Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2014

Mistrz - Katarzyna Michalak




On był niebezpieczny i władał życiem innych, ona, delikatna i niewinna, znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie i wpadła w sam środek wydarzeń, o których bałaby się nawet pomyśleć. Jest świadkiem gangsterskich porachunków i choć już dawno powinna gryźć ziemię, z jakiegoś powodu Raul de Luca, czarnooki i nieprzystępny mężczyzna zabiera ją ze sobą do swojej willi. W przepięknym więzieniu Sonia czeka na śmierć, bo wie, że z mafią nie ma żartów. Jednak zamiast samotnej śmierci odnajduje uczucia i pragnienia, których nigdy by się w takim miejscu nie spodziewała. Czy miłość do gangstera naprawdę jest tym, czego właśnie teraz potrzebuje, gdy ważą się jej losy? Czy jest w stanie dotrzeć do serca niedostępnego mężczyzny, zanim zrobi to Andżelika Herman, marzenie każdego mężczyzny? I co zrobi z nią bezwzględny Raul, gdy przestanie być mu potrzebna? Czy tylko jej się wydaje, czy zabójczo piękny mężczyzna ma drugie oblicze, które starannie skrywa przed światem?

Ciężko było przestawić mi się na tę książkę zaraz po „Trzy metry nad niebem”. Tamta była inna, głęboka, klimatyczna. „Mistrz” opisywany był jako erotyk, ale według mnie to bardziej romans przemieszany z jako tako wplecioną sensacją. Jakikolwiek by nie był to gatunek, jest to zupełnie inna para kaloszy niż opowieść Federico Mocci. Język „Mistrza” jest o wiele prostszy, intryga dość słabo zawiązana, bohaterowie jacyś tacy nie do końca przemyślani. Zupełnie inny świat.
Tak jak wspomniałam, początkowo nie mogłam się przestawić na ten inny świat. Ciągłe porównania do pięknego stylu pisania Mocci nie dodawało „Mistrzowi” Katarzyny Michalak uroku. Po kilkunastu stronach zastanawiałam się, czy jest to książka warta mojej uwagi. Wyobrażałam sobie, że mogłabym sama w ten sposób napisać, używając potocznego języka, w ślad za Michalak. Nie byłam zachwycona, biłam się z myślami, odkładałam książkę, zastanawiając się, czy nie lepiej zrobię, nie czytając już ani słowa więcej.
Zwyciężyła ciekawość. Teraz, gdy książka wróciła do biblioteki, myślę, że nie ma czego żałować. Pomimo jej wad, które wyrobiony czytelnik odnajdzie od razu, czytało mi się tę książkę nadzwyczaj dobrze, lekko i szybko. Przymykając oczy na niedociągnięcia stylu pisarskiego, nie bacząc na tandetne dialogi, które od czasu do czasu wyrastały znienacka między kartami, pomijając brak owych scen erotycznych, które mógłby oczekiwać czytelnik po tym, co przeczytał na odwrocie książki, nie zwracając większej uwagi na irytujący charakter głównej bohaterki Soni, można łatwo wczytać się w tę książkę. A to za sprawą głównego bohatera, Raula de Luci, niebezpiecznego gangstera, zamkniętego w sobie mężczyzny, mistrza manipulacji i kontroli nad własnymi uczuciami. Bezlitosnego dla wrogów, a jednak delikatnego dla kobiet. Człowieka z zasadami, który w jednej chwili jest zimny i opanowany, by w następnej okazać czułość i serce. Można się w nim łatwo zakochać. Ja nie oparłam się pokusie.
Jednak jeden plus to za mało, aby uznać książkę za bardzo dobrą. Zadziwiające jest to, jak łatwo w obecnych czasach zrobić z przeciętnej książki bestsellera. Wystarczy wartka akcja, bohater pełen sprzeczności i wyjątkowa kobieta, która jako jedyna na świecie jest w stanie wydobyć z niego to, co jest w nim głęboko ukryte. Jeśli do tego dorzuci się duże pieniądze i odrobinę niebezpieczeństwa- sukces murowany. Społeczeństwo lubi takie proste rozrywki. Ja im ostatecznie też uległam, bo kiedy odłożyłam książkę na półkę, moja głowa pełna była Raula. Jest to jednak wina mojego beznadziejnego romantyzmu, który jest łasy na miłość w każdym wydaniu, mojej dawnej miłości do Harlequinów, którymi zaczytywałam się jako nastolatka oraz kompletnej bezsilności w obliczu manipulacji.
