Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller psychologiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller psychologiczny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Kobieta w oknie/ A.J. Finn




Jeśli podobała Wam się książka „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins, „Kobieta w oknie” autorstwa A. J. Finn będzie doskonałym jej zamiennikiem. Jeśli zaś Wasze uczucia dla tego tytułu były negatywne, nawet się nie zabierajcie za najnowszy top thriller A. J. Finn, bo jest to dokładnie ten sam styl, podobny pomysł i bliźniaczy sposób budowania napięcia. Przyznam szczerze, że rozbawił mnie fakt, że sama Paula Hawkins, objawienie roku 2015, wypowiedziała się na temat „Kobiety w oknie” w ramach marketingowych działań mających podkreślić, jak dobry jest ten nowy wciągający thriller. Wiecie, niby wszystko w porządku, ale czy ktoś słyszał o Pauli Hawkins w roku 2014? Dla mnie jest to autorka jednej książki, która dopiero co wypłynęła na szerokie wody dzięki swojemu jedynemu poczytnemu dziełu. Dlatego wybieranie jej jako znaczącego krytyka literatury tego samego pokroju jest trochę słabe. Zwłaszcza, że czytając „Kobietę w oknie” ma się od razu wrażenie, że Finn postanowiła lekko zerżnąć pomysł od swojej koleżanki i tak zaadaptował jej styl, że łatwo pomylić tych dwóch autorów. Wszystko fajnie, tylko po co lansować ten sam styl jako nowe objawienie dwa lata później? Nie mówię, że książkę się źle czytało. Chodzi bardziej o to, że to już było, ja już coś takiego czytałam i nie chcę, aby mi wciskano tę samą książkę dwa razy jako dwa różne odkrycia wszech czasów. Bo takie odniosłam wrażenie czytając notki na okładce książki.
„Kobieta w oknie” wydaje się być zainspirowana starymi filmami typu „Okno na podwórze” czy „M jak morderstwo” i tak też sprzedaje nam to sam autor, rzucając raz po raz dobrze znanymi tytułami czarno-białych filmów. Jednak ja myślę, że największą inspiracją była właśnie „Dziewczyna z pociągu”, mimo tego, że traktowała o czym innym. Jednak sam styl pisarski jest tego najlepszym dowodem. Krótkie, szybkie zdania, mające budować napięcie i dodawać tajemniczego elementu czegoś, co ma się za chwilę wydarzyć, co rzuci światło na wszystko, co autor chce przed nami ukryć. Możliwe też, że się mylę, że to jest typowy środek do budowania napięcia, po który sięgają wszyscy pisarze współczesnych thrillerów. Może to taki sposób na pospieszanie myśli czytającego, żeby tamten nie zdążył się znudzić, czekając na odkrycie tajemnicy, którą bardzo powoli się przed nim odsłania. Być może to proste słownictwo, skupianie się na odczuciach głównej bohaterki ma posłużyć namieszaniu nam w głowach, żebyśmy skupili się na tym, co nieważne, aby odwrócić naszą uwagę od tego co ważne.
Początkowo bardzo drażnił mnie ten sposób pisania, szybkie, natrętne słowa, krótkie zdania i rozdziały, rozpisywanie się nad drobiazgami, opóźnianie akcji. Być może dlatego mnie to denerwowało, bo widziałam zbyt wielkie podobieństwo do książki Hawkins i byłam już tym stylem zmęczona/znudzona. Ale myślę, że to nie wszystko. Myślę, że stało się to dlatego, że Hawkins lepiej operowała tym stylem i mniej zastanawiałam się nad tym, że jest to celowy zabieg, żeby kierować myśli czytelnika dokładnie tam, gdzie zamierzył to sobie autor. Natomiast u Finna od razu rozgryzłam ten temat i czułam się trochę napastowana, tak jakbym była pchana przez jakiś bezlitosny tłum w kierunku, w którym wcale nie chciałam kroczyć, ale nie miałam wyjścia ze względu na napierającą ciżbę. Wiecie, wszystkie nowinki są dobre na raz, bo człowieka zaskakują. Powtarzanie tego samego jest trudniejsze niż wymyślenie samej nowinki, bo trzeba to zrobić ze smakiem, żeby nie znudzić czy zirytować odbiorcy. Pamiętacie film „Shrek”? Ależ to był genialny pomysł! Ubawiłam się po pachy. A czy ktoś pamięta „Shrek 2”? Bo mi się ta część kojarzy tylko z zawodem. Dlaczego ktoś pomyślał, że uda mu się dwa razy sprzedać tego samego kotleta, tylko lekko odgrzanego? Cóż, pewnie rozsądek przysłoniły mu pieniądze i nie zauważył, że nie ma już nic więcej do przekazania. I nie doszedł w czas do konkluzji, że trzeba wymyślić coś nowego, albo odejść z honorem. Skończyło się to jedną wielką klapą.
I takie same wnioski towarzyszyły mi podczas czytania pierwszych zwięzłych, a jednak rozlazłych rozdziałów „Kobiety w oknie”. Najzwyczajniej pomyślałam- to już było, po co mi to sprzedajecie, brakuje Wam pomysłów? Ale czytałam dalej, nudząc się lekko na rodzinnej imprezie, raz po raz odkładając książkę i dziwiąc się naiwności autora, który myślał, że zajdzie tak wysoko w rankingach jak Paula Hawkins. Nawet podzieliłam się z bratową, od której pożyczyłam książkę, moimi pierwszymi przemyśleniami, narzekając na zbyt prosty dobór słów i skupianie się na nieważnych detalach, czy krążenie wokół tego samego tematu, jakim był stan psychiczny bohaterki, który można było skwitować jednym zdaniem- jest chora psychicznie, nie radzi sobie z życiem i chleje na umór, więc jest niewiarygodnym świadkiem wydarzeń. Nie widziałam potrzeby rozwlekania tego na wszystkie rozdziały. No po prostu miałam wrażenie, że autor porusza się w tym świecie literackim trochę jak słoń w składzie porcelany lub akwizytor wciskający na siłę coś, czego odbiorca nie chce i nie potrzebuje. Czy przy Pauli Hawkins też miałam takie spostrzeżenia? Nie pamiętam. Ale wydaje mi się, że nawet jeśli, to przyszły one później, możliwe że dlatego, iż była to pierwsza tego typu książka, z którą się spotkałam. Finn chciał mi sprzedać to samo, co kupiłam wcześniej i dlatego moje oburzenie i przebudzenie przyszło wcześniej niż przy „Dziewczynie z pociągu”, która wślizgnęła się do mojego umysłu szybciej i sprawniej, bo nie wiedziałam, czego się spodziewać.
A. J. Finn miał utrudnione zadanie, tworząc swojego „Shreka 2”, bo musiał pobić kogoś, kto wpadł na ten sam pomysł wcześniej i już go sprzedał za gruby szmal. I w tym miejscu powstała trudna sytuacja. Bo lud oczekiwał kolejnego „bum” w literaturze, czegoś, co ich ponownie zadziwi i wciągnie w fikcję literacką tak, że zapomną o obiedzie, który stoi na stole i stygnie. Jednocześnie jego apetyt się powiększył i rozsądnym byłoby dać im to, czego chcą, ale odpowiednio to podrasować, żeby nie stać się w ich oczach słabszą kopią. A zrobić kotleta tak aby był smaczniejszy i lepiej przyprawiony to nie to samo, co go odsmażyć na drugi dzień i podać jako nowo usmażonego. I właśnie na początku wydawało mi się, że to właśnie zrobił Finn- podał tego samego kotleta, tylko z inną panierką, która nie zmieniła smaku i nie zakryła tego, że był on zrobiony wczoraj. Zabrakło mi powiewu świeżości w tym wszystkim. Bo chciałam zjeść coś smacznego, ale miałam apetyt na coś nowego, a dostałam dobrze znany, choć lubiany kawał odgrzanego mięsa. Przyszłam do innej restauracji a menu okazało się to samo. I dlatego miałam trudności w odbiorze „Kobiety w oknie”.
