam ten rozdział, byłam przekonana, że wszystko mi się tylko wydawało, że da się to jakoś wytłumaczyć, odkręcić. Że coś źle zrozumiałam i za chwilę okaże się, że rany nie okazały się śmiertelne, że czekają ich tylko lochy. Niestety, następne rozdziały przyniosły potwierdzenie smutnej prawdy. Nie wydawało mi się, wszystko dobrze zrozumiałam. Ludzie, którzy tyle już wycierpieli, zginęli, nie poznawszy pewnych prawd, nie zaznawszy uczucia zemsty, nie odzyskawszy swoich ukochanych.
 Tego było mi już za wiele. Poczułam wściekłość. Na Cersei, na Joffreya, na sprawców tej całej tragedii, na życie, które tak dobrze naśladuje książka Martina. A nawet na niego samego. Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie, jak to możliwe, że autor mógł zabić swoje własne dzieci i  pozwolić, aby zło tak długo tryumfowało. Tak wiele jest krzywd w życiu rzeczywistym, tak wiele bólu i niesprawiedliwości, że szukam tego, czego w nim nie znajduję w książkach. Tymczasem nie jestem już pewna, czy w „Grze o Tron” kiedykolwiek odnajdę sprawiedliwość. Wojnę o Westeros wygrywają ci, którzy walczą podstępem i zdradą, a umierają sprawiedliwi i waleczni, jakby w Siedmiu Królestwach liczyła się tylko brutalna siła. To przywodzi mnie do rozpaczy i wściekłości. Czasami jednak wydaje mi się, że Martin bawi się ze mną, wodzi mnie na sznurkach jak jakąś marionetkę. Tak mną kieruje, abym czuła dokładnie to, co on sobie wymyślił, że powinnam czuć. Czy wyzwolił we mnie tą wściekłość celowo? Jeśli tak, to muszę przyznać, że naprawdę jest genialnym autorem.
Pomimo tego, że książka niebezpiecznie zbliża się do życia, a jej autor jest tak okrutny dla swoich bohaterów, muszę przyznać, że jest to książka, od której człowiek coraz bardziej się uzależnia w miarę czytania. Często jest tak, że im dalej się czyta, tym jest się coraz bardziej znużonym. Tu jednak mamy sytuację odwrotną. Książka wciąga coraz bardziej, nie wiadomo czego się w niej spodziewać, nieoczekiwanych zwrotów akcji w niej nie brakuje, natomiast błędów nie mogę znaleźć w niej żadnych. Tak jak podczas czytania sagi „Gra o Ferrin” (która swoją drogą jest słabą próbą odwzorowania sukcesu sagi Martina) ciągle gubiłam się w gąszczu nieposklejanych ze sobą wątków, widziałam wiele niedoskonałości i dziwnych zwrotów akcji, tak w tej książce wszystko jest uporządkowane, zrozumiałe i wręcz doskonałe. Nie sposób oderwać się od niej, mimo iż czasem dusza się w człowieku buntuje, gdy widzi tyle niesprawiedliwości i krzywdy. Wciąż jednak nie opuszcza mnie nadzieja, że rodzina Starków obroni się przed burzą, jaka ogarnęła ich rodzinę od czasu śmierci Eddarda, a winni za tę zbrodnię wreszcie zapłacą za swoją podłość. W końcu przede mną jeszcze cztery tomy. Aż boję się, co w nich znajdę. Lecz jednocześnie nie jestem w stanie odłożyć teraz książki na półkę. Gorączka ogarnęła mnie zbyt silnie. Mam tylko nadzieję, że moja pacyfistyczna dusza wytrzyma całe cierpienie i zło, które przygotował dla mnie autor.
