środa, 31 stycznia 2018
piątek, 19 stycznia 2018
Working Wonders/ Jenny Colgan
Jakiś czas temu czytałam bardzo
dziwną książkę. Do dzisiaj, jak o niej pomyślę, to mam mieszane uczucia. Nie
wiem co o niej sądzić, ani jak ją zaklasyfikować. Gdy szukałam w Internecie
informacji o autorce, dowiedziałam się, że jest ona twórczynią komedii romantycznych.
Tak więc i moja książka musiała być w założeniu taką komedią.
Ale wiecie co, nie miała ona
elementów komediowych. Czy był romantyzm? Raczej romans. Nie lubię romantyzmu
opartego na cierpieniu innych. Do tego dołożona została dziwna dawka normalności,
takiej bliskiej poziomowi dramatu, przemieszanej z fantasy i w efekcie
otrzymaliśmy mieszankę czegoś trudnego do opisania, sklasyfikowania,
zrozumienia, a także czucia.
Bo to, co czułam czytając
„Working wonders” Jenny Colgan oscylowało między nudą, złością na bohaterów na
ich zachowania, a zdziwieniem. Dziwiłam się prostotą tej książki, miksowaniem
stylów, brakiem zakończenia i przesłania, ogólnym brakiem pomysłu i dziwnymi
zwrotami akcji. Nie mam pojęcia co kierowało autorką, gdy pisała tę powieść, co
chciała nam w niej przekazać i jaki styl obrała dla swojej zagmatwanej
historii. I po tych wszystkich przemyśleniach musiałam dojść do wniosku, przed
którym zawsze się bronię. A jednak czasami nie potrafię przymknąć oczu
naprawdę. A tą prawdą jest stwierdzenie, że Jenny Colgan jest autorką niższych
lotów. Gdzieś przeczytałam, że dorównuje swoim piśmiennictwem książkom typu
„Dziennik Bridget Jones” czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Jeśli to prawda, to
„Working Wonders” musiało być jedną z jej pierwszych książek, takich, w których
dopiero kształtuje się styl artysty, w którym poszukuje on siebie i czasami
rodzi nieudane prace.
Niestety to jest właśnie główna
moja myśl. Książka jest po prostu nieudana. Jest zbyt chaotyczna, aby
zaciekawić i nic tak naprawdę nie próbuje przekazać. To tak jakby postanowić,
że zrobi się sałatkę i wrzuca się do niej przypadkowe składniki, mimo że w tym
samym czasie czując, że do siebie nie pasują. Ale nie potrafimy przestać, bo
nie chcemy zmarnować użytych składników, a i przecież miała być sałatka, to
będzie i koniec, bo tak postanowiliśmy. A w efekcie wychodzi na to, że
zmarnowaliśmy nie tylko czas, ale i jeszcze więcej składników, a i tak produkt
końcowy nadaje się do wyrzucenia lub zjedzenia na siłę w samotności, bo kompletnie
nie da się tym nakarmić gości.
Tak właśnie myślę. „Working
wonders” nie nadaje się, aby polecać ją dalej. Nie znalazłam w niej żadnych
wartości godnych posmakowania. Książka przez większą część czasu jest nudna,
chaotyczna, niezrozumiała i pomieszana. Miota się między dramatem, obyczajówką,
książką romantyczną a fantastyką. Zwidy głównego bohatera, w których nazywa się
on następcą Króla Artura, nie przynoszą niczego, prócz zastanawiania się, czy
człowiek ten miał równo pod sufitem i czy te jego wyobrażenia (czy też
urojenia) nie były zwykłym następstwem niespełnienia w życiu osobistym jak i
pracowniczym. Drugą opcją na wytłumaczenie tych wymysłów jest myśl, że człowiek
ten po prostu potrzebował takich
bodźców, aby wyrwać się z marazmu, lenistwa i wygody, aby wreszcie zacząć
działać i przestać myśleć tylko o sobie.
Niestety bohater ten nie zmienił
się według mnie na jotę. Cały czas był sfrustrowany, bo nie wychodziło mu z
nową kobietą, w pracy ciągle musiał walczyć z przeciwnościami a i ostatecznie
robił wszystko dla siebie, a nie dla społeczeństwa, bo chciał wygrać konkurs i
udowodnić sobie, że ma jaja, a swojej partnerce, że nie jest zwykłym obibokiem,
a to wszystko, aby zaciągnąć ją do łózka.
Niestety gdy główny bohater nie
da się lubić, nie da się lubić także książki. Jak można pochwalać kogoś, kto
całe życie prześlizguje się przez życie, zwodzi swoją wieloletnią partnerkę,
aby ostatecznie dać jej kosza, bo na horyzoncie pojawia się ktoś, kto wydaje
się lepszy i kto wreszcie na końcu nie potrafi się zdeklarować, bo to oznacza
odpowiedzialność, od której uciekał całe życie. No cóż, daleko padło jabłko od
jabłoni, jeśli faktycznie miał być on potomkiem Króla Artura.
A samo zakończenie książki? Czy
nasz bohater wreszcie się obudził ze swojego snu? Tego nie da się powiedzieć.
Kompletnie nie potrafię zrozumieć, co autorka chciała mi powiedzieć przez to
zakończenie. Oprócz tego, że facet tak jak był dupkiem, tak nim pozostał do
końca książki.
Jeśli miała być to książka dla
kobiet, to raczej nie będzie to dobra lektura. Prędzej nasz bohater spodobałby
się bardziej facetom, bo kozak z niego straszny. Dwie kobiety na raz, próba
zaimponowania każdemu dookoła, wpadanie w gniew z powodu nagromadzonych przez
lata frustracji, których sam był twórcą, no po prostu idealny obiekt westchnień
i wymarzony bohater każdego romansu. Nie, zdecydowanie autorka pogubiła się w
swoim pomyśle, dając nam chaos, który ciężko przełknąć.
Moja znajomość z Jenny Colgan źle
się zaczęła i myślę, że raczej będę unikać książek tej autorki. Nie lubię, gdy
wychodzi ze mnie najgorsze w postaci feministki, a właśnie to wydobyła ze mnie
ta książka. Wprawdzie daję każdemu drugą szansę, ale w tym przypadku jeśli
życie mnie do tego nie zmusi (na przykład wtedy, gdy będzie to jedyna książka w
promieniu kilku kilometrów a ja akurat będę umierać z nudów), to sięgnę jednak
po książki innych autorów.
Bo powiem Wam, że mam już dość
wciskania nam książek i filmów pisanych i kręconych na odwal, bez pomysłu i
polotu, byle tylko było i byle sprzedać i zarobić. Dość mam nudnych piosenek,
przy których nogi same nie wyrywają się do tańca, powtarzanych codziennie po
kilka razy w radiu przez pół roku, wciskając je tym sposobem na siłę na listy
przebojów. Dość mam wadliwych produktów sprzedawanych po normalnych cenach.
Dość mam oszukiwania na każdym koku i wciskania mi książek z wielkimi napisami
jakoby pochodziły od bestsellerowych autorów.
Tęsknię za czasami, kiedy każda
książka, którą się wzięło do ręki, przynosiła historię, której nie dało się
zapomnieć przez lata, mimo że autor nie był uznawany za twórcę bestsellerów, bo
po prostu dawniej nikt takich list nie tworzył. Marzę o powrocie czasów, gdy
pisało się nie dla zarobku, a dlatego, że miało się coś do przekazania. Czy te
czasy jeszcze wrócą? Mam ogromną nadzieję, a jednocześnie w to nie wierzę. Taki
życiowy paradoks, a jednak podyktowany doświadczeniem. Ale wiecie co? Będę
dalej wierzyć. Bo nadzieja na lepsze jutro trzyma przy życiu, nawet jeśli
następna recenzja, którą mam zamiar napisać, też nie będzie zbyt pochwalna. A
jednak wierzę, że znowu natrafię na jakąś fajną książkę, którą później z wielką
przyjemnością tutaj opiszę.
A może Wy macie jakieś pomysły?
Może Wy podsuniecie mi jakiś tytuł, dzięki któremu odzyskam wiarę w
piśmiennictwo?
piątek, 29 grudnia 2017
Kreta okiem podróżnika Cz. 5 Kreta środkowa
| Masyw górski Ida. Droga na jaskinię idajską. Ekklisia Analipsi |
Już nieraz pisałam o Krecie i
moich odczuciach z nią związanych na tle innych wysp, które odwiedziłam. W tym
roku mogę wreszcie powiedzieć, że zjeździłam ją wzdłuż i wszerz i zobaczyłam
wszystko, co było tam do zobaczenia. I jedna główna cecha tej wyspy wyłania się
ze wszystkich jej charakterystyk na moim blogu. Mianowicie, że jest to wyspa
ogromna, ale tak naprawdę jednostajna. Nie jest tak nudna jak Rodos, pewnie
dlatego, że jest kilka razy większa, ale też nie ocieka oryginalnością, jak
chociażby hiszpańska Lanzarote lub grecka Samos. Można na niej spędzić mile
kilka tygodni, ale pod warunkiem, że mamy auto lub dużą grupę znajomych, z
którymi możemy się szwendać po plażach i uliczkach miast. Dla podróżnika
natomiast wyspa ta niewiele skrywa tajemnic.
Byłam już na Krecie trzeci raz i
każda z tych wycieczek była zupełnie inna. Pierwsza, zapoznawcza i nieśmiała,
toczyła się głównie wokół Agii Pelagii i naszego hotelu. Był też krótki epizod
z Heraklionem i Rethymnonem oraz poszukiwaniem słynnej plaży Preveli. W drugiej
zwiedziliśmy część zachodnią z poszukiwaniem oryginalnych plaż i wieczornym
odpoczynkiem w Chani. Wtedy był już samochód i większy głód zobaczenia, co
kryje w sobie wyspa. Były szczyty gór, były wąwozy i jednodniowa wycieczka na
Balos. Było też szukanie hotelu przez booking.com, nasz pierwszy wysiłek w
kierunku samodzielnie zorganizowanego wyjazdu, bez pomocy biura podróży. Były
też pierwsze emocje z tym związane, a także pierwsze postanowienia dotyczące
podróżowania na własną rękę. W tym roku natomiast przerodziło się to w
kompletne szaleństwo w postaci wynajęcia dwóch greckich domów, z próbą
wniknięcia w kulturę i styl życia, które nas otaczały.
Ida mountains
| Somewhere in the mountains near Ekklisia Analipsi |
Przepiękne widoki, pustka dokoła, brzęczące dzwonki wielkich stad kóz i owiec. Okazja do kontemplowania wspaniałości świata i górskiego piękna. Wijące się wśród popękanych górskich ścian drogi, na których wylegują się mało strachliwe stada. Jaskinie czekające w ciszy na swoich zwiedzających, kompletny brak turystycznego zgiełku i sklepów z pamiątkami czy jedzeniem. Konieczność zabrania ze sobą prowiantu. Można spędzić w tych wysokich górach pół dnia na samym tylko jeżdżeniu i robieniu zdjęć. Po drodze możliwość zobaczenia od środka starych kamiennych okrągłych budowli służących do wyrobu sera. Nie dla tych, którzy lubią zgiełk i tłok. Idealne miejsce dla podróżnika.
Dzięki temu, że każdy z tych wyjazdów był inny, możemy powiedzieć, że Kreta nas nie zawiodła. Jednak już dzisiaj mogę powiedzieć, że czwarty raz to byłoby już za dużo. Znamy się z Kretą jak dwa wyliniałe konie, wiemy czego możemy się po sobie spodziewać, wszystkie tajemnice zostały odkryte. Czas ruszyć w dalszą drogę i nie oglądać się za siebie.
W tym roku, gdy wróciliśmy w
rejon Krety środkowej, w okolice między Rethymnonem a Heraklionem i naszej
ukochanej Agii Pelagii z pierwszego greckiego pobytu, skupiliśmy się
najbardziej na zwiedzaniu gór. Może dlatego, że znaliśmy już trochę te rejony,
a może dlatego, że w środkowej części wyspy nie ma tak naprawdę wielu fascynujących
miejsc. Jest wspomniana wcześniej Agia Pelagia, jest Bali schowana między
wzgórzami, są dwa większe miasta, ruchliwy i nowoczesny Heraklion ze swoim
lotniskiem i bardziej turystyczny, urokliwy Rethymnon z długą plażą. Jest
Plakias, Matala i Preveli, której ostatecznie nie zobaczyliśmy. Jest wiele
małych miejscowości turystycznych i miasteczek rybackich. I są piękne góry.
Matala
| Matala beach |
| Matala village |
Oblegana plaża Matali ze swoimi ciekawymi jaskiniami (wstęp na jaskinie płatny). Czasem spokojna, czasem wietrzna, tak, że piasek mamy wszędzie- w oczach, pod strojem kąpielowym, w torbie, na ręczniku. Plaża przyjemna do leżenia (gdy nie wieje), woda czyściutka, bez kamieni. Dno nieco monotonne, nie dla zwolenników nurkowania. Dużo ludzi, głośno i bardzo turystycznie. W miasteczku mnóstwo restauracji i stoisk z pamiątkami, nieco przypominającymi Lindos na Rodos. Spory problem z zaparkowaniem auta. Tuż przy plaży płatny parking, niestety w południe nie ma już na nim miejsca. Idealne miejsce dla rodzin z dziećmi. Dla podróżników miejsce na raz.
| Matala beach |
I właśnie one stały się główną
atrakcją tegorocznego wypadu, gdy
wróciliśmy w rejony naszej pierwszej samochodowej wycieczki na Kretę. Wtedy pojechaliśmy w góry Kouroupa w południowo wschodniej części Krety, do przepięknego i robiącego wrażenie, zwłaszcza w późnych godzinach popołudniowych, gdy spływa tam cień zboczy chroniących przez greckim upałem, wąwozu kourtaliotiko, między górami (spolszczona nazwa) Kurupa i Ksiron (Kouroupa i Xsiri (?)), znanego również jako wąwóz Assomatos. Pamiętam uczucie całkowitego zdziwienia i radości, gdy go pierwszy raz ujrzałam. Nigdy nie widziałam czegoś tak pięknego. Był to prawdziwie spektakularny widok, tylko przyroda potrafi tak człowieka zadziwić aż do momentu, gdy
braknie nam słów, kiedy próbujemy opisać piękno, którego doświadczamy. I mi zabrakło tych słów wtedy, a nawet teraz. Dlatego wstawiam tu zdjęcia sprzed trzech lat, bo są one lepszym dowodem niż najtrafniejszy opis.
wróciliśmy w rejony naszej pierwszej samochodowej wycieczki na Kretę. Wtedy pojechaliśmy w góry Kouroupa w południowo wschodniej części Krety, do przepięknego i robiącego wrażenie, zwłaszcza w późnych godzinach popołudniowych, gdy spływa tam cień zboczy chroniących przez greckim upałem, wąwozu kourtaliotiko, między górami (spolszczona nazwa) Kurupa i Ksiron (Kouroupa i Xsiri (?)), znanego również jako wąwóz Assomatos. Pamiętam uczucie całkowitego zdziwienia i radości, gdy go pierwszy raz ujrzałam. Nigdy nie widziałam czegoś tak pięknego. Był to prawdziwie spektakularny widok, tylko przyroda potrafi tak człowieka zadziwić aż do momentu, gdy
Agia Pelagia
| Agia Pelagia Beach |
| Those magnificent sunsets... |
A nice little church
| Me in 2014 in Agia Pelagia. Sweet memories. |
| Agia Pelagia beach at night |
A view from our hotel Panorama at the golden hour
Agia Pelagia to nasze pierwsze miejsce, które zobaczyliśmy nie tylko na Krecie, ale i w całej Grecji. Tak właśnie rozpoczęła się nasza przygoda z Grecją, z tym małym miasteczkiem (wioską?) z czterema plażami i wijącymi się drogami, schowana wśród niewysokich gór. W hotelu Panorama spędziliśmy dwa fajne tygodnie, zupełnie nieplanowane, wykupione pod wpływem impulsu, bez żadnej wiedzy o kulturze greckiej. Wspomnienia z tamtego miejsca były tak piękne, że wracamy do Grecji co roku, coraz bardziej bogatsi w doświadczenie i coraz bardziej głodni wyjazdów.
Miasteczko to jest idealnym miejscem na spędzenie wakacji z rodziną, także z małymi dziećmi. Plaże są łatwo dostępne i choć kamieniste, to nie niebezpieczne. Jest gdzie popływać, pospacerować jak i zjeść. Nad główną plażą Agi Pelagi mamy mnóstwo restauracji umieszczonych tuż obok siebie. W mieście nie brakuje też hoteli, od trzygwiazdkowych do pięcio. Dla osób o większych wymaganiach poznawczych jest to miasteczko na kilka dni albo baza wypadkowa do innych miejsc, bo wieczorami jest tu spokojnie i można wybrać się w najwyższe miejsca w miasteczku na nocne obserwacje życia. Urocze miejsce godne polecenia.
W samym środku wąwozu biegnie
droga, dzięki czemu możemy go podziwiać z samochodu. I całe szczęście, bo wąwóz
ma 8 km długości, ciężko byłoby to pokonać na nogach. A naprawdę warto się
wybrać w te góry, bo widoki są niesamowite. Oczywiście nic nie zastąpi zejścia
w dół wąwozu (np. jak choćby jest to możliwe w Samarii), ale taka samochodowa wycieczka
może być małą namiastką owych przeżyć, jakie mogą na nas czekać, gdy
zdecydujemy się założyć buty do hikingu.
On the road
| Pooh on the road. On top of the mountains near Kriti there is only you and sheep/goats |
W miejscu, gdzie ściany wąwozu są
najwyższe i rozpościera się najpiękniejszy widok, znajdziemy parę zatoczek,
gdzie można bezpiecznie zaparkować i oddać się kontemplacji przyrody lub
szaleństwu fotograficznemu. Jednak nawet najbardziej zapalonemu fotografowi
polecam odłożyć na chwilę aparat i wsłuchać się w dzwonki owiec, które wędrują
gdzieś po szczytach. Przy odrobinie szczęścia uda się nawet zobaczyć przyczynę
tego delikatnego hałasu, zakłócającego ciszę tamtego miejsca.
Gdy przejedziemy już wąwóz,
możemy udać się nad jezioro Preveli lub odbić nieco w prawo przed parkingiem
prowadzącym nad jezioro, do klasztoru (Preveli Kloster), pod drodze mijając
park pamięci. To tam przeżyłam moje pierwsze chwile grozy, gdy mknęliśmy szosą na
zdawało się szczycie gór Kurupa, mając tuż obok siebie przepaść. Była to moja
pierwsza podróż w tak wysokie góry i zostawiła we mnie niezatarte wrażenia.
| Defenitely worth to climb with your car so high. Peace and harmony |
| Rocks at the roadside. Not many cars drive so high in the mountains |
| In October one might anticipate some amount of rain on Crete island |
W tym roku również odwiedziliśmy
to miejsce, jednak ograniczając się do samego wąwozu. I muszę przyznać
szczerze, że miejsce to nie było już takie majestatyczne, jak je zapamiętałam.
Nadal piękne, ale nie zatrzymywało już bicia serca. Możliwe, że dlatego, iż
widzieliśmy je o innej porze dnia, mocniej nasłonecznione. A możliwe, że to
wina wszystkich innych pięknych obrazów, które w międzyczasie zobaczyliśmy, w
przeciągu tych trzech lat odstępu. Również duże znaczenie miało pewnie i to, że
wszystko, co się zobaczy pierwszy raz, zawsze sprawia na nas inne, często
mocniejsze wrażenie.
| 2014 |
Na naszej ścieżce wspomnień
znalazła się też Agia Pelagia, miasteczko, w którym spędziliśmy pierwsze dwa
greckie tygodnie. Miejsce, w którym poczęła się nasza miłość do tego kraju i do
podróżowania. W tym roku była to tylko podróż wspomnień, parę godzin spędzonych
w Agi Pelagii, pływanie na jej głównej plaży przy zachodzącym powoli słońcu i
wspominanie tamtej pierwszej wycieczki sprzed 3 lat. Odwiedziłam nawet uliczkę Marikas
Kapsi przy hotelu Out of the Blue, gdzie zrobiłam sobie wspominkowe zdjęcie
przy kaskadzie różowych hotelowych kwiatów spływających z muru, aby w domu
porównać jak wyglądałam parę lat temu wstecz w tym samym miejscu. Było to
ciekawe doświadczenie.
| 2017 |
Do samej Agi Pelagii wróciliśmy
po paru dniach, na wieczór, żeby zafundować sobie szybką i zimną nocną kąpiel
na plaży Ligaria, gdzie parę dni wcześniej zjedliśmy pyszny obiad okraszony deserem,
którego nie zamawialiśmy i za który nie musieliśmy płacić. Miłe wspomnienia z
tym miejscem pozostaną w naszych sercach.
| Little villages hiden in mountains |
Przede wszystkim zaś w tym roku
zwiedziliśmy góry idajskie, pełne kóz, kozich bobków i przepięknych widoków.
Szczyty wystające ponad 2 tysiące km ponad poziom morza robią wrażenie. Także
spokój na drogach i cisza po wyjściu z samochodu. Porzucone gdzieś przy drodze maszyny
budowlane porośnięte roślinnością, odważne stada, które nie płoszą się na widok
człowieka, okrągłe kamienne budowle używane niegdyś (może wciąż? Tyle ich
spotykamy po drodze) do wyrobu owczego i koziego sera przez greckich rolników,
obecnie opuszczone i wypełnione resztkami zwierzęcych kości, przypominające
nieco kamienne igloo lub kurhany, pustki dookoła, przerywane od czasu do czasu
przemykającym samochodem wynajętym przez jakiegoś turystę lub przez łamiące
wszystkie przepisy drogowe miejscowe samochody terenowe marki Toyota,
przewożące wodę dla zwierząt w plastikowych baniakach- wszystko to świadczy o
rolniczym charakterze tej części wyspy. Jest to też idealne miejsce na
odpoczynek i zwiedzanie trudniej dostępnych miejsc bez tłumu turystów.
Bali
Bali to urokliwe turystyczne miasteczko w połowie drogi między Heraklionem a Rethymno, mieszczące się na cyplu, otoczone górami, z piaszczystymi i kamienistymi plażami, restauracjami i cudownymi widokami. Fajna baza wypadowa na inne części wyspy, ze względu na swoje umiejscowienie w samym centrum Krety, ale nad linią brzegową. Miejsce spokojne, a jednocześnie turystyczne. Idealne na rodzinny urlop z dziećmi, a nawet z przyjaciółmi. Wystarczy wynająć auto i za dnia wylegiwać się na plażach Bali, by wieczorem robić wycieczki do Heraklionu lub Retimno.
| This picture was taken in 2014 |
Gdy zaś stęsknimy się za
zgiełkiem i biciem serca miasta, możemy wyskoczyć do Heraklionu lub Rethymno.
To pierwsze bardziej nowoczesne, w drugim czas płynie nieco wolniej, choć nie
jest to miasto całkowicie pozbawione turystycznego klimatu. Możliwe nawet, że
jest go więcej. Heraklion żyje swoim życiem i obojętne mu jest, czy turyści je
odwiedzą, czy nie. Każdy zajmuje się swoimi sprawami i tylko w sklepikach z
turystycznymi badziewiami i tanimi kosmetykami w okolicy portu, Greków obchodzi
ilość turystów odwiedzających ich wyspę. Natomiast Rethymno ściąga ich do
siebie uroczymi uliczkami z pięknie ustrojonymi oknami restauracji, sklepikami
z pamiątkami, alkoholem i oliwkowymi pachnidłami oraz najdłuższą plażą na
wyspie. Tam można spędzić pół dnia na bezcelowych spacerach i pogawędkach ze
sprzedawcami lub cały wieczór, wydając pieniądze w greckich knajpach. Można też
zwiedzić zamek na szczycie za dopłatą paru euro lub wylegiwać cały dzień na
plaży, aby wieczorami napawać się atmosferą dużego miasta i jego ślicznych
zakątków w centrum, nie wydając ani grosza na atrakcje a mimo to nie czując się
znużonym.
Z innych miast, do których
wróciłam po latach jest podobne do Agi Pelagii w rozmiarach i atrakcjach, Bali.