Czułam się lekko oszukana, na siłę zaprowadzona przez kelnera do stolika i zmuszona wbrew swojej woli do zamówienia tego samego, bo wchodząc do restauracji nie widziałam wcześniej karty dań zawierającego dobrze znane nazwy. Zapewne to przeszkadzało mi w prawidłowym odbiorze książki, dlatego marudziłam nad nią przez parę dobrych akapitów, wybrzydzając i kręcąc nosem nad każdym sprawdzonym już zabiegiem literackim. Denerwował mnie ten prosty język mający przyspieszyć rozwlekłą akcję, nudziły mnie wyświechtane w moimi mniemaniu techniki sprawiające, że będę mieć wrażenie, że za chwilę zdarzy się coś naprawdę wielkiego, mimo że dobrze wiedziałam, iż na wielki zwrot akcji będę musiała poczekać naprawdę długo. Nie podobało mi się to, że tak jawnie bawiono się moim umysłem. I widziałam to jak na dłoni, bo już to przeżyłam, tylko w bardziej wyrafinowanym wydaniu. Aczkolwiek mogło mi się tylko wydawać, że Hawkins lepiej przystosowała ten styl do siebie, bo był to przecież mój pierwszy kotlet, mój pierwszy „Shrek”, moje dziewicze spotkanie z tymi wprowadzającymi zamęt technikami. Lecz obecnie byłam już nimi zmęczona i znudzona.
Sytuację uratował fakt, że impreza była nudniejsza niż książka, więc brnęłam głębiej w historię, wymieniając pod nosem przyczyny swojego niezadowolenia. Czas mijał, krótkie rozdziały przewijały się przed moimi oczami w bardzo szybkim, zaplanowanym przez autora tempie i nagle w pewnym momencie historia Anny Fox, dziecięcej psycholożki, która na skutek tragicznych wydarzeń zmieniła się w kłębek nerwów, psychicznych ułomności i alkoholicznych zaburzeń postrzegania i rozumowania świata, wciągnęła mnie tak, że przestałam zwracać uwagę na te widoczne jak na dłoni zabiegi manipulacyjne. Zabiegi, które zaprojektowane były tak, by zmusić odbiorcę, aby ten kładł większy nacisk na wczuwanie się w sytuację Anny niż na próbę rozwiązania zagadki tajemniczego morderstwa, które nie miało miejsca. Bo jak to bywa w kryminałach, tajemnica nie może być zbyt szybko rozgryziona. Ja osobiście miałam wrażenie, że autor używał Anny jako wabika, bo bał się, że nie schował klucza do złamania tajemnicy wystarczająco głęboko.
Jako, że łatwo mną manipulować, dałam się wreszcie zwieść i nawet nie wiedzieć kiedy, podążyłam ścieżką wytyczoną mi przez autora, przerzucając kolejną kartkę w nadziei, że odnajdę koniec sznurka, który zaprowadzi mnie do rozwiązania tajemnicy. A że nie jestem najlepsza w zagadkach, tak kryminalnych, jak i jakichkolwiek, próba rozwikłania wszystkich elementów łamigłówki tak mnie zajęła, że wreszcie mogłam się zrelaksować i przestać tak jątrzyć faktu, że wiele było w książce nudnych momentów i by przejść do porządku dziennego nad innymi ułomnościami „Kobiety w oknie”. I ostatecznie muszę stwierdzić, że książka spodobała mi się i mogłabym ją polecić wszystkim fanom rozwiązywania życiowych szarad oraz wszystkim tym, którzy lubują się w sensacjach i nie mieliby nic przeciwko podglądaniu sąsiadów przez pół dnia.
Porównując te dwie książki, wydaje mi się, że „Dziewczyna z pociągu” jest ciekawsza i dłużej potrafiła utrzymać tajemnicę, podczas gdy „Kobieta w oknie” dużo szybciej zdradziła swój sekret. I nie było takiego „Wow” jak to się dzieje przy odkrywaniu największej niewiadomej. Człowiek już od jakiegoś czasu spodziewał się takiego obrotu spraw i dobrze odczytał pewne sygnały, których nie ukryto wystarczająco głęboko i w związku z tym nie czuł się aż tak zaskoczony, jak można by było oczekiwać sądząc po ilości zabiegów literackich mających służyć za zasłonę dymną. Tożsamość kobiety zadźganej na oczach Anny przestała być tajemnicą już w połowie książki, a co mądrzejsi mogli się tych paru skrywanych skrzętnie faktów domyśleć już wcześniej. To samo tyczy się sprawcy. Ja domyśliłam się w 4/5 grubości książki, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że większość czytelników zrobiła to znacznie wcześniej. Ale przypominam, że ja naprawdę wolno kojarzę fakty. Ale już sam fakt, że zrobiłam to sama, bez pomocy autora, świadczy o tym, że Paula Hawkins stoi wyżej od Finna w umiejętności posługiwania się fikcją literacką i żonglowania faktami.
Mimo to był jeden mocny moment w „Kobiecie w oknie”, którego naprawdę się nie spodziewałam i który spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. I to był dla mnie ten moment, który wywrócił moje postrzeganie tej książki i samego autora do góry nogami. Wprawdzie nie rozjaśnił on ani na moment zagadki morderstwa którego nie było, ale jednak był niespodziewany i bardzo dobrze ukryty. Teraz już wiem, gdzie i jak go ukryto, stosując kolejny zabieg, obecnie tak widoczny jak wielka plama na białej koszuli, ale gdy czytałam książkę i skupiałam się na wszystkich drobnych, mniej znaczących, ale apetyczniejszych smaczków z życia głównej bohaterki (sensacja ma niesamowity urok, któremu trudno się oprzeć i autor dobrze o tym wiedział), odwróciłam wzrok od faktów istotniejszych. Dlatego kiedy wyszły na jaw, byłam naprawdę pod wrażeniem. I poczułam się tak, jak matka, która spuszcza na chwilę pociechę z oka i gubi ją w sklepie w przeciągu pół minuty. Takie ogarnęło mnie zaskoczenie. Także głęboki ukłon dla autora za tak dobry kamuflaż się należy.
Podobała mi się również okładka, z wiele mówiącym dopiskiem „Wiem, co widziałam”. Ta zapowiedź daje dokładne odzwierciedlenie tego, co się będzie działo w książce, jednocześnie nadając historii posmak tajemnicy, który czułam na sam widok tego dopisku. Bo gdy tylko go przeczytałam od razu poczułam chęć zatopienia się w tej książce. Był to celowy zabieg marketingowy, ale był prawdziwy, nienaciągany i co za tym idzie, udany.
Tak więc mimo iż nasze encounter zaczęło się nieciekawie, muszę przyznać, że sytuacja się odmieniła i ostatecznie przeżyłam miłe chwile w towarzystwie Anny Fox i demonów z jej przeszłości oraz teraźniejszości. Podobała mi się też końcówka, zawarta w ostatnim rozdziale, już po wyjaśnieniu zagadki. Na początku zabrzmiały mi te rewelacje nieco zbyt bajecznie po tym wszystkim, co przeszła główna bohaterka, ale szybko sytuację naprawiło jedno krótkie, wyjaśniające wszystko zdanie. Trafiło ono w samo sedno problemu i rozwiało wszystkie moje wątpliwości. Po tym zdaniu pozwoliłam Annie odejść w pokoju i postanowiłam nie zakłócać go jej żadnym negatywnym, podsumowującym komentarzem.
Sama z doświadczenia wiem, jak ciężko napisać końcówkę. Źle dobrany epilog może zniszczyć całe dobre wrażenie przewijające się przez książkę i zniesmaczyć na zawsze czytelnika, który po takim słabym epilogu może powziąć decyzję, aby już nigdy nie sięgnąć po jakąkolwiek inną książkę biednego, wyklętego na podstawie ostatniego rozdziału, autora. Ja tego nie zrobię, bo nie mam najmniejszych powodów, aby odwrócić się plecami do A. J. Finna, który dał mi dobrą historię, jeden zaskakujący obrót oraz dobrze dobrany epilog. Cóż więcej chcieć na zapełnienie samotnego wieczoru lub wykradzionej z zabieganego dnia chwili na relaks? Chyba tylko poczucia niedosytu i potrzeby przeczytania kolejnej książki. A to otrzymałam od Finna w 80 %. Całkiem dobry wynik jak na tak słabe rozpoczęcie znajomości, prawda?
Czy potrzeba lepszej rekomendacji?