Bo jak inaczej nazwać tą przesadę, którą częstuje nas pisarka? Wszystko jest w tej książce przesadzone, od charakterów do wydarzeń. A wszystko po to, aby ułatwić czytelniczkom zakochanie się w głównym bohaterze. Niestety przez te triki książka zyskała w moich oczach miano czytadła. Niewiele się ona różni od Harlequina. Może tylko bardziej rozbudowaną akcją, mającą za zadanie zapełnić 310 stron i zakończeniem, odmiennym niż zwyczajowe harlequinowe zakończenia.  Jednak każdego Harlequina czyta się szybko i przyjemnie i tak też było z tą pozycją. Niestety wciąż jest to tylko książka przyjemna w czytaniu, ale nie zapadająca w pamięć. Jest to jedna z tych książek, o których szybko zapominamy, skazując w ten sposób na niepamięć również bohaterów, których zdążyliśmy polubić, lub pokochać, a którzy warci byli zapamiętania.
Jak już podkreśliłam, jest to książka przesady. Bohaterowie są mocno zakreśleni, obdarzeni bardzo odmiennymi charakterami i cechami, które mają na celu zaciekawić czytelnika. On jest niebezpieczny, twardy i bezwzględny. A jednak coś w jego zachowaniu, spojrzeniu i głosie nakazuje bohaterce od razu się nim zainteresować. Może jego wyjątkowe piękno, obok którego nie może przejść obojętnie żadna kobieta? A może to, że emanuje seksem? Nie bez wpływu są również jego piękne, czarne oczy i maniery dżentelmena, które okazuje od czasu do czasu, pomiędzy zgrywaniem twardziela. Bogactwo, w które opływa dzięki swej mafijnej działalności, na pewno niejedną kobietę potrafi rzucić na kolana, dosłownie i w przenośni. Ona z kolei jest delikatna i niewinna, zupełne jego przeciwieństwo. Ma za sobą niezbyt przyjemną przeszłość. Jest młoda i niedoświadczona. Jej niewinność zaś szybko drąży wyrwę w sercu mężczyzny, pozwalając wypłynąć jego skrywanej wrażliwości. Czyż to nie piękne i wciągające? Właściwie dla tych dwoje czytałam dalej tę książkę, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi, tak hojnie podrzucane przez autorkę między wiersze, szeptały obietnicę, że tych dwoje połączy płomienny romans.
Niestety we właściwym odbiorze tego uczucia przeszkadzała mi kolejna przesada, do której dopuściła się autorka. Zrobiła z Soni niewinną dziewczynkę, która cieszy się jak dziecko z najdrobniejszej radości i smuci się, gdy nie dostanie błyskotki, która jej się podobała. Jednocześnie niemal od razu ma ochotę wskoczyć Raulowi do łóżka. Denerwuje się jak dzieciak i ogłasza strajki głodowe, które dodają jej punktów w oczach Raula, a odbierają w moich. Kocha jak podlotek, który czuje, że umiera, jak tylko zobaczy ukochanego mężczyznę w ramionach innej. Jej niewinność jest czasem tak irytująca, że ciężko ją tak naprawdę polubić. Za to Raul zyskuje przy niej jeszcze więcej. Bo dzięki niej może pokazać, jaki jest męski, odważny, a jednocześnie uczuciowy i pełen zasad.
Gdy dwukrotnie autorka komplikuje sytuację, umieszczając Sonię pośrodku opresji, znowu czuję wyraźne podobieństwo do Harlequinów. Zwłaszcza, że Raul jest zawsze gotowy, by biec jej na pomoc, aby zaraz potem okazać jej, jak mało mu na niej zależy. Dorzucenie do tej kołomyi jeszcze dwóch szarych charakterów, zupełnie innych od Soni i Raula, jest kolejną przesadą, którą odbieram jako niezbyt miły zgrzyt. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że  wszystko to ma na celu jeszcze bardziej wybielić postać Raula i niewinnej Soni, jednak jest w tym zbyt dużo przesady, zbyt rzuca się to w oczy, aby mogło zostać przyjęte za plus.
Nie podoba mi się również umieszczenie akcji za granicą i przemieszanie polskich i zagranicznych nazwisk, ale zapewne autorka wie, że lepiej brzmi wszystko, co jest zagraniczne.
Do minusów zaliczyłabym też niezbyt udane krótkie wprowadzenie na odwrocie okładki. Czytając to wprowadzenie, jak i jedno krótkie zdanie, umieszczone nad tytułem, a krzyczące na czerwono: „Ona niewinna, on niebezpieczny. Łączy ich zbrodnia, namiętność i tajemnica. Jedno z nich musi umrzeć…” zapowiada zupełnie inną treść, niż znajdujemy w środku. Wydawałoby się, że bohaterowie będą grali w jakąś dziwną grę, w której jedno będzie musiało zniszczyć drugiego. Wydawało się też, że znajdziemy między kartami książki tajemniczą zbrodnię, a męski bohater będzie demonem z piekła rodem, którego postać wywoła u mnie skrajne emocje. Niby książka brzmi jak kryminał, a jest to bardziej sensacja. Niby miał to być erotyk, a