Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o wszystkim i o niczym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o wszystkim i o niczym. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Chamstwo czy kultura? - czyli jak rozmawiać z rodziną.


         Ostatnio dręczy mnie pytanie, jak zachowywać się wobec nieuprzejmości, padających ze strony rodziny? Czy uśmiechać się, udając, że się nie dosłyszało przytyku, czy też może odpalić z tej samej broni? Coraz częściej spotykam się z przykrościami ze strony rodziny i coraz mniejszą mam ochotę tego słuchać. Co dziwniejsze, złośliwe uwagi nie padają ze strony mojej własnej rodziny, lecz ze strony „rodziny przyszywanej”, jak ja to określam. Mam tu na myśli bratową i rodzinę mojego męża, która w dużej części jest niestety bardzo władcza i złośliwa. Wiem, że po ślubie wszyscy jesteśmy rodziną, ale ja mam co do tej zasady, uznanej przez tradycję, nieco inne zdanie. Uważam mianowicie, że takie osoby powinny mieć jak najmniej do powiedzenia w kwestiach, nie związanych z ich własnymi sprawami. Bo czy bratowa powinna uzurpować sobie prawo, żeby chcieć mnie „naprawić”? Czy rodzina męża ma prawo wtrącać się do tego, jak mam prowadzić dom? Czy kogokolwiek obcego powinno obchodzić to, jaka jestem?

         Jestem, jaka jestem. Moja rodzina mnie zaakceptowała, moja mama wychowała mnie na taką, a nie inną osobę. Moje cechy charakteru ukształtowały mnie w osobę o ugruntowanych przekonaniach. Każdy ma prawo do swoich przekonań, myśli i zapatrywań. Nikt nie powinien zmieniać na siłę człowieka tylko dlatego, że mu się ten obraz nie podoba. Jeśli mój mąż wybrał mnie na swoją żonę, pomimo wszystkich moich wad, to znaczy, że je zaakceptował. Zatem jego rodzina nie ma nic do tego, jak ułożyliśmy nasze wspólne życie. Jeśli bratowa zaakceptowała swojego męża, a mojego brata, takim, jakim jest, to świetnie. Ja nie wtrącałam się do ich związku i tego samego oczekuję od niej. Jednak kiedy bratowa czyni pod moim adresem przykre i złośliwe uwagi, to jak zareagować? Udawać, że wszystko jest w porządku i dalej tolerować takie zachowanie? Dalej zbywać je uśmiechem i żartami? Czy też może postawić się przeciwko takiemu traktowaniu i nie zważając na towarzystwo osób postronnych (jak moja mama, jej goście i mój mąż), wreszcie odpowiedzieć tak, jak od samego początku powinnam to robić?

         Moja mama mnie dobrze wychowała. Nie prawię ludziom złośliwości. Kiedy czuję, że czegoś nie powinnam mówić, bo może to komuś sprawić przykrość, nie mówię tego. Nawet jeśli przykrość, którą komuś mogę zaserwować, byłaby zasłużona, bo uczyniona w odwecie za to samo. Jeśli wiem, że mogłabym się obronić tą samą bronią, jaką mnie zaatakowano, to nie robię tego, kiedy widzę, że osoby postronne mogłyby na tym ucierpieć. Poza tym, kto lubi siedzieć przy osobach, które się kłócą? Ja nie. Dlatego unikam kłótni w towarzystwie. Osoby, które robią mi przykrość, nie zważają na towarzystwo. Patrzą krótkowzrocznie- na to, że mogą się swobodnie wypowiedzieć w kwestiach, które są drażliwe. Wiem, że nie powinnam zważać na innych, jeśli druga osoba tego nie robi, ale po prostu nie potrafię inaczej. Tak mnie wychowano. Wychowano mnie dobrze i takie świadectwo chcę ze sobą nieść.

          Dlatego przykro mi niezmiernie, kiedy ktoś wyciąga inne wnioski, i to wyssane z palca, dotyczące mojej osoby. Boli mnie, kiedy oskarżana jestem o złe zachowanie, ponieważ odbieram to jako przytyk do mojej mamy. Bo to ona mnie wychowała, więc jeśli źle się zachowuję w oczach kogoś, oznacza to nic innego, jak porażkę systemu wychowania mojej mamy. I nie jest mi przykro za siebie, bo ja zniosę dużo. Jest mi przykro za moją mamę, która włożyła wiele starań w to, żeby wychować sama małe dzieci. Cierpię więc, kiedy ktoś sugeruje, że wkład jaki poniosła w nasze wychowanie, poszedł na marne. I mimo, iż wiem, że oskarżyciel się myli, to jednak cierpię, zwłaszcza, jeśli przykrość dokonana jest na oczach mojej mamy.

          Kiedyś dobra koleżanka mojej mamy oskarżyła mnie przy niej, że nie jestem dobrze wychowana, bo całuję się z chłopakiem przy niej. Kazała nam iść w krzaki. A chodziło o zwykłe stanie koło siebie i kilka szybkich całusów. I to okropne zachowanie wywołało gwałtowny wybuch tejże koleżanki, która była również matką mojej bratowej. Nie wypowiedziałam ani słowa, mimo iż wiele słów cisnęło mi się na usta. Zachowałam dla siebie moje gwałtowne myśli przez wzgląd na mamę, której zrobiło się bardzo przykro za ten atak- widziałam to po jej minie. Zyskałam pewność po krótkiej rozmowie z mamą, w której bez problemu się wybroniłam. Widziałam, jak było jej przykro, że oskarżono ją o złe wychowanie dzieci i do dziś nie mogę zapomnieć tego uczucia cierpienia, jakie mnie wtedy opanowało.

        Teraz podobnych przykrości doznaję ze strony bratowej, a mimo to staram się trzymać fason i obracać wszystko w żart. Wszystkie niesprawiedliwe uwagi, kierowane pod moim adresem, puszczam mimo uszu, choć mam niezmierną ochotę odpowiedzieć w podobnym, złośliwym tonie. Wychowanie mojej mamy sprawia jednak, że milczę. Ale powoli zaczynam mieć dość tego, aby każdy, kto ma na to ochotę, poprawiał sobie humor na mojej osobie. Czasem aż język mnie świerzbi, żeby zacząć się bronić i raz na zawsze ukrócić przytyki. Wciąż jednak wzgląd na moją mamę powstrzymuje mnie przed nietaktami, które ja często muszę znosić ze strony mojej „przyszywanej rodziny”.

         Niedawno usłyszałam od bratowej, że mi się powodzi. Oczywiście był to przytyk do mojej tuszy. Tu pozwoliłam sobie na małą docinkę, żeby chociaż moje ciało zostawiono w spokoju. Odpowiedziałam więc, uśmiechając się od ucha do ucha: „Tobie też, jak widzę.” Bratowa coś tam odpowiedziała i temat się skończył, bo sama nie grzeszyła ładną figurą. Żeby więc ukrócić moje ewentualne ataki na samą siebie, wolała zmienić temat. Po tym zdarzeniu zauważyłam, że warto odpowiadać ludziom w takim samym tonie, w jakim oni zwracają się do nas.