Tak jak wspominałam przy okazji recenzji poprzedniego tomu, w tej książce nic nie jest pewne. Nie zawsze ten, kto wygląda na złego, naprawdę nosi w sercu zło. Czasem możemy się dowiedzieć, że bohaterowie sagi są zupełnie inni, niż zostali przedstawieni na początku. Nie można ufać swojemu osądowi, bo za chwilę autor może zmusić nas do zmiany światopoglądu. Nie wiadomo też do końca kto jest czyim wrogiem i czy właściwie oceniamy walkę o tron. Czy Mellisandre, która pali ludzi na stosie w imię swojego boga R’llhora naprawdę jest zła i omamiła Stannisa Baratheona, aby go na końcu zdradzić i przejąć władzę nad Westeros, czy też jej głodny ofiar bóg faktycznie jest jedynym ratunkiem  dla Siedmiu Królestw? To jest jak na razie najbardziej zagadkowe pytanie, które mnie dręczy. W końcu Czerwony Kapłan walczący po stronie uciśnionych również szuka pomocy u tego samego boga ciemności. Tak, zdecydowanie nie wiadomo, czego się spodziewać. Zastanawiam się tylko, czy dla autora te zwroty akcji są tak samo nieoczekiwane, jak dla czytelnika. Czy Martin uknuł sobie wszystko 17 lat temu, czy też jego książka żyła i rozwijała się w jego wyobraźni razem z nim. Czy jego bohaterowie mają już rozpisaną całą historię, czy też lata pracy nad książką zmieniają ich tak, jak zmienia ludzi czas? Myślę, że nigdy nie poznam odpowiedzi na to pytanie. Czy to dobrze? Nie mam pojęcia.
Jest jedna rzecz, która mi się w sadze nie podoba. Jak już wspomniałam przy innej okazji, przygody Daenerys, Zrodzonej w Burzy i ostatniej z rodu Targaryenów nie są w ogóle interesujące. Bardziej przypominają mi one baśnie dla dzieci w stylu Opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy (tylko bardziej krwawe) lub „Opowieści z Narni”. Mimo iż krew leje się tam tak jak w całej książce, nie mogę znieść tych rozdziałów. Są nudne, ciągną się jak flaki z olejem i jakoś nie pasują do klimatu „Gry o Tron”. Czyżby była to osobna opowieść, napisana przez Martina i sprytnie wrzucona w dobrze sprzedającą się książkę? Coś mi tak nie pasuje w historii Daenerys, że zawsze, kiedy ją napotykam w książce, nie mogę się doczekać, aż wreszcie zostawię ją gdzieś w tyle, do następnego rozdziału. Jest to także opinia moich koleżanek, od których zaczęła się cała moja przygoda z sagą Martina, więc łudzę się, że nie jestem tak do końca kiepską recenzentką :)
Cieszę się, że trafiłam na sagę „Gra o tron” dopiero teraz, a nie w roku 1998, kiedy został napisany pierwszy tom. Nie wiem jak bym wytrzymała kolejne lata czekania na ukazanie się następnych części. Nie wiem tylko jak wytrwam w oczekiwaniu na pojawienie się kolejnych zapowiadanych części: „The Winds of Winter” (Wiatry zimy?) i „A Dream of Spring” (Marzenia, Sny o wiośnie? – brzmi jak ostatni tom. Może wreszcie doczekam się ukarania winnych zbrodni na rodzinie Starków! Lecz z drugiej strony jak ja przeżyję to, że ulubiona książka już się skończyła?). W końcu minęły już 3 lata odkąd ukazały się tomy „Tańca ze smokami” i od tej pory cisza. Czy autor zdąży ją wydać zanim skończę „Taniec ze smokami”? I czy będę przy okazji skazana na Daenerys Targaryen już do końca książki? Jeśli tak, mam nadzieję, że Martinowi wreszcie uda się ją wpleść w historię nieco bardziej udanie. Trzymam za to kciuki!