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Dziewczyna z pociągu/ Paula Hawkins

Nie lubię, jak ktoś mi mówi, że książka jest bardzo poczytna i każdy ją czyta. Zaperzam się wówczas i staję okoniem, bo mam wrażenie, że ktoś próbuje dokonać gwałtu na mojej wolnej woli i zmusić mnie do przeczytania tego konkretnego tytułu, o którym się mówi. Bo skoro wszyscy go czytają, to i ja powinnam. Czy nie taki jest cel owego chwytu marketingowego? Tego całego pisania na okładkach, że jest to obecnie najbardziej poczytna książka na świecie? Skąd tak naprawdę możemy wiedzieć, że to szczera, niewinna prawda a nie zwykły, dobrze przemyślany i ukierunkowany chwyt marketingowy dokonujący napaści na moją decyzyjność? Wiadomo, nikt nie chce być ostatni, jedyny, który nie zrobił tego, co wszyscy. Gdy dowiadujemy się, że coś nas ominęło, czujemy, że jesteśmy wyrzutkami społeczeństwa, czy pewnej grupy społecznej. Nikt nie chce stać poza nawiasem społeczeństwa więc codziennie czujemy naciski, że musimy robić to, co wszyscy, bo za chwilę zaczną nas wytykać palcami jako odmieńców. Ta presja z zewnątrz powoduje, że szybko chwytamy książkę, którą absolutnie wszyscy już przeczytali (poza nami oczywiście), bo przecież nie możemy dopuścić, abyśmy zostali w tyle za całą resztą świata.
Nie wiem, czy moja teza socjologiczna jest właściwa, ale takie mam wrażenie. Że właśnie tak działają hasła typu: „bestseller”, „najbardziej znana książka”, „x-milionów wydanych egzemplarzy” czy „książka przetłumaczona na wszystkie języki świata”. Nie lubię presji, ani tym bardziej mówienia mi czy wskazywania, co mam robić. Nie cierpię, gdy mi się coś wciska i pcha ku czemuś, czego sama nie znalazłam, do czego sama nie czuję pociągu. Czy jest to próba zmuszenia mnie do zatańczenia z wujkiem na weselu, gdy nie mam nastroju do zabawy, czy też wciskanie mi w ręce poczytnych powieści, które wszyscy powinni (muszą) przeczytać, bo inaczej ominie ich najważniejsza rzecz w ich życiu, zawsze czuję się wtedy jak wciskana na siłę w szufladkę. Szufladkę osoby, która nie potrafi sama podjąć decyzji i poddającą się sugestiom ludzi, którzy wcale mnie nie znają. Uważam, że sama znam siebie najlepiej i żadnej pomocy przy codziennych wyborach nie potrzebuję, chyba że o nią poproszę.
Tak też było w przypadku „Dziewczyny z pociągu”. Zobaczyłam ją leżącą na biurku u koleżanki i zwyczajnie, bez emocji, z niskim stopniem zaciekawienia, charakteryzującym pytania o codzienne, mało istotne rzeczy, zapytałam: „a co to za książka?”. Znacie ten rodzaj pytań, prawda? Spotykamy je codziennie w życiu, gdy pytamy drugą osobę o samopoczucie, bo tak wypada, czy o cenę kilograma ziemniaków na targowisku ot tak, ze zwyczajnej ciekawości. W przypadku drugiego pytania nie zawsze to, co usłyszymy w odpowiedzi, decyduje o tym, czy kupimy towar, o który pytamy. Bo często najzwyczajniej w świecie przyłapujemy się na kupnie ziemniaków u konkretnego sprzedawcy tylko dlatego, że jest pod ręką, a nie z powodu atrakcyjnej ceny towarów, jakie sprzedaje. Po co zatem pytamy? Bo czemu nie? Mamy do tego prawo. A pytając, oczekujemy krótkiej zwięzłej odpowiedzi, a nie nachalnego wciskania towaru.
Znowu wchodzę na tematykę socjologii, ale mam czasem wrażenie, że jest ona ściśle związana z naszym codziennym życiem i wyborami, na czym jak sępy żerują działy marketingu we wszystkich szanujących się firmach. Tak też zapewne jest z domami wydawniczymi. Bo jak inaczej wyjaśnić porywające hasła wrzucane na okładkę i zachęcające do kupna? Owszem, część prawdy może być w listach bestsellerów, ale ja zawsze zakładam pewną dozę niewiary w to, co mi mówią. I bardziej wierzę słowu przekazywanemu pocztą pantoflową niż „faktom”, które wciskają mi wydawnictwa.
Mimo to, nawet jeśli zachęca mnie do przeczytania czegoś najlepsza przyjaciółka, ja zawsze biorę na tę rekomendację swoją osobistą poprawkę. Bo tylko ja wiem, jaka jestem tak naprawdę i czego mi potrzeba. Ja znam swoje wybory czytelnicze najbardziej. I zawsze się dwa razy zastanowię, nim rzucę się na jakąś polecaną książkę. A na pewno nie zaufam opinii drugiej osoby, dopóki nie przeczytam krótkiego streszczenia z okładki albo jednego albo dwóch pierwszych rozdziałów (dziwne to słowa w ustach osoby, która pisze bloga o książkach, wiem, ale ciągle powtarzam Wam, że wybór zawsze należy do Was i uczulam, żeby nie ufać do końca gustom innych ludzi). Dlatego, kiedy w odpowiedzi na pytanie o „Dziewczynę z pociągu” usłyszałam, że KAŻDY ją teraz czyta i że podobno jest dobra, odpowiedziałam zaczepnie „Zobaczymy, sama to sprawdzę”.
Cóż mogę powiedzieć po tym przydługawym wstępie… Nie wierzcie do końca w opinie innych, bo każda z nich będzie subiektywna, ale też nie odrzucajcie od razu możliwości, że ta opinia znajdzie odzwierciedlenie w Waszym własnym umyśle. Bo może się okazać, że polecający ma taki sam gust jak Wasz i właśnie poleca Wam książkę, w której zakochacie się na zabój.
Jednocześnie pamiętajcie, że może się również zdarzyć, że Wasza opinia o książce będzie się nieznacznie lub trochę bardziej różnić od tego, co Wam ktoś powiedział. Nie lękajcie się tego. Macie prawo myśleć to, co się Wam podoba i nie obawiajcie się własnych spostrzeżeń, nawet jeśli macie jakieś wątpliwości co do książki, którą nazywa się bestsellerem. Macie prawo sądzić inaczej niż nakazuje Wam nurt narzucany przez domy wydawnicze. Każdy marketing zawiera w sobie szczyptę manipulacji a Wy macie prawo robić uniki przed tą manipulacją. Po to właśnie zostaliście obdarzeni inteligencją. Zatem jeśli macie swoje własne zdanie o poczytnej książce i macie ochotę je wyrazić, pozwólcie sobie na to. Wasza opinia może pomóc innym spojrzeć na książkę Waszymi oczami i ujrzeć to, czego by w pierwszej chwili nie zauważyli. Wasza opinia może być prawdziwsza i tym samym bardziej pomocna, bo mimo, że subiektywna, jak każda opinia, to jednocześnie bardziej obiektywna niż ta pisana za pieniądze. A zderzające się ze sobą opinie o przeciwnych ogniwach pomogą wyciągnąć średnią z prawd i półprawd i pokazać światu tak plusy jak i minusy poszczególnych tytułów.
Opowiadam o tym, ponieważ to mnie spotkało podczas czytania „Dziewczyny z pociągu” Pauli Hawkins. Mimo sceptycyzmu dałam jej szansę i dostrzegłam pozytywy, które inni w niej widzieli, ale też moje oczy pozostały otwarte na różne aspekty tej prawdy. Na własnej skórze poczułam, dlaczego ta książka jest taka poczytna, ale i nie zamknęłam oczu na socjologiczne podłoże, z powodu którego ten tytuł jest przekazywany z rąk do rąk. Ujrzałam jej mocne i słabe strony i postanowiłam o nich opowiedzieć, aby każdy, kto szuka pomocy i o nią pyta, znalazł odpowiedzi na zadawane pytania, nie czując jednocześnie przymusu i widząc zarówno rzeczy, które mogą go do tej książki przyciągnąć, jak i te, które mogą go odpychać.
Stąd też mój długi wstęp. Nie jest to zwykłe lanie wody, aby stworzyć długiego posta. Ludzie nie tego oczekują, gdy szukają na szybko odpowiedzi. Jednak ja czułam się w obowiązku odkryć parę technik socjologicznych, jakie zastosowano wobec nas w przypadku tej książki. Chcę, żebyście podeszli do tego tytułu z pełną świadomością, że zostaliście w pewien sposób zmanipulowani, bo zasiadając z tą wiedzą do czytania, nic Wam już nie przeszkodzi w odbiorze książka Pauli Hawkins.
Zatem przede wszystkim chciałam zauważyć, że choć niekiedy jestem prosta i daję się ponieść równie prostym żądzom, to uważam, że czasem człowiek potrzebuje takich bodźców, żeby poczuć, że żyje. Nasza szara egzystencja musi być poprzetykana emocjami, a dla mnie jedną z najbardziej ekscytujących rzeczy w życiu (uwaga, zaraz się dowiecie jaka jestem nudna!) jest to, kiedy nie mogę się oderwać od książki i wprost pożeram ją, słowo za słowem. Nawet jeśli powodem do tego są jeszcze prostsze ułomności ludzkiego umysłu, jak chociażby gotowość do popełnienia zbrodni, aby ukryć kłamstwa i uciec od odpowiedzialności. Dlatego pozwoliłam sobie wczytać się w powieść Pauli Hawkins bez wyrzutów sumienia i szybko poczułam tę ekscytację, która cechuje najwyższy stopień ciekawości. Nie byłam w stanie przerwać czytania, a moje policzki pokryły się wypiekami. Nie mogłam skupić się na rozmowie i odsyłałam wszystkich, którzy chcieli ze mną porozmawiać, bo tak bardzo pragnęłam się dowiedzieć, co znajdę na następnej stronie. I choć wiedziałam, że ta książka nie jest fenomenem, a tylko dobrze opowiedzianą prostą historią; mimo świadomości że ulegam manipulacji związanej z zaspokajaniem najprostszych ludzkich żądz, to jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia. Najważniejsza była ekscytacja, jaką czułam podczas czytania. Ale myślę, że najlepiej to zrozumiecie, gdy wrócę do początku mojej historii związanej z książką Hawkins.
Zacznę więc od tego, że nie wiedziałam o czym jest „Dziewczyna z pociągu” (gdybym wiedziała, że jest to thriller, prawdopodobnie bym jej nie pożyczyła, gdyż nie lubię czegoś, co z fikcji łatwo może stać się rzeczywistością; nie lubię, kiedy książki przypominają mi, jaki świat jest zły), nie nastawiałam się na nic (oprócz nieodpartej chęci odarcia z niej mitu niesamowitej poczytności, aby potem móc wcisnąć wydawcom z powrotem w kłamliwe, nastawione na zysk usta ich własne manipulujące deklaracje, których jedynym celem miało być napełnianie im kabzy) i nie mogę powiedzieć, aby sam początek był wchłaniający niczym trąba powietrzna, zabierająca po drodze wszystko, do czego się zbliży. Nie, nie było tak. A jednak było w tej książce od początku coś niepokojącego, jakieś dziwne, krążące nad główną bohaterką widmo jakiegoś zła. Które się wydarzyło, lub miało się wydarzyć. Może dlatego od pierwszego rozdziału, mimo spokojnego toru myśli autorki, nie byłam w stanie odłożyć tej książki.
Otumanione alkoholem i zmęczeniem życiem spostrzeżenia Rachel Watson, głównej bohaterki, która nie potrafiła pogodzić się z rozstaniem z mężem, miały w sobie jakiś taki magnetyzujący, przyciągający mrok. To one, mimo iż niektórym mogą się wydawać męczące i nużące, utrzymały mnie na tyle długo, aby dotrwać do momentu, kiedy naprawdę coś się dzieje. Niby czytamy tylko niekończące się żale Rachel, zastanawiając się w duchu kiedy kobieta wreszcie przestanie oglądać się na przeszłość i weźmie się w garść, to jednak cały czas towarzyszy nam dziwne napięcie, jakbyśmy czuli w powietrzu, że coś złego się wydarzy.
I myślę, że tym głównym elementem przemyśleń głównej bohaterki, który zatrzymał mnie przy książce, była kupka ubrań, leżąca przy torach. Wówczas moja wyobraźnia zaczęła działać i wiedziałam już, że bardzo chcę się dowiedzieć, co się stało w książce. Przetrawiłam więc Jess i Jasona, parę nieznajomych, których Rachel widywała z okna przemykającego pociągu oraz rozmyślania na temat domu, w którym kiedyś zamieszkiwała ze swoim mężem, a teraz był siedzibą kogoś innego. Zniosłam jej spostrzeżenia na temat współpasażerów, owiane poalkoholowym otumanieniem. Bo wiedziałam, że coś się czai w mroku, że ta kupka ubrań coś sugeruje, że coś się za tym wszystkim kryje. I to tajemnicze coś, ta niedopowiedziana obietnica sprawiła, że musiałam zostać wierna książce Pauli Hawkins, mimo iż początek nie był do końca tak pasjonujący, jak powinien być początek najpoczytniejszej książki ostatniego roku.
Pomimo tych uwag lekko naszprycowanych ironią muszę przyznać, że nawet moja inteligencja i nakierunkowany wieloletnimi wyborami czytelniczymi smak nie obroniły mnie przed czerpaniem przyjemności z prostych ludzkich żądz, zaspokajanych przez bestsellery i poczytne tytuły, które codziennie wciska się nam za pomocą Internetu. Wiem, że pomysł miał swoje źródło w jakiejś tam żądzy przebicia się i późniejszego zysku, że próbowano wcisnąć w tę książce wiele zagadek mających budować napięcie. Zdaję sobie sprawę, że nie ma w niej głębszych przemyśleń a jedynie korzystanie z ludzkich przywar, będących studnią bez dna dla pisarzy bestsellerów, a jednak pozwoliłam się tej prostej rozrywce serwowanej w thrillerach wciągnąć. Nic mnie przed tym nie obroniło, choć wiedziałam, że jako smakosz książek nie powinnam dać się ponieść tej nowej fali czytelnictwa wyprodukowanej przez książki pisane dla mas.
Ale prawda jest taka, że ja dam szansę każdej książce, nawet takiej służącej wyłącznie rozrywce. Bo chyba właśnie taka jest „Dziewczyna z pociągu”. Wprawdzie pod koniec oddajemy się krótkim rozmyślaniom na temat zwyrodnienia ludzkiego umysłu, ale tak naprawdę ta książka nie przynosi nam żadnej wiedzy, której już byśmy nie posiadali i nie uczy niczego. Nie jest to książka głęboka, a jedynie opowieść oparta na ludzkich słabościach, poszukiwaniu czegoś lepszego, co z oddali zawsze wydaje się nam bardziej atrakcyjne. Na zachowaniach ludzkich w obliczu odkrycia, że porzuciło się coś, co kulało, by ostatecznie zyskać dokładnie to samo za cenę zniszczenia czyjegoś życia.
I myślę, że właśnie bazowanie na ludzkich słabostkach powoduje, że książki, które o tym traktują, cieszą się ogromną popularnością. Lubimy czytać o tym, że inni są źli, bo to sprawia, że czujemy się lepsi i zapominamy o własnych ułomnościach. Dodatkowo daje to nam dreszczyk emocji, który jest cieniem tego, co musi odczuwać zbrodniarz w momencie dokonywania zbrodni. Dzięki temu możemy poczuć adrenalinę, nie robiąc niczego złego. A wszyscy lubimy czuć adrenalinę, bo daje nam to poczucie korzystania z życia pełną parą. Dlatego ciągnie nas do krzykliwych tytułów w gazetach, które opisują przeróżne zbrodnie, bo dzięki temu możemy być na miejscu wydarzeń i czuć najwyższe emocje, jednocześnie stojąc na tyle daleko od nich, żeby czuć się bezpiecznie. Jakże więc oprzeć się pokusie przeczytania „Dziewczyny z pociągu”, kiedy za drobne 30-40 zł możemy sobie kupić zastrzyk adrenaliny, którego tak potrzebujemy w życiu?
Ja też nie jestem ideałem. To prawda, że cenię sobie książki, które mają coś głębszego do przekazania, jakąś naukę czy wartościowe przemyślenia. Ale jednocześnie wiem, że mnie również cechują te same słabości, którymi obdarzeni są inni otaczający mnie ludzie i również ulegam prostym podnietom. Zatem sięgam również po książki proste, masowe, współczesne. Dlatego przeczytałam książkę Pauli Hawkins jednym tchem, w jednym dniu i muszę polecić ją dalej właśnie ze względu na to, jak dobrze się ją czyta. Nie uświadczycie tam zbrodni doskonałej w stylu kryminałów Agathy Christie, ale znajdziecie wystarczająco dużo napięcia , aby wypić jednym haustem ten trunek z emocji, który przygotowała dla nas Hawkins. Nie znajdziecie tam tajemnic nie do rozwiązania, ale pozwolicie się trochę zakręcić zmianom czasu i planu, którą zastosowała autorka, aby zmylić swoich czytelników i budować stopień podniety. Zbyt szybko domyślicie się paru ważnych faktów, mimo wielu uników, którymi posługiwała się Paula, żeby zmylić ślad pogoni, ale na końcu dostaniecie małą niespodziankę w postaci niespodziewanego wahania, rodem z syndromu sztokholmskiego. I pomimo, że zbyt szybko odgadniecie całą prawdę, to ta końcówka doda smaczku rozwiązanej tajemnicy, bo do końca nie będziemy wiedzieli, jak zachowają się poszczególni bohaterowie, odsłaniając w ten sposób głębię ludzkiego mózgu, którego decyzji nie da się przewidzieć, dopóki nie nastąpi coś, co stanie się katalizatorem tych decyzji i poczynań.
Podsumowując- jest to książka warta przeczytania, bo tempo jest dość szybkie i natrafimy na parę ciekawych fałszywych tropów, które na chwilę zawiodą nas na manowce. Będą nam towarzyszyć różne emocje, czasem także brak sympatii do Rachel oraz brak cierpliwości w stosunku do jej ciągłego rozpamiętywania przeszłości i niemożności pogodzenia się z faktami, by kontynuować swoje życie w nowych warunkach. Będzie dreszczyk, snucie przypuszczeń i adrenalina. Temu wszystkiemu towarzyszyć będzie mrok związany z pustkowiem, jakie ciągnie się wokół  torów kolejowych i możliwościami, jakie to pustkowie niesie, a także dziwne uczucie, że umknęło nam coś ważnego, jakaś wskazówka, która natychmiast rozwiązałaby całą zagadkę. Dlatego kartkujemy książkę w poszukiwaniu tej wskazówki, która nam ciągle ucieka. I to jest w tej książce fajne.
Jednocześnie trzeba pamiętać, że choć zastosowana przez autorkę kombinacja zmiany czasu i opisywania wydarzeń z punktu widzenia różnych osób dodała historii pikanterii i nieraz pomogła zmylić czytelnika, to nie jest niczym nowym w literaturze. Dodatkowo, jak już wspomniałam, ta książka przynosi tylko proste emocje i podstawowe przemyślenia, więc nie doszukujmy się tu żadnej głębi. Jest to tytuł na szybkie przeczytanie, przekazanie dalej i przeznaczenie go do zapomnienia. Nie da się tej książki przeczytać ponownie, bo kiedy znamy zakończenie, nie ma sensu przechodzić przez wszystko ponownie, bowiem jest tam tylko historia, w gruncie rzeczy bez bohaterów. Nie pokazuje nam się, jak i dlaczego doszło do wydarzeń, nie widzimy wnętrza zbrodniarza, mamy tylko szybkie i płaskie wyjaśnienie powodu, dla którego zbrodnia została dokonana, bez psychologicznego podejścia. Zwykłe, parominutowe wystąpienie zbrodniarza na scenie.

To samo tyczy się aktorów pobocznych. To, co nimi kierowało, jest zaledwie muśnięte, tworząc tło historii i samej zbrodni. Nie da się z tego wszystkiego wyciągnąć żadnej nauki ani głębi. Nie ma więc sensu wracać do tej książki. Do szybkiego przeczytania w drodze na wakacje- świetna. Do dłuższej kontemplacji- niewystarczająca. Pomimo tego rekomenduję ją wszystkim, także tym o wyszukanym smaku, jako kolejny krok w wędrówce ku najważniejszym tytułom w historii literatury. Gdy ją spotkacie leżącą na drodze, podnieście ją, bo czeka Was pewna przygoda, małe zboczenie z kursu, na który potem spokojnie możecie wrócić bez wrażenia, że straciliście czas. Gdy zaś ją przeczytacie, odłóżcie ją na miejsce lub podajcie dalej i zmierzajcie śmiało ku wyznaczonemu wcześniej celowi, nie oglądając się za siebie, zadowoleni z tego, że ktoś dostarczył Wam odrobinę rozrywki w ambitnym kursie, który sami sobie wytyczyliście. Bo gdy poddacie się na moment tej fali, która zniesie Was z wyznaczonej trasy, to zyskacie chwilę potrzebnego w wędrówce odpoczynku. Dlatego pozwólcie się zmanipulować hasłom reklamowym otaczającym ten tytuł, dajcie się zmanipulować samej autorce, bo nie przyniesie Wam to żadnej szkody, a weźmiecie udział w ciekawej rozrywce. Potem pożegnajcie się z tą książką na zawsze i wracajcie na swój kurs.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Wyjątek - Christian Jungersen

 

Oczywiście przekąsek nie zabrakło ;)
    
        Właśnie skończyłam czytać świetny thriller psyhologiczny, który tak mnie wciągnął, że aż muszę napisac o nim kilka słów. Ja raczej rzadko czytam książki tego typu, właściwie się zastanawiam, czy ta nie była wyjątkiem (ups, nieświadome nawiązanie do tytułu;))... w każdym razie książka Christiana Jungersena była niezmiernie interesująca. Nie wiedzieć kiedy tak mnie wciągnęła panująca w opowieści atmosfera, że czytałam po 200 stron jednego dnia. I tak w trzy dni dobrnęłam do końca, a gdy skończyłam czytać ostatnią stronę, musiałam poczytać niektóre fragmenty ponownie, żeby odnaleźć te, na które nie zwróciłam dostatecznej odwagi, lub od których autor sprytnie moją uwagę odwrócił. Musiałam pobyć jeszcze przez chwilę w tym mroku duszy ludzkiej, popławić się w atmosferze zła, w którą opływa cała opowieść. "Wyjątek" jest bestsellerem, więc powinna mi się podobać, aczkolwiek ja nie ufam określeniu "bestseller". Mam wrażenie, że obecnie zbyt łatwo książka może uzyskać to miano, także ja wolę sama sprawdzić czy książka faktycznie jest dobra. Bo na przykład na "Alchemiku" się zawiodłam. Nic z tej książki do mnie nie trafiło i właściwie męczyłam się podczas jej czytania. Przy "Wyjątku" było odwrotnie- męczyłam się gdy jej nie czytałam, Bywało, że oczy mi się kleiły, a ja wciąż powtarzałam sobie, że jeszcze jeden rozdział i idę do łóżka. I chociaż pewna część zakończenia wydała mi się zbyt wymyślna, nieprawdopodobna (Wmieszanie się w sprawę zbrodniarzy wojennych), to jednak pomijając to- ogólnie zakończenie daje do myślenia. Jestem zadowolona, że koleżanka poleciła mi tę pozycję i się zdecydowałam ją przeczytać. Naprawdę kawał świetnie poprowadzonej narracji. I chociaż po zakończeniu czytania nie miałam czegoś takiego jak po przeczytaniu "Przeminęło z wiatrem", kiedy przez kilka dni nie byłam w staniu sięgnąć po inną książkę, żeby nie zaburzyć świata, który panował w mojej głowie, pełnego Rhetta i Scalrett, to jednak uważam, że książka jest naprawdę interesująca i warta polecenia właściwie każdemu. Ma ona ponad 600 stron, ale naprawdę nie ma się co przerażać. Sami nie zauważycie jak będziecie przekładać ostatnią stronę. Poza tym może inne wydanie ma mniej stron? To tak na zachętę :)

      Czas chyba troszkę opowiedzieć o czym jest ta ciekawa książka. Ja bym to określiła w ślad za jednym z artykułów, który był opisywany wewnątrz książki- że jest to książka o psychologii zła. Zła które tli się w każdym człowieku, gotowe wypłynąć na wierzch w sytuacji zagrożenia. W książce opowiedziana jest historia czterech kobiet, pracownic niewielkiego Duńskiego Centrum Informacji o Ludobójstwie. Centrum zajmuje się opisywaniem i pokazywaniem światu wszelkich oznak ludobójstwa na świecie. Mamy tu więc co jakiś czas drastyczne opowieści dotyczące aktów ludobójstwa. Mam wrażenie, że autor specjalnie skupia się na opisywaniu tragicznych scen, aby pokazać jak praca z ciągłym cierpieniem może destrukcyjnie wpłynąć na człowieka. Dodatkowym elementem, który mógł wpłynąć negatywnie na psychikę pracujących w Centrum pań jest mała liczba pracowników. W zasadzie można by powiedzieć, że duszą się one we własnym sosie. Łatwo jest więc sobie wyobrazić, że utrzymywanie dobrych stosunków z innymi w tak niewielkim, ścisłym środowisku jest niezbędne, aby wytrzymać 8 godzin i nie myśleć z przerażeniem o powrocie do pracy dnia następnego. Bo czy wyobrażacie sobie pracować z osobami, które stale robią Wam drobne przykrości? Które obrzydzają Wam pracę i sprawiają, że zaczynacie jej nienawidzić? Bo ja nie! Nie wyobrażam sobie, że wytrzymałabym w takiej pracy choćby jeden dzień.