         Niestety zmiana tematu nie wyszła mi na dobre, ponieważ bratowa szybko przeszła do swojego ulubionego tematu: dzieci. Kiedyś powiedziałam jej, że nie lubię dzieci. Teraz muszę często wysłuchiwać przytyków do mojego stosunku do dzieci. Moja bratowa uważa, że każda kobieta powinna być taka sama jak ona, czyli ubóstwiać dzieci. Według niej ja jestem osobą chorą psychicznie, ponieważ jestem inna. A prawda jest taka, że dla mnie dzieci są obojętne. Nie znaczy to, że ich nie lubię. Po prostu nie widzę potrzeby kontaktu z dziećmi, ale jak jakieś dziecko się do mnie przytuli, nie odpycham go ze wstrętem. Czasem nawet pobawię się z maluchem, jednak na dłuższą metę jest to dla mnie uciążliwe. Każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z małymi dziećmi wie, że one wymagają od nas, dorosłych, maksymalnej uwagi. Ja natomiast lubię chodzić własnymi ścieżkami i robić to, na co mam ochotę. Męczy mnie zatem ciągłe towarzystwo dzieci, gdyż muszę się wtedy zajmować wyłącznie nimi.

          Nie można mi też łatwo zamydlić oczu. Wiem z obserwacji, że rodzice sami często są zmęczeni swoimi obowiązkami rodzicielskimi i chętnie by je porzucili na kilka dni. Dlatego cieszą się, kiedy ich pociechy zajmują się gośćmi, krzykiem lub płaczem domagając się ich uwagi, ponieważ mogą wtedy sami odpocząć od swoich własnych dzieci. Wiem co mówię, ponieważ nieraz widziałam to zadowolenie w oczach rodziców, że ktoś choć na chwilę uwolni ich od ich własnych dzieci.

          Kiedy więc ktoś mi ciągle robi przytyki o to, że nie lubię dzieci, szlag mnie trafia. Czy ja naprawdę muszę kochać wszystkie dzieci na świecie, żeby inne kobiety wreszcie postrzegały mnie jako stuprocentową kobietę? Czy ciągle achami i innymi okrzykami szczęścia na widok dziecka muszę udowadniać, że uwielbiam ciężar opieki nad dziećmi?

          Kilka dni temu odwiedziłam moją mamę z mężem z okazji jej imienin. Była już tam starsza ciotka, na końcu wpadł również mój brat z żoną i dziećmi. Kiedy nowe towarzystwo się pojawiło, skończyła się normalna rozmowa na różne interesujące tematy i zaczęło się wodzenie wzrokiem za dziećmi i rozmowa na ich temat. Dla mnie w tym momencie wizyta była już zakończona, bo temat dzieci jest mi nieznany, więc nie za bardzo mogłam brać udziału w rozmowie. Jednak zostałam z uwagi na to, aby znowu nie zostać oskarżoną o to, że nie lubię dzieci, że się nimi nie zajmuję i nie przychodzę do brata i bratowej w odwiedziny. Niestety sama wykopałam tym pod sobą dołek, ponieważ poleciały takie teksty: 1. „Ta ciocia lubi dzieci”- powiedziała bratowa, kiedy starsza ciotka zaczęła się bawić z maluchami; 2. „A Ty nawet nie widziałaś jeszcze naszego nowego mieszkania, bo do nas nie przychodzisz. Widzisz, Twój mąż u nas był.”; 3. „Jak ja coś zasugeruję, to Ty od razu wiesz, że to do Ciebie jest.”

      A oto, co mi się cisnęło na usta, kiedy to usłyszałam:

1.     Czy po urodzeniu dzieci nie masz już innych tematów do rozmowy? Czy Twoje życie musi się kręcić wyłącznie wokół dzieci? To już się robi tak samo nudne, jak Ty.

2.     Gdybym przyszła zobaczyć nowe mieszkanie sama z siebie, na pewno bym usłyszała, ze jestem ciekawska. A zaproszenia jakoś nigdy nie otrzymałam, chociaż stałam kiedyś pod Waszymi oknami, czekając na męża, który przywiózł Wam narzędzia do remontu.

3.     Bo Ty nie potrafisz sugerować delikatnie, tylko walisz prosto z mostu to, co masz do powiedzenia. Zachowujesz się jak słoń w składzie porcelany, jak więc mam nie słyszeć brzęku tłuczonych naczyń?

 

         Wszystkie te myśli zachowałam jednak dla siebie. Wiadomo, przy mamie i starszej ciotce trzeba umieć się zachować.

         Na końcu zaś, kiedy bratowa powiedziała, że muszą z mężem jeszcze zjeść truskawki przed wyjazdem na wakacje, ja zażartowałam sobie, że chętnie przyjdę na truskawki. Oto jaką otrzymałam odpowiedź: „Ty to zawsze jesteś taka interesowna.” Zamurowało mnie. Ja interesowna? Czy oni nie potrafią rozróżnić żartu? Czy interesem jest odwiedzenie kogoś? Czy oni naprawdę myślą, że nie stać mnie na truskawki? Czy oni naprawdę sądzą, że poświęcę się dla kilku truskawek i pójdę z nimi do mieszkania, gdzie będę musiała zajmować się brzdącami? No i przecież oczywiste jest, że nie będę się pchała komuś do mieszkania tuż przed wyjazdem, gdy wiem, że czeka ich jeszcze pakowanie. A nade wszystko, czy osoba, która prosi o pomoc w remoncie swoich bliskich, a nawet mojego męża, nie płacąc im za tę ciężką przysługę, może kogoś oskarżać o interesowność z powodu kilograma truskawek?

        Oj, wierzcie mi, chciałam to wszystko wykrzyczeć. Chciałam zauważyć, że to nie ja byłam interesowna, kiedy dzwonili do nas tylko po to, aby pożyczyć narzędzia, czy poprosić mojego męża o pomoc w przeprowadzce lub zatrudnić mojego męża w roli darmowego pracownika przy remoncie. Ale przemilczałam. Sprawa narzędzi i remontu nie jest moją sprawą. Mój mąż się z nimi umówił, ja nie miałam prawa się w to wtrącać (choć wiem, że bratowa na moim miejscu na pewno by się nie powstrzymała). No i nie chciałam robić burdy w mieszkaniu mojej mamy i przy mamie. Jednak od tamtej pory przyszło mi na myśl, żeby skończyć z tą swoją uprzejmością i dobrym wychowaniem i odpłacać chamstwem za chamstwo. Co z tego będzie? Zobaczymy.