Znajdziemy tu dwie plaże, nudną choć długą Livadi Beach i małą, urokliwą
Karavostasi Beach, tuż obok udostępnionego do zwiedzania cyplu. Jest tu więcej
plaż, ale tylko te dwie odwiedziłam. Pierwszą, trzy lata temu, drugą w
październiku tego roku. Pierwsza piaszczysta, idealna do brodzenia lub
rodzinnych wypadów, druga nadająca się do snorkellingu. Z przepięknymi widokami
dookoła, malowniczo ułożona w dolinie sprawia, że życie staje się piękniejsze.
W Bali warto wspiąć się na najwyższy punkt miasteczka, tam, gdzie roztacza się
widok na całą dolinę. Tam wychodzą magiczne zdjęcia, gdy słońce tworzy niesamowitą
aurę, wyglądając nieśmiało zza wzgórz. Myślę, że można tam spędzić tydzień
pięknych wakacji bez krzty uczucia znudzenia.
Heraklion
| Harbour in Irakleo |
| Nice buildings in the city center |
Miasto ruchliwe, położone nad morzem, nowoczesne i tętniące życiem. Gdy wyjdzie się poza ścisłe centrum, wchodzi się do normalnego miasta, które nie zwraca uwagi na turystów i ich potrzeby. Dobre miejsce na kosmetyczne i pamiątkowe zakupy. Ulice pełne samochodów i skuterów, zaparkowanych w każdym możliwym miejscu. Więcej spokoju znajdziemy z dala od centrum, ale też nie mamy tam za bardzo czego szukać. Znajdziemy tam tylko domy mieszkalne i zapewne wiele kotów, zwłaszcza o zmierzchu. Mimo to warto zapuścić się tam, żeby choć przez chwilę przyjrzeć się normalnemu greckiemu życiu, bez turystycznej otoczki. Na pewno wielu z Was zdziwi się, że to ta sama społeczność, która jeszcze przed chwilą wydawała się taka znajoma w centrum. Pamiętajcie, korzystajcie z każdej okazji, by zobaczyć, jakie życie naprawdę prowadzą ludzie, których spotykacie w restauracjach i sklepach. Zajrzyjcie w okna ich mieszkań, spójrzcie na dzieci wracające ze szkoły, przypatrzcie się jak przywozi się zakupy ze sklepów, gdzie wyrzuca się śmieci i jak rozmawia się z sąsiadami. Bo przez te mało z pozoru ciekawe rzeczy ujrzycie prawdziwą rzeczywistość, która może się okazać bardziej interesująca, niż się spodziewaliście. I być może dowiecie się w jeden dzień więcej o kulturze kraju, do jakiego jeździcie co roku niż przez wszystkie podróże razem wzięte.
| So many mopeds on the street |
Rethymno
Bardzo urokliwe miasteczko z pięknym centrum, z częściowo pozamykanymi sklepikami po zakończeniu sezonu turystycznego, mimo to nie tracącego uroku. Mnóstwo restauracji i barów z różnym rodzajem muzyki, jest się nawet gdzie pobawić w rytmy salsy. Ciekawe do zwiedzania za dnia i wieczorem. Ciągnąca się kilometrami plaża sprawia, że jest to miasto turystyczne, aczkolwiek potrafi sobie poradzić także poza sezonem, skierowując swoją ofertę do studentów i lokalnych mieszkańców. Warte odwiedzenia.
| Streets of Rethymno/ 2014 |
Gdy myślę o tych wszystkich
wyjazdach, to zastanawiam się za czym tak najbardziej tęsknię. Czy za błękitną
wodą i urokliwymi plażami czy też za tymi ludźmi, do których zbliżam się
każdego roku coraz bardziej? I gdy przeanalizuję swoje wspomnienia, widzę, że
najlepiej bawiłam się, gdy spędzałam czas z lokalną społecznością. To oni
zarażali mnie pozytywnym podejściem do życia, czymś, co u nas w kraju odchodzi
do lamusa. I wszędzie, gdzie jeżdżę, bez względu na kraj, zawsze czuję się
najlepiej, gdy spotykam się z serdecznością ludzi, którzy niczego ode mnie nie
chcą, niczego oprócz paru chwil rozmowy i wymiany uśmiechów oraz przeżyć I to
jest najwspanialsze w podróżowaniu.
