środa, 6 grudnia 2017

Kreta okiem podróżnika Cz. 3 Podróżowanie z booking.com. Maronia i Alfa- życie pośród Greków




Tegoroczna podróż do Grecji była niezapomnianym przeżyciem, bo była inna niż wszystkie. Pierwszy raz w greckiej historii, która trwa już dobre cztery lata, podróżowaliśmy w innym stylu, w swoim stylu.

Nasza przygoda z zagranicą zaczęła się od All inclusive na Teneryfie. Potem było parę greckich trzygwiazdkowych hoteli dołączonych do gotowej wycieczki zakupionej przez biuro podróży, aż wreszcie w zeszłym roku zwiedzaliśmy Lanzarote z koleżanką, mieszkając w jej dwupokojowym mieszkaniu rezydentki, razem z dwoma kochanymi kotami i pragnącymi się zaprzyjaźnić karaluchami. Druga część tamtej przygody, część grecka, przebiegała pod znakiem booking.com.
W tym roku także skorzystaliśmy z oferty booking.com, jednak tym razem spróbowaliśmy czegoś zupełnie odmiennego. Gdy byliśmy już w Chani, w mieście naszego lądowania, w naszym typowym trzygwiazdkowym pensjonacie wynalezionym na wspomnianej wcześniej stronie, wspomniałam marzycielsko podczas jednego z pierwszych wieczorów tam spędzonych, że chciałabym mieszkać w małej greckiej wiosce, z dala od zgiełku i turystyki, udając, że jestem jednym z mieszkańców. Bardzo się cieszyłam, że znowu jestem na greckiej ziemi, na wspaniałych wakacjach ale do pełni szczęścia pod greckim niebem brakowało mi greckiej chaty i możliwości zanurzenia się w tamtejszym środowisku i kulturze. Znałam Grecję dobrze pod względem turystycznym, gdyż odwiedzałam wyspy wiele razy, jednak zawsze czułam się typową turystką, nawet odwiedzając najbardziej opuszczone plaże i najdalsze zakątki wysp. Tym razem marzyłam, żeby wtopić się w tłum jeszcze bardziej niż to się zdarzyło któregoś lata na Korfu. Chciałam się poczuć jak prawdziwa Greczynka.

Moje marzenie spełniło się szybciej i w sposób prostszy, niż mogłam przypuszczać. Przeglądając na stronie booking.com, następnej miejscówki do spędzenia kolejnych dni na wyspie, szybko stwierdziliśmy, że ceny całych apartamentów są porównywalne do pokoi w hotelach oferowanych na tej stronie. W jednym z takich hoteli, małym rodzinnym pensjonacie, przebywaliśmy od trzech dni. Na piętnastu metrach
pokoju mieliśmy do dyspozycji dwa łóżka, szafę, stolik i lodówkę. Więcej się nie zmieściło, a przechodząc przez pokój, aby dostać się na balkon, ciasno sąsiadującymi z innymi balkonami, można było łatwo zahaczyć nogą o wystający brzeg łóżka. Mikroskopijna łazienka z jeszcze mniejszym prysznicem wystarczała mniej wybrednym klientom i zdecydowanie nie było na co narzekać ,jako że jakość odpowiadała włożonym wkładom finansowym i na dwa tygodnie wakacji nie był to najgorszy wybór. Jednak aby żyć tak dłużej, trzeba byłoby być studentem i spędzać więcej czasu na dworze niż w domu, aby brak odpowiedniej przestrzeni życiowej nie stał się uciążliwy.


Przyznam, że nigdy mi to nie przeszkadzało, mimo że większość trzygwiazdkowych hoteli, czy to wyszukiwanych samemu, czy oferowanych przez biuro podróży, wiele się od siebie nie różniło i przypominało typową polską działkę. Dodatkowo w takich miejscach trzeba się liczyć z możliwościami zakłócania ciszy nocnej przez innych gości. Nawet nie ma sensu zastanawiać się nad grubością ścian i szczelnością drzwi. Jest to taki darmowy dodatek

hotelowy, taka gwarancja, że to się na pewno zdarzy- poranne i nocne rozmowy w korytarzu, tak wyraźnie słyszalne, jakbyśmy mieli gości w pokoju. Do tego nieustanne klapanie japonek i wszelkiego rodzaju klapek od 6 rano do północy, czasem dłużej. Im hotel mniejszy, takie gwarancje są mniejsze, ale zawsze znajdzie się jakiś głośniejszy sąsiad lub zwykły cichy współlokator, z którym będziemy mogli zawrzeć bliższą znajomość, ciesząc się widokiem na balkonie. Jeśli będziemy mieli szczęście, może trafi nam się widok na zieleń , nie zaś na „main road”. Wierzcie mi, poranny ruch wpadający do pokoju od 7 rano potrafi rozbudzić każdego śpiocha. A gdy ma się naprawdę dużo szczęścia, można natrafić na palącego sąsiada, który umili nam śniadanie na balkonie czy wieczorne wdychanie zapachów Grecji.

Wszystko to jest znośne, kiedy mamy w sobie dużo cierpliwości, bierzemy życie takim, jakie jest i lubimy przebywać poza ścianami naszego pokoju jak najwięcej. Przydają się też stopery do uszu, dające błogosławioną ciszę nocną,
której nie zapewni nam żaden, nawet najlepszy manager hotelowy. Nikt
nie jest w stanie zapanować nad relaksującymi się na wakacjach turystami. Jedni lepiej sobie poradzą ze świadomością, że nie oni jedyni wpadli na pomysł, aby spędzić wakacje za granicą, inni gorzej, ale jest to naprawdę do zniesienia, mimo wszystkich możliwych niedogodności wynikających w mieszkaniu w hotelu. Na wakacjach najlepiej wszystko traktować jako dodatek do wycieczki, taki gratis, a wówczas mniej czasu będziemy spędzać na denerwowaniu się, a więcej na relaksowaniu.

Ja zawsze takie dodatkowe atrakcje starałam się przyjmować w miarę spokojnie, czując się wystarczająco szczęśliwa z powodu tego, że byłam pod błękitnym niebem, z turkusowym morzem na wyciągnięcie ręki, zachwycając się wieczornym koncertem cykad i owczych dzwonków, gdy miałam na tyle szczęście, aby mieszkać z dala od głównej ulicy. Nie oczekiwałam niczego więcej, bo nie wiedziałam, że może być lepiej. Byłam w siódmym niebie, zadowolona niemal ze wszystkiego, mimo iż czasem nieszkodliwie narzekałam. W końcu w zamian otrzymywałam raj na ziemi ze sprzątaniem w cenie
           Do września tego roku nie znałam innego życia. Wzdychałam do małych urokliwych wioseczek, zazdrościłam tego, jak wolno biegnie tam czas, chciałam usiąść w małym barze razem z siedzącymi nieruchomo starymi Grekami, którzy zdawali się przeżywać w swoich głowach swoje życie ponownie, nad szklanką podejrzanego trunku. Nie pogardziłabym nawet ławeczką lub rozwalającym się krzesłem przed domem i towarzystwem ubranej na czarno staruszki,
obserwującej przechodniów w milczeniu swoimi wciąż żwawymi oczkami. Strasznie mi się podobały opustoszałe uliczki, gdzie rządziły bandy kotów i oprócz nich nie było widać żywego ducha.
Dla mnie te małe wioseczki miały w sobie ogromny urok. Mogłam szwendać się tymi uliczkami , do których tak wzdychałam, całymi godzinami, jak bezpański pies i czuć wokół siebie atmosferę czasu, który się zatrzymał i nikogo nie poganiał, bo sam chciał odpocząć. Dla mnie takie miejsca były tajemnicze i pełne ukrytych sekretów.


Niestety nigdy nie miałam możliwości zagubić się w tych uliczkach zupełnie, całkowicie. Mój towarzysz podróży był zbyt niecierpliwy na takie
bezcelowe wałęsanie się. Zawsze było jakieś inne miejsce do zobaczenia. Nigdy nie rozumiał, co ja widzę w tych wioskach. Nie posiadał takiej wyobraźni jak ja, zbyt kurczowo trzymał się ziemi, grawitacja całkowicie go opanowała, na wakacjach nie było inaczej. Moim przeznaczeniem było pozostać do końca życia turystką, a ja zawsze uważałam się za podróżnika. Mimo, że nie przecierałam nowych szlaków, w duszy zawsze byłam podróżnikiem i tęskniłam za tym, aby wtopić się w tłum i choć przez chwilę udawać lokalnego mieszkańca.

Nagle moje marzenie się spełniło, ot tak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie wiem czy to za sprawą mojego biadolenia na temat tego jak bardzo chciałabym mieszkać w niewielkiej wiosce, czy też dlatego, że ceny prywatnych domów do wynajęcia na Krecie były naprawdę przystępne, nagle znalazłam się w Maronii. Stało się to dzięki szybkiej decyzji mojego męża i jednego kliknięcia na stronie booking.com. Nie wiedziałam, że marzenia można tak łatwo spełnić. Wystarczy tylko tego chcieć.

                W tym przypadku poprzednie zdanie nie było tylko jednym ze zwykłych cliche, jakimi częstują nas reklamy. Tym razem moje marzenie okazało się
czekać na mnie za sprawą współczesnej technologii, za sprawą strony internetowej oferującej apartamenty i hotele na całym świecie. To ta strona spowodowała, że to co do tej pory było nieosiągalne, nagle stało się narzędziem, z którego może skorzystać każdy, kto tylko ma dostęp do Internetu i karty kredytowej. To właśnie ta strona sprawiła, że niezwykłe miejsca z często lepszym standardem niż typowe hotele, są dostępne dla wszystkich zainteresowanych wynajmem. 


Właśnie na tej stronie znaleźliśmy naszą  grecką „chatę” w centrum niczego, w wymarzonej przeze mnie małej wiosce, wśród lokalnych ludzi, wśród ciasnych uliczek, wśród mniej lub bardziej bezdomnych kotów. Wśród ciszy i gór, z tarasem, na którym mogłam cieszyć się urokami cichego, dusznego wieczoru z cykadami jako towarzyszami. Właściwie do wyboru miałam dwa tarasy, jeden z widokiem na góry, drugi na wioskę i przesiadującą całymi wieczorami sąsiadkę, starszą panią ubraną na czarno. Z drzwiami wychodzącymi prosto na uliczkę, z rozwalającymi się, od dawna opuszczonymi chatami, dokoła nas, z domem na sprzedaż stojącym naprzeciwko naszych drzwi wyjściowych, z przepięknym gankiem z kwiatami wyrastającymi z glinianych donic i wiaderek po farbie. Z chętnymi do rozmowy sąsiadami. 
Z barem, w którym przesiadywali wieczorami mieszkańcy wioski, ale do którego jakoś nigdy nam nie było po drodze. Z całą wioską do wieczornych spacerów tylko dla mnie. Z ukrytą ścieżką wzdłuż koryta wyschniętej rzeki, którą można było spacerować godzinami. Ze zboczami gór po obu stronach, z wiejskimi chatami spotykanymi po drodze i wściekłymi psami latającymi wolno i płoszącymi niewinnych turystów. Z przepięknymi cichymi zmierzchami i odgłosami natury. Z chatą z dwiema łazienkami, w pełni zaopatrzoną przestronną kuchnią i dodatkowymi pokojami na piętrze. Z chaty, która okazała się być prawdziwą willą, z dziwnymi, gryzącymi w nocy acz niewidocznymi stworzeniami. I to wszystko za tę samą cenę za dzień, jaką płaciliśmy w naszej małej klitce w pierwszym pensjonacie, w którym zatrzymaliśmy się zaraz po wylądowaniu. To była jakaś magia.


Na zewnątrz dom wyglądał niepozornie, jeden z wielu przyklejonych do siebie domostw w sieci wąskich, pobielonych na progach uliczek, ozdobionych donicami z kolorowymi kwiatami. Szara ściana, dwa małe okienka i zdobne,
duże, drewniane drzwi wtapiały się w otoczenie, niczym szczególnym się nie wyróżniając. Na murku rozwalającej się, opuszczonej i świecącej pustkami chaty naprzeciwko wylegiwał się leniwie kot, obserwując nasze przybycie. Jego baczny wzrok wyrażał zdziwienie naszym typowo turystycznym ubiorem, a nieco szydercze spojrzenie wprawiało w zakłopotanie, gdy ciągnęliśmy z trudem nasze walizki na kółkach po nierównościach uliczki, czując się jak intruzi, którzy się zgubili w drodze do hotelu. Kółka walizek budziły do życia ospałe miasteczko, mówiąc nam, że tu nie pasujemy, że wyglądamy śmiesznie przeciskając się koło półciężarówki sąsiada, która zajmowała niemal całą szerokość przejścia, obładowani walizkami i siatkami, przyciągając uwagę sąsiadki, która, jak się później okazało, niemal nie opuszczała balkonu.

Widok na wieś z drugiego tarasu
              
            Mimo iż czułam się nie ma miejscu z tymi walizkami i całą turystyczną otoczką w miejscu takim jak Maronia, mimo iż modliłam się w duchu, żeby udało nam się przemknąć niezauważenie prosto do naszej chaty, oszczędzając sobie ironicznych spojrzeń sąsiadów, mimo iż wewnątrz paliłam się we wstydu wyobrażając sobie, jak głupio musimy wyglądać wśród tych prostych ludzi z naszymi delikatnymi walizeczkami, aparatem fotograficznym przewieszonym przez ramię i okularami przeciwsłonecznymi na nosie, to i tak byłam podekscytowana tą całą przygodą i nie chciałam być nigdzie indziej.
Gdy otworzyliśmy drzwi kluczem ukrytym w umówionym miejscu (wszystkie formalności załatwialiśmy przez booking.com i whatsapp), naszym oczom ukazała się wspaniała willa z urządzonym ze smakiem wnętrzem, nowoczesnym, a jednak wpisującym się w klimaty wiejskiej chaty. Biegając po pokojach z wszechogarniającą radością, ciągle powtarzałam sobie w myślach „nie mogę w to uwierzyć, nie mogę w to uwierzyć”, a uśmiech nie schodził mi z ust. 
Nieważne, że w kuchni unosił się nieokreślony zapach (prawdopodobnie trutki na myszy schowanej w szufladzie komody), że nie wolno było zostawiać jedzenia na wierzchu, bo mrówki od razu wyczuwały okazję i wpraszały się na siłę do naszego apartamentu, że trzeba było wymyć najpierw wszystkie naczynia i blachy od piekarnika, zanim zaczęło się z nich korzystać, że trzeba było samemu wyrzucać śmieci, także toaletowe (na wyspach greckich nie wolno wrzucać papieru toaletowego do muszli z powodu problemów z drożnością rur), że rano budziliśmy się pokąsani przez niewidoczne stworzenia. To było nic w porównaniu do tego, co dostaliśmy w zamian. 
A otrzymaliśmy tak wiele. Przynależność do społeczności, przemiłych sąsiadów, wolność robienia wszystkiego, na co mieliśmy ochotę, od głośnych kłótni do picia herbaty na tarasie w wieczornym półmroku, słuchając gasnącego śpiewu ptaków i nocnych koncertów dawanych przez cykady. Mogłam zapraszać
wszystkie koty w mieście na wieczorne przytulanie i nikt nie mógł mieć do mnie o to pretensji. Mogłam przesiadywać w kuchni, przy otwartych drzwiach wychodzących od razu na ulicę, zwabiając czworonożnych przyjaciół jedzeniem i obietnicą uczucia, którego nie zaznały od mieszkańców Maronii. Mogłam uśmiechać się do zaglądających nieśmiało do środka okolicznych dzieci i uczyć ich miłości do zwierząt. Mogłam karmić koty pod śmietnikiem, mogłam wychodzić wieczorem na zwiady, zaglądając w świecące się ciepłym światłem okna sąsiadów, pośród śledzących mnie kocich oczu.

Czy znacie takie ujęcia z horrorów gdzie główny bohater idzie ciemną ulicą, odwraca się i kontynuuje spacer, nie widząc nikogo za sobą, aż nagle czuje nieodpartą chęć, aby obejrzeć się przez ramię jeszcze jeden raz i nagle zauważa, że ktoś za nim idzie? Ja na moich nocnych eskapadach po Maronii tak właśnie się czułam. Jakbym odgrywała sceny z „Ptaków” Hitchcocka. Odwracam się, nikogo nie ma. Idę dalej, odwracam się drugi raz, widzę jedne oczy, przyglądające mi się badawczo z jednej strony, w zastygłym bez ruchu małym futrzanym ciele. Po czym patrzę przed siebie na murek, kolejne oczy. Spoglądam w prawo, a tam na płaskim dachu widzę następną jarzącą się parę oczu. A jeszcze przed chwilą byłam na tej ulicy sama…
Robię parę kolejnych kroków, udając, że nic nie widziałam. Gdy odwracam się, widzę że mały rudzielec, którego spostrzegłam jako pierwszego, idzie krok w krok za mną, chowając się w największym mroku, udając, że nie widzi, iż
został spostrzeżony. Następny mój wieczorny spacer jest już inny. Tym razem jestem uzbrojona w karmę dla kotów. Za rogiem staję nagle oko w oko z moim rudym kolegą z poprzedniego spaceru. Powoli kucam, kładę parę kulek suchego żarcia dla Rudego i czym prędzej się oddalam. Po pokonaniu paru kroków odwracam się, żeby sprawdzić, czy moja misja się powiodła. Wszystko udaje się zgodnie z planem, kot częstuje się moim prezentem. Idę dalej, po jakimś czasie odwracam się, a Rudy znowu depcze mi po piętach. Parę dni później jest już stałym gościem w moim domu. Jak i parę innych kotów. Wieści rozchodzą się wśród kociej grupy szybciej niż plotki między ludźmi.
MARONIA
Wiecie, od pierwszej chwili polubiłam Greków za ich otwartość i przyjazne nastawienie do obcokrajowców. Ale dopiero po paru wizytach, a zwłaszcza tej ostatniej, mieszkając w Maronii i jeżdżąc po górach, zobaczyłam, że ci ludzie są twardzi i tego samego żądają od swoich zwierząt. Zwierzęta mają zarabiać na swoje utrzymanie i tylko do tego służą. Gdy nie potrafią się odwdzięczyć swoim właścicielom, są porzucane własnemu losowi bez zbędnego uczucia. 


Koty, które do mnie przychodziły, nie były nauczone głaskania, trzymania na rękach, przytulania się. Rudy potrzebował całych dwóch tygodni, żeby nauczyć się nie zeskakiwać w popłochu z kolan, trzech dni, aby przestać chować się po krzakach, tygodnia, aby chodzić za mną krok w krok, przewijać się
między nogami jak chodziłam na spacery lub przygotowywałam jedzenie, nie raz sprawiając, że się o niego potykałam. Jego rasowy przyjaciel, którego nazwałam Białaskiem, dopiero po dwóch tygodniach codziennego odwiedzania mojej chaty położył się raz tuż koło moich nóg, nie uciekając za najmniejszym moim ruchem, patrząc mi z ufnością w twarz. Do dnia wyjazdu nie dał się pogłaskać inaczej jak z zaskoczenia, a i wtedy wyrywał się jak oparzony, by po chwili wrócić do chaty, jakby był u siebie. Pręgowana kotka podrapała mnie po ręce, gdy próbowałam ją pogłaskać, bo myślała, że mam w dłoni jedzenie i chciała sobie je przysunąć pazurami. Koty sąsiadów, które na zmianę wpadały na kolację i śniadanie, trzymały się z dala i odbiegały, gdy tylko wychodziłam sprawdzić, czy nie trzeba dołożyć jedzenia. Tylko Rudy i szara kotka, którą spotkałam na dachu podczas pierwszego samotnego zwiedzania wioski, dawały się pogłaskać ufnie. Ale nie dziwię się ich nieufności. Też bym była taka ostrożna, gdyby rzucano we mnie kamykami tylko dlatego, że podeszłam za blisko. 

Zwierzęta w Grecji nie mają łatwo, tyczy się to zwłaszcza psów. Koty zawsze sobie poradzą, bo są zwinne i potrafią wskoczyć do śmietnika, aby wygrzebać resztki jedzenia. Są czujne i łatwiej umykają spod kół samochodów. Natomiast psy są bez człowieka bez żadnych szans. 
Po tym, jak pierwszy raz spotkałam niedaleko naszej wioski wygłodniałego psa z wystającymi żebrami, zawsze woziłam w samochodzie przysmaki dla nich.
Nosiłam je też w torebce na wszelki wypadek. Bo psy bez pomocy człowieka nie miały szans na przeżycie. Brakowało im zwinności i sprytu. Te, które nauczyły się żyć w miastach, wałęsając się przy restauracjach, miały największe szanse, żyjąc na łasce turystów. Te wyrzucone gdzieś w górach skazane były na śmierć głodową. A nawet te w mieście nie mogły się czuć bezpieczne. W Heraklionie działał prężnie hycel, prawdopodobnie wynajęty przez miasto, aby oczyszczać je przez niszczące widoki miejskie bezdomne zwierzaki. Mam nadzieję, że miasto zapewniało im dom w schronisku, a nie tylko śmiertelny zastrzyk czy wyrzucenie gdzieś wysoko w górach, gdzie nie miały żadnych szans na przetrwanie. 

Te sytuacje trochę otworzyły mi oczy na ową kulturę i moja miłość do Greków trochę przygasła. Zwłaszcza gdy przejeżdżając koło śmietnika spostrzegłam wyrzucone tam niedawno, sądząc po jego wyglądzie, szczenię. Czy zdechło leżąc pod śmietnikiem, czy jeszcze przy matce, tego nigdy się nie dowiem. Ale to, że nawet nie zakopano go w ziemi, pokazało mi, że ci ludzie różnią się od nas świadomością i bardziej przypominają mi mieszkańców polskiej wsi 20 lat temu, a gdzieniegdzie nawet i teraz, niż nowoczesnych europejczyków, na jakich my się lansujemy. Podczas gdy my ewoluowaliśmy pod wieloma względami na przestrzeni ostatnich parudziesięciu lat, tak w Grecji czas stanął w miejscu.
A stan świadomości jest naprawdę opłakany. Wystarczy spojrzeć jak Grecy traktują swoje zwierzęta, a także samych siebie. Codziennie ryzykują swoje życie przemykając jak wariaci pomiędzy samochodami na swoich dwukołowcach, bez kasków, obładowani zakupami, niczym nie zabezpieczonymi, położonymi niedbale pod nogami, z kubkami kawy w jednej ręce, z pasażerami których obie ręce służą za wieszaki na miliony siatek z zakupami. Tyle razy już to widziałam, a wciąż jestem pod wrażeniem tej ignorancji. A jednak ci ludzie przeżywają do samej starości, przesiadując przed swoimi domami albo w barach, sącząc raki i ciesząc się dobrym zdrowiem. Nie pamiętam, żebym widywała staruszków z laskami lub na wózkach inwalidzkich. Chyba że mówimy tu o lasce należącej do pasterzy spotykanych wysoko w górach. Jak widać powolna ewolucja służy im bardziej niż nam pęd do samodoskonalenia. Mimo to wciąż nie mogę im wybaczyć obojętności wobec zwierząt. I to się chyba nigdy nie zmieni.
Pomimo antypatii w tej jednej kwestii, nadal kocham Greków i Grecję. Jej piękno i ciepło, jej wspaniałe plaże i miłych ludzi, ich śródziemnomorską kulturę i otwartość na innych. Mimo iż moja koleżanka przeklina ich za leniwość, za tarasowanie dróg, gdy nagle chce im się porozmawiać z kolegą, który akurat nadjeżdża z naprzeciwka, za nieufność i śledzenie turystów w sklepach, na patrzenie im na ręce czy czegoś nie chowają ukradkiem do toreb, ja się z tego wszystkiego śmieję i też chciałabym żyć takim życiem. Mam dość ciągłego pośpiechu i stresu, ciągłej pogoni za pieniądzem. Zawsze jest mi ciężko wyjeżdżać z Grecji, bo czuję się tam dobrze.
Dlatego możliwość mieszkania w Maronii była dla mnie jak gwiazdka z nieba. Uwielbiałam budzenie się ze świadomością, że moje koty już na mnie czekają; na mnie i na śniadanie, które im serwowałam z Lidla. Uwielbiałam rano
otwierać okno na taras i jeść na nim śniadanie. Jeśli byłam w domu, drzwi na ulicę zawsze było zapraszająco otwarte dla każdego stworzenia, które akurat miało ochotę mnie odwiedzić. Choć mrówki faraonki zawsze szybko orientowały się, że wchodzenie do moich włości było błędem. Wieczorami przesiadywałam na tarasie słuchając cykad, albo włóczyłam się z kotami po ruderach bez dachów, lub uczyłam Białaska jak prawidłowo reagować na głaskanie. Za dnia robiłam milion tych samych zdjęć mojej cudownej klimatycznie wyglądającej uliczki lub strzelałam fotki samej sobie przy niebieskich drzwiach sąsiadującej z nami rudery, korzystając z tego, że mogłam to robić bezkarnie. Nasza wieś wydawała się spać praktycznie cały dzień i jedynymi ludźmi, jakich widywałam za dnia, to starsza pani z balkonu, miła sąsiadka z domku obok i jej zaglądające ukradkiem dzieci oraz goście baro-restauracji, którą mijaliśmy codziennie, wracając z naszych wojaży. Reszta moich znajomości z Maronii to miejscowe koty i mrówki. Czyli to, na czym najbardziej mi zależało (pomijając mrówki).

Gdyby nie to, że zwiedziliśmy już całą okolicę i mieliśmy już dość tych tajemniczych pogryzień, mogłabym zostać w Maronii do końca urlopu. Ze względu na koty i nasz apartament oraz ciszę i spokój, jakie tam znaleźliśmy. Jednak obiecaliśmy sobie, że zwiedzimy całą Kretę, dlatego naszym następnym celem była część środkowa wyspy, w niedalekim sąsiedztwie Rethymno (jakieś 30 km).



Nasza druga wioska, Alfa, była trochę inna od Maronii. Bardziej nowoczesna, mniej anonimowa, z niewielkim sklepikiem, który prowadzili nasi sąsiedzi, prawdopodobnie, aby stworzyć jakieś zajęcie babci, starszej kobiecie, której jedynym zajęciem było przesiadywanie w sklepie lub przed sklepem i obserwowanie każdego naszego wyjazdu i powrotu. 



Czasem też podchodziła do nas i opowiadała nam to, co akurat przyszło jej na myśl, podczas gdy my słuchaliśmy z uśmiechami, starając się z gestykulacji dociec, o czym jest mowa. Nie lepiej było z ojcem naszego gospodarza, który wynajął nam swoje
apartamenty przez booking.com. W tych rozmowach bardziej przydawała się gestykulacja i uśmiechy, jako że nikt ze starszego pokolenia nie rozumiał języka angielskiego. Jednak jak się okazuje, język migowy jest najlepszym źródłem porozumienia, mimo iż nikt z nas nie uczył się go w szkole. Ten sam język pomógł nam się porozumieć z matką naszego gospodarza, oprowadzającą nas po naszych przyszłych włościach. Również dzięki temu międzynarodowemu językowi nauczyłam się kolejnego greckiego słowa „papucie”, oznaczającego buty.
Na nasze nowe włości składały się nowocześnie urządzona kuchnia z jadalnią, ze wszystkimi niezbędnymi przyprawami i innymi drobiazgami, których brakowało w Maronii, a które pomagały żyć, główny pokój z kominkiem, łazienka, patio i sypialnia umieszczoną na półpiętrze. Do dyspozycji mieliśmy dwa telewizory, drewno na opał i różne łazienkowe drobiazgi. Nawet papier toaletowy i woreczki na śmieci były dla nas przygotowane.



Gospodarze przyjęli nas małym poczęstunkiem. W jadalni czekały owoce i czerwone wino, w głównym pokoju raki z orzeszkami, a w lodówce chłodziła się woda. Prawie jak w czterogwiazdkowym hotelu, tylko lepiej, bo nikt nam przez cały pobyt nie przeszkadzał, a z młodym gospodarzem widzieliśmy się tylko raz, żeby zapłacić osobiście za apartament, tak jak się wcześniej ugadaliśmy przez whatsapp. Wszystko było urządzone nowocześnie i jedynymi śladami greckości były rodzinne fotografie, stojące na komodzie. Patio, z którego korzystaliśmy tylko rano przy śniadaniu, oddzielało mnie od
możliwości spotkania z kotami ze wsi wysoką bramą, która zawsze pozostawała zamknięta, na życzenie właściciela, dlatego nie czułam się tam aż tak swobodnie jak w Maronii. No i nie miałam swoich futrzanych przyjaciół do towarzystwa. To rozczarowanie jednak poszło w niepamięć gdy przespaliśmy spokojnie pierwszą noc, budząc się rano bez pogryzień oraz gdy pierwszy raz rozpaliliśmy kominek. Od tamtej pory każdy wieczór spędzaliśmy oglądając filmy przy
akompaniamencie wesoło trzaskającego ognia i dymu, którego cały dzień nie dało się wywietrzyć z pomieszczeń. Coś wspaniałego! Mimo to Rudasek na zawsze zostanie w mojej pamięci i na zdjęciach na tym blogu. Wciąż mam cichą nadzieję, że ktoś się nim zaopiekował, może któraś z dziewczynek sąsiadów, gdy zobaczyła, jakie z niego jest miłe, przytulaśne stworzenie. W jego pełnym uwagi spojrzeniu i śledzących oczach można się było zakochać na zabój. Ja zostawiłam tam kawałek serca i nigdy się po niego nie zgłoszę, to moja pamiątka dla Rudego.