        Moja koleżanka przestała się krępować. Na zaczepki ze strony „przyszywanej rodziny” odpowiada tak, że nikomu już nie chce się wysuwać w jej stronę żadnych oskarżeń. Na oskarżenia, że w ogóle nie przychodzi do szwagra odpowiada: „Wy też wiecie, gdzie mieszkamy. Czemu do nas nie przychodzicie? Babcia sama całe dnie siedzi w domu, przyjdzie ją odwiedzić.” (mieszkają z mężem z jego i szwagra babcią). Jako, że nikomu nie chce się odwiedzać starej babki, temat szybko zniknął. Na zapytanie, kiedy postara się o dziecko, inna moja koleżanka ma dwa rodzaje odpowiedzi: Małżeństwu odpowiada, że nikomu do sypialni nie zagląda i tego samego oczekuje od innych. Parę pyta w odwecie za niezdrową ciekawość, kiedy wezmą ślub, jeśli jest to dla nich drażliwy temat. Takie odzywki gwarantują moim koleżankom spokój. Zaczynam myśleć, że ja za dużą cenę płacę za swoją życzliwość i chyba czas się zmienić w jędzę, taką samą, jaka mnie akurat atakuje.

         Przed ślubem ciotka mojego męża ciągle mówiła: „Jakie Ty będziesz miał życie z tą dziewczyną (przy mnie!!!): nie gotuje, nie pierze, nie prasuje… oj biedny będziesz.” Uśmiechałam się tylko na to, choć w duszy się we mnie gotowało. Umiem gotować, jak trzeba będzie- wypiorę i wyprasuję. Ale mężczyzna też ma ręce i też to wszystko potrafi, ponadto oboje chodzimy do pracy. Nie zamierzałam zostać niewolnicą mojego męża, on o tym wiedział i akceptował to. Dlaczego więc ciotka uważała, że ktoś dał jej prawo wypowiadać się w cudzych sprawach, skoro nikt jej nie pytał o zdanie?

         Dostało mi się również za to, że serwetę nazwałam serwetką. No bo jak to tak? Jak można nie odróżniać serwety od serwetki? Co to za żona ze mnie będzie? Hmmm… pokażcie mi jakiegoś chłopa, który się będzie przejmował, jakie serwety czy serwetki żona jego będzie kładła na stół! Większość nawet nie zauważy, że coś jest na stole!

         Czasem cisną mi się na usta słowa, w których mówię, że ciotka wszystko w domu robi, jak prawdziwa, stuprocentowa żona, a mimo to miłości w tym domu nie ma i domownicy nie mogą na siebie patrzeć. Ale jakże mogłabym tak powiedzieć drugiej osobie? Co moja mama by na to pomyślała? Takich przykrości nikomu się nie czyni. Tylko dlaczego inni zapominają o tej zasadzie?

          Rozpisałam się, ale temat jest dla mnie ważny. Jesteśmy z mężem partnerami. Dlaczego więc nie mamy sobie nawzajem pomagać? Czasy niewolnictwa dawno minęły i ja nie zamierzam ich wprowadzać do swojego domu. Wtrącanie się w  nie swoje sprawy jest chyba cechą narodową Polaków. Wiem, że nie da się tego zwalczyć u wszystkich, ale walkę trzeba podjąć. Mnie krępują więzy dobrego wychowania, ale czuję, że powoli zaczynają one się rozluźniać. Nie chcę być ciągle workiem do bicia i przyjdzie taki czas, że oddam cios. I będzie on tak samo bolał mojego przeciwnika, jak zabolał mnie jego atak. Myślę, że po kilku siniakach z obu stron, wreszcie podejście „rodziny” do mnie się zmieni.

           Pamiętajcie zatem o swoich prawach. Macie prawo bronić swoich przekonać i swojej duszy. Jeśli nie krępują Was żadne więzy, czyńcie co do Was należy i nie dawajcie sobie w kaszę dmuchać, tak jak ja. Bo kiedy rodzinka zauważy, że może się na Was wyżywać, będzie to robić z ochotą. Działajcie więc, oczywiście w wyważony sposób, aby tylko ugryźć przeciwnika i nie wywołać tym samym wojny. Powodzenia życzę. Wam i sobie! :)

wtorek, 11 czerwca 2013

W poszukiwaniu szczęścia


Dzisiejszy post zacznę od pytania: czy macie taką rzecz lub rzeczy, które ratują Wasze poczucie humoru nawet w najtrudniejszej sytuacji? Czy macie coś, co daje Wam szczęście niezależnie od tego, jak jest źle? Ja mam coś takiego i dziś postanowiłam o tym napisać.

Tknęła mnie ta myśl na wczorajszej wycieczce. Był przepiękny, letni wieczór, zmierzch sprawił, że niebo mieniło się kolorami, które pozostawiły ginące promienie zachodzącego słońca, wokół unosił się zapach lata, który czuć najlepiej o zmierzchu, nade mną latały jerzyki, drąc się w niebogłosy, wiatr rozwiewał mi włosy, gdy pędziłam z górki, a na ustach wykwitł uśmiech szczęścia, który wydobyć ze mnie może tylko coś szczególnie bliskiego mojemu sercu. I właśnie wtedy pomyślałam, jak ważne są takie chwile zupełnego szczęścia dla mnie i dla stanu mojej duszy. Na to ogromne szczęście, jakie wtedy poczułam, składało się kilka czynników, a jeden z nich jest niezależny ode mnie i jest to po prostu lato, które uwielbiam. Ale inny z czynników, który to jest dla mnie najważniejszy, to mój rower. Może to zabawnie brzmi, ale taki już jest człowiek- pełnię szczęścia mogą mu dać drobnostki, które na pierwszy rzut oka mogą zdawać się śmieszne, ale niosą w sobie ważne przesłanie. Mianowicie takie, że należy cieszyć się drobnostkami, bo życie nam ich dostarcza pod dostatkiem, natomiast gdybyśmy uzależniali swoje szczęście od czegoś wielkiego, jakiejś wielkiej zmiany w swoim życiu, moglibyśmy się po prostu tego nie doczekać i żyć nieszczęśliwie, przymykając oczy na to, co jest w zasięgu naszej ręki.

Oczywiście to, co napisałam powyżej, nie jest szczytem filozoficznego myślenia i nie jestem geniuszem, który po raz pierwszy do tej myśli dotarł. Nie, ja nie sięgam po takie zaszczyty. Chciałam się tylko podzielić moim szczęściem z innymi, i tym, że jestem świadoma tego, iż jestem szczęśliwa.

Kiedy wczoraj pędziłam na rowerze, w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że się uśmiecham. Zatrzymałam tę chwile w umyśle i dostrzegłam, jak bardzo czuję się szczęśliwa. Zawsze umiałam dostrzegać piękno świata i z jego szarości i codzienności wydobywać najcudowniejsze chwile. Jednak kiedy jadę rowerem, takich wspaniałych momentów, które chciałabym zatrzymać na zawsze, widzę dokoła siebie całe mnóstwo. Nagle przestaję zwracać uwagę na brzydotę świata, negatywne myśli zostają w tyle, zostaję tylko ja, pęd i cały ten najwspanialszy, kolorowy świat wokół mnie.

Muszę to powiedzieć, mimo że dla niektórych moje wyznanie będzie śmieszne, ale ja po prostu kocham mój rower. Daje mi on wolność, jakiej potrzebuję i bez której się duszę. Męczę się w pomieszczeniach, natomiast naprawdę oddychać  zaczynam na świeżym powietrzu. Kiedy więc mogę się wyrwać z biura, z mieszkania, z jakiegokolwiek innego pomieszczenia, jestem najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Przeszkadza mi jednak miasto, jego hałas, pęd ku czemuś, czego nie potrafię zrozumieć. Nie lubię jeździć autobusami, bo mam wrażenie, że życie ucieka mi wraz z przejechanymi kilometrami. Wewnątrz autobusu nie czuję życia, nie czuję chłodu wiatru, nie czuję ciepłych promieni słonecznych na twarzy, nie słyszę ptaków, szumu drzew, ciszy świata. A kiedy wsiadam na rower, życie jest wokół mnie i nic mnie nie omija. Czuję się naprawdę wolna. Mogę jechać, gdzie chcę i przeżywać. Mogę uciec z szarego i hałaśliwego miasta i pojechać tam, gdzie będę słychać świergot skowronka, gdzie będę czuć zapach trawy i zbóż, gdzie będę mogła dotknąć zboża, popatrzeć na maki i chabry, gdzie będę mogła wdychać świeże powietrze wiejskie, tak charakterystyczne i tak utęsknione.

A kiedy nareszcie mogę oddychać wśród tych wszystkich wspaniałości świata, zapominam o wszystkich kłopotach. Zapominam o tym, że nie mam pieniędzy, że w pracy nic mnie nie czeka dobrego, że kręgosłup codziennie daje się we znaki. Przestaję myśleć o kłótniach, o ciągłej walce o przetrwanie i wszystko co złe, przestaje się dla mnie liczyć. I za to właśnie kocham mój rower. Za to poczucie spełnienia, zapomnienia się w świecie, za odnajdywanie w sobie tego, co dobre i przede wszystkim za poczucie wolności. Znikają wszystkie życiowe ciężary, znikają mury i granice i mogę być wszędzie tam, gdzie chce, dzięki wyobraźni oraz możliwościach mojego roweru. Uwielbiam go za to, że w każdej chwili może mnie zawieźć na wieś, lub w inne piękne miejsce, którego akurat potrzebuję. A kiedy muszę przejechać przez duszne miasto, wystarczy, że włączę muzykę na mp3 i przyspieszę, a już jestem w zupełnie innym świecie, gdzie nawet mijające samochody stają się czymś zaczarowanym i wywołującym uśmiech.

Gdy potrzebuję chwili wyciszenia, zawsze wsiadam na rower, zabieram ze sobą książkę, koce i prowiant i jadę tam, gdzie woła mnie moje serce. Czasem jest to jakaś polana przy rzece, gdzie mogę poczytać książkę i posłuchać brzęczenia owadów, innym razem jest to wieś, gdzie mogę nacieszyć oczy makami i innymi oznakami lata, gdzie mogę spojrzeć w górę i liczyć chmury na niebie lub szukać skowronka, podążając za jego nieustannym świergotem. Ja do życia potrzebuję poczucia wolności, słońca, ptaków, nieba, zapachów ziemi, a to wszystko daje mi mój kochany rower.

Znalazłabym jeszcze dużo rzeczy, które dają mi szczęście (jak choćby ukochane filmy, ulubiona muzyka, książki), jednak rower jest z nich wszystkich najważniejszy. Gdy jeżdżę, zaczynam dostrzegać to, co na co dzień umyka mi z powodu tego dziwnego, niezrozumiałego pośpiechu, któremu ulegam jak wszyscy ludzie dookoła mnie. A kiedy wskakuje na rower i pędzę na złamanie karku, świat paradoksalnie zwalnia swoje obroty, aż wreszcie i ja zwalniam, zsiadam z roweru i prowadząc go wolno obok siebie, rozglądam się wokół, wzdychając ze szczęścia i sama się śmiejąc ze swojego zachowania.

A czy Wy też macie swoje własne drzwi do szczęścia? Czy uchylicie je przede mną, abym mogła choć przez chwilę zajrzeć do Waszego świata? Czy tez czasami łapiecie się na uczuciu bezgranicznego szczęścia, niby bez powodu dla świata, a z jakiegoś ważnego powodu dla Was? Czy też po prostu ja jestem jakaś dziwna? :)

A oto, co staje się moim udziałem, dzięki rowerowi...









środa, 3 kwietnia 2013

Wspomnienia z Wielkanocy


      Święta wielkanocne minęły, a ja chcę zatrzymać ten piękny czas jak najdłużej. I choć nie przeżywam tego okresu tak jak dawniej, gdy byłam dzieckiem, to jednak uważam Wielkanoc za wspaniały i radosny czas. W lodówce wciąż czeka pełno jedzenia, w mieszkaniu porozstawiane czekoladowe zajączki przypominają, że okres wielkanocny jeszcze się nie skończył, a w głowie krążą piękne wspomnienia z dzieciństwa.

      Miałam naprawdę wspaniałe dzieciństwo. Pomijając panującą w domu biedę i utratę jednego z rodziców w wieku 4 lat, czy dzielenie pokoju w dwoma starszymi braćmi z władczymi zapędami, to szczerze muszę przyznać, że nasza mama robiła wszystko, żeby nam się dobrze żyło i żebyśmy mieli miłe wspomnienia. Pomagała jej w tym rodzina i właśnie to jest najpiękniejsze z tamtych dawnych czasów- ta radość życia pomimo problemów, z którymi każdy się borykał. Zajmowanie się dziećmi i jednocześnie wykradanie czasu dla siebie. Moja mama wielokrotnie wspominała tamte czasy, które przeminęły; ja sama po części w nich uczestniczyłam, więc wiem, że to, o czym mama mówi, jest prawdą. I podobają mi się jej wspomnienia. Podobało mi się to, że jadąc z trójką dzieci w rodzinne strony, zawsze miała się u kogo zatrzymać na noc i zawsze miała z kim pogadać, bo w tamtych latach dbano o więzy i całymi rodzinami,  razem z sąsiadami, ludzie spotykali się przy jednym stole i rozmawiali godzinami, przesiadując w kuchni, czy przy wspólnej pracy. Telewizor był dobrem luksusowym (i to czarno-białym), ale ludziom wychodziło to tylko na dobre, bo telewizor nie odrywał od tego co ważne. Dzieciaki kręciły się pomiędzy dorosłymi, a dorośli rozmawiali z nimi jak równy z równym. Sama pamiętam bardzo dobrze jeden taki wypad do jakiejś dalszej ciotki z  linii mamy, gdzie był telewizor, ale nam, dzieciakom wcale nie chciało się przed nim siedzieć, tyle było ciekawszych rzeczy do roboty w ciągu dnia. A wieczorami przesiadywaliśmy wszyscy razem w kuchni i gawędziliśmy do 1, 2 w nocy. Pamiętam dobrze tę atmosferę miłości, radości i przyjaźni, jaka nas otaczała. A to wszystko dzięki dorosłym.