Gdy poczytacie wszystkie moje
podróżnicze wpisy, zauważycie, że najlepiej mi się pisało nie o miejscach,
które zobaczyłam, ale o ludziach, których spotykałam. Była Lyuba we Włoszech,
która zajęła się mną jak własną córką, był Jannis na Korfu, wołający do mnie ze
skutera i specjalnie dla mnie zatrzymujący się w drodze po sprawunki na małą
pogawędkę. Na Rodos był Stavros,
sprzedawca miodu, zwierzający się nam ze swoich kłopotów małżeńskich, a na Krecie sprzedawca ze sklepiku z Rethymno. Miło wspominam też Georga z hotelu Panorama, który codziennie podchodził do nas do stolika, aby opowiedzieć nam kilka anegdotek lub spytać o nasze samopoczucie. Natomiast na Samos był kierowca hotelowego busa, wożący nas codziennie do Pythagorio, nucący piosenkę „Taxi”, przedstawiający nam swoje psy po imieniu i pytający się nas o nasz wynajęty samochód, gdy zniknął z parkingu. To właśnie ci ludzie sprawiali, że czułam się doskonale w ich towarzystwie, że czułam się jak wśród swoich, jak w domu.
sprzedawca miodu, zwierzający się nam ze swoich kłopotów małżeńskich, a na Krecie sprzedawca ze sklepiku z Rethymno. Miło wspominam też Georga z hotelu Panorama, który codziennie podchodził do nas do stolika, aby opowiedzieć nam kilka anegdotek lub spytać o nasze samopoczucie. Natomiast na Samos był kierowca hotelowego busa, wożący nas codziennie do Pythagorio, nucący piosenkę „Taxi”, przedstawiający nam swoje psy po imieniu i pytający się nas o nasz wynajęty samochód, gdy zniknął z parkingu. To właśnie ci ludzie sprawiali, że czułam się doskonale w ich towarzystwie, że czułam się jak wśród swoich, jak w domu.
I tego szukajcie na wakacjach.
Nie strońcie od ludzi, wychodźcie do nich. Bo to oni opowiedzą Wam najciekawsze
historie związane z miejscem, w którym przebywacie. To oni będą w waszych
wspomnieniach, które będziecie wymieniać ze swoimi znajomymi. To oni pokażą Wam
magię miejsc, do których przybywacie i pozwolą Wam zobaczyć więcej niż inni. I
nieważne, czy będzie to rolnik pasący kozy czy sklepikarz spotkany na byle
jakim stoisku przy drodze. Gdy ktoś zagada do Was „my friend”, uwierzcie, że
jest on Wami naprawdę zainteresowany, nawet jeśli mówi tak do każdego z
napotkanych ludzi. Skorzystajcie z wyciągniętej do Was ręki, bo wówczas nawet
zwykły pobyt w restauracji czy sklepie zmieni się w wizytę u przyjaciół.
W Rhetymno poznałam trzy różne
historie i trzy różne osoby, pochodzące z różnych środowisk i to, że zadawałam
im pytania dotyczące ich samych sprawiło, że stałam się wyjątkowym klientem. I
gdy wracałam do tych ludzi następnego i następnego dnia, wołano mnie już z
daleka i zapraszano na kieliszeczek i parę chwil rozmowy, tylko dlatego, że
zainteresowałam się tym, co mnie otacza. I właśnie te wspomnienia są
najpiękniejsze. Wychodźcie do ludzi, wychodźcie poza utarte szlaki, a każdy
wyjazd, choćby najkrótszy, stanie się wyjątkowy. Życzę Wam, abyście przeżyli tyle wyjątkowych chwil, które były moim udziałem i poznali tylu wspaniałych ludzi. Życzę Wam, abyście poczuli się tak wspaniale jak ja i mogli pokochać kraj, w którym spędzacie wakacje, tak prawdziwie i bezkompromisowo jak mi udało się pokochać Grecję. Życzę Wam uczucia bezgranicznego szczęścia i wolności podczas wyjazdów. Trzymam za Was kciuki, abyście za granicą poczuli się jak u siebie. Życzę Wam tego wszystkiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