Mając więcej czasu wieczorami i mniej obowiązków wobec czworonogów, wychodziliśmy częściej na miasto, zawierając bliższe znajomości w Rethymno i z naszymi sąsiadami. Zabawnie było rozmawiać z ludźmi z wioski, nie mając
pojęcia o czym jest mowa. Ale szybko nauczyliśmy się, że najbardziej liczyły się tu chęci z obu stron. Te chęci sprawiały, że dobrze się czuliśmy w swoim towarzystwie, mimo iż nie rozumieliśmy się nawzajem. Ja z kolei tęskniłam za znajomością z psem moich sąsiadów, przepięknym owczarkiem niemieckim, niestety nie dane było mi go pogłaskać, jako że Lily mieszkała na dachu. Moja koleżanka mówiła, że to okrutne trzymać psa na dachu, ale nie miała racji.
Trzymany na dachu, pies tak naprawdę cieszył się bezpieczną wolnością, bo mógł obserwować wszystko z dachu, mógł biegać i szczekać na wszystkich
przejeżdżających, jednocześnie będąc bezpiecznym od kół samochodów. Nie był na łańcuchu i w każdej chwili mógł się schronić do mieszkania. Lepsze to niż mieszkanie na tyłach ogrodu jakiejś rudery, na krótkim łańcuchu w niebieskiej beczce, bez widoku ludzi ,jak wyrzutek. Takiego psa spotkałam kiedyś podczas jednego ze spacerów w Maronii. Do dzisiaj widzę te wystraszone oczy, błyskające w ciemności białka i przerażone zwierzę, wyglądające ukradkiem ze swojej beczki. Jedna wielka ukrywająca się żałość. Zdecydowanie patent z dachem jest tu najlepszym rozwiązaniem.




          Przez te ciągłe wyjazdy i kominek nie udało mi się zupełnie zwiedzić wioski, w której żyłam przez ostatnie 7 dni wakacji, ale niczego nie żałuję. Za to zawarłam nowe znajomości w pewnym sklepie z alkoholami, zobaczyłam
wzburzone morze i cieszyłam się cichymi wieczorami z przysypianiem przy kominku i filmach. Ugotowałam leczo na trzy dni i zwiedziłam mały acz klimatyczny klub salsowy. Zwiedziłam fajne plaże i próbowałam rozwiązać zagadkę tajemniczego przetransportowania się naszego samochodu w nocy (taki mały żarcik grupki greckich nastolatków, którzy zabawiali się w Hulka Hogana). Takiego rodzaju odpoczynku człowiek też czasem potrzebuje. Wieczory w Alfie również pozostaną niezapomniane, mimo iż mniej futrzaste.

Myślę, że po tych trzech szalonych tygodniach pomiędzy Grekami już
nigdy nie będę się czuła tak samo dobrze w zwykłych hotelach i zawsze, ale to zawsze, będę rozpoczynała poszukiwania mieszkania od strony booking.com. Sprawdziło się to podczas mojej zeszłorocznej wycieczki na Kretę i myślę, że sprawdzi się w każdym miejscu, które zapragnę zwiedzić w następnej kolejności!
P.S. Bilet w tamtą stronę kosztował nas tylko 150 zł od osoby. Więc jeśli macie jakieś marzenie, a boicie się je spełnić z powodu kosztów, to ja Wam mówię, że wszystko jest możliwe, gdy czegoś bardzo chcecie i macie oczy otwarte. Od stycznia zaczyna się tanie podróżowanie z liniami rynair i wizzair. Nie przegapcie okazji, zima we Włoszech, Hiszpanii czy Francji jest piękna, a już pod koniec marca ceny zaczynają wzrastać. Nie traćcie okazji. Do tego w wielu miastach można naprawdę tanio się przespać, czy to poszukując mieszkań i pokojów przez airbnb czy booking.com czy przez jeszcze inne strony. Wszystko to na Was czeka. Sprawdźcie to a sami się przekonacie. Nie czekajcie dłużej :)

poniedziałek, 20 listopada 2017

Kreta okiem podróżnika Cz. 2 Jak zostać Grekiem. Kreta część wschodnia


Tegoroczny wypad na Kretę odbywał się pod patronatem Rainbow Tours, które
było tak miłe, że sprzedało nam bilety lotnicze w jedną stronę za 150 zł od osoby. Kupowanie biletu w jedną stronę jest wysoce ryzykowne, zwłaszcza pod koniec sezonu, ale gdy ma się w planach trzytygodniowy urlop, to niemal niemożliwe jest dopasowanie lotów w przyzwoitych cenach. Jak wysokie było ryzyko drogich biletów powrotnych lub niemożliwości kupienia żadnych, tego nie wie nikt. Ale kto nie ryzykuje, ten nie ma. Z tym hasłem na ustach i z nadzieją w oczach zakupiliśmy bilety do Chani 17 września.

Plany były sporządzone z rozmachem. Mieliśmy mieszkać w różnych miejscowościach, a przede wszystkich zwiedzić wschodnią część wyspy, której nigdy nie widzieliśmy. Okolice Chani były nam dobrze znane z poprzedniego wyjazdu, więc mieliśmy tam zostać na góra trzy dni. Gdy wyjeżdżaliśmy, nie tęskniłam. Zwłaszcza że przed nami roztaczała się wizja nowej przygody, której nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy- możliwość zamieszkania w niewielkiej górskiej wiosce w greckim domu, wśród lokalnych mieszkańców. Wizja, której nie mogłam się doczekać.
Dzięki tym niecodziennym planom zwiedziliśmy całą zachodnią stronę wyspy, a także jej centrum, bo po 10 dniach w uroczej Maronii przenieśliśmy się w okolice Rethymno, do kolejnej greckiej chaty. Po tych trzech tygodniach życia wśród Greków już nigdy nie będę chciała mieszkać w bezimiennym hotelu.
Zeszłoroczny wyjazd był
pod każdym względem szalony, organizowany na wariackich papierach, bo przenosząc się z Hiszpanii do Grecji nie mieliśmy pojęcia do ostatniego dnia pobytu na Lanzarote, gdzie wylądujemy na kolejne dwa tygodnie wakacji. Dlatego sprawę załatwienia samochodu zostawiliśmy na ostatnią chwilę, stojąc w kolejce do odprawy. Dlatego gdy odbieraliśmy samochód z greckiego lotniska, była 3 w nocy (w tym roku miało być podobnie) a wskaźnik paliwa pokazywał zaledwie 1/3 zawartości baku, podczas gdy przed nami rozpościerały się setki kilometrów do przejechania, a nas personel wypożyczalni samochodów nie uświadomił, że stacje benzynowe na wyspie będą pozamykane na głucho.

Bez zamówionego hotelu, bez gotówki i karty kredytowej, a tym samym bez możliwości zabukowania hotelu na booking.com, a także bez jedzenia i picia, ruszyliśmy w szaloną podróż w bliżej nie określone miejsce. Jedyne co wiedzieliśmy to to, że z Heraklionu mamy pojechać w stronę Chani,
przejeżdżając przez połowę długości ogromnej wyspy, do miasteczka Georgioupolis, gdzie być może mieli dla nas miejsce w hotelu (niestety o 4:30 nad ranem nie udało się znaleźć ani wejścia do recepcji hotelowej ani choćby jednego człowieka, który by nas obsłużył). Pod koniec podróży skończyło się niemal wszystko, jechaliśmy na oparach benzyny i z resztą energii w telefonie, który służył nam za gps, kontakt i wyszukiwarkę. To była niezapomniana noc, pełna wrażeń i niepewności.

W zeszłym roku skończyło się na spaniu w samochodzie i na plaży, w tym roku byliśmy mądrzejsi. Nie rzucaliśmy się na głęboką wodę i spaliśmy w regionie, w którym wylądowaliśmy, więc ilość paliwa w baku nie miała znaczenia (aczkolwiek znowu była poniżej oczekiwań; najwidoczniej Grecy nie mają na tyle
wyobraźni, żeby dostarczać po nocy samochody z pełnym bakiem, na wszelki wypadek, gdyby klient miał przed sobą daleką podróż). Samochód był zamówiony jeszcze w Polsce, hotel na trzy dni pierwsze dni naszej podróży tak samo. Dopiero po tych trzech dniach i odpoczynku mieliśmy jechać na drugi koniec wyspy. Za dnia, a nie w środku nocy. Z zapasami. I wypoczęci oraz wyspani. W zamówionym przez booking.com (po zeszłorocznych wakacjach pełnych niespodzianek zaopatrzyliśmy się w kartę kredytową) hotelu, w którym wylądowaliśmy w środku nocy, czekała na nas kartka z numerem pokoju i informacją, że drzwi są otwarte oraz życzeniami udanego pobytu. Było to bardzo miłe i bardzo profesjonalne. Brawa dla właścicieli hotelu.


Pomysł, aby przemieszczać się z miasta do miasta był spontaniczny ale i przemyślany na podstawie życiowego doświadczenia. Zamykanie się w jednym rejonie na tak dużej wyspie, gdy miało się do dyspozycji aż trzy tygodnie i
samochód na całą długość pobytu, byłoby odrobinę bez sensu. Dzięki temu zabiegowi przeżyłam piękne wakacje i były one całkiem odmienne od poprzednich. Stałam się jedną z mieszkańców swojej wsi, choćby tylko na chwilę i to uczucie było naprawdę bezcenne. Poczucie przynależności do miejsca, w którym się mieszka, poczucie wspólnoty z mieszkańcami, a przede wszystkim poczucie, że jest się w domu, dostałam w gratisie do wynajętego domu.

Uwielbiałam przesiadywać w kuchni, przy otwartych szeroko drzwiach, bawiąc się z odwiedzającymi mnie codziennie kotami, czy chodząc na nocne eskapady z czworonożnymi przyjaciółmi śledzącymi każdy mój krok.
Mogłam wyjść sobie przed dom i od razu znaleźć się na ślicznej wąskiej uliczce, a także robić bez skrępowania selfie ujęcia przy klimatycznych niebieskich drzwiach rozwalającej się pobliskiej chaty, drzwiach z łuszczącą się ze starości farbą. Podobała mi się ta wolność, to że nikt nie wchodził bez mojej wiedzy do mieszkania, żeby posprzątać. To, że gdybym chciała, mogłabym szwendać się po pokojach nago bez obaw, że zaraz wejdzie sprzątaczka, używając swojego klucza. Szybko pokochałam tę wolność i wcale mi nie przeszkadzało, że musiałam sprzątać podczas wakacji, bo w zamian dostawałam coś, na czym zależało mi dużo bardziej- uczucie, że jestem u siebie. Dzisiaj mieszkanie w bezosobowym hotelu jest dla mnie niewyobrażalne. Może to brzmi jak snobizm, ale gdy człowiek raz przeżyje coś wspaniałego, nie będzie chciał już wracać do tego, co było przedtem.
Idea poznawania różnych zakątków Krety była strzałem w dziesiątkę. Po
10 dniach zamieszkiwania w Maronii, poznania wszystkich zakątków wioski (i wszystkich kotów), odwiedzenia wszystkich plaż i górskich przestrzeni w sąsiedztwie, wyjeżdżałam z tego rejonu bez żalu. Jedyne, za czym tęskniłam, były to moje ukochane koty, z których każdy miał swoje dziwaczne imię i które zawsze stały pod drzwiami rankiem, czekając na miskę jedzenia i ludzkie towarzystwo. Które kręciły się w okolicy wieczorem, czekając aż wrócimy z kolejnej eskapady. Było mi żal, że musiałam je wszystkie zostawić po tym, jak dwa z nich stały się praktycznie moimi dziećmi. Było mi smutno, jak pomyślałam, że się już nigdy nie zobaczymy. A gdy wyobrażałam sobie, że przyjdą jak zwykle wieczorem na jedzenie, przytulanie i miskę chłodnej wody, prawie mi łzy stawały w oczach. Taka była cena tego nowego, niesamowitego przeżycia- zostawiało się za sobą cząstkę siebie.

Ale czekały na nas kolejne miejsca do zdobycia, kolejne przygody do przeżycia. Mieliśmy przejeżdżać przez Agię Pelagię, miejscowość w której wszystko się zaczęło 4 lata temu. Gdzie narodziła się miłość do tego kraju i do podróżowania. Mieliśmy odwiedzić Rethymno, które kiedyś zrobiło na nas takie wrażenie dzięki swojemu urokliwemu staremu miastu i klimatycznych wąskich uliczkach. 

Mieliśmy po latach wrócić do Heraklionu i skonfrontować dawne wspomnienia z naszym nowym, doświadczonym w podróżach, ja. Kiedyś to
miasto wydawało mi się mało interesujące, bo zbyt ruchliwe i nowoczesne. Byłam bardzo ciekawa, czy moje zdanie się zmieniło po 4 latach podróżowania po świecie (jeśli można tak powiedzieć o osobie, która zwiedziła zaledwie 4 kraje). Wszystko stało przede mną otworem i miałam zamiar skorzystać z tej okazji. Chciałam wykorzystać każdy dzień urlopu maksymalnie, a taki sposób zwiedzania, bez zobowiązań i trzymającego w ryzach all inclusive bardzo temu sprzyjał. Byliśmy wolni jak ptaki i mogliśmy lecieć, gdzie nam się spodoba.

Bycie częścią społeczności, w której przyszło nam żyć, to bardzo cenne uczucie. Trzeba pamiętać, że nigdy tego nie osiągniemy, jeśli nie wyjdziemy do ludzi. Na Korfu zawsze wracaliśmy do tej samej restauracji, gdzie czuliśmy, że
jesteśmy kimś więcej niż zwykłymi klientami. Na Rodos za każdym razem, gdy wyjeżdżaliśmy w góry, wpadaliśmy z wizytą do sprzedawcy win, który serdecznie nas zapraszał, abyśmy zamieszkali u niego przy okazji następnej wizyty. Gdy kupowaliśmy miód w Embonas, był to zawsze ten sam sklepik, gdzie mogliśmy usłyszeć całą historię rodzinną sprzedającego tam człowieka. W Rethymno na Krecie w pewnym sklepie z pamiątkami i alkoholami poznawano już z daleka i niemal siłą wciągano na lampkę uzo, które przecież już dobrze znaliśmy i którego trzy butelki już leżały u nas w bagażu.

Ale to nie chodziło o zwykłą sprzedaż, tylko o okazję do porozmawiania, do podzielenia się swoją historią, zdjęciami bliskich, przeżyciami, wspomnieniami i swoją kulturą. Wciskane do ręki drobne prezenty były tylko
wyrazem uczucia sympatii, które rodziło się szybko między podobnymi do siebie duszami. Gdybyśmy zamknęli się w naszym hotelu, nigdy byśmy się nie dowiedzieli, jak wspaniali ludzie nas otaczają. I zostaliby oni anonimowi, gdybyśmy się na nich nie otworzyli. A tak nawet granice językowe nie miały znaczenia. I dlatego gawędziliśmy sobie wesoło z sąsiadami w naszej drugiej miejscowości, mimo że nie mieliśmy pojęcia, o czym nawzajem do siebie mówimy. Ale wystarczył język ciała i uśmiech, abyśmy dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Żaden hotel nam by tego nie dał.

Co do samej wyspy, jak już nieraz wspominałam we wcześniejszych wpisach, Kreta mimo że ogromna, jest jednocześnie całkiem jednostajna. Na zbyt długi pobyt może nawet być nudna. Aby zapobiec temu niechcianemu uczuciu stwierdziliśmy, że najlepiej być w ciągłym ruchu i zobaczyć jak najwięcej. 

Dlatego zjeżdżaliśmy naszym małym autem na najbardziej osamotnione i pochowane w zakolach górskich „plaże”. Dlatego wychodziliśmy poza znane
atrakcje wyspy i dlatego też wspinaliśmy się na drogi bez końca prowadzące przez wysokie masywy najwyższych szczytów, aby spotkać się oko w oko z kozią gangsterką władającą najwyższymi rejonami Krety. Tam kozy i baranki były panami świata i mimo że bez zdziwienia reagowały na nasz samochód, to też bez większego pośpiechu zwlekały się z drogi, jakby chciały powiedzieć: „Ale o co chodzi? Po co ten pośpiech? Panie, poczekaj, tylko się przeciągnę i podrapię za uchem i wtedy będziesz mógł przejechać”.

Z takimi przygodami czas się nie dłużył, a mogliśmy doświadczyć wszystkiego, co Kreta chciała nam pokazać- od miejsc typowo turystycznych do typowo rolniczych, od plaż obłożonych turystami po takie, gdzie można było nurkować godzinami bez jednego napotkanego w wodzie człowieka. Gdyby nie
ta wolność człowieka mobilnego i nie mającego żadnych zobowiązań wobec hotelowej obsługi (wszyscy wiedzą, jak ciężko zostawić hotel, gdy cały dzień można sączyć drinki i dojadać popołudniowe przekąski), Kreta mogłaby nam się znudzić za tym trzecim pobytem. 




Myślę, że jest to miejsce bardziej dla turystów niż podróżników, choć nawet podróżnik znajdzie tu coś dla siebie. Zawsze znajdzie się jakaś niezdobyta miejscówka do pływania wśród skał, czy majestatyczny wąwóz do przejścia. Ale myślę też, że zobaczyłam już na tej wyspie wszystko co chciałam i czas ruszać dalej i zdobywać nowe kraje. Poznawać nowe możliwości. Otworzyć skrzydła jeszcze bardziej.