      W tamtych czasach, 20 lat temu, wszystko wydawało się bogatsze, piękniejsze. Nie było pieniędzy, a jednak dokoła pełno było radości, która rozdawano za darmo. Nie brakowało też pomysłów, aby sprawić, by życie stało się weselsze. I zawsze znalazł się czas dla dzieci. Dzieci były skarbem, więc o nie dbano. Dbano też o ich rozrywki i wszystkim dawało to szczęście, mimo że ludzie nie mieli takich środków jak obecnie, aby sprawić dzieciom radość. Nie było pieniędzy, aby zatrudnić Gwiazdora- zawsze znalazł się pomocny wujek, który przebierał się w wypożyczony gdzieś strój. Zawsze też znalazły się jakieś słodkości dla dzieciaków, które cieszyły bardziej niż obecne, drogie prezenty i te chwile głęboko zapadały w pamięć. Do dziś pamiętam, jak przyszedł do nas Gwiazdor z wielkim workiem na plecach i kazał mi odmówić modlitwę, aby mogła dostać swój prezent. Pamiętam jak się go bałam i rózgi, którą trzymał w drugiej ręce. I pamiętam radość, jaka mnie ogarniała, gdy dostawałam nareszcie swój upragniony prezent. Pamiętam też, jak mój starszy brat rozpoznał owego „Gwiazdora” po obuwiu i ile było z tego śmiechu. Pamiętam jak na Mikołaja dostałam upragnioną lalkę a’la Barbie i zamiast się nią bawić, to cały czas przesiadywałam z braćmi i bawiłam się ich nowymi koparkami. W mojej pamięci pozostały cenne wspomnienia tych ulotnych chwil, kiedy mama wracała od rodziny i przywoziła nam prezenty od ciotek i babci. I choć były to tylko słodycze, w tamtych czasach były niemal niespotykane na wsiach, więc  cieszyły bardziej, niż teraz może ucieszyć dziecko rower czy laptop. A to dlatego, że wiązało się to z miłością i z tym, że były to rzeczy bardzo rzadkie, które otrzymywaliśmy tylko na święta. Mam jedno miłe wspomnienie o moich chrzestnym, który niestety już nie żyje. Pamiętam otrzymane od niego na Gwiazdkę śmietankowe draże. Wiążę go zawsze z tym wspomnieniem, bo były to najsmaczniejsze draże świata i żadne, nawet najdroższe słodycze nie mogą się równać z tamtymi, które dostałam wiele lat temu od chrzestnego.

      Ale najciekawsze wspomnienia, najbardziej radosne, wiążę właśnie z Wielkanocą. Te rodzinne zebrania, to całe wspólne gotowanie, przygotowywanie stołów i ozdób. Pamiętam jak w Wielki Piątek budzono nas chłostając (oczywiście lekko J ) bose stopy gałęziami brzózek. I choć trochę bolało, to jednak było później mnóstwo niepohamowanego śmiechu z tego. Obecnie tej tradycji już się tak nie kultywuje, a szkoda, bo nadawało to niepowtarzalny klimat tym świątecznym dniom.  

      Najlepsze momenty przygotowań do Wielkanocy to oczywiście przygotowywanie koszyczków na prezenty i malowanie pisanek. Kto nie zrobił koszyczka, ten nie mógł dostać prezentu, bo oczywiście zajączek nie wiedziałby, gdzie ten prezent zostawić. Kleiliśmy wiec zapamiętale nasze koszyczki z papieru, ciesząc się na samą myśl o upragnionych prezentach. Pisanki natomiast robiliśmy wszyscy razem. Dorośli zostawiali na stole ugotowane jajka, a dzieci miały za zadanie je udekorować czym kto miał ochotę. Siedzieliśmy więc w skupieniu przy jednym stole, podpatrując jeden drugiego i ściągając nawzajem od siebie pomysły. Potem przychodzili dorośli i oglądali nasze pisankowe popisy i chwalili naszą zręczność i pomysłowość. Ja zawsze najwięcej pochwał zdobywałam, bo umiałam malować i zawsze wkładałam w tę pracę całe serce. Obecnie nic już z tego nie zostało, bo mamy gotowe farbki do pisanek lub naklejki i odbiera się tym samym całą frajdę dzieciakom, a także możliwość wykazania się talentem i pomysłowością. Jednak ja mam swoje cenne wspomnienia i cieszę się, że żyłam w czasach, kiedy pieniędzy było mało, a radości mnóstwo. Wszystko zależało od tego, co się samemu wymyśli, a rodzice dbali o wychowanie i rozwój swoich dzieci, dając im tyle radosnych chwil, ile mogli. Mimo że pracy przed świętami było dużo, to każdy miał swój wkład w wyjątkową atmosferę świąt. Gdy kobiety pracowały w kuchni, mężczyźni zajmowali się dzieciakami, wynajdując im coraz to nowsze zabawy, które były jednocześnie pomaganiem w przygotowaniu świąt. Przygotowywaliśmy więc koszyk do święconki. Stroiliśmy stoły, ozdabialiśmy babki. A wszystko to wśród śmiechu i wesołych rozmów.

      Ze święconką szło się całymi rodzinami, bo dzieci chętnie szły do kościoła na te kilka chwil, gdzie można było spotkać kolegów i koleżanki i chichotać z nimi za plecami rodziców, a  w drodze powrotnej można było coś podkraść z koszyczka i zjeść. Podczas takiej wspólnej wyprawy do Kościoła towarzyszyły nam zabawy, śmiech i radość i nawet jeśli wynikła jakaś kłótnia pomiędzy dzieciakami, to szybko się kończyła, bo wśród ogólnego nastroju radości żadna kłótnia nie mogła trwać długo.

      Ale najlepsze moje wspomnienie z dzieciństwa związane z Wielkanocą to oczywiście Niedziela Wielkanocna i prezenty. Była to moja największa radość a oczekiwanie na ten dzień było czymś wyjątkowym. Kiedy budziłam się rano, od razu opanowywała mnie myśl, że gdzieś tam czeka na mnie prezent. Bo na prezent trzeba było sobie jeszcze zasłużyć. Mianowicie odszukać go. I to była największa radość- to szukanie prezentów. Żadne z dzieci nie chciało wtedy długo spać, bo przecież trzeba było znaleźć swój prezent pośród wszystkich tych kryjówek w wiejskim domostwie. Uwielbiałam szukać prezentów. Ten dreszczyk emocji jaki mnie wtedy ogarniał, jest nie do opisania. Mój brat też to lubił, dodatkowo nie szczycił się zbyt wielkim taktem. Pamiętam jeden taki cudowny niedzielny wielkanocny dzień, spędzany na wsi, kiedy obudził mnie mój brat mówiąc: „Andziul, Twój prezent jest w szafce w kuchni” i pobiegł szukać swojego. Cudownie, prawda? Sam był zawsze wielkim odkrywcą, ale innym nie pozwalał się tak poczuć. Wybaczyłam mu to zepsucie mi zabawy, ale pamiętam mu to do dziś :) Oczywiście ciotki i wujkowie wiedzieli, że z niego mały Krzysztof Kolumb i bardzo dobrze ukryli jego prezent, tak że dobrą godzinę szukał. A muszę Wam powiedzieć, że mój brat jest znakomitym poszukiwaczem. Okazało się, że jego prezent schowano w stodole, pod wiadrem, częściowo przysypanym słomą. Wprawdzie zajęło mu to godzinę, ale mały zdobywca nieznanych lądów znalazł swój prezent i długo jeszcze obnosił się ze swoim sukcesem, nie zważając w ogóle na moje wymówki, że zabrał mi radość szukania. Powiedział tylko, że mogłam wcześniej się obudzić :)

      Poniedziałek Wielkanocny pełen był radości, śmiechu, nerwów i łez, zależnie od tego, czy dziewczyna życzyła sobie mokrego poniedziałku, czy wolała suchą stopą przejść przez ten ciężki dzień. Ja należałam do tej drugiej kategorii, w związku z czym krzyknęłam „Jak mnie oblejecie, to powiem mamie!” . A że wszystkie dzieciaki bali się gniewu mojej mamy, więc miałam spokój i mogłam do woli biegać po podwórku i zaśmiewać się z mokrych kuzynek :)

      Te piękne wspomnienia zawdzięczam mojej kochanej mamie i rodzinie. Gdyby nie oni, ich starania, nie miałabym tego wszystkiego. Minęło 20 lat a ja to wszystko noszę w sercu, a moje wspomnienia nie są w ogóle zatarte. Obecnie moje święta wielkanocne polegają na pracy w kuchni a potem na jedzeniu więcej niż powinnam i siedzeniu przed telewizorem. Wiem, że z perspektywy dziecka wszystko wygląda inaczej, bardziej kolorowo, ale ja wiem, że w dzisiejszych czasach dzieci nie będą mogły zdobyć takich wspomnień, bo nikt nie dba o to tak, jak kiedyś. Teraz da się dziecku jakiś prezent i na tym kończy się rola rodziny. Wszyscy zapominają się z tym dzieckiem bawić, choćby otrzymaną w prezencie zabawką, a nic tak dziecka nie cieszy, jak możliwość zabawy, a nie otrzymania zabawki. Po co dziecku zabawka, którą nie będzie się bawiło, bo nie będzie miało z kim? Tęsknię za tamtymi dawnymi czasami, tymi prawdziwymi spotkaniami rodzinnymi, gdzie spędzało się czas naprawdę razem, a nie obok siebie. Tęsknię za tym wspólnym zaangażowaniem w przygotowanie świąt, za świetnymi pomysłami, za wspólnym spędzaniem czasu i wielogodzinnymi rozmowami. Czy to kiedyś wróci? Obawiam się że nie. Zbyt zmieniła się mentalność ludzi w tym dziwnym kapitalistycznym świecie. Na szczęście mam swoje wspomnienia, których nikt mi nie zabierze i mam nadzieję, że jeśli będę miała kiedyś dzieci, to dam im takie wspaniałe wspomnienia, jakimi obdarzyła mnie moja mama i moja kochana rodzina :)

sobota, 15 grudnia 2012

Wielki powrót czekoladoholiczki

    Jakiś czas temu na blogu przyznałam, że jestem uzależniona od czekolady i wszelkiego rodzaju słodyczy. Kiedyś, jako małe dziecko nie gardziłam też cukrem, podbieranym łyżkami z cukiernicy. Cóż, takie to czasy były, że pieniędzy nie było i słodyczy nie było. Przez swoją miłość przytyłam 10 kilogramów i postanowiłam wziąć się za siebie. Walka z nałogiem rozpoczęła się gdzieś w maju i wtedy też pisałam z radością, że moje starania zaczynają przynosić skutki. Chwaliłam się, że zaczynam z prawie obojętnością mijać półki sklepowe uginające się od słodyczy. Wytrzymałam 2 miesiące. Potem, nie wiedzieć czemu, postanowiłam sobie kupić coś słodkiego. Miał to być jednorazowy wyskok. Skończyło się na tym, że zaczęłam jeść jeszcze więcej słodyczy niż przed terapią. Doszło do tego, że przyłapałam się na tym, iż codziennie spożywam przynajmniej czekoladę. Co się nasłuchałam od męża to moje :)
     Otóż przestałam się kontrolować, aż wreszcie mój organizm powiedział stop! Nagle zaczęło mi być niedobrze, czułam ból żołądka i było mi z tym bardzo źle. Mogło to być spowodowane czymkolwiek. Może się zatrułam, może zjadłam coś ciężkostrawnego i mój żołądek zaprotestował. Ale ja postawiłam na słodycze. Zanim zaczął się ból żołądka to przez ponad pół miesiąca żywiłam się słodyczami. Byłoby to całkiem możliwe, że organizm się przegrzał. Jako, że i tak nie mogłam niemal nic jeść, postanowiłam jeszcze raz spróbować stanąć twarzą w twarz z moim nałogiem. Wtedy, gdy rozpoczęłam terapię kilka miesięcy temu, chodziło o kilogramy i dobre samopoczucie, teraz stawka była dużo wyższa: zdrowie. Nie chciałam dopuścić, by chwilowe niedomaganie organizmu przerodziło się w jakąś poważną chorobę. Już dość ich się czai w moim organizmie. Na pomoc przyszła mi moja nazwijmy to "niestrawność". Kiedyś powiedziano mi, że najgorsze w rzucaniu słodyczy są pierwsze trzy dni. Ja przez pierwsze trzy dni po spożyciu nawet jednego ciastka z czekoladą nie mogłam zjeść, żebyć nie czuć się paskudnie przez resztę dnia. Nie było więc trudno porzucić słodycze, kiedy się nie mogło nic jeść. Przestraszyłam się nie na żarty. Po prostu zaczęłam się bać słodyczy. Nie chciałam zachorować na cukrzycę, ani nawet na wrzody żołądka. Pomogło mi to przetrwać najgorszy czas pierwszego tygodnia odwyku i chociaż zmarnowane miałam dni, bo ciągle czułam się paskudnie, to jednak może coś dobrego na przyszłość z tego wyjdzie. Teraz, po tygodniu rewelacji, kiedy czuję się w miarę dobrze, jest mi nieco trudniej nie myśleć o słodyczach. Zwłaszcza z rana i pod wieczór. Pomaga mi jeszcze to, że od 5 dni nie byłam w pracy, bo przebywałam na szkoleniu. A gdy wykonuje się żmudną pracę, to bardzo często myśli się o przekąskach. I nie ważne ile by tej pracy nie było- przez jednostajność pracy ciężko jest powiedzieć sobie "nie". 
     Na razie zapełniłam swoją lodówkę jogurtami i serkami homogenizowanymi. Mają mi pomóc przetrwać napady, które na pewno będą, jak amen w pacierzu. Wiem, że one też zawierają cukier, ale muszę jakoś oszukać organizm dopominający się swojej porcji słodyczy. On jest tak samo niezdecydowany jak ja: raz chce słodycze i cięgle mi je nasuwa na myśli, innym razem zaczyna się buntować jak spełnię jego pragnienia. Wolę więc zjeść słodki serek, niż cokolwiek, co ma czekoladę. Unikam nawet mojego ulubionego mleka czekoladowego "serduszko". Zamiast tego pochłaniam rodzynki. Nawet pisząc te słowa zajadam się moimi suszonymi przyjaciółmi. Bo myślę, że będziemy przez długi czas nierozłączni.
     Mam nadzieję, liczę na to, że tym razem moje starania nie pójdą na marne. Nie chcę już się tak źle czuć, chcę być zdrowa, więc mam większą motywację. Moje zdrowie jest w moich rękach. Boję się tylko powrotu do pracy. Zobaczymy. Na razie jestem dobrej myśli :)
    Jest już 4 rano, więc uciekam do łóżka. Jutro prześpię pół niedzieli, ale przynajmniej mniej mi zostanie tej niedzieli na myślenie o słodkościach :) Muszę opróżnić organizm z toksyn zwanych cukrem, zanim nadejdą święta. Bo sernika mojej mamy nie podaruję :)