      Kiedyś na studiach, podczas zajęć z socjologii mieliśmy lekcję o grupach społecznych. Pamiętam ten temat do dziś, mimo że upłynęło już 7 lat. A to wszystko dzięki temu, że temat był bardzo ciekawy i wciągający. Opowiadał o ludzkiej psychice. O tym jak człowiek z natury czuje potrzebę należenia do jakiejś grupy i kiedy jest z niej wykluczony czuje się bardzo źle. Kiedy nie należy do żadnej grupy. Wtedy w jego umyśle powstaje stan nieprzyjemnego napięcia, który jeśli utrzymuje się dłużej, może wywołać stany depresyjne. Tematyka lekcji bardzo przykuła moją uwagę, ponieważ w pewnym sensie dotyczyła mojej osoby. A wszystko to za sprawą szkoły podstawowej. W mojej klasie był pewien podział: 1. na osoby lubiane bo bogate, mające pieniądze oraz 2. osoby ze słabymi stopniami (do tej grupy należeli zarówno biedniejsi uczniowie jak i ci z bogatszych rodzin). Grupa 1 charakteryzowała się tym, że ich członkom było wolno wszystko, nawet się uczyć. Brzmi to śmiesznie i niezrozumiale, ale w mojej klasie jeśli człowiek się uczył, nawet nie jakoś wybitnie i nie miał problemów w szkole- był kujonem. Jeśli miał pieniądze, to z kujona zmieniał się w osobę z przywilejami. Brak problemów z ocenami rekompensowali zawartością kieszeni. Od dawna wiadomo, że pieniądze wzmagają szacunek. Grupę 2 trzymały w kupie właśnie problemy ze stopniami. A to dlatego, że wszyscy mieli te same problemy i mogli się nawzajem wspierać, a więc razem narzekać, że nauczyciele się na nich uwzięli, pokazywać jacy są cool, bo na sprawdzianach mają wszędzie pozatykane ściągi, a to z kolei było dla innych znakiem ich zabawowego charakteru, bo przecież nie tracili swojego cennego czasu na naukę i zamiast tego zajmowali się po szkole imprezowaniem. Nawet jeśli nie dało się tego sprawdzić, bo przecież taka osoba mogła równie dobrze po szkole całymi godzinami czytać książki, to jednak ściągi w kieszeni i złe stopnie były jasnym znakiem dla innych- ta osoba musi być fajna, ciekawa... Złe stopnie były w tym przypadku jak znak drogowy mówiący, przy kim można się fajnie bawić.
         Natomiast ci nieszczęśnicy, którzy nie mieli złych stopni (i pieniędzy, bo od dawna wiadomo, że pieniądze potrafią dać dojście do każdej grupy), byli poza jakąkolwiek grupą. Chyba że w swoim nieszczęściu mieli sprzymierzeńca w postaci innego biednego kujona. Jak teraz o tym myślę to jest to wprost nie do uwierzenia jak mało nauka była ważna w podstawówce w moich czasach (lata 90). Takich osób w mojej klasie nikt nie lubił. I jak teraz o tym myślę, to widzę, że naprawdę nie było powodu, aby tak było. Bo jak można poznać osobę, kiedy od samego początku nie daje jej się szansy i od razu szufladkuje? Kto powiedział, że osoba ucząca się na sprawdziany, odrabiająca lekcje, nie może być interesująca? Że nie można się przy niej dobrze bawić? Niestety z uprzedzeniami ciężko jest walczyć. Tak samo jak z presją kolegów. Bo jeśli jesteś szczęściarzem i należysz do jakiejś grupy (napociłeś się sporo, żeby Cię do niej przyjęli), to przecież nie narazisz swojej pozycji w tej grupie i nie narazisz się na wykluczenie z niej dając szansę osobie spoza grupy, na którą koledzy postawili już krzyżyk, prawda? Bo jeśli zakumplujesz się z kujonem, może oznaczać tylko jedno- sam jesteś kujonem! I w mgnieniu oka znajdziesz się w takiej samej sytuacji jak on... Wpływ grupy jest ogromny i tylko osoby z naprawdę silnym charakterem są w stanie manewrować bez szkody dla siebie pomiędzy grupą a osobą do niej nie przyjętą.
       Teraz wyobraźcie sobie, że jesteście takim kujonem, człowiekiem, który nie wiadomo czym naraził się na ostracyzm, nie należy do żadnej grupy, bo nie ma cech wspólnych z żadną grupą. Jest zdany sam na siebie. I musi CODZIENNIE po kilka godzin przebywać w miejscu, gdzie jest pełno ludzi i żadna z tych osób nie rozmawia z Tobą. Przez kilka godzin dzień w dzień widzisz, że nie jesteś akceptowanym w żadnej grupie. Ludzie wokół Ciebie śmieją się, żartują, dobrze się bawią, spisują od siebie zadania domowe, zdobywając bez wysiłku to nad czym Ty sam długo pracowałeś, w dodatku nikt nie potępia tych "spisywaczy" którzy mogą przebierać w zeszytach (mimo, że u mnie były dwie grupy to jednak grupy te współpracowały ze sobą, pobierając od siebie wzajemne korzyści- zadania domowe i pomoc naukowa z jednej strony, oraz imprezowy klimat z drugiej strony). A Ty cały czas stoisz poza tymi ludźmi. Przechodzą oni obok Ciebie jakbyś nie istniał. Podchodzisz do jakiejś grupki osób, które niby znasz, bo przecież chodzicie do jednej klasy, przez chwilę wydaje Ci się, że jesteś w centrum wydarzeń, czujesz zadowolenie, że w końcu możesz w kimś porozmawiać, a nagle po 5 minutach orientujesz się, że grupka tak się nieznacznie przemieściła, że nagle widzisz ich plecy. I tak co dzień! Wyobrażacie sobie jak destrukcyjnie na psychikę człowieka może wpłynąć takie ciągłe ignorowanie?! Człowiek ma w mózgu zakodowaną potrzebę akceptacji, a kiedy nie może jej zaspokoić, czuje się źle, czuje się niepotrzebny. A więc po co w takim razie ma żyć? Nawet jeśli nie ma najmniejszych podstaw do wykluczenia z grupy, bo nic złego się nikomu nie zrobiło, w pewnym momencie takiego wykluczenia człowiek przestaje widzieć tę niezrozumiałą niesprawiedliwość i zaczyna się zastanawiać, czy czasem wina faktycznie nie leży po jego stronie. A od takich myśli droga do autodestrukcji już niedaleka.


       Po co ja to wszystko opisuję? Po to, żebyście zrozumieli o czym jest ta książka. Ja niestety w podstawówce należałam do tej trzeciej grupy, wyrzuconej poza nawias społeczeństwa i teraz sobie myślę, że tylko dzięki mojej przyjaciółce nie zwariowałam w szkole. Pozwoliła mi ona przetrwać najgorsze chwile i tylko dzięki niej nie zaczęłam myśleć jaka jestem beznadziejna skoro nikt mnie w klasie nie lubi. Śmiałyśmy się razem z tych zbierających się co rano pod szatnią grupek, nie pozwalających innym na włącznie się do rozmowy, śmiałyśmy się z tak wielkiej wagi pieniędzy w naszej klasie. Mimo, że moja przyjaciółka należała do grupy(tej z problemami w szkole) i miała pieniądze, to jednak potrafiła się ze mną przyjaźnić, ponieważ miała zdrowy rozsądek i potrafiła nie poddawać się naciskom grupy. Gdyby nie ona, nie wiem gdzie bym teraz była. Bez niej zapewne nie widziałabym tego, że jest ze mną wszystko dobrze, że poza szkołą miałam wiele koleżanek, z którymi mogłam się bawić na podwórku. Dzięki niej widziałam, że jest też świat istniejący poza moją dziwną klasą. Ale wyobraźcie sobie co by było, gdyby tej jednej osoby zabrakło? Czy byłoby łatwo przetrwać dryfując samemu na łodzi pośród burz?

