Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 marca 2016

The Fifth Element/ Luc Besson


As I can’t stand TV programmes because of their stupidity and shallow plots, I strongly advise you stop wasting your time watching them and turn to films instead. They have more to give than TV shows.
As a great example I’ll tell you about one of the best sci-fi films that has ever been made. It was directed by Luc Besson known for “Taxi” and “Lèon”. “The Fifth Element” was released in 1997 and became an instant success. This came as no surprise because with such a tremendously good storyline and many top film stars it couldn’t have been different.

The Selection of actors was a brilliant choice as it gave us many outstanding characters. We really enjoy ourselves whilst watching that fascinating storyline of Luc Besson.


I’m talking about Bruce Willis, the main star, who had been cast in many various films before but for the first time, in this role, he showed his excellent acting skills. Then we have Mila Jovovich, stunning and beautiful as always, who was amazing in the role of Leeloo, delicate and strong super being designed to save the world. Next, Chris Turcker, playing an outrageous and extremely funny Ruby Rhod. Finally, marvellous Gary Oldman, with his evil role- Mr Zorg. His excellent acting skills levelled up his character in my eyes. He made us hate him and love him at the same time. Gary Oldman played his role with such passion we can’t think of anyone else who could replace him. He simply forces us to give credit to his presence at the film because we feel the story wouldn’t be the same without him.

It is obvious that director did magnificent job as even background actors were extraordinarily good. I’m thinking of Ian Holm as incompetent Vito Cornelius and Brion James playing quirky and full of radical ideas General Munroe. We can see from the very beginning how important for the plot these characters are.


But it wasn’t only the actors that were significant for the success of  “The Fifth Element”. I must mention tremendous soundtrack here as well as masterful ending and fantastic special effects or funny love scenes. Even ingeniously designed costumes proved of the wide imagination of the director. And as the icing on the cake, we have enormously bright dialogue and fascinating scenes, some of which went down in history. For example, when Mila Jovovich, avoiding to be arrested by police, jumped down from a very high building into space traffic. Love it!


If you haven’t seen “The Fifth Element” yet, I strongly recommend that you should make up for the lost time immediately, as this film is a real classic! Even thought it was made in the 90’s, you will find it as good as many great films produced now or even better. It is a huge progress in history of cinema and a big stride in sci-fi production since “Blade Runner” and “Total Recall”. There is an enormous abyss between them and “The Fifth Element”. Luc Besson took a terrific step into future. Moreover, you can still consider all facts from this film as futuristic. Only a box of matches have remained the same.
Finally, I need to add here that you don’t see many films like this nowadays, where everything is connected so well and there isn’t a single thing about the film that the director should be ashamed of. So you see yourself- you musn’t miss this film. You won’t regret your choice, I assure you!
Great music, inteligent jokes, fantastic costumes and the best crew- that must be a hit!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Odyseja Kosmiczna 2010 / Arthur C. Clarke

