Ania ma już 17 lat i rozpoczyna pracę w szkole w Avonlea. Ma przed sobą trudne zadanie, ponieważ brak jej doświadczenia a jej głowę przepełniają ideały, których spełnienie będzie wymagało od niej nie lada siły, tym bardziej, że pochodzi z miejscowości, w której przyszło jej uczyć i część dzieci znała ją z jej czasów szkolnych. Ania zdaje sobie sprawę z trudności zadania, jakie postawiło przed nią życie, ale zamierza pokonać wszelkie przeszkody, byle tylko pod jej opieką dzieci wyrosły na dobrych ludzi. Może nawet uda jej się odnaleźć jakiegoś małego geniusza, którego doprowadzi do sławy? Jednocześnie w wolnym czasie pomaga Maryli w domostwie, aby odciążyć jej wzrok i uchronić przed jego utratą. Ania angażuje się także w działalność Koła Miłośników Avonlea, które sama zakłada razem ze swoimi przyjaciółmi z dzieciństwa a którego zadaniem jest upiększenie wsi i zrobienie z niej powodu do dumy. Ania zawiera też nowe przyjaźnie i chętnie przyjmuje na swoje barki obowiązek zaopiekowania się parą bliźniąt: Toli i Tadzia, po śmierci dalekiej kuzynki Maryli. Zapanowanie nad urwisem Tadziem wydaje się niełatwą rolą, ale Ania nie ugnie się przed żadnym obowiązkiem i stara się także w domu wcielić swoje piękne ideały, których nie podzielała część jej przyjaciół, a nawet część dorosłych. Lecz już nieraz przekonaliśmy się, że Ania Shirley ma zupełnie inne podejście do życia niż inni i to sprawia, że jest taka wyjątkowa i ma siłę przebicia. Ania ma także mniej powodów do zamartwiania się swoim wyglądem, ponieważ jej włosy zmieniły kolor na kasztanowate, jej nienaturalna chudość znikła a wdzięk młodej kobiety niejednego przekonywał, że jest ona w rzeczywistości ładna. Wciąż jednak cieniem na jej próżność kładło się siedem piegów na nosie, które w żaden sposób nie chciały zniknąć…
Cóż mam powiedzieć… chyba tylko tyle, że zawiodłam się i to
na całej linii. Sięgałam po książkę z wielkimi nadziejami, teraz widzę, że nic
po nich nie zostało. Zostały zdruzgotane. Nie znalazłam tej cudownej,
rozmarzonej Ani, która potrafiła zachwycać się wszystkim dookoła, paplać o
wszystkim co ją otacza, wyobrażać sobie rzeczy i ludzi, żyć marzeniami, żyć
pełnią życia. Nie znalazłam wątku Gilberta i Ani, mimo że opis na okładce
wróżył zaczątek uczucia między nimi. Jedyne co znalazłam w książce to miła
opowieść o dzieciach z Avonlea oraz pochwała pracy nauczyciela. Książka nie
miała w sobie nic, co zatrzymałoby moją myśl na dłużej. Właściwie to cały czas
czułam lekką nudę, której opierałam się dzielnie przez cały czas trwania
opowieści. Nie mam w zwyczaju odkładać książki nie przeczytawszy jej do końca,
więc i tu wysiłkiem woli przebrnęłam przez opis zachowań dzieci avonlejskich, opis
pracy Ani w szkole oraz pracy młodzieży w Kole Miłośników Avonlea. Ale ducha
tej książki, który tak mnie zachwycił w pierwszej części, nie odnalazłam
nigdzie.
Trochę zbyt naiwnie było to wszystko przedstawione- praca w
szkole, górnolotne ideały przyświecające Ani i Gilbertowi w ich kierowaniu
szkołą i umysłami dzieci, praca młodzieży nad poprawą wsi, zdobycie przez Anię
przyjaźni burkliwego Pana Harrisona, który nagle pod wpływem Ani przekształcił
się w spokojne i tylko nieco zdziwaczałe jagnię. A już historia z Panną Lewis,
która dzięki Ani spotyka swego księcia z bajki, była naprawdę ponad moje siły.
