czwartek, 21 czerwca 2012

Twenties girl - Sophie Kinsella

    "If you could suddenly had a friend that only you could see or hear, what would you do? You could worry that your stressful life has tipped you over the edge and you have lost the plot, big time... you could hide under yoour duvet, hoping that they would go away... or... You could have some fun... You could make your ex boyfriend take you back... You could solve the mystery of the dragonfly necklace, make a fool of yourself many times, get your business back on its feet... You could dance with a gorgeus man who just can't resist you... and you could just discover the best friend you ever had."
Very funny and interesting book, great for lonely evenings or when it's raining whole day long and for piknick with yourself :)



     Czy znacie Sophie Kinsella i jej książki o najzabawniejszej zakupoholiczce świata? Jeśli jesteście fanami jej dowcipu, lub lubicie się pośmiać i zrelaksować przy lekturze, to myślę, że jej kolejna książka „Twenties Girl” na pewno przypadnie Wam do gustu. Jest lekka, z duża dozą humoru a jednocześnie ciepła i jak się ją czyta to się miło na sercu robi. Sophie Kinsella nie pisze ambitnych książek, ale też i ja takich nie szukam. Kiedy czytam książkę, lubię po prostu dobrze się bawić, zapomnieć o wszystkim, nie patrzeć na mijający czas. Książka „Twenties girl” towarzyszyła mi w moim urlopie a także zabierałam ją ze sobą na wycieczki rowerowe po powrocie z urlopu. Po pracy wsiadałam na rower, pakowałam przekąski, kocyk i leżałam na łące do samej 21:00 i dobrze spędzałam czas. A że pogoda była bardzo letnia, nawet późnym wieczorem, tym przyjemniej mi było z książką.

     „Twenties girl” nie jest aż tak zabawna jak „Wyznania Zakupoholiczki”, co niektórzy mogą uznać nawet za plus, jeśli nie polubili charakteru głównej bohaterki- zakupoholiczki. Tutaj nie mamy tylu niemożliwych i czasem denerwujących choć i śmiesznych sytuacji, gdzie się zastanawiamy: „Jak można być tak głupim? Dlaczego ona nie widzi swoich błędów? Po co tyle kupuje?” itd., itp. Ta książka jest bardziej subtelna jeśli chodzi o humor, opisuje dziwną przyjaźń pomiędzy duchem a dziewczyną, ale w bardzo przyjemny sposób. Dodatkowo pojawia się wątek mężczyzny i to bardzo interesującego mężczyzny a ja lubię takie wątki :D Zabawne jest też to, jak główna bohaterka Lara Lington wmawia sobie usilnie, na przekór wszystkim, którzy mówią jej żeby dała sobie spokój, że zejdzie się ze swoim chłopakiem Joshem, który nagle zerwał z nią, nie podając przyczyny. A skoro nie podał przyczyny rozpadu związku to znaczy, że przestraszył się zobowiązań, tego, że kiedyś żartem powiedziała: „O, taki pierścionek możesz mi kupić”, ale w głębi duszy wciąż ją kocha, tylko potrzebuje jakiegoś małego impulsu, żeby do niej wrócić. Lara wciąż wszystkim powtarza, że jeszcze nic nie jest stracone, że Josh ją kocha, że byli idealnie dobraną parą i są dla siebie przeznaczeni. Kiedy czytałam tę część, gdy Lara powtarzała to sobie wielokrotnie w myślach, to miałam ochotę podejść do niej, potrząsnąć nią i wyrzucić tego chłopaka z jej głowy i krzyknąć, żeby się dziewczyna ogranęła.  No jak tak można? Chłopak ją rzucił, przez e-mail, zmienił numer telefonu żeby nie przysyłała mu więcej sms-ów, a ona dalej swoje: on mnie kocha, pokażę wszystkim ble ble ble! I to mi się właśnie w twórczości Kinselli podoba- irytujące sytuacje naprawdę nas irytują, zupełnie jakby działy się naprawdę, na naszych oczach, a sytuacje śmieszne bawią itd. Bardzo lubię podczas czytania wczuwać się w relacje bohaterów i zapominać o bożym świecie. A ta książka właśnie to mi zapewniła.

     No ale może zacznijmy od początku. Lara Lington jest w dość kiepskim położeniu. Jej chłopak Josh rzucił ją! A wydawali się tak perfekcyjnie dobrani! I wszyscy dokoła mówią jej, że czas otrząsnąć się po porażce i ruszyć dalej. Ale jak ona ma ruszyć dalej, skoro Josh nadal ją kocha? Przecież nie mógł tak po prostu przestać ją kochać! Mogła nie robić aluzji o pierścionku zaręczynowym. Chłopak na pewno przestraszył się zobowiązań i dlatego uciekł. Nie powiedział jej dlaczego ją zostawił (a raczej nie napisał w e-mailu, w którym obwieszczał koniec ich związku), a przecież gdyby tylko jej powiedział co się stało, ona na pewno potrafiłaby to naprawić. Gdyby tylko chciał się z nią spotkać i porozmawiać...Z niewiadomych przyczyn zmienił też numer telefonu, tylko dlatego, że wysłała mu kilka smsów... Nikt z jej otoczenia nie potrafił zrozumieć, że to co ich łączyło było czymś wyjątkowym, co łatwo da się naprawić. Ojciec i matka, nie wspominając o znajomych wciąż powtarzają, że powinna nie patrzeć wstecz tylko zacząć patrzeć do przodu, ale ona im wszystkim pokaże, że to ona ma rację, jak tylko porozmawia z Joshem i wszystko sobie wyjaśnią.

     Dodatkowy kłopot sprawiła jej wspólniczka Natalie, która najpierw namówiła ją na rzucenie pracy i założenie agencji headhuntingowej za jej własne oszczędności, to potem nagle wyjeżdża za granicę, porzucając Larę samą z całą firmą i interesem, na którym wcale się nie zna. To Natalie jest ekspertem w tej dziedzinie i miała nauczyć Larę wszystkich sztuczek stosowanych w tym zawodzie, a tymczasem wyjechała zostawiając swoją wspólniczkę samą, nie mówiąc kiedy wróci, w połowie załatwiania interesów z klientem. Teraz Lara musi szybko znaleźć dyrektora marketingu dla swojego najlepszego i wymagającego klienta, a tymczasem sami najbardziej liczący się w biznesie kandydaci nawet nie odbierają jej telefonów lub rozłączają się po kilku słowach. Jeśli szybko nie znajdzie odpowiedniej osoby, może pożegnać się z biznesem. Wpisanie na listę klienta, który nie zgodził się ostatecznie na pracę dla Lary i jej klienta, też nie było dobrym pomysłem, jako że podczas przypadkowego spotkania samych zainteresowanych rzuciło światło na nagą prawdę.

     Życie w cieniu bogatej i sławnej rodziny też nie jest łatwe, zwłaszcza jeśli wujek odmawia pomocy swojej bratanicy tylko dlatego, żeby ona sama nauczyła się walczyć z przeciwnościami lodu. W końcu wujek Bill też sam doszedł do swojego bogactwa, mając przy sobie tylko dwie monety. Kiedy nie mógł się napić dobrej kawy w kawiarni, sam postanowił za ostatnie pensy otworzyć kawiarnię, która szybko stała się sławna i zaczęła przynosić ogromne profity. Żeby pomóc innym w biznesach wujcio Bill napisał książkę o swoim sukcesie, a także prowadzi seminaria, wszystko pod nazwą "Two little coins". Jedyną pomoc, którą mógł zaoferować Larze, były dwie monety na rozpoczęcie jej własnego biznesu.

    Życie Lary Lington zmienia się na pogrzebie ciotki Sadie. Przeżyła ona 105 lat i chociaż nikt z rodziny tak naprawdę nie znał jej, wszyscy spotykają się na uroczystości, żeby uczcić pamięć członka rodziny. Mimo że nikt nie był w stanie opowiedzieć pastorowi do jego pożegnalnej przemowy nawet jednego szczegółu z życia Sadie. Bo jak coś powiedzieć o czyimś życiu, jeśli się w ogóle tej osoby nie odwiedzało? Podczas ceremonii staje się coś niebywałego... Lara nagle widzi ducha zmarłej ciotki, ale nie jako 105-letniej staruszki, ale młodej, dwudziestokilkuletniej dziewczyny, której lata młodości przypadły na lata 20-te XX wieku. Sadie zwraca się do dziewczyny z prośbą o pomoc w odnalezieniu naszyjnika, bez którego nie może spocząć w spokoju. Każe jej też zatrzymać ceremonię pogrzebową i tak długo napastuje Larę, że ta w geście rozpaczy krzyczy, że ciotka została zamordowana i nie wolno grzebać ciała! A wszystko to, aby zdobyć trochę czasu na odnalezienie tajemniczego naszyjnika. Tylko co będzie, kiedy policja dowie się, że to wszystko było tylko kłamstwem? Podążając tropem naszyjnika Lara odkrywa skrywaną od dawna pewną prawdę, która położy zupełnie inne światło na rodzinne sprawy... Przy okazji z pomocą Sadie schodzi się z Joshem, poznaje mężczyznę, którego zaprasza na randkę tylko na prośbę Sadie, stawia swój interes na nogi i zdobywa najlepszą przyjaciółkę o jakiej kiedykolwiek mogła śnić. 

     Tylko co będzie jak znienacka wróci Natalie, Josh zacznie się dziwnie zachowywać, a naszyjnik się odnajdzie...?

    Na początku wątek trochę wolno się rozkręca, Sadie jest zbyt denerwująca, żeby ją polubić, a Lara irytująca z tym swoim Joshem, ale w połowie książki to człowiekowi nie chce się już nawet iść do lodówki po jakąś przekąskę :) Przyłapujemy się na tym, że co chwila uśmiechamy się pod nosem, że Sadie to całkiem zabawny i rozrywkowy duch, a i pogoń za Joshem bardziej nas śmieszy niż irytuje. Tak więc dajmy książce szansę, a ona odpłaci nam dobrą zabawą :)

środa, 20 czerwca 2012

Urlopowo

Powroty z urlopów są zawsze ciężkie i trudne do przeżycia. Jeszcze niedawno dobrze się bawiliśmy, a teraz praca, szkoła, codzienne nudne czynności, obowiązki, których nie lubimy... Ale ja mam swój magiczny sposób na powrót dobrego samopoczucia: zdjęcia :) Gdy na nie patrzę wszystko co miłe się przypomina i dostaję nową dawkę energii na kolejny nudny dzień pracy :)

W tym roku pojechałam do Złotowa do kuzynki. Jeżdzę tam co roku, ponieważ uwielbiam to miejsce - piękne jeziora i wieś dookoła. Całymi dniami jeździłam rowerem, nawet do 23:00 i leżałam nad jeziorem. Uwielbiam takie spędzanie czasu. A i pewnie przytyłam ze sto kilo bo ciągle jakies przekąski pojawiały się na stole. No ale przecież czasami trzeba sobie pofolgować, prawda? :)
 





Rower przywieziony z Holandii był moim najlepszym przyjacielem.
Deszczowe chmury coraz bliżej, trzeba uciekać :D


Wyścig z czasem :D Dobrze że miałam szybki rower ;)


No i po słoneczku :P







Piękny zmierzch w ostatnich promieniach zachodzącego słońca ...




Najlepiej ogląda się mecz w towarzystwie :D


Też tak wyglądam jak stoję przy budce z lodami :D


Coś dla mnie :) Obok ławki stały dwie skrzynie z książkami. W jednej znalazłam nawet zausznika! Bleeee



A to co? Kolejna burza?


Oł je :D
Zdrowe przekąski - czereśnieńki i gofry z truskawkami. Gdy jadę do Złotowa to ciocia zawsze robi dla mnie gofry :)



Tak tak, wiem że większość z tych zdjęć jest bardzo do siebie podobna ale ja uwielbiam krajobrazy. Poza tym własnie po to pojechałam do Złotowa, żeby nacieszyć się pięknymi widokami. Tak więc obowiązkowo musiałam to wrzucić na bloga :D


P.S. Coś dla relaksu :)
Jeśli ktoś jest przed urlopem i brakuje mu sił na pracę to może sobie posłuchać i wyobrazić sobie, że właśnie się urlopuje :D

czwartek, 14 czerwca 2012

Karol May- Ród Rodrigandów, Winnetou, Old Shatterhand, Skarb w Srebrnym Jeziorze

     Za oknem ponuro, smutno, chmury od samego rana gaszą jakąkolwiek iskrę chęci do działania, deszcz padający bez przerwy odbiera resztki energii i nie pozwala wstać z łóżka. Co można robić w taką pogodę? Zwłaszcza gdy mamy urlop i wokół nas tyle pięknych krajobrazów spowitych deszczową ścianą... Możemy posłuchać muzyki i wyciągnąć z szuflady czekoladę, którą schowałyśmy na czarną godzinę, włączając muzykę na tyle głośno, żeby zagłuszyć szum deszczu. Możemy też włączyć internet i sprawdzić co słychać u naszych ulubionych blogerek, zerknąć czy maffashion dodała nowego posta ze słonecznej Hiszpanii. Możemy też, leżąc na łóżku, ostatkiem sił sięgnąć po jakąś fajną książkę, otworzyć szeroko okno, wpuścić czyste, pachnące deszczem powietrze, wyciszyć dom, i słuchając śpiewu ptaków i uspokajającego szumu deszczu zagłębić się w lekturę.

     Na takie dni jak dziś polecam przygodówkę. Czytając tego typu książki zapominamy o szarej rzeczywistości, przenosimy się z miejsca na miejsce razem z bohaterami, mimo że nie mamy sił, aby zrzucić ciało z łóżka, doświadczamy niezapomnianych przygód i nagle przestaje nas obchodzić, że deszcz, że chmury, że brak sił...wkraczamy w całkiem inny świat i nawet nie wiemy kiedy mijają minuty, godziny, kiedy deszcz przestaje padać a ptaki śpiewają coraz mocniej. Jeśli dorwiemy naprawdę ciekawie opowiedzianą książkę to wszystko co nas otacza przestaje mieć znaczenie, problemy gdzieś znikają i tylko liczy się to, co się za chwile stanie z naszym ulubionym bohaterem.

    Czy czytaliście kiedykolwiek książki Karola Maya? Jeśli nie, a nie gardzicie dobrą historią to serdecznie polecam tego autora. Ma on niesamowity talent do opowiadania, do budowania napięcia, do takiego opisywania bohaterów, że od razu stają się oni naszymi najlepszymi przyjaciółmi i sami własnoręcznie mamy ochotę udusić wszystkich czyhających na nich wrogów.
   Kiedyś dostałam od wujka trzy małe, kieszonkowe prawie książeczki. Nie wyglądały zbyt obiecująco, wiadomo, stare wydanie, okładki z prostymi rysunkami, bez krótkiego zachęcającego opisu na  końcu książki... więc przyjęłam prezent, odłożyłam na półkę i kazałam mu poczekać kilka miesięcy na moje zainteresowanie. W końcu przyszedł ten dzień- deszczowy, nudny, nie ma co robić, nie ma gdzie wyjść. No cóż, czemu nie książka, skoro nie mam nic innego do roboty, ani żadnej innej książki pod ręką. Seria zwała się nieco jak telenowela: "Róg Rodrigandów". Ułożyłam się wygodnie na łóżku, otworzyłam książkę... i nagle okazało się, że jest już ciemno, ja trzymam w ręku książkę otwartą na ostatniej stronie i z trudem udaje mi się powrócić do rzeczywistości! Tak ciekawej i wciągającej książki dawno nie miałam w ręku! Do tego pierwsza część skończyła się tak, jakby ktoś nagle w najciekawszym momencie uciął opowieść i poszedł spać, a ja chciałam dowiedzieć się co będzie dalej! Sięgnęłam po kolejną część i gdzieś o drugiej w nocy zmógł mnie sen i z wielką niechęcią zamknęłam książkę i poszłam spać. A co zrobiłam jak tylko rano otworzyłam oczy? Oczywiście chwyciłam książkę i doczytałam ją do końca a po południu, nie ruszając się praktycznie z domu, rzuciłam się na ostatnią część która była w moim posiadaniu. Gdy już skończyłam ją czytać, ogarnęła mnie panika, bo nie miałam kolejnej części. Na szczęście znałam drogę do biblioteki... ;)

    Przywołałam to wspomnienie, żeby pokazać Wam jak się czyta książki napisane przez Karola Maya- naprawdę jednym tchem! Gdy wejdzie się już do tego świata, to wszystko inne przestaje istnieć - telewizor, internet, znajomi, głód :) Jego opowieści wsysają i zabierają na przygodę życia. Za każdym razem, gdy zaczynałam czytać jakąś jego książkę, ogarniała mnie dziwna gorączka, nie mogłam przestać czytać, a kiedy mój wzrok prześlizgnął się po ostatniej stronicy, szary świat rzeczywistości wydawał mi się czymś niesamowitym, obcym, czułam, że do niego nie należę, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, wspominałam bohaterów dopiero co przeczytanej książki, próbując w ten sposób choć na chwilę wrócić do fascynującego świata bohaterów stworzonych przez Karola Maya.

    Jednak najciekawszą i najbardziej wciągającą przygodówką napisaną przez Karola Maya jest seria o Indianinie Winnetou. Poznajemy tam szereg ciekawych postaci, a przede wszystkim Old Shatterhanda oraz jego przyjaciela, młodego wodza Apaczów Winnetou. Nieznający jeszcze wtedy zasad życia na prerii młodzieniec wpada w tarapaty, z których dzięki swojej inteligencji wychodzi cało, a na dodatek ratuje życie Winnetou oraz jego ojcu. Ci, nic nie wiedząc o swoim wybawcy, spotykają go ponownie na swojej drodze, gdy młodzieniec zostaje schwytany przez Apaczów. Ten, mimo że poznał Winnetou, wolał wziąć udział w śmiertelnym wyścigu, niż żebrać o litość powołując się na przeszłe zdarzenia. Po raz kolejny chłopak dowodzi, że inteligencja jest równie ważna jak siła i udaje mu się wygrać życie. Co więcej zasłużył na podziw nie tylko całego plemienia, ale też wywarł wielkie wrażenie na Winnetou, który cenił sobie odwagę i nazwał młodzieńca Old Shatterhandem, za to, że jednym uderzeniem powalił najsilniejszego w wiosce wojownika. Gdy Old Shatterhand zostaje ranny i znowu trafia do obozu Apaczów, Winnetou odkrywa, że on i jego ojciec zawdzięczają mu życie i od tego momentu obaj młodzieńcy stają się przyjaciółmi, gotowi jeden za drugiego oddać życie.Co wiele razy będą musieli udowodnić.

   Czyż to wszystko nie brzmi zachęcająco? Także nie patrzcie co chwila za okno, poszukując oznak poprawiającej się pogody, tylko lećcie do biblioteki lub poszukajcie sobie e-booka i odwiedźcie świat, z którego nie będziecie chcieli wrócić :)

Oto co szczególnie polecam:
- Winnetou (radzę przeczytać na końcu- najciekawsza i opowiadająca historię niezwykłej przyjaźni Old Shatterhanda i Winnetou)
-Old Shatterhand
- Skarb w srebrnym jeziorze

oraz z innej serii:
- Ród Rodrigandów czyli 9 tomów o tytułach:
  • Tajemnica Miksteków; Rozbójnicy z Maladety (tom 1)
  • Cyganie i przemytnicy; La Pendola (tom 2)
  • Ku Mapimi; Pantera Południa (tom 3)
  • W Hararze; Rapier i tomahawk (tom 4)
  • Czarny Gerard; Benito Juarez (tom 5)
  • Traper Sępi Dziób; Jego Królewska Mość (tom 6)
  • Maskarada w Moguncji; Grobowiec Rodrigandów (tom 7)
  • Klasztor della Barbara; Walka o Meksyk (tom 8)
  • Zmierzch cesarza (tom 9)

piątek, 8 czerwca 2012

Całowanie się na ulicy romantycznym uniesieniem czy deprawacją?


    Kissing or not kissing - that is the question! :D What do You think about kissing in public places? Is it something wrong? Or is it something nice- to seeying kissing couple? I like kissing my boyfriend and hugging him and I like when he is hugging me. He shows me his feelings to me and I need it. But a week ago some old lady came to us when we was kissing and said" :Don't show your love to everybody!" and she gave us an evil eye. Thats why I started to think is it so wrong to kiss your boy when you feel that you want it? What do You think?

     Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że zwrócono Wam uwagę na ulicy, że całujecie się ze swoim chłopakiem na oczach innych ludzi? Mnie zdarzyło się to trzykrotnie! Ostatnio w supermarkecie. Byłam zszokowana, bo nie spodziewałam się tego ataku. Byliśmy akurat w dziale z nabiałem i kupiliśmy sobie ulubiony napój czekoladowy i ja z radości, że za chwilę wypiję sobie mleczko czekoladowe przytuliłam się do mojego chłopca i pocałowałam go w usta. Oczywiście nie był to żaden obsceniczny kiss połączony z wessaniem przełyku, zwykły szybki buziak w usta. Niewinne podzielenie się z druga osobą swoją radością i oczywiście miłością. Jakieś więc było moje zaskoczenie, gdy nagle obok pojawiła się pani w podeszłym wieku i cmokając z dezaprobatą rzekła: „Nie na pokaz”! Do tego rzuciła spojrzeniem pełnym zgrozy, tak jakby chciała nas zlinczować za tą Sodomę i Gomorę, która uprawialiśmy na jej oczach.

     Ja jestem bardzo spokojna osobą, trudno wyprowadzić mnie z równowagi. Do tego cechuje się wysoką kultura osobistą, a co najważniejsze mamusia wpoiła mi szacunek do starszych. Jednak tym razem nie wytrzymałam, bo przecież jestem już wiekowa i wiem co wypada a co nie. Nigdy bym nie przypuszczała, że niewinny buziak mógłby być powodem do dezaprobaty społecznej i wyrzucenia poza nawias społeczeństwa. Zatem odwróciłam się i rzuciłam za oddalającą się kobieciną: „ To niech Pani nie patrzy!!”. Nie mogłam się uspokoić przez 10 minut, powtarzając co chwila swoja mantrę: „Przecież nic nie zrobiliśmy, nie jestem dzieckiem, mam 30 lat, nie trzeba mnie pouczać, przecież się kochamy, dlaczego mamy się całować tylko w swoim domu…” potem przez kolejne 10 minut znajdowałam się w dziurze czarnej rozpaczy, ponieważ zachowałam się niegrzecznie w stosunku do starszej osoby, mówiłam, że na pewno zrobiło jej się przykro i że przecież nic takiego nie powiedziała, co usprawiedliwiłoby moje zachowanie itd. Potem chłopak mnie uspokoił, że przecież my też nic nie zrobiliśmy i nie było powodu do takiej reakcji ze strony owej kobiety. Jednak zdarzyło się to już po raz trzeci, więc czyżby jednak było w tym coś złego?

     Kiedyś odwiedziłam moja bratową z mamą i chłopakiem i zdarzyło się, że staliśmy wszyscy razem, wymieniając ostatnie uprzejmości przed pożegnaniem się. Ja stałam przy moim chłopaku a on mnie obejmował i co jakiś czas szybciutko i leciutko całowałam go w usta, jak to czynią zakochane pary. Raptem mama bratowej nie wytrzymała i nie mogą już patrzeć na to zepsucie krzyknęła, że mamy iść w krzaki i tam się całować oraz że jesteśmy niewychowani, że ona nigdy nie widziała, żeby jej córka i mąż (a mój brat :)) kiedykolwiek się tak zachowywali. Wtedy ugryzłam się w język i nic nie powiedziałam, oprócz „ok.” ale tak naprawdę cała się zagotowałam. Po pierwsze dlatego, że nie było podstaw do tak zjadliwej reakcji, ale przede wszystkim dlatego, że odbyło się to przy mojej mamie i widziałam, że zrobiło jej się strasznie przykro, zwłaszcza gdy poleciał ustęp o „wychowaniu”. Potem gdy w domu o tym z mamą rozmawiałam to moja biedna mamusia próbowała niepewnie tłumaczyć, że faktycznie nie powinniśmy się obejmować i całować w towarzystwie, ale mam wrażenie, że nie była co do tego przekonana, bo gdy ją zapytałam co my takiego złego zrobiliśmy, to nie była w stanie odpowiedzieć. Poza tym moje pytanie brzmi: kto tak naprawdę okazał się niewychowany? Bo czy w towarzystwie matki swojego zięcia wypada czynić takie uwagi, nawet jeśli byłyby słuszne? Dobrze wychowany człowiek raczej wziąłby osobnika na stronę i spokojnie powiedział co mu leży na sercu, prawda? Krzykiem to małe dzieci ustawia się do kąta. Poza tym, kiedy usłyszałam, że jej córka nigdy się tak ze swoim mężem nie zachowywała, to nie poczułam skruchy, którą powinnam poczuć, porównana do tak doskonałej osoby jaką jest córka krzykacza. Zamiast tego poczułam współczucie dla bratowej, że jej mąż nie okazuje jej publicznie swojej miłości. Ja natomiast jestem taka osobą, która nie ukrywa swoich uczuć tylko chce się nimi dzielić teraz, zaraz, od razu.

      Jeszcze innym razem jak zwykle przytulałam się na przystanku do mojego umiłowanego i podeszła starsza kobietka, nawiasem mówiąc wyglądająca jakby dorabiała sobie na ulicy, pomarańczowy płaszcz, pomarańczowe usta i krzykliwie pomalowane oczka, również ze zgorszeniem wyraziła swe zdanie na temat młodzieży, która nie miała skąd wynieść dobrego przykładu. Ale skoro nawet kobieta dorabiająca sobie na ulicy uważa, że publiczne okazywanie uczuć to coś złego, to może te wszystkie przyjazne nam dusze miały rację? Może na ulicy nie wypada patrzeć sobie w oczy, trzymać się za ręce, przytulać się czy dotykać ust swoimi ustami? Mam mętlik w głowie. Dodam, że do pomarańczarki tylko się krzywo uśmiechałam, udając że słucham z zainteresowaniem jej wywodów, udało mi się ugryźć w język i zachować spokój. Tylko czy za każdym razem będę musiała gryźć ten mój biedny język? Przecież wreszcie mi odpadnie!

      Tak więc moje pytanie kochane brzmi: Czy jesteście za czy przeciw publicznemu okazywaniu uczuć? Czy uważacie, że niewinne całusy i przytulanie na przystanku to upadek obyczajów czy całkiem niewinna a jakże potrzebna dla związku i nikomu nie szkodząca część życia? A może uważacie, że dopiero po przekroczeniu progu mieszkania można się na siebie rzucić jak wygłodniałe wilki i dopiero wtedy okazać drugiej osobie jak się ją kocha? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii. Ja osobiście uważam, że każde miejsce prócz Kościoła jest odpowiednie by szepnąć ukochanemu jakieś miłe słowo do uszka, przytulić się czy musnąć ustami jego usta, bez szkody dla ewentualnej widowni.



     P.S. Dzisiaj wyjeżdżam na tydzień i zostawiam mojego chłopca samego. Możecie sobie wyobrazić co to będzie jak wrócę! Może nawet obejmę go na ulicy i będziemy sobie tak szli objęci i przez kilka minut gorszyli młodzież ;) A raczej starszyznę :)

niedziela, 3 czerwca 2012

Memories

Za oknem ponuro i deszczowo, pozostają wspomnienia :)

Poniżej gorące rytmy dla tych, którzy nie mogą doczekać się lata :)
 

 

 



 

piątek, 1 czerwca 2012

Cień wiatru by Carlos Ruiz Zafón

     Mniej więcej tydzień temu wspominałam, że zaczęłam czytać nową książkę, polecaną przez koleżankę. Właściwie dodatkowa recenzja drugiej koleżanki też miała całkiem duży wpływ na decyzję związaną z przeczytaniem tej książki. Jeśli dwie osoby, które ponadto lubią czytać, zachwalają mi jakiś tytuł, to zaczynam mieć chrapkę na jego przeczytanie. Zwłaszcza jeśli książka sama do mnie przychodzi :) Tydzień temu miałam akurat trochę czasu dla pielęgnowania mojej miłości do wyobraźni przelanej na karty książki i zaczęłam powoli zapoznawać się z wizją Pana Carlosa Zaf -->ón. Prócz pozytywnych osobistych recenzji moich koleżanek do przeczytania tej książki zachęciła mnie ilość sprzedanych egzemplarzy, tłumaczeń na różne języki i wspomniane przez wydawcę pozytywne recenzje które zebrała książka "Cień wiatru". Nie zraziłam się nawet ilością stronic, bo przecież co to dla mnie 500 stron, jeśli książkę czyta się na jednym oddechu?

      We wcześniejszym poście wspominałam, że po przeczytaniu kilku stron nie za szczególne miałam myśli na temat tej książki. Wydała mi się ona, łagodnie mówiąc nudna. A ja nie lubię nudnych książek. Nudne to ja próbowałam kiedyś pisać gdy byłam młoda i pełna wiary w swój talent. Jednak wspomniane wyżej pozytywy przekonały mnie, abym dała tej książce szanse. A że ja się nigdy łatwo nie poddaję to przymknęłam ucho na nieco zbyt wyszukany styl pisania autora i próbowałam przedrzeć się przez pierwsze wprowadzające rozdziały, ślepo wierząc w zachęty koleżanek.

      Tak się złożyło, że poprzedni tydzień miałam dość luźny, w związku z czym mogłam spędzać z książką niemal każdy dzień. I może to właśnie z nadmiaru czasu przeczytałam ją w 5 dni? A może dlatego, że po kilku rozdziałach opowieść zaczynała mnie coraz bardziej wplątywać w swoje zawiłości? Ciężko mi naprawdę powiedzieć jak to się stało, że przez te 5 dni owo tomiszcze stało się moim najlepszym przyjacielem i kompanem w dniach samotności. Odebrało mnie moim problemom codziennym i przeniosło mnie do innego świata, z którego nie chciałam wracać. Pamiętam, że kiedy historia zmierzała już ku końcowi i odpowiedziała już na wiele pytań, pozostawiając przede mną słodką obietnicę odkrycia swojej największej tajemnicy, nie byłam w stanie odłożyć tej książki, chociaż była już późna godzina, oczy się zamykały, a następnego dnia czekała pobudka o 6 rano. Mówiłam sobie, że przeczytam tylko jeden krótki rozdział i pójdę spać, gdzieś tam głęboko w duszy wiedząc, że to nieprawda, że po zakończeniu jednego rozdziału sięgnę po następny, aby zaspokoić głód odkrycia finału historii. Uwielbiam kiedy książka wprowadza mnie w stan takiego rozgorączkowania. Zapominam wtedy o całym świecie, o czekających obowiązkach czy nieprzyjemnościach mijającego właśnie dnia. A taki stan mogą wywołać we mnie tylko najciekawsze książki.

     Autorowi "Cienia wiatru" udało się wciągnąć mnie w świat pełen tajemnic, odsłanianych jedna po drugiej, czytając książkę czułam się jakbym układała rozsypane puzzle, zastanawiając się z rozgorączkowaniem, jaki obraz ukaże się po ułożeniu ostatniego kawałka układanki. Autor powoli budzi zainteresowanie czytelnika zagadkową historią, na którą przypadkiem trafia młody chłopak Daniel, rzucając jak ochłapy kawałki historii, budując powoli w ten sposób napięcie. Na początku niby mało ciekawa historia: młody chłopak idzie ze swoim ojcem księgarzem do tajemniczego miejsca, gdzie spoczywają zapomniane książki, pozwalając mu wybrać jedną z tysięcy zalegających tam książek, każąc jednocześnie chłopcu przyrzec,że zaopiekuje się wybranym przez siebie woluminem i nikomu go nie odda, choćby świat miał się walić w gruzy. Chłopak zafascynowany historią miejsca i złożonym przyrzeczeniem, w gąszczu książek odkrywa lekko wysunięty na półce tom napisany przez mało znanego pisarza Juliana Caraxa i czyta ją z namaszczeniem w domu. Do głębi poruszony przeczytaną opowieścią postanawia dowiedzieć się kim jest pisarz i zdobyć inne jego książki. Kiedy pyta o autora swojego ojca księgarza, dowiaduje się, że ojciec nie wie nic o pisarzu i poleca mu spotkanie ze swoim znajomym antykwariuszem, biegłym w sprawach książek i autorów. Od niego dowiaduje się, że Julian Carax był mało znanym pisarzem, napisał kilka książek, które sprzedały się w niewielkich nakładach, po czym zniknął. Chodziły słuchy, że miał zginąć w sekretnym pojedynku tuż przed swoim ślubem z dużo starszą od siebie kobietą. Najciekawszym jednak akcentem była opowieść o tajemniczym człowieku, który podążał w ślad za książkami Caraxa i palił wszystkie egzemplarze, a "Cień wiatru", który chłopak znalazł na Cmentarzu Zapomnianych Książek jest prawdopodobnie jedynym ocalałym egzemplarzem ze wszystkich, które wyszły spod pióra autora. Coraz bardziej zafascynowany postacią autora Daniel, mimo ponawianych nalegań i coraz większych kwot nie godził się sprzedać książki, z którą czuł coraz większy związek.

     Po kilku latach do Daniela zgłasza się tajemniczy człowiek, zaczepia go w mroku nocy i żąda oddania książki, która była w jego posiadaniu.W świetle latarni chłopak dostrzega, że ów człowiek nie ma twarzy, a jedynie dwa punkty które były oczami. Zjawa-człowiek powiedział, że chce spalić książkę Daniela i zasugerował, że jeśli jej nie dostanie w swoje ręce to coś się stanie dziewczynie, w której się skrycie kochał. Przerażony Daniel ucieka i jeszcze tego samego wieczoru zanosi "Cień wiatru" z powrotem na |Cmentarz Zapomnianych Książek, by ukryć ją przed zasięgiem nieznajomego. Po tym spotkaniu zapragnie poznać historię pisarza za wszelką cenę, dowiedzieć się dlaczego ktoś stara się spalić wszystkie istniejące egzemplarze jego książek i odnaleźć klucz do zagadki kim jest tajemniczy człowiek, który nazwał się imieniem postaci zaczerpniętej z jednego z tytułów napisanych przez Juliana Caraxa.

     Od tego momentu akcja zaczyna nabierać tempa, a życie Daniela odmienia się całkowicie. Chłopak, odkrywając po kolei dawno ukryte tajemnice, naraża się inspektorowi policji, który zdaje się mieć swoją rolę w historii nieznanego pisarza. Idąc śladem kolejnych zagadek i strzępów informacji, dowiaduje się, że ktoś usilnie stara się całą prawdę przeszłych wydarzeń pozostawić w cieniu zapomnienia, tak jak tajemnicza postać bez twarzy chciała wepchnąć w otchłań niepamięci imię Juliana Caraxa. Czy Daniel, wsadzając kij w mrowisko zdaje sobie sprawę na jakie niebezpieczeństwo naraża siebie i swoich bliskich? Tego możecie się dowiedzieć tylko sięgając po "Cień wiatru".

     Książka cały czas trzyma w napięciu, autor odsłania po kolei skrawki dawno zagrzebanej tajemnicy, budując powoli napięcie, które wzrasta z każdą kolejną odkrytą przez Daniela prawdą. Klimat niepokoju wzmagany jest przez mroczne czasy, które nawiedziły Barcelonę na początku wieku XX, kiedy policja załatwiała swoje ciemne sprawki pod sztandarem sprawiedliwości. Odrobinę bajkowy klimat dodaje książce specyficznego charakteru i troszkę zbliża do prozy Stephena Kinga. Także kto ma umysł detektywa i lubi mroczne opowiadania o przyjaźni, zdradzie, miłości, namiętności to serdecznie polecam tę książkę na deszczowe wieczory :)

wtorek, 29 maja 2012

Beautiful life

Piosenka z lat mojej młodości, kiedy miała naście lat i zero trosk na głowie. To był najlepszy czas mojego życia, a ta piosenka zabiera mnie w te piękne czasy za każdym razem kiedy jej słucham...

Song from the best time of my life, when I was teenager :)
 
Kiedy widzę coś tak pięknego, zapominam o wszelkich troskach i kłopotach i cieszę się życiem. Życie jest piękne! Zawsze szukam ukojenia w naturze i ona jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Dzisiaj miałam kiepski dzień, więc ten post będzie idealny jako lekarstwo :)

When I have problems I always look for solace in nature. World is so beautiful! When I see all this beautiful pictures I calm down and sort out all things in my head and find peace. I had very bad day so I need help from nature :)

God is watching us :)


How beautiful world can be?


Jak skutecznie odstraszyć potencjalnych klientów :D
Pierwsze zboże na polach :) Nie mogę się doczekać maków i chabrów :)
 

Czy czasem słuchacie śpiewu ptaków? Ja to uwielbiam, zwłaszcza kiedy jestem na wsi. Kocham śpiew skowronków. Niezmiernie kojarzy mi się z latem i wakacjami. Ale również w mieście można cieszyć się ptasim koncertem. Uwielbiam krzyk jeżyków, ponieważ obwieszcza zbliżające się lato i długie gorące dni :)

Do You like listening bird's song? I love it! It always makes me feel so good and relaxed. I love lark's song. It remainds me summer, happines, long hot days and beautiful worm summer evenings when You don't have to do nothing and hurry nowhere :)

Może tego nie widać, ale tam jest oczko wodne :)








 



I know, it's a bunch of clouds but I love that kind of photos. They make me feel better :)

Wiem wiem, ciągle robię zdjęcia chmur i słońca, ale czy nie czujecie się lepiej, kiedy patrzycie na takie zdjęcia? :) Albo na takie widoki, gdy jesteście na spacerze?

czwartek, 24 maja 2012

Na czym polega fenomen sklepów typu second-hand?/ Why people like second-hand shops?

     
     When I was a child  I always wore second-hand clothes. But twenty years ago it wasn't trendy like nowadays. I had to wear them because my mum was poor and she didn't have any money for shopping clothes. All money she had she allocated for food, bills and shool for three children. But she had many friends and neighbours and they gave her clothes for her children. So I often had to wear unfashionable clothes, even boys clothes and it wasn't cool. Actually it was very bad. In my class all children had enough money to wear cool clothes and they don't like when someone was diffrent than they were. So I didn't have friends and mates. That's why I don't like those days and don't like shopping in second-hand shops and wear second-hand clothes even if it is very good now. When I look on all this clothes in sh I see only old and dirty clothes which I had to wear some times ago. It was very difficult times for me and I don't want to remember it. All this was twenty years ago. And now things change so much!
    With all those associations I don't understand why so many girls  want second-hand clothes. They are old, have poor quality and many times are broken. If You want something original, unique, go to small clothes shop in your housing estate or visiting street market. Clothes from second-hand come from chain of shops, big stores and aren't unique. And very often they aren't cheap. Many people doing shopping in this kind of shops not because they are poor but because it's tendency. I don't understand this tendency. Do You guys?


      No właśnie, na czym polega fenomen sklepów oferujących odzież używaną? Na dobrą sprawę często oferują one odzież gorszej jakości, nierzadko trzeba ją przerabiać, aby pasowała do osoby, lub naprawiać lekkie usterki. Gdy kupujemy w second-handach sprzedających odzież angielską, cieszymy się znajdując w stosie ubrań ciuchy z metkami Atmosphere czy Top Shop, a to przecież są takie same sieciówki, jakich pełno jest w Polsce. Bardzo rzadko można znaleźć ubrania projektantów mody czy naprawdę drogie marki. A nawet jeśli, to second-handy też wyceniają je wyżej niż inne ubrania. A jeśli chodzi o oryginalność… no cóż, i tak szukamy ubrań podobnych do tych, które nam się u kogoś innego spodobały, czy zauważyłyśmy na jakimś blogu, lub są zgodne z obowiązującymi trendami. A nawet jeśli nie zależy nam na trendach,  to wystarczy pójść na bazar i też kupić sobie coś, czego nikt inny nie będzie miał na sobie. Polecam też małe osiedlowe sklepiki. Oferują one często pojedyncze sztuki ubrań w kilku rozmiarach, w przeciwieństwie do sieciówek.

       Naprawdę nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Za moich czasów, czyli sto lat temu, noszenie ubrań po kimś równało się z biedą i obciachem. Pochodzę z niezbyt bogatej rodziny i gdy chodziłam do szkoły podstawowej, nosiłam ubrania znoszone do mamy przez najróżniejsze sąsiadki, a i zdarzało się, że były to męskie ubrania. Niestety w mojej klasie uczniowie dzielili się na tych, którzy pieniądze mieli oraz na takich, którzy mieli ich dużo. Gdy ktoś był biedny to nie miał przyjaciół ani zbyt wielu znajomych. Był kimś gorszym. Moje ubrania, z racji pochodzenia z drugiej czy trzeciej ręki, zawsze były niemodne, i mimo że nierzadko były ładne i dobre gatunkowo, to jednak nie były hitami sezonu. Jak to więc się stało, że obecnie trendy jest noszenie odzieży używanej? 20 lat temu trzeba było utrzymywać w ścisłej tajemnicy informację, że się coś kupiło taniej, po okazyjnej cenie, a już na pewno nie należało zdradzać, że ubrało się coś po starszej siostrze. Teraz dziewczyny z dumą pokazują „upolowane” za grosze ubrania z sh. Czy czasy aż tak się zmieniły? Czy może chodzi o to, że ludzie docenili wreszcie wartość pieniądza (którą to inflacja zżera z każdym dniem) i nie widzą potrzeby wydawania grubych pieniędzy na coś, co warte jest trzy razy mniej? Ale jak się mają w takim razie do tego sklepy internetowe typu DeeZee, Romwe i tym podobne, które oferują nie najtańsze ubrania, które wg mnie nie są warte swojej ceny?

       Tak sobie myślę… może to uraz z dzieciństwa blokuje we mnie zrozumienie tematu? A może to dlatego mam taką niechęć do chodzenia po sh, ponieważ nigdy nie mogę znaleźć nic interesującego i widzę same szmaty i ubrania, jak to mawia moje mama: „po starych Szwedach”:D? A może to te powalające czasem ceny, zupełnie nie przystające do tego, że lumpeksy sprzedają coś używanego, tak, jakby to było nowe? (Chyba wynika to z mody na sh, które owe sklepy szybko zaczęły wykorzystywać utrudniając sytuację tym, których stać tylko na rzeczy lumpeksowi). Nie wiem, czy kiedyś to zrozumiem, naprawdę nie wiem.

      A Wy jak się zapatrujecie na kwestie kupowania ubrań używanych? Nie macie oporów? Lubicie to? Zdarza się Wam często czy rzadko znaleźć coś godnego uwagi i za małe pieniądze?

wtorek, 22 maja 2012

Czekoladoholiczka/ Chocoholic

      Kolejny post na temat inny niż książki :D A co tam, lubię różnorodność :D 

      I love chocolate! I really do! But I have to stop it! Chocolate hates me and gave me as a present  more kilos I need :)  I put on weight a lot since I get a job where I'm only sitting (that was 4 years ago). Now I haven't what to wear! My clothes don't suits me ;( I have big chocolate belly. When I look into mirror I scream :) I really have to stop eating chocolate and other sweets! I'm on a diet for 3 weeks and sometimes I have big problem how to go in shop and to get out without any sweets. God help me!! :)   

      Dzisiaj poruszę sprawę odchudzania. Oczywiście wkurza mnie to, że na każdym kroku atakują nas reklamy środków odchudzających (jakby było ich mało w telewizji, to wrzucają je na każdą stronę internetową! A grrrrrrr!) ale mimo to jest to dla mnie całkiem ważna sprawa. Tylko ja nie potrzebuję reklam żeby wiedzieć kiedy muszę zacząć się odchudzać. Mam lustro :P No i przede wszystkim ja swoje odchudzanie nazywam „terapią” :D

      Już spieszę wyjaśniać dlaczego właśnie „terapia”. Otóż mój problem z nadwagą wyniknął przez dwa czynniki- brak ruchu, ponieważ mam pracę siedzącą i po powrocie siedzę głównie w domu oraz uzależnienie od czekolady. Właściwie to od wszystkich słodyczy, ale najczęściej sięgałam jednak po czekoladę i wyroby czekoladowe. Zatem stwierdziłam, że moje odchudzanie będzie polegało na walce z uzależnieniem. Już wiele razy mówiłam sobie: „od dziś nie jem słodyczy” i zawsze jeszcze tego samego dnia biegłam do sklepu i wykończona odchudzaniem kupowałam sobie tabliczkę ulubionej czekolady.

     Aż w końcu powiedziałam sobie STOP! Ale tym razem tak na serio. Pomogło to, że w pracy koleżanki też przeszły na terapię antyczekoladową. Także teraz wzajemnie się wspieramy :) Jak policzę to mija właśnie trzeci tydzień bez czekolady. SZOK! Może się to wydać śmieszne, w końcu to tylko trzy tygodnie. Ale ci którzy mnie znają wiedzą, że jest to dla mnie wielkie osiągnięcie! Zanim przeszłam na terapię potrafiłam obudzić się rano i zjeść coś słodkiego. Kiedy byłam głodna to nie sięgałam po kanapkę tylko po coś słodkiego. Kiedy wyhaczyłam fajną promocję w sklepie to zdarzało mi się kupować cały kilogram cukierków "na zaś", po czym zjadać to w dwa, trzy dni. Nie mogłam mieć w domu zapasów słodyczy, bo ciągle o nich myślałam, dopóki ich nie zjadłam do ostatniego cuksa :) Także żarłok ze mnie był niemiłosierny. W ciągu 4 lat pracy przytyłam 10 kg! A jeszcze na studiach mama wpychała we mnie jedzenie, bo bała się, że będę miała anemię. A ja po prostu już tak byłam zbudowana. Byłam drobna i szczupła. no to teraz już nie jestem :P Dziękuję ci czekoladko :P Poniżej kilka zdjęć z przeszłości :)
Poszłam do sklepu po pół kilo mieszanki wedlowskiej i za pierwszym razem wrzuciłam do torebki pół kilo co do grama! To się nazywa doświadczenie :)

Galaretki w czekoladzie mniammm! To znaczy tfu! :D

UWIELBIAM NYGUSKI! To znaczy uwielbiałam :P
       No cóż, zdjęcia mówią same za siebie :D Nie wierzyłam w to,ale nareszcie się udało! Oczywiście nie zgubiłam tych 10 kg ale potrafię przeżyć dzień bez czekolady! Piszę "przeżyć, ponieważ jest to prawdziwa walka o przetrwanie. Pierwszego dnia mojego postu wybrałam się do sklepu po owoce (chcę zabić głód czekolady owocami i innymi zamiennikami, często zawierającymi cukier, ale tym zajmę się później, kiedy opanuję głód czekolady ;)) i jakoś tak przypadkiem przechodziłam koło półek ze słodyczami i  myślałam, że nie wyjdę z tego sklepu. Czułam jak ślina napływa mi do ust. Już nawet trzymałam w ręku taką tabliczkę czekoladową,znaną wszystkim za czasów PRL-u, która bardziej smakuje jak masło niż jak czekolada. Przez dobre 5 minut wpatrywałam się w tę tabliczkę, przekonując siebie że to nie jest prawdziwa czekolada, więc mogę sobie na nią pozwolić... aż w końcu siłą woli odłożyłam ją na półkę i szybko udałam się do kas. A tam....leżał sobie bezpański wafelek, porzucony przez kogoś przy samej kasie. Możecie sobie wyobrazić jakie katusze przeszłam, żeby go nie przygarnąć! 

    Uff jak sobie to przypomnę to aż mi się śmiać z samej siebie chce. Po kilku dniach męczarni potrafiłam spojrzeć cukierkom prosto w oczy (a raczej w papierki) i powiedzieć im "apfffff! Nie potrzebuję Was!" i spacerować między półkami ze słodyczami z uśmiechem wyższości na ustach. Oczywiście daleko mi do wyjścia z czekoladoholizmu, ale zaszłam dalej niż kiedykolwiek. Nie budzę się już w nocy z krzykiem na ustach ;) Wprawdzie dzisiaj miałam małe załamanie i chwilę szczerej rozmowy z wafelkiem w Biedronce, ale po raz kolejny wygrałam tę walkę. Bo lody się nie liczą, prawda? :D Lody to jeden z zamienników, którymi leczę schorowaną duszę. Pewnie dlatego nie widzę żadnych pozytywnych zmian w figurze ;) Ale najważniejsze że jestem o krok dalej niż byłam zazwyczaj, kiedy zaczynałam odchudzanie :) Mam nadzieję, że uda mi się dotrwać i zgubić choć połowę tych przybłąkanych przez 4 lata kilogramów :) 

    Na koniec filmik :D


P.S. Czy Wy też macie takie przeboje jak ja? :)

niedziela, 20 maja 2012

Cień wiatru i second-handowy plecaczek/ second-hand rucksack

      Jakiś miesiąc temu dostałam do przeczytania książkę od koleżanki. Bardzo ją zachwalała, więc zdecydowałam się ją przeczytać. Wprawdzie tytuł kierował moje myśli na literaturę przemyśleń, jak to jest np. u Paulo Coelho, a ja osobiście nie znoszę takich książek, to jednak tej jednej dałam szansę. Zaczytana w przygodach Georgii nie miałam wcześniej czasu zagłębić się w innej lekturze, jednak wczoraj znalazłszy trochę czasu wzięłam książkę na przejażdżkę rowerem. Nie miałam za dużo czasu, więc przebrnęłam przez zaledwie 4 krótkie rozdziały. No i powiem szczerze, że trochę się obawiam. Mianowicie tego, że dobrze ten tytuł oceniłam. A to może oznaczać tylko jedno: trzeba będzie ją dodać do niechlubnej listy nie przeczytanych książek. Na początku mojego bloga wspominałam, że była tylko jedna książka, której nie dałam rady przeczytać do końca i nie chcę tej listy poszerzać. Może to śmieszne, ale wydaje mi się, że każda książka ma duszę która cierpi, kiedy odkładamy nie przeczytaną książkę na półkę. W związku z tym dam jej jeszcze szansę i spędzę z nią dzisiaj niedzielę. Oczywiście pod chmurką a jakże! Jest ponad 20 stopni i wspaniała okazja do opalania się. Zatem połączę obie przyjemności (mam nadzieję, że czytanie to będzie przyjemność), dorzucę płatki cini-minis i za jakiś czas zdam recenzję. Jak widać na zdjęciach książka jest dosyć pokaźna, ale jeśli ten świat mnie wciągnie to ani się nie obejrzę a umieszczę post na blogu :)

 
Cóż... :) Ale ja lubię wyzwania :)


      When it comes to buying things in second-hand I don't believe in good shopping in this kind of shops.  Yesterday I went to my favorite sh where I'm buying books (and only books because I don't have patient and good eye to search for nice clothes and prices are high) to look for some good books and went next to shelves when they have bags and I took a butcher's cause recently I was looking for some small rucksack for my bike's trips. And i tell You, it was miracle! The rucksack of my dreams was there and was waiting for me! It was not so cheap as it should be (because it second-hand shop for God's sake!!) but yesterday was day of lower prices. So I took my new beautiful rucksack and bought it. I get out from the shop all happy with song on my mouth. But when I was at home I noticed that my new sweet rucksack was broken! ;(( Braces was broken. They were unravel in that kind of way that cannot be fix. That's why I don't like doing shopping in sh!

     Druga sprawa to plecaczek, który towarzyszył mi wczoraj w podróży. Od dłuższego czasu myślałam o zakupie ładnego plecaczka do moich wycieczek rowerowych. Ponieważ ja zawsze muszę wziąć coś ze sobą. A to coś do jedzenia, a to coś do czytania, a to znowu telefon czy aparat. Tak więc wczoraj idąc do Biedronki wstąpiłam do mojego ulubionego (i jedynego :D) sklepu sh zerknąć czy nie ma jakichś ciekawych angielskich książek. Przechodząc obok kosza z torebkami rzuciłam od niechcenia okiem, ot tak sobie, nie wierząc nawet przez moment że będzie tam to, czego szukałam od dłuższego czasu. Jakież więc było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam słodki mały plecaczek, idealny, taki jaki szukałam od dawna. Wprawdzie był za mały na duże książki, ale na podstawowe artykuły do przeżycia wystarczył.
       W ogóle uważam, że w moim sh ceny są zbyt wygórowane. W końcu sprzedają tam używane ubrania! A cenią się  dużo bardziej. W dodatku często jakość tych ubrań pozostawia wiele do życzenia. Dlatego nie lubię kupować ubrań w second-handach, bo bywa że ubrania wiszące na wieszakach nie nadają się do niczego. No chyba że do podłogi. Zatem cena 10 zł za plecaczek była trochę za duża. Na szczęście wczoraj był dzień obniżek (50%) więc za mój plecaczek dałam 5 zł. Zadowolona wyszłam ze sklepu z piosenką na ustach, wróciłam do domku i zaczęłam pakować strawę na wycieczkę, na którą się wybierałam. Jakiż więc był mój żal, kiedy zobaczyłam że przy szelkach materiał był oderwany! I to w taki sposób, że przyszycie go nie gwarantowało długiego życia tych szelek :( Tak oto wyglądają zakupy w moim sh. Także ja nie polecam. Podjęłam decyzję, że będę tam kupować jednak tylko książki. Ot co! Niech to będzie mój protest przeciwko zachłanności :)



Guziczki do poszerzania plecaczka. Będę je często rozpinać :D