niedziela, 18 stycznia 2015

Nawałnica mieczy. Cz. 1 Stal i śnieg./ Gra o tron T. 3, George R.R. Martin



Zachorowałam we właściwym czasie. Choroba odsunęła na bok wszystkie mało znaczące, nudne obowiązki, pracę i wszystko to, co odciąga nas od rzeczy ważnych. Wszystkie te szare rzeczy odłożyłam na bok, bo dostałam od losu tydzień wolnego. Zwolnienie mówi- chora musi leżeć. A cóż bardziej pasuje do choroby jak nie zapalone świeczki, światełka z uschniętej i rozebranej dziś choinki oraz książka, którą pragniemy przeczytać, a czas nas wiecznie od niej odsuwa? Jeśli taka ma być cena za spokój i czas, to jestem w stanie oddać z radością kawałek swojego zdrowia.
Jeśli tak piszę, może to oznaczać tylko jedno. Tęsknotę. Tęsknotę za czasami beztroski, kiedy wystarczyło odsiedzieć swoje w szkole, odrobić zadanie domowe i resztę czasu można było poświęcić na ulubione zajęcia. A na studiach nawet chodzenie do szkoły nie było obowiązkowe, jeśli tylko znalazło się solidną osobę, która pożyczała swoje notatki bez boleści serca. U mnie ten skradziony czas zawsze poświęcony był na książki. Nieważne, czy było to czytanie, czy pisanie. Najbardziej liczył się świat fantazji. Koleżanki, ptaki i słońce za oknem, ciekawy film w telewizji, kolacja- to wszystko przestawało się liczyć, kiedy otwierałam książkę. Nie widziałam lepszego sposobu na spędzenie wolnego czasu. Godziny i dni uciekały, a książki towarzyszyły mi cały czas, zaraz po otwarciu oczu, gdy budzik wyrywał mnie ze snu, przy śniadaniu, przed samym wyjściem do szkoły, bo zostało jeszcze pięć minut do wyjścia.
 Z czasem jednak zauważyłam, że jestem coraz gorszym złodziejem, a czas nie dawał się już tak łatwo złapać. Uciekał tak strasznie szybko, a ja byłam coraz wolniejsza, przygnieciona ciężarem obowiązków i pilnych spraw nie cierpiących zwłoki. Książki zaczęły znikać z mojego życia jak ulatniające się płatki śniegu, które nadają kolorów nawet najbardziej bezbarwnemu dniowi. Z czasem, zauważyłam, jak trudno, niemalże niemożliwe jest dogonić to, co było i co nas tak bardzo cieszyło. Gdy więc za odzyskanie tego, co było tak cenne dla mnie, choć na to mgnienie oka, jakim jest tydzień, trzeba zapłacić chorobą, która minie, jestem w stanie się poświęcić.
Zyskałam calusieńki tydzień na moje ukochane książki. Nareszcie mogłam wczytać się w sagę Georga R.R. Martina bez najmniejszych przeszkód. Odłożyłam na bok wszystko, co mało ważne, obowiązki domowe ograniczając do minimum- do brudzenia jak najmniejszej ilości naczyń, które potem zawsze trzeba umyć, do odkładania ubrań na miejsce, żeby nie zyskały ochoty na gromadzenie się w ogromny stos, który potem będzie próbował przyciągnąć mój wzrok, gdy będę koło niego przechodzić i do zjadania resztek z lodówki, kiedy już naprawdę nie można powstrzymać głodu. Resztę czasu poświęciłam na „Nawałnicę mieczy- cz. 1 Stal i śnieg”, czyli trzecią część sagi „Gra o tron”. I nie wiem, czy to właśnie dlatego, że wreszcie miałam czas, żeby się wczytać, czy też taka już jest natura tej książki, w każdym razie muszę stwierdzić, że z każdą częścią robi się ona ciekawsza. Dzieje się coraz więcej, coraz więcej też jest nagłych zwrotów akcji, co jeszcze bardziej mnie przyciąga do sagi.
Tylko co do jednego nie mogę się przekonać. Czy ktoś, kto bez skrupułów wyrzuca przez okno ośmioletniego chłopca, może mieć tak naprawdę inne oblicze, niż to, które zna świat? W trzeciej części okrywamy, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda, a wcześniejszy wróg może okazać się jedynym przyjacielem, który ma w ręku moc, mogącą pokonać dużo silniejszego wroga. Możliwe też, że to tylko zwykła manipulacja.  Martin pokazuje, że w jego książce nic nie jest do końca pewne, a przetasowanie kart, w wyniku którego zwycięzca zostaje zwyciężonym, może nastąpić w każdej chwili. Ci, którzy wydawali się zepsuci do szpiku kości, mogą nagle okazać się zupełnie innymi ludźmi, a przypisana im rola zmienić o 180 stopni, co przywołuje na myśl przypuszczenie, że książka jest istotą żywą, a pomysły na poszczególne postacie pojawiały się w głowie autora w trakcie pisania książki. A może od początku Martin wiedział, kto okaże się dobry, a kto zły, a tylko postanowił zamydlić oczy swoim czytelnikom, bawiąc się ich wyobraźnią, odsłaniając prawdę dopiero w kolejnych częściach, kawałek po kawałku?
Jestem bardzo ciekawa, co stanie się dalej i czy choć część moich przypuszczeń okaże się trafiona. Dzięki temu, że zyskałam mnóstwo czasu na czytanie, dużo lepiej kojarzę teraz fakty i  ludzi, choć moje lekkomyślne podejście do tej książki na początku mojej przygody z sagą wciąż kładzie się cieniem na mojej pamięci. Nie zawsze skojarzę fakty, zwłaszcza te, które przewinęły się przez książkę dawno temu. Czasem, gdy natrafię na taki moment, gdzie wspomina się czasy wojen Aerysa Obłąkanego Targaryena, mam ochotę cofnąć się do właściwego momentu, przeczytać informacje jeszcze raz i od nowa ułożyć sobie wszystko w głowie. Jednak jest to ciężkie do wykonania, gdy nie ma się słowa drukowanego przed sobą. Czytniki e-booków mają wiele plusów, zwłaszcza ich pamięć i możliwość przechowywania wielu książek jednocześnie jest wspaniałym rozwiązaniem dla kogoś, kto z powodu chorego kręgosłupa nie może nosić opasłych tomów wszędzie tam, gdzie ma ochotę. Jednak ciężko jest „kartkować” elektroniczną książkę, gdy nie wie się dokładnie, czego się szuka i na której to było stronie. Można spędzić tak nawet pół godziny, przewijając tekst do tyłu i do przodu i wreszcie się całkiem pogubić, nie wiedząc nawet, na czym się skończyło. Gdybym miała drukowane tomy, mogłabym sobie niektóre fakty łatwiej ułożyć w głowie, zwłaszcza ich chronologię i nazwiska osób, które miały wpływ na krwawe wydarzenia z przeszłości. Niestety pozostaje mi liczyć na to, że z czasem wszystkie zapomniane wydarzenia ułożą mi się w całość. Teraz mam na to duże szanse, bo zostało mi jeszcze parę dni, które mogę poświęcić na czytanie - mojej największej miłości, która mnie jeszcze nigdy nie zawiodła i która zawsze dawało mi dużo radości.
Obecnie tę radość daje mi saga „Gra o Tron” i jej bohaterowie. Jedynie przygody Ostatniej z Targaryenów, Daenerys, trochę mnie nudzą i nie mogę dla niej odnaleźć nawet nici sympatii, którą bez problemu utkałam dla wszystkich dzieci Catelyn i Eddarda Starka i ich przyjaciół. Nic mnie jakoś w tej dziewczynie nie ciekawi, może nawet mnie ona denerwuje, a jej przygody wydają mi się jakieś takie niezwiązane z książką i nudne, mimo że ciągle się coś dzieje w życiu małej Dany. Ciężko mi stwierdzić dlaczego tak się dzieje. Dość, że z niecierpliwością czekam, aż rozdział o Daenerys się skończy i będę mogła przejść do czegoś ciekawszego.  Męczą mnie też opisy potraw, jakie są spożywane przez bohaterów i z taką błogością są wymieniane w książce. Według mnie nic one nie wnoszą do opowieści, a tylko zabierają czas, który można by poświęcić na coś ciekawszego. Choć są w moim otoczeniu osoby o innym nastawieniu, które uważają, że opisy potraw nadają książce właściwy klimat i kupiły sobie nawet książkę z przepisami potraw z „Gry o tron”, ja nadal trwam w przekonaniu, że bez tych szczegółowych opisów śniadań, obiadów i innych uczt książka na niczym by nie straciła i by była tak samo ciekawa i klimatyczna, a ja nie traciłabym w ten sposób czasu na czytanie o tak mało znaczących i nieciekawych rzeczach jak posiłki spożywane w krainie Westeros.
A teraz wracam do czwartej już części, czyli tomu drugiego „Nawałnicy mieczy”, zatytułowanego „Krew i złoto.” Bardzo mnie ciekawi, czy Arya Stark, co wieczór przed spaniem wymawiająca w swej modlitwie zemsty imię Ogara, zmieni swoje nastawienie do niego, jako że wygląda na to, że będą zmuszeni spędzić trochę czasu razem. Nie mogę się też doczekać, aby sprawdzić, czy brzydka Brienne ma w sobie siłę, by skraść serce człowieka, który dawno temu zapomniał, że każdy człowiek ma w swej piersi taki organ, bez względu na to, jak bardzo się starał, by otoczyć je wysokim murem, wyższym niż ten, który otacza Siedem Królestw i broni dostępu przed  wrogami królestwa.
Zatem znikam i do zobaczenia za kilka dni. Mniemam, że po trzech dniach będę już miała materiał na następny post, ponieważ ostatnie 300 stron poprzedniego tomu przeczytałam w jednym mgnieniu oka, które okazało się jednym wieczorem. A kiedy bateria mojego czytnika zgasła niespodziewanie na 20 stron przed końcem książki, spędziłam jakieś 15 minut w niewygodnej pozycji, kucając koło komputera i jednocześnie ładując czytnik. Ale czego się nie robi z miłości do książek? Przecież nie mogłam czekać ani minuty, aby czytnik zdążył się naładować na tyle, aby pozwolić mi skończyć książkę w jakiejś przyzwoitej pozycji. Kolejna wyższość słowa drukowanego nad elektronicznym. W książce drukowanej bateria na pewno by nie zrobiła mi takiego psikusa i nie skończyła się w najciekawszym momencie. Bo wiecie co? W książce drukowanej baterii nie ma i można ją czytać nawet w świetle świec lub latarni ulicznej, gdy w domu zabraknie prądu. Sprawdziłam : ) No to do usłyszenia : )

piątek, 2 stycznia 2015

Starcie królów - George R.R. Martin / Gra o tron, T.2



Nareszcie to poczułam. Tę miłość do książki, nieodpartą pokusę, aby rzucić wszystko inne w kąt i zanurzyć się w lekturze. Uwielbiam to uczucie kompletnego zapomnienia, przynależności do wymyślonego świata, utożsamienia się z nim, jakby był prawdziwym, otaczającym mnie światem. Uwielbiam oddawać się temu uczuciu, zagłębiać się w nie i w świat, który stworzył dla mnie autor. Kiedy zrozumiałam, że książki Martina potrzebują całej mojej uwagi i kiedy mogłam im ją dać, nasze relacje natychmiast się poprawiły. Już w połowie „Gry o tron” ciężko mi było oderwać się od grubego tomiszcza, które tak długo prosiło się o moją uwagę. Gdy przyszedł czas na drugą część sagi, właściwie wystarczyło, że po dłuższej przerwie przeczytam jeden rozdział, a już nie mogłam się oderwać od kolejnych. Mało znaczące stawało się to, że już zaczynało świtać, że woda w wannie prawie całkiem już wystygła, że zaraz odjedzie ostatni autobus i spóźnię się na spotkanie. Ważne było tylko to, że mogłam przebywać ze wszystkimi ulubionymi bohaterami w krainie magii George’a R.R. Martina.
A tej magii jest w książce coraz więcej. Wraz z pojawieniem się smoków zaczęły budzić się do życia moce, o których opowiadały stare nianie albo bardowie, a w których istnienie ludzie niemal przestali wierzyć. Zaczęło się robić dzięki temu coraz bardziej interesująco. Ja kocham magię tak samo mocno  jak same książki. Wiem, że to tylko wymysł umysłów pełnych wyobraźni, ale tkwiące gdzieś głęboko we mnie dziecko nadal wierzy, że magia istnieje. Dlatego chyba tak bardzo miłuję książki fantasy. W nich wszystko może się zdarzyć i to jest w nich najpiękniejsze. I to, że są tak inne od zwykłego życia, gdzie marzenia się nie spełniają, a szczęście jest luksusem, na który niewielu może sobie pozwolić. Gdy jednak sięgam po książkę fantasy, zapominam o tym wszystkim i osiągam to szczęście, zarezerwowane w prawdziwym życiu tylko dla nielicznych. Oddałam więc swoje serce „Grze o tron” bez najmniejszych skrupułów, bo wiedziałam, że będzie ono bezpieczne z tak doskonałą książką. Jedyne czego się boję, to, że George R.R. Martin nie zdąży napisać kolejnej części zanim ja skończę te, które są obecnie dostępne na rynku wydawniczym. Albo co gorsza, pożegna się z tym światem, zanim ostatnia część ujrzy światło dzienne. A wtedy ze smutku to moje serce może pęknąć na kilka dni, zanim otrząśnie się z uczucia pustki i niezaspokojenia, które wówczas na pewno stanie się jego udziałem.
Póki co jednak cieszę się na myśl o tym, że przede mną jeszcze tyle tomów do przeczytania. Wrosłam całym sercem i umysłem w świat Siedmiu Królestw i nie jestem jeszcze gotowa się z nim żegnać. Ta książka rozjaśnia smutne zimowe, deszczowe wieczory, szare monotonne dni, ciągnące się w nieskończoność. Pomaga przetrwać nudne obowiązki, którym trzeba podołać w pracy, ogrzewa serce w samotne wieczory i dotrzymuje towarzystwa w opustoszałym pokoju. Czasem dochodzi nawet do tego, że cieszę się, iż męża nie ma w domu, bo mogę wtedy czytać. Brzmię jak jakaś niekochająca żona, wiem. Ale nic nie mogę na to poradzić. Kiedy już mnie opęta jakaś książka, to wszystko inne przestaje się liczyć. Nawet teraz nie mogę się już doczekać, aż wstawię ostatnią kropkę za ostatnim zdaniem i wrzucę post na blog, ponieważ jest już pierwsza w nocy, mąż śpi, za oknem deszcz i świszczący wiatr a przede mną weekend – najwspanialsze warunki do czytania takiej książki jak saga „Gra o tron”, gdzie niebezpieczeństwo, okrucieństwo i intrygi mieszają się z odwagą, honorem i nadzieją. Taki zimowy wieczór jest idealną oprawą dla książki pełnej przygód i właśnie to zamierzam za chwilę zrobić. Odpalić czytnik e-booków i zacząć kolejną część „Nawałnicę mieczy”, będącą pierwszą częścią tomu zatytułowanego „Stal i śnieg”.