Zbyt dużo naiwności w przedstawianiu tematu, abym mogła przymknąć na to oko. No
bo to, w jaki sposób mówiły dzieci, które miała Ania pod opieką, jest jakby z
innego świata wzięty. Nie znam żadnego dziecka, które by potrafiło mówić w
sposób tak dorosły, jak to było w przypadku dzieci z Avonlea. Ania z pierwszej
części cyklu też przemawiała w sposób bardzo niespotykany, jednak brzmiało to
tak naturalnie, że od razu przypadło mi do gustu. Zresztą Ania była od początku
przedstawiona jako wyjątkowe i bardzo wrażliwe dziecko, i cała jej postać, z
jej przemowami, zachwytem nad życiem, wyobraźnią, była spójna. Natomiast w
drugiej części autorka jakby umyślnie chciała odebrać to wszystko Ani, siłą
wpychając ją w dorosłość, a wszystkie jej zalety, które tak pokochałam, chciała
przelać na pozostałe dzieci w szkole i bliźniaków Tolę i Tadzia. Jednak
wszystkie te działania sprawiły, że książka została nie tylko odarta z duszy,
ale stała się zwyczajna, nudna. Mogłabym ją właściwie odrzeć z tytułu i zamiast
niego wstawić moją propozycję, która znacznie bardziej według mnie by tu
pasowała. Mianowicie nazwałabym ją „Dzieci z Avonlea”. Dzięki tej kosmetycznej
zmianie od razu po brzmieniu tytułu można by się domyśleć, co odnajdziemy na
kartach książki.
Przejrzałam całą bibliografię Montgomery dotyczącą cyklu o
Ani Shirley i doczytałam się, że „Opowieści z Avonlea” oraz „Pożegnanie z
Avonlea”, dwie ostatnie części cyklu, to dwie zupełnie inne historie,
opowiadające o innych bohaterach zamieszkujących Avonlea i Ania Shirley tylko
sporadycznie przewija się przez te książki, tak jakby autorka chciała
podtrzymać więź między dawnymi bohaterami z Zielonego Wzgórza a opowieściami z
uroczego Avonlea, i zachować w ten sposób dla swoich ostatnich opowieści z tego
cyklu tych samych czytelników, których zdobyła dając im Anię. Tak właśnie się
czułam czytając „Anię z Avonlea”. Miały to być dalsze losy Ani Shirley, a ja
czułam, że Ania tam jest tylko po to, aby utrzymać zainteresowanie czytelnika
cyklem. Tymczasem prawdziwymi bohaterem zbiorowym były dzieci. Nie trafiło to w
mój gust i powiem szczerze, że biję się z myślami, czy sięgać po następną
część, ponieważ boję się kolejnego rozczarowania. Może jednak bezpiecznie pozostać z jedenastoletnią Anią w
jej krainie marzeń i nie zakłócać sobie obrazu tej przepiękną opowieści o
wyobraźni następnymi częściami cyklu? Czy też ulec ciekawości i poszukać w
kolejnej części wątku miłosnego między Anią a Gilbertem, który to w „Ani z
Avonlea” był tylko zarysowany, w mało interesujący sposób zresztą? Ale co się
stanie dalej z Anią? Czy zniosę kolejne rozczarowanie, gdy okaże się że z
dawnej niezwykłej dziewczynki pozostało tylko jej imię i miłe wspomnienia? Już
teraz jako 17-letnia dziewczyna zachowuje się bardziej dystyngowanie, jej życie
to teraz praca i obowiązki, o zabawie nie ma już mowy. W moich oczach Ania straciła
swój dawny dziewczęcy urok, który autorka starała się zastąpić na siłę urokiem młodej
dziewczyny u progu dojrzałości kobiecej. Chyba nie byłam na to przygotowana.
Ale zdaje się, że nigdy nie pogodzę się z tym, że Ania dorosła, bo przestała
być taka wyjątkowa. Szkoda, że autorka odebrała swojej bohaterce jej najlepsze
cechy. Zapewne miało to Ani pomóc dorosnąć, może nawet autorka myślała, że nie
wypada, aby młoda kobieta zachowywała się jak niepoprawna marzycielka. Nawet
zganiła za takie zachowanie Pannę Lewis, która w wieku 45 lat wciąż dawała się
ponieść wyobraźni. Jednak ja uważam, że to nic złego, w każdym wieku można
marzyć i czuję się zniechęcona, gdy widzę, że Ani zabroniono tego. A przecież
właśnie tym urzekła mnie ta niezwykła dziewczyna gdy czytałam „Anię z Zielonego
Wzgórza”. Pisałam w poprzednim poście, że właśnie dlatego tak dobrze mi się
czytało o przygodach Ani Shirley, bo dzięki niej mogłam przypomnieć sobie
własne dzieciństwo. W „Ani z Avonlea”
zagubiłam to dzieciństwo i szczerze nad tym ubolewam.
Jak już wspomniałam zabrakło mi też w książce tego, na co
wyczekiwałam. Mianowicie miłości. Autorka pozwoliła tylko odrobinkę zakiełkować
temu uczuciu , jakby bała się, że 17 lat to za mało, aby poczuć to piękne
uczucie. Jednak przyzwoliła na to Gilbertowi, więc myślę, że cel tego
pominięcia był inny. Wydaje mi się, że autorka nie zaprzątała myśli czytelnika
miłostkami i marzeniami, gdyż chodziło jej o ten słynny morał, którego tak mało
było w poprzedniej części. W tej obecnej z kolei było go za dużo. Właściwie sam
sposób wychowywania i nauczania dzieci w szkołach przez młodzież z Avonlea był
jednym wielkim morałem. Autorka starała się pokazać, jak ważny jest wpływ
nauczycieli na umysły dzieci i ich późniejszą drogę życiową. Nawet czasem nie
potrafiłam się nie uśmiechnąć, gdy napotykałam na nieco naiwne treści mówiące o
ważnej roli nauczyciela w kształtowaniu charakterów dziecięcych. No ale w końcu
przeznaczeniem czytelniczym książki były umysły dziecięce, więc o żadnych
skomplikowanych tezach nie mogło być mowy. Rozumiem to doskonale, mimo to
wolałam, kiedy to Ania uczyła dzieci dobrego wychowania całym swoim życiem, niż
żeby jej rolę przejmowała autorka. Efekt był ten sam, mianowicie umysły
dziecięce skierowane zostały na właściwe tory, jednak Ania robiła to dużo
ciekawiej i nie tak nachalnie:
„Przez dwa lata pracowała poważnie i sumiennie, popełniając wiele omyłek, lecz ucząc się także dzięki nim. Otrzymała też nagrodę- nauczyła swych uczniów niejednego, ale czuła, że oni nauczyli ją jeszcze więcej: łagodności, panowania nad sobą, znajomości dusz dziecięcych. Być może, iż nie udało jej się wpoić w serca swych wychowanków niezwykłych ambicji. Ale przykład jej, bardziej jeszcze niż czynione uwagi, wskazywał im, iż powinni w całym swoim życiu postępować pięknie i szlachetnie, kierować się prawdą i dobrocią, unikać wszystkiego, co tchnie fałszem i pospolitością. Zasady te bez wiedzy uczniów przeniknęły i pozostały w nich jeszcze długo potem..."
Zdaję sobie sprawę, że pisząc ten tekst jestem pod pływem
pierwszej części, ale taki był między innymi mój zamiar. Obok radości z dobrej
powieści, chciałam równocześnie porównać obie części. „Ania z Avonlea” wypadła
blado w moich oczach w porównaniu do „Ani z Zielonego Wzgórza” i nieco
ostudziła mój zapał w stosunku do pisarstwa Lucy Maud Montgomery. Myślę jednak,
że zdobędę się na wysiłek i przezwyciężę opory, a wszystko to, by wziąć z
biblioteki kolejną część cyklu. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Albo ponownie
ogranie mnie miłość do cyklu, albo zostanie ona zabita na zawsze.
A oto wszystkie części cyklu o Ani Shirley:
1.
Ania z Zielonego Wzgórza
2.
Ania z Avonlea
3.
Ania na uniwersytecie
4.
Ania z Szumiących Topoli
5.
Wymarzony dom Ani
6.
Ania ze Złotego Brzegu
7.
Dolina Tęczy
8.
Rilla ze Złotego Brzegu
9.
Opowieści z Avonlea
10.
Pożegnanie z Avonlea
2 komentarze:
mam za sobą wszystkie części Ani;) Przeczytaj ja sądze ,że mimo wszystko warto;)
Na razie próbuję z Anią na uniwersytecie :)
Prześlij komentarz