 
W drugiej części Odysei Kosmicznej ponownie spotykamy się z tajemniczymi władcami wszechświata, którzy ukształtowali ludzkość trzy miliony lat temu i wciąż obserwują z ukrycia swoje dzieło. Dowód ich milczącej obecności w postaci tajemniczego Monolitu, usytuowanego pomiędzy Jowiszem, a jednym z jego księżyców, wciąż intryguje ludzkość, nieświadomą tego, że ważą się ich losy. Tymczasem z Ziemi wyrusza kolejna ekspedycja naukowa, mająca za zadanie dotrzeć do porzuconego przed laty statku kosmicznego „Discovery”, pobrać dane zapisane na jego urządzeniach i sprowadzić „Discovery” do domu. Główną jednak misją jest zbadanie wciąż tajemniczego Monolitu, który opiera się wszelkim ludzkim instrumentom pomiarowym i zazdrośnie strzeże swojej tajemnicy.
A jednak komuś udało się te tajemnicę zgłębić. Nie da się uznać za zwyczajne i nic nie znaczące słowa ostatniego żyjącego członka załogi Discovery, który wykrzyknął chwilę przed tym, jak zniknął z radarów: „Boże! Tu jest pełno gwiazd”. Cóż mógł oznaczać ten okrzyk, zwłaszcza, że miał związek z Monolitem, którego obecność na Ziemi datowała się na początki ewolucji gatunku ludzkiego? I co się stało z Davidem Bowmanem?
Tego wszystkiego chcą się dowiedzieć kolejni wysłannicy ludzkości, udający się w stronę Jowisza i jego księżyców. Załoga „Leonowa” składa się z Amerykanów i Rosjan, a jej misja nie jest już okryta tajemnicą. Tym razem rząd Stanów Zjednoczonych postanowił podzielić się nowinami z ludzkością i dopuścić ją do tak pilnie niegdyś strzeżonej tajemnicy. Wszyscy czują, że Monolit ma ogromne znaczenie dla ludzkości, tylko nikt nie wie, czy spodziewać się od strony jego twórców przyjaznych czy wrogich zamiarów. Opinia publiczna cały czas śledzi wyprawę „Leonowa” i z zapartym tchem czeka na to, co przyniesie ta ważna misja.
Tymczasem okazuje się, że powodzenie misji stanęło pod znakiem zapytania, ponieważ „Discovery” z cennym ładunkiem zaczął opadać szybko ku Jowiszowi, gdzie czekała go zagłada, a do wyścigu po informacje dołączyła tajna grupa chińskich badaczy, których statek „Tsien”, budowany pod nosem Amerykanów, wyprzedził „Leonowa” w drodze do porzuconego amerykańskiego statku. Pytanie brzmi, kto pierwszy doleci do „Discovery”, co tam zastanie i jakie niespodzianki czekają go ze strony Monolitu. Ale głównym pytaniem, które zadawali sobie wszyscy, a zwłaszcza załoga „Leonowa”, była obawa, czy Monolit kiedykolwiek zdradzi swoje tajemnice, czy też będzie tak milczał aż do zarania ludzkości, pozostając beznamiętnym obserwatorem przez kolejne miliony lat.
Na początku niewiele się w książce dzieje. Za to powieść nadrabia barwnymi, pobudzającymi wyobraźnię opisami kosmosu. Autor robi to z taką znajomością tematu i tak dobrym warsztatem pisarskim, że cały kosmos i jego tajemnice stają nam przed oczami jak żywe. Czytelnikowi cały czas towarzyszy poczucie zagrożenia i tajemnicy, a im bardziej zbliżamy się do Monolitu, tym to poczucie wzrasta i wciąż zadajemy sobie pytanie, co się za chwilę stanie? Bo wciąż mamy przeczucie, że Monolit wreszcie „przemówi” do słabego rodzaju ludzkiego, narodziła się więc obawa, co przyniesie ludzkości ten pierwszy od wielu milionów lat przejaw aktywności. Powstaje też pytanie, kim są twórcy czegoś tak doskonałego i znacznie wykraczającego poza ludzkie poznanie jak Monolit i czy ci, którzy prawdopodobnie przyczynili się do ewolucji homo sapiens lata temu jeszcze się nami interesują? I jeśli tak, to czy z radością patrzą na swoje dzieło czy też wstydzą się tego, co pomogli stworzyć?