     Pozdrawiam wszystkich z podobnymi problemami ;)

środa, 5 grudnia 2012

Pomysłowość naszych mężczyzn czyli Bob Budowniczy w domu

     Może i jestem odrobinę feministką, na pewno denerwuję się na różne męskie, szowinistyczne teksty, ale kiedy przychodzi co do czego to lubię jak facet zachowuje się jak facet. Wybaczyłam mojemu, że jeszcze ani razu nie zrobił dla nas obiadu, mimo że układ był taki, że on gotuje- ja zmywam. Jak na razie ja gotuję i zmywam, ale i tak nie jestem na niego zła, bo gdy trzeba, mój facet staje na wysokości zadania. Lubię uczucie, że mogę go w każdej chwili zawołać, gdy coś się zepsuje, bo wiem, że od razu rzuci wszystko, chwyci narzędzia i naprawi co trzeba. Gdy mu powiem, że któryś z jego wynalazków sprawia mi trudności, od razu mówi, że pomyśli jak mi ułatwić życie. Uwielbiam patrzeć na niego podczas pracy, jak wkręca żarówki, buduje meble, jak siedzi nad kartką z obliczeniami i kombinuje z następnym udogodnieniem. Mój mężczyzna to prawdziwy facet i nie zamieniłabym go na nikogo innego. Nawet jeśli będę musiała gotować przez resztę życia, to wolę się na to zgodzić, a mieć przy sobie człowieka, który nie każe się prosić, gdy coś musi być w domu zrobione. Oczywiście gdy chodzi o załatwienie czegoś, co nie jest związane z naprawami lub podobnymi obowiązkami domowymi to mój mąż ma długi ogon i muszę mu suszyć głowę. Każdy ma jakieś wady, ale u niego wady przewyższają zalety. Oto jak mój Bob Budowniczy urządził nasz domek:

1. Szafka z lustrem i żarówkami, czuję się jak aktorka podczas przygotowań do występów na żywo. Wszystko zrobione przez niego od deski do deski, za wyjątkiem kawałka lustra, którego jednak nie potrafił zrobić w warunkach domowych ;)





2. Szafka łazienkowa przykryta kafelkami. Dopiero jak sie człowiek przyjrzy zobaczy, że ściana ukrywa bardzo pojemną szafkę. Dzięki zastosowaniu tego rozwiązania łazienka wydaje się większa, bardziej pojemna i mniej zagracona. Mieszkamy w kawalerce więc wszelkie rozwiązania łudzące oko i powiększające optycznie łazienkę są jak najmilej widziane.



3. Pojemniki na brudne ciuchy- ładnie się komponują, wyglądają elegancko i  przypominają pojemniki na powiedzmy biżuterię. Przynajmniej nikt nie widzi naszych czekających na pranie ubrań, a półeczka powyżej ma za zadanie nie tylko maskować zawartość i prawdziwe przeznaczenie pojemników, ale i może służyć za podstawkę na dekoracje. 

4. Nowoczesne suszarki, wiszące nad wanną, łatwe do składania i nie przeszkadzające podczas kąpieli. Na początku była jedna, u góry, potem jak sie wprowadziłam i powiedziałam mężowi, że dla mnie suszarka jest za wysoko i źle mi się wiesza pranie, po kilku dniach dostałam swoją :) Wprawdzie czasem się o nią obijam głową, ale myślę, że w końcu się nauczę jak ją omijać turbanem z ręcznika.



5. Szafki na buty. Na początku była jedna, wraz z moją przeprowadzką wzrosła ilość butów i potrzebna była druga szafka. Teraz bez problemu mieszczą się wszystkie nasze trzewiki w dwóch identycznych szafkach, zrobionych od zera przez mojego Boba.



Wybaczcie, ale tu trzeba przechylić głowę :)

6. Optyczne rozdzielenie pomieszczeń. Jako że to kawalerka, mamy jeden pokój z aneksem kuchennym. Dzięki zastosowaniu różnego typu podłogi, ma się wrażenie, że kuchnia i pokój to dwa osobne pomieszczenia.

7. Grzejniki; ładnie komponują się z wnętrzem, a że niewiele mamy miejsca na ścianach, więc Bob wymyślił, że zamówi taki właśnie kształt. Uważam, że to doskonały pomysł na wykorzystanie małej przestrzeni.


8. Szafy wnękowe; zrobione od zera, od gołej ściany. Znowu proszę o wybaczenie za to, że zdjęcia są ustawione bokiem, ale nie umiałam ich inaczej ustawić :)




9. Łóżko składane. Idealne rozwiązanie na małe mieszkanko, gdzie każda wolna przestrzeń jest na wagę złota. Po złożeniu (dzięki siłownikom samochodowym) łóżka zyskujemy miejsce, które można wykorzystać w dowolny sposób, np. na małą imprezkę taneczną na cztery pary. W planach mamy zakup dwóch siedzisk- worków z granulatem, który dopasowuje się do naszego ciała, a wszystko to w razie wizyty większej ilości gości. Co do łóżka myślę, że jest to bardzo ciekawy pomysł. Według mnie warto było zrobic takie łóżko dla samego złudzenia optycznego. Dzieki temu mieszkanie wydaje sie naprawdę przestrzenne jak na 32 metry sześcienne.