Poprzednią część, „Starcie królów”, tak mi się dobrze czytało, że nawet nie zauważyłam, kiedy zbliżyłam się do ostatnich stron (takie rzeczy się zdarzają, gdy czyta się e-booki) i nagle książka się skończyła. Ogarnęła mnie wówczas jakaś dziwna pustka, którą mogła wypełnić tylko kolejna część. Wiedziałam jednak, że będę musiała z tą pustką żyć jeszcze jakiś czas, bo musiałam najpierw wyrzucić z siebie wrażenia po przeczytanym właśnie „Starciu królów”, a i czas na zaczynanie nowego tomu był niesprzyjający. Trzeba było najpierw przygotować się do Sylwestra, zadbać o jadło i napitek, rozpocząć towarzyskie spotkania, których pełno zakreśliłam w grafiku. Wiedziałam, że „Nawałnica mieczy” musiała poczekać i pogodziłam się z tym. Mądrzejszą decyzją było odłożyć książkę na kilka dni, zamiast czytać po kilka stron w skradzionym ukradkiem czasie. Szkoda było na to nerwów, a nerwową atmosferę miałabym zapewnioną, gdybym przez książkę spóźniała się na autobus i zaplanowane spotkania. Już mój mąż by o to zadbał. A taką książkę jak saga Martina trzeba czytać w spokoju, najlepiej wieczorem, w atmosferze mroku otaczającego pokój i z wiedzą, że czas jest naszym przyjacielem, a nie wrogiem. Przypominam jeszcze raz- ta książka nie lubi się dzielić. Chce całej naszej uwagi, inaczej odpłaci się nam tym samym- nie pochłonie nas w ogóle. A naprawdę nie ma nic gorszego, jak stracić wspaniałą przygodę tylko dlatego, że nie znaleźliśmy czasu, aby ją przeżyć.
Gdy już wczytałam się w tę książkę, dużo łatwiej było mi zapamiętać, kto jest kim i jaką rolę odgrywa w sadze. A jest to niezmiernie ważne podczas czytania takiej książki jak ta, gdzie pojawia się coraz więcej nazwisk, ludzie giną jak muchy i są zastępowani przez kolejnych, a akcja jest nie tylko rozciągnięta w czasie, ale i przestrzeni. Ciągle przenosimy się do nowych miejscowości, których nazwy są niezmiernie ważne dla kolejności wydarzeń. Musimy je zapamiętać, aby się później kompletnie nie pogubić w chronologii wydarzeń i ich następstwach. Przeskakiwanie od jednego głównego bohatera do drugiego, gdy każdy znajduje się gdzie indziej i przeżywa własne przygody, nie ułatwia zadania. Mi jest wciąż ciężko połapać się w tym wszystkim, ale jest to tylko moja wina, bo czasem sięgam po książkę, chociaż wiem, że czas pozwala mi zapoznać tylko z jednym rozdziałem, czy dwoma, a to zdecydowanie za mało, by przypomnieć sobie wszystko, co do tej pory się działo. Jednak chęć dowiedzenia się, co będzie za chwilę, zwycięża z rozsądkiem i tak oto wpadam w pułapkę czasu i gąszczu nazwisk i nazw miejscowości. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa takiego rozwiązania, ale nie zawsze potrafię opanować ciekawość, zwłaszcza, gdy wyczuję, że kroi się coś ważnego, co może zadecydować o dalszych losach jednego z bohaterów.
Tak właśnie się dzieje z Ogarem i Sansą. Nawet nie wiem kiedy zmieniłam zdanie o tym dwojgu i zaczęłam wypatrywać oznak czegoś wartościowego, czego wcześniej tam nie znalazłam. Na początku Ogar był dla mnie tylko psem okrutnego Joffrey’a, gotowym wykonać każdy jego rozkaz, a Sansa głupiutką dziewczynką, ślepą na to, co się naprawdę wokół niej dzieje, żyjącą w swoim wyimaginowanym świecie, gdzie małe Księżniczki takie jak ona są pępkiem tego świata, który kręci się tylko dla nich. Dopiero zło, którego wcześniej nie zauważała przez złote klapki tkwiące na jej oczach, a którego zaczęła doświadczać, zmieniło ją tak, że wreszcie zajęła ważniejsze miejsce w moim sercu. W końcu stała się godna miana jednej z głównych bohaterek. Nawet teraz, kiedy piszę tego posta, zastanawiam się, co się u niej dzieje i co się z nią stanie, gdy zabrakło Ogara. I wiecie co? Nie jestem już w stanie powstrzymywać ciekawości. Zostawiam Was z książką, na mnie czeka już „Nawałnica mieczy”. Czas dowiedzieć się, co się stanie w następnym rozdziale. Widzimy się niedługo.
P.S. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Samych ciekawych książek i żadnych niewypałów i straty czasu, spędzonego na czytaniu nudnych książek! Szkoda na to czasu! :)