W „Odysei Kosmicznej 2010” spotykamy po raz kolejny Davida Bowmana, ostatniego członka załogi statku badawczego „Discovery”, jedynego, który ocalał w wyniku napadu schizofrenii komputera pokładowego HAL 9000. Również włączony zostaje sam HAL, choć nikt do końca nie ufa komputerowi, który przyczynił się do trzech śmierci. Do samego końca nie wiadomo, czy komputer ponownie nie zawiedzie i czy zdoła podołać zadaniu sprowadzenia „Discovery” na Ziemię. Tu rozpoczyna się też najbardziej fantastyczny wątek, kiedy David Bowman wraca, całkowicie odmieniony, do Układu Słonecznego przez kosmiczne wrota, nazywane przez ludzi Monolitem. Jego misją jest służyć swoim nowym władcom w kolejnym eksperymencie, którego wyniki mogły zaważyć na dalszej historii ludzkości.
Następuje też pierwszy kontakt obcej cywilizacji z ludzkością, który daje wreszcie odpowiedź na pytanie, zadawane od wieków przez uczonych. Nareszcie wiemy, że nie jesteśmy tutaj sami. I jest to tym bardziej przerażające, że obca inteligencja przewyższa naszą wiedzą i doświadczeniem o miliony lat świetlnych. Wątek fantastyczny zatacza coraz szersze kręgi, a jego skutkiem jest zmiana nie tylko całego ludzkiego światopoglądu, ale i rozmieszczenia sił w Układzie Słonecznym. Tak jak w poprzedniej części została nam odsłonięta tylko cząstka tajemnicy Monolitu i jego budowniczych, tak w kolejnej części dowiadujemy się następnego kawałka przerażającej prawdy. Myślę, że kolejna część przyniesie całkiem nowy świat i rozpocznie się prawdziwa walka ludzkości o przetrwanie, czyli dalszy ciąg rewolucji, której wynik stanie pod znakiem zapytania. I szczerze mówiąc, nie mogę się już doczekać, aby zagłębić się w kolejną część Odysei.
Mimo, iż, tak jak wspominałam, połowa książki nie wnosi niczego nowego do informacji, jakie posiada ludzkość na temat Monolitu i obcej inteligencji, która go stworzyła, to jednak opisy kosmosu nie są ani przydługie, ani nudne. Nawet dla tych, którzy nie interesują się zupełnie tą tematyką, znajdzie się wiele fascynujących opisów, które mogą obudzić w czytelniku nowe zainteresowania, lub przynajmniej pozwolić mu miło spędzić czas. Ponadto, zagłębiając się w tajemnice kosmosu, wciąż pamiętamy o misji „Leonowa”, o Monolicie i HALU, który już raz odmówił posłuszeństwa i stale w głębi duszy zadajemy sobie pytania, czym jest Monolit i co dla gatunku ludzkiego oznacza jego obecność w kosmosie i to nie daje nam spokoju. Wciąż czekamy na jakiś zwrot akcji, który, czujemy to wyraźnie, czai się na kolejnej stronie. I mimo że ta kolejna strona nie przynosi żadnego rozwiązania, to czujemy, że te odpowiedzi gdzieś tam są i na pewno będę zaskakujące.
Gdy czytałam tę książkę, nie tylko nie nudziłam się ani przez chwilę, ale i pozwoliłam swojej wyobraźni otworzyć się na dobre. Chłonęłam całą atmosferę zagrożenia, wypływającą z kart powieści, oraz fascynację kosmosem i nieznanym. Cały czas miałam też wrażenie, że niedługo nastąpi decydujący moment i Monolit pokaże, na co go stać. I okazało się, że nie myliłam się. Książkę czytałam wieczorami, gdy całe mieszkanie cichło i powoli doba zmierzała ku końcowi, aby tym łatwiej wyobrażać sobie wszystko to, co czuli i widzieli kosmonauci. Była to wspaniała podróż i chętnie ją powtórzę przy najbliższej sposobności.
Nastąpiła też mała, myślę że niezbyt znacząca zmiana i jak zrozumiałam z przedmowy autora, związana była z filmem Stanleya Kubricka pod tym samym tytułem. Mianowicie Monolit i krążący niedaleko porzucony „Discovery” przeniosły się z okolic Saturna, w okolice Jowisza. I to właśnie przy Jowiszu rozegrała się najbardziej emocjonująca część akcji. Jednak nie wpłynęło to w ogóle na odbiór książki, może za wyjątkiem takiej mojej małej myśli, że im większe oddalenie akcji od Ziemi, tym poczucie bezradności, osamotnienia i zagrożenia, jakie musieli odczuwać pierwsi badacze Monolitu, było większe.
Na koniec dodam, że obcowanie z tak wspaniałym dziełem było prawdziwą przygodą. Myślę, że rzadko się spotyka tak doskonałe połączenie nauki z fantastyką, jak w powieściach Arthura C. Clarka. I uważam, że każdy książko maniak, który nie przeczytał do tej pory tej znanej klasyki, bardzo wiele traci i tak naprawdę nie zasługuje na miano książko maniaka :)