       Otóż powiem Wam, że bez wsparcia byłoby naprawdę ciężko. Możemy się o tym przekonać czytając "Wyjątek". Mamy tu przedstawioną taką właśnie małą społeczność, którą stanowią cztery koleżanki pracujące w małym biurze. Mamy Iben, jej przyjaciółkę Malene, bibliotekarkę Anne-Lise, pracującą w drugim pomieszczeniu, przedzielonym drzwiami oraz sekretarkę Camillę, mającą biurko w sporej odległości od Iben i Malene, ale jednak w tym samym pomieszczeniu, dzięki czemu mogła uczestniczyć w rozmowach i życiu przyjaciółek. Fundament  grupy stanowią Malene i Iben. Malene, chora na gościec, bolesną chorobę kości, w podzięce za wieloletnią pomoc podczas choroby, załatwiła pracę swojej przyjaciółce Iben, podpowiadając jej co ma mówić na rozmowie, a w pracy wychwalając Iben szefostwu. Wszystko to pod przykrywką zwykłej przelotnej znajomości na studiach. Iben za sprawą ukrytej protekcji otrzymała wymarzoną pracę, o którą ubiegało się tysiąc osób. Aby sprawa koneksji nie została wykryta i nie zagroziła pozycji obu kobiet, przyjaciółki postanowiły udawać, że zaprzyjaźniły się dopiero w pracy. Manewr się udał i nikt się nie zorientował w podanym na srebrnej tacy kłamstwie.


        Wieloletnia przyjaźń daje kobietom niezwykłą siłę rażenia. Przyjaciółki rozumiały się bez słów i zawsze stały za sobą murem. Siedząc naprzeciw siebie przy biurkach mogły prowadzić swobodnie konwersacje i były nieoficjalnymi przywódczyniami grupy, którą nieświadomie utworzyły. Jako rówieśniczki łatwiej im było zaprowadzić w pracy swój porządek, zwłaszcza że szefa często nie było w biurze. Do ich grupy udało się dołączyć Camille, która otrzymała łaskę przyjęcia w zamian za pomoc w niedopuszczeniu do grupy nowo przyjętej osoby, jaką była bibliotekarka Anne-Lise. Oczywiście wykluczenie Anne-Lise odbyło się w białych rękawiczkach, nie została w kierunku Camille wyartykułowana żadna prośba. Jednak w tak małym środowisku subtelne próby przyjaciółek pozbycia się Anne-Lise były łatwo czytelne i jeśli Camille nie chciała się znaleźć poza nawiasem społeczeństwa tak jak Anne-Lise (a więc znaleźć się na jej miejscu, którego Camille bibliotekarce nie zazdrościła), musiała się dostosować do grupy. Nacisk grupy spowodował, że Camille dzień po dniu odsuwała się od Anne-Lise, mimo że obie były w podobnym wieku, a więc starsze od Iben i Malene, obie miały mężów i dzieci i w zasadzie obie mogły stworzyć własną grupę, dzięki której mogłyby się uniezależnić od nacisków młodszych koleżanek. Jednak czy to dlatego, że zanim Anne-Lise przyszła do pracy to Camille już należała do grupy stworzonej przez młodsze koleżanki, a więc jej potrzeba akceptacji przez innych została zaspokojona i nie musiała jej szukać gdzie indziej, czy też może przez to, że Camille nie miała silnej osobowości i dawała sobą łatwo manipulować- Camille wybrała Iben i Malene i całkowicie odsunęła się od Anne-Lise. Bibliotekarka została sama ze swoją samotnością i niezaspokojoną potrzebą należenia do grupy. Z niewiadomych przyczyn Iben i Malene postanowiły zaszufladkować ją jako nudną bibliotekarkę i nie dopuścić do swojej małej społeczności. Wymusiły więc na wszystkich, aby drzwi do biblioteki, łączące dwa pomieszczenia, w których odbywała się praca, były zawsze zamknięte. Odsunęły w ten sposób Anne-Lise od wspólnego życia i skazały na banicję. To natomiast pomogło im w kreowaniu w myślach jej wizerunku jako osoby nietowarzyskiej, niemiłej, nudnej, nieakceptowalnej. Ten ciąg kłamstw wydaje się niezrozumiały. Jak można kogoś celowo odsunąć od innych a potem odczytywać w tej wymuszonej izolacji negatywnych cech charakteru u osoby odsuniętej? I potem nie widzieć własnej winy w swoich złych czynach?

     Akcja rozpoczyna się kiedy Iben i Malene dostają e-mail z pogróżkami. Anonimowa osoba oznajmia im, że niedłgo zginą. Kiedy ktoś wpada na pomysł, że może to być ktoś z biura, pomysł, który nie miał żadnego logicznego wytłumaczenia, zaczyna się wzajemna podejrzliwość i atmosfera w pracy zagęszcza się coraz bardziej. Sytuacja zagrożenia sprawia, że Iben i Malene zaczynają działać jeszcze bardziej irracjonalnie niż zazwyczaj. Poznajemy po kolei historię każdej z dziewczyn, zdarzenia przeplatają się kilkakrotnie, widziane oczami różnych kobiet, odsłaniając coraz bardziej skomplikowane relacje w firmie. Autor ukazuje bezwzględność w działaniu Iben i Malene przeciwko każdemu, kto się im sprzeciwi. Widzimy, jak jeszcze przed przyjściem listów z pogróżkami starają się uprzykrzyć życie Anne-Lise, wciągając w to łatwo ulegającą wpływom Camille. Dziewczyny zdają się nie widzieć jaką krzywdę robią swojej koleżance, która codziennie przeżywa katusze z powodu wykluczenia i zaczyna odczuwać nienawiść do pracy i do koleżanek. Nie do uwierzenia również jest myślenie kobiet, które najpierw zamykają koleżankę samą w bibliotece, skazując ją na ostracyzm, a potem usprawiedliwiają swoje złe zachowanie tym, że Anne-Lise jest nietowarzyska i  nudna.

        Kiedy i Camille otrzymuje e-mail od anonimowego nadawcy, wróżącego sekretarce rychłą śmierć- dla przyjaciółek staje się jasne, że to Anne-Lise jest autorką owych listów, jako że jedyna nie otrzymała pogróżek. Dodatkowym argumentem dla przyjaciółek jest to, że Anne-Lise zaczęła się buntować przeciw złemu traktowaniu w pracy, wciągając w to szefa i narażając się tym samym Iben i Malene.

        Z czasem podejrzenia padają na coraz to nowe osoby, aż wreszcie nikt już nikomu nie ufa.
Wzajemne podejrzenia sprawiają, że zaczynają wierzyć w zło drugiej osoby i zachowują się i myślą coraz bardziej irracjonalnie. Wreszcie dochodzi do tragedii....

       Historia opowiedziana przez Christiana Jungersena wciąga człowieka od samego początku. Charaktery kobiet opisane są w tak wiarygodny sposób, że nieraz czytając książkę nie byłam w stanie uwierzyć jak bardzo można być złym i do tego zaślepionym tak, aby nie widzieć swojego własnego zła, ukrywając je pod dziwnymi motywami, kierującymi działaniem dwóch znęcających się nad koleżanką kobiet. W zasadzie czytając książkę kwestią czasu zdaje się tragedia i przetasowanie ról w przedstawieniu zwanym życiem. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się psychologią to będzie potrafił docenić kunszt autora w opisywaniu mechanizmów działania ludzkiego. Zapraszam do lektury każdego, kto chce się nieco bardziej zagłębić w umysł ludzki. Tylko uważajcie, bo możecie się z niej dowiedzieć czegoś, czego wiedzieć nie chcecie ... :)

Kiedy idę pojeździć rowerem zawsze biorę ze sobą książkę. Może być także taka do nauki języka angielskiego :)