bliżej mu do romansu, a nawet romansidła. Niby książka miała rozbudzić zmysły, a jedynie uczyła,  że dziewczyny z karminowymi (koniecznie karminowymi, czerwone brzmią nazbyt zwyczajnie) ustami bardzo lubią robić loda. Wydawało mi się, że sięgam po jakąś mroczną książkę, w której kryje się niepohamowana namiętność, może nienawiść i miłość, walczące między sobą, a dostałam romans z odrobiną seksu (podobny scenariusz obowiązuje w romansach typu Harlequin). Nie miałabym nic przeciwko owym scenom miłości, nienajgorzej opisanym, gdyby nie to, że miały one przenieść ten romans na wyższą półkę, zwaną erotykiem. Tymczasem ciężko ją nazwać erotykiem z powodu kilku scen łóżkowych i paru obmacywanek.
Jeszcze jedno mnie irytuje w „Mistrzu”, prócz niewinnej Soni. Mianowicie chodzi mi o wtrącenia, mające zapowiadać jakąś ciekawą akcję, będące niejako zachętą do przeczytania kolejnej strony, ja jednak uznałam je za zbędne i praktycznie zdradzające, co się będzie dalej działo. Tym samym autorka sama wytrącała sobie z ręki możliwość zaskoczenia czytelnika jakimś nagłym zwrotem akcji. Prawdopodobnie Katarzyna Michalak nie czuje się jeszcze dobrze w tego typu literaturze, skoro popełnia tak kardynalne błędy.  Za to stara się od samego początku wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń, nie chcąc pozwolić, aby ten rozmyślił się z powodu jakiegoś nieudanego dialogu czy nazbyt rozwiniętego wstępu.
Co do samej akcji, poznać można łatwo, że autorka nie jest specjalistką w dziedzinie sensacji i kryminału. Cała ta otoczka gangsterska dodana jest po to, aby dodać pieprzyku historii miłosnej, o, przepraszam, erotycznej. Jako tako się to udało, choć czasami widać, że Michalak nie do końca umie takie akcje kończyć. Są to więc akcje powierzchowne, takie właśnie Harlequinowe, nieco płytkie, są, bo są, ale mogłoby ich równie dobrze nie być wcale a i tak dobrze by się książkę czytało. Ułatwiły też przedstawienie Raula jako człowieka bezwzględnego i groźnego. Jednak tak naprawdę czytamy tę książkę tylko ze względu na Sonię i Raula. Autorka tego nie ukrywa a i ja głównie na tym się skupiłam i nie rozczarowałam się. Zapewne dlatego, że jestem typową kobietą i do tego romantyczką. A powiedzcie mi, która dziewczyna ulegnie pokusie odkrycia w mężczyźnie twardym i niedostępnym wrażliwego chłopca, który wszystko zrobi dla swojej dziewczyny? Bo Sonia ma takie właśnie romantyczne wyobrażenia o mężczyznach, a i ja chciałam razem z nią odkrywać drugie wnętrze Raula de Luca. Sonia chciałaby mieć kogoś, kto skoczy za nią w ogień i jej życzenie spełnia się natychmiastowo. Jeśli ktoś lubi takie proste historie (jak ja, do czego muszę się ze wstydem przyznać), to znajdzie w tej książce wiele wzruszeń. Jest tez szczypta humoru, kiedy Raul i jego przyjaciel, Paweł, przerzucają sobie dziewczynę z rąk do rąk, a raczej z ramion do ramion, bo żaden z nich nie chce się przyznać, że Sonia coś dla niego znaczy.
Podsumowując: książka ma wiele wad, ale jest przyjemna w odbiorze i łatwa w czytaniu. Nie jest to kolejny Grey czy Cross, ale potrafi zainteresować swoim wątkiem romantycznym. Nie jest to erotyk, ani kryminał, więc nie należy nastawiać się na żadne większe tajemnice i kipiące erotyzmem sceny łóżkowe. Nie jest to również jakaś głęboka opowieść, którą zapamiętamy aż do grobu, choć łatwo się zakochać w Raulu, gdy ma się wrażliwe serce. Co do Soni, cóż, tu też przyda się wrażliwe serce, by przymknąć oczy na jej niedoskonałości w doskonałej otoczce, w którą próbowała ją wcisnąć Michalak. Należy mieć to wszystko na uwadze, zanim się sięgnie po tę pozycję. Myślę, że romantyczki będą miały nad czym wzdychać, osoby niewymagające całkiem dobrze spędzą czas przy tej książce, reszta może się nieco zawieść.  Zaś osoby bardzo krytyczne mogą sobie „Mistrza” odpuścić. Ja osobiście nie żałuję czasu, który spędziłam z tą książką. Były to fajne dwa dni, w których całkowicie się zaczytałam, nie mogąc się oderwać od czytanej historii, wciąż czekając na to drugie oblicze Raula, które ten odsłaniał, gdy był z Sonią. Dobrze mi było z tą książką. Pomimo wszystko…

niedziela, 16 marca 2014

Wyznanie Crossa - Sylvia Day


             Po tym, jak Eva dowiaduje się o strasznej zbrodni, którą popełnił Gideon Cross, by ją uratować, oboje starają się żyć normalnie. Wciąż jednak czai się w nich obawa, że wszystko się wyda i nigdy już nie będą mogli być razem. Muszą ukrywać swój związek przed światem, aby uwiarygodnić doniesienia o ich zerwaniu i ochronić w ten sposób Gideona przed podejrzeniami. Eva stara się też zapomnieć o uczuciu zranienia i odrzucenia, które wciąż w sobie tłumi od czasu, jak Gideon udawał wobec niej obojętność. Wciąż też muszą walczyć z demonami przeszłości, które uporczywie wracają i burzą spokój odradzających się dusz. Najważniejsze jednak zadanie stoi przed samym Gideonem. Czy uda mu się żyć normalnie po tym, co przeżył jako dziecko? I czy wreszcie Eva bez obawy będzie mogła spać z nim w jednym łóżku? Czy ten trudny związek ma szansę przetrwania?  

              Wreszcie udało mi się przeczytać „Wyznanie Crossa”. Minęło sporo czasu od momentu, gdy rozstałam się z bohaterami serii. Po drodze trafiło mi się kilka innych książek, które chciałam przeczytać, a kiedy wreszcie przyszedł czas na „Wyznanie Crossa”, upłynęło kilka dodatkowych tygodni, zanim przebrnęłam przez całą książkę. Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego tak się dzieje, że ciągle odkładam niedokończoną książkę na półkę. Najpierw zrzucałam winę na chroniczny brak czasu i fascynację stroną do nauki języków obcych, którą jakiś czas temu poleciła mi koleżanka. Tak się w zatraciłam w nauce, że codziennie siedziałam na tej stronie i poznawałam od nowa tajniki języka włoskiego, którego kiedyś się uczyłam. Uznałam więc, że to właśnie ta strona jest największym winowajcą, odciągającym mnie od książki Sylvii Day.
Jednak wczoraj, wróciwszy z pracy, postanowiłam wreszcie dokończyć książkę, tym bardziej, że czekała już na mnie kolejna pozycja, której, nawiasem mówiąc, nie mogę się już doczekać. Tymczasem zostało mi około 100 stron „Wyznania Crossa” do przeczytania i chciałam to zrobić bez przerywania sobie. Bo pomyślałam również, że przez brak wolnego czasu, którego większość poświęcałam na naukę języków, nie potrafiłam wczuć się w Crossa, gdyż ciągłe przerywanie nie najlepiej służy więzi pomiędzy czytelnikiem a czytaną historią. Jednak teraz już wiem, że szukałam przyczyn nie tam, gdzie one faktycznie zaistniały. Bo przecież, gdy książka jest interesująca, nie potrafią mnie od niej ociągnąć żadne inne obowiązki.
              I właśnie wczoraj, kiedy odcięłam się od wszystkiego innego i zagłębiłam się w „Wyznanie Crossa”, dotarła wreszcie do mnie z pełną świadomością prawda, która już wcześniej tliła mi się w głowie, a którą spychałam w podświadomość, bo nie chciałam w nią uwierzyć.
             Teraz już wiem, że przyczyną, dla której nie mogłam dokończyć tej książki, była zwykła nuda, która zakradła się pomiędzy karty. Zaczęłam się najzwyczajniej nudzić przy trzeciej części serii o Gideonie Crossie i Evie Tramell. 516 stron opowiadania o niczym szczególnym. Zapchanie książki podobnymi scenami seksu, które zaczęły coraz bardziej trącać pornografią. Autorka z lubością oddawała się opisywaniu scen miłosnych między Evą i Gideonem, używając podobnych sformułowań, częstych powtórzeń i sprośnych nazw, spychając tym samym główną historię na bok. Usuwając ją w cień sprawiła, że czasami miałam wrażenie, że czytam Harlequina połączonego z pornograficznym opisem fizycznego aktu namiętności, pomnożonego przez dziesiątki razy. 

             Zrobiło się potwornie nudno. Nic się nie działo, prócz seksu, seksu i seksu. Przez te niepotrzebnie powielone opisy seksualnych zmagań pomiędzy bohaterami, przez ciągłe podkreślanie, jak bardzo główną bohaterkę podnieca w Gideonie niemal wszystko, od brzmienia głosu, do sposobu, w jaki na nią patrzy i przez wkurzające powtórzenia, z podkurczaniem palców u stóp na czele, zaczęło wiać nudą, a ten wiatr oddalał mnie coraz bardziej od czytanej historii. W pierwszych dwóch częściach autorka przekonała mnie, że tych dwóje do siebie należy i są sobie potrzebni do życia jak tlen i to mi wystarczyło. Sylvii Day udało się dobrze wpleść to uzależnienie od siebie w historię poprzeplataną seksem i niepotrzebne było wg mnie dalsze skupianie się na tym wątku w trzeciej części. Było to nie tylko nudne, ale i denerwujące. Ciągle czekałam, aż coś zacznie się dziać, a musiałam się stale przedzierać przez zapychające stronice erotyczne sceny. Myślę, że gdyby skrócić część erotyczną do niezbędnego minimum, pozostałoby 300 stron, w których spokojnie można by było zawrzeć dalszą część trudnej miłości. Tymczasem autorka uparła się, aby zanudzić czytelnika opisem tego, jak bardzo Eva i Gideon są szczęśliwi w łóżku i poza nim.
           Druga część serii przyniosła niespodziewane zakończenie, skupiając całą moją uwagę i wzmagając apetyt. Nie mogłam się doczekać kolejnej części. Byłam ciekawa jak Eva i Cross poradzą sobie z tym, co zrobił Gideon. Niestety w „Wyznaniu Crossa” wątek zbrodni został zepchnięty na pobocze i czasem wyciągany na światło dzienne, dla przypomnienia czytelnikowi, że jest na co czekać i że wkrótce akcja się zagęści. Że jest to coś więcej niż książka pornograficzna bez fabuły.  Jednak ta przynęta działała na mnie tylko na początku. Bo ile można czekać? W końcu każda przynęta, której nie można złapać, znudzi się, prędzej czy później. Czytałam więc książkę dalej głównie przez sympatię do poprzednich części i dlatego, że nie zwykłam odstawiać książki na półkę tylko dlatego, że nie dostałam tego, czego się od niej spodziewałam. Książka musi być naprawdę nudna, abym zdecydowała się skazać ją na wieczne niedokończenie. A jednak w „Wyznaniu Crossa” cos się tliło, jakiś niewykorzystany potencjał, na który wciąż liczyłam. Niemożliwe mi się wydało, aby autorce, która dała mi dwie ciekawe książki, nagle zabrakło pomysłu na poprowadzenie ciągu dalszego tej historii.
           Niestety dopiero na 100 ostatnich stronach znalazłam cień dawnej Sylvii Day, a prawdziwe zaciekawienie ogarnęło mnie przy samym końcu. Trochę to bez sensu, żeby przez większą część książki trzymać czytelnika w jako takim poczuciu nudy, aby na ostatnich stronicach zagęścić wreszcie akcję. I teraz nie wiem, czy mam oczekiwać z niecierpliwością kolejnej części, czy też postawić na niej krzyżyk w obawie, że nic mnie już w tej opowieści nie będzie mogło zainteresować. Myślę jednak, że dam autorce jeszcze jedną szansę i po raz kolejny spróbuję się wczytać w trudną miłość Evy Tramell i Gideona Crossa.
           Jest jeszcze jedna sprawa, która trzyma mnie przy tej książce. Jestem romantyczką i wciąż wierzę w prawdziwą miłość, mimo tego, co widzę wokół siebie. Sylvia Day zaspokaja mój głód  miłości silnej i uzależniającej, gdzie dwoje ludzi nie potrafi bez siebie żyć. Gdzie bohaterowie są o siebie diabelnie zazdrośni i liczy się dla nich tylko ta druga osoba i uczucie miłości, którym się nawzajem obdarzyli. Uwielbiam widzieć to uzależnienie w bohaterach, w ich czynach i słowach. Wprawdzie ostatnia część przyniosła więcej pustej gadaniny (głównie ze strony Evy, jej monologi na temat ogromu uczucia, jakie ma dla Gideona, skutecznie zabijały moją wyobraźnię) niż czynów, jednak znalazłam też kilka prawdziwych wyznań miłości w gestach i dialogach pomiędzy bohaterami.
            I to mnie w tej książce najbardziej kręci. Nie erotyczne sceny, na które przede wszystkim postawiła autorka, ale gesty i czyny wyrażające wyjątkowe uczucie, czy próby pokonywania własnych słabości dla drugiej osoby i otaczanie drugiej osoby opieką, aby uchronić ją od cierpienia. To mnie wiąże z bohaterami silną, niewidzialną nicią i nie mogę tak po prostu się poddać, tylko dlatego, że jedna z części mnie zawiodła.
            A teraz z innej beczki. Część ludzi zastanawia się, co czytać po Crossie i Greyu. Z odpowiedzią na to pytanie przychodzi sama Sylvia Day ze swoim kolejnym cyklem „Strażnicy Snów”, w skład której wchodzą: „Rozkosze nocy” i „Żar nocy”. Ostatnia z tych dwóch pozycji wpadła mi wczoraj w rękę w Biedronce. Zobaczyłam znane nazwisko, podobną szatę graficzną jak przy Crossie, więc z ciekawością przeczytałam, o czym jest owa pozycja. Wygląda na to, że  Sylvia Day gustuje obecnie w skompilowanych historiach miłosnych, ponieważ ponownie znajdujemy dwoje bohaterów, z których przynajmniej jedno dźwiga straszne brzemię, z którym drugi z bohaterów będzie musiał sobie poradzić. Po raz kolejny autorka stawia przed nami oszałamiającego mężczyznę, marzenie każdej kobiety, który jednak jest równie niebezpieczny, co namiętny, oraz wyjątkową kobietę, która jako jedyna będzie w stanie zmierzyć się z demonami jego przeszłości. Brzmi znajomo? Zatem do dzieła! Zamiast czekać z utęsknieniem na czwartą część serii o Crossie, umilmy sobie czas „Żarem nocy”.

        Co do daty ukazania się "Captivated by You" nie mam dobrych wieści. Na stronie Sylvii Day wciąż mamy komunikat: "The release date will be announced and pre-ordering will become available once the book reaches the final stages of production." Czyli innymi słowy- nie wiadomo kiedy będzie książka. A trzeba będzie jeszcze poczekać na polskie wydanie. Nawet jeszcze nie wiadomo jak będzie wyglądała okładka. Dobra wiadomość jest taka, że sprawdziłam tę informację dnia 24.06.2014, a chowała się ona w zakładce: COMING SOON :)

wtorek, 17 września 2013

Płomień Crossa/ Sylvia Day

             Tytuł oryginału: Reflected in You
             Autor: Sylvia Day
             Wydawnictwo: Wielka Litera

             Rok wyd.: 2013
             Seria: Crossfire
             Liczba stron: 378


 



                     Z niecierpliwością wyglądałam momentu, kiedy będę mogła napisać kilka słów o drugiej części trylogii „Crossfire”. Chciałam wyrzucić z siebie wrażenia z lektury, ponieważ w głowie siedzi mi już nieopanowana wręcz ochota na przeczytanie części trzeciej. A czuję wewnętrznie, że nie powinnam się do niej zabierać, dopóki nie zrobię „rachunku sumienia” z wrażeń z poprzedniej części. 

                      W „Płomieniu Crossa” spotykamy się ponownie z namiętnością Gideona i Evy. Pierwsze trudności są już za nimi. Eva pokonała niechęć Crossa do stałych związków z kobietami, z którymi sypia i czuje, że jest mu bliższa, niż jakakolwiek kobieta przed nią. Wie, że nawet Corine, była narzeczona Gideona, nie znała nawet niewielkiej części tożsamości człowieka, z którym była zaręczona, tożsamości mrocznej i poranionej, którą ten starał się ukrywać przed światem. Dopiero poznanie Evy, kobiety z równie trudną przeszłością, co jego, pełną namiętności i pasji oraz niskiego poczuci własnej wartości, zmieniło go na tyle, iż postanowił otworzyć się bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczał, że jest w stanie. Poznawanie swoich sekretów i autodestrukcyjnych słabości przyciąga dwoje ludzi coraz bardziej i coraz mocniej ich od siebie uniezależnia. Ich szalona miłość może doprowadzić do szczęśliwego końca lub zmienić się w nienawiść i przynieść ból, a to, jaki będzie jej koniec, zależy tylko od naszych bohaterów. Czy ta miłość ma szansę pokonać piętrzące się trudności, kiedy z jednej strony jest niskie poczucie wartości, zazdrość i ciągła potrzeba szukania dowodów uczucia, a z drugiej obawa przed wyznaniem swoich tajemnic, brzydka przeszłość zagrażająca wewnętrznemu spokojowi Evy, nad którym tak długo pracowała i niska wiara w swoją wartość? Przyszłość trudnego i pełnego przeszkód związku stoi pod znakiem zapytania i zależy od tego, ile ustępstw wobec siebie są w stanie ponieść Eva i Gideon.

                     Związek Evy i Gideona przybiera na sile. Teraz, kiedy Gideon poznał smak miłości, w jej imię postanawia walczyć o swój związek, zagrożony ze względu na jego przeszłość. Nocne koszmary Crossa powodują, że staje się on niebezpieczny dla jedynej osoby, na której mu zależy i dla której zrobiłby wszystko. Godzi się więc na wspólną terapię, która ma pomóc obojgu i wznieść związek na wyższy poziom, pełen zaufania i bez tajemnic.

                    Mimo terapii Gideona wciąż męczą koszmary, podczas których atakuje śpiącą Evę, a jego ataki za każdym razem przypominają młodej kobiecie jej bolesną przeszłość, o której tak pragnie zapomnieć i przez którą omal nie zagubiła samą siebie. Mimo iż noce z Gideonem są jak tykająca bomba zegarowa, Eva decyduje się pozostać przy mężczyźnie, mając nadzieję, że wraz z doktorem Petersenem uda im się opanować senne napaści Gideona, tak bardzo przypominające te, których Eva doświadczyła jako dziecko od Nathana, swojego przyrodniego brata. Jednak fakt, że Gideon ukrywa przed nią swoją przeszłość, mimo iż sam poznał największe brudy jej przeszłości i nie chce z nią rozmawiać o tym, co przeżył w młodości, powoli niszczy Evę. Niszczy jej pewność siebie, pewność, że mężczyzna ją kocha i zmienia jej czyste uczucie w obsesję pełną demonów zazdrości. Czy będzie musiała zostawić mężczyznę swojego życia, aby znów nie zatracić samej siebie? I dlaczego Gideon nie potrafi zrozumieć, jak boli ją każde spotkanie z Corine? Każde zaś wspomnienie „pokoju do ruchania”, do którego zabrał ją Gideon, a który nadal wynajmował, przynosiło gniew nie do zniesienia, który wzmagał w niej niepewność i włączał guzik autodestrukcji, który w latach, gdy była nastolatką, omal nie złamał całego jej życia.

                   Tak jak się spodziewałam, Corine dała się ostro we znaki Evy. Jej wybuchowy charakter, niskie poczucie własnej wartości i niszczące milczenie Gideona na temat własnej przeszłości, brak zaufania do niej, który każe mu trzymać język za zębami, był sporą pożywką do uczucia zazdrości, które toczyło Evę od momentu, gdy dowiedziała się, kim Corine była dla Gideona. Dodatkowo jego brak zrozumienia jej obaw co do Corine podsycał w niej niepewność co do jego uczucia. Gideon wzbraniał się przed wypowiadaniem słowa „kocham Cię”, które uważał za zbyt słabe i niezdolne do wyrażenia jego prawdziwych, silnych uczuć do Evy, nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo kobieta potrzebowała tych pustych według niego słów. Mężczyzna zaś uważał, że tylko czynami i seksem może jej wyrazić, co tak naprawdę do niej czuje. 

                   Na skutek intryg Corine i rozmowy z doktorem Terrencem Lucasem, który wlał w duszę Evy podejrzliwość, a także skrawkiem tajemnicy, którą odkrył przed nią Gideon w związku z jego znajomością z doktorem, jej wiara w uczucia Gideona słabnie. A kiedy dodatkowo mężczyzna, wbrew swoim obietnicom, nie pojawia się na spotkaniu z psychiatrą, doktorem Petersenem, a następnego dnia zdjęcia jego i Corine oblegają plotkarskie witryny internetowe, świat Evy zaczyna rozpadać się na kawałki. Nie może zrozumieć, dlaczego Gideon nie potrafi z nią rozmawiać o swojej przeszłości, podczas gdy ona tej rozmowy tak bardzo potrzebuje. Czy te wydarzenia doprowadzą do końca jej związku z mężczyzną, który był jej światem, powietrzem, obsesją, bez którego nie potrafiła funkcjonować?

                    Muszę przyznać, że zainteresowanie drugą częścią rodziło się we mnie powoli i raz wzmagało się, innym razem opadało. Jednak gdzieś w połowie książki autorce wreszcie udało się złapać moją uwagę i coraz bardziej komplikując już i tak trudny związek, usidliła moją ciekawość raz na zawsze. Teraz nie mogę się doczekać, aby dorwać trzeci tom i sprawdzić, czy Evie i Gideonowi wreszcie udało się pokonać swoje demony.

                    Myślę, że główną przeszkodą, która nie potrafiła mi zatracić się w tej książce, była erotyka. Wciąż nie mogłam opanować wrażenia, że czytam pornograficzną książkę. Nie odpowiadał mi sposób przekazania mi przez autorkę relacji seksualnych bohaterów. Był za mało subtelny jak na mój gust i nieodmiennie przywodził na myśl pornografię. Denerwowały mnie też te ciągłe orgazmy i natężenie scen seksu. Mimo, iż wiedziałam, że seks był jedynym sposobem, dzięki któremu Gideon potrafił okazywać swoje emocje i uczucia, czułam, że scen tych jest tam za dużo i często nic nie wnosiły do historii, prócz zapełnienia stron.

                   Denerwowało mnie trochę stosowanie przez autorkę przypomnień. Każdej osobie, która pojawiała się na scenie, towarzyszyło krótkie wprowadzenie do historii, jakby pani Day szczególnie zależało na zachęceniu nowych czytelników, którzy wcześniej nie sięgnęli do pierwszej części trylogii. Uważam to za zbędne, ponieważ nie sądzę, aby można było tomy tej trylogii czytać osobno, bez osadzenia w całości. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić osobę, która znajdowałaby przyjemność w czytaniu historii wyrwanej z kontekstu, bez której nie potrafiłaby tak naprawdę zrozumieć tego, co łączyło Gideona i Evę, mimo tych krótkich wprowadzeń.

                  Zauważyłam też kilka błędów w e-booku, który czytałam. Jakby osoba, do której należała korekta tekstu, trochę zawaliła sprawę, w celu jak najszybszego przygotowania książki dla odbiorców. Uważam takie niedociągnięcia za niedopuszczalne w przypadku bestsellerów, dzięki którym wydawnictwo zarabia kupę kasy. Należałoby się nieco bardziej przyłożyć do pracy nad tłumaczeniem, które będzie czytane przez tysiące czytelników. Ale to tylko takie moje małe przemyślenia na ten temat.

                  Potwierdzam też to, co pisałam pod poprzednim postem- wrażenie uczestniczenia w tych samych warsztatach pisarskich autorek „Crossfire” i „Pięćdziesięciu odcieni” pozostało. Obie autorki wplotły kryminalny wątek w swoje historie. Z tym wyjątkiem, że tak jak u James wydało mi się to niepotrzebnym podkręcaniem akcji, to w przypadku Day jestem pod wrażeniem tak udanej zagrywki. Czytając Greya zdenerwowałam się tylko na nieudolne poczynania autorki, aby podsycić zainteresowanie ostatnią częścią swojej trylogii, tak u Crossa poddałam się zupełnie temu wątkowi. Jedyne, co mnie razi w tej kryminalnej historii u Sylvii Day, to fakt, że policjanci, prowadzący śledztwo, wykazali się bardziej ludzkimi cechami niż profesjonalizmem. Za to z przerażeniem zauważyłam u siebie, podczas czytania tego wątku, cechę, o której nawet nie chcę myśleć. Mianowicie gotowość wybaczenia przestępstwa w imię miłości. Zawsze myślałam, że życie jest dla mnie czarno-białe. „Płomień Crossa” otworzył mi oczy i zwrócił uwagę na tę cechę mojej osobowości, której wcześniej u siebie nie znałam.


                Ten ostatni wątek zmył wcześniejsze wrażenia lekkiego znudzenia, które towarzyszyło mi podczas pierwszej 1/3 książki i teraz rozpala we mnie gorączkę ciekawości tego, co się stanie w trzeciej części. Jestem ciekawa, czy dowód miłości Gideona wreszcie uspokoi Evę i jej rozszalałe poczucie zazdrości i niedowartościowania? Ile jeszcze można zrobić w imię miłości? Ile Gideon jeszcze jest w stanie poświęcić dla swojego uczucia do Evy? I czy człowiek, którego ojciec popełnił samobójstwo, jest w stanie poradzić sobie z tak silnymi uczuciami, które go wiążą z kobietą będącą jego obsesją? Co się może stać, jeśli ją straci? Cóż, obym jak najszybciej się o tym przekonała. Ponieważ czuję, jak z każdym dniem trawi mnie coraz większa gorączka ciekawości. Chyba spalę się doszczętnie, zanim zdobędę trzeci tom trylogii.

                Jest jeszcze jedna myśl, która powstała w mojej głowie podczas czytania dwóch części trylogii Crossfire i której istnienie dopiero sobie uświadomiłam. Mimo swojej żenującej romantycznej natury, która pozwala mi wierzyć w bajki, denerwowała mnie początkowo nachalna próba autorki, aby przekonać mnie, iż taka oślepiająca, odbierająca oddech, namiętna miłość może istnieć. W Greya i Anę uwierzyłam od razu. Ale coś w stylu pisania Sylvii Day nie pozwalało mi uwierzyć w Crossa i Evę. Ich wzajemne zainteresowanie było jak rozbłysk na niebie podczas burzy- gwałtowne, nieokiełznane i nieuzasadnione. Jako dusza romantyczna jestem w stanie uwierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia, jednak brakowało mi u tych dwoje tej iskierki, która pozwoliłaby mi uwierzyć w słowa autorki, że tych dwoje łączy płomień od pierwszego wejrzenia. Ja tego płomienia nie czułam, nie ściskało mnie w żołądku, kiedy Gideon pojawiał się obok Evy, nie szalałam też na punkcie głównego bohatera, jak to się zawsze ze mną dzieje, gdy daje się porwać historii. Czegoś mi brakowało w książce. Były tylko słowa, a nie było uczuć i czynów, przytłumionych słowami i seksem. A przynajmniej ja tego nie czułam tak, jak chciała autorka. Nie zapomniałam się całkowicie. Nie zapomniałam o świecie. Czegoś brakowało. Tylko nie potrafię opisać, czego. Może wiarygodności? I dopiero pod koniec drugiego tomu dałam się złapać i wreszcie uwierzyłam, że między tym dwojgiem jest coś więcej niż tylko zwykła chemia. Zaczęłam „widzieć”, odczuwać uczucie, które było między Gideonem i Evą, o istnieniu którego Sylvia Day próbowała mnie usilnie przekonać od pierwszego rozdziału pierwszego tomu. Mam nadzieję, że to uczucie prawdy będzie mi towarzyszyło przez cały kolejny tom, którego nie mogę się już doczekać :)

Czy to przypadek, że ten samochód stanął na mojej drodze? :)