Jeszcze w trakcie prac nad łóżkiem

A tak wygląda po złożeniu :) Na końcu łóżko zasłaniamy roletą z takiego samego materiału jak do okien- tańszy i poręczniejszy sposób niż bardziej sztywne rolety lub drzwiczki. Efekt końcowy jest nieco inny niż na zdjęciach wyżej, bo obecnie zrobione są już wszystkie szafy. Teraz zostały nam tylko drobne przeróbki i poprawki.

 
       W naszym mieszkaniu jest tylko jeden pokój, w który wdziera się balkon więc ma sie wrażenie, że w mieszkaniu są dwa pokoje. I tak rzeczywiście było w projekcie. My jednak nie chcieliśmy dwóch maciupeńkich pokoików i zrezygnowaliśmy ze ściany. Żeby jednak przegrodzić, choćby symbolicznie, sypialnię od pokoju dziennego, wymyśliliśmy sobie parawan, który oczywiście zrobił mój mąż własnoręcznie. Został zrobiony z materiału po starym lnianym obrusie. I teraz mamy vintage ;) Mnie się bardzo podoba ten wzór i jak tylko zobaczyłam ten obrus, wiedziałam, że znajdzie on poczesne miejsce w naszym mieszkanku :)


    Gdy miekszanie było kupowane, były tylko białe ściany i nic poza tym. Całą resztą, od położenia podłóg po malowanie sufitu i wieszanie żyrandoli, zajął się mój osobisty Bob Budowniczy. Poniżej kilka zdjęć jak wyglądało mieszkanie w połowie prac mojego kochanego męża. Szkoda, że nie mam zdjęć, gdy było biało i goło ;)


      Pamiętam moją pierwszą noc w tym mieszkaniu, wszystko było białe, nie było podłogi, zero żyrandoli, tylko jedna goła żarówka zwisająca z sufitu. Przywiozłam wtedy laptopa, którego usadowiliśmy na zydelku na środku pokoju, zrobiliśmy sobie na ziemi legowisko z koców i poduszek i oglądaliśmy "Paranormal Activity". Ależ to było przerażające w tym pustym i głuchym mieszkaniu, gdzie jedynym światłem była blada poświata padająca z monitora. Brr! Ale się bałam wtedy wracać do domu! :)



   Tylko meble w kuchni i sofa, której nie ma na zdjęciu są robione na zamówienie. Cała reszta (projekty plus wykonanie) to robota mojego lubego. I jak tu się gniewać za brak obiadu?? ;)



   Jak to mówią małe ale własne i cieszy :)

niedziela, 25 listopada 2012

Leniwa niedziela/ Lazy sunday

    When the weather is so bad that we can't stay at home and haven't got an idea what to do, let's take ours cameras and take some beautiful photos of the world. November is really beautiful month but You have to know how to see it's miracles. First you need to put on some warm clothes, then take your camera and shoot photos of what you like, love or what makes You feel better :)

   Co zrobić kiedy pogoda nie zachęca do spacerów, a my nie mamy żadnych planów na popołudnie? Najlpiej się przemóc, nie dać się zwieść szarości za oknem i wybrać się na samotną przechadzkę, bo taka szara pogoda też ma swój urok. A gdy nie lubimy chodzić bez towarzystwa i bez celu? Najlepiej wziąć ze sobą aparat i uwiecznić tę mroczną i klimatyczną pogodę na zdjęciach, a gwarantuję, że zostaniecie tak długo aż kolana zaczną Wam sinieć, a policzki przyoblecze urokliwy pąs. Godzina zleci jak z bicza strzelił a Wy zapomnicie, że obok Was nikogo nie ma :)
    Żeby  jednak nie przeleżeć w głębokim przeziębieniu kilku następnych dni, przeklinając porady pewnej blogerki, to zalecam ubrać się ciepło, by nic Wam nie przesłaniało obcowania z przyrodą :)


Warm shoes is the most important thing!

Potem bierzemy nasz aparat, nieważne jaki by był, lepszy czy gorszy i strzelamy fotki, wystawiając się na zdziwione spojrzenia przechodniów i śmiejąc się do siebie słysząc z oddali pytanie małej córeczki zadane ojcu: "A co ta Pani fotografuje?", i jeszcze bardziej poprawiając sobie humor odpowiedzią: " Nie wiem... chyba jabłko" wypowiedziane tonem najgłębszego zdziwienia :)




Uwielbiam oranżerie!





Dogoterapia :) Spojrzeliśmy sobie w oczy i już wiedzieliśmy, że będziemy najlepszymi przyjaciółmi :) Nie potrafię przejść obojętnie koło tak słodkiego psiaka! Moje dłonie jeszcze długo nosiły psi zapach, a rękawiczki pokryły się siwą sierścią, ale dla mnie to nie ma znaczenia. Najważniejsze że świat poweselał o kilka stopni :)

A gdzie jest właściciel tej kaczuszki? Po raz kolejny przekonuję się, że psy są jak dzieci :)




Kiedy tak szłam ulicami miałam wrażenie, że wszystkie oczy są zwrócone na mnie, mimo że na mojej drodze nie było żadnego człowieka :)




A co to za niezwykłe drzewo?


Rozwiązanie zagadki: jabłonka ;)


Jest nadzieja! Są jeszcze ludzie, którzy czytają książki :)
There is a light of hope. There are still on The Earth people who read books!




     When we come home, let's light cozy candles, shoot some photos of your home...
   A kiedy wrócimy już zziębnięci i zadowoleni do domu, zapalamy sobie klimatyczną świeczuszkę i relaksujemy się na kanapie. Jeśli zaś nie jesteśmy w stanie przezwyciężyć wstrętu do listopadowej pogody, a nudzimy się niemiłosiernie, to możemy pstryknąć parę fotek w domu :)



      ... and go to the cinema to watch the movie you were waiting for for couple months (mine is "The Twilight":)). If You haven't anybody You can go with - go alone. Don't think about "what people will think when they'll see me alone in the cinema?". Think: "SCREW THEM!", go and have a really good time! :)

      Zwieńczeniem miłego dnia może być wycieczka do kina. A że mąż w pracy, decydujemy się na samotną wycieczkę na salę kinową. Zresztą na co komu facet podczas seansu filmu "Saga Zmierzch: Przed świtem"? Można sobie przynajmniej pochlipać w spokoju. Pewnie niejedna z Was w szoku aż zasłoniła ręką usta. No bo przecież jak można iść samemu do kina? Otóż moje panie to żaden wstyd. Jeśli natomiast obawiacie się co ludzie powiedzą czy pomyślą, to myślę że nie warto tracić czasu na ludzi, którzy oceniają nas według tego czy mamy chłopaka lub czy samemu chodzimy do kina. Jeśli jednak nie w smak Wam aż taka niezależność to zawsze można namówić jakąś koleżankę. Zawsze to będzie wyglądać bardziej interesująco niż samotna panna kręcąca się po kinie ;)