Pisałam
niedawno o wyższości klasyków nad książkami współczesnymi, doszukując się w
nich morałów i nauk, czyli czegoś, co nie zawsze zawierają nowoczesne książki.
Wspominałam wówczas, że klasyki nigdy mnie nie zawiodły i zawsze będę po nie
sięgać, bo dają mi nie tylko rozrywkę, ale to coś, o co obecnie trudno w
literaturze. O to głębokie porozumienie z autorem, to przywiązanie do
bohaterów, których całymi latami nosi się w sercu, te emocje, które wyciskają
łzy smutku jak i radości. Zawsze sięgnę po klasyki bez zbędnego zastanawiania
się, bo wiem, że są to książki wartościowe w każdym calu. Natomiast nad książką
współczesną najpierw się zamyślę, przeczytam streszczenie na okładce, zajrzę do
środka, pomiędzy kartki, a i tak nie zawsze taki przegląd wypadnie pozytywnie
dla autora.
Jednak
tytuł „What Katy did next”, ostatnia część trylogii Susan Coolidge,
dziewiętnastowiecznej amerykańskiej pisarki, nie spełnił swojej zwyczajowej
roli, którą zawsze przypisywałam tego typu książkom. Zabrakło w niej pomysłu i
wydaje mi się, że autorka napisała ją na siłę. Nie wiem co zawierają dwie
poprzednie części („What Katy did”- „Po prostu Katy” i „What Katy did at
school”- „Co Kasia robiła w szkole”), ale mam wrażenie, że mogą być znacznie
ciekawsze. W ostatniej części, bohaterka, Katy Carr stoi u progu dorosłości, ma
16 lat i jest to wiek, w którym mogłaby śmiało wyjść za mąż. Nawet poznajemy
jedną z jej przyjaciółek z dzieciństwa, która ma już nie tylko męża, ale i
dziecko, zatem łatwo sobie wyobrazić, że trzynastolatka z pierwszej części, w
ostatniej zmienia się w stateczną matronę, opiekującą się młodszymi jak i
starszymi. A stateczne matrony nie mogą być ciekawe, wierzcie mi.
Zatem
poprzednie książki Susan mogłyby dać mi więcej, jako że Katy w ostatniej części
trylogii, która to część przypadkowo wpadła w moje ręce, objawia resztki swojej
prawdopodobnej, dawnej żywiołowości, obiecując tym samym wiele (a przynajmniej
więcej niż dała mi 16-letnia młoda kobietka, choć nie przypuszczam, aby była
nawet w połowie tak interesująca jak choćby Ania z Zielonego Wzgórza) jeśli
tylko sięgnę po pierwszą część opowieści o Katy Carr. Możliwe, że jeśli się z
nią jeszcze kiedyś zetknę, to dam jej szansę, ale nie będę specjalnie
wyszukiwać tych dwóch pozostałych i ku wszelkiemu prawdopodobieństwu,
ciekawszych części.
Mimo
wszystko, bazując na tym, co przeczytałam w „What Katy did next”, nie sądzę,
aby trylogia Coolidge była tak porywająca jak „Dzieci z Bullerbyn” czy tak
piękna jak „Małe kobietki”. Porównuję te książki nie bez powodu. Mianowicie
łączy je to, że były pisane dla dzieci, a nawet bardziej- dla dziewcząt (w
przypadku „Małych kobietek” i przygód Katy Carr) oraz to, że zdają się być
pisane w podobnym tonie. Mają uczyć przez zabawę. Jednak pisarstwo Susan
Coolidge stoi daleko w tyle za Astrid Lindgren czy Luisy May Alcott, daje się
to wyraźnie wyczuć. Nawet jeśli Susan ma wiele do przekazania swoim
czytelniczkom, to nie potrafi ich zaciekawić na tyle, by jej słuchały.
Dlatego
też w ostatniej części mamy ułożoną młodą kobietę, nie zepsutą wielkim światem,
miłą i uczynną, a także głęboko związaną z rodziną. Jeśli wcześniej była
energiczna i pełna wyobraźni, to obecnie zostało z niej niewiele. Co może
spowodować głęboki zawód dziewczętom, które pokochały małą Kasię Carr.