sobota, 16 listopada 2013

2001: Odyseja kosmiczna / Arthur C. Clarke


                           Powróciło zamiłowanie fantastyką i science-fiction. A to wszystko za sprawą zagubienia się wśród półek bibliotecznych. Szukałam pewnej pozycji i przypadkowo zaszłam do działu sci-fi. Tam mój wzrok padł na serię „Odyseja Kosmiczna” i wówczas poczułam, że jestem zgubiona. Jako dzieciak zaczytywałam się w tego rodzaju literaturze, poszerzającej granicę wyobraźni, jak więc mogłam się teraz oprzeć „Odysei Kosmicznej”? Nie dość, że jest to już praktycznie klasyka, wielkie dzieło, które doczekało się filmowej interpretacji, to jeszcze przez te wszystkie lata mojej dorosłości zajmowało poczesne miejsce w pamięci. Bez zastanowienia wyjęłam książkę z szeregu nic mi nie mówiących tytułów i wyszłam z biblioteki, zdecydowana znowu dobrze się bawić, jak za czasów młodości.
                  Przez te kilkanaście lat, które minęły, odkąd po raz pierwszy spotkałam się z „Odyseją Kosmiczną 2001”, tak w wydaniu książkowym, jak i filmowym, zapamiętałam jedynie odczucia, jakie mi wówczas towarzyszyły: fascynacja tajemniczym monolitem, zainteresowanie pierwszym lotem kosmicznym, jaki stał się moim udziałem, trwoga, wdzierająca się do mojego serca, gdy w moim umyśle po raz pierwszy zakwitła myśl o zdradzie komputera pokładowego Hal 9000 i świadomość, jak mało wiemy o Wszechświecie. W moim umyśle zachowała się również wyobrażenie ciszy i pustki próżni, którą „Discovery” przemierzał swoją drogę na Saturna oraz groza osamotnienia kosmonautów w obliczu usterek statku kosmicznego. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i przestałam istnieć dla świata zewnętrznego na czas czytania dwustu ośmiu stron.
Ta książka jest naprawdę magiczna. Tyle lat minęło, odkąd pierwszy raz zatopiłam się w lekturze, a ja znowu poczułam się jak dziecko, dla którego wszystko jest możliwe. Mój umysł ponownie stał się otwartą księgą, gotowy uwierzyć w to, że każdą granicę, którą zna człowiek, można przekroczyć. Lubię karmić swoją wyobraźnię nowymi doznaniami, a chyba nie ma ich więcej niż w dowolnej książce sci-fi.
                  Arthur C. Clarke jest w mojej opinii bardzo uzdolnionym pisarzem. Udało mu się stworzyć tak niesamowitą atmosferę w swojej książce, że miałam wrażenie, iż przebywam na statku badawczym „Discovery”, skazana na podstępne manipulacje Hala, świadoma, że znikąd nie mogę oczekiwać pomocy, bo najbliższa pomoc znajduje się pół miliarda  mil ode mnie. Gdy Clark opisuje światy, które widział osamotniony David Bowman, czułam tę samą samotność, jakiej doświadczał jedyny ocalały pasażer „Discovery” i wyobrażałam sobie to, co on widział. Gdy po raz pierwszy człowiek dowiedział się o istnieniu monolitu, czułam podniecenie nowym znaleziskiem, które mogło zachwiać całym światopoglądem ludzkości. Kiedy wraz z doktorem Heywoodem Floydem zmierzałam na księżyc w tajnej misji, nie mogłam się już doczekać, aż „zobaczę” monolit na własne oczy i „usłyszę” teorie jego powstania. A kiedy odkopany po trzech milionach lat tajemniczy i idealny kształt przekazał sygnał w kierunku gwiazd, zaczęło mnie ogarniać podniecenie na myśl, co mógł oznaczać ten sygnał, do kogo był kierowany i kiedy należy oczekiwać odpowiedzi. I przede wszystkim czułam grozę niewiedzy, co ewentualna odpowiedź może przynieść ludzkości: ewolucję czy zagładę?
                    Odkrywanie tajemnic świata i Wszechświata musi być bardzo pasjonujące, skoro samo czytanie o tym jest tak bardzo wciągające. Wiem, że nigdy nie będzie mi dane polecieć w kosmos i zbadać choćby jego najmniejszej cząstki. Wiem, że nie odkryję nawet drobnej tajemnicy, ukrytej do tej pory przed ludzkim rozumowaniem. Dzięki twórczości Clarka dostałam tę niezwykłą możliwość. Wiem, że to wszystko jest zmyślone, a mimo to czułam się fantastycznie, gdy przemierzałam razem z Bowmanem przestrzeń kosmiczną. Byłam podekscytowana tą nieprawdziwą podróżą. Nieważne stały się granice pomiędzy faktami a fantastyką. Ważne było to, że „zobaczyłam” kosmos i zdana byłam na łaskę i niełaskę techniki i sił władających kosmiczną próżnią.
                     Kiedy komputer pokładowy Hal 9000 zabijał kolejnych członków podróży w wyniku błędów jego twórców, czułam taką samą bezradność, jaką musiał odczuwać Bowman, gdy widział, jak Hal pozbawia go ludzkiego towarzystwa. A gdy trzeba było wyłączyć komputer, który zaczął po swojemu interpretować rozkazy i gdy na statku „Discovery” umilkł ostatni głos inteligencji, potrafiłam sobie wyobrazić, jak okropnie musi czuć się człowiek tak osamotniony, jak astronauta, który nie ma się do kogo odezwać, przebywając w próżni kosmosu i nie wiedząc, co się z nim stanie. Mimo iż niebezpieczeństwo wpisane jest w zawód astronauty, to jednak dopiero kiedy wszystko dookoła zawodzi, gdy człowiek zostaje sam i znikąd nie może oczekiwać pomocy i kiedy staje się najgorsze, dopiero wówczas człowiek zdaje sobie sprawę ze swego osamotnienia i niemocy i ciężko jest mu z tą myślą żyć.
                   Mogłabym podzielić książkę na dwie części. Pierwszą określiłabym mianem wstępu. W tej części po raz pierwszy mowa jest o monolicie. Cofamy się trzy miliony lat wstecz, kiedy przodkowie ludzi byli jeszcze małpoludami, skazanymi na zagładę z powodu braku pożywienia. Pojawienie się tajemniczego, idealnego w swych proporcjach bloku, zmienia przyszłość małpoludów i daje początek przyszłemu człowiekowi. Potem przenosimy się do XX wieku naszej ery, gdzie razem z doktorem Heywoodem Floydem wybieramy się na księżyc, dla zbadania tajemniczej Anomalii Magnetycznej Tycho-1 zwanej TMA-1. Gdy wykopaliska w kraterze Tycho odkrywają taki sam monolit, jaki stanął na Ziemi przed nastaniem ery człowieka, a czarna płyta emituje sygnał w kierunku gwiazd, zostaje podjęta decyzja o wysłaniu ekspedycji badawczej w stronę Saturna, w ślad za sygnałem wysłanym przez monolit. W najściślejszej tajemnicy rusza statek Discovery, najszybszy załogowy statek kosmiczny, jaki człowiek kiedykolwiek zbudował. Tajemnica, okrywająca ekspedycję badawczą, prowadzi natomiast do tragedii, która mogła zagrozić powodzeniu całej misji.
                    Na tym kończy się część, którą umownie wydzieliłam, ponieważ tak naprawdę książka dzieli się na 6 części. Mimo, iż ów wstęp był bardzo interesujący i wzmagający powoli napięcie i nieodparte poczucie ciekawości świata, stale towarzyszące ludzkości, to jednak uważam, że jest to ta słabsza część książki. Autor dopiero się rozkręca, dawkując napięcie i powoli wprowadzając czytelnika w stan, z którego nic już nie jest go w stanie wyrwać.
                    Gdy nagle z księżycowej bazy na Klawiuszu przenosimy się na „Discovery”, zaczyna się druga część, najbardziej fascynująca i wciągająca. Gdy zaczynają się pierwsze kłopoty, napięcie jest doprowadzone do takiego stopnia, że podejrzliwość wobec komputera załogowego rośnie z minuty na minutę a groźba katastrofy wisi w powietrzu. Umiejętność prowadzenia akcji przez autora jest godna podziwu i zazdrości dla młodych, rozpoczynających swoją karierę pisarzy. Bo nawet wówczas, gdy Hal morduje z zimną krwią współtowarzyszy Bowmana i następuje potrzeba odłączenia zbuntowanego komputera, w moim sercu powstał żal, ze doszło do takiej konieczności, ponieważ wina nie leżała w Halu, tylko w jego twórcach, tak samo niedoskonałych, jak ich twory. A zmusić mnie do współczucia dla mordercy potrafią tylko najlepsi autorzy.
                     Książka jest wspaniałym dziełem wyobraźni, niesamowicie wciągającym i fascynującym, mającym ogromny wpływ na moje spostrzeganie świata. Dzięki Clarkowi zatarły się we mnie granice możliwości i wiedzy, a także wyzwolił się głód wiedzy będącej poza zasięgiem ludzkiego rozumowania. Celowo czytałam „2001: Odyseja Kosmiczna” w nocy, żeby nie rozpraszały mnie żadne zewnętrzne bodźce, abym mogła wszystkimi zmysłami chłonąć tę arcyciekawą opowieść, a dodatkowo ciemność nocy przybliżała mi ciemność oraz niezgłębiony ogrom kosmosu, a także pozwoliła zlać się w jedno z bohaterami tej fantastycznej książki. W kolejce do mojej uwagi czekają jeszcze „Pamiętniki Wampirów” i „Wyznanie Crossa”, ale czuję, że nie spocznę, dopóki nie przeczytam wszystkich części cyklu „Odyseja Kosmiczna”. Muszę się przecież dowiedzieć, jakie następstwa dla ludzkości przyniesie przejście pierwszego człowieka przez Kosmiczne Wrota. Mam też nieodparte wrażenie, że dzięki Arthurowi C. Clark półka science-fiction będzie teraz moim ulubionym działem w bibliotece. Przynajmniej na jakiś czas, dopóki nie zakocham się w innym typie literatury. Póki co, znowu chcę być dzieckiem i spoglądać wokół siebie jego oczami, ponieważ chcę czuć, że wszystko w życiu jest możliwe, a granice naszej wiedzy pozostaną nieskończone.