Dorastająca młoda kobieta nigdy nie będzie tym samym co dziecko, a przekaz
kierowany do dorastających, ale jeszcze dzieci, wpleciony w słowa i czyny człowieka
dorosłego, nigdy nie trafi w dziesiątkę. Dzieci nie obchodzą zamążpójście i
rodzenie dzieci, czy opieka nad innymi. Dlatego niemal dorosła Katy Carr traci
swój urok w ostatniej części i należy już do zupełnie innego świata. Zupełnie
jakby była Alicją w Krainie Czarów, której wreszcie udaje się znaleźć wyjście.
Po jego przekroczeniu traci prawa do świata, z którego uciekła. Tak samo Katy
straciła swoje przywileje trafiania z moralnym przekazem do swoich małych
fanek. A podróżowanie po świecie nie przywróci jej tych przywilejów, bo dzieci
nie obchodzi Europa, tylko ich własne podwórko.
Tak oto Susan Coolidge pozbyła się swojego
wpływu, jeśli takowy miała, na swoje młode czytelniczki. Zabrała im Katy którą
znały i dała w zamian kogoś, kogo nie potrafią rozpoznać. Mnie natomiast,
świeżej i nie znającej jej pisarstwa czytelniczce zaprezentowała młodą, podróżująca
po Europie ułożoną i miłą kobietę, która śle listy zza morza do rodziny
pozostawionej w Ameryce, opowiada historie bez akcji swojej młodej
podopiecznej Amy, córce Pani Ashe, która zabrała ją w tę podróż, a cała książka
jest tak pozbawiona akcji, jak opowiadania Katy Carr, co do których sama w
końcu traci cierpliwość i serce.
Co
do współczesnej książki o podobnym charakterze napisałabym, że jest nudna jak
flaki z olejem, ale że do klasyków czuję większy respekt, napiszę, że opowieść
o Katy mnie nie wciągnęła. Jedyny aspekt godny zainteresowania pojawił się
dopiero w środku książki wraz z wkroczeniem na scenę Pułkownika Neda
Worringtona, brata Pani Ashe, ale nie sądzę, aby był to temat zdolny
zainteresować dzieci, dla których książka była przeznaczona. Ja to zupełnie
inny temat (miłośniczka romansów ze mnie). Ale mimo wszystko, powiem wam że to
lekka przesada, aby tak długo trzymać swoich czytelników na dystans i kazać im
czekać aż do połowy książki na cokolwiek, co przełamałoby nudny schemat
grzecznej dziewczyny zwiedzającej kolejne europejskie stolice (a i tak dać im z
tego zaledwie dwa czy trzy rozdziały). Uważam, że to naprawdę za dużo, nawet
dla tak cierpliwej osoby jak ja.
Tak naprawdę gdyby nie język
charakterystyczny dla czasów, w których pisała Susan, odłożyłabym tę książkę po
dwóch czy trzech obszernych rozdziałach. Niewiele się w niej działo i niewiele
zostało po dawnym charakterze Katy, którego słaby cień ostał się w jej
16-letnim ciele. Opis podróży był monotonny (mimo, że kocham podróżować, to
kiepska byłaby z tych opowieści broszura turystyczna), tak jak opis tego, jak
dobrze Katy opiekowała się swoją patronka i jej małą córeczką. Zapewne Susan
Coolidge chciała przekonać tym samym swoje czytelniczki, że bycie grzecznym
popłaca, bo dzięki temu można zobaczyć świat, ale jeśli tylko temu służyła ta
ostatnia część, to nie warto jej było w ogóle pisać. Ostatnie sceny, w których
Katy udowadnia, jak dzielnie potrafi walczyć o swoich podopiecznych, czy jak
swoją czystością charakteru potrafi podbić nadpsute i ślepe serce, dodaje
trochę kolorytu książce, ale jest to wciąż za mało, aby polecić ten tytuł.
Wydaje mi się, że odpowiedniejsze do przeczytania będą dwie pierwsze części, bo
chociaż ich nie znam, to mam nieodparte wrażenie, że przyniosą znacznie więcej
niż ostatnia, napisana bez charakteru część trylogii Susan Coolidge. Tą marną i
nie sprawdzoną rekomendacją zakończę post i pozostawię Wam do samodzielnej
decyzji czy warto samodzielnie poszukać sensu w „Po prostu Katy” i „Co Kasia
robiła